1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Devialet Expert 440 Pro

Devialet Expert 440 Pro

Link do zapowiedzi: Devialet Expert 220 Pro

Opinia 1

Podobnie jak w ludowej mądrości, tak i w naszym przypadku musieliśmy robić aż dwa próbne – wyjazdowe podejścia, by koniec końców dostać w swe szpony „mroczny obiekt pożądania”. Nie mówię, że salonowe odsłuchy modelu 250 z B&W 802 Diamond, czy 200-ki z B&W 805 D3 były li tylko przysłowiowym lizaniem cukierka przez szybę, bo nie były, jednak o pełni możliwości konkretnych urządzeń można przekonać się jedynie dopiero we własnych czterech, bądź jak w naszym redakcyjnym OPOS-ie ośmiu kątach. Dlatego też z nieukrywaną niecierpliwością oczekiwaliśmy na dostawę dopiero co fabrycznie upgradowanych do wersji Expert 220 Pro dwóch … Devialetów. Czemu dwóch? Cóż, dystrybutorowi marki – warszawskiemu Audio Klanowi bynajmniej nie chodziło o dwukrotne skrócenie czasu testu poprzez równoległe „zatowarowanie” Jacka i mnie, lecz o coś zupełnie innego. O co? O pokazanie potencjału drzemiącego we francuskich „naleśnikach” i łatwości z jaką można je ze sobą łączyć tworząc, posługując się marketingową nomenklaturą bezkompromisową amplifikację dual mono Expert 440 Pro. Oczywiście mając na uwadze iście fabryczną świeżość dostarczonej parki jakikolwiek pośpiech, czy inne chałupnicze sposoby skrócenia procedury testowej nie wchodziły w grę, więc już na wstępie pragnę poinformować, że do tematu podeszliśmy z właściwą atencją i właściwą żmudnemu  procesowi wygrzewania cierpliwością.

Patrząc na firmowy ranking Expert 440 Pro jest drugim od góry, tuż po Expert 1000 Pro i trzecim od dołu, nad 130-ką i 220-ką modelem w katalogu francuskiego producenta. Patrząc zarówno z perspektywy czasu, jak i ewolucji samych Devialetów uczciwie trzeba przyznać, że pokazany światu w 2010 r. projekt, na razie skupmy się na walorach wizualnych, ochrzczony wtenczas D-Premier nie tylko się nie zestarzał, co nadal łapie za oko futurystyczną linią i ultra-nowoczesnym designem. W dodatku ustalona u zarania firmy pełna unifikacja cały czas się sprawdza i trudno byłoby o niej mówić, że się opatrzyła, gdyż tak po prostu nie jest. Oczywistym jest jednak fakt, że to, co dla jednych jest piękne innych z kolei odstręcza, ale jasnym jest, że Devialet właśnie na takiej polaryzacji buduje swoje małe imperium – jest jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy i albo się go kocha, albo nienawidzi. Obojętność zaś wydaje się być mu całkowicie obca.
Przejdźmy jednak do konkretów. Bryłę urządzenia w pewnym sensie definiuje i dominuje przepiękny chromowany aluminiowy korpus, którego monolityczną taflę zdobi jedynie umieszczony na płaszczyźnie górnej okrągły bulaj błękitnego wyświetlacza a na froncie niewielki włącznik główny z finezyjnie wkomponowanym firmowym logotypem. Wprawne oko zauważy również poprowadzoną z iście chirurgiczną precyzją linię cięcia wyodrębniającą w tylnej części pas kryjący pod sobą wszelakiej maści gniazda przyłączeniowe. Po cóż zastosowano powyższy zabieg? Cóż, może po raz kolejny narażę się akolitom Ivora Tiefenbruna bezkrytycznie podchodzącym do rozwiązań lansowanych w Linnach, lecz Devialet w przeciwieństwie do Szkotów wyszedł z założenia, że nie ma co na siłę uszczęśliwiać / unieszczęśliwiać* (niepotrzebne skreślić) swoich nabywców i utrudniać im i tak niełatwe życie. Dlatego też o ile z założonym „okapem” wszystkie przyłącza są dyskretnie ukryte przed oczami ciekawskich a dostępny prześwit umożliwia zastosowanie jedynie zakończonych płaskim wtykiem IEC przewodów zasilających i bananowych/BFA wtyczek w przewodach głośnikowych, to już jego zsunięcie sprawia, że jesteśmy w stanie okablować Devialeta w dowolny, czy wręcz perwersyjny sposób z użyciem iście biżuteryjnej konfekcji. No dobrze z tą perwersją nieco się zagalopowałem, bo ochronne kołnierze terminali głośnikowych nieco podnoszą ciśnienie posiadaczom widełek i trochę trzeba się w ich przypadku nagimnastykować, ale jak to mówią trening czyni mistrza. A właśnie, warto choćby na chwilę pochylić się nad tematem dostępnych w 220-kach interfejsów, gdyż choć na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem normalnie, to ich role i funkcje jesteśmy w stanie praktycznie dowolnie zmieniać i zaledwie kilkoma kliknięciami w online’owym konfiguratorze zmieć wejście na wyjście a domenę w jakiej pracują z analogowej na cyfrową. W związku z powyższym napiszę tylko tyle, że na tylnej ściance Devialeta znajdziemy, patrząc od lewej, terminal Ethernet, gniazdo na karty SD (to właśnie z ich pomocą wgrywa się parametry konfiguracyjne), port USB, wejście optyczne Toslink, trzy pary RCA, samotne AES/EBU, pojedyncze terminale głośnikowe, kolejne optyczne – tym razem w standardzie mini jack i port triggera. Całą wyliczankę zamyka gniazdo zasilające.
No to teraz najważniejsze – transformacja 220-ek w 440-kę. Do spięcia potrzebować będziemy koaksjalny przewód cyfrowy, którym łączymy gniazda Digital 1 obu urządzeń. W tym momencie trzeba zachować szczególną czujność która jednostka będzie „główną” a która „pomocniczą”, gdyż korzystać będziemy jedynie z „czerwonych” – plusowych terminali głośnikowych i górne (Master) urządzenie wysyła sygnał do lewej kolumny a dolne (Companion) do prawej. W bazowej konfiguracji używa się jedynie we/wyjść sygnału w module Master, lecz jeśli komuś brakowałoby dziurek, to wystarczy wyjść z Mastera gniazdem Trig In i wpiąć się w Optical 2 w Companionionie, pamiętając oczywiście o stosownych zmianach w konfiguratorze i zapisaniu ich na kartach pamięci, które należy oczywiście następnie umieścić w obu jednostkach.
W tym samym konfiguratorze dokonujemy również definicji funkcji przypisanych poszczególnym przyciskom designerskiego pilota, jak i określamy samą ilość egzystujących w naszym audio-ekosystemie sterowników. A sam pilot? Cóż … wystarczy chyba jak napiszę, że rozumiem ludzi, którzy decydują się na Devialeta jeśli nie wyłącznie, to między innymi w głównej mierze właśnie ze względu na to małe cudo sztuki użytkowej. Prosto po wyjęciu z pudełka czterem dyskretnym, umieszczonym na kwadratowej podstawie  przyciskom przypisano stand-by, wybór źródła, wyciszenie i regulację barwy. Centralnie umieszczony cylinder odpowiada za regulację głośności a komunikacja pomiędzy sterownikiem a jednostką roboczą odbywa się na drodze radiowej, więc automatycznie jesteśmy zwolnieni z celowania nim w urządzenie. Jednym słowem ergonomiczne mistrzostwo świata, chociaż … chromowane wykończenie sprawia, że jeśli nie chcemy, by wyglądał on jak przyrząd do badan daktyloskopowych trzeba zaopatrzyć się w cienkie rękawiczki, mieć na podorędziu szmatkę z microfibry lub, co wydaje się najrozsądniejsze, cieszyć oczy jego widokiem a całością zawiadywać z poziomu dedykowanej aplikacji dostępnej na smartfony i tablety pracującej pod kontrolą iOSa i Androida.

Zaglądając do trzewi i chcąc jedynie zasygnalizować zaimplementowane wewnątrz autorskie rozwiązania i technologie warto zaparzyć sobie czajniczek aromatycznej herbaty i zarezerwować sobie dłuższą chwilę, bo „trochę” iście kosmicznych technologii Francuzi w swoje nad wyraz ekskluzywne „wagi łazienkowe” wpakowali. Nie wierzycie? No to proszę. W telegraficznym skrócie w tytułowych Devialetach znajdziemy takie technologie jak: ADHV2®, SAM®, AIR®, EVO®, DAC Magic Wire®, RAM®, za których pracę odpowiadają trzy układy SHARC 400 MHz DSP, jeden 16 MHz, cztery 40 MHz i jeden 64 MHz procesory RISC. Mało? No to kontynuujemy wyliczankę. W sekcji przedwzmacniacza mamy DACa WM8740, na wejściach analogowych , w tym phono, ADC T.I. PCM4202 a sercem modułu przetwornika jest kość T.I. PCM1792. O SAM-ie już pisaliśmy przy okazji poprzednich spotkań, więc teraz jedynie nadmienię, że dla złotouchej braci jednym z najistotniejszych rozwiązań jest ADHV2®, czyli unikalne połączenie analogowego wzmacniacza pracującego w klasie A i cyfrowego stopnia prądowego w klasie D. Czyli mamy muzykalność A-klasy wspomaganą wydajnością i wysoką sprawnością klasy D przy współczynniku tłumienia wynoszącym oszałamiające 8000. Żeby było ciekawiej mocą możemy samodzielnie sterować w zakresie 30-440W, więc im bliżej minimum się znajdziemy, tym mniejszy udział klasy D będzie potrzebny.

No dobrze, ale cały czas w zawieszeniu pozostaje pytanie dotyczące brzmienia. Niby wydając 40 kPLN za pojedynczą 220-kę i dwukrotność ww. kwoty na „wypasioną” 440-kę można wyjść z założenia, że „biorąc z kupki” uszczęśliwiamy zarówno Małżonkę, jak i dekoratora wnętrz, przy czym nacisk kładziemy na design i unikalność a nie brzmienie, ale … Soundrebels zawsze było, jest i będzie magazynem poświęconym najwyższej klasy dźwiękowi a nie wymuskanym wnętrzom, które obłędnie wyglądając na zdjęciach są istnym koszmarem akustycznym. Dlatego też doceniając niezaprzeczalnie atrakcyjną aparycję tytułowego duetu na czas odsłuchów pozwoliliśmy sobie o niej poniekąd zapomnieć i skupiliśmy się przede wszystkim na walorach brzmieniowych. Początki jednak dalekie były od idyllicznych. Po kilkudniowej rozgrzewce pierwsze próby z pojedynczą 220-ka ustawioną w możliwie audiofilskie semi A-klasowe 30W sprawiły, że gorączkowo zacząłem sprawdzać czy coś się nie popsuło a sama jednostka działa poprawnie. Nie dość, że standardowy – codzienny, niezbyt absorbujący poziom głośności osiągnąłem niebezpiecznie zbliżając się do 85-90% skali, to dźwięki dobiegające z Gauderów dalekie były od jakości, jakiej można byłoby się spodziewać się po „zabawce” za 38 kPLN. Przekazowi ewidentnie brakowało życia i pary a precyzyjnie kreślone kontury źródeł pozornych przypominały bardziej sfery aniżeli wypełnione tkanką bryły. O ile jeszcze „Dixit Dominus” Jordi Savalla z taką zwiewną eterycznością było całkiem do twarzy i po chwili akomodacji uwaga słuchaczy wędrowała ku przestrzenności i trójwymiarowości kreowanej sceny, to im cięższy i bardziej skomplikowany materiał trafiał do francuskiej amplifikacji, tym widmo sromotnej klęski stawało się coraz bardziej realne. Przy „The Astonishing” Dream Theater i „Demon Days” Gorillaz powiedziałem jednak dość – dość tej anemii. Wyciągnąłem karty SD i rozpocząłem mały audyt. Niestety szybka weryfikacja konfiguracji online nie wykazała żadnych niepokojących anomalii a próby ratowania sytuacji SAM-em spełzły na niczym, gdyż okazało się, że dostępne są jedynie profile dla Arcon 40 i 100 a moje 80-ki zostały pominięte. Jak pech to pech, ale nie ma się co załamywać, tylko zadbać o odpowiednią, niekoniecznie purystyczną, lecz za to skuteczną dostawę prądu. Chciał, nie chciał suwak mocy powędrował na graniczne 440 W i … to był krok w zdecydowanie właściwym kierunku. Niby głośność nie wzrosła, ale za to pojawiło się wypełnienie którego poprzednio było jak na lekarstwo. Można było również zagrać nieco głośniej niż poprzednio, choć do koncertowych dawek decybeli było jeszcze daleko, bardzo daleko. Skoro podkręcenie na przysłowiowego maksa podziałało w przypadku pojedynczej jednostki czym prędzej przekonfigurowałem set na dual mono, co z resztą potwierdziły okrągłe wyświetlacze, i voilà – gra muzyka. Zabójcze w poprzednim starciu albumy Dream Theater i Gorillaz tym razem złapały wiatr w żagle i na zdublowanych Devialetach wywarły zdecydowanie mniej przytłaczające wrażenie przestając wprawiać je w wyraźne zakłopotanie. Kontury co prawda pozostały kreślone z iście laserową precyzją, ale wreszcie pojawiła się wypełniająca je tkanka, tzw. body i przede wszystkim masa sprawiająca, że dźwięk zyskał na realizmie i namacalności. Za atakiem podążał odpowiedni wolumen, co przy niezwykłej zwinności 440-ki mogło, przy odpowiednio dobranym repertuarze sprawić naprawdę sporo radości. Wszelkiej maści hollywoodzkie soundtracki w stylu „The Great Wall”, czy „The Dark Knight Rises” potrafiły w kulminacyjnych momentach zdrowo przyłożyć. Był jednak jeden, przyznam, że dość zaskakujący, warunek. Otóż przynajmniej w moim systemie i przy moich, dość bezlitosnych w górnych partiach kolumnach, zdecydowanie lepiej sprawdzało się dostarczanie Devialetom sygnału w postaci analogowej aniżeli cyfrowej. Po prostu 35-ka Ayona grała bez porównania bardziej wypełnionym i soczystym dźwiękiem aniżeli firmowe DACi francuzów. Jednak jeszcze raz zaznaczę – to jest moje, czysto subiektywne zdanie i proszę o tym nie zapominać, gdyż mocno analityczne i skupione na detalach i precyzji a nie barwie, czy emocjach granie ma przecież wierną rzeszę wyznawców i odbiorców.
Podobne obserwacje poczyniłem podczas prób z winylem. Niby cyfrowa, ultra precyzyjna regulacja ustawień sekcji przedwzmacniacza gramofonowego zapewniała fenomenalną ergonomię i kontrolę nad sygnałem, to po pierwszym zachłyśnięciu się gładkością i krystaliczną wręcz czystością znanych niemalże na pamięć płyt złapałem się na tym, że przy całej tej kosmicznej antyseptyczności gdzieś po drodze zgubiła się typowo analogowa organiczność. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć – dla większości słuchaczy taki sposób prezentacji okaże się nie tylko zbawienny, co wręcz referencyjny, gdyż ze sporą dozą prawdopodobieństwa będzie można uznać, że jeszcze nigdy nie słyszeli swojego gramofonu grającego z taką dokładnością i rozdzielczością. W dodatku powyższe cechy staną się natywną naturą analogowego źródła i to niezależnie od tego, czy na talerzu wyląduje first-press z epoki, czy współczesne, zrealizowane w domenie cyfrowej wydanie. Mówiąc otwartym tekstem Devialet bardzo mocno ciągnie za uszy zarówno niezbyt wyrafinowane winyle, jak i nawet podstawowe gramofony i wkładki z jednej strony wyciskając z nich siódme poty a z drugiej odciskając na efekcie finalnym własne i niezaprzeczalne piętno.

Najwyższy czas na podsumowanie. Jak na własne uszy przyszło mi się przekonać dla pojedynczego Devialeta Expert 220 Pro moje niepozorne Gaudery Arcona 80 okazały się zbyt trudnym wyzwaniem. Najwidoczniej ich twórca – dr. Roland Guder nie przewidział, że „wystarczająca” skuteczność i chłonąca prąd jak przysłowiowa gąbka symetryczna zwrotnica mogą okazać się zbyt ciężkostrawne dla francuskiej myśli technicznej. Całe szczęście konfiguracja dual mono – czyli tytułowy Devialet Expert 440 Pro pokazała pazury i najoględniej rzecz ujmując „dała radę”. Co prawda efekt finalny trudno było zakwalifikować, pomimo ewidentnie do tego miana aspirującej ceny, do High-Endu, lecz spokojnie możemy uznać, że to wysokiej klasy Hi-Fi w iście designersko-lifestyle’owym stylu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Convert Technologies Plato Lite
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Octave V 110SE + Super Black Box
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Nastały czasy, w których egzystencja w zgodzie z obowiązującą modą parającego się nowinkami technicznymi melomana stała się istną skarbonką. Dlaczego? Raz, dominuje mocny trend  odtwarzania muzyki z plików, a dwa, wysyp ich inkarnacji gęstościowych i protokołów odczytu sprawia, że teoretycznie zakupiony danego dnia odtwarzacz już po kilku miesiącach często okazuje się być niewystarczający do realizacji założeń wchodzącego w życie, najnowszego sposobu ich rozkodowywania i przesyłu. Tak tak, patrząc na ten aspekt z szerszej perspektywy jesteśmy w trakcie plikowej wojny o prym na tym istnym polu walki. A chyba nie muszę przypominać, że gdy mamy do czynienia z bitwą, zawsze są jakieś ofiary, którymi w tym przypadku okazują się chcący nadążyć za nieustannymi zmianami audiofile. I gdy wydawałoby się, że temat jest nie do opanowania, z pomocą ginącym w tej swoistej rzezi niewiniątek miłośnikom dobrego dźwięku coraz częściej przychodzą marki produkujące wielofunkcyjne, potrafiące szybko dostosować się do nowych warunków pracy urządzenia. Niemożliwe? Na szczęście możliwe i do tego od kilku lat dostępne na naszym rynku. I co w dzisiejszej rozprawce najważniejsze, włśnie zderzymy się z jedną z takich propozycji, której przedstawicielem będzie znany wielu słuchaczom francuski Devialet. Naturalnie w ofercie rzeczonego producenta znad Loary znajdziemy kilka ciekawych propozycji, jednak my wzięliśmy na tapetę coś nietuzinkowego, czyli pracującego w testowej konfiguracji dual mono Devialeta Expert 440 PRO. O jego nietuzinkowości opowiem akapicie wizualizacyjnym, a na zakończenie wstępniaka dodam jedynie, że wizytę sprzętu w redakcyjnych progach zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi Audio Klan.

O co chodziło, gdy we wstępniaku wspominałem o wielofunkcyjności i szybkiej adaptacji do zmieniającego się rynku obróbki danych plikowych naszego bohatera? Miło mi poinformować, że może zdjęcia tego nie oddają, ale tytułowy produkt jest wzmacniaczem zintegrowanym, końcówką mocy, przedwzmacniaczem liniowym, streamerem, DAC-em i cyfrowym phonostagem w jednym. Mało tego. Umożliwia prostą konfigurację kilku produktów do pracy wielokanałowej łatwo zwiększając tym sposobem swoją moc. Ale to jeszcze nie koniec wyliczanki, gdyż największym atutem tych komponentów jest niesprawiający najmniejszych problemów upgrade poprzez wgranie dostarczanego przez producenta softu z najnowszymi specyfikacjami, co z autopsji wiem, że jest bardzo dobrze działającym może nie codziennym, ale z racji szybkości zmian na rynku dość częstym procederem. Patrząc na fotografie i gabaryty konstrukcji nietrudno się zorientować, że urządzenia w zasilaniu posiłkują się klasą D, jednak dla ukulturalnienia tego jeszcze niedocenianego sposobu wytwarzania prądu początek procesu wzmacniania sygnału dzięki autorskiemu, hybrydowemu rozwiązaniu inżynierów Devialeta odbywa się za pomocą analogowego układu w klasie „A”. Rzut okiem z lotu ptaka ukazuje nam bardzo nowoczesną, dającą powiesić się na ścianie, połyskującą srebrem płaszczkę. Jednak opisując urządzenie postawione na blacie szafki ze sprzętem na stosunkowo wąskim froncie zaobserwujemy jedynie centralnie umieszczony, imitujący logo marki owalny włącznik, na dachu urządzenia tuż przy panelu przednim również okrągły wielofunkcyjny, informujący nas o stanie pracy wyświetlacz, a na o dziwo bardzo skąpej płaszczyźnie panelu przyłączeniowego zaskakująco spory ilościowo zestaw gniazd. Znajdziemy tam następujące terminale: Ethernet, USB, OPTICAL, dające się dowolnie programować jako wejścia lub wyjścia cyfrowe i analogowe gniazda w standardzie RCA, AES/EBU, zaciski kolumnowe i dość mocno ograniczające (chyba, że na stałe zdemontujemy osłonkę panelu terminalowego) użycie wymyślnych sieciówek gniazdo zasilania. Tak w kilku zdaniach prezentuje się pakiet danych wizualno-obsługowych rzeczonego zestawu dwóch Devialetów Expert 220 PRO, które po konfiguracji utworzyły tytułowego Experta 440 PRO.

Goszczące w procesie testowym pierwsze propozycje płytowe były niczym innym jak próbą wyciśnięcia najlepszych cech tego rodem z designerskiego świata produktu. Dlaczego? Jak to zwykle bywa, każdy komponent ma swój sznyt grania, a że czasem nie do końca idzie on w parze z oczekiwaniami słuchacza, to należy sprawić, by pomiędzy odbiorcą a źródłem dźwięku zawiązała się choćby zdawkowa nić porozumienia. Wnioski? Po kilku ruchach kablowych okazało się, że jeśli nie dysponujecie firmowym profilem „SAM” dopasowującym sygnał wychodzący z urządzenia do posiadanych kolumn, dźwięk może okazać się nieco odchudzony i trochę zbyt ofensywny w górnych rejestrach powodując tym samym uczucie braku energii w środku pasma. A co to takiego ten „SAM”. To nic innego, jak opracowany w kontrolowanych warunkach studia projektowego program, który tak formuje dochodzący do przetworników sygnał audio, aby z każdego z nich wyciągnąć maksimum możliwości sonicznych. I wiecie co? Będąc jakiś czas temu w salonie dystrybutora miałem okazję spróbować tej możliwości i muszę powiedzieć, że to naprawdę działa. Jest to na tyle wyraźne, że z naprawdę uchodzących za niezbyt homogeniczne starszych modeli kolumn B&W można uzyskać naładowany masą, barwą i energią fantastycznej średnicy dźwięk. Co więcej, ów program w skali od zera do stu procent możemy płynnie dozować. Tak więc nie jesteśmy skazani na dwa stany: zero i jeden, tylko reagując na często źle zremasterowane płyty według swoich potrzeb ustawiamy poziom jej muzykalności. Niezłe co? Musicie tego spróbować. A jak zdobyć taki program do paczek już posiadanych? Raz, na stronie producenta elektroniki istnieje już pokaźna grupa kolumn, do których seria Expert posiada już niezbędne oprogramowanie, a dwa, jeśli tam nic nie znajdziecie, po konsultacjach z producentem wysyłacie do niego dane konkretnych kolumn lub je same i temat softu zostanie pozytywnie rozwiązany. A jak wypadła moja konfiguracja testowa? Niestety, mimo wielu prób nie udało mi się uzyskać pełnego odzwierciedlenia tego, co usłyszałem kiedyś w salonie, ale po zastosowaniu odpowiedniego okablowania ze stajni Harmonixa, Hijiri i Furutecha świat dźwięku według Francuza przybrał zdecydowanie ciekawsze zabarwienie. To był już bardzo ciekawy dźwięk, jednak jak to zwykle bywa, praca nad jednym aspektem niesie lekkie straty w innym i w efekcie dopasowujących bohatera do występów testowych zmian drutów przekaz muzyczny przysłoniła lekka mgiełka, przez co delikatnie zgasły górne rejestry. Koniec końców, mimo lepszego wypełnienia straciłem trochę ostrości w rysowaniu źródeł pozornych, ale w wartościach bezwzględnych było zdecydowanie lepiej. Oczywiście z punktu widzenia całości dźwięku było to bardzo spójne granie, ale podczas słuchania muzyki zawsze oprócz spójności szukam również wyczynowości  w oddaniu najdrobniejszych niuansów, czego jednak trochę mi brakowało. Jednym z powodów takiego obrotu sprawy po konfiguracji mogła być kilkukrotna różnica w cenie punktu odniesienia i bohatera testu, ale bez względu na ten fakt owe niuanse brzmieniowe musiałem wyartykułować. Naturalna koleją rzeczy kilka pozycji płytowych zacierało postrzeganie tego stanu rzeczy i gdy krótki proces akomodacji minął, przystąpiłem do głębszej oceny, co o zaproponowanym do zaopiniowania expercie muzycznym jestem w stanie powiedzieć.
Rozpoczynając część poświęconą osiągnięciom sonicznym przyznam szczerze, że bohater z kraju regularnie zjadającego nasze winniczki  w zależności od jakości zapisanego materiału muzycznego niczym kameleon potrafił zachowywać się całkowicie różnie. Wziąwszy na pierwszy ogień fantastycznie zrealizowaną płytę Michela Godarda z jego interpretacją muzyki Claudio Monteverdiego  muszę powiedzieć, że mimo spójnego odbioru całości, najbardziej doskwierała mi owa temperacja górnych rejestrów. Teoretycznie wszystko było na swoim miejscu, jednak brak świeżości wysokich tonów niwelował tak fantastycznie wypadająca witalność tej kompilacji, a to natychmiast powodowało utratę wyraźniej odpowiedzi pomieszczenia klasztornego na wygenerowane gdzieś na jego granitowej posadce frazy nutowe. Nie był to jakiś zarzucony na kolumny dramatycznie gruby płaszcz, ale pewną nutkę gęstości powietrza dało się odczuć. Jeśli chodzi o budowanie wirtualnej sceny muzycznej, to biorąc poprawkę na przed momentem wygłoszony niuans całość wypadała dobrze. Muzycy może bez szaleństwa rodem z topowych japońskich konstrukcji, zajmowali zaplanowane przez realizatora miejsca, a gdy wymuszał to zapis nutowy, pokazywali się na niej w kilku wektorach szerokości i głębokości. Zmiana klimatu na polski rock w postaci najnowszego krążka „7” grupy VOO VOO  połyskującą srebrną płaszczkę (Expert 440 PRO) pokazała z nieco innej strony. Tym, którzy nie znają tej produkcji, zdradzę, że jest to również bardzo dobrze zrealizowany materiał, ale w swojej prezentacji stawia na inne aspekty brzmienia i w tym podejściu trochę wybijającym się brakiem była nazbyt stonowana – mimo jej zamierzonego podkręcenia – średnica.  Wokal, instrumentarium i lokalizacja źródeł pozornych bardzo zgrubnie wypadały ok., ale brak niezbędnej energii we wspomnianym wycinku pasma powodował niedostatki w grze gitar i masy bębnów. Na zakończenie mitingu muzycznego przybyła formacja Yello z materiałem „Touch”. Tutaj chcę oznajmić, że przez cały czas testu oceniając daną prezentację korzystałem na przemian z wewnętrznego DAC- a Devialeta, jak i stacjonującego na co dzień u mnie Reimyo wyciągając przy tym średnią z obydwu prób. I gdy w poprzednich propozycjach dało się to jakoś pogodzić, to przy elektronice Francuz lepiej wypadł z własnym przetwornikiem. Naturalnie odbiło się to na jakości tak uwielbianej przeze mnie średnicy, ale w muzyce stawiającej na przestery, świsty i niskie pomruki, wszystkiego jest na tyle dużo, że jakieś specjalne traktowanie każdej częstotliwości przestaje być priorytetem. Liczy się wykop, kiedy potrzeba połączenie ostrości z szybkością i właśnie to pokazała firmowa aplikacja. A to wszystko bez firmowego ”SAM-a” na dopasowanie prądowe kolumn i wzmacniacza, co wyraźnie pokazuje, iż w ocenianej konstrukcji drzemią jeszcze pokłady niewykorzystanej myśli technicznej.

Z punktu widzenia potencjalnego nabywcy Devialet skonstruował produkt marzenie. Jest kompaktowy, podąża za najnowszymi designerskimi trendami w dziedzinie aparycji, łatwo się uczy i do tego po zapewnieniu pasujących mu kolumn i okablowania jest w pełni samowystarczalny. Niestety podczas testu nie dotknąłem tematu przedwzmacniacza gramofonowego, a wiem, że Francuzi postarali się w tej materii dość mocno, gdyż po ściągnięciu z netu odpowiednich wartości dla posiadanej wkładki praktycznie rzecz biorąc urządzenie jest w stanie obsłużyć wszelkie rylce dostępne na rynku. Niezłe, nie sądzicie? Starając się wykazać wszelkie niuanse brzmieniowe nie dotknąłem również tematu streamera. Ale wiedząc, że jest to konik Marcina, w spokoju zanurzyłem się w opisane powyżej tematy. Gdybym miał wskazać grupę docelową rzeczonego „muzycznego kombajnu”, lista odbiorców nasuwa się samoczynnie – teoretycznie wszyscy. Jednak biorąc pod uwagę dające możliwość szybkiego dostrojenia się do potrzeb nowych odczytów danych zaawansowanie techniczne najbardziej zainteresowanymi powinni być melomani stawiający na pliki. I uspokajam, nie oglądajcie się zbytnio  na moje perypetie soniczne, gdyż co system, to inny wynik, a do tego producent jest w stanie dostroić 440-kę do każdych wyprodukowanych, nawet przez samego siebie kolumn. To zaś sprawia, że gdy po próbie na własnym podwórku cos między Wami, a Devialetem zaiskrzy, po konsultacjach z biurem projektowym jesteście w stanie trafić w punkt „G” swoich potrzeb. Jakieś pytania?

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audio Klan
Ceny:
Expert 220 Pro: 37 999 PLN
Expert 440 Pro: 75 998 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa : 2 x 30 W RMS- 440 W RMS / 6Ω
Dopuszczalna impedancja głośników: 1Ω – 16Ω
Odstęp sygnał/szum : 133dB
THD – 130W/6Ω : 0,00025% / -112dB
THD – 10W/6Ω : 0,0001% / -120dB
Impedancja wyjściowa : 0,001Ω
Współczynnik tłumienia (Damping factor) : 8000
Pasmo przenoszenia: DC-30kHz (-0.1dB); DC-95kHz (-3dB)
Wejścia/wyjścia:
– Wi-Fi: 16-bit/44.1 kHz – 24-bit/192 kHz PCM
– Ethernet RJ45: 16-bit/44.1 kHz – 24-bit/192 kHz PCM
– USB: 16-bit/44.1 kHz – 24-bit/192 kHz PCM; DSD64
– S/PDIF TOSLINK: 16-bit/44.1 kHz PCM – 24-bit/192 kHz PCM
– RCA 1 & RCA 2: 16-bit/44.1 kHz – 24-bit/192 kHz PCM; DSD64
– S/PDIF coaxial (RCA1) digital output: PCM 24bits/48kHz/96kHz/192kHz
– RCA 3 & RCA 4: 24-bit/96 kHz – 24-bit/192 kHz
Wejścia phono: MM (1mVRMS – 15mVRMS); MC (100 μVRMS – 5000 μVRMS); 256 kombinacji rezystancji/pojemności wkładek, 13 krzywych.
Wymiary (S x G x W): 400 x 400 x 40 mm
Waga:
Master : 5.9 kg
Companion : 5.4 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

 

Pobierz jako PDF