Opinia 1
O tym, że zabawy z prądem nie należą do najbezpieczniejszych zajęć większość z nas zdążyła się z pewnością przekonać jeszcze przed osiągnięciem pełnoletniości. Po mniej, bądź bardziej bolesnym „trzepnięciu” człowiek nabiera respektu i potem dwa razy sprawdzi, czy wyłączył „korki” zanim zacznie dłubać w przysłowiowym gniazdku. W przypadku audiofilów olśnienie przychodzi również w momencie dokonania odkrycia, że prąd … słychać, a dokładnie słychać jego jakość. Zaczyna się wtedy kolejny wyścig zbrojeń dotyczący nie tylko wykorzystywanego do zasilania okablowania, ale również wszelakiej maści akcesoriów prąd rozdzielających a czasem, bądź to przy okazji, bądź świadomie i zgodnie z założeniem producenta owe Volty i Ampery uzdatniających. Po pierwszym zachłyśnięciu przychodzi umiar, zdrowy rozsądek (choć tylko czasami) i przede wszystkim dylematy. No bo cóż ma począć taki rozdygotany emocjonalnie neofita, gdy z jednej strony przekonują go, że najważniejsze to filtracja i to jak najbardziej zaawansowana – gwarantująca spokojny sen i pełną ochronę a z drugiej słyszy głosy kategorycznie twierdzące, iż referencją jest, oczywiście jak najlepsze, gniazdo ścienne, a cała sztuka polega na tym, by tego startowego potencjału po prostu nie zepsuć. Przez ponad rok działalności SoundRebels mieliśmy okazję przesłuchać przedstawicieli obu powyższych grup, jednak nic, ale to absolutnie nic nie było w stanie przebić, ani nawet zbliżyć się do teoretycznie nic w sobie niemającego Furutecha Pure Power 6, ba powiem więcej. Odkąd przetestowaliśmy to japońskie cudo dziwnym trafem oferty dostarczenia akcesoriów z powyższego segmentu do naszej redakcji stopniały do zera. Całe szczęście do odważnych świat należy i jako pierwszy rzuconą przez Furutecha rękawicę podniósł nasz krajowy producent – KBL Sound przywożąc efekt swojej wieloletniej pracy – listwę KBL Reference Power Distributor.
Tytułowa listwa pod względem konstrukcyjnym nie odkrywa Ameryki i nie wyważa już otwartych drzwi. Zamiast tego wzoruje się na najlepszych dostępnych na rynku rozwiązaniach. Jej korpus stanowi masywny blok duraluminium poddany ponad 8 godzinnej obróbce na maszynach CNC a wnętrze skrywa biegnące równolegle wiązki wykonane z długokrystalicznej miedzi UPOCC o przekroju 12 AWG do każdego z pięciu zamontowanych na grubej płycie wierzchniej gniazd. Co ciekawe, użyte bardzo dobre gniazda Furutech FT-SDS (G) nie zostały wpuszczone w płytę główną, bądź umieszczone pod nią, lecz pozostawiono je całkowicie ponad płaszczyzną „roboczą” a ich mocowanie poprowadzono aż do samego spodu korpusu. W rezultacie czego w przypadku stosowania bardzo sztywnych przewodów zasilających można zauważyć pewną tendencję do ich delikatnego przekręcania się, co jednak nie powinno stanowić większego problemu nawet podczas dłuższego użytkowania i częstej żonglerki kablami. Główne gniazdo zasilające również pochodzi od Furutecha i jest to FI-10 ( R).
Warto zaznaczyć, iż pomimo dość poważnej wagi produkt KBLa nie zdewastuje nawet najbardziej wypolerowanego parkietu, gdyż wyposażono go w niewysokie, lecz za to podklejone filcem niklowane nóżki z brązu fosforowego.
Dołączony do listwy, jako opcja, przewód zasilający prezentuje się również nad wyraz atrakcyjnie. Czarno – purpurowy oplot z plecionki PVC nadaje całości ekskluzywny i elegancki wygląd a masywne wtyki (ze sporą dozą prawdopodobieństwa możemy uznać, iż użyto należących do serii Carbon Edition modeli SQ-E39(G)B i SQ-C39(G)B z oferty chińskiego SonarQuesta) dopełniają całości.
Ponieważ KBL Reference Power Distributor (KRPD) nie posiada żadnych zabezpieczeń, filtrów etc., dałem sobie spokój z próbami odsłuchów podczas szalejącej burzy i innymi równie ryzykownymi zrachowaniami. Skupiłem się natomiast na tym jak bohaterka niniejszej recenzji sprawdzi się w roli jej dedykowanej, czyli audiofilskiego rozgałęziacza.
Pierwszą fazę odsłuchów prowadziłem zastępując KBLem posiadanego GigaWatta PF-2, czyli z użyciem mojego dyżurnego przewodu zasilającego Furutech FP-3TS762 zakonfekcjonowanego wtykami FI-28R i FI-E38R.
W telegraficznym skrócie mogę ze spokojnym sumieniem napisać, że zmiana była od razu zauważalna i dotyczyła nie tylko zmniejszenia liczby gniazd z sześciu do pięciu, ale również wpływu na dźwięk. Warszawska listwa redukując do niezbędnego minimum możliwość rozbudowy systemu zrekompensowała się zdecydowanie lepszą rozdzielczością i otwartością. Wokół muzyków zrobiło się po prostu od razu więcej powietrza a w parze ze znaczącą poprawą konturowości źródeł pozornych całość stała się bardziej namacalna i wyraźniejsza. Całe szczęście zmiany nie miały tendencji do przeostrzania i epatowania ostrymi jak brzytwa krawędziami, lecz raczej szły w kierunku oczyszczania atmosfery, klarowności powietrza obecnego pomiędzy nami a muzykami. Scena uległa rozciągnięciu we wszystkich wymiarach, przybrała bardziej sugestywne gabaryty, tak jakby do tej pory poddawana była permanentnemu ściśnięciu, przeskalowaniu. Kolejnym elementem, który przykuł na dłuższą chwilę uwagę była klarowność i różnorodność, jaką przed słuchaczami odkrywały najniższe składowe. Niezależnie od tego jak niskie dźwięki zostały na materiale źródłowym zarejestrowane KBL nawet na jotę nie próbował ich upraszczać, czy ujednolicać z zadziwiającą swobodą prezentując nie tylko obrys, krawędzie dźwięków, lecz również ich fakturę z oddaniem najdrobniejszych nawet mikrodetali i niuansów.
Powyższa klarowność wynikała z delikatnego utwardzenia przekazu, lecz trzymając się cały czas po muzykalnej stronie brzmienia nie odnotowałem nawet najmniejszych znamion osuszenia, czy wyjałowienia pod względem emocjonalnym. Po prostu takie są następstwa uporządkowania i za przeproszeniem złapania dźwięku „krótko przy pysku”. Nic się nie wlecze, nie snuje i nie dudni, co w pierwszej chwili może wydawać się odchudzeniem, a dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że jest jedynie pozbyciem się, zniwelowaniem, zminimalizowaniem obecnych wcześniej anomalii i odchyłek od wzorca, jakim jest reprodukowany materiał. A skoro mowa o wzorcu – pamiętając jak w naszych prywatnych rankingach namieszał Pure Power postanowiłem sięgnąć po wykorzystywany wtenczas repertuar. Odsłuchy twórczości Anny Marii Jopek, Youn Sun Nah i Barb Jungr tylko potwierdziły, że KRPD podąża szlakiem wyznaczonym przez swojego utytułowanego poprzednika, lecz „trochę” jeszcze mu do niego brakuje. Różnica w swobodzie, realizmie i krystalicznej wręcz czystości była niestety zauważalna, wiec osoby chcące zaoszczędzić „drobne” 27 000 PLM, bo tyle właśnie wynosi różnica pomiędzy obiema listwami, pragnę jedynie nieśmiało poinformować, że tym razem takiej szansy mieć nie będą. Mam jednak również i dobrą dla nich wiadomość. Polski produkt jest bowiem i tak lepszy od wszystkich „rozgałęziaczy” i „uzdatniaczy” z jakimi do tej pory, z wyjątkiem FPPS, w redakcji SoundRebels mieliśmy do czynienia. Jeśli zatem uznamy, że właśnie na 10 000 PLN kończy się nasza granica zdrowego rozsądku to powinniśmy poważnie zastanowić się nad tytułową propozycją, gdyż możemy mieć problem ze znalezieniem czegokolwiek równie ciekawego i to w zdecydowanie wyższej cenie.
Stawiając na bezpośredniość i możliwie zbliżoną do oryginału wierność KBL pozwala z łatwością wychwytywać wszelkiego rodzaju mikrodetale i ozdobniki a intensywność doznań zależeć będzie w głównej mierze od klasy wpiętej doń elektroniki. Każde trącenie struny, każdy pasaż dłoni po gryfie podawany jest słuchaczowi w sposób jednoznaczny, lecz na tyle wyrafinowany, że nie sposób mówić o jakiejkolwiek ofensywności. Przy bardziej skomplikowanym, a przy tym zdecydowanie brutalniejszym repertuarze w stylu „Failed States” Propagandhi, czy „Submission for Liberty” 4ARM wspominane utwardzenie i zdyscyplinowanie przekazu zaowocowało świetną motoryką i czytelnością nawet najbardziej szaleńczych riffów, czy partii perkusyjnych. W dodatku, pomijając całą agresywność właściwą właśnie takiej muzyce nie zaobserwowałem żadnych, nawet najmniejszych śladów granulacji, czy też prób sztucznego uplastycznienia zbliżającej się do granicy bólu zionącej oparami siarki góry. Nie sposób było również zarzucić KBLowi osłabienia ataku, szybkości narastania dźwięków i szeroko pojętej dynamiki. Wykorzystując wymienione w stopce wzmacniacze zintegrowane nie miałem nawet chwili zwątpienia, że wpięta w tor listwa może stanowić wąskie gardło w energetycznym krwioobiegu a jak jej obecność wpłynie na zdecydowanie bardziej wymagającą i transparentną amplifikację z pewnością napomknie Jacek.
Zastąpienie przewodu Furutecha firmowym Red Eye sprawiło, że całość została delikatnie dociążona i dosaturowana. Akcent operujący do tej pory głównie w domenie transparentności i motoryki objął swym zakresem również barwę i emocjonalność. Powyższe zjawisko było niczym wykonanie dosłownie pół kroku od neutralności ku szeroko rozumianej przyjemności, soczystości. To, co do tej pory lśniło krystalicznym blaskiem zostało wzbogacone kilkoma przebłyskami złota i słodyczy promieni chylącego się ku zachodowi słońca.
KBL Sound Reference Power Distributor wydaje się wprost idealnym rozwiązaniem dla wymagających melomanów i audiofilów. Nie kosztując majątku na pewno niczego nie zepsuje, uśredni, czy ograniczy. Wręcz przeciwnie – uwolni drzemiący, w nawet wysokiej, high-endowej klasy systemie potencjał i w sposób nad wyraz sugestywny wskaże właściwy kierunek rozwoju, a jeśli chodzi o dylematy, czy zakup tytułowej listwy okaże się finałem, czy jedynie preludium do dalszych poszukiwań pozostawiam już Państwu.
Marcin Olszewski
Dystrybucja/Producent: KBL Sound
Ceny:
KBL Reference Power Distributor: 9 900 PLN (5 gniazd EU schuko)
KBL Sound Red Eye: 1,5m – 8 900 PLN, 2m – 9600 PLN
Dane techniczne:
Ilość gniazd: 5 gniazd Furutech FT-SDS (G)
Maksymalne obciążenie: 1850 W
Wymiary (SxGxW): 36,5 x 9,5 x 11 cm
Waga: 5,5 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Zyx R1000 Airy3 + 9″SME + Zyx R1000 Airy3 Mono + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Phasemation EA-1000; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; AVM A5.2; Roksan Oxygene
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinia 2
Z warszawską firmą KBL Sound zajmującą się upgradowaniem kultowych jak i obecnie produkowanych komponentów audio, w swej ofercie posiadającą również dział wytwarzający wszelkiej maści okablowanie, mieliśmy już przyjemność obcować w zeszłym roku, podczas testów seta kolumnowego i sygnałowego w topowej odsłonie Red Eye. Tamto spotkanie przywodzi mi na myśl bardzo pozytywne zaskoczenie, pod względem jakości organoleptycznej jak i sonicznej słuchanych produktów. We wstępnych założeniach miał być to pełny komplet ich kabli sieciowych kolumnowych, interkonektów i listwy zasilającej włącznie, ale natychmiastowa rozchwytywalność towaru w owym czasie i brak mocy przerobowych zaspokajających popyt, wykluczyła weryfikację portfolio zajmującego się dostarczaniem niezbędnych kilowatów życiodajnej dla zestawu audio energii elektrycznej. Na szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i tym sposobem w progi naszej redakcji zawitała szeroko chwalona przez wielu audiofilów listwa zasilająca.
Tytułowy Reference Power Distributor jest ciężką podłużną skrzynką, dźwigającą na górnym, wykonanym z grubego płata drapanego aluminium panelu pięć gniazd sieciowych japońskiego Furutecha. Dolną gondolę skrywającą sieć połączeń między-gniazdkowych również wykonano ze słusznej grubości ale malowanego metodą proszkową aluminium, gdzie na jednej z czołowych płaszczyzn zamontowano terminal podłączenia przewodu zasilającego. Całość stabilizują podklejone filcem stosowne okrągłe nóżki w kształcie walców. Trzeba przyznać, że ta, co by nie mówić, „złodziejka” prezentuje się nadzwyczaj okazale i z pewnością będzie ciekawym dodatkiem wizualnym do potrzebującego jej pomocy systemu, a nie odpychającym swą aparycją niechcianym brzydkim kaczątkiem. Niestety listwa nie jest w standardzie wyposażona w stosowną sieciówkę, co z drugiej strony patrząc, pozwala obniżyć koszt jej zakupu, umożliwiając w ten sposób, dobranie idealnie spełniającego nasze oczekiwania (jeśli zalecana przez KBL SOUND się nie sprawdzi) produktu innych stajni.
Gdy testowany port prądowy trafił w moje ręce, miałem lekkie obawy natury patriotycznej, gdyż będąc całym sercem za polską myślą techniczną, obawiałem się zbytniego nadmuchania balonu pochwalnego przez szczęśliwych nabywców. Nie było to spowodowane jakimiś szczególnie złymi doświadczeniami w tej materii, tylko pochodną kilku testów stawiających sprawę dość jasno: ten kawałek chleba jest ciężkim tematem do ugryzienia i dorobiona do danego produktu teoria producenta często ma się nijak do tego, co prezentuje w realnym starciu. Dlatego wstępne rozmowy ograniczały się raczej do terminów tego testu, a nie urabiania mojego punktu widzenia jeszcze przed nauszną konfrontacją. Inną sprawą był fakt pozytywnych wrażeń testu głośnikowców i łączówek, który mimo woli wstępnie dobrze pozycjonował obecne postrzeganie marki. Z uwagi na stosunkowo nieduże zmiany jakie można usłyszeć podczas żonglerki w zasilaniu, dla przypomnienia przesłuchałem kilka najczęściej używanych do testów płyt, by w przypadku braku zmian lub ich znikomym występowaniu, wiedzieć na czym stoję.
Kika prób przełączeniowych – niestety przepinanie kilku kabli trochę to trwa – i wszystko było jasne. Z początkowej fazy testu wyeliminowałem końcówkę mocy, która jak dotąd tylko raz dała się nakarmić bez jakichkolwiek oznak pogorszenia dźwięku, co można przeczytać w stosownym artykule o listwie zasilającej Furutech Pure Power 6. Jednak procedura w tamtym wypadku wyglądała podobnie do obecnej. Sprawdzamy produkt z niedużymi obciążeniami i gdy wiemy co w trawie piszczy, dopiero wtedy sprawdzamy go w ekstremalnych warunkach. Wracając do spotkania z propozycją KBL Sound, przyznam, że to co dane było mi słyszeć – nawet od znajomego posiadającego taki sam system jak ja, tylko z końcówką lampową – o wpływie na dźwięk jaki wprowadza rzeczona listwa, jest całkowicie zgodne z moimi odczuciami. Nie zaznamy pogorszenia, tylko trochę inne spojrzenie na ciężar grania, który przesuwa się o oczko wyżej, dodając przy tym miłej dla ucha plastyczności dobiegających do naszych uszu informacji muzycznych. Bas nadal czytelny i konturowy, jednak lekko delikatniejszy, wpływając tym sposobem na reprodukcję środka pasma. To dzięki uzyskanej świeżości w dolnym rejestrze średnica staje się źródłem większej ilości informacji, dając lepszy wgląd w nagranie, a wspomniana plastyka całości jest pokłosiem lekkiego utemperowania wysokich tonów. Oczywiście broń Boże nie odbija się to zmuleniem przekazu, tylko obraniem kierunku ku źródłom analogowym. Uważając gramofon za referencyjny napęd w moim systemie, cenię go właśnie za takie postawienie sprawy. Nie kłujemy słuchacza w uszy cykaniem góry i pogrubionym do granic tolerancji napompowanym, zazębiającym się ze średnicą basem, tylko umiejętnie wyważamy całość, pozwalając na wytchnienie w obcowaniu z muzyką, a nie sklejanie poszczególnych plików muzycznych w jedną w miarę strawną masę. Posługując się cytatem z kultowego filmu „Miś”, uważam, że to jest słuszna koncepcja, która w dobie szalejącej wokoło cyfry z plików, czy srebrnego krążka, będzie lekiem na zbyt bezpośrednie smaganie naszych organów pochłaniania dźwięku. Co więcej, sądzę, że większość audiofilów stawiających na równowagę tonalną – ja raczej skłaniam się ku większej barwie- odbiorą ten sznyt grania „in plus”, niż spróbują go deprecjonować. A jak to się ma do moich wzorców, śpieszę oznajmić. Gdy znałem możliwości listwy, przeszedłem do dłuższych serii odsłuchowych – to znaczy, słuchałem płyt tak jak lubię – od deski do deski, zwracając szczególną uwagę na stopień rozpoznawalności zmian w zależności od czasu po przełączeniu systemu ze ściany do „RPD”. I muszę stwierdzić, że już po drugim utworze, zmiany odchodziły w niepamięć. Jeśli ten mariaż przynosiłby jakiekolwiek pogorszenie odbioru, świadomość, że mogę tego uniknąć nie dałaby mi spokoju, gdy tymczasem, dzięki rozświetleniu średnicy, mogłem „pochylić się” nad pracą wentyli saksofonu Charlesa Lloyda z kwartetem na płycie „Mirror”. To był ciekawie zaprezentowany instrument, a że jest jednym z moich ulubionych, przypomniałem sobie wszystkie trzy krążki Charlesa, jakie mam na półce. Ważnym elementem takiego postawienia sprawy przez firmę KBL Sound, było zachowanie swobody i oddechu w muzyce, mimo wspomnianego lekkiego ugładzenia najwyższych składowych. To lekkie uplastycznienie bardzo pozytywnie wpływało na percepcję całości spektaklu muzycznego, gdyż pozostawienie ich w nienaruszalnym stanie, przy lekkim odciążeniu całości pasma, zmieniłoby wszystko w krzykliwy jazgot. A tak dostajemy spójny obraz widma dźwięku, pozwalający słuchać całego przekazu muzycznego, a nie poszczególnych instrumentów, próbując zrozumieć, co mieli na myśli występujący muzycy. Bardzo dobrze prowadzona linia kontrabasu z pełną paletą informacji o pracy strun, gładki fortepian i nosowo brzmiący saksofon, na tle nienapastliwych blach perkusji dawały możliwość zaznania pełnego relaksu w trakcie słuchania, bez jakiejkolwiek utraty ważnych dla audiofila składowych granego zapisu nutowego. To niestety dość rzadka cecha. Najczęściej pozornie mające nam pomagać czy to dociążenie przekazu, czy ucywilizowanie jego góry, odsyłają w niebyt część informacji, co znowu z innej strony patrząc, może w nadpobudliwym systemie być lekiem na całe zło, ale jednak jest procesem degradującym nagranie. Testowana propozycja warszawskiego rozdzielacza prądu oddaje tyle co dostaje, lekko modyfikując efekt końcowy. Dla mnie osobiście broni się w każdym aspekcie.
Na koniec na tapetę wziąłem, ożenek owego rozgałęziacza z moją końcówką mocy, często pokazującą na co stać dany produkt. Z uwagi na zalecenia jej konstruktora – zawsze do ściany – we wszelkiego typu porażkach nie wytykam tego faktu jako wyroczni, tylko próbuję pokazać, w jakim aspekcie można jeszcze popracować nad danym komponentem, przy najbliższym upgradzie. Natomiast jeśli moje urządzenie sugeruje pewne procedury, to czy trzeba „kopać się z koniem”, próbując udowadniać całemu światu, że jestem najlepszy. Nie sądzę. Niemniej jednak zawsze staram się wykonać taki test. Niestety i tym razem piec Reimyo karmiony energią z innego źródła niż sygnalizuje producent, delikatnie stracił ochotę do życia. Zaginął kontur w niskich składowych, i prysnął czar dobiegającej wcześniej do mnie muzyki, lekko pogarszając dynamikę, ale przyznam szczerze, że to i tak był jeden z najlepszych wyników jakie dotychczas miałem okazję usłyszeć. Mimo to, ta próba była tylko chwilowym epizodem, który tylko potwierdził słuszność realizowania wskazówek, nie obniżając w moich oczach pozycji jaką zdobyła wcześniej listwa zasilająca warszawskiego KBL Sound.
Takim sposobem po raz kolejny miałem okazję obcować z dobrze skonstruowanym produktem z nad Wisły. Cieszę się, że podobnych przypadków jest coraz więcej, ale zawsze należy skonfrontować dany element na własnym podwórku, gdyż jak wiadomo, każdy ma inne preferencje i potrzeby. Mimo, że ja swoim systemem trafiłem w punkt „G”, to to, co zrobiła bohaterka testu, w żaden sposób nie wpływało degradująco na zajmującą większość mojego czasu słuchaną muzykę. Czy taki sznyt grania jest dla każdego? Pewnie nie, ale proszę pokazać mi cokolwiek, co byłoby idealne dla wszystkich, bez względu na dział naszego codziennego życia. Jednak mimo różnorodności naszych oczekiwań, polecam spróbować takiej konfiguracji, gdyż swoimi walorami nie wpływa negatywnie na resztę systemu, kierując go jedynie na nieco inne niż obecnie podążamy tory, a to często jest zaczynem do próby weryfikacji, czy obraliśmy dobry kierunek. Naprawdę warto.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
przedwzmacniacz gramofonowy RCM THERIAA
Z rozdzielczością 5K oraz CinemaScope w formacie 21:9, najnowszy telewizor LG na nowo definiuje głębię obrazu
105-calowy zakrzywiony Ultra HD TV od LG został zaprezentowany po raz pierwszy w styczniu tego roku w podczas targów CES. W tym tygodniu trafił do przedsprzedaży w Korei Południowej, a wkrótce będzie dostępny na pozostałych rynkach świata. Z rozdzielczością ponad 11 milionów pikseli (5120 x 2160) oraz CinemaScope w formacie 21:9, model LG 105UC9 dostarcza niezwykłych wrażeń – takich jak realistyczne odwzorowanie obrazu w wyjątkowej ostrości oraz zapierający dech w piersiach system dźwiękowy surround.
Ekran LCD w formacie 21:9 zakrzywionego telewizora LG Ultra HD jest wyposażony w 11 milionów pikseli, czyli 5 razy więcej niż telewizory Full HD. Z tak dużą gęstością pikseli, obraz jest oddany z wyjątkową ostrością i przejrzystością. Model 105UC9 osiąga niebywałą jakość obrazu dzięki funkcji LG True 4K Engine Pro oraz panelowi 4K IPS. Ponadto funkcja True 3K Engine Pro eliminuje wszelkie niedociągnięcia obrazu i może upscalować treści o niższej rozdzielczości do jakości bliskiej Ultra HD, podczas gdy panel IPS 4K zapewnia stały kontrast, realistyczne odwzorowanie kolorów oraz szeroki kąt widzenia.
“Wizja, która stoi za 105-calowym zakrzywionym TV Ultra HD od LG miała sprawić, by kinowe wrażenia były dostępne w domowym salonie” powiedział In-kyu Lee, wiceprezes i szef Działu TV w LG Home Entertainment Company. „Wyposażony w zakrzywiony ekran 5K CinemaScope i 7.2 kanałowy system głośników, 105UC9 jest najbardziej spektakularnym ULTRA HD TV LG do tej pory. Produkt ten to kolejny krok w rozwoju innowacji w sektorze domowej rozrywki. Prezentuje co można osiągnąć łącząc najbardziej zaawansowane technologie.”
Telewizor LG zapewnia także niesamowity dźwięk dzięki wbudowanemu 7.2 kanałowemu systemowi o mocy 150W. Wprowadzając system LG ULTRA Surround oraz opracowując go wspólnie z producentem produktów audio linii premium Harman Kardon stworzono głośnik, który wytwarza potężne i bogate brzmienie. Wielokanałowy system jest doskonałym uzupełnieniem ekranu CinemaScope 21:9, razem gwarantując wrażenia godne prawdziwego seansu kinowego.
Dzięki takiej samej rozdzielczości jak w hollywoodzkich produkcjach, ekran 105UC9 Cinemascope 21:9 przenosi kinowe doświadczenia do domu. Zakrzywienie ekranu zostało dokładnie skalibrowane, aby zmaksymalizować doznania. Co więcej, podczas oglądania programów w formacie 16:9, niewykorzystane miejsce po bokach ekranu może być wykorzystane do wyświetlenia dodatkowych informacji lub szczegółów dotyczących danej audycji, by ulepszyć wrażenia wizualne.
Model 105UC9 zapewnia użytkownikom dodatkowe doznania dzięki funkcjonalności Smart+ TV, która jest oparta na intuicyjnej platformie webOS. Sprawia ona, iż wszystko jest jeszcze prostsze i szybsze, bez względu na to czy przełączamy programy, odkrywamy nowe wydarzenia, aplikacje, serwisy, czy łączymy się z multimedialnym sklepem przez zewnętrzne urządzenia. A z pomocą przyjaznego, animowanego pomocnika BeanBird, instalacja oraz pierwsze podłączenie systemu są dziecinnie proste.
Co więcej, poprzez połączenie technologii polaryzacyjnej 3D o bardzo wysokiej rozdzielczości obrazu, funkcja LG 4K 3D + oferuje prawdziwą przyjemność z oglądania. Dzięki upscalerowi 4K 3D, treści SD, HD i Full HD są przekształcane w czystą, niemal identyczną z Ultra HD rozdzielczość.
LG 105UC9 będzie stopniowo wprowadzany na rynki inne niż koreański od czwartego kwartału. Ceny oraz konkretne daty będę komunikowane lokalnie.
Ekskluzywny system klasy high-end wyróżniający się doskonałą jakością dźwięku, ogromną dynamiką i mocą – Yamaha prezentuje nową, luksusową serię S2100, złożoną ze wzmacniacza zintegrowanego A-S2100 i odtwarzacza płyt CD-S2100. Urządzenia wykorzystują najlepsze, wyselekcjonowane podzespoły, które wraz z zaawansowaną konstrukcją i nowatorskimi rozwiązaniami technologicznymi zapewniają przejrzyste, a jednocześnie lekkie, otwarte i „namacalne” brzmienie.
Bezkompromisowe konstrukcje z serii S2100 zostały stworzone dzięki połączeniu najbardziej zaawansowanych materiałów i technologii z długą tradycją ręcznej produkcji doskonałych instrumentów muzycznych Yamahy. W efekcie system zapewnia zrównoważone brzmienie, od potężnych niskich tonów o bogatej fakturze, aż po naturalne najwyższe tony, gwarantując tym samym referencyjnej jakości dźwięk, wypełniony najdrobniejszymi niuansami. Tak ogromna detaliczność jest zasługą precyzyjnie opracowanej konstrukcji A-S2100 i CD-S2100.
A-S2100
Wzmacniacz zintegrowany A-S2100 to kunsztownie zaprojektowane dzieło sztuki użytkowej, wyróżniające się wysoką mocą sięgającą 150 W x 2 (RMS). Przy pierwszym kontakcie z urządzeniem uwagę przykuwają umieszczone w centralnej części wskaźniki poziomu. Obrazują one skoki dynamiki muzyki i podświetlone są diodami LED, generującymi miękkie i ciepłe światło. Szlachetny i ekskluzywny charakter urządzenia podkreślają także drewniane panele boczne, którymi wykończono urządzenie. Od strony technicznej wzmacniacz został zbudowany w oparciu o symetryczną konstrukcję lewa-prawa, z zasilaniem w centralnej części urządzenia i sekcjami wzmacniacza mocy na końcach. Dzięki temu urządzenie zapewnia doskonałą separację kanału lewego i prawego, cechę umożliwiającą precyzyjne odtwarzanie dźwięku stereo oraz pozwalającą zachować idealne wyważenie całej konstrukcji. W centralnej części A-S2100, od panelu frontowego aż do tylnej ścianki, znajduje się specjalna rama, która maksymalnie usztywnia urządzenie i minimalizuje wpływ drgań na jakość dźwięku.
Najwyższa jakość dźwięku to również zasługa zastosowania w pełni zbalansowanego toru sygnałowego i zbalansowanego wzmacniacza mocy typu pływającego. W konstrukcji A-S2100 projektanci wykorzystali elementy wyjściowe MOSFET o tej samej biegunowości, a w newralgicznych dla jakości dźwięku miejscach zastosowali bezpieczne złącza śrubowe i grube przewody. To ostatnie rozwiązanie, przy połączeniu przedwzmacniacza z końcówką mocy, umożliwiło stworzenie kompleksowej konstrukcji o niskiej impedancji i pozwoliło ograniczyć stratę sygnału podczas transmisji, a przy połączeniu stopnia mocy z terminalami głośnikowymi poprawiło m.in. współczynnik tłumienia. O najwyższej dbałości o szczegóły może świadczyć również fakt, że A-S2100 wykorzystuje wykonywany na zamówienie transformator El, zamontowany z użyciem podkładek z mosiądzu. Bardzo wydajne źródło zasilania zapewnia energetyczny i dynamiczny dźwięk, charakteryzujący się bardzo szybką odpowiedzią.
Wzmacniacz zintegrowany A-S2100 to konstrukcja przeznaczona dla najbardziej wymagających miłośników muzyki, którzy wciąż pozostają wierni tradycyjnym nośnikom. Urządzenie wyposażone jest w sześć wejść, w tym zbalansowane XLR, gramofonowe obsługujące wkładki MM i MC oraz pętlę magnetofonową. Ponadto wzmacniacz ma wbudowany wzmacniacz słuchawkowy, który również przekonuje w pełni dyskretną konfiguracją, a dodatkowo wzbogacony jest o specjalną regulację poziomu, odpowiadającą za dopasowanie do różnych impedancji obciążenia.
CD-S2100
Drugim z urządzeń serii S2100 jest odtwarzacz SA-CD. Podobnie jak wzmacniacz zintegrowany, CD-S2100 wykorzystuje symetryczną konstrukcję lewa-prawa oraz w pełni zbalansowany tor sygnałowy. Przez całą głębokość urządzenia przebiega aluminiowa rama o grubości 5 mm, która nadaje konstrukcji sztywność i zwiększa stabilność odtwarzania płyty. Mechanizm ładowania i odczytu nośnika znajduje się w centralnej części, natomiast cyfrowy układ i jego zasilanie umieszczono w lewej części odtwarzacza, a układ analogowy i jego zasilanie w prawej. Całkowite odizolowanie sekcji cyfrowej i analogowej eliminuje szkodliwy wpływ interferencji i szumu pomiędzy kanałami i jednocześnie pozwala zachować idealne wyważenia całego urządzenia. Ponadto, podobnie jak w A-S2100, w newralgicznych miejscach zastosowano bezpieczne złącza śrubowe, gwarantujące m.in. niską impedancję. Dzięki temu sygnał dostarczany jest do wzmacniacza bez jakichkolwiek strat, zapewniając energetyczne i otwarte brzmienie.
Najwyższa jakość dźwięku to także zasługa opracowanego przez ESS Technology 32-bitowego przetwornika C/A ES9016 o ponadprzeciętnie wysokiej wydajności. Zastosowany układ zapewnia dynamiczny i ekspresyjny dźwięk, wyróżniający się doskonałym stosunkiem sygnału do szumu. Ukłonem w stronę wymagających melomanów, którzy coraz częściej sięgają po pliki wysokiej rozdzielczości jest funkcja przetwornika C/A USB, która umożliwia bezpośrednie wejście cyfrowego dźwięku np. z komputera. Układ wyposażony jest w wewnętrzny zegar taktujący i gwarantuje transmisję sygnału charakteryzującą się niskim jitterem. CD-S2100 obsługuje protokół ASIO 2.3, a także cyfrowe pliki rozdzielczości do 192 kHz/24 bitów i natywny format DSD.
W przypadku CD-S2100 wysoka jakość dźwięku jest także pochodną precyzyjnego napędu płyty. Urządzenie wyposażone jest w niezwykle sztywny mechanizm o wysokiej dokładności oraz w bardzo sztywną aluminiową tackę na płytę. Całość dodatkowo wzmacniają grube, metalowe zaczepy. Zastosowany napęd jest taki sam jak we flagowym odtwarzaczu SA-CD Yamahy – modelu CD-S3000. Wyeliminowanie nawet najmniejszego ruchu mechanizmu pozwala zapewnić ustabilizowany obrót płyty i ultraprecyzyjny odczyt. Ponadto aluminiowa tacka redukuje wtórne wibracje, będące konsekwencją rezonansu płyty i pracy wysokoobrotowego silnika.
Najnowsze konstrukcje Yamahy z serii S2100 dostępne są już w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna A-S2100 wynosi 8999 zł, odtwarzacz CD-S2100 został wyceniony na 8499 zł. Nabywcy A-S2100 i CD-S2100 mogą wybrać urządzenia w jednej z czterech wersji. Oba modele dostępne są z obudowani w kolorze srebrnym lub czarnym i dodatkowo wykończone czarnymi panelami bocznymi pokrytymi lakierem fortepianowym lub naturalnym fornirem – jasnym w przypadku srebrnej wersji kolorystycznej i ciemnym w modelach z czarną obudową.
Dane techniczne:
A-S2100
Znamionowa moc wyjściowa (8 Ω, 20 Hz-20 kHz, 0,07% THD)………… 90 W x 2
(4 Ω, 20 Hz-20 kHz, 0,07% THD)………… 150 W x 2
Maksymalna moc wyjściowa (4 Ω, 1 kHz, 0,7% THD) ……………………. 160 W x 2
Moc dynamiczna/kanał (8/6/4/2 Ω) …………………………. 105/135/190/220 W
Współczynnik tłumienia (1 kHz, 8 Ω) …………………………………… ≥ 250
Pasmo przenoszenia CD, itd. (5 Hz – 100 kHz) …………………………….. 0/-3 dB
(20 Hz-20 kHz) ………………………………. 0/-0,3 dB
Stosunek sygnał/szum (IHF-A) Phono MM …………………………… 93 dB
Phono MC ………………………………………. 85 dB
CD, itd. …………………………………………… 103 dB
Całkowite zniekształcenia harmoniczne + szum Phono MM do wyj. Rec ….. 0,005%
Phono MC do wyj. Rec ……………… 0,02%
CD, itd. do wyj. głośnikowego ……. 0,025%
Zużycie energii …………………………………… ……………………………………. 350 W
Zużycie energii w trybie czuwania ……………………………………………….. 0,3 W
Wymiary (S x W x G) …………………………………… ……………………………. 435 x 157 x 463 mm
Waga ……………………………………………………………………………………….. 23,4 kg
CD-S2100
Pasmo przenoszenia podczas odtwarzania …………………………………… 2 Hz-96 kHz
Pasmo przenoszenia (1 kHz, 0 dB) SA-CD ……………………………………. 2 Hz-50 kHz (-3 dB)
CD ………………………………………….. 2 Hz-20 kHz
Zniekształcenia harmoniczne (1 kHz, 0 dB) SA-CD …………………………. ≤0,002%
CD …………………………………… ≤0,002%
Stosunek sygnał/szum (IHF-A, 1 kHz, 0 dB) SA-CD/CD ……………………. ≥116 dB
Zakres dynamiki (1 kHz, 0 dB) SA-CD ……………………………………………. ≥110 dB
CD …………………………………………………… ≥100 dB
Obsługiwana częstotliwość próbkowania …………………………………….. 44,1/48/88,2/96/176,4/192 kHz
Głębia bitowa …………………………………………………………………………… 16 bitów/24 bity
Zużycie energii …………………………………………………………………………. 30 W
Zużycie energii w trybie czuwania ………………………………………………. 0,3 W
Wymiary (S x W x G) …………………………………………………………………. 435 x 137 x 438 mm
Waga ……………………………………………………………………………………… 15,6 kg
Opinia 1
Z perspektywy czasu i najoględniej rzecz ujmując miejsca, w którym obecnie się znajduję Roksan nieodparcie kojarzy mi się z młodością, studenckimi perypetiami, pierwszą pracą i pierwszymi fascynacjami audio. Seria Caspian, obok Arcamów Alpha, Alchemista Krakena i „prosiaczków” Musical Fidelity była, przynajmniej dla mnie kwintesencją Hi-Fi. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z istnienia, a nawet pozwalałem sobie od czasu do czasu na odsłuch, Gryphonów, Krelli, czy Levinsonów, lecz była to taka stratosfera cenowa, że nawet nie przypuszczałem, że kiedyś właśnie takimi urządzeniami przyjdzie mi się zajmować. Jednak ad rem. Roksan to istniejąca od 1985 roku marka, która zadebiutowała na rynku gramofonem Xerxes, który w 2005 r. doczekał się swojej jubileuszowej wersji i nadal cieszy się w pełni zasłużonym uznaniem wśród miłośników czarnej płyty. Jednak zanim ten, bądź inny (do wyboru jest jeszcze RADIUS 5 MkII) gramofon ww. marki trafi do nas na testy postanowiliśmy sprawdzić jak Brytyjczycy radzą sobie na diametralnie innym polu HiFi, jakim jest segment lifestyle. W związku z powyższym wzięliśmy na warsztat jeden z ładniejszych z zarazem najbardziej kompaktowych wysokiej klasy wzmacniaczy zintegrowanych dostępnych na rynku – Roksan Oxygene.
Obły, kwadratowy i przede wszystkim uroczo niewielki, pokryty lakierem fortepianowym aluminiowy odlew zarówno z daleka, jak i przy bliższym poznaniu jasno daje do zrozumienia, że celuje w segment premium. Tutaj nie ma miejsca na tanie plastiki i udające coś, czym nie są radiatory i inne gadżety. Postawiono za to na elegancję, funkcjonalność i wszechobecny minimalizm. Żadna z widocznych po ustawieniu urządzenia powierzchni nie została skalana jakimkolwiek przyciskiem, czy pokrętłem. Front praktycznie w całości zajmuje „sito” chroniące ukryty za gęstą perforacją, czytelny nawet z większej odległości, wyświetlacz, który oczywiście można przyciemnić, bądź całkowicie wyłączyć, jednak nawet w swoim najbardziej intensywnym trybie o ile tylko nie patrzymy na niego na wprost po prostu nie razi i nie przeszkadza nawet podczas nocnych odsłuchów.
Ściana tylna może nie poraża ilością wejść, lecz jeśli weźmiemy pod uwagę lifestyle’ową dedykację i obecną na pokładzie bezprzewodową łączność (o czym dalej), nie sposób kręcić nosem. Użytkownik otrzymuje do dyspozycji trzy wejścia liniowe i podwójne wyjścia dla subwooferów. Warto poświęcić chwilę na terminale głośnikowe, gdyż o ile posiadacze przewodów głośnikowych zakonfekcjonowanych konwencjonalnymi bananami, bądź wtykami BFA nie będą mieli żadnych problemów, to już użytkownicy kabli zakończonych widłami mogą przeżyć delikatnie mówiąc zdziwienie przeradzające się w lekką konsternację. Otóż zamiast standardowych, solidnych zakręcanych terminali producent schlebiając „zaleceniom” UE postanowił uszczęśliwić wszystkich gniazdami akceptującymi jedynie ogólnodostępne wersje bananów, więc chciał nie chciał, jeśli nie uśmiecha nam się wymiana posiadanego okablowania, bądź zmiana konfekcji warto zaopatrzyć się w stosowne przejściówki, których całe szczęście na rynku jest całkiem sporo. Całość uzupełnia gniazdo antenowe Bluetooth, zasilające IEC i dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi (bardzo popularna w UK forma upgrade’u).
Jak z pewnością zdążyli Państwo zauważyć na razie ani słowem nie wspomniałem o sposobie uruchomienia, oraz obsługi bohatera niniejszej recenzji. Cóż, o ile włącznik główny odnajdziemy na płycie spodniej tuz obok prawej nóżki, to pozostałych przysisków możemy nie szukać, gdyż … po prostu ich nie ma. W zamian za to producent zapewnił dostęp do podstawowych funkcji, czyli regulacji głośności i wyboru źródła poprzez sensory ukryte pod znajdującym się na górze obudowy hasłem „LESS IS MORE”. Wciśnięcie „LESS” zmniejsza a „MORE” zwiększa głośność a po wciśnięciu „IS” ww. wyrazami dokonujemy nawigacji po wejściach wzmacniacza. Kiedy pierwszy szok minie rozwiązanie okazuje się bajecznie proste a co najważniejsze logiczne.
O ile „jednostka główna”, jak już zdążyłem wspomnieć, może pochwalić się jednym konwencjonalnym przyciskiem – włącznikiem głównym, to dołączany do urządzenia systemowy pilot zdalnego sterowania idzie o krok dalej i nijakiego guzika, pokrętła, bądź przełącznika na nim nie odnajdziemy. Wszystko opiera się na sensorach, przez co płaszczyzna robocza wydaje się niezwykle odporna na wszelkiego rodzaju zabrudzenia, bądź zachlapania, które najczęściej stanowią przyczynę destrukcji konwencjonalnych konstrukcji. Zespół odpowiedzialny za ergonomię brytyjskich wyrobów całe szczęście nie zapomniał o „leniuchu”, dzięki czemu jego obsługa jest w pełni intuicyjna i nie nastręcza nawet najmniejszych problemów. Funkcji wielofunkcyjnego krzyżaka nie widzę sensu omawiać, gdyż użyte na nim uniwersalne – znormalizowane ikony powinny być zrozumiałe dla wszystkich mających kiedykolwiek do czynienia z jakimkolwiek urządzeniem z segmentu audio-video. Z dodatkowych funkcji wspomnę tylko o belce górnej z ikoną żaróweczki odpowiedzialnej za ustawienia jaskrawości wyświetlacza i … logotypie producenta, za pomocą którego dokonujemy sekwencyjnego wyboru źródła. O parowaniu Bluetooth wydaje mi się, że tez nie ma się co rozpisywać, bo procedura dla wszystkich znanych mi urządzeń odbywała się za każdym razem tak samo, więc i tym razem problemów nie było. Wystarczyło wybrać widoczne w otoczeniu „ROKSAN” i po wbiciu kodu ‘0000’ cieszyć się z bezprzewodowej transmisji muzyki z naszych smartfonów, tabletów i innych mobilnych plikograjów.
Wnętrze Oxygene’a, pomimo nad wyraz kompaktowych rozmiarów, nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z firmą poważnie traktującą swoich klientów. Lifestyle lifestylem, ale prawidła sztuki audio obowiązują wszędzie, więc i tym razem nikt nie miał zamiaru ich naginać i zaklinać rzeczywistości. W zamian za to postawiono na solidność i sprawdzone przez ostatnie dziesięciolecia rozwiązania łącząc je z ostatnimi zdobyczami techniki. Krótko mówiąc we wnetrzy niepozornej obudowy siedzi układ dual mono oparty na dwóch niewielkich toroidach w sekcji zasilania i dwóch modułach UcD400 Hypex Electronics pracujących w klasie D.
Oficjalnie budowy dostępne są w kolorach czarnym, białym, srebrnym i złotym, jednak z tego, co zdążyłem się zorientować od czasu do czasu pojawiają się tzw. wersje „custom” a np. w Monachium uwagę zwiedzających przyciągał Oxygene w przepięknej rudo – pomarańczowej powłoce lakierniczej.
Podsumowując wrażenia organoleptyczno – użytkowe trzeba przyznać, że najnowsze dzieło inżynierów Roksana nie dość, że wykonane zostało z najwyższą dbałością i dobrym smakiem, to dodatkowo wydaje się idealnym rozwiązaniem dla audiofili i melomanów posiadających wszędobylskie i nad wyraz destruktywne małoletnie pociechy. W testowanym wzmacniaczu, oraz dołączanym pilocie nie ma praktycznie nic, co mogłoby przykuć ich uwagę, co dałoby się ułamać, wyrwać, bądź nakarmić ciastkiem, czekoladą, bądź innym mazidłem. Proszę się nie śmiać. Wielokrotnie spotykałem się z przypadkami pozbawienia drogocennej elektroniki tatusia wszystkich przycisków, nakarmienia odtwarzacza kanapką, czy też… nie, o bardziej drastycznych sytuacjach wolę nawet nie wspominać.
Przejdźmy jednak do części odsłuchowej. Po około trzydniowym okresie rozgrzewki (otrzymaliśmy egzemplarz demonstracyjny, lecz nie znaliśmy jego dokładnego przebiegu) sięgnąłem po ostatnią winylową reedycję „Violatora” Depeche Mode, którą postanowiłem rozgrzać Roksana, i ten znany niemalże na pamięć album przykuł mnie do fotela od pierwszej do ostatniej minuty. Umówmy się, minimalizacja minimalizacją, jednak ten angielski maluch nie miał prawa tak zagrać, a grał obłędnie – dużym, mięsistym i niesamowicie energetycznym dźwiękiem. Zero suchości, udawania i sztucznego pompowania konturów bez wypełnienia ich żywą tkanką. W zamian za to słychać było potężne niemalże high-endowe granie za śmieszne pieniądze. Ja rozumiem wszystko, jednak takiego basu ze wzmacniacza wielkości książki telefonicznej po prostu być nie może, a jest. Podobne wrażenia, oparte na bardzo zbliżonej estetyce dźwięku miałem podczas odsłuchów elektroniki Peachtree Audio. Chodzi o pewną od razu wychwytywaną i świetnie przyswajalną muzykalność, krągłość dobiegających naszych uszu tonów. Nic nie razi, nic nie irytuje za to każdy niuans cieszy i pieści nasze zmysły.
Dalej było tylko lepiej. Sonny Rollins i jego niesamowity „Saxophone Colossus”, a nawet najnowsze remastery (również na winylu) dwóch pierwszych albumów Led Zeppelin dostarczyły mi dzikiej przyjemności z odsłuchu. W dodatku Roksan za każdym razem, gdy tylko igła zaczynała eksplorować pierwszy „rowek” niepostrzeżenie usuwał się w cień pozostawiając mnie sam na sam z muzyką. W związku z powyższym już po kilku dniach, niezależnie od repertuaru po jaki sięgałem miałem przekonanie graniczące z pewnością, że „będzie dobrze” i rzeczywiście tak było. Audiofilskie, „ciężkie” realizacje, wydane na grubym winylu, bądź dostępne w gęstych formatach (m.in. Dream Theater „A Dramatic Turn Of Events”) brzmiały z odpowiednią finezją, wysublimowaniem i świetnie zaprezentowanym bogactwem niuansów, oraz wszelakiej maści smaczków i niuansów. Za to zdecydowanie mniej dopieszczone realizacyjnie krążki, jak pop-rock z początku lat 90-ych (Billy Idol „Whiplash Smile”, Eurythmics „Revenge”, Roxette „Ten Sharp”) też cieszą, bo zamiast skupiać się na błędach i niedoskonałościach wyspiarski maluch woli podkreślić ich rytm, timing i ponadczasową uniwersalność. Ot po prostu takiej muzyki słucha się po prostu świetnie. Może i spora w tym zasługa wspomnień i związanych z nimi emocji, lecz nie oszukujmy się – trzeba znać sposób, by do nich dotrzeć i je uwolnić a Oxygene robi to z rozbrajającą łatwością.
Oczywiście cudów nie ma i bezpośrednie porównanie 1: 1 z moim dyżurnym ECI pokazało, gdzie należy doszukiwać się różnic. Chodzi mianowicie o skalę, wielkość dźwięku. Roksan idealnie zachowując proporcje delikatnie przeskalowuje prezentowaną scenę i nie mając możliwości w miarę szybkiego przepięcia się na inny (czytaj mocniejszy, bardziej wydajny prądowo) wzmacniacz szanse na wyłapanie tego zjawiska są niemalże zerowe. W dodatku trzeba jeszcze dysponować odpowiedniej klasy sparring partnerem a to, na tym pułapie cenowym nie jest wcale tak oczywiste. Z drugiej strony nie ma się co dziwić. Electrocompaniet zmieściłby w swoich trzewiach ze cztery Oxygene’y i dysponuje niemalże dwukrotnie większą mocą, więc w tym pojedynku i tak mały Anglik na prawdę dzielnie sobie radził a używając języka „dziadków leśnych” z instytucji związanej z piłką kopaną możemy nawet mówić o „moralnym zwycięstwie”.
Nie ma jednak co dzielić włosa na czworo, skoro nawet przy odsłuchu wspominanego Dream Theater jakoś niespecjalnie miałem ochotę szukać uproszczeń, czy też uśrednień, gdy problemem było spokojne usiedzenie w jednym miejscu. W graniu Roxana jest coś z wręcz legendarnego timingu Naima, lecz, przynajmniej dla mnie ze zdecydowanie lepszą definicja i kontrolą najniższych tonów. OK., może nie najniższych, bo najlepiej słychać ją na przełomie średnicy i a najbardziej „sejsmiczne” pomruki charakteryzują się jednak lekkim zaokrągleniem, lecz taki sposób prezentacji z pewnością spodoba się szerokiemu gronu odbiorców a fani rocka, nawet w jego bardziej ekstremalnych odmianach będą wprost wniebo (wpiekło?) wzięci. Również wielka symfonika, czy też repertuar bardziej orientalny (Tataku „Best of Kodo II 1994-1999”) oparta na solidnym basowym fundamencie czarować będzie właściwą sobie potęgą i rozmachem. W dodatku wspominany timing nie pozwala na nudę i nawet najmniejsze oznaki ospałości, czy niewydolności. Dostarczany do kolumn dźwięk jest zrywny, dynamiczny i rześki, gdyż najwyższym tonom nie brakuje blasku i rozdzielczości. Pomimo tego, gdy tylko zachodzi taka potrzeba do głosu dochodzi ich gładkość i kremowość, w związku z czym nawet niezbyt udane realizacje potrafią zagrać od pierwszej do ostatniej nuty, co nie zdarza się na co dzień.
Pomimo idealnego wpisywania się, m.in.ze względu na swój wyspiarski rodowód, w kanon tzw. stereotypowego „brytyjskiego” brzmienia średnica wcale nie ma uprzywilejowanej roli. Oczywiście nie sposób odmówić jej soczystości i mięsistości, lecz patrząc na powyżej omówione skraje pasma stanowi z nimi nierozerwalną, idealnie zespoloną całość. Oczywiście patrząc na nią, jak na odrębny byt z pewnością warto byłoby wspomnieć o akcencie położonym na emocjonalną stronę przekazu, czy też lekkie podbicie suwaka saturacji. Jednak podobnym zabiegom zostało poddane całe słyszalne pasmo. Dzięki temu możemy mówić o faworyzowaniu nie poszczególnych podzakresów a raczej konkretnych źródeł pozornych, planów. Z reguły objawia się to mocniejszym strumieniem światła, uatrakcyjnieniem partii grających w danym momencie solistów, czy też eksploatujących swoje struny głosowe wokalistów. Może taki sposób prezentacji nie jest całkowicie obiektywny i z pewnością dałoby się zagrać wierniej, bardziej neutralniej, ale czy naturalniej? Śmiem wątpić, gdyż właśnie taka jest natura Roxana.
Na koniec zostawiłem Bluetooth, które może i jest sporym ułatwieniem, oraz niewątpliwym rozszerzeniem funkcjonalności testowanej integry, lecz … kilka prób, jakich się podjąłem skończyło się i tak powrotem do konwencjonalnych źródeł dźwięku i jedynie mój nastoletni pierworodny od czasu do czasu wykorzystywał transmisję bezprzewodową podczas prezentacji dokonanych przez siebie odkryć muzycznych. Oczywiście, jako tło muzyczne zauważalny na „wejściu” Bluetooth spadek jakości wydaje się całkiem akceptowalny. Podobnie podczas młodzieżowych spotkań, gdzie nie ruszając się z pufy zbuntowani młodociani mogą „zapodawać” swoje ulubione, zgrane na smartfony, „kawałki”.
Jak mam nadzieję wynika z powyższego tekstu Roksan Oxygene to bardzo, ale to bardzo udana konstrukcja. Wpasowana w ramy atrakcyjnego wzorniczo lifestyle’u charakteryzuje się cechami tożsamymi pełnowymiarowym komponentom z wyższego segmentu „poważnego” Hi-Fi. W dodatku zadaje kłam stereotypom, że im wyżej wspinamy się po szczeblach audiofilskiej drabiny, tym mniej płyt możemy z przyjemnością słuchać. Z Roksanem ową przyjemność otrzymujemy w komplecie, gdyż jest przez producenta dodawana jako gratis, bez żadnych zobowiązań. Nie wierzycie? Posłuchajcie sami.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Polpak Poland
Cena: 16 695 PLN
Dane techniczne:
Wejścia: 3 pary analogowych RCA; do 16 kanałów Bluetooth (aptx)
Wyjścia: L/P dla aktywnych subwooferów – 2 gniazda bananowe
Pasmo przenoszenia: 1 Hz – 43 kHz
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): < 0.1 %
Sygnał / Szum: 95 dB
Czułość wejściowa: > 1 Vrms
Impedancja Wejściowa: 10 kΏ
Moc wyjściowa: 75 Wrms / 8 Ώ, 150 Wrms / 4 Ώ
Impedancja wyjściowa: 0.02 Ohm @ f > 1 kHz
Zasilanie: 100 V / 120 V / 230 V 50 Hz
Zużycie energii: 20 W
Max zużycie energii: 230 W
Wymiary (Sz. x Gł. x Wys.): 31 x 31 x 6 cm
Waga: 7 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Zyx R1000 Airy3 + 9″SME + Zyx R1000 Airy3 Mono + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Phasemation EA-1000; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; AVM A5.2
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Raidho S-2.0
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinia 2
Starsi audiofile znakomicie zdają sobie sprawę, co oznaczał kiedyś brytyjski sznyt grania. Tak na szybko w skrócie, to energetyczne, gęste i stąpające po ciepłej stronie mocy granie. Na naszym rynku jest wielu przedstawicieli tamtej szkoły, czy to z działu kolumn, czy elektroniki, ale tylko z dwoma markami miałem przyjemność obcować podczas swoich zmagań ze świadomą audiofilią. Wybrańcami byli: kultowy Naim Audio – źródła, przetworniki, wzmacniacze i kolumny – i równie namiętnie czczony Harbeth – zespoły głośnikowe. Owego sposobu na prezentację spektaklu muzycznego nie sposób pomylić z niczym innym, tak mocno osadzeni są w wykreowanych niegdyś początkowych założeniach, które do dziś dzień bronią się znakomicie. Oczywiście nie jest to dźwięk dla każdego, ale nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy, nie kruszą kopii o deprecjonowanie tego fenomenu. Będąc swego czasu zagorzałym fanem Naima, przez cały czas odczuwałem na plecach oddech innej kroczącej tym szlakiem angielskiej manufaktury – Roksan, ale nigdy nie miałem okazji do bliższego kontaktu na moich warunkach sparingowych. Na szczęście los będąc nieobliczalnym w swoich działaniach sprawił, że co prawda po długim czasie, ale nadszedł moment, by nadrobić zaległości w tym temacie i na gościnne występy do naszej redakcji dotarł wzmacniacz zintegrowany Roksan Oxygene, dystrybuowany przez warszawski Polpak.