1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Audio Solutions Rhapsody 80

Audio Solutions Rhapsody 80

Opinia 1

O tym, że dawny blok wschodniej Europy goni technologicznie resztę starego kontynentu nikogo śledzącego, nawet pobieżnie rynek audio (inne domeny leżą poza obszarem zainteresowań naszego portalu) przekonywać nie trzeba. I to wcale nie chodzi o czysto użytkową i ogólnodostępną elektronikę, ale o półkę Hi-Fi i High-End. Wystarczy wspomnieć o takich markach, jak bułgarskie Antelope Audio, Thrax Audio, estoński Estelon, serbski Auris Audio, litewskich LessLossie i Audio Solutions, czy naszych polskich Abyssound, Amare Musica, Ardento, Franc Audio Accessories, Gigawatt, R.C.M. Jest w czym wybierać i bez trudu można złożyć nawet nie jeden a kilka wysokiej klasy systemów. Skoro zatem wyleczyliśmy ewentualne kompleksy związane z naszą geopolityczną przeszłością możemy przejść do clue niniejszej recenzji, czyli zgrabnych litewskich podłogówek – Audio Solutions Rhapsody 80.

Na tegorocznym Audio Show w pokoju 708 można było zobaczyć i posłuchać 80-eki w dwóch konfiguracjach – z elektroniką Hegla/Lumina i z powoli, acz systematycznie przebijającą się do świadomości polskich miłośników wysokiej klasy dźwięku włoskim zestawem CD/AMP Audia Flight.  W obu przypadkach to, co docierało do naszych uszu było na tyle intrygujące, że korzystając z okazji uzgodniliśmy szczegóły natury logistycznej i … prawdę powiedziawszy trochę liczyliśmy, że dostaniemy na testy skromnie stojącą z boku parę wykończoną obłędnym fornirem oliwnym. Traf jednak chciał, że lepiej wygrzana, co akurat przy Audio Solutions ma znaczenie krytyczne, była parka w zdecydowanie bardziej lifestyle’owych – biało/czarnych barwach. Nie mówię, że wersja „monochromatyczna” prezentuje się źle, bo nawet w moim – mocno nastawionym na ciepło i przytulność pokoju wyglądały nad wyraz intrygująco, to jednak dokonując wyboru pod względem własnych preferencji estetycznych bez chwili wahania wyasygnowałbym dodatkowe 15% na wersję Olive. Ot, taki mało perwersyjny fetyszyzm. Ale dość tego marudzenia. Skoro opcje black&white i olive wymieniłem wypadałoby jeszcze wspomnieć o pozostałych wersjach wykończenia, do których należą naturalne forniry zebrano, sapeli, santos palisander i orzech.
W przeciwieństwie do wersji fornirowanych nasza – dostarczona do testu parka miała robocze płyty frontowe wykończone popielatą sztuczną skórą o zdecydowanie mniej widocznej fakturze, a wieńce górne, podstawy, dokręcane cokoły i tylne ścianki podobną, acz lekko połyskującą powłoką. Zbiegające się ku tyłowi ścianki boczne i obramowanie frontu pokryto za to satynowo białą warstwą lakieru. Maskownic nie ma i nie są dostępne nawet jako opcja, gdyż pomijając aspekt estetyczny zbyt drastycznie degradowały brzmienie kolumn podczas pomiarów wykonywanych w fazie testów przez producenta.
Na szczątkowej ściance tylnej umieszczono elegancką tabliczkę znamionową z finezyjną grawerką i pojedynczymi, solidnymi terminalami głośnikowymi oddalonymi od siebie na taką odległość, że ryzyko zwarcia nawet najszerszych wideł po prostu można uznać za zerowe.

Jak widać na załączonych zdjęciach Rhapsody oparto na parze 15 cm polipropylenowych mid – wooferów i 25 mm jedwabnym tweeterze. Wszystkie przetworniki pochodzą od Seasa a cały, dwudrożny układ, wspomagany sporym, umieszczonym na froncie bass refleksem, pracuje pod kontrolą zwrotnicy 3-rzędu. W celu wyrównania przesunięć fazowych skrzynie, dzięki odpowiednio dobranym, wkręcanym w dostarczane wraz z kolumnami ( w osobnym kartonie) eleganckimi plintami, kolcom odchylone są ku tyłowi o 8 stopni. Kolce są trzy – dwa potężne – dzielone z przodu i jeden zdecydowanie mniejszy z tyłu. Niestety adekwatnych klasą a przede wszystkim wytrzymałością podkładek pod nie w komplecie nie ma, a przynajmniej nie było w dostarczonej do nas przesyłce, więc lepiej zawczasu zadbać o nie we własnym zakresie, gdyż przednie pary w drewniane podłoże wchodzą niemalże jak w masło i żadne cyklinowanie tego później nie zniweluje. Zamiast więc narażać się na ciche dni w domu lepiej przygotować odpowiednie podkładki, bądź choćby komplet złotówek (50-cio groszówki wydają się zbyt miękkie). Sam, mając już na koncie bliższy kontakt ze 130-kami miałem naszykowane solidne mosiężne krążki podklejone filcem, które nie tylko odpowiednio zabezpieczyły mój jesionowy parkiet, ale i zapewniły wygodne przesuwanie ustawionych na nich kolumn.
Zgrabne, zwężające się ku tyłowi obudowy wykonano nad wyraz solidnie a przy tym dokładnie. Zewnętrzną warstwę stanowi 10 mm MDF a dwie kolejne to 5mm płaty sklejki. Jakby tego było mało dołożono jeszcze wewnętrzne ożebrowanie wykonane również ze sklejki i MDFu, przez co kolumny są całkowicie „głuche”, co zresztą potwierdziły organoleptyczne badania laboratoryjne, czyli tzw. opukiwanie.

W porównaniu z testowanymi przez nas ponad rok temu, większymi Rhapsody 130 80-ki okazały się zdecydowanie mniej absorbujące gabarytowo, co jest oczywiste, ale również mniej krytyczne, jeśli chodzi o precyzję, z jaką należało je ustawiać względem miejsca odsłuchowego. O ile starsze rodzeństwo nawet najmniejszej niedokładności nie wybaczało o tyle mniejsze modele zagrały już przy wstępnym, niemalże wyjściowym, lekkim dogięciu a co ważne nie trzeba było wprowadzać żadnych działań zaradczych związanych ze zbyt entuzjastyczną, bądź jak kto woli „wyczynową” górą. Czuć było, że choć 80-ki stoją niżej w firmowym rankingu są konstrukcjami dojrzalszymi, bardziej dopracowanymi a przede wszystkim nowszej generacji. Moje spostrzeżenia potwierdził polski dystrybutor – Premium Sound, który udzielił nam wyczerpujących informacji dotyczących poważnej modyfikacji zwrotnic, jakie miały miejsce na przestrzeni ostatniego roku. Generalnie rzecz ujmując nazwy modeli nie uległy zmianie, za to ich brzmienie tak i jest to zmiana ewidentnie korzystna. Szukając analogii do zdecydowanie bardziej znanych a przez to rozpoznawalnych marek można ze sporym marginesem błędu powiedzieć, ze wcześniejszym wersjom litewskich kolumn bliżej było do sonicznej sygnatury Triangli a obecnie ich tonalność przesunęła się dość zauważalnie w kierunku szkoły brzmienia utożsamianej z konstrukcjami Dynaudio. Powód jest dość oczywisty, bowiem pierwsze skrzypce grają średnica i jej przełom z wysokimi tonami. Ponadto całość opiera się na niezwykle solidnym basowym fundamencie, który nie tylko odpowiednio stabilizuje cały spektakl, ale sprawia, że scena kreowana przez bądź co bądź niewielkie podłogówki zaskakuje skalą i rozmachem godnym zdecydowanie większych konstrukcji. Niezależnie od tego czy na talerzu gramofonu gościła wielka symfonika („Il Trovatore” Verdiego), w odtwarzaczu kręciły się „Planety” Holsta, bądź nawet z plików swoimi zagmatwanymi liniami melodycznymi dzielili się panowie z Dream Theater, to nie czuć było, żeby kolumny miały zamiar skapitulować. Zerowa kompresja, czysty dźwięk i niezaprzeczalna frajda z odsłuchu. Co ważne nawet gorsze realizacje za przeproszeniem nie bolały. Oczywiście dramatycznie spadała rozdzielczość a głębokość sceny była mocno umowna, ale obywało się bez wytykania, czy też wyolbrzymiania ewidentnych ułomności materiału źródłowego. Zaobserwowane w porównaniu z moimi Gauderami lekkie przyciemnienie dźwięku i wycofanie najwyższych składowych (przy AMT większość tekstylnych tweeterów tak odbieram) w pewien sposób tonizowały ewentualne mankamenty odwracające uwagę słuchacza od warstwy muzycznej. Dodatkowo większe składy i to niezależnie od repertuaru, bo poczynając od wymienionego wcześniej „Il Trovatore” po „The Ballads IV” Axela Rudiego Pella i „Wagner Reloaded” Apocalypticy zyskiwały na spektakularności. Pojawiał się iście hollywoodzki rozmach a bas wraz kolejnymi uderzeniami fali dźwiękowej przyjemnie masował trzewia. Warto podkreślić, że nawet przy wysokich poziomach głośności umieszczone na frontach wyloty bass refleks zachowywały się nader kulturalnie i nie dodawały od siebie żadnych zauważalnych – słyszalnych anomalii związanych z ewentualnymi turbulencjami przetłaczanego przez nie powietrza. Generalnie cały układ zestrojono tak, by zachować jak największą spójność i zbytnio nie faworyzować żadnego z podzakresów, choć patrząc na Rhapsody całkiem obiektywnie średnica otrzymała jednak lekkie fory, co całości wyszło tylko na dobre, bo namacalność i sugestywność partii wokalnych można opisywać wyłącznie w samych superlatywach. Przykładowo pełen rozpaczy, ale i niesamowitej mocy utwór „I’d Rather Go Blind” ze ścieżki dźwiękowej z „Cadillac Records” w wykonaniu … Beyoncé zabrzmiał jeszcze intensywniej a głos tej niekoniecznie kojarzonej z bluesem i swingiem artystki potrafiłby zmiękczyć nawet głaz narzutowy pozostawiony wieki temu przez wędrujący lodowiec. Podobny efekt, lecz u płci pięknej wywoływał Nat King Cole wyśpiewujący swym niesamowicie aksamitnym głosem „When Your Lover Has Gone” z albumu „Just One Of Those Things” – już pod dwóch minutach najbardziej oziębła Królowa Śniegu zamieni się w rozmarzoną i romantyczną Pocahontas seksownie podrygującą w takt nadawany przez towarzyszący wokaliście big band. Muzyka łagodzi obyczaje? Z pewnością, ale z użyciem Audio Solutions Rhapsody 80 zmiękcza również serca.

Dostarczona do testów czarno-biała wersja Rhapsody może swoim wyglądem zmylić niejednego miłośnika gładkiego, umownie określanego mianem aksamitu grania, gdyż nie ma w sobie nic a nic z całej tej minimalistyczno – prosektoryjnej mody, w jaką usilnie starają się nas „ubrać” projektanci wnętrz. Jeśli zatem głównym kryterium dopuszczającym możliwość wstawienia kolumn do salonu staje się ich „współczesny” design nie zastanawiajcie się Państwo ani chwili, tylko umawiajcie się na odsłuch tych litewskich podłogówek. W normalnie – konwencjonalnie urządzonych pomieszczeniach polecam jednak wersje pokryte naturalnymi fornirami, jednak niezależnie od wykończenia kolumny staną się nie tylko ozdobą przestrzeni, w jakiej się znajdą, ale przede wszystkim zaoferują pełnokrwiste, rasowe granie sprawdzające się praktycznie z każdym repertuarem pod warunkiem zapewnienia odpowiednio wysokiej klasy amplifikacji. Akurat w tym przypadku nie miejmy złudzeń – w im lepszy tor Rhapsody 80 wepniemy, tym wyższej klasy dźwięk będziemy mieli na co dzień.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Premium Sound
Cena: 17 990 PLN*
* Do ceny kolumn w fornirze Olive należy doliczyć 15%, do forniru Santos Palisander 8%. Pozostałe forniry w regularnej cenie.

Dane techniczne:
Wymiary (WxSxG): 1000 mm x 212 mm x 380 mm
Wymiary z podstawą (WxSxG): 1068 mm x 340 mm x 483 mm
Waga: 25 kg szt
Skuteczność: 91 dB
Moc ciągła: 80 W RMS
Impedancja: minimalna 3.7Ω @ 190 Hz; maksymalna 16Ω @ 64 Hz;
Częstotliwość podziału: 2270 Hz
Pasmo przenoszenia (w typowym pokoju): 39 – 25000 Hz
Przetworniki: 25 mm jedwabna kopułka wysokotonowa, 2x 15cm polipropylenowe mid-bass

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc; Ayon 1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor La Roccia Reference + ZYX 4D; Avid Acutus SP + SME IV + EMT Studiotechnik TSD 15N
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; Avid Pulsare II Phono
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Trilogy 925
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Z dużą dozą pewności sądzę, że bardziej obeznana z nowościami rynkowymi brać audiofilska wie, iż od dłuższego już czasu na nasze podwórko trafiają High Endowe produkty sygnowane przez kraje dawnego bloku wschodniego. Oczywistą sprawą jest fakt występowania problemów związanych z ich postkomunistycznym postrzeganiem, ale jak to w życiu i biznesie bywa, dobry produkt prędzej czy później sam się obroni. I gdy pierwsze nieśmiałe wejścia na zachodnie rynki przynoszą pewien bagaż pochlebnych opinii, zapala się zielone światło do zwiększenia port folio danej marki i rozszerzenia obszaru ”rażenia” swoją ofertą. Taki scenariusz miała właśnie manufaktura, która zawojowawszy zgniły zachód, trafiła do Polski i aby zrobić pierwsze dobre wrażenie – które notabene można zrobić tylko raz – kilka miesięcy temu zaproponowała (w osobie dystrybutora) naszej redakcji, wydanie opinii na temat niemalże flagowego modelu Rhapsody 130. Nie brnąc dalej w łamigłówki, pragnę przedstawić wszystkim litewską markę Audio Solutions z modelem Rhapsody 8, której dystrybucji podjął się trójmiejski Premium Sound.

Bryła modelu Rhapsody jest wariacją a la „Sonus Faber”, czyli przy płaskiej przedniej ściance, boki płynnym łukiem schodzą się ku o połowę węższemu tyłowi. Tylny panel jest zamykającą całość konstrukcji nakładką, na której w dolnej części usytuowano tabliczkę znamionową z pojedynczymi terminalami przyłączeniowymi. Na froncie widzimy trzy głośniki osadzone na dodatkowym obłym o nieregularnych kształtach profilu, a pod nimi otwór bass-refleksu, by na samym dole znaleźć mieniące się złotem logo firmy. Całość posadowiona jest na nieco szerszej niż ogólny obrys konstrukcji podstawie, w którą wkręcamy trzy kolce – dwa wyższe z przodu i jeden niższy z tyłu, co daje nam wymuszone pochylenie ku tyłowi, kierując generowane fale nieco nad słuchacza i prawdopodobnie wyrównując tym moment dobiegania doń poszczególnych zakresów częstotliwościowych. Ogólna czarno-biała kolorystyka jak na dzisiejsze czasy jest często pożądana wśród klienteli i jeśli nawet do tej pory nie zastanawiałem się nad tym aspektem, to po dłuższym, bliższym kontakcie jestem mile zaskoczony wyważeniem tych dwóch skrajnie stojących w palecie barw kolorów. Nie mamy poczucia dominaty jednego nad drugim, co mogłoby burzyć spokój ducha naszych żon, tylko pełną synergię rodem z feng szui. Ale wystarczy tego zachwalania i przejdźmy do sprawy umiejętności synergicznego bytu konstrukcji z Litwy ze stacjonującym u mnie na co dzień setem Reimyo.

Gdy zacnie prezentujące się kolumny wylądowały na docelowym miejscu, z racji bardzo dobrego odzwierciedlenia sceny muzycznej przez ich najstarsze siostry, przystąpiłem do wnikliwego ustawienia paczek względem miejsca odsłuchowego. Nie chciałem zmarnować tak ważnej dla mnie sprawy jak głębia i szerokość bytu międzykolumnowego, dlatego ze sporą dawką oczekiwań sięgnąłem po majstersztyk takiego masteringu, jakim jest dla mnie płyta The Purcell Quartet zatytułowana „Membra Jesu nostri”, a wydana przez oficynę Chandos. Porozrzucane w wirtualnym spektaklu głosy solistów wręcz bezwiednie zmuszały mnie do śledzenia ich położenia, nie zaburzając przy tym pełnego zaangażowania w mające swoje pięć minut wydarzenie muzyczne. Los chciał, by to pierwsze dobre wrażenie zaprezentowane było późną nocą, gdy szum tła w podwarszawskiej miejscowości mocno zbliża się do absolutnego minimum, umożliwiając tym samym ukazanie pełni możliwości znikania litewskich komponentów z goszczącego je pomieszczenia. Po takim obrocie sprawy ze spokojem zwiększyłem dawkę decybeli generowanych przez przetworniki 80-tek i na napędzie analogowym wylądował czarny placek z krakowskich występów Kena Vandenmarka w klubie Alchemia zatytułowany „The Vandenmark 5 – Four Sides To The Story”. Przesłuchawszy tę kompilację kilku klubowych nasiadówek, skłaniam się do kolejnych szczerych pochwał dla konstruktorów kolumn, za dobre oddanie gabarytów goszczącej muzyków dość niskiej salki koncertowej i sądząc po zdjęciach w insercie, wierne usadowienie artystów pomiędzy litewskimi emiterami dźwięku. Przysłuchując się temu krążkowi, mogłem nakarmić swój narząd słuchu pięknie nasyconym kontrabasem front mena, jak również mocno osadzoną w basie perkusją czy kontrabasem. Analizując całościowo pasmo testowanych kolumn, odbieram je jako w miarę neutralne z nisko schodzącymi dolnymi rejestrami, trafioną w punkt bez próby zbytniego podgrzania średnicą i czytelnie, acz bez szaleństw rysowaną górą widma akustycznego. A to oznaczałoby, że z pierwszego naszego testu niemalże flagowych modeli, panowie z Litwy wyciągnęli pewne wnioski i nieco utemperowali nadaktywność wysokich tonów. Dzisiejsza propozycja jest tak zestrojona, aby gdy tego wymaga zarejestrowany na płycie repertuar, blachy mimo pewnej ogólnej ogłady bez ociągania zaznaczyły swoją obecność w realizacji, jednak partie wokalne nie rozjaśniając przy tym naturalnego wolumenu dźwięków gardłowych, zwiększały realizm dobiegających do naszych uszu informacji. Jak do tej pory podczas testu używałem sporo wokalizy i trochę free jazzu, a co z elektroniką? Aby to zweryfikować, wróciłem ponownie do zestawu zerojedynkowego i zapodałem nieśmiertelny MASSIVE ATTACK z materiałem „MEZZANINE”. Ten repertuar równie jak poprzedni wypadł znakomicie. Czy to niskie sztucznie generowane pomruki, nadbudowana nad nimi partia wokalna, jak i wszelkiego rodzaju niezidentyfikowane w kanonach instrumentów naturalnych przegłosy, przestery i modulacje były osadzone w tak pożądanej w muzyce synergii, nie dając możliwości żadnej z częstotliwości zawłaszczyć zbyt wielkiego kawałka tortu, jakim jest słyszalny przez człowieka wycinek pasma akustycznego. Oczywiście istotny dla tego typu muzyki pazur był obecny przez cały krążek, ale nawet ja, ostatnio raczej stroniący od podobnego repertuaru osobnik, pochłonąłem tę dawkę impulsów membran z dużymi znamionami przyjemności. Może ręki nie dałbym sobie odciąć, ale spotkanie od pierwszego do ostatniego klawisza syntezatora z takim materiałem i moim pełnym udziałem jest już dużym plusem dla odtwarzającego go sprzętu. Gdy tak przerzucałem poszczególne płyty, po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że dostarczone do oceny kolumny najlepiej wypadały w muzyce opartej o instrumenty naturalne. Z pewnością dlatego, że taką najbardziej lubię, ale istotnym elementem wydaje się być również fakt, bardzo dobrego oddania naturalnej (czytaj realnej) sceny muzycznej nagrywanego materiału, często oferującej sporo interakcyjnych z głosami artystów wykonujących muzykę dawną artefaktów. I tutaj muszę się przyznać, że taki wsad krążkowy podczas obcowania z Litwinami właśnie z tego powodu (umiejętne oddanie tego aspektu) był w dużym stopniu uprzywilejowany. Ktoś może mi zarzucić, że nie szukałem dziury w całym jakimiś masakrycznymi wydaniami masy około-muzycznej, ale jeśli wszelkie szczegółowe informacje miałem już wynotowane, to dlaczego miałem odmawiać sobie przyjemności czerpania pełnymi garściami z możliwości kolumn, o zadawanie których zadbali konstruktorzy.

Gdy miałem już zakończyć test, naszła mnie jeszcze jedna myśl i stawiającą na szybkość końcówkę Reimyo zastąpiła rodzima manufaktura ABYSSOUND z modelem ASX 1000. W tej konfiguracji dźwięk stał się zdecydowanie cięższy, zwiększając tym sposobem ilość dolnego zakresu, ale nadal oscylując w ramach dobrze kontrolowanego dźwięku. Czyli kolokwialnie mówiąc, mimo dodatkowego sporego zastrzyku niskich rejestrów, nie było efektu buły, a to jest kolejnym punktem dodatnim dla naszych bohaterek. Oczywiście spora ilość wcześniej odtwarzanych płyt teraz z wyrywkowymi utworami ponownie przemknęła przez oba napędy, ale pierwsze pozytywne aspekty nawet w najmniejszym stopniu nie ewaluowały w degradującą całość stronę, a niektóre słabiej zrealizowane kompilacje w zakresie basu nawet sporo zyskały. Cieszę się z takiego obrotu sprawy – zmiana wzmocnienia dająca nieco inne, ale nadal dobre efekty brzmieniowe, całkowicie potwierdzała zasłyszane podczas jesiennej warszawskiej wystawy pozytywne odczucia. Dlatego jeśli potencjalny bohater podczas testu wykazuje predyspozycje błyśnięcia w różnych konfiguracjach, z przyjemnością informuję o tym w swoim tekście.  

Kolejne spotkanie z produktem ze zdawałoby się dalekich od High Endu landów, potwierdziło istnienie drzemiących w tych niedocenianych regionach Europy dużych pokładów wiedzy konstruktorskiej. Mam nadzieję, że to dopiero początek ich ekspansji na zgniły zachód i jeśli tylko nie obniżą lotów, wywalczony sukces z pewnością zachęci innych do podobnych prób zaistnienia w tym jednak trudnym, jakim jest ekstremum jakościowe wycinku audio. Po doświadczeniu z modelem Rhapsody 80 sądzę, że stałe miejsce marki Audio Solutions w super lidze jest tylko kwestią czasu i jeśli nawet pochłonie to nieco więcej niż zaplanował biznesplan energii, radzę nie zwalniać tempa i mocno trzymam kciuki za sukces.

Jacek Pazio

 System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation.              Elektronika Reimyo:                          
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX                                  
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II      
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence +
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved-Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa): Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik pod urządzenia: SOLID BASE VI
Listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU-505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V   
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
– napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
– ramię: SME V
– wkładka: Dynavector XX-2 MK II
– przedwzmacniacz gramofonowy THERIAA RCM
Druga końcówka mocy ABYSSOUND ASX-1000

Pobierz jako PDF