1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Crystal Cable The Ultimate Dream Power

Crystal Cable The Ultimate Dream Power

Link do zapowiedzi: Crystal Cable The Ultimate Dream

Opinia 1

Zgodnie z deklaracjami poczynionymi podczas relacji z polskiej premiery przewodów zasilających Siltech Triple Crown & Crystal Cable Ultimate Dream mamy niewątpliwą przyjemność poinformować Państwa, że po dłuższej chwili oczekiwania „słowo ciałem się stało” i pierwsza transza holenderskiej audio-biżuterii zagościła w naszych skromnych progach. Zamiast jednak prowadzić bratobójczy pojedynek i próbować skonfrontować ze sobą oba ww. brzydko mówiąc „druty” postanowiliśmy nieco ostudzić emocje i doskonale zdając sobie sprawę, że nic tak nie podnosi ciśnienia jak właśnie high-endowe przewody zasilające uznaliśmy, że tego typu ekstrema należy dozować z rozwagą i iście aptekarską dokładnością. Dlatego też kierując się troską o serca naszych Drogich Czytelników i zasadami savoir-vivre pierwszeństwo przypadło marce znajdującej się pod opieką Gabi Rijnveld, czyli Crystal Cable i topowym przewodom zasilającym The Ultimate Dream Power, których cztery sztuki dotarły do nas dzięki uprzejmości krakowsko – warszawskiego Nautilusa.

Bynajmniej żadną tajemnicą nie jest, że zarówno za wyrobami Crystal Cable, jak i Siltecha stoi nie kto inny jak Edvin Rijnveld a oba byty prowadzone są równolegle w ramach typowo rodzinnego przedsięwzięcia. Dlatego też, choć produkcja odbywa się w tej samej fabryce w Elst i przestrzeń biurowa w imponującym World Trade Centre w Arnhem jest wspólna, używając marketingowego żargonu ich „target” nieco się różni i nikt nikomu w drogę nie wchodzi a jeśli tylko Klient ostatecznie zdecyduje się na Crystala zamiast Siltecha, bądź na odwrót, to nikt z tego powodu nie będzie rozpaczał, gdyż i tak, i tak wszystko zostanie w rodzinie.
W przeciwieństwie do Triple Crowna, nad którym powinniśmy poznęcać się już za dosłownie chwilę, zasilający Ultimate Dream sprawia zdecydowanie mniej przytłaczające wrażenie. Można wręcz uznać, że ma w sobie coś niezaprzeczalnie jubilerskiego i … kobiecego. Mówiąc prosto z mostu jest po prostu ładny i to urodą nienachalną a jednocześnie jasno dającą do zrozumienia o swojej bezdyskusyjnej ekskluzywności. Podkreśla to już samo opakowanie, które zamiast konwencjonalnego, kartonowego pudełka przybrało formę porytej intrygującym „włosiem” walizeczki. Sam przewód jest dość skomplikowaną a przy tym wiotką plecionką o srebrno-złotym zabarwieniu z umieszczoną od strony odbiornika ozdobną złoto-chromowaną mufą i został zaterminowany modyfikowanymi japońskimi, topowymi wtykami Oyaide z serii F1. Jeśli zaś chodzi o jego budowę wewnętrzną, to w tym wypadku mamy do czynienia z wiązką siedmiu, podwójnie ekranowanych drutów solid-core. Sześć z nich to monokrystaliczne srebro a siódmy – centralnie umieszczony,, jest srebrno-złoty i pełni rolę przewodu masy. Również ich ekranowanie wykonano ze złoconego, monokrystalicznego srebra i z monokrystalicznej, srebrzonej miedzi a jakby było tego mało izolację stanowi podwójna warstwa Kaptonu wraz z PEEK (PolyEtherEtherKetone).

A jak tytułowa biżuteria gra? Bo przecież wbrew pozorom i zdaniu wszystkich tych co nie słyszeli, kontaktu z tym, bądź nawet nie tyle podobnej, co jakiejkolwiek klasy przewodem nigdy nie mieli, ale głoszą prawdy objawione, choć tak po prawdzie wyssane z palucha i to niekoniecznie pierwszej czystości, kable zasilające wpływ na brzmienie urządzeń z ich pomocą zasilanych wpływ mają i basta. Jeśli zatem dobrnęliście Państwo do tego momentu, to znaczy, że zamiast usilnie próbować sobie wmawiać, że coś nie gra, skoro gra, wolicie ufać własnym zmysłom i sami decydować o tym co w waszym torze audio się znajdzie a co nie. I wiecie co? Nie wiem, czy zepsuję komuś niespodziankę, czy nie, ale bez zbędnego stopniowania napięcia śmiem twierdzić, że … Crystal Cable Ultimate Dream znaleźć się powinien. Powodów jest kilka. Po pierwsze pomimo mało imponujących gabarytów, czy też podatności na zginanie porównywalnej do pręta zbrojeniowego, przewód ten swoją żywiołowością, chęcią do grania i dynamiką może wprawić w konsternację niejednego „boa dusiciela” grubości węża strażackiego. W dodatku nie jest to granie bezkształtną, obezwładniającą i niemożliwą do opanowania masą, lecz w pełni kontrolowanym i świetnie zróżnicowanym wolumenem zwartym niczym żelbetowy blok poruszający się z zegarmistrzowską precyzją. Każde uderzenie ma swój atak, właściwą siłę i dokładność sterowanego z serca Pentagonu bojowego drona. Nie dość, że potrafi pojawić się znikąd, to po przeprowadzonym ataku równie błyskawicznie zniknąć. Aby tego doświadczyć najlepiej sięgnąć po coś równie ekstremalnego jak debiutancki krążek supergupy Dead Cross o zaskakującym tytule „Dead Cross” . Obłąkańcze ataki perkusji, za którą zasiadł sam Dave Lombardo i wyrykiwane, niemalże agonalne partie wokalne Mike’a Pattona wraz ze ścianą gitarowych riffów mozolnie tkaną przez basistę Justina Pearsona i gitarzystę Michaela Craina na mniej rozdzielczych przewodach sprawiały dość monotonne wrażenie i po blisko dwudziestu ośmiu minutach, bo tyle właśnie ww. album trwa, można było czuć pewne znużenie. Tymczasem obecność w torze Crystali (jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku podczas testów dysponowaliśmy czterema sztukami) sprawiła, iż całość nie dość, że nabrała niesamowitej szybkości i motoryki, to ukazała wielowarstwowość samych kompozycji i to, co do tej pory wydawało się li tylko monolitycznym, piekielnie brzmiącym łomotem okazało się misternie tkanym hardcore -punkowym i heavy metalowym majstersztykiem. Z jednej strony dźwięk był gęsty i świetnie osadzony na basowym fundamencie a z drugiej trudno było uznać go za przyciemniony, czy zaokrąglony. Jedynie najwyższe składowe, oczyszczone z granulacji mogły wydawać się nieco złagodzone, lecz każdorazowo, po nieco bardziej wnikliwej analizie okazywało się, że to nie zaokrąglenie, bądź ich wycofanie, lecz właśnie oczyszczenie z pasożytniczych artefaktów sprawiało, iż brzmiały one zdecydowanie finezyjniej aniżeli z innym okablowaniem.
Mając jednak na uwadze ciężkostrawność powyższego repertuaru jednostkom dysponującym zdecydowanie delikatniejszym podniebieniem muzycznym sugeruję zaprząc do roli materiału testowego fenomenalny duet Raya Browna z Laurindo Almeidą, czyli wydawnictwo „Moonlight Serenade” i jeśli tylko macie Państwo taką możliwość, to najlepiej na winylu. A czemu właśnie na LP a nie CD, bądź plikach spytacie. Otóż biorąc pod uwagę fakt, iż nagrania dokonano w 1981r. w technologii Direct to Disc, czyli na setkę, z praktycznie z zerową reżyserią dźwięku – efekt finalny zawdzięczamy jedynie odpowiedniemu doborowi i ustawieniu mikrofonów.
Crystale nie tylko nie zaburzają, bądź osłabiają słyszalnej między muzykami więzi i tożsamego dla ich wirtuozerii feelingu, lecz to zjawisko intensyfiują. W dodatku precyzyjnie kreśląc krawędzie instrumentów nie zawieszają ich i nie separują w czarnej otchłani, lecz zachowując atłasowe tło pozwalają wzajemnie się przenikać, wchodzić we wzajemne interakcje. Pozostając w tym samym klimacie i tym samym instrumentarium nie odmówiłem sobie również przyjemności przesłuchania „In New York” Rona Cartera i Joela Xaviera, gdzie kontrabas stanowi już jedynie akompaniament dla gitary, ale nadal czaruje i barwą i swym natywnym wolumenem, więc jeśli tylko szukamy ukojenia od codziennego zgiełku w typowo analogowej i niespiesznej estetyce, to jest to pozycja wręcz dla nas wymarzona.
Mając do czynienia z przewodami, które umownie rzecz ujmując wyszły spod kobiecej ręki nie omieszkałem zweryfikować ich wpływu na sposób reprodukcji wokali należących do płci pięknej i szczerze przyznam było to świetne zwieńczenie mojej przygody z Ulimate Dreamami. Bardzo delikatne dopalenie emocjonalne i dosaturowanie głosów Natalie Cole, Niny Simone, czy nawet Mizuho Lin (udzielającej się w brazylijskiej formacji Semblant m.in. na albumie „Lunar Manifesto”) sprawiły, że panie zrobiły pół, bądź nawet cały krok do przodu i zaczęły śpiewać bardziej dla nas.

Crystal Cable Ultimate Dream Power to jedne z droższych przewodów dostępnych na naszym rynku i choć niby nie wypada, czy wręcz nie należy oceniać „książki po okładce”, to już na pierwszy rzut oka widać, że należą one do elitarnego grona produktów, których posiadaniem mogą szczycić się jedynie najzamożniejsi audiofile. Jednak wysmakowane wzornictwo, szlachetne materiały i typowo jubilerskie oblicze metalurgii nie są sztuką dla sztuki a jedynie sposobem, drogą prowadzącymi do określonego i precyzyjnie zdefiniowanego celu. Celu, którym jest jak najwierniejsza reprodukcja naszej ulubionej muzyki i sprawienie, by wreszcie zabrzmiała ona tak, jakby grana była tylko i wyłącznie dla nas.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz liniowy: Air Tight ATC-2
– Wzmacniacze mocy: Air Tight ATM-2
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Z pozycji zwykłego Kowalskiego, jak również zgodzie z ogólnie obowiązującymi prawami fizyki, dzisiejsze spotkanie ocierać się będzie o zapędy stricte szamańskie. Dlatego też już na stracie informuję, iż wszyscy negujący wpływ różniących się od siebie konstrukcyjnie kabli w systemie audio na jego końcowy efekt soniczny (bez zagłębiania się w temat przenoszonych przez nie sygnałów) proszeni są o znalezienie sobie innego, z ich punktu widzenia znacznie ciekawszego, zajęcia. Powód? Banał, gdyż tym razem na portalową tapetę trafił właśnie set okablowania. Mało tego. Nie chodzi nawet o czasem uważane przez niedowiarków za mogące coś wnieść do dźwięku głośnikowe czy interkonekty. W tym odcinku zderzymy z czystą herezją, czyli z drutami sieciowymi. A żeby tego było mało, będzie to sparing z jednymi z droższych konstrukcji na światowym rynku. I nie chodzi mi w tym momencie o wyjadaczy typu: Siltech, MIT, czy Transparent, tylko markę co prawda z tym pierwszym bardzo spokrewnioną, bo prowadzoną przez żonę wspomnianego holenderskiego producenta, która po osobistej konfrontacji nie wiedzieć czemu, jakimś dziwnym trafem pośród osłuchanych audiofilów mimo ewidentnych zalet dźwiękowych nie jest zaliczana do pierwszej ligi tego typu akcesoriów. Zatem jeśli ta informacja nie spowodowała u Was nieodwracalnie negatywnych skutków w psychice, zapraszam na krótką opowieść o tym, jak cztery pięknie się prezentujące holenderskie kable sieciowe, ukrywające się pod handlowym kryptonimem Crystal Power Cable The Ultimate Dream zmieniły oblicze stacjonującego u mnie japońskiego systemu. Gdy zaproszenie zostało przyjęte, na koniec wstępniaka dodam jeszcze, iż wizytę owego kompletu prądowego do celów testowych zawdzięczamy warszawsko-krakowskiemu dystrybutorowi Nautilus.

Aparycja rzeczonych drutów sieciowych nie pozostawia złudzeń. Walory estetyczne natychmiast sugerują, że rola kobiety w tym projekcie biznesowym nie kończy się jedynie na zarządzaniu, ale w kontrakcie znalazł się również podpunkt związany z dbałością o design. Dlaczego? Ja wiem, wygląd kabli jest nieistotny, gdyż zawsze leżą gdzieś na podłodze za szafką. Tymczasem Pani Gabi Rijnveld będąc właścicielem marki dopilnowała, aby bez względu na często nikłe szanse ich wyeksponowania przez potencjalnego klienta choćby podczas implementacji w tor audio zawsze cieszyły jego oko. A jak wyglądają? Ewidentnie widać to na fotografiach. W ogólnym postrzeganiu przoduje jasna, a przez to napawająca optymizmem kolorystyka. Sam element nośny, czyli niezbyt gruby, skręcony z kilku żył srebrny przewodnik ubrano w eksponującą połysk przewodnika przezroczystą koszulkę. Mało tego, tuż przed wtykiem żeńskim, czyli przed wejściem do odbierającego dawkę energii urządzenia zamontowano wykończony matowym złotem owalny pojemnik, w którym skryto będący tajemnicą firmy układ filtrujący. I gdy do tego dodamy zaprojektowane dla CC, wizualnie podobnie do reszty komponentów, mieniące się srebrem wtyki, mamy coś, co nawet jeśli nie wpłynie na dźwięk (lojalnie ostrzegam, z wydawaniem ostatecznych wyroków zalecam poczekać do końca tekstu), z pewnością poprawi nam samopoczucie. Puentując tę część opisu dodam tylko, iż ostatnim namaszczeniem damską ręką tego produktu są wyściełane wewnątrz aksamitem, a na zewnątrz wykończone mieniącą się odcieniami brązu i ciemnego złota panterką transportowe kuferki. Ale to nie koniec ważnych dla klienta informacji. Niestety, w komplecie otrzymujemy coś, co jest wymogiem ostatnich, nasączonych chęcią nieuczciwego zysku czasów, czyli certyfikat autentyczności towaru w postaci karty magnetycznej. To może wydać się śmieszne, ale w dobie, gdy podrabianie praktycznie wszystkiego jest na porządku dziennym, dobrze byłoby mieć pewność, że zakup komponentu za równowartość średniej klasy samochodu nie jest rosyjską ruletką, tylko zabezpieczoną przed przypadkowością transakcją.

Gdy wpinałem tytułowy zestaw okablowania sieciowego w swój tor, byłem bardzo ciekawy, co takiego może się wydarzyć. Przecież to, co obecnie posiadam, jest pewnego rodzaju serią świadomych, kilkuletnich wyborów i przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc każdy nowy komponent, a tym bardziej ich pakiet powinien wywrócić moją układankę do góry nogami. I wiecie co? Tak się nie stało. Co więcej, sprawa prezentacji dźwięku, a co za tym idzie wirtualnej sceny za sprawą użycia przedstawicieli jednego modelu okablowania dla całego systemu przybrała bardzo pozytywną, bo wprowadzającą dodatkową spójność grania cechę. Cechę, która z jednej strony dzięki będącej znakiem rozpoznawczym tej serii okablowania dawce gładkości dla wszystkich elementów toru audio w wymiarze symboliki nieco temperowała pracę najwyższych rejestrów, ale za to z drugiej w rozgrywające się przede mną wydarzenia muzyczne tchnęła tak bardzo poszukiwany przez kochających muzykę melomanów spokój. To może wydawać się niedorzeczne, teoretycznie zmniejszamy ilość lumenów na scenie, a mimo to w bardzo naładowanym gęstą średnicą zestawie powodujemy wyraźną poprawę jego brzmienia. Niemożliwe? Niestety możliwe, gdyż dzięki zarezerwowanej dla najlepszych rozdzielczości nadal wszystko jest bardzo czytelnie podane. Jeśli tego nie czujecie, sądzę, że jeszcze wszystko przed Wami, gdyż muzyka nie powinna nas napadać efektem „łał”, tylko sprawiać, iż swoją pozorną bezinteresownością bytu międzykolumnowego mimo woli przykuwać naszą uwagę. Wiem, postradałem zmysły, ale dawno mam za sobą systemy reprodukujące rozedrgane w eterze instrumenty. Obecnie stawiam na wyraźny atak, unikający nadmiernej ekscytacji ton i jego swobodne wybrzmienie do samego końca, bez jakichkolwiek fajerwerków wokół wygenerowanej nuty. Ale nie o tym dzisiaj rozprawiamy, dlatego wracamy do tytułowego okablowania. Idźmy dalej. Wspomniana przed momentem praca w sferze prezentacji wysokich tonów nie jest jedynym pozytywnym zabiegiem testowanych drutów, gdyż w sukurs tak postawionej sprawie idzie lekko rozświetlona wyższa średnica, która natychmiast zwiększa uczucie wyraźniejszego i głębszego budowania bardzo obszernej sceny 3D. Aby założeniom ponadprzeciętności przecież nie tanich kabli stało się zadość, całości wykończenia fenomenalnego pomysłu na dźwięk pomaga delikatnie wzmocniony wyższy bas. Ktoś zapyta: „To w systemie z podobnymi artefaktami wpisanymi w kod DNA szczypta wyższego basu jest w stanie jeszcze pomóc? Przecież ten zakres w nadmiarze zazwyczaj jest idealnym zamulaczem”. I tutaj w teorii macie rację, ale w odniesieniu do oferty Crystal Cable się mylicie. Całą obawę o nadmiar dobroci przełomu basu i środka niweluje przecież otwarcie wyższych partii tego drugiego. To sprawia zaś, że mimo tak chwalonego przeze mnie spokoju generowanej muzyki, ta oferuje bardzo przyjemny w odbiorze drive w postaci odczucia większej niż dotychczas energii materializujących się fal dźwiękowych i co ważne bez jakiegokolwiek spowolnienia. Sam miałem problem z zaakceptowaniem tego zjawiska, ale kilkukrotne próby przełączeniowe z różnorodnym materiałem muzycznym za każdym razem jedynie potwierdzały tę nadającą pożądany sznyt dźwięku mojego systemu cechę. Zatem gdy karty zostały rozdane, próba opisania w jednym zdaniu najważniejszych zalet testowanych The Ultimate Dream brzmiałaby następująco: To są zaskakująco gładko grające, a zarazem bardzo energetyczne kable, które w bardzo wyrafinowanych systemach bez jakichkolwiek strat są w stanie wprowadzić daleki od uczucia nudy spokój słuchanej muzyki. Zatem, jak wytłumaczę sprawę nieco większej iskry z posiadanym przeze mnie okablowaniem? Jest lepiej od propozycji testowej? Z pewnością w wartościach bezwzględnych nie, ale to jest mój świadomy wybór, gdyż na chwilę obecną preferuję trochę bardziej błyszczące blachy, co jednak nie przeszkadza mi przyznać wyższości jakości dźwięku produktowi pokazującemu nieco inne oblicze (Crystal Cable) niż osobiście preferuję. Przecież każdy z nas mimo dążenia do prawdy jaką jest przekaz live, przemierza całkowicie inną, sprawiającą mu przyjemność drogę.

Zdaję sobie sprawę, że oceniany dzisiaj zestaw okablowania zasilającego z racji zajmowanej pozycji w cenniku jest ofertą jedynie dla wybranych. Jednak w swej długiej drodze świadomego audiofila nie raz przekonałem się, iż wysoka cena jako taka nie gwarantuje końcowego sukcesu. Tymczasem jestem bardzo rad, że w tym przypadku żądana za produkt niezła sumka jest wprost proporcjonalna do trochę uciekającej konkurencji oferty sonicznej. Czy widziałbym taki zestaw u siebie? Z całą powagą okupionej sporym wydatkiem decyzji odpowiem, że tak, mimo nieco łagodniejszego sznytu bardzo ważnych dla mnie skrajów górnej części pasma. To są niuanse, a nie radykalne różnice, a pełna akceptacja nie byłaby równoznaczna z siłowym przyzwyczajeniem się do tak prezentowanej muzyki, tylko idąc za wyartykułowaną kilka linijek wcześniej teorią szukania piękna w muzyce przekroczeniem kolejnego stopnia wtajemniczenia. Dlatego też wszyscy, którzy są w stanie wyasygnować sugerowaną przez holenderskiego producenta kwotę, bez względu na stan samozadowolenia z tego co posiadają, powinni spróbować zmierzyć się dzisiejszymi bohaterami. Nawet jeśli coś między Wami nie zaiskrzy, gwarantuję bardzo ciekawie spędzony z muzyką w tle czas. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 11 900 € / 1,5 m

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

 

Pobierz jako PDF