1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Primare Pre60 & A60

Primare Pre60 & A60

Opinia 1

Po blisko półtorarocznej przerwie od recenzji dzielonej amplifikacji Primare PRE32 + A34.2 wreszcie dostąpiliśmy zaszczytu i mogliśmy przez ostatnie kilka tygodni gruntownie zapoznać się z możliwościami topowego zestawu pre-power pod postacią przedwzmacniacza Pre60 i stereofonicznej końcówki mocy A60. Niby różnica w wadze niewielka, bądź nawet żadna (o dziwo producent milczy jak zaklęty w tym temacie), lecz po pierwsze oba urządzenia nie dość, że nieco urosły, to w dodatku znacząco podrożały. Zakładając jednak, że różnice nie ograniczają się li tylko do szaty wzorniczej zasadnym byłoby zakładać, że okupujące szczyt katalogu 60-ki mają do zaoferowania zdecydowanie więcej niż swoje młodsze i bardziej przystępne cenowo rodzeństwo. Jednak aby to zweryfikować nie ograniczyliśmy się jedynie do kontemplowania ich brył, lecz jak to mamy w zwyczaju wpięliśmy je w swoje systemy i wycisnęliśmy z nich siódme poty w sposób bardziej bezpardonowy aniżeli apodyktyczny trener na zajęciach z crossfitu.

Patrząc na szatę wzorniczą „królewskich” Pimare’ow nie sposób nie zauważyć nie tylko cech charakterystycznych pozwalających już na pierwszy rzut oka stwierdzić, że mamy do czynienia ze szwedzką myślą techniczną, a więc udanie czerpiących z wypracowanej przez lata rozpoznawalności, lecz również pewnej ewolucji podkreślającej status tytułowych urządzeń. Dotychczasowe, firmowo wysunięte, tytanowo-grafitowe 15 mm fronty wzbogacono bowiem szerokimi, biegnącymi przez środek podłużnymi płatami satynowo anodowanego aluminium. Owe poprzeczne wstawki w przypadku przedwzmacniacza goszczą ukryty za czernionym akrylem wyświetlacz, przyciski funkcyjne i dwie gałki odpowiedzialne za wybór wejść i regulację siły wzmocnienia a w końcówce firmowy logotyp, w który wkomponowano włącznik.
Korpusy wykonano z solidnych, giętych blach zapewniających zadowalającą sztywność korpusów, choć dalekich od braku podatności na ewentualne wibracje. Jest elegancko, całkiem solidnie, ale nie szukając zbyt daleko nawet Musical Fidelity M6 500i miał w tych kwestiach nieco więcej do powiedzenia. Za to ściany tylne najmniejszych powodów do marudzenia nie podsuwają a wręcz przeciwnie. W Pre60 mamy bowiem do dyspozycji nie tylko sześć wejść liniowych, z czego dwa pierwsze  przyjmują postać XLRów a pozostałe RCA i zdublowane – po dwie pary XLRów i RCA wyjścia, lecz również imponującą baterię interfejsów cyfrowych w skład których wchodzą wyjście koaksjalne, trzy wejścia optyczne, koaksjalne, dwa USB, terminal antenowy WiFi, interfejs Ethernet, triggera i RS232. Prawdziwe centrum sterowania wszechświatem. Całości dopełnia włącznik główny i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC.
W przypadku A60 sprawa jest o wiele prostsza gdyż do wyboru mamy jedynie wejścia XLR i RCA przedzielone stosownym przełącznikiem hebelkowym i podwójne, solidne terminale głośnikowe WBT NextGen. Nie zabrakło oczywiście również interfejsów triggera i RS232, co może początkowo wydawać się zbyteczne, ale gdy uświadomimy sobie jak rozpowszechniły się systemy „domowej inteligencji”, bądź też i my zrobiliśmy się bardziej leniwi – wymagający, to możliwość uruchomienia systemu jednym kliknięciem wcale nie będzie aż taką ekstrawagancją.

Tak po prawdzie używanie w stosunku do Pre 60 określenia przedwzmacniacz jest nie tylko niepełne, co krzywdzące, gdyż poza samym przełącznikiem źródeł i regulacją wzmocnienia, czyli tym, do czego preampy zostały stworzone otrzymujemy wszechstronny przetwornik cyfrowo-analogowy 32bit/192 kHz, oraz … w pełni funkcjonalny, a nie jak to czasem bywa – przybierający formę „protezy”, streamer z dedykowanymi dwiema aplikacjami i obsługą nie tylko dysków NAS i internetowych rozgłośni radiowych, podcastów etc., lecz również serwisów streamingowych jak Deezer i szczególnie bliski audiofilskim sercom, dzięki bezstratnej opcji HiFi –TIDAL. I tutaj mała niespodzianka – przez zupełny przypadek okazało się, że przy sprzyjających wiatrach sekcją streamera w Pre60 można zarządzać za pomocą … linnowskiej aplikacji Kinsky, choć oczywiście nikt nie zagwarantuje stabilności takiego mariażu.

W Pre 60 stopień wyjściowy zrealizowano na wzmacniaczach operacyjnych Burr Brown OPA2134, regulacja wzmocnienia odbywa się mikroprocesorowo z pomocą NJW1195. Sercem streamera jest układ DSP Xilinx a z konwencjonalnych wejść cyfrowych sygnał jest najpierw upsamplowany do postaci 24bit/192 kHz w układzie Burr Brown SRC4391 i dopiero tak „uszlachetniony” konwertowany w DAC-u Cirrus Logic CS4398. W takiej też postaci dostępny jest również na wyjściu cyfrowym. Uwagę zwraca zaskakująco rozbudowana sekcja zasilacza w skład której wchodzą transformator typu „podwójne C”, oraz 43 000 μF pojemności filtrującej.
Nieco inaczej sprawy się mają w przypadku A 60, w którym co prawda zastosowano zasilacz impulsowy, lecz o budzącej respekt mocy 2600 VA, co całkiem nieźle wróży możliwościom dynamicznym końcówki. Ów optymizm utrzymuje się mniej więcej do momentu, gdy zerkniemy do tabelki z danymi technicznymi i odkryjemy, że wg. deklaracji producenta końcówka pobiera w szczycie … 32W. Nie wiem ile w tym proekologicznej księgowości kreatywnej, ile marketingu a ile ewidentnej ściemy lub może zwykłej pomyłki, ale zestawiając to z deklarowaną mocą wyjściową 2x500W / 4 Ω mamy bardzo mocnego kandydata do nagrody Nobla z fizyki, i to niezależnie od tego, że A60 pracuje w klasie D. A właśnie – oprócz wspomnianej klasy pracy układu wyjściowego w zasilaniu również postawiono na „nowoczesność i zamiast klasycznego trafa o wadze i gabarytach miny przeciwpancernej zaimplementowano układ impulsowy ważący mniej niż puszka sardynek, przez co warto uważać przy podnoszeniu tytułowej końcówki mocy, żeby … nie wybić sobie nią zębów, gdyż pomimo lakoniczności materiałów firmowych można sądzić, że w jej przypadku nie przekraczamy nawet 10 kg. Powiem szczerze – przy teoretycznie niżej pozycjonowanej i niemalże dwukrotnie tańszej czterdziestokilogramowej końcówce A32 tytułowa 60-ka wygląda jak zawodnik wagi piórkowej przy Mike’u Tysonie.

Zostawmy jednak czysto techniczne dywagacje, oraz wrażenia natury estetycznej i przejdźmy do części poświęconej walorom sonicznym. Jednak zanim pozwolę sobie na odkrycie wszystkich kart pragnąłbym jedynie przypomnieć, że również w audio punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, czyli zarówno od własnych preferencji, jak i punktu odniesienia a patrząc na ceny Primarów można celować w całkiem ambitną półkę, więc i poprzeczkę oczekiwań można zwiesić na odpowiednio wysokim pułapie.
Na pierwszy ogień poszedł komplet, czyli dostarczony przez cieszyńskiego Voice’a tytułowy duet, który co prawda spokojnie obywał się bez zewnętrznych źródeł, lecz chcąc wychwycić jego charakter wzbogaciłem go zarówno o gramofon, jak i dwa źródła cyfrowe – najnowsze dzieło Gerharda Hirta, czyli Ayona CD-35, oraz goszczący u mnie w ramach niezobowiązujących odsłuchów szampańsko-złoty „budżetowy” Accuphase DP-410. Ponieważ wizytujące naszą redakcję szwedzkie flagowce miały na swoim koncie udokumentowany i w pełni nas satysfakcjonujący przebieg proces akomodacji nie zajął zbyt wiele czasu a i trzymanie ich non stop pod prądem zapewniło niezmienność parametrów brzmieniowych. I tak po zaskakującej dynamice i wolumenie zapamiętanych ze spotkania z PRE32 i A34.2 tym razem wkraczamy w świat wysokiej rozdzielczości, delikatnego ochłodzenia przekazu i skierowania uwagi słuchacza w kierunku aspektu analityczności. Niby nie przekraczamy cienkiej czerwonej linii za którą zaczyna przenikać nas prosektoryjny chłód i wyzuta z oznak człowieczeństwa antyseptyczność, ale przekaz jest jasny – żarty się skończyły i taryfy ulgowej dla reszty toru tym razem nie będzie. Każde odstępstwo od wzorca, każde potknięcie zaliczone czy to na etapie konfiguracji systemu, czy popełnione podczas realizacji nagrania podawane jest bez zbędnego zawoalowania czy upiększania. Całe szczęście owe anomalie nie są też zbytnio piętnowane – ot, po prostu przekaz o ich istnieniu jest puszczany w eter i tyle a to od nas zależy co z tym faktem zrobimy. Warto jednak mieć powyższe uwarunkowania na uwadze, gdyż o ile np. ścieżka dźwiękowa „Perfume – The Story of a Murderer” odkrywała przed nami kolejne, dotąd niezauważalne niuanse, warstwy i dźwięki zapraszając do pięknego i tajemniczego, iście baśniowego świata o tyle niby też symfoniczne, lecz zdecydowanie bardziej siermiężne „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy już takiego klimatu wytworzyć nie potrafiło. Po prostu, tam gdzie liczyła się eteryczność i możliwie najdokładniejszy wgląd w strukturę nagrania tam Primare’y rozwijały skrzydła i pełnymi garściami czerpały z wrodzonej rozdzielczości prezentując nie tylko niezwykle szeroką, lecz zaskakująco uporządkowaną i sięgającą daleko w głąb scenę dźwiękową. Za to przy cięższych brzmieniach do głosu dochodziła zbytnia emocjonalna zachowawczość i pewne nie do końca korespondujące np. z „Rage Against The Machine – XX (20th Anniversary Special Edition)” usztywnienie. Niby wszystko od strony technicznej było ok, ale gdzieś po drodze zgubiła się choćby śladowa doza szaleństwa. Po kilku przełączeniach i rekonfiguracjach okazało się jednak, iż powyższy stan w głównej mierze zawdzięczamy cyfrowej części przedwzmacniacza, czyli zaimplementowanemu w jego trzewiach DACowi, który po prostu przedkładał detal i kontur ponad organiczne nasycenie i mięsistość. Wystarczyło jednak wyjść z ustawionego w tryb streamera Pre60 po coaxie, wpiąć się w zewnętrzny przetwornik Accu, bądź Ayona i już po analogu wrócić do Primare’a, by całość nabrała oczekiwanych rumieńców. Powyższe uwagi proszę jednak traktować z odpowiednim dystansem, gdyż zwracając uwagę na charakter brzmieniowy Primare’ów najbardziej właściwe im cechy pozwalam sobie nieco koloryzować i czasem wręcz przerysowywać. Niemniej jednak rozglądając się za dedykowanymi im kolumnami sugerowałbym pierwsze kroki skierować ku konstrukcjom oferującym ciepły, nieco przyciemniony i „gęsty” dźwięk a jeśli efekt finalny Państwa nie przekona małymi krokami zmierzać ku bardziej „rozświetlonym” propozycjom.
W swojej żonglerce sprzętowej poszedłem jednak jeszcze dalej i korzystając z sekcji przedwzmacniacza w CD-35 pozwoliłem sobie przez kilka dni Pre60 wykorzystywać jedynie w roli streamera a A60 karmić sygnałem bezpośrednio z Ayona i prawdę powiedziawszy w takim ustawieniu uzyskany efekt najbliższy był moim preferencjom. Szwedzka końcówka nie mogąc już narzekać na niedobór barwy, czy soczystości ani myślała o osłabianiu, czy też marginalizowaniu ich udziału a jedynie skupiła się na jak najlepszym panowaniu nad napędzanymi przez siebie membranami.
A właśnie – kontrola. Kontrola, która nie tylko może się podobać, co w większości przypadków z pewnością będzie wywoływała przyjemne zaskoczenie, które będzie tym większe im lepiej będziemy pamiętali o jej „niedowadze” i iście anorektycznym zapotrzebowaniu na energię elektryczną. Zapobiegliwie jednak uprzedzę, że A60-ka nie jest jednak jakimś niewyczerpanym rezerwuarem mocy i potężnym piecem zdolnym złapać w stalowym uścisku nawet trudne do wysterowania kolumny przy niemalże koncertowych poziomach głośności. Na to proszę nie liczyć, gdyż „nawet” moje, nad wyraz wredne, Gaudery wespół ze ścieżką dźwiękową z „Space Battleship Yamato” Naoki Sato i Hiroshi Miyagawa potrafiły spowodować lekką zadyszkę szwedzkiego zawodnika. Od razu zaznaczę, że do kompresji jeszcze trochę brakowało, ale już orkiestrowe tutti nie miało ani tak miażdżącej potęgi, ani oczekiwanej natychmiastowości. Szukając przyczyny tego stanu natrafiłem na laboratoryjne pomiary, z których wynikało, że tytułowa końcowka może pochwalić się oscylującą w okolicach 85 wartością współczynnika tłumienia, więc po prawdzie i tak poradziła sobie zaskakująco dobrze.

Najwyższy czas na podsumowanie. Po raz kolejny przyszło nam zmierzyć się z rozwiązaniami stawiającymi na ekologiczną energooszczędność, szalenie rozbudowaną funkcjonalność i mało angażującą wagę, czyli krótko mówiąc ze współczesnym obliczem Hi-Fi. Poprzednio, czyli przy spotkaniu z nieco droższym zestawem Chord CPA 3000 + SPM 1200 MkII natywne cechy zaimplementowanych rozwiązań technologicznych odcisnęły piętno zdecydowanie bardziej wyraźne aniżeli w przypadku seta Pre60 & A60 Primare o czym warto wspomnieć, gdyż szwedzki duet zaoferował brzmienie zdecydowanie bliższe naturze a przez to i moim upodobaniom. Mniej w nim było stawiania na wyczynowość a więcej muzykalności, przy czym świetnie grający i przede wszystkim niezwykle ergonomicznie dopracowany streamer jawił się jako jeden z głównych argumentów nakłaniających do zakupu tytułowego zestawu. Spore pole do popisu daje również dobór docelowego okablowania, przy czym pierwsze próby proponowałbym przeprowadzać ze znajdującymi się również w dystrybucji Voice’a Cardasami. Jednak decydujący głos należeć już będzie do Państwa, zatem nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do osobistych poszukiwań i odsłuchów, co w przypadku szczytowych modeli Primare nie powinno powodować zbytnich obaw ani o stan konta, ani, co nie mniej istotne, o kondycję nadwyrężonego noszeniem audiofilskich ciężarów kręgosłupa.

 

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx; Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
–    Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Thixar Eliminator; Thixar Silent Feet Basic

Opinia 2

Gdybyśmy spojrzeli na zależność pomiędzy estetyką brzmienia a  krajem pochodzenia, z którego wywodzi się generująca je elektronika, okazałoby się, iż muzykalność bez najmniejszych problemów znajdziemy u konstruktorów z Japonii, Włoch, czy Anglii, projekcję z nader wyraźnie akcentowanymi wycinkami pasma w Niemczech, a stawiającą na szybkość i podporządkowanie muzyki pewnej, co prawda przyjemnej dla wielu melomanów, jednak dla mnie niezbyt dobrze osadzonej w barwie otwartość w krajach skandynawskich. To, jak wspomniałem są bardzo ogólnikowe tezy, gdyż wiele zależy od pomysłodawcy charakterystyki sonicznej danego brandu, ale opierając się na krążących w sieci opiniach przytoczony podział ma całkiem niezłe odwzorowanie w rzeczywistości. I gdy osobiście gustuję w przekazie stawiającym na emocje związane z muzykalnością, to przez fakt, iż zdecydowałem się na wydawanie opinii na temat wyrobów audio, jestem zobligowany do słuchania tego, co w danym momencie odwiedzi moją samotnię. Dlaczego popełniam tak pokrętnego wstępniaka? Ano dlatego, że po konsultacjach redakcyjno-dystrybucyjnych do zaopiniowania trafiła przez wielu użytkowników ceniona właśnie za bezpośredniość przekazu marka Primare a to już na starcie wymusza na mnie drobną, pozwalającą zbliżyć się do obiektywizmu elastyczność w odbiorze. To oczywiście w moim przypadku nie jest  żadnym problemem, a fakt, iż jakiś czas temu na naszych łamach testowaliśmy set PRE32 + A34.2 http://soundrebels.com/primare-pre32-a34-2/, wprowadza element psychicznego komfortu wynikającego z braku stresu przed nieznanym. Zatem puentując akapit powitalny przedstawiam wszystkim zestaw pre-power szwedzkiego Primare w postaci posiadającego funkcje DAC-a i streamera przedwzmacniacza liniowego PRE-60 i końcówki mocy A-60, o dostarczenie których zadbał cieszyński VOICE.

Bryły skandynawskiego zestawu na pierwszy rzut oka wydają się być dość proste. Faktycznie, jakiegoś szaleństwa w ich designie również i ja nie jestem w stanie dostrzec, ale chyba właśnie owo unikanie zbędnego blichtru z jedynie okraszającymi pomysł na wygląd urządzeń zabiegami wizualnymi jest najmocniejszą stroną ich wizualizacji. Patrząc na projekt plastyczny bez większego uniesienia emocjonalnego zauważamy standardowej wielkości dla tego segmentu produktów audio prostopadłościany, które nie burząc ogólnego spokoju proponują nam coś na kształt delikatnego uchylenia szuflady w szafce. Kolokwialnie mówiąc front przełamując linię boków i dachu odstając od głównej części obudowy wymusza spięcie go swoistym łącznikiem. I gdy komuś wydaje się to zbędnym szukaniem problemów konstrukcyjnych, to dodam, iż ów łącznik na tle czerni głównego opakowania przybrał kolor srebra i okaże się, że ten zabieg bardzo pomaga w lekkim odchudzeniu wizualnym prostych, a przy tym nudnych płaszczyzn. To zaś dowodzi, że Skandynawowie przy swej miłości do prostoty umieją zadbać o pozwalający poszerzyć pole rażenia pośród klienteli  sznyt wizerunkowy. Ale to nie koniec srebrnych akcentów na obudowach, gdyż jego sporą nutę w postaci szerokiego, poprzecznie przebiegającego pasa znajdziemy jeszcze na frontach obydwu testowanych komponentów. Przybliżając nieco sprawy techniczne przedwzmacniacza trzeba wspomnieć, iż w centrum płyty frontowej zaimplementowano czytelny nawet ze sporej odległości, wkomponowany w czarą akrylową płytę wyświetlacz. Na jego zewnętrznych skrajach usytuowano dwa pokrętła funkcyjne, a na płacie czerni cztery pozwalające poruszać się po Menu guziki. Tył naszego PRE-60 pozwalając przyjąć sygnały cyfrowe i analogowe proponuje zestaw wejść typu: USB, OPTIC, SPDIF, XLR i RCA. W kwestii wyjść zaś znajdziemy pakiet terminali RCA i XLR. Uzupełnieniem oferty przyłączeniowej jest gniazdo IEC i włącznik główny. Temat końcówki mocy jest zdecydowanie prostszy, gdyż jej panel przedni zdobi jedynie skrywające włącznik logo marki, a panel tylny podwojona bateria terminali kolumnowych, pojedyncze wejścia w standardzie RCA i XLR, hebelkowy selektor wejść i podobne do przedwzmacniacza gniazdo zasilające z usytuowanym nad nim włącznikiem.

Jak zdążyłem napomknąć we wstępniaku, marka Primare kojarzona jest raczej z unikaniem dryfowania dźwięku ku przesadnemu kolorowaniu świata muzyki. To oczywiście nie oznacza, że jest pozbawiona możliwości przekazania ducha zarejestrowanego na srebrnym krążku wsadu dźwiękowego, gdyż przy dobrze dobranym okablowaniu jesteśmy w stanie zbilansować przekaz w odpowiedniej dla nas dawce muzykalności. Czy to aby na pewno możliwe? Oczywiście, czego potwierdzeniem są moje dwa podejścia do tytułowego seta. Pierwsza odsłona zabawy ze Szwedami odbyła się w klubie KAIM. Niestety, rozpoczynające odsłuch połączenie całości na co dzień używanymi drutami spowodowało efekt przeniesienia środka ciężkości muzyki ku górze, a to zdecydowanie zbyt mocno faworyzowało wszelkie przeszkadzajki z odczuwalnym brakiem masy kontrabasu i wszelkiej wokalistyki. Jednak szybką decyzją wykonaliśmy drobny ruch w dostarczaniu energii elektrycznej i już ta dość daleka od delikatnych sygnałów analogowych roszada w sieciówkach spowodowała, iż sprawa odbioru ewaluowała w oczekiwanym przez wszystkich zgromadzonych kierunku. Niestety z racji ograniczeń „drutowych” i kilku innych zaplanowanych tego wieczora porównań tą drobną korektą zakończyliśmy temat formowania sznytu dźwiękowego Primare do naszych potrzeb. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że był to zmarnowany czas, gdyż wiedząc w czym rzecz, właśnie od ubrania pełnej układanki w dociążone kable rozpocząłem penetrację możliwości sonicznych 60-ek. Efekt? Powiem szczerze, prawie „Bingo”. Całość wirtualnej sceny nabrała barwowej i masowej dystynkcji a rzekłbym nawet, iż zrobiła to w większym niż oczekiwałem stopniu. I gdy w teorii wszystko szło w kierunku moich wzorców, przy dogłębniejszym wgryzieniu się w przekaz podczas słuchania wycyzelowanej muzyki dawnej słychać było pewne ograniczenie w oddechu dźwięku. To nie była jakaś degradująca do poziomu niemożności odbioru przypadłość, ale jeśli ktoś wie, jak dana interpretacja jest w stanie wypaść, prawie natychmiast wyłapie, co w trawie piszczy. Chodzi mianowicie o wyczuwalną ospałość zestawu w oddaniu namacalności kubatury kościelnej i brak wyraźnych krawędzi wszelkich gardłowych artefaktów występujących artystów. Jak wspomniałem, to nie jest degradacja, ale po to tutaj jestem, by pokazać jak na dłoni wszelkie za i przeciw, a taki efekt usłyszałem. Jednak przy formowaniu ostatecznych wniosków, proszę wziąć pod uwagę, z kim Szwedzi weszli w muzyczny konflikt, a to dla wytrawnego słuchacza jest bardzo ważną wskazówką do pełnego zrozumienia opisywanych wydarzeń. Aby nieco przybliżyć, jak wypadł mariaż ubranego w gęste i ciepłe kable skandynawskiego chłodu i barwnego kraju kwitnącej wiśni, posłużę się kilkoma przykładami płytowymi. Rozpocznę od artystki stawiającej na bardzo intymny, często wręcz balladowy przekaz z blisko usytuowanym przy ustach mikrofonem, czyli pani Youn Sun Nah i jej krążkiem „Lento”. To naładowana wieloma mikro-detalami płyta, która w tej odsłonie, przy całej poprawności brzmienia, przez cały czas delikatnie cierpiała na brak wyrazistości prawie każdej generowanej przez zestaw nuty. Niby wszystko ok., ale wspomniana przed kilkoma zdaniami wstrzemięźliwość w zakresie napowietrzenia przekazu powodowała, że głos wokalistki i wszelkie instrumentarium dobrze wpisując się w kryteria masy i nawet koloru wybrzmiewały zbyt matowo, aby nadać całości odpowiednią namacalność dźwięku, na którą w tej kompilacji stawiał realizator. To ma być prawie realne spotkanie w artystką i orgią najdrobniejszych informacji o jej gardłowej zaśpiewie, a nie jedynie dobrze odtworzony materiał muzyczny. Wiem, trochę przejaskrawiam fakty i owe zagubione informacje pojawią się po innym doborze okablowania, ale fakt jest faktem, iż stawiając na jedno, czasem tracimy coś innego i gdy postawimy na otwartość, utracimy na kolorze. Powiecie: „Coś tu jest nie tak”, a ja Wam powiem, że to typowe coś za coś i nic więcej i testowany set kierowany jest do świadomego swoich oczekiwań odbiorcy, a nie przypadkowego, nie mającego pojęcia o konfiguracji zestawu audio i zmuszającego sprzęt do odgrywania nie swojej roli audiofila. Po występie solistki przyszedł czas na Michela Godarda z jego interpretacją Claudio Monteverdiego „Trace Of Grace”. Doskonale wiedziałem, że ta pozycja wypadnie w bardzo podobny do poprzedniej sposób, ale w tym przypadku chodziło mi o sprawdzenie, jak Szwedzi budują wirtualną scenę muzyczną. Oczywiście wirtualną tylko u mnie, gdyż sesja nagraniowa odbyła się w realnym klasztorze. I tutaj zaskoczenie. Dźwięk nie cierpiał już tak bardzo na braki w oddechu. Przypuszczalny powód? Kubatura sakralna nie niesie ze sobą takiej sterylnej przeźroczystości jak studio, dlatego też podejście z muzyką dawną odbieram w domenie zdecydowanie ciekawszej pod każdym względem. A co z rozmiarami sceny? Było całkiem ok., jednak w bezpośrednim porównaniu z moim Japończykiem w nieco mniejszej skali, co przepuszczając przez sito cen porównywanych zestawów jest wynikiem całkowicie adekwatnym do możliwości. Na koniec poszedłem na całość i w napędzie cedeka wylądował folk-metal grupy Percival, czyli stały krążek moich testowych starć „Svantevit”. Rytm, energia, nawet szybkość, to dziedziny, w których Primare radził sobie nadzwyczaj dobrze. Jedynymi aspektami na które mogłem lekko ponarzekać było lekkie wycofanie się górnych rejestrów. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż przy lekkim złagodzeniu blach perkusji, zyskała czytelność wykrzykiwanych tekstów, a to dla choćby zdawkowego zrozumienia co chce przekazać nam swoją twórczością wspomniany zespół, jest nieocenione. Ja wiem, że dla wiernych fanów wystarczy sama przeszywająca rozmachem niskich rejestrów i przenikliwych blach nawałnica dźwięków, ale naprawdę, kilka zrozumiałych informacji tekstowych, które zapewnił mi set 60-tek w każdym rodzaju muzyki jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Na tym zakończę nasze spotkanie, gdyż wertując dotychczasowe informacje zauważycie, iż tak naprawdę oceniany zestaw grał dość równo. Co prawda miał swoje ograniczenia, ale nie była to degradacja jako taka, gdyż za każdym razem wspomniane niedociągnięcia wypadały inaczej i co ważne dla pretendenta do laurów, raz lepiej, a raz gorzej. Zatem ocena, czy to bajka dla Was zależeć będzie od osobistych potrzeb tak Waszych, jak i docelowego systemu.

Reasumując i przywołując wychwycone odstępstwa od ideału sądzę iż po dociążeniu dźwięku zestawem kabli za głównych winowajców takiego obrotu sprawy można uznać zasilanie i stopień wyjściowy końcówki. Nie wiem, jak to odbierzecie, ale według mnie za całą większą lub mniejszą matowość dźwięku po jego nasyceniu nie wiem, czy całkowitą, ale co najmniej drobną winę ponosi użyta do ożywienia komponentów klasa „D” i zasilacz impulsowy. Ja wiem, że obecnie jest to „trendy” i zdaję sobie sprawę, że pnąc się w górę jakości dźwięku możecie tego nie usłyszeć, ale w sytuacji gdy schodzę z góry sprawa jest oczywista. Na szczęście nie determinująca odruch wyłączania zestawu, ale jest. Co jednak ważne. Gdy ktoś w swoim wzorcu dźwięku stawia na szybkość i bezpośredniość z pewnością nie „udusi” (z premedytacją to słowo wziąłem w cudzysłów) tak jak ja Szwedów gęstymi kablami, a to spowoduje, że ta przewijająca się w mojej ocenie maniera ostrożności w górnych rejestrach w ogóle nie będzie istnieć  – pamiętam, że w klubie KAIM nie występowała. Tak więc, nie pozostaje mi nic innego, jak ostrzec Was przed pochopnym zmuszaniem dzisiejszych zabawek do grania przepiękną średnicą. To jest zestaw dla ludzi kochających rozmach i energię dźwięku przez duże „R i E”, a nie dla kombinatorów w stylu „u mnie nie ma rzeczy niemożliwych”. Jeśli ktoś się uprze, nie będzie źle, ale dojrzała zabawa w audiofila polega na pełnym wykorzystywaniu zalet sprzętu, a nie sztuczne dostosowywanie go do swojego widzi mi się, gdyż wówczas prawie zawsze coś utracimy.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Voice
Ceny:
Primare Pre 60: 29 900 PLN
Primare A 60: 29 900 PLN

Dane techniczne:
PRE60:
Upsampler: Burr Brown SRC4391
Przetwornik DAC: Cirrus Logic CS4398
Obsługiwane formaty audio: WAV, AIFF, FLAC, MP3, AAC, WMA, OGG, ALAC
Wejścia analogowe: 2 pary XLR, 4 pary RCA
Wejścia cyfrowe: 3 x optyczne, 1 x koaksjalne, 2 x USB, LAN, WLAN
Impedancja wejściowa: 15 kΩ RCA & XLR
Pętla magnetofonowa: 1 para RCA
Wyjścia analogowe:  2 pary RCA, 2 pary XLR
Wyjście cyfrowe: Coax
Impedancja wyjściowa: 110 Ω
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 100kHz -3dB
Zniekształcenia THD + N: < 0.003%, 20Hz – 100kHz, 0dB gain.
Stosunek sygnał/szum: -115 dBV
Max napięcie wjściowe/wyjściowe: 10 Vrms
Wzmocnienie: 16 dB
Pobór mocy: 0,5 W Standby; 38 W max
Wymiary (SxGxW): 430 x 385 x 142 mm

A60:
Moc wyjściowa: 2x250W / 8 Ω  max 610W; 2x500W / 4 Ω, max 1230 W
Zniekształcenia THD+N: <0.02% (1kHz 250W 8 Ω); <0.002 (10W 8 Ω)
Stosunek sygnał/szum: 20 – 20kHz
Wzmocnienie: 26 dB RCA, 20dB XLR
Pobór mocy: 0.5 W Standby; 32 W max
Wymiary (SxGxW): 430 x 385 x 142 mm

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa), TELLURIUM Q Silver Diamond
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– IC XLR: TELLURIUM Q Silver Diamond
– IC cyfrowy: Harmonix HS 102
– Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE

Pobierz jako PDF