1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Accuphase E-470

Accuphase E-470

Opinia 1

Siadając do napisania wstępniaka do niniejszej recenzji miałem spory dylemat, czy po raz kolejny zanudzać Państwa sugestiami i tezami popartymi niezbitymi dowodami na powolną, acz nieustającą ewolucję zachodzącą wśród szampańsko – złotych urządzeń Accuphase’a, czy też poszukać innego (zastępczego?) tematu pozwalającego płynnie przejść do właściwej części opisu tytułowego urządzenia. I gdy tak rozmyślałem pomoc przyszła z … drzewa. Tak, tak i nie ma co się śmiać, z drzewa, lecz nie takiego zwykłego a zdecydowanie, przynajmniej z naszego – audiofilskiego punktu widzenia ciekawszego – drzewa genealogicznego serii E-400. A było to tak. Dawno, dawno temu, czyli w październiku 1989 roku światło dzienne ujrzał model E-405. Jego następca o symbolu E-406 pojawił się w czerwcu 1993r., narodziny 406V to znów grudzień, lecz tym razem 1996 r. a 407-ki październik 1999r. Serię z zerem po środku zamyka 408-ka z lipca 2003 a za prekursora nowej numeracji możemy uznać 450-kę z kwietnia 2007. Na kolejny model – 460-kę fanom marki przyszło czekać aż do listopada 2010r. Jak łatwo policzyć będąca obiektem niniejszego testu, debiutująca w marcu 2015 r. 470-ka jest ósmym z kolei przedstawicielem tegoż szlachetnego rodu. Na upartego można było również naciągać fakty i odtrąbić tytułowy model mianem jubileuszowego. Pytanie tylko po co, skoro sama ósemka daje całkiem spore pole do popisu w szukaniu nośnych analogii. Przecież na kinowych ekranach właśnie gości „Nienawistna ósemka” Quentina Tarantino a miłośnicy kina sensacyjnego zapewne pamiętają „Sekcję 8” z Johnem Travoltą i Samuelem L. Jacksonem. Słowem mocne, męskie kino. Jeśli w tym momencie zadają sobie Państwo pytanie cóż wspólnego mają powyższe dygresje z obiektem niniejszego testu, to spieszę z wyjaśnieniem, że zaskakująco dużo, jednak aby się o tym przekonać gorąco zachęcam do zapoznania się z poniższą recenzją a jeszcze lepiej do posłuchania w możliwie kontrolowanych warunkach Accuphase E-470.

Jednak zanim przejdziemy do walorów brzmieniowych najmocniejszej – flagowej, przynajmniej jeśli chodzi o pracujące w klasie AB konstrukcje zintegrowane japońskiego potentata, wypadałoby choćby po krótce wspomnieć o jej budowie. Osoby obdarzone tzw. długotrwałą pamięcią fotograficzną mogą sobie w tym momencie spokojnie ten akapit odpuścić i jedynie przypomnieć sobie o czym pisaliśmy podczas recenzowania modelu E-600. Nie wierzycie? Przyjrzyjcie się zatem zdjęciom 600-ki i 470-ki. Już? I jak, zabawimy się w „znajdź dziesięć różnic”? Tak myślałem, ale proszę się nie frasować. Oba modele są do siebie tak, niemalże bliźniaczo podobne, że nawet załodze dystrybutora zdarza się z rozpędu zapakować jeden model zamiast drugiego. Serio, serio. No dobrze żarty na bok. Oprócz klasy pracy i centymetra wysokości, czego bez bezpośredniego porównania wyłapać nie sposób jakieś różnice jednak są. Pierwszą i w dodatku nader istotną jest cena a drugą … kształt umieszczonych z prawej strony frontu przycisków firmowego loudnesu (COMP) i wyciszenia (ATT). W 600-ce są one kwadratowe a w 470-ce okrągłe. Podobnie sprawy się mają z zawartością ukrytą pod majestatycznie opadającą, centralnie usytuowaną klapką. Piktogramy na satynowo-czarnym podkładzie chronionym prostokątnym oknem też wykazują zaskakującą zgodność i w tym momencie dochodzimy do najlepszego, czyli przykładu pewnego rodzaju oszustwa, bądź jak kto woli psikusa, jaki płata nam podświadomość i coś na kształt myślenia życzeniowego. Mówiąc/myśląc Accuphase oczyma wyobraźni widzimy przecież szampańsko – złotą bryłę pyszniącą się podświetlonymi na ciepły bursztynowy kolor charakterystycznymi wskaźnikami wychyłowymi. Zgadza się? Zgadza. No to proszę jeszcze raz spojrzeć na 600-kę. I? Ano właśnie. Wychodzi na to, że widzimy to, co chcemy widzieć. Okazuje się, że teoretycznie wyżej usytuowana w rodzimej hierarchii integra jest w rzeczywistości mniej rasowo accuphese’owa od 470-ki! W starciu LED-owych bargrafów z wychyłową klasyką w pierwszej rundzie przez spektakularne KO wygrywają te drugie. Koniec kropka. Uf. Skoro emocje opadły można rozpocząć żmudną wyliczankę tego, co w Accu jest praktycznie od zawsze. A są to, niewymienione wcześniej centralnie umieszczone i oczywiście podświetlone logo, potężne okupujące prawą i lewą flankę potężne pokrętła wyboru źródeł i głośności, oraz całkiem wydajne wyjście słuchawkowe.
Płyta górna jest tak ażurowa, jak to tylko możliwe, co jasno daje do zrozumienia, że mało rozsądnym byłoby stawianie na niej czegokolwiek mogącego zaburzyć oczekiwana przez producenta grawitacyjną cyrkulację powietrza.
Tylna ścianka to kolejny przykład klasyki gatunku. Masywne, wygodne i co najważniejsze bez najmniejszych problemów akceptujące nawet szerokie i grube widły podwójne terminale głośnikowe, usytuowane zapobiegliwie tuż przy dolnej krawędzi gniazdo zasilające (vide ciężkie i sztywne jak gryf od sztangi przewody zasilające) to tylko wstęp do prawdziwej uczty. Do dyspozycji bowiem otrzymujemy pięć par wejść RCA, dwie pary wejść zbalansowanych, pętlę magnetofonową i zdublowane wejścia/wyjścia na/z końcówkę/sekcję przedwzmacniacza w obu standardach. Po prostu istna rozpusta a to przecież jeszcze nie koniec. Są przecież jeszcze sloty na dedykowane karty rozszerzeń i tym razem, wreszcie (!!!),  ku naszej niekłamanej uciesze mogliśmy z nich skorzystać własnoręcznie implementując w pierwszym z nich kartę przetwornika o symbolu DAC-40 uzbrojoną w komplet wejść – optyczne akceptujące sygnał 24bit/96kHz i koaksjalne oraz USB mogące pochwalić się kompatybilnością z 24bit/192kHz. Jeśli komuś jeszcze mało zawsze może zaopatrzyć się w płytkę phonostage’a AD-30 i tym sposobem podnieść 470-kę do poziomu prawdziwej i wszystkomającej superintegry.
O modyfikacji trzewi w porównaniu z poprzednim modelem nie ma się co za bardzo rozpisywać, bo postęp gdzie tylko mógł odcisnął swoje piętno, co widać między innymi po zwiększeniu współczynnika tłumienia do 500 i obniżeniu poziomu szumu.

Po włączeniu 470-ki i nakarmieniu jej używaną przeze mnie ostatnimi czasy w celach akomodacyjno rozgrzewkowych ścieżką z „300: Rise of an Empire” Junkie XL aż chciałem zakrzyknąć „O k…aramba!”. Toż prawdziwą bestię przyobleczoną dla niepoznaki w gabinetowe wdzianko dostaliśmy na testy. Chyba dział R&D Accu dostał od jakiegoś anonimowego sponsora porządny ekspres i zapas wysokooktanowej kolumbijskiej kawy, bo po prostu coś musi być na rzeczy. O ile przy A-klasowych końcówkach nowej generacji, czyli recenzowanych przez nas A-36 i A-47 kipiące życiodajną energią brzmienie było czymś może nie oczywistym, co wielce pożądanym o tyle tym razem spokojnie możemy mówić o niespodziance porównywalnej z trafieniem 6-ki w popularnej grze losowej i to podczas jednej z ostatnich kumulacji. Przy zachowaniu firmowego i wypracowanego przez lata charakterystycznego nasycenia równorzędnym, jeśli nie wiodącym, elementem prezentacji stała się niesamowita dynamika i drive. Pulsujący, prowadzony stalową ręką beat sprawiał, ze kolumny „chodziły” jak w przysłowiowym szwajcarskim zegarku. Zero niesubordynacji, zero swobody, tylko pełna i nieustająca kontrola. Warto w tym momencie wspomnieć jednak o jednym, szalenie krytycznym w przypadku nie tylko tego, ale praktycznie wszystkich Accuphase’ów warunku, który należy spełnić aby cieszyć się pełnią ich możliwości brzmieniowych. Chodzi o tak pozornie oczywistą rzecz jak … możliwie najrzadsze wyłączanie amplifikacji i nie mam na myśli nieodpinania przewodu zasilającego, lecz trzymanie wzmacniaczy pod prądem – czyli jeśli to tylko wykonalne non stop włączonych. Nie wierzycie? No to jeśli macie jakiś wzmacniacz sygnowany logiem japońskiego producenta w ramach eksperymentu zostawcie go włączony na kilka dni i sukcesywnie wsłuchujcie się w jego brzmienie. Szanse, że zaczniecie cierpieć na zaniki pamięci i chwilowe utraty widzenia uniemożliwiające odnalezienia przycisku Power wydają się całkiem spore.
Wróćmy jednak do naszego bohatera. O ile z syntetycznym i niemalże dosłownie wybuchowym materiałem 470-ka rozprawiła się niczym młody pelikan ze szprotką przyszła pora na coś zdecydowanie bardziej finezyjnego. Mowa o gitarowym, lecz tym razem klasycznym albumie „Sojourn – The Very Best of Xuefei Yang” i  „Sketches Of Spain – 50th Anniversary (Legacy Edition)” Milesa Davisa ze szczególnym naciskiem na niezwykle klimatyczne Adagio z „Concierto de Aranjuez”  (w wykonaniu Xuefei i Milesa). W tym momencie najrozsądniejszym komentarzem wydaje się ulubione powiedzenie komentatorów radiowych, czyli nieśmiertelne „szkoda, że Państwo tego nie widzą”. Idąc na łatwiznę można byłoby też użyć sformułowania, że „tego nie da się opisać”, niemniej jednak spróbuję. W obu przypadkach fenomenalnie została oddana barwa instrumentów prowadzących – lśniąca, mieniąca się miriadami odcieni i zarazem niezwykle swobodna. Zachwycało również całkowite oderwanie dźwięków od kolumn i fenomenalna przestrzenność przekazu. Jadnak scena była nie tylko obszerna, z hulającym na niej wiatrem, lecz precyzja, z jaką kreowane na niej były źródła pozorne przywodziła na myśl zdecydowanie droższe konstrukcje w stylu daleko nie szukając potężnego Passa INT-250. Z resztą spokojnie można uznać, iż obie konstrukcje z równym wdziękiem i łatwością wymykają się stereotypowym wyobrażeniom o tzw. firmowym brzmieniu marek je tworzących.
Zamiast prób skupienia całości w centrum kadru Accu z zadziwiającą swobodą zagospodarowuje wirtualną przestrzeń nie pomijając przy tym żadnych mikroinformacji o akustyce pomieszczeń, w jakich dokonywano nagrań. Różnice w długości wybrzmiewania fraz, pogłosu, czy samej aury otaczającej instrumenty są po prostu ewidentne i oczywiste.
Dołączony w formie bardzo przyjemnego, promocyjnego „gratisu” moduł przetwornika DAC-40 również nie rozczarowuje a wręcz przeciwnie – pokazuje, że Accuphase nic nie pozostawia przypadkowi i nie próbuje zbywać Klientów mniej bądź bardziej udanymi substytutami. Wspomniana karta poszerzająca możliwości tytułowej integry o kompatybilność ze źródłami cyfrowymi nie tylko nie przynosi ujmy na honorze Accu, ale bardzo umiejętnie wpisuje się w zauważalną ewolucję szampańskiego brzmienia. Nie ujednolica i nie uśrednia przekazu udając pozorną analogowość, lecz podobnie jak część analogowa pokazuje prawdę o nagraniach dostarczając wszelkich niuansów i mikrodetali zawartych w materiale źródłowym. Oczywiście warto mieć świadomość, że do poziomu zewnętrznych DACów obecnych w ofercie japońskiego producenta brakuje zdecydowanie więcej aniżeli „trochę”, lecz po pierwsze darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda a po drugie tak z ręką na sercu trudno do 40-ki tak naprawdę się o coś istotnego przyczepić. Może nie ma tak spektakularnej lekkości w kreowaniu przestrzeni jak urządzenia z pułapu 10-15 kPLN, ale … jeśli ktoś liczył na takie cuda, to bardzo mi przykro, ale nie u nas. Piszemy co słyszymy i przynajmniej na razie nie mamy problemów z patrzeniem w lustro podczas golenia. A uzbrojona w DACa 470-ka całościowo rzecz ujmując gra po prostu świetnie i kropka. W dodatku, na chwilę obecną i stan posiadanej przeze mnie wiedzy nie sposób znaleźć na rynku podobnie wycenionego konkurenta mogącego się z nią równać nie tylko wyposażeniem i funkcjonalnością, co przede wszystkim brzmieniem.

E-470 to kolejny przykład ciągłego samodoskonalenia kadr R&D pracujących w laboratoriach Accuphase zlokalizowanych w dzielnicy Aoba-ku Yokohamy, co po prostu słychać w produktach schodzących z ich desek kreślarskich. 470-ka to produkt dopracowany w najdrobniejszych detalach a dodawany dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora moduł przetwornika dodatkowo podnosi już i tak ponadstandardową realną wartość użytkową i co najważniejsze soniczną. A teraz małe, finalne podsumowanie.
Podobnie jak w przypadku recenzowanych przez nas wcześniej A-klasowych końcówek mocy tytułowy Accuphase E-470 w pełni zasługuje na to by myśleć o nim nie jak o wysokiej klasy przedstawicielu segmentu Hi-Fi a rasowym High-Endzie. Piszę to z pełną odpowiedzialnością i świadomością własnych słów. 470-ka nie tylko wygląda, ale po prostu gra high-endowo, a że przy tym wyceniona została nad wyraz rozsądnie, to nie wiem jak Państwo, lecz ja akurat ani myślę z tego powodu rozpaczać. Ponadto, jeśli przewrotny los sprawi, że tytułowa integra któregoś pięknego dnia na stałe zagości w moim systemie to coś czuję w kościach, że wrodzona audiophilia nervosa na długie lata zostanie zaleczona. Państwu też takiej szampańskiej szczepionki z całego serca życzę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Bluesound NODE2
– Wzmacniacz/streamer: Lumin M1
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Wadia Intuition 01 PowerDac
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Dynaudio Excite X44
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 聖Hijiri Nagomi
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Nasz dzisiejszy bohater bez dwóch zdań jest ostoją designerskiego piękna w najczystszej postaci. Oczywiście jego naładowana wykwintną ornamentyką aparycja niektórym potencjalnym nabywcom może nieco przeszkadzać, ale z wieloletnich kuluarowych rozmów odbytych podczas  wielu pokazów wiem, że grupa ta należy do mniejszości . Jaki jest powód takiego odbioru prezentowanej linii wzorniczej? To oczywiste. Hołdując ogólnej prostocie wszystkiego co ich otacza idą z duchem „Ikeizacji” – zaznaczam, że nie mam nic przeciw takiej estetyce wystroju wnętrz – swojego domowego gniazda, co znakomicie jestem w stanie zrozumieć. Ale nie rozprawiamy gustach, dlatego zdradzając nazwę prezentującej swe walory marki – Accupchase i idąc dalej tropem polowania na klienta z perspektywy wizualizacji produktu należy dodać, że mimo lekko rustykalnej estetyki Japończycy trafiają w punkt „G” większości melomanów. Na pierwszy rzut oka wszystkiego jest sporo, ale tak prawdę mówiąc nic nie razi, a po bliższym, nieco dłuższym kontakcie okazuje się, że nic innego nie jest już w stanie sprostać naszym wymaganiom dotyczącym urządzenia zajmującego centralne miejsce w salonie na specjalnie dedykowanym stoliku. I gdy tak sobie rozprawiamy o teoretycznie ważnych z punktu widzenia naszych żon sprawach, dochodzimy do clou całej zabawy w audio, czyli weryfikacji czy bijące z bryły urządzenia piękno przeniesie się na najbardziej interesujący nas obszar, jakim jest umiejętność generowania dźwięku. Zapraszam więc na relację z kilkutygodniowej przygody z najnowszym wzmacniaczem zintegrowanym wspomnianej japońskiej marki Accuphase, ukrywającym się pod oznaczeniem E-470, a dystrybuowanym przez krakowskiego Nautilusa.

Przybyła na testy integra obraca się w estetyce szampańskiego złota frontu wespół z brązem dekoracyjnych boków i ażurowej, umożliwiającej chłodzenie grawitacyjne górnej pokrywy. Przedni panel jest ostoją uważanych za ikonę audiofilizmu wskaźników wychyłowych, dwóch gałek funkcyjnych na bokach skrywającego wspomniane wskaźniki okienka informacyjnego, serii skrytych pod stosowną klapką przełączników dopasowujących wzmacniacz do współpracujących z nim innych komponentów toru i zaimplementowanych w jego dolnej części najintensywniej używanych manipulatorów wespół z gniazdem słuchawkowym. Gdy przejdziemy na tylny panel, naszym oczom ukaże się podwojony zestaw terminali głośnikowych, seria wejść w standardzie RCA i XLR, gniazdo zasilające, a także jako opcja w testowanej konstrukcji płytka przetwornika cyfrowo-analogowego.

Na początku naszego spotkania muszę się lekko wytłumaczyć, gdyż test 470-ki odbył się w dość nietypowych i zarazem lekko utrudniających jej życie warunkach. Chodzi mianowicie o fakt wizytacji mojego pomieszczenia przez flagowy wyrób marki Trenner&Friedl. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – przecież teoretycznie zawsze można je odstawić, gdyby nie drobny mankament wagowo-cenowy, gdyż blisko 140 kilogramów szczęścia plus niebotyczna bo sięgająca prawie 150 tys. € cena lekko ograniczały osobiste nonszalanckie ruchy logistyczne. Ale koniec końcem, to co miało sprawiać problemy okazało się dodatkowym zdanym na piętkę egzaminem, o czym nie omieszkam wspomnieć w stosownym momencie tej pogadanki.

Już podczas niedawno opublikowanego na naszych łamach testu innego produktu Accu zdążyłem napomknąć, iż chwalący się dzisiaj najnowszą integrą japońscy inżynierzy lekko zmieniają kurs swojej szkoły grania, odchodząc według mnie od zbyt mocnego dosłodzenia przekazu na rzecz dodatkowej dawki wigoru. Jednak proszę się nie niepokoić, gdyż nie jest to całkowicie przeczący dotychczasowym osiągnięciom ruch zero-jedynkowy, tylko wysmakowane muśnięcie otwartości przekazu i zwiększenie kontroli najniższych rejestrów. I właśnie w takim duchu zmian przebiegł cały proces testowy, dość wyraźnie podkreślając wręcz symboliczne, ale jakże brzemienne w skutkach zmiany w prezentacji spektaklu muzycznego. Jak to zwykle u mnie bywa, zapoznawszy się z możliwościami przybyłej elektroniki, staram się w maksymalny sposób wykorzystać jej potencjał i implementuję do napędu teoretycznie bardzo wymagające, jednak gdy tylko spełnione zostaną pokładane w niej nadzieje bardzo mocno punktujące w końcowej ocenie srebrne krążki. Gdy z takim nastawieniem penetrowałem uwielbianą muzykę dawną z Johnem Potterem i Christiną Pluhar na czele, nagle okazało się, że niegdysiejsze wydające się fascynującym mocne „Accupchasowe” podkręcenie temperatury prezentowanej muzyki, teraz gdy dostało nieco luzu w górnych partiach wokalnych i odrobinę konturu na dole, zaczęło pokazywać wcześniej umykające gdzieś w otchłani zaokrąglania realizatorskie smaczki. Ale zaraz zaraz, przecież to nie są smaczki, tylko pełnoprawne informacje o artykulacji zgłosek przez danego artystę, czy nie do końca dobrze szarpniętej strunie lutni, dlatego tym bardziej należy się pochwała za wprowadzone przez zespół konstruktorów zmiany. Gdy doszliśmy do tematu opisu brzmienia, zacznę od zasygnalizowanego na wstępie wyboistego pola walki. Jak widać na zdjęciach, moje dyżurne ISIS-y  stoją przed ich starszymi braćmi, czyli Duke-ami, co wprowadzało dodatkowy aspekt sprawdzenia umiejętności budowania sceny muzycznej. Wracając do inicjującego ten problem wcześniejszego akapitu chcę powiedzieć, że jeśli przy takich ograniczeniach wzmacniacz Accupchase’a budował u mnie spektakl daleko pod tylną ścianą, to raczej nie musicie się obawiać o wyniki tego punktu testowego w Waszych, idealnie przygotowanych warunkach lokalowych. Oczywiście nie mówię tylko o samej głębokości, ale również o pełnym rozplanowaniu artystów na całej obszarze międzykolumnowym. Na przestrzeni kilku lat zabawy w audio zdążyłem przekonać się kilkukrotnie, że nie jest to taka łatwa sprawa, tak więc gdy dodamy do tego nietypową, osiągającą 50 cm szerokości frontową płaszczyznę moich kolumn, ów wynik w zakresie zagospodarowania areny dla artystów mówi sam za siebie  – jest bardzo dobrze. OK, a co z innymi gatunkami muzycznymi? Gdy sięgam pamięcią, przypominam sobie, że właśnie ta krągłość dźwięku Japończyków pozwalała na dość swobodne poruszanie się pa takich rejonach, jak elektronika czy choćby ostry metal. Nie przepadam za wykańczaniem swoich narządów słuchu nadmierną ilością świstów i pisków, dlatego byłem ciekawy, co zdarzy się z takim repertuarem po kosmetycznym przekierowaniu strojenia brzmienia Accu. Na szczęście przywołane ruchy w formowaniu sygnatury dźwięku  nie odbiły się uwolnieniem ze smyczy sybilantów, tylko podobnie do muzyki barokowej dostałem większy wgląd w nagranie, jednak nadal z dozą przyjemnego koloru. Masseive Attack, Precival, czy Peter Molvaer brzmieli nader przyjaźnie z dobrym akcentowaniem skrajów pasma. Oczywiście mój punkt odniesienia robił to lepiej, ale zważmy, że deliberujemy nad kilka razy tańszym wzmacniaczem zintegrowanym, który nie rzucając ręcznika dzielnie walczył jak równy z równym. Reasumując był to dla mnie bardzo owocny w pozytywne odczucia okres, ponieważ uświadomił mi, że bijąca z aparycji zewnętrznej słodkość nie jest głównym nurtem generowanej porze testowane urządzenie muzyki. Otwarta góra i podkreślony ostrzejszą kreską bas idealnie współgrają z kroczącym barwą środkiem. Czegóż chcieć więcej?
Teoretycznie nasz test zdążałby już ku końcowi, gdyby nie zaimplementowany w recenzowanej wersji przetwornik cyfrowo-analogowy. To najczęściej jest dodatkową opcją, dlatego z reguły jako nowość jest niedostępna. Tymczasem dzięki zaangażowaniu dystrybutora dostaliśmy wypasioną wersję i  mogłem zderzyć się z możliwościami marki w dziedzinie zmiany sygnału z cyfry na analog. Przesłuchana podobna do wcześniej seria pozycji płytowych nie burząc zdobytego wcześniej dobrego postrzegania dała bardzo jasny przekaz. DAC konsekwentnie podążał drogą wytyczoną przez sam wzmacniacz, czyli porcja świeżości na górze i konturu na dole, a wszystko okraszone znanym z wcześniejszych konstrukcji balsamem koloru. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to może być pochodną obróbki całości sygnału przez dawcę obudowy. Niemniej jednak, granie z mojego napędu potwierdziło, że jeśli szukacie nieco więcej błyskotliwości uwielbianego przez Was Accupchase’a, nawet funkcja przetwornika D/A testowanej dzisiaj 470-ki jest bardzo ciekawą, niosącą ze sobą bardzo dobry dźwięk propozycją.

Jak wiemy, oczekiwania klientów cały czas ewoluują. Oczywistą sprawą jest, że konstruktorzy to widzą i nie udowadniając wszystkim na siłę swoich racji podążają za owymi zmieniającymi się potrzebami. Jednak dobrze, że nie robią tego zbyt radykalnie, gdyż całkowite odejście od wypracowanych przez lata przymiotów mogłoby zakończyć się klęską. Jeszcze parę lat temu markę Accupchase postrzegałem bardziej przez pryzmat wyglądu niż dźwięku, ale ewidentnie czuję w kościach- ups. przepraszam słyszę w uszach, że coraz bliżej nam do wspólnego romansu. To prawdopodobnie wymagałoby wymiany posiadających swój sznyt grania kolumn, ale już przy obecnych ISIS-ach wyraźnie słychać potencjał drzemiący w najnowszych odsłonach japońskich produktów. Kto wie, jak potoczy się moje życie w kontekście opisywanego dzisiaj producenta, jeśli jednak z jakiś przyczyn stoicie na audiofilskim roztaju dróg, nie ociągajcie się, tylko zasmakujcie nowości z kraju samurajów. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus / Accuphase.pl
Cena: 34 900 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa (rms): 180 W/8 Ω; 260 W/4 Ω
THD (obydwa kanały wysterowane równocześnie, pasmo 20-20 000 Hz): 0,05%
Zniekształcenia intermodulacyjne (IM): 0,01%
Pasmo przenoszenia: 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB), dla pełnej mocy; 3-150 000 Hz (+0/–3 dB), dla mocy 1 W
Współczynnik tłumienia (Damping factor): 500 (8 Ω)
Zalecana impedancja kolumn: 4 – 16 Ω
Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/10 dB (50 Hz); TREBLE: 3 kHz/10 dB (20 kHz)
Loudness: +6 dB (100 Hz)
Stosunek sygnał/szum (ważony, A): wejście RCA: 109 dB; wejście na końcówki mocy: 125 dB
Pobór mocy: 92 W (bez sygnału wejściowego) | 611 W (przy obciążeniu 8 Ω)
Wymiary (SxWxG): 465 x 181 x 428 mm
Waga: 24,5 kg

System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: ROBERT KODA Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF