1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Octave Jubilee

Octave Jubilee

Opinia1

Określenia „lampowy tranzystor”, czy też „tranzystorowa lampa” utarły się w naszym audiofilskim środowisku już na dobre. Patrząc na to zjawisko zdroworozsądkowo, powinniśmy teoretycznie traktować je jako wady konkretnych konstrukcji, gdyż nie po to wykorzystujemy np. szklane bańki w układzie elektrycznym danego urządzenia, by swym brzmieniem brylowało w estetyce tranzystorowej i na odwrót. Jednak jeśli przyjrzymy się temu mniej restrykcyjnie – czytaj źle lub dobre, takie postawienie diagnozy przez jakiegokolwiek opiniodawcę, w pewien sposób daje nam sporo ważnych informacji o produkcie. Przecież w ostatecznym rozrachunku i tak najważniejszy jest efekt soniczny zaaplikowania danego komponentu, bez względu na to jak został zaprojektowany i do jakiej szkoły grania go zaszufladkowano. Często jest tak, że w testowanym lampiaku recenzent chciał zwrócić uwagę na ponadprzeciętną moc, a w tranach na rzadko spotykaną barwę, ale to powinno być poparte konkretnymi spostrzeżeniami, które w pewien sposób naprowadzą czytelnika na prezentowaną estetykę grania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż w każdej społeczności zawsze znajdzie się jakiś ortodoks, dla którego takie kompromisy nie istnieją, jednak sądzę, że dla znakomitej większości osłuchanych i mających doświadczenie w sprawie nieprzewidywalności nawet karkołomnych połączeń audio melomanów-audiofilów (niepotrzebne skreślić), rozpoczynające dzisiejsze spotkanie przeciwstawne slogany są pewnym, choćby startowym źródłem ważnych informacji. Biorąc pod uwagę dalszą karkołomność Rejtanowej obrony wspomnianych związków wyrazowych, przejdę do clou obecnej przygody i zaproszę wszystkich na spotkanie z zestawem pre-power, który będąc rasową konstrukcją opartą o szklane bańki, bardzo często otrzymuje przydomek lampowego tranzystora. Z uwagi na otwierające ten test główne zdjęcie nie będę dłużej kluczył w zeznaniach i z przyjemnością zdradzę, że w me progi trafił jubileuszowy set wzmacniający niemieckiej marki OCTAVE z jego najmocniejszym modelem „JUBILEE” dystrybuowany przez krakowskiego Nautilusa.

Zacznę trochę ironicznie, ale jak już zdążyłem nadmienić na naszym Facebooku, SoundRebels właśnie przekroczył granice szaleństwa rozmiarowego, gdyż dostarczone obecnie do zaopiniowania komponenty, będąc jedynie końcówkami mocy, swoimi gabarytami sięgały do połowy moich przecież monstrualnych jak na warunki domowe kolumn. Po kilku dniach ten „drobiazg” odszedł w niepamięć, ale gdy rozstawiałem te 75-cio kilogramowe pionowe lampowe monstra, miałem sporo uciechy wizualnej. Jednak do rzeczy. Przywołane przed momentem piece, to wykorzystujące bagatela osiem lamp KT 120 na kanał mocarne 400W przy 4 Ohmach wzmacniacze mono. Szklane bańki ukryto w dwóch rzędach w górnej części konstrukcji pod ażurowymi niedemontowanymi osłonami. Pomiędzy tą baterią świeczek na górnym panelu sterującym znajdziemy jeszcze włącznik Standby, Muting, Power Pre Selector – coś na wzór wyboru Trioda-Pentoda, pokrętło wyboru lampy do regulacji Biasu, wyświetlacz cyfrowy wartości Biasu i kilka diod informacyjnch o aktualnym statusie urządzenia. Front bez żadnych fajerwerków jest zbiorem trzech płaskich ustawionych pionowo prostokątów, z czego środkowy jest porowatym łupkiem, a dwa zewnętrzne grubym szczotkowanym aluminium. Jedyna atrakcja przedniego panelu, to usytuowane w górnej części skalnego dodatku logo marki. Tył z racji funkcji monobloku wyposażono w podwójne terminale głośnikowe, gniazda zasilające, wybierane hebelkowo wejścia XLR i RCA i w górnej części zestaw śrub regulacyjnych biasu lamp. Przedwzmacniacz liniowy w swej bezkompromisowości otrzymał zewnętrzny, sięgający rozmiarami jego połowy zasilacz, by samemu zając się tylko obróbką i rozdzieleniem dostarczonych do niego sygnałów. W obu urządzeniach na wzór końcówek mocy stylistykę frontu oparto o akcent kamienny, tą tylko różnicą, że w zasilaczu prawdopodobnie ze względu na konstrukcję wewnętrzną, łupek przesunięty jest nieco na prawo. Samo pre przy równym udziale ilościowym trzech płaszczyzn na froncie, dla każdej zarezerwowało po jednej gałce regulacyjnej. Lewa i prawa to informujące zaimplementowanymi bok diodami tryby pracy, a środkowa jest drabinkowym wzmocnieniem. Niezłym efektem wizualnym jest kontynuacja czerni z przedniego panelu na górny płat obudowy. W tym przypadku jest to czernione lekko prześwitujące okienko z akrylu, w swojej przedniej części dzierżące cztery przyciski funkcyjne urządzenia. Dość niecodziennie zastosowanie uchwytów transportowych wzdłuż całej głębokości urządzenia jest co prawda bardzo dobrym posunięciem logistycznym, ale patrząc na to od strony wizualnej, łamie nieco ogólnie panujący obecnie trend spokoju organoleptycznego. Ale o gustach się nie dyskutuje, dlatego z mojej strony ślę podziękowania dla konstruktora za pomysł natury użytkowej. Plecy z uwagi na osobne zasilanie epatują wielopinowym złączem prądowym, bogatym ilościowo zestawem wejść i wyjść w standardzie XLR i RCA, dwoma przelotkami Tape i wbudowanym phonastage’m.  Kończąc ten akapit dodam, iż zasilacz jak na pełnioną funkcję jest sporym urządzeniem, co tylko potwierdza nietuzinkowość tego flagowego zestawu. Front jak zdążyłem wspomnieć, wzorniczo zbliżony jest do reszty komponentów, na chwaląc się jedynie okrągłym przyciskiem włączającym. Górny panel obudowy uzbrojono w dwa rzędy podłużnych otworów wentylacyjnych, a tył w gniazdo zasilające, przymocowany na stałe wielopinowy terminal prądowy i złącze Remote Control. Trochę się rozpisałem, ale pozycja cennikowa i tlące się już na starcie w moich myślach umiejętności tego seta, nie pozwalały na potraktowanie po macoszemu akapitu prezentującego walory użytkowe i wizualne.

Nie wiem, jak zacząć ten tekst, aby nie być posądzonym o kryptoreklamę, ale tak punktualnie i szybko chodzących na smyczy moich kolumn, jeszcze nigdy nie słyszałem. Co ja mówię, smycz w porównaniu z tym, czego zaznałem po podpięciu produktu zza Odry, nie jest do końca adekwatnym określeniem. Na smyczy ISIS-y trzyma mój codzienny zestaw, a testowa kompilacja zapięła kolumny na stalowy łańcuch i to bez względu na możliwą do wyboru opcję mocy przybyłych końcówek. Idąc dalej tropem poziomu oddawanego do kolumn poziomu Wat-ów, dzięki wspomnianej przed momentem możliwości wyboru ich ilości, dostajemy dwie szkoły prowadzenia przetworników, gdzie już ta teoretycznie słabsza rozstawiała Austriaków po kątach, by po zadysponowaniu maksymalnego wzmocnienia przesiąść się do formuły „1”. Po takim przeżyciu posiadana układanka audio już nigdy nie będzie taka sama i tylko pewne przywiązanie do wypracowanego przez lata wzorca dźwięku pozwala spojrzeć na to w miarę spokojnym okiem. Mając dwie opcje, potrzebowałem kilkupłytowego seta, by wybrać bardziej pasującą do mojej muzyki konfigurację i padło na granie na pół gwizdka. To było nadal bardzo energetyczne brzmienie, ale z nutą krągłości generowanych dźwięków, przy ich konsekwentnej kontroli. Już nie raz pisałem, że jestem w stanie oddać nieco konturu za odrobinę nasycenia, co akurat w tym przypadku było prawie niesłyszalne, gdyż dostałem kolor bez utraty ostrości krawędzi źródeł pozornych. Gdy okres akomodacji z taką prezentacją muzyki miałem już za sobą, na tapecie – a raczej talerzu gramofonu wylądował koncertowy winyl Antonio Forcione. Jego gitarowy popis jest nieodzownym punktem każdego zasługującego na szczyt realizacji muzycznej testu, a znając go z kilkudziesięciu różnych raz lepszych, raz gorszych odtworzeń, musiałem sprawdzić, co wydarzy się w zderzeniu z elektrownią Octave. Muszę przyznać, że to była perfekcja w najczystszej postaci. Na tyle idealna, że aż chyba za idealna. Słuchając tego utworu miałem kilka całkowicie sprzecznych ze sobą myśli od: fenomenalnie, po: ideał, a gdzie magia niedoskonałości? Ale do rzeczy. Przez cały okres zabawy z niemieckim zestawem nie mogłem wyjść z podziwu swobody generowania dźwięków, co znakomicie słychać było w budowaniu szerokiej, bardzo głębokiej i napowietrzonej sceny muzycznej. Punktualność i lokalizację każdego nawet najniższego dźwięku wychwytywałem w mgnieniu „ucha”, precyzując tym sposobem swój pogląd na czytelność przekazu muzycznego. Co ciekawe, ten ponadprzeciętnie prowadzony mocowo set oscylował blisko mojego ideału barwowego. Ja toleruję trochę niedopowiedzenia na środku i dole, a w kompilacji z testowym setem pre-power dźwięk będąc mocno osadzonym w barwie, nie był miękki, tylko mięsisty, a to całkowicie inny wzorzec. Weźmy na przykład kontrabas, który rysowany rozmazującym się miękkim markerem, mógłby stracić swój pozwalający znaleźć go na scenie obrys, a za sprawą w pełni kontrolowanej krągłości brzmiącego pudła i ostrej kresce strun był wycięty prawie skalpelem. Niemożliwe? Zapnijcie do swojego zestawienia dzisiejszą propozycję testową, a przekonacie się, że cuda naprawdę się zdarzają. Wspomniane doładowanie masy dźwiękowej podobne efekty dawało tak w dolnych jak i środkowych rejestrach, a co ważne bezinwazyjne traktując górne pasmo. Tam rządził tak poszukiwany przeze mnie oddech i swoboda, dając hektary przestrzeni, co zaowocowało zaliczeniem pełnej dwukrążkowej koncertowej relacji. Po szaleństwie w dziale analogu przyszedł czas na zestaw sztucznych dźwięków, których dobrym przedstawicielem był Nils Petter Molvaer z krążkiem „Re-Vision”. Fani tego artysty wiedzą, że jakakolwiek droga na skróty w kreowaniu basu, natychmiast kończy się ciężką do strawienia „bułą”. Po uważnym przesłuchaniu tego materiału stwierdzam z całą stanowczością, że jeśli ktoś szuka mocnego uderzenia bez owijania w bawełnę, swoje kroki poszukiwacza nirwany dźwiękowej powinien skierować w stronę opisywanej lampowej oferty jubileuszowej. To może się wydać dziwne, ale podpisuję się pod tym obiema rękami. A proszę sobie jeszcze uświadomić, że do celów testowych wybrałem utemperowaną prądowo opcję. Pełen przepust mocy zaliczył Marcin, dlatego nie będę się na ten temat rozpisywał, ale przypomnę, wsiadamy do bolidu formuły jeden i nagle żarty się kończą i zaczyna się ostra jazda bez trzymanki. Ten wydawałoby się pochwalny test w moim mniemaniu nie byłby pełny, gdybym odpuścił sobie najbardziej uwielbiany zestaw płytowy z muzyką dawną. Wiem, wiem, gdy przy głośnym graniu wszystko jest czytelne i w pełni kontrolowane, sprzęt spełnia wszystkie wymogi do zaliczenia go jako co najmniej bardzo dobry, z tendencją do wyśmienity. Ale nie u mnie. Ja szukam wyczynu, który zarezerwowany jest tylko dla nielicznych, a takowego dostarcza mi fenomenalnie zrealizowana twórczość Claudio Monteverdiego. Wokalistyka i instrumentalistyka w obiektach sakralnych rządzi się swoimi prawami, ale aby w pełni docenić odtwarzający ją set, musimy mieć wypracowany na wielu przykładach punkt odniesienia. To nie może być tylko dobra prezentacja, gdyż taki stan ma w sobie sam zgrany na płytę materiał. Tutaj potrzebna jest nutka romantyzmu, czasem poluzowania cugli, by w końcowym rozrachunku swą aurą złapać wyrafinowanego słuchacza za serce. Przyznam się szczerze, trochę obawiałem się punktualności Octave rodem ze szwajcarskich zegarków, gdyż zbyt techniczne podejście do tematu zbyt dosadnie pokaże nam wykorzystane naturalne myki realizacyjne słuchanych płyt. Wynik? Dla większości populacji audiofilów bardzo dobry. Dla mnie chyba trochę za dobry. Teoretycznie wszystko zagrane w punkt. Dobre oddanie barw instrumentów i głosu ludzkiego powodowały ciarki na plecach. Jednak ta perfekcja miała również swoje „ale”. Mianowicie, wszelkie generowane przez źródła dźwięku pogłosy po odbiciu się od ścian, wracały na scenę w nienaruszonym zakresie informacyjnym. Ale nie widzę tego jako wady jako takiej, tylko jako efekt mistrzostwa świata w trzymaniu na wodzy moich kolumn, które będąc dość skutecznymi konstrukcjami, całkowicie podporządkowały się karmiącym je prądem Niemcom. Powtarzam jeszcze raz, ostatnie kilka zdań jest tylko moim punktem widzenia na dany efekt soniczny, a nie problemem jako takim opiniowanego zestawu. Jestem pełen uznania dla konstruktorów modelu „Jubilee”, gdyż ani razu nie złapałem go na wpadce sonicznej, a że nieco inaczej odbieram zbyt dosadnie zaprezentowaną moją muzykę, jest tylko w pełni uzasadnionym osobistym prawem melomana. Dlatego proszę zbytnio nie sugerować się kilkoma moimi ostatnimi wynurzeniami słownymi, gdyż tak jak poprzednie pakiet muzyki dawnej był bardzo dobrze zagrany i przywołane na potrzeby testu niuanse brzmieniowe będą pomocne dla bardzo nielicznej grupy potencjalnych nabywców. Znakomita większość słuchaczy odbierze je jako szukanie dziury w całym w idealnie skrojonym dla szerokiej palety kolumn niemieckim zestawie Octave Jubilee.

Kończąc to spotkanie, pokuszę się o zaszufladkowanie testowanych konstrukcji w jednym z pierwszo akapitowych sloganów. Patrząc na swobodę panowania nad moimi kolumnami, spokojnie można by zaliczyć je do efektu tranzystorowego. Jednak z drugiej strony, świadome użycie ograniczonej mocy daje tak poszukiwane w szklanych bańkach wypełnienie dźwięku, kierując me postrzeganie w stronę lampy. A przecież według ogólnie przyjętego kryterium „lampowy tranzystor” powinien grać szybko, ale nieco oschle, co ma się nijak do tego, co usłyszałem podczas testu. Niestety nie wiem jak z tego wybrnąć, ale jedno wiem na pewno, to bardzo mocna konstrukcja lampowa z pełnym bagażem zalet sonicznych szklanych baniek i tranzystorów. A jak Wy to określicie? Jeśli ktoś posłucha i znajdzie rozwiązanie, proszę o kontakt na skrzynkę mailową.

Jacek Pazio  

Opinia 2

Niezwykle rzadko zdarza się, żeby na testy trafiało do nas urządzenie, bądź system, stworzone przez konstruktora niejako dla siebie i ku własnej uciesze. Tym razem mamy jednak szaloną przyjemność zaprezentować coś, co od swojego zalążka, genezy powstania, miało łamać wszystkie bariery i ograniczenia natury zarówno technicznej, jak i estetycznej.  Coś, co miało być ni mniej, ni więcej, tylko … najlepszym wzmacniaczem na świecie. Bezkompromisowość? Bezdyskusyjnie tak. Zadufanie w sobie i pycha? Już niekoniecznie, gdyż ten jakże ambitny cel postawił przed sobą nie garażowy dłubacz i samozwańczy mistrz lutownicy, lecz sam Andreas Hoffman – właściciel marki Octave, powołując do życia w 1993r. projekt „Jubilee”. Przez pierwszych pięć lat trwały prace nad przedwzmacniaczem a kolejnych pięć zajęło stworzenie dorównujących mu jakością monobloków. Pytanie, czy zamierzony efekt udało się Herr Hoffmanowi pozostawiam na razie bez odpowiedzi a w ramach zachęty do lektury jedynie wspomnę, iż o ile dostarczony do naszej redakcji Jubilee Preamplifier występuje w jednej i jedynie słusznej opcji, to już monobloki Jubilee Monoamplifier otrzymaliśmy w wersji SE – z lampami KT120 zamiast standardowych  6550 C/KT 88.

Na początek kilka słów o wyglądzie. Pomimo wyekspediowania do zewnętrznej obudowy sekcji zasilacza preamp swoimi gabarytami wcale nie ustępuje standardowym integrom. Co prawda przy monstrualnych monosach wygląda wręcz filigranowo, lecz patrząc na zdjęcie systemu warto mieć gdzieś z tyłu głowy świadomość, że ani nasze dyżurne ISISy, ani dedykowane mu monobloki nie należą do najmniejszych a prawdę powiedziawszy spokojnie możemy je zaliczyć do wagi superciężkiej audiofilskiej stratosfery. Rozsądnym będzie jednak założyć, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował wstawiać ich do zaledwie12-to metrowego mikro apartamentu (za moich czasów zwanego kawalerką), więc nie ma się co dalej nad gabarytami dostarczonego przez krakowskiego Nautilusa seta rozwodzić, tylko przejść do konkretów. Cechą wspólną edycji jubileuszowej Octave są wykorzystane w roli frontów masywne płaty szczotkowanego aluminium wzbogacone granitowymi pasami przełamującymi srebrną monotonię a przy okazji idealnie wpasowującymi się w surowy design systemu.
Płytę czołową przedwzmacniacza zdobią trzy potężne pokrętła odpowiedzialne (patrząc od lewej) za tryb pracy, regulację głośności i wybór źródła. Ciekawym zabiegiem stylistycznym jest delikatne przewężenie gęsto perforowanego korpusu w celu uzyskania miejsca na solidne uchwyty szalenie ułatwiające ustawianie i szeroko pojętą logistykę. Dzięki temu patrząc od przodu widzimy klasyczny kształt a dopiero zerknięcie z boku zdradza pomysłowość konstruktorów. Za równie intrygujące rozwiązanie można również zastąpienie standardowej płyty wierzchniej elementem z przydymianego akrylu, w którym osadzono cztery przyciski funkcyjne a w górnej części wygrawerowano firmowe logo.
Ściana tylna również nie pozostawia żadnych niedomówień i wrażenia niedosytu. Przełączane wejścia i wyjścia w wersjach RCA i XLR pozwalają wpiąć jednostkę sterująca w praktycznie każdy system a możliwość dopasowania wzmocnienia i fazy tylko poszerza spektrum ewentualnych konfiguracji. O takich drobiazgach, jak odstępy pomiędzy gniazdami umożliwiające wpięcie praktycznie dowolnie „otyłych” wtyków nawet nie wspominam, bo na tych pułapach cenowych to oczywista oczywistość.
Wbrew pozorom strzeliste niczym dawne wieżowce WTC monobloki Octave okazują się niezwykle ustawne, gdyż … lądują po prostu na podłodze. Dzięki temu nie musimy martwić się o gabaryty stolika zdolnego je pomieścić a jedynie, wyłącznie w przypływie dobrego humoru (i gotówki) można pomyśleć o jakiś, wykonanych na wymiar, solidnych platformach, bądź choćby granitowych płytach. Skoro jesteśmy przy granicie, to odpowiedni 2 cm płat oczywiście zdobi front monosów, lecz jego przedłużeniem na płycie wierzchniej, w przeciwieństwie do przedwzmacniacza nie jest akryl, lecz drapane aluminium mieszczące cztery przyciski funkcyjne, pokrętło regulacji biasu i duży, czerwony wyświetlacz. W każdym monobloku ww., panel sterowania otaczają dwie kwadry lamp ukryte za solidnie przykręconymi do korpusu, gęsto perforowanymi osłonami. Do wyboru są wersje oparte na lampach 6550 i KT 120 a ze swojej strony tylko dodam, ze nam przypadł zaszczyt testowania właśnie tej drugiej opcji. Ściana tylna oferuje szeroko rozstawione, podwójne terminale głośnikowe, wejścia RCA/XLR z przełącznikiem je uaktywniającym i hebelek umożliwiający przełączenie wzmacniaczy w tzw. tryb Ecomode. Nie zabrakło również śrub do regulacji biasu lamp pracujących w stopniu wyjściowym. Cała procedura „kalibracji” została szczegółowo opisana w instrukcji, więc nie będę nią Państwa zanudzał.

A teraz najlepsze, czyli walory soniczne tytułowej amplifikacji.
Przedwzmacniacz wymyka się praktycznie jakimkolwiek ocenom i próbom zakwalifikowania jego wpływu do dowolnej kategorii brzmieniowej, gdyż mówiąc wprost … po prostu go nie słychać. Niby jest i niewątpliwie przykuwa wzrok futurystyczną bryłą, lecz swoją obecność w torze ukrywa lepiej niż niejeden biznesman lewe dochody przed fiskusem. Nie mam bladego pojęcia, czy jest to pochodną ekstremalnie niskiej impedancji wyjściowej, poczwórnie ekranowanego transformatora, czy obecności 100 000 μF pojemności filtrującej w zasilaczu, ale fakt permanentnej transparentności pozostaje faktem. Co ciekawe w owej transparentności zupełnie u nie przeszkadza obecność czterech lamp (4szt. ECC 82), choć akurat to znawców marki nie dziwi, bo co jak co, ale Octave od lat ma całkowicie zasłużoną opinię producenta najmniej lampowo grających lampowców na rynku. „Problem” jednak w tym, że Jubilee Preamplifier ma tyle wspólnego ze swoim niżej stojącym w firmowej hierarchii rodzeństwem, co Bugatti Veyron Grand Sport Vitesse z VW Sirocco. Maksymalnie upraszczając i patrząc od strony biznesowej, to i to Volkswagen, ale jakiekolwiek porównania nie mają najmniejszego sensu. Podobnie sprawy mają się z monosami, choć prawdę powiedziawszy tuż przed odsłuchem miałem pewne wątpliwości patrząc na pyszniące się w ich wnętrzach rzędy lamp KT120. W końcu mieliśmy już okazję we własnych ośmiu kątach posłuchać, co potrafią 120-ki zaimplementowane w MRE 220 a stare przysłowie mówi, że drugi raz do tej samej wody się nie wchodzi. Całe szczęście moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione, gdyż akurat w tym wypadku nie chodzi o to czego, lecz jak się używa.

Ponieważ Jacek postawił na niuanse i litościwie oszczędzał dostarczony set grając przez większość czasu na 50% możliwości stopnia wyjściowego postanowiłem trochę „przedmuchać” system. Przy monoblokach ustawionych na full (tryb niebieski) „Live and Joyful in Charleston” The Angels zabrzmiał wprost obłędnie. Takiej holografii i namacalności z Isisów jeszcze nie słyszeliśmy. Niezwykle uporządkowane, precyzyjnie zarysowane źródła pozorne pozwalały z iście laserową dokładnością wskazywać ustawienie poszczególnych wokalistów i co istotne w tym nagraniu również obserwować ich ruch sceniczny. Przestępowanie z nogi na nogę, rytmiczne bujanie się w rytm muzyki to wszystko działo się na naszych oczach. Każdy szelest ubioru, szurnięcie nogą, czy wreszcie tak realistyczne oklaski, że nawet Rubik nie miałby startu sprawiły, że zamiast dwóch, góra trzech utworów poleciał cały album. W dodatku za całkowicie bezsensowne i czysto akademickie uznaliśmy zwyczajowe dywagacje nt. tego, czy prezentację należy rozpatrywać w kategoriach „ my jesteśmy tam”, czy też „Oni są tu”, lecz po prostu w całkowicie naturalny sposób staliśmy się czynnymi uczestnikami koncertu Gospel.
Jednak prawdziwą jazdę bez trzymanki zafundował nam dopiero Nils Petter Molvær na albumie „Khmer”. Choć 15” basowce Isisów przecież nie należą do najmniejszych to napędzane monosami Octave chodziły z kontrolą godną najlepszych ceramików. Iście sejsmiczne pomruki nie tylko było świetnie słychać, ale i czuć. Ich potęgę oraz masę można było niemalże zmierzyć i zważyć, bo atmosfera w OPOSie (Oficjalnym Pokoju Odsłuchowym Soundrebels) gęstniała z sekundy na sekundę wypełniając każdy, nawet najmniejszy zakamarek nieskazitelnie czystym i wręcz nierealnie kontrolowanym dźwiękiem. Dla równowagi syntetycznej podwaliny równie świetnie odwzorowano partie trąbki, która cięła powietrze z iście laserową precyzją. Drugi na trackliście, utwór „Tløn” po prostu przesunął granice możliwości nie tylko kolumn, ale i nasze w rejony, w które zapuszczać się nawet nie liczyliśmy. Zerowe zniekształcenia i narzucony kolumnom przez niemiecką amplifikację cybernetyczny, mający coś z Terminatora, zamordyzm sprawiły, że zupełnie niepostrzeżenie zbliżyliśmy się do niemalże koncertowych poziomów głośności. Tak głośno i zarazem tak dobrze jeszcze nic u nas nie zagrało.
Oczywiście na liście pozycji obowiązkowych do przesłuchania pojawił się również “Gladiator – Music From The Motion Picture”. Potęgę i iście hollywoodzki rozmach czuć było od pierwszych taktów, lecz podświadomie czekaliśmy na „Battle”, które nad wyraz wrednie podniosło już i tak wysoko ustawioną poprzeczkę towarzyszących odsłuchowi doznań dla przyszłej konkurencji. Tutti orkiestry wręcz przytykało, ryk waltorni wręcz wgniatał w fotel i mierzwił szczecinę na dolnych kończynach. Przy takim repertuarze i tak gwałtownych skokach dynamiki dzięki Octave Jubilee można było choć przez chwilę poczuć się niczym pilot ponaddźwiękowego myśliwca narażony na mordercze przeciążenia, lub tester ekstremalnych rollercoasterów pędzący z zatykającą dech w piersiach prędkością na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.
Mario Suzuki na ”Master Music XRCD24: Touching Folklore Music Masterpiece” to już zupełnie inna estetyka. Akustyczne granie, a czarem można by obdzielić ze cztery albumy. Oszałamiająca barwa i detaliczność szły w parze z realizmem. Odwzorowanie gabarytów instrumentarium zasługiwało wyłącznie na celujące noty. Tak oddać wirtuozerię gitarowego trio potrafi tylko najlepsza amplifikacja a Octave osiągało to z zaskakującą łatwością.
Na koniec sięgnąłem z czystego sentymentu po „The Wall” Pink Floyd, które nawet pomimo dość znacząco gorszej realizacji niczym nie odstręczało od odsłuchu. Oczywiście nie było mowy o cyzelowaniu niuansów i i audiofilskich smaczkach, ale najzwyklejsza frajda z odsłuchu rockowego klasyka była niezaprzeczalna. Octave nie pastwiło się nad pewną surowością materiału skupiając się na drajwie, emocjach i wybitnej wręcz motoryce.

Przełączenie monobloków w tryb „zielony” sprawiło, że dźwięk stał się mniej wyczynowy. Niby grało dobrze, ale bądźmy szczerzy, jeśli choć raz zasmakowało się potencjału pełnej, niczym nieskrępowanej mocy, to każdorazowe przejście w tryb „eco” będzie mało przyjemnym doznaniem. To tak jakbyśmy dostali do „zabawy” GT-R a po kilku kółkach przejechanych na maxa ktoś zabroniłby nam przekraczać 2500 obrotów. Z resztą nie ma się co oszukiwać – w tym momencie pierwsze skrzypce grają nasze osobiste preferencje a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Nie trzeba nawet daleko szukać – Jackowi do serca zdecydowanie bardziej przypadło bardziej romantyczne, uspokojone granie, za to w moim repertuarze większą dawkę adrenaliny i oktanów odebrałem po prostu z wdzięcznością. Może i taka estetyka miała w sobie coś z szaleńczej jazdy na granicy zdrowego rozsądku, ale … skoro można, jak nigdy dotąd, zbliżyć się do granicy absolutu, to nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy odpuszczać i zdejmować nogi z przysłowiowego gazu.

A teraz czas na końcową konkluzję. Octave Jubilee jest bezdyskusyjnie najlepszą amplifikacją jakiej dane było mi kiedykolwiek słuchać. Jest to moja, całkowicie subiektywna opinia i mogą się Państwo z nią nie zgadzać, lecz o jedno Was proszę. Jeśli tylko nie planujecie całkowicie przewartościować wypracowanych przez lata wzorców, jeśli nie chcecie burzyć własnego wyobrażenia ekstremalnie high-endowego absolutu pod żadnym, ale to absolutnie żadnym pozorem nie próbujcie umawiać się na odsłuch tytułowego pre/power Octave. Jeśli jednak podejmiecie to ryzyko bądźcie pewni, że już nic nie będzie takie jak przedtem.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus / Octave.pl
Ceny:
Jubilee Preamplifier: 27 000 €
Jubilee Monoamplifier – wersja na 6550: 52 000 €; wersja SE na KT120: 75 000 € (za parę)

Przedwzmacniacz Jubilee
Dane techniczne
Lampy: 4 x ECC 82
Wykończenie:     
    • aluminium (kolor czarny lub srebrny)
    • front: 20-mm granit w kolorze czarnym lub szarym
Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 500 kHz (odchyłka 1.5 dB)
Zniekształcenia harmoniczne (THD): 0.001 % (3 V / 7.5 kΩ)
Stosunek sygnał / szum (S/N): 90 dB (poziom wysoki), 98 dB (poziom niski)
Maks. napięcie wyjściowe: 8 V
Przesłuch między kanałami: – 65 dB / 1 kHz
Przesłuch między wejściami: – 86 dB / 10 kHz
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Impedancja wyjściowa: 30 Ω (RCA), 2 x 30 Ω (XLR)
Regulacja głośności: 0.5 dB (–70 dB)
Wejścia: 6 x RCA, 2 x XLR
Wyjścia:    2 x RCA, 2 x XLR, 2 x RCA (Rec)
Dodatkowo: opcjonalnie HT Bypass, transformator symetryzujący na wejściu
Waga:
    • przedwzmacniacz: 17.2 kg
    • zasilacz: 11.5 kg
Wymiary:
    • przedwzmacniacz: 435 x 170 x 480 mm
    • zasilacz: 220 x 170 x 480 mm

Wzmacniacz mocy Jubilee MkII
Lampy: 8 x 6550 C/KT 88 lub KT120 (w wersji SE) + 3 szt.  12 AU 7 (ECC82) na kanał
Wykończenie:
    • aluminium (kolor srebrny lub czarny)
    • front: 20-mm czarny lub szary granit
Moc wyjściowa: 250 W (4 Ω)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 80 kHz (± 0.5 dB)
Zniekształcenia harmoniczne (THD): < 0,1 % (10 W / 4 Ω)
Stosunek sygnał / szum (S/N): > 103 dB
Minimalna impedancja głośników: 2 Ω
Wzmocnienie / czułość wejściowa: + 30 dB / 1.5 V
Wejścia: 1 x RCA + 1 x XLR
Dodatkowo: ECO Mode, regulacja BIASu
Pobór mocy: 320 W (czuwanie) / 600 W (praca)
Waga: 65 kg
Wymiary (W x S x G): 707 x 280 x 484 mm

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL ISIS
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF