1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Audio Tekne

Audio Tekne

Gdy tytułowa marka przełamywała pierwsze recenzenckie lody na naszym portalu, nawet w najśmielszych rozważaniach nie przypuszczałem, że w tak krótkim czasie – niewiele dłuższym niż pół roku – w moje skromne progi zawitają jej flagowe modele. Z jednej strony trochę szkoda tak szybko wieńczyć tę zdawałoby się należącą niegdyś do sfery marzeń przygodę, ale z drugiej taki maraton wyśmienicie pokaza, jak wygląda progres jakości dźwięku podczas wspinania się po kolejnych szczeblach cennika opisywanego brandu. Coż zatem przy tak szybkim tempie wędrówki jest najważniejsze? Odpowiedź jest banalna. Stosunkowo niedługie między-testowe okresy pozwalały uniknąć zatracenia gdzieś w pamięci istotnych niuansów każdego spotkania. Ja wiem, że są mistrzowie, którzy po kilku latach przerwy pomiędzy testami konfrontowanych urządzeń niemalże jak na zawołania, z rękawa sypią kategorycznymi porównaniami, jednak nie oszukujmy się, sporo drobnych, a co za tym idzie bardzo ważnych na tym pułapie cenowym informacji ulatuje gdzieś w niebyt lub nadszarpnięte zębem czasu staje się nieco innym niż niegdyś punktem odniesienia. Dlatego też, mimo nostalgii spowodowanej końcem fajnego epizodu, jego stosunkowo krótki czas trwania jest największą wartością dodaną całej sagi zatytułowanej „Prawda o muzyce według Audio Tekne”. Tak więc, gdy łzy spowodowane zbliżaniem się do finiszu zjawiskowego odtwarzania muzyki zostały już wylane, z przyjemnością zapraszam wszystkich na chyba najcięższe dla mnie spotkanie z Japońską myślą techniczną spod znaku Audio Tekne, którego przedstawicielem tym razem będzie zestaw składający się z: przedwzmacniacza liniowego TFA-9501, dwóch monstrualnych monobloków phonostage’a TEA-9501B i opartych na określanych przez konstruktora Pana Kiyoaki Imai jako najwierniejsze dźwiękowi naturalnemu lampy 6AS7G w układzie PUSH PULL 11 Watt-owych końcówek mocy TM-9502. Dla pełnego oddania umiejętności sonicznych dostarczonego do testu seta, całość w znakomitej większości okablowano firmowymi drutami sieciowymi i sygnałowymi. Jako uzupełnienie posiłkowałem się dodatkowo łączówkami XLR LessLoss Anchorwave na linii pre-power, RCA Hijiri Milion Maestro od źródła cyfrowego i dyżurnym setem kabli kolumnowych Harmonix Exqusite i SLC 101. Oczywiście, jak za każdym razem, taki i w tym przypadku sprzęt do recenzji dostarczyła firma Natural Sound.

Akapit wizualizacyjny zacznę od spraw logistycznych. Jak przystało na High End, produkty AT są bardzo ciężkie. Jednak ich rozmiary niespecjalnie to oddają, gdyż w porównaniu do innych producentów przy niebagatelnej masie są bardzo kompaktowe. Tak naprawdę, jeśli ktoś nie miał z nimi styczności i szarpnie nonszalancko jeden z komponentów do góry, to jeśli natychmiast nie upuści go na ziemię walcząc dzielnie o nieobicie obudowy, z pewnością kręgosłup podziękuje mu za to co najmniej solidnym bólem. Nie wierzycie? Proszę bardzo. Widoczne na zdjęciach konstrukcje zdają się przeczyć wszystkim dotychczasowym standardom, gdyż sam phonostage składa się z dwóch modułów o wadze 63kg każdy i to bez sekcji zasilania, która mieści się w przedwzmacniaczu liniowym oscylującym w okolicach kolejnych 55-ciu kg. Najlżejszymi produktami są końcówki mocy, ale ostrzegam, te maleńkie prostokąciki mając sporo blachy w transformatorach i ekranującego je grafitu bez najmniejszych problemów osiągają masę ponad 45kg sztuka. Jak widać, nic tylko bawić się w tragarza. Ale proszę się nie martwić, gdyż po zakupie owych produktów tak przyziemne sprawy, jak ustawienie na docelowym miejscu i spięcie całego systemu zapewnia opiekun marki. Przyglądając się wyglądowi wszystkich bez wyjątku komponentów widać, iż głównym motywem konstrukcji są skrywające układy elektryczne płaskie platformy nośne, na których w zależności od spełnianej funkcji zaimplementowano ubrane w puszki transformatory, pomiędzy którymi zlokalizowano, osłonięte przed uszkodzeniami mechanicznymi i szkodliwymi rezonansami danej konstrukcji, lampy elektronowe. Kolorystyka omawianych urządzeń w zależności od źródła światła oscyluje wokół grafitu, stali i mariażu szarości z niebieskim. Najbogatszym we wszelkiego rodzaju manipulatory i przyłącza jest oczywiście stanowiący centrum dowodzenia przedwzmacniacz liniowy. Jego front zdobią cztery złote sześciokątne gałki – po dwie dla wzmocnienia i selektora wejść, prostokątny, podświetlany na czerwono, włącznik zasilania dla phonostage’a, również mieniący się czerwienią włącznik uruchamiający wyjście do nagrywania, dioda wskazująca stan pracy urządzenia w tej samej, co dwie poprzednie kontrolki, poświacie i prosty włącznik hebelkowy. Tylny panel oferuje gniazda zasilania do wspomnianego przedwzmacniacza gramofonowego, dedykowane dla niego złącza w standardzie XLR, pięć wejść liniowych RCA, jedno wyjście do nagrywania, po jednym inicjowanym hebelkiem wyjściu XLR i RCA na końcówki mocy i gniazdo zasilania. Końcówki mocy z racji prostego zadania wzmacniania sygnału z przodu proponują nam identyczny do samego pre zestaw włączeniowo – sygnalizacyjny, a na tyle wejścia XLR i RCA, pojedynczy uzupełniony o dodatkową masę terminal głośnikowy i gniazda prądowe. Najskromniej wyposażonym elementem testowanego systemu są monobloki przedwzmacniacza gramofonowego, który z przodu otrzymał jedynie skromną diodę sygnalizacyjną o otrzymanej dawce życiodajnej energii i umieszczone na obu zewnętrznych flankach tylnej części górnej płaszczyzny obudowy gniazda odbierające zasilanie i terminale przyłączeniowe dla sygnału z wkładki gramofonowej, których ilość idąc za poprzednimi wcieleniami jest mocno ograniczona skromną ofertą dopuszczalnych wartości. Na koniec bez nadmiernego rozpisywania się dodam, iż dostarczone do procesu weryfikacyjnego okablowanie jest bardzo skromnie wyglądającym produktem, ale zawczasu dodam, iż jakakolwiek próba ubierania naszego bohatera w majstrujące w sygnale przewody okazała się szkodliwą, co przy niebotycznych cenach samych urządzeń pozwala nieco zaoszczędzić na dziale połączeniowym.

Rozpoczynając akapit o wartościach sonicznych muszę zaznaczyć, iż od momentu otrzymania informacji o odwiedzinach dzisiejszej kombinacji sprzętowej miałem lekkie obawy, czy pracujące w układzie PUSH PULL, ale jednak tylko 11 watowe końcówki poradzą sobie z moimi kolumnami. Niby mają 90 dB przy ośmiu Ohmach, to jednak nauczony doświadczeniem dopuszczałem lekkie niedopasowanie mocowe tej kompilacji. I koniec końców, choć przy cichym słuchaniu było całkiem dobrze, to przy nieco mocniejszym odkręceniu gałki głośności słychać było walkę AT ze stawiającymi zbyt duże obciążenie kolumnami. Co więcej, wyraźnie czułem drzemiący w gościach z Japonii potencjał, jawiący się jako zdobywca wszelkich trofeów, ale bez możliwości pokazania swojego prawdziwego ja. Takim to sposobem stanąłem przed sporym problemem dopasowania kolumn nie tylko pod względem ich skuteczności, ale również sfery ich wyrafinowania dźwiękowego. Na szczęście moja skromna osoba, jak i występujący w roli potrzebującego pomocy pretendent do laurów po wykonaniu kilku telefonów nie mieliśmy najmniejszego problemu z dobraniem adekwatnego jakościowo testowego zestawu kolumnowego. Tak więc, dzisiejsze spotkanie opierać się będzie o przekrój kilu podejść na szczycie z diametralnie różnymi w swoich założeniach konstrukcyjnych zespołami głośnikowymi, co biorąc pod uwagę gusta potencjalnych klientów pozwoli spojrzeć nieco szerzej, a przez to śmielej  na projekt Audio Tekne.
Jak zdążyłem zaanonsować, pierwsze koty za płoty odbyłem z moimi ISIS-ami. Nie słucham zbyt głośno, dlatego unikając koncertowych dawek decybeli mogłem spojrzeć na kilka ważnych aspektów tego połączenia. Pierwsze spostrzeżenia? Już o tym wspominałem przy teście poprzedniego zestawu. Reimyo przy mej bezwzględnej miłości do niego niestety upiększa muzykę, a Audio Tekne ją odtwarza. To dla wielu pnących się ku górze melomanów w pierwszych momentach słuchania może być wielkim zaskoczeniem, ponieważ gdy do boju wkracza dzisiejszy bohater, wyskakujące przed szereg dzwoneczki, czy materializujące się jak mydlana bańka źródła pozorne nagle zajmują swoje naturalne miejsce na scenie. Pierwszy odruch podsuwa myśl pogorszenia lub co najmniej nudy. Nic nadzwyczajnego się nie dzieje, wszyscy siedzą na swoich miejscach, a co gorsza do niedawna siadająca na naszych kolanach artystka teraz sztywno stojąc przy mikrofonie nie chce zbliżyć się do nawet na krok. To naprawdę jest zaskakujące, ale powiem Wam tak, gdy zrozumiecie o co w tej całej zabawie w audio chodzi i posłuchacie co ma do pokazania w tej sprawie testowany dzisiaj system, powrót do dawnej prezentacji będzie trudny. To jeszcze nie koniec, gdyż gwarantuję, że jeśli nawet nie będzie Was na niego stać, wszelkie poszukiwania będą kręcić się właśnie wokół jego wzorca. Wywód brzmi trochę złowieszczo, ale sądzę, że lepiej dążyć do realnej niż do wyimaginowanej w naszych głowach prawdy. Oczywiście musi być spełniony jeden podstawowy warunek, czyli pełna synergia całego systemu, co osiągnąłem w niedawnym teście zajmującego środek oferty zestawu tej marki. Niestety, jak wspomniałem na wstępie dzisiejszego opisu brzmienia, kompilacja Japończyka z Austriakami nie dawała muzyce pełnego oddechu, ale ów aspekt większej prawdy wyraźnie korelował z tym, co usłyszałem podczas trafionej w punkt i opisanej kilka miesięcy temu wcześniejszej przygody. Abstrahując jednak od wszelkich przeciwności losu, mimo braku pełnej swobody w oddaniu wolumenu dźwięków wszelkie detale budowania sceny w zakresie jej głębokości, szerokości, jak i wysokości oddane były fenomenalnie. Co ważne, tylne plany swą czytelność zawdzięczały rozdzielczości, a nie sztucznemu przyciemnianiu tła, co często oferują konkurenci. Ważną informacją były również solidne pokłady wypełnienia na środku i dobrego zejścia w dół całego pasma, co idealnie pokazywał materiał muzyki klasycznej z organami w tle. I tu o dziwo, mimo problemów z wysterowaniem przy dużych poziomach głośności, na słuchanym przeze mnie poziomie idealnie czuć było dobrze prowadzoną potęgę tego monumentalnego piszczałkowca. Takim to sposobem naładowany optymistycznymi spostrzeżeniami zafundowałem Japończykom spotkanie z łatwiejszym obciążeniem, w roli którego wystąpiły kolumny ALTER II polskiej marki ARDENTO.

Wizyta odgród całkowicie przewartościowała odbiór całości zestawu, gdyż jak wiadomo, taka konstrukcja dając bardzo krótki i szybki bas plus niepodbarwiony środek spowodowała natychmiastową aplikację powietrza na scenie. To pokazało mi dobitnie, że szczytowy model ze stajni Audio Tekne wnosi na tyle dużo naturalnego nutowego koloru, że jakakolwiek pomoc w tej materii od potencjalnego nabywcy jest całkowicie zbędna. A przecież nigdy nie kryłem, że moje Trenner’y mają uwielbianą przeze mnie nasyconą szkołę grania, co teraz bezpośrednio wpłynęło na brak idealnej synergii.  Gdy w celach weryfikacyjnych po raz kolejny przesłuchałem odtwarzane w pierwszej konfiguracji płyty, pokazał się zdecydowanie sztywniejszy bas, ale najważniejszymi sprawami były ogólna swoboda i zdecydowane przyspieszenie impulsu narastania dźwięku. Ktoś może zapytać, czy przy odgrodach, które zazwyczaj bywają ciężkie dla wzmacniaczy, te 11-te Wattowe końcówki czasem się nie pociły. A ja odpowiem, że podobne pytanie zadałem konstruktorowi kolumn i odpowiedź, że w tej konstrukcji zmierzone jest 95 dB, a gdy byłaby to obudowa zamknięta wynik przeskoczyłby setkę, zadecydowała o sensie procesu logistycznego tych wielkich „Gdańskich Szaf” do mojej mekki. Ważną informacją w tym zestawieniu był również fakt konsekwentnego trzymania się zestawu bardzo dobrego oddania szerokości i głębokości wirtualnej sceny muzycznej. Nie wiem czy zdjęcia to oddają, ale moje już bardzo szerokie kolumny są o 10 centymetrów węższe od ALTER-ów, co dla sporej grupy wzmacniającej sygnał konkurencji kończy się już lekkim spłaszczeniem sceny. Tutaj wspomniany aspekt stał na straży unikania zmian usłyszanego na samym początku pozycjonowania artystów i ich instrumentów. Niestety czas w tak znamienitym towarzystwie mija zaskakująco szybko i nawet nie zdążyłem się obejrzeć, gdy nastał moment wymiany zespołów głośnikowych na kolejnego zawodnika, który wprowadził do gry nieco subtelności, w zdecydowanie większym stopniu umożliwiając czerpanie wszystkiego co najlepsze z wypełniającego mój pokój dźwięku.

Gdy po dwóch seriach bardzo dobrze odtworzonych płyt na odsiecz Japończykom przybyli Niemcy z kolumnami Cessaro Chopin I, okazało się, iż kolejne dwa decybele skuteczności więcej naprawdę mogą sprawić cuda. Sama konstrukcja ze względu na mniejsze przetworniki była zdecydowanie łatwiejsza do napędzenia, ale suma summarum najnowsza koalicja sprzętowa wyniosła dźwięk na dotychczas nieosiągalne poziomy jakości. Oczywiście nie oznacza to, że nie można lepiej. Ba, powiem więcej, z pewnością nie było to ostatnie słowo odwiedzającego mnie seta z Japonii, gdyż w pewnych aspektach wyraźnie czułem pokłady niewykorzystanych umiejętności. Niestety sprawa zorganizowania wyrafinowanych wysokoskutecznych kolumn nie jest łatwym kawałkiem chleba i musiałem bazować na tym, co udało się skonfigurować. Ale do rzeczy. Wpięcie w tor kolumn Cessaro zaowocowało zdecydowanie lepszym niż dotychczas oddaniem wielkości sceny muzycznej z jej aspektami wektorów szerokości, głębokości i wysokości. Co ciekawe, gdy podczas próby z polskimi konstrukcjami źródła pozorne wydawały się lekko powiększone, tak Niemcy sprowadzili ten parametr do naturalnych gabarytów. Innym wartym poruszenia tematem jest zniknięcie uczucia chłodu w dźwięku, co towarzyszyło mi podczas wszystkich poprzednich starć z tą marką i to bez względu na poziom zaawansowania technicznego, poczynając od integry i najprostszego phonostage’a, a kończąc na synergicznym połączeniu poprzedniego zestawu z moimi kolumnami. I to wszystko na wyglądających na marketowe firmowych drutach. A najlepsze jest to, że jakakolwiek żonglerka ogólnie uważanymi za wyśmienite kablami Harmonixa raczej szkodziła niż pomagał dźwiękowi. I nie chodzi mi tutaj o jakąś degradację, tylko majstrowanie w sygnale odbijało się na utracie prawdziwości projekcji zarejestrowanego na płycie materiału. Tak jak wspominałem, testowany set sam w sobie miał tak duże podały gęstego i przy tym bardzo rozdzielczego sygnału, że do pełni szczęścia potrzebował jedynie łatwych do napędzenia, ze względu na stosunkowo niską moc, nienarzucających swojego sznytu grania, odpowiednio rozdzielczych i spójnych pasmowo kolumn. Gdy wszelkie plusy i minusy tego połączenia zostały wypunktowane, przyszedł czas na czerpanie przyjemności z zaproszenia Japończyka na osobisty koncert w mojej samotni. Na początek zafundował mi wspaniale zrealizowany miting Keith’a Jarretta z Garym Peacockiem i Jack’em DeJohnettem zatytułowany „Still Live”. Wyśmienite oddanie wielkości goszczącej muzyków i słuchaczy sali koncertowej wraz z rozkładem artystów wraz z bardzo realnie wypadającymi oklaskami publiczności, kazały mi odtworzyć ten podwójny album od deski do deski. Wszelkie wybrzmienia przeszkadzajek bębniarza, okraszona niskimi akordami dźwięczność fortepianu front mena i wtórujący im kontrabas zdawały się materializować w mym pokoju. A przypominam, że to nie jest ostatnie sowo tego seta. To jest jego oferta z tylko tyle potrafiącymi kolumnami, co łatwo było mi wypunktować na podstawie synergii tańszego systemu z ISIS-ami. Gdzie widzę jeszcze potencjał? Przy całej otoczce około barwowej, gdy spełnilibyśmy zapotrzebowanie na odpowiednie walory jakościowe kolumn, czytelność tylnych planów wzniosłaby się na zdecydowanie wyższy poziom. W tym modelu kolumn mieliśmy jeden głośnik średnio-niskotonowy, co przy szybkich i gęstych pasażach muzyki klasycznej czasem pokazywało, iż sekcja kontrabasów traci nieco na czytelności, czego nie było w poprzedniej kompilacji. Tam każde pasmo miało swój przetwornik i środek nie musiał się dzielić kawałkiem membrany z mocnymi pomrukami basowymi. Ale jak powiedziałem, tam czuć było lekki chłód w dźwięku, a tutaj dostajemy taką dawkę homogeniczności, że nawet jak dla mnie zbyt konturowo grające Altery II okazywały się demonami gładkości. No dobrze, a jak z szybkim i gęstym free jazzem? Na tę konfrontację zaprosiłem Kena Wandermarka. Sekcja dęciaków w całym swym szaleństwie nawet przez moment nie zgłaszała problemów z czytelnością, a pokłady masy na średnicy fantastycznie wspomagały brzmienie saksofonów, co dla miłośnika tego gatunku muzycznego było czystą orgią zmysłów. Co ważne, zestaw idealnie informował mnie o stosukowo niedużym i niskim pomieszczeniu goszczącego muzyków podczas sesji nagraniowej klubu. Na koniec dzisiejszego spotkania w ramach pokazania umiejętności panowania AT nad mającymi beryl w tubie niemieckimi głośnikami, przyznam się szczerze, co nastąpiło. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony kulturą pracy wspomnianych kompresyjnych driverów berylowych, które w ogólnie pojętym świcie audio, dość często uchodzą za zbyt ofensywne. W tym połączeniu chodziły jak na trzymanym przez zestaw z Japonii sznurku, by gdy tego wymagał materiał muzyczny dać mi pięknie brzmiące odpowiednio ciężkie blachy perkusisty, by innym razem wyświetlić pomiędzy kolumnami mieniący się złotem delikatnie trącony trójkąt. Niemożliwe? Proszę spróbować, ale lojalnie ostrzegam, gdy załapiecie o co w tej zabawie chodzi, świat audio już nigdy nie będzie taki sam.

Trochę mi smutno, ale chyba na jakiś czas kończy się moja przygoda z produktami Audio Tekne. Przyczyna jest prozaiczna, gdyż przez te z małą nawiązką pół roku co prawda z wielką przyjemnością i niedowierzaniem, że urządzenia lampowe mogą grać tak rozdzielczo, ale niestety przebrnąłem przez najważniejszy trzon oferty. Czy widzę siebie z takim dźwiękiem? Po przesłuchaniu dziesiątek drogich i dobrze grających urządzeń wiem, że dorosłem do prawdy w dźwięku, którą oferuje AT, dlatego jedynym problemem są kwestie finansowe. Smutne, ale prawdziwe. Jednak nie do końca jestem przekonany, czy Wy jesteście na to gotowi. Tutaj nie ma mamienia wyskakującymi z kapelusza dzwoneczkami, tylko odtworzenie materiału nagranego na płycie w możliwie naturalny sposób. Wszystkie moje próby z bardzo poprawiającymi końcowy efekt dźwiękowy kablami zawsze wprowadzały pewną sztuczność prezentacji, dając jasno do zrozumienia, że droga do realnego dźwięku nie opiera się na jego poprawiaczach, tylko umiejętnościach elektroniki. Jeśli będziecie mieli okazję zakosztować takiej prezentacji przez dłuższy czas, to początkowa wydająca się nudną naturalność tak zmieni Wasz punkt odniesienia, że powrót do starych przyzwyczajeń będzie bardzo bolesny, a czasem wręcz nieakceptowalny. Tak więc, klienci o słabych nerwach proszeni są o wstrzemięźliwość testową, gdyż topowy zestaw Pana Imai nie zostawia jeńców.

Jacek Pazio

Dystrybucja: NATURAL SOUND s.r.o.
Ceny:
TFA 9501: 69 000 €
TEA 9501: 89 000 €
TM 9502:  155 000 €

Dane techniczne:

TFA 9501
Wejścia: Phono, CD, Tuner, Tape, AV, Aux.
Maksymalny poziom sygnału wejściowego : 3 Vrms
Wyjścia: Rec Out; Pre Out XLR i RCA
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (+/- 1 dB)
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 445 x 225 x 346 mm
Waga: 55 kg

TEA 9501
Dla wkładek: MC o niskiej lub wysokiej impedancji
Zakres sygnałów wejściowych: Phono Low 25 mV rms | Phono High 85 mV rms
Zakres sygnałów wyjściowych: 1,6 V rms (std.) – 13 V rms (max)
Wyjścia: XLR i RCA
Dokładność korekcji RIAA: +/- 1,5 dB (20 Hz-15 kHz)
Pobór mocy: 70 W
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 750 x225 x 240 mm
Waga: 63 kg/szt.

TM-9502
Wejścia: RCA i XLR
Czułość wejściowa/impedancja: 1 V/3,3 kΩ
Moc wyjściowa: 11 W
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: < 5%/11 W
Pasmo przenoszenia: 10 Hz-20 kHz (- 1 dB/- 3 dB)
Szumy własne: < 1 mV/8 Ω
Pobór mocy: 160 W
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 475 x 225 x 300 mm
Waga: 51 kg/szt.

System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: CAT – 777 MK II
– końcówka mocy Reimyo: KAP – 777  
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”, ARDENTO ALTER II, CESSARO CHOPIN I
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF