Einstein Audio to firma nie nowa lecz do tej pory nie obecna na naszym rodzimym rynku. Zmienia się to dzięki katowickiemu RCM-owi. Założona w latach osiemdziesiątych przez Volkera Bohlmeiera, swoją produkcję skupia wokół lamp, choć nie tylko. Oferta nie obejmuje setki modeli. Jest to typowa oferta małej firmy dla której zdecydowanie na pierwszym miejscu jest jakość i pasja. Dlatego też produkty Einstein Audio charakteryzują się wyjątkowym „pierwiastkiem umuzykalnienia”. Właściciel Volker Bohlmeier to pasjonat, gitarzysta i kolekcjoner tych instrumentów. Jego dążenie do perfekcji pozwoliło na zaprojektowanie i zbudowanie urządzeń odtwarzających muzykę w sposób bezpretensjonalny, potrafiących oddać jej naturę i emocje w niej zawarte. Każde urządzenie zanim opuści fabrykę jest wnikliwie sprawdzane pod kątem wykończenia i spełniania norm technicznych wyznaczonych przez samego właściciela.
Jej flagowe urządzenia to monobloki The Silver Bullet OTL bazujące na triodach 6C33C, jak sama nazwa wskazuje pozbawione transformatora wyjściowego. Taki układ pozwala na „wyciśnięcie” z lampy wszystkiego co najlepsze, eliminując wąskie gardło jakim jest transformator wyjściowy. Ale aby taki układ był bezpieczny dla kolumn należy je odpowiednio zabezpieczyć. Ta sztuka z powodzeniem udała się Einstein Audio. Do kompletu oferowany jest przedwzmacniacz liniowy o oryginalnej nazwie The Preamp, gdzie prym również wiodą lampy. Oryginalna jest również budowa przedwzmacniacza. Nie ma on typowego selektora źródeł, a zmiana źródła następuje w wyniku włączenia i wyłączenia odpowiednich par lamp znajdujących się na wejściu.
Monobloki to koszt na poziomie 40 000 €, a przedwzmacniacz kosztuje 17 000 €.
Dla osób ceniących tranzystory przygotowano stereofoniczną hybrydową końcówkę mocy The Poweramp oraz hybrydowy wzmacniacz zintegrowany The Amp Ultimate. Cena końcówki to 15 000 €, a integra kosztuje 16 000 €. W pełni tranzystorowy jest najnowszy wzmacniacz The Tune, który kosztuje 6 500 €.
Dla miłośników analogu przewidziano przedwzmacniacz gramofonowy MC The little Big Phono. Konstrukcję dual mono, zamknięto w trzech zgrabnych obudowach. Jedna to zasilacz pozostałe dwie to układy pasywnej korekcji RIAA i wzmocnienia. Cena urządzenia to 2 900 €.
Na uwagę zasługuje wkładka gramofonowa o jakże finezyjnej nazwie The Pickup. Ten „przetwornik” produkowany jest wg. ścisłej specyfikacji Einstein Audio przez Ortofona. Jej możliwości w połączeniu z odpowiednią resztą toru są ogromne. Wkładka kosztująca 4 400 € jest doskonałym uzupełnieniem nawet najbardziej zaawansowanych systemów analogowych.
Ofertę uzupełnia terminal zasilający The Octopus. Wyposażony w osiem gniazd (4 filtrowane, 4 niefiltrowane), efektywny filtr RF, układ zabezpieczający z detektorem fazy oraz wyświetlacz, na którym możemy monitorować napięcie w naszej sieci doskonale wpasowuje się w każdy system. Jego cena to 1 990 €. I na koniec kable. Sygnałowe The Flash dostępne w wersji RCA i XLR, ich cena zaczyna się od 1 500 €, oraz głośnikowe The Tunder 2 500 € za odcinki 2x2m
Tak pokrótce przedstawia się oferta firmy Einstein Audio.
Dystrybucja RCM.
Opinia 1
Uczciwie musze przyznać, że ostatnimi czasy niezbyt często zapuszczamy się w ogólnodostępne dla większości normalnych ludzi przedziały cenowe. Oczywiście, gdy tylko światło dzienne ujrzy jakieś urządzenie, które ewidentnie wybija się ponad otaczającą je przeciętność to z niekłamaną radością przyjmujemy je pod swój dach i bierzemy na testy. Tak było przecież z Lebenem CS-300F, który wymykał się wszelkim racjonalnym wytłumaczeniom, czemuż to gra, tak jak grał i kosztuje tyle ile kosztował. Oczywiście nie zawsze jest tak, że to cena definiuje klasę, lecz powyżej pewnego, umownego poziomu tzw. wpadki zdarzają się zdecydowanie rzadziej aniżeli w kręgach nazwijmy je … budżetowych. Nie jesteśmy również obojętni na sygnały dopływające do nas zarówno z krajowego, jak i światowych rynków starając się przy tym filtrować pochwalne peany mniej bądź jawnych PR-owych „wzmacniaczy” od opinii faktycznych szczęśliwych posiadaczy. Tym oto sposobem dochodzimy do tematu niniejszej recenzji, czyli kontynuacji serii poświęconej dzielonym amplifikacjom, które tym razem reprezentuje duet Primare PRE32 + A34.2.
Masywny frontowy płat szczotkowanego aluminium w charakterystyczny dla skandynawskiego producenta sposób od korpusu oddziela blisko półcentymetrowej szerokości srebrna szczelina dylatacyjna nadająca całej bryle intrygujący wygląd. Dodatkowo grubość płyty pozwoliła na umieszczenie w prawym dolnym rogu głęboko wyfrezowanego logo Primare’a. Front przedwzmacniacza zdobią dwa masywne pokrętła odpowiedzialne za wybór źródła i regulację wzmocnienia, oraz centralnie umieszczony płat czernionego akrylu skrywający jasnoniebieski wyświetlacz OLED, oraz zgrabnie wtopione cztery przyciski nawigacyjne.
Powtórkę logotypu znajdziemy również na płycie górnej, lecz najciekawsze dopiero przed nami, gdyż to właśnie ściana tylna daje pojęcie o umiejętnościach szwedzkiego pre. A są one, owe możliwości nad wyraz wszechstronne, gdyż do naszej redakcji zamiast standardowego – podstawowego modelu dotarła wersja wzbogacona o moduł DACa/Streamera. Zatem zaczynamy wyliczankę skupiając się jednak w pierwszej kolejności na interfejsach analogowych wspólnych dla wszystkich odmian 32-ki. Wejścia reprezentują dwie pary XLRów i cztery pary RCA. Z wyjściami Szwedzi też się nie ograniczali i skoro było jeszcze miejsce, to oprócz pary XLRów do dyspozycji swoim klientom dali jeszcze dwie pary RCA i pętlę magnetofonową dla zewnętrznego rejestratora pod postacią pary RCA. A teraz najwyższy czas na moduł cyfrowy, czyli istne szaleństwo, jakiego można byłoby się spodziewać w wysokim modelu procesora/amplitunera kina domowego a nie w niepozornym przedwzmacniaczu stereofonicznym, ale do rzeczy. Mamy zatem koaksjalne wyjście cyfrowe i baterię wejść, w skład której wchodzą trzy Toslinki, koaksjal dwa gniazda USB (w standardach B i A), mocowanie anteny Wi-Fi (WLAN) i oczywiście standardowy interfejs Ethernet. Nie zabrakło również złącz dla trigera, czujników IR i portu RS-232.
Przedwzmacniacz jest w 100% układem symetrycznym, więc warto skorzystać z dostępnych wejść i wyjść XLR a jeśli pozostałe urządzenia peryferyjne takowej transmisji nie oferują to i tak i tak w trzewiach Pre32 sygnał z gniazd RCA zostanie przekonwertowany na postać symetryczną w układzie opartym na kości Burr Brown OPA2134. Regulację wzmocnienia zrealizowano na układach NJW1195.
Końcówka mocy to idealny przykład minimalizmu i elegancji. Identyczna jak w przedwzmacniaczu obudowa i przyozdobiona jedynie centralnie umieszczonym logiem producenta płyta frontowa, a nie, przepraszam – są jeszcze dwa niewielkie napisy Primare i A34.2, sprawiają całkiem przyjemne wrażenie. Tylna ściana też wygląda niczego sobie i jeśli tylko jesteśmy użytkownikami przewodów głośnikowych zakończonych bananami, BFA, bądź szpilkami, to następnych kilka zdań możemy spokojnie pominąć. Natomiast posiadacze okablowania głośnikowego zakonfekcjonowanego mniej anorektycznymi widłami niż w Harmonixach mogą już teraz kląć na czym świat stoi. Niestety tak to już w życiu bywa, że garstka idio …. znaczy się wysoko postawionych i wybranych w demokratycznych … mniejsza z tym. Generalnie chodzi o terminale głośnikowe, które widełki akceptują wyłącznie teoretycznie. Świadomie piszę teoretycznie, gdyż odpowiednie wycięcia posiadają, lecz umieszczenie w nich czegokolwiek większego od nie przymierzając zacisku do uziemienia z interkonektu phono po prostu graniczy z cudem. W momencie przeprowadzania testu dysponowałem trzema kompletami głośnikowców – Organicami, Signal Projectsami Hydra i Cardasami Clear Reflection i co? I mogłem się co najwyżej pójść na nich wyhuśtać, bo po umieszczeniu ich widełek w Primare’owych terminalach wzmacniacz w trybie ekspresowym wylądowałby w serwisie. Całe szczęście dystrybutor, czyli cieszyński Voice, zapobiegliwie, a raczej szczęśliwym zbiegiem okoliczności (prowadzony równolegle test) dołączył głośnikową 101-kę Cardasa wyposażoną w bananki.
Zamiast jednak wylewać żale i folgować swojej małostkowej frustracji pozwolę sobie wrócić do faktów. Podobnie jak w przypadku 32-ki, a co najważniejsze zgodnie z logiką, dostępne są wejścia zarówno formie pary RCA, jak i XLR a wyboru dokonujemy stosownym przełącznikiem. Podobnym hebelkiem ustawiamy również tryb pracy końcówki – stereo/mono, przy czym do zmostkowania konieczne jeszcze będzie zwarcie terminali głośnikowych stosowną zworą. O pojedynczych zaciskach głośnikowych już się wypowiedziałem i wolałbym nie wracać do tego tematu a listę interfejsów zamykają gniazda triggera i sterowania RS-232.
Nie ma co ukrywać, że zdolna oddać 2 x 150W przy 8 Ω a po zmostkowaniu na nawet 550 W końcówka mocy A34.2 to ewidentnie zawodnik wagi piórkowej. Bo jakże inaczej traktować piec o wadze 10,5 kg. Oczywiście powyższy wywód należy traktować z przymrużeniem oka, gdyż Primare oparł ją o rozwiązania bazujące na klasie D i ochrzcił mianem UFPD (Ultra Fast Power Device). Cechą charakterystyczną tej odmiany układów impulsowych jest zintegrowanie w jednym module zarówno elementów przełączających, jak i filtrów, dzięki czemu filtracja ma być zupełnie transparentna dla zmiennej impedancji a przy okazji charakteryzować się nader szerokim pasmem przenoszenia. W 34-ce pracują cztery takie moduły. Nie zabrakło jednak rozwiązań bardziej konwencjonalnych, czego przykładem jest pierwszy stopień wzmocnienia oparty na kościach Burr Brown OPA2134 i Analog Devices AD8512. I jeszcze jedno. A34.2 jest urządzeniem w pełni zbalansowanym, więc warto wykorzystać ten fakt spinając je z dedykowanym, również zbalansowanym przedwzmacniaczem XLRami.
Moment rozpoczęcia odsłuchów PRE32 + A34.2 był na tyle kluczowy, że najprościej rzecz ujmując … ustawił werdykt końcowy. Wcześniejsze, pobłażliwe uśmieszki wynikające z wydawałoby się mało poważnej wagi, oraz pastwienie się nad terminalami głośnikowymi poszły w niepamięć. Skala, wolumen i generalnie jakość dźwięku generowanego przez tytułowy zestaw powodowały wytrzeszcz niedowierzania, opad szczęki i nerwowe wertowanie a następnie mailową weryfikację cennika u dystrybutora, czy przypadkiem nie wkradł się do druku jakiś błąd. Rozmach, dynamika a co najważniejsze soczystość z moimi bądź co bądź wcale nie najłatwiejszymi do napędzenia kolumnami wielce pozytywnie mnie zaskoczyły. Było w tym graniu coś ze słodyczy hybrydowych (lampa + klasa D) Peachtree Audio, lecz doprawionego potężnym wykopem znanym z dzielonych konstrukcji Jeffa Rowlanda.
Od razu na wstępie jeszcze wtrącę dość istotną, przynajmniej moim skromnym zdaniem, uwagę. Otóż największy potencjał szwedzka elektronika pokazuje na złączach cyfrowych. Dźwięk jest bardziej nasycony i … co może zakrawać na absurd, ale tak właśnie jest zdecydowanie bardziej homogeniczny, wręcz do szpiku kości bardziej, teraz proszę się mocno trzymać, analogowy aniżeli z wejść analogowych. Dodając do tego w świetnie działającą i zdolną obsłużyć wszystkie konieczne do pełni szczęścia funkcje aplikacje dostępne na urządzenia pracujące pod kontrolą iOSa i Androida trudno znaleźć jakiś funkcjonalny minus. Wybór źródła dźwięku, czy typowe dla streamerów nawigacja po tagach i standardowych sortowaniach są po prostu w standardzie a dokładając do tego internetowe rozgłośnie radiowe można powoli, acz całkiem poważnie zastanawiać się nad pełnym zdigitalizowaniem posiadanej płytoteki i umieszczeniem jej na przepastnych NASach.
Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę w Primare’ach to bas – obszerny, mięsisty, lecz pozbawiony większych oznak spowolnienia. Nic się nie snuje, nie dudni i nie uśrednia a jedynie w pewien, właściwy sobie sposób definiuje obraz całości. To solidna, wręcz monumentalna podstawa, na której swobodnie można oprzeć pozostałe podzakresy i mieć pewność, że jeśli tylko ktoś podczas nagrania nie zapomniał o basie i niższej średnicy, to na pewno nie będziemy narzekać na anorektyczność i szczupłość prezentacji. Ścieżki dźwiękowe z hollywoodzkich mega produkcji w stylu „Gladiator”, „The Rock” czy „Dark Knight Rises” mogły w pełni popisać się swoją podniosłą patetycznością sprawiając, że nawet we własnych czterech ścianach można było z łatwością poczuć potęgę wielkiego składu symfonicznego.
Podobnie jest ze średnicą. Próżno w niej szukać najmniejszych nawet oznak nerwowości, czy chłodu. Zamiast tego mamy mięsistą, tętniącą życiem krwistą tkankę o, patrząc w kategoriach absolutnych, nawet lekko podkręconych, mocniej dosaturowanych barwach. Dzięki temu zarówno instrumenty, jak i ludzkie głosy zyskują na atrakcyjności i namacalności. Pierwszy plan podawany jest nieco bliżej niż zazwyczaj (czyli z moim ECI), przez co soliści są niemalże na wyciągnięcie ręki i o ile do „intymności” lap dance jeszcze trochę brakuje, to wrażenia obcowania sam na sam z co poniektórymi wokalistkami uczciwie musze przyznać bardzo sobie chwaliłem. Wystarczyło włączyć Carlę Bruni, czy nawet naszą rodzimą Annę Marię Jopek, by niemalże poczuć ich oddech tuż przy własnych uszach. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż?
Za to wysokie tony stanowią nijako dodatek, ozdobę pozostałych 2/3 pasma. Nie wybijając się przed szereg nie starają się również piętnować gorszych, mniej, bądź wcale niedopieszczonych przez producentów i masteringowców realizacji. Nie oznacza to wcale, że mamy do czynienia z jakimkolwiek zawoalowaniem, bądź wycofaniem górnych rejestrów a jedynie pewnym zaokrągleniem i pozłoceniem czasem nazbyt chropawych konturów. Ponadto sygnał podawany bądź to na wejścia cyfrowe, bądź całkowicie obrabiany w module streamera charakteryzuje większa namacalność, lecz zarazem zdecydowanie bardziej odczuwalna eteryczność. Większy oddech, ilość obecnego na scenie powietrza przekłada się automatycznie na bliższą prawdzie, naturalną gradację planów i pewne nieskrępowanie, swobodę artykulacji.
Dostarczony przez cieszyński Voice zestaw Primare w składzie PRE32 + A34.2 niejako dwukrotnie zadaje kłam obiegowym stereotypom. Po pierwsze lekka, bo impulsowo / D-klasowa końcówka mocy po prostu „daje radę” i to niezależnie od czasem dość wrednego obciążenia a po drugie niemalże wszystkomogący preamp po cyfrze i z cyfry gra bardziej analogowo niż natywnie po analogu. Tego typu niespodzianki cieszą bardziej niż kontrowersyjne 13-ka, czy 14-ka w górnictwie dając zarazem nadzieję, że koniec końców udało się wreszcie komuś ujarzmić domenę cyfrową na tyle, by przestać zastanawiać się, na jakie ustępstwa musimy się godzić w bądź co bądź całkiem sensownym budżecie. W przypadku tytułowego szwedzkiego duetu owe ustępstwa i kompromisy są naprawdę pomijalne a jeśli miałbym subiektywnie wskazać faworyta z testowanej parki to bez chwili wahania wytypowałbym PRE32, bo proszę mi wierzyć na słowo, lub jeszcze lepiej samemu się przekonać, że w tej cenie nie sposób znaleźć równie dobrze grające przedwzmacniacz, DACa i streamer, bo choć pre Primare’a jest jedno, to z powodzeniem zastępuje trzy rasowe segmenty klasy Hi-Fi za łączną kwotę sporo przekraczającą wartość niniejszego zestawu pre/power. Można więc samemu kombinować jak koń pod górę składając mniej bądź bardziej udane zestawy, albo zaufać Szwedom i zaopatrzyć się w A34.2 i PRE32 wzbogacony o MM30 Media Module. Osobiście sugerowałbym drugą opcję.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica; Cardas Clear Reflection
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Cardas 101
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Każda z bardzo szerokiej światowej oferty audio marka ma większą lub mniejszą rzeszę swoich zagorzałych fanów. Nie muszę chyba nikomu przedstawiać wyliczanki „tuzów” tego kawałka działu gospodarki, ale ogólnie rzecz biorąc, prym wiodą w tym Stany Zjednoczone i Japonia. Niemniej jednak Europa również może pochwalić się kilkoma znakomicie rozpoznawalnymi na naszym globie producentami, których przedstawicielem dzisiaj będzie reprezentant północnego zakątka naszego kontynentu, a konkretnie szwedzki Primare. Od zawsze słyszałem o nim dużo dobrego, ale jakimś dziwnym trafem mijaliśmy się dość szerokim łukiem, co chodzący swoimi ścieżkami los w pewnym momencie postanowił ukrócić i związał nas na kilka tygodni w procesie testowym. Nie przeciągając zbytnio akapitu przełamującego pierwsze lody ze wspomnianymi mam nadzieję, że niezbyt zimnymi w reprodukcji dźwięku Szwedami, zapraszam na przegląd możliwości sonicznych zestawu, jakim będzie rozbudowany o funkcję przetwornika cyfrowo/analogowego, oraz wielu protokołów przesyłowych przedwzmacniacz liniowy PRE 32 i współpracująca z nim firmowa końcówka mocy A 34.2, dystrybuowane przez cieszyński Voice.
Komponenty Primare charakteryzują typowe dla tej klasy sprzętu obudowy, czyli standardowej wysokości i szerokości płaskie zunifikowane korpusy, które za sprawą solidnej topologii wewnętrznej, jak na takie gabaryty są dość ciężkie. Widoczna unifikacja spowodowana jest oczywiście prozaicznym cieciem kosztów, ale suma summarum dzięki temu zdecydowanie lepiej pasują do siebie wizualnie, co jest dość ważnym punktem przetargowym rozmów na froncie rozmów melomana z żoną. Ale pozytywny odbiór wyglądu oprócz powtarzalności obu obudów przynosi nam również sam pomysł na teoretycznie spokojne, ale w konsekwencji ciekawe urozmaicenie firmowej wizji plastycznej. Chodzi mianowicie o uzyskany efekt niedomkniętej szuflady w miejscu łączenia płata frontowego z drapanego aluminium względem górnej i bocznych powierzchni obudowy. Dzięki spajającemu te dwa elementy nieco zagłębionemu srebrnemu łącznikowi (reszta urządzenia jest czarna) mamy ciekawy pomysł na przełamanie monotonii kolorystyki i prostych krawędzi. Naprawdę to bardzo prosty założeniach, a w rzeczywistości intrygująco wyglądający zabieg. Innym nieczęsto stosowanym, a jeśli już to raczej w napędach gramofonowych i wdrożonych tutaj w życie tematem jest osadzenie obu konstrukcji na trzech stopach o sporej średnicy. Jeśli chodzi o wyposażenie przyłączeniowo – obsługowe obu produktów, pre na froncie oferuje nam w centralnej części wielofunkcyjny wyświetlacz z czterema umożliwiającymi ręczną konfigurację urządzenia guzikami – w komplecie otrzymujemy oczywiście ładnego pilota, a także dwa natychmiast rozpoznawalne przez fanów marki pokrętła (małej średnicy wałki z dużymi kołnierzami) po obu stronach wspomnianego okienka informacyjnego, z których lewa to głośność, a prawa selektor wejść i wybór różnych procesów konfiguracyjnych. Tył naszego przedwzmacniacza z racji podążającej z duchem czasów obsługi wszystkiego co może generować dźwięk zapewnia nam wszelkie formaty wejść cyfrowych, kilka wejść i wyjść analogowych, oraz zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo sieciowe. Piec natomiast pełniąc bardzo ograniczoną rolę końcowego wzmacniania sygnału, z przodu swą pracę sygnalizuje jedynie jasno-niebieską diodą, a z tyłu umożliwia nam podłączenie: kabli sygnałowych w standardach RCA i XLR, przewodów głośnikowych za pomocą pojedynczego zestawu terminali i kabla sieciowego. Nic dodać, nic ująć, ot skandynawski wysmakowany minimalizm.
Na początek lekkie tłumaczenie się, gdyż z braku możliwości nakarmienia testowanej elektroniki tak hołubionymi dzisiaj formatami plikowymi przyjrzę się jedynie prozaicznej części jej zadań, czyli generowaniu dźwięku z dostarczonego od stacjonującego u mnie Reimyo sygnałem analogowym, by na koniec dzięki dzielonej konstrukcji mojego CD-ka spróbować skreślić kilka strof z wykorzystania wewnętrznego DAC-a Primare w połączeniu cyfrowym SPDIF.
Prawie standardem dla mnie stały się przed-testowe występy w warszawskim KAIM-ie, dlatego nie łamiąc wypracowanej od jakiegoś czasu ścieżki weryfikacyjnej, również zestaw pre-power ze Szwecji zaliczył sparing wyjazdowy. Główny przekaz ze spotkania? Niezłe jak na warunki klubowe granie w dwóch odsłonach. Dlaczego dwóch? Większość wieczoru spędziliśmy w konfiguracji z zasilanymi analogowo przedwzmacniaczem i końcówką, notując niezły, ale przez cały czas przysłonięty lekką matowością dźwięk. Tymczasem w końcowej fazie odsłuchu wrodzona dociekliwość klubowiczów poskutkowała wykorzystaniem wewnętrznego przetwornika C/A, przynosząc sporą – dźwięk się nieco otworzył – poprawę jakości dobiegającej do nas muzyki. I właśnie ta pozytywna zmiana spowodowała zaliczenie takiego połączenia również w głównym starciu u mnie, na które teraz zapraszam.
Wpięcie testowanego zestawu w mój tor po analogu podobnie do odsłony klubowej jawiło się graniem może nie tak gęstą jak wtedy – Japończyk jest bardziej rozdzielczy, ale nadal zauważalną lekką mgiełką, co być może jest skutkiem zasilania impulsowego w końcówce mocy. To oczywiście nie była degradacja dobiegających do mnie dźwięków, niemniej jednak, przez cały czas słyszalne i o dziwo w niektórych po macoszemu potraktowanych prze realizatorów produkcjach płytowych nawet pomocne. Tak, ja wiem, że nas interesuje tylko prawda o odtwarzanym materiale, ale proszę przypomnieć sobie cierpienia podczas słuchania starego mocno przejaskrawionego rocka i przyznać się, ile razy oddalibyście nieco tego masakrującego nasze uszy jazgotu za odrobinę łagodzącego balsamu, a w kontekście Szwedów o czymś takim właśnie mówię. Zanim pójdę dalszym tropem jakości dźwięku, muszę zasygnalizować, że moje spostrzeżenia należy mocno przefiltrować przez cenę aspirującego do laurów zestawu, która będąc małym ułamkiem referencyjnego, sama w sobie stawia cały projekt pre-power w bardzo trudnej do sprostania sytuacji. Po tym oznaczeniu punktu odniesienia, już z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż przy wspomnianej stonowanej górze pasma środek był już bardzo doby, fundując mi przyjemne frazy wokalne muzyki dawnej z Johnem Potterem, a dolne rejestry również ochoczo pokazywały na co stać wzmocnienie z północy Europy i gdy wymagał tego zaimplementowany do kompaktu materiał muzyczny – np. ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera z filmu „Black Hawk Down” Ridleya Scotta, swobodnie trzęsły całym pomieszczeniem, bez większej utraty czytelności. Jasną sprawą jest, że zestaw PRE 32 i A 34.2 nie mógł dogonić wzorca, ale przyznaję, że bardzo dobrze w tym aspekcie sobie radził. Spoglądając na budowanie wirtualnej sceny od strony jej szerokości i głębokości, trzeba powiedzieć, że i na tym polu potrafił pokazać swe ciekawe oblicze, gdyż budując ją nieco bliżej niż mam na co dzień, tylnym formacjom zostawił na tyle odpowiednią do solowych popisów ilość miejsca, że dziecinnie łatwo lokalizowałem aktualnie grającego muzyka. Gdy w takim duchu odtwarzania muzyki przerzuciłem ładnych kilkanaście srebrnych krążków, przyszedł czas na rzut na taśmę i rzeczony preamp dostał surowy sygnał cyfrowy po SPDIF. Lekka zmiana zadań naszego bohatera – obróbka cyfrowa sygnału – przyniosła usłyszane w klubie pozytywne zmiany, gdyż dźwięk może nie wystrzelił milionem iskier, ale był zdecydowanie żywszy i bardziej otwarty, dodając spore pokłady brakującego w poprzedniej konfiguracji oddechu. Wygląda to tak, jak gdyby konstruktorzy wiedzieli o bolączkach przedwzmacniacza i starali się zniwelować ową woalkę podczas samodzielnego przetwarzania sygnału z cyfry na analog. Do końca oczywiście nie wiem, czy tak było, ale jakby na to nie patrzeć, w dobie dzisiejszego hołubienia grania z plików jest to chyba budującą i mocno podnoszącą poziom postrzegania szwedzkiej myśli technicznej informacją, a przypominam, że do karmienia Primare użyłem uważanego za przestarzały protokołu. Przecież znakomicie się orientujecie, że audiofil dwudziestego pierwszego wieku w swoich okowach sprzętowych ma przeróżne źródła plikowe w różnych standardach przesyłowych i otrzymując bogatą ofertę przyłączy na tylnym panelu przedwzmacniacza, z pewnością znajdzie najlepszą dla swoich oczekiwań mogącą poprawić jeszcze jakość brzmienia opcję. A, jak widać na fotografiach, można poszaleć.
Zestaw Primare jak kameleon pokazał dwa ciekawe oblicza. Oczywiście w wartościach bezwzględnych lepiej wypadł, gdy sam obrabiał sygnał cyfrowy, ale również jako zwykły przedwzmacniacz potrafił dać wiele przyjemności podczas słuchania. Niestety, jak wspominałem, SPDIF dla niektórych jest już reliktem dawnych czasów, dlatego do pełnej oceny możliwości sonicznych musicie zapoznać się z opinią Marcina, albo sami nakarmić go nowszym sygnałem, gdyż ja – jako analogowy dinozaur nie byłem w stanie w pełni wykorzystać jego oferty przyłączeniowej. Patrząc na ten test całościowo, z czystym sumieniem polecam ten skandynawski produkt do weryfikacji na własnym podwórku, ze szczególnym uwzględnieniem funkcji DAC-a, gdyż ta opcja przenosi testowany set na wyższy poziom wtajemniczenia, czego grzechem byłoby nie spróbować.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Voice
Ceny:
PRE32 z MM30 Media Module – 15 480 PLN (8 990 PLN wersja podstawowa).
A34.2 – 8 990 PLN
Dane techniczne:
PRE32
Wejście analogowe: 2 pary XLR (L & R), 4 pary RCA
Wyjście analogowe: 1 para XLR, 2 pary RCA
Wyjście na rejestrator analogowy: 1 para RCA
Pozostałe we/wyjścia: RS232, IR in/out, Trigger in/out, RF.
Opcjonalny moduł Media i/o: 1 wyjście koaksjalne, 3 wejścia optyczne Toslink, 1 wejście koaksjalne, USB B, USB A, WLAN, LAN
Impedancja wejściowa: 15 kΩ RCA / XLR
Impedancja wyjściowa: 110 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 100 kHz +/-3 dB
Zniekształcenia THD + N: < 0.003%, 20 Hz – 100 kHz, 0dB gain.
Stosunek sygnał / szum: -115 dBV
Max napięcie we/wyjściowe: 10Vrms
Wzmocnienie: 16dB
Pobór mocy: Standby: 0.2W; Operate: 23W
Wymiary (S x G x W): 430 x 385 x 105mm
Waga: 10.5 kg
Dostępne kolory: czarny lub tytanowy
A34.2
Moc wyjściowa: 2 x 150W / 8 Ω THD+N <0.1%; (po zmostkowaniu) 1 x 550W / 8 Ω THD+N <0.1%
Wejścia: para RCA / para XLR (przełączane), RS232, trigger (12V)
Impedancja wejściowa: 15kΩ RCA/XLR
Impedancja wyjściowa: 0.03Ω / 1kHz
Wzmocnienie: 30dB RCA, 26dB XLR
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz, -0.5dB
Stosunek sygnał / szum: 20-20kHz / 105dBV
Zniekształcenia THD + N: < 0,005% (1kHz, 100W, 8 Ω)
Zniekształcenia THD + N: <0.02% 20Hz-20Khz (10W 8 Ω)
Pobór mocy: Standby: 0.3W, Idle: 24W
Wymiary (S x G x W): 430 x 385 x 105 mm
Waga: 10.5 kg
Dostępne kolory: czarny lub tytanowy
System wykorzystywany w teście:
CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX
Przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy: Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna: SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: Audio Tekne TEA-2000
Od początku lipca wszyscy użytkownicy, którzy mieli konto w WiMPie, mogą wypróbować za darmo muzyczny serwis streamingowy TIDAL aż przez 3 miesiące. Z kolei użytkownicy, którzy mają w tej chwili aktywne konta w WiMP, nadal mogą korzystać z serwisu TIDAL bez ograniczeń. Testuj TIDAL i ciesz się muzyką bez opłat: https://app.getvero.com/view/819495088/133cb2be6ff3ac7df062f1255bf7a977.
Muzyczny serwis streamingowy oferuje ponad 30 milionów utworów wysokiej jakości (FLAC), 75 tysięcy materiałów wideo w jakości HD oraz pokaźny dostęp do treści związanych z muzyką, przygotowanych przez profesjonalną redakcję muzyczną. Ponadto, TIDAL daje swoim użytkownikom dostęp do biletów na koncerty, gadżetów związanych z artystami i doświadczeń, których fani nie znajdą nigdzie indziej.
Jednak nie tylko użytkownicy WiMPa mogą liczyć na darmowy okres próbny – każdy zainteresowany może testować platformę przez miesiąc. Usługa jest pozbawiona reklam i dostępna pod adresem www.tidal.com, w formie aplikacji do pobrania z iTunes App Store lub Google Play lub aplikacji desktopowej na komputery PC i Mac.
TIDAL oferuje dwa rodzaje subskrypcji – Premium za 19,99 zł oraz HiFi za 39,99 zł miesięcznie. Obie gwarantują ten sam dostęp do unikalnej zawartości, a konto za 39,99 zł oferuje dźwięk w jakości HiFi, dostarczając do Twoich uszu muzykę w sposób, w jaki artyści i producenci chcieliby, byś ją usłyszał. Bez kompresji plików, w jakości płyt CD. Dodatkowo, TIDAL oferuje plan rodzinny, pozwalający na otrzymanie 50% zniżki na każde dodatkowe konto zarejestrowane przez danego abonenta zarówno w wersji Premium, jak i w opcji HiFi. Główny użytkownik może dodać do czterech dodatkowych kont, co pozwoli rodzinom na jeszcze łatwiejsze korzystanie z serwisu TIDAL w domu oraz na urządzeniach mobilnych.
# # #
O TIDALU
TIDAL to innowacyjna platforma muzyczno-rozrywkowa do odtwarzania oraz odkrywania muzyki artystów z całego świata, pozwalająca na dostęp do unikalnej zawartości, a także na łączenie się i dzielnie się muzyką z artystami. TIDAL jest dostępny w 44 krajach z katalogiem ponad 30 milionów piosenek oraz ponad 75 000 materiałów wideo, a także ekskluzywnych treści w wysokiej jakości. Serwis oferuje muzykę w jakości HiFi, jak na płytach CD, filmy w jakości HD, wyselekcjonowane treści, a także unikalne doświadczenia dla użytkowników.
Śledź TIDAL na http://facebook.com/tidal oraz http://twitter.com/tidalhifi
Opinia 1
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dla znakomitej większości melomanów i audiofilów jedną z kolebek wyrafinowanego audio naszego globu jest Japonia. Sądzę, że miłośnik dobrego brzmienia zapytany nawet we śnie, jak z rękawa sypałby rozpoznawalnymi markami w stylu Kondo, Reimyo, czy Tri Audio. Oczywiście co osobnik, to nieco inna lista, ale pewne marki z pewnością by się powtarzały. Niestety, ich znajomość i rozpoznawalność bardzo często jest owocem chwilowych spotkań lub zasłyszanych relacji, co w konsekwencji niewiele mówi nam, jak to się ma do naszych osobistych oczekiwań. I myliłby się ten, kto sądziłby, że jakikolwiek recenzent wszystkie te manufaktury ma dogłębnie osłuchane, gdyż ich mnogość sprawia oczywiste trudności natury czasowej i logistycznej, ustawiając je w swojego rodzaju kolejce do spotkań testowych. Podobną do wspomnianej przed momentem genezę spotkania ma również dzisiejszy bohater, który od dawna mamiąc mnie swoimi produktami, umiejętnie uchylał się od spotkania oko w oko. Dlatego z przyjemnością przedstawiam może nie nowość, ale na tyle ciekawą pozycję sprzętową, że kolejne spojrzenie na nią nie będzie nudnym powieleniem znanych od dawna opinii, tylko nieco innym pakietem wniosków. Zapraszam zatem na kilka refleksji o końcówkach mocy Air Tight ATM 211, których dystrybucją na naszym rynku prowadzi warszawski SoundClub.
Rozpoczynając akapit poświęcony wzornictwu, po raz kolejny muszę przywołać fakt rozpoznawalności produktów z Kraju Kwitnącej Wiśni, ogólnie pojętej prostoty i surowości designu, który dla wielbicieli najczęściej jest szczytem wyrafinowania, by dla zwykłego Kowalskiego być powodem do kręcenia nosem. Naprawdę, mimo mego przychylnego spojrzenia na aspekt wyglądu w stylu radiostacji z czasów drugiej wojny światowej,nie widzę problemu, aby coś podobnego zagościło u mnie na stałe, dla wielu potencjalnych nabywców ów, trzeba przyznać bardzo rozpoznawalny, wygląd 211-tek jest zbyt wyzywający. Jednak jak to w życiu audiofila bywa, jeśli tylko dźwięk jest w stanie spełnić jego spore wymagania, reszta dość łatwo staje się akceptowalna, by z czasem okazać się powodem do wspomnianej dumy. Jeśli nie wierzycie w dominującą surowość japońskiego wyrobu, to proszę spojrzeć na załączone fotografie, ale zaznaczę tylko, że prezentowany dzisiaj Air Tight i tak jest jednym z ładniejszych przedstawicieli opisywanego we wstępniaku kraju. Ale do rzeczy. Dostarczone do zaopiniowania monobloki w swej budowie są bardzo kompaktowe. Ta stosunkowo niewielka górna powierzchnia nośna naszych końcówek mocy, oprócz usytuowanych z lewej strony baniek sterujących i nieco bliżej środka monstrualnej lampy mocy (211-ka), na prawej flance dzierży trzy sporych gabarytów puszki skrywające transformatory, a w lewym przednim narożniku może pochwalić się jeszcze wskaźnikiem pomagającym w regulacji biasu. Front oprócz nieco ożywiającego jego postrzeganie przefrezowania w górnej części, oferuje dwa pokrętła: z lewej opcjonalną regulację wzmocnienie dla każdej końcówki mocy -gdy nie posiadamy przedwzmacniacza liniowego, plus inicjację sprawdzania biasu lamp, a z prawej włącznik. Dla dodania sznytu ekskluzywności projektu plastycznego, niemalże w centrum przedniego panelu umiejscowiono złotą tabliczkę z logo producenta i nazwą modelu. Wspominając o plecach dwieście jedenastek, trzeba zaznaczyć, że bez większego napinania na zbyteczną kompatybilność z resztą stacjonującej u nas elektroniki, znajdziemy tam jedynie gniazdo sieciowe, nakrętkę bezpiecznika, pojedyncze terminale głośnikowe i wejście sygnału w standardzie RCA. Na pierwszy rzut oka wyposażenie wydaje się być dość ubogie, ale kilkutygodniowe użytkowanie w różnych konfiguracjach potwierdziło wystarczalność zaimplementowanych przyłączy. Jeśli chodzi zaś o tak ważną dla niektórych użytkowników kolorystykę, to podczas obcowania z produktem z Japonii musimy zadowolić się drapanym w stalowym odcieniu frontem, ciemno zieloną, metaliczną obudową i ciemno niebieskimi również w metaliku prostokątnymi puszkami traf. Wydaje się, że to trochę smutna dla oczu paleta barw, ale zapewniam, że w bezpośrednim kontakcie całość bardzo zyskuje na odbiorze.
Przesiadka z tranzystora na lampę prawie zawsze odbija się odczuwalną zmianą bezpośredniości prezentacji dźwięku. Nie mówię tutaj o standardowej degradacji pakietu informacyjnego materiału muzycznego i jego oddechu z jakim się wizualizuje pomiędzy naszymi kolumnami, tylko pewnym zarezerwowanym dla szklanych baniek dodanym pierwiastku homogeniczności. Ten w zależności od wyrafinowania danej konstrukcji mniej lub bardziej kreuje sznyt dźwiękowy, ale rozpatrujemy go raczej jako coś przyjaznego dla naszego ucha, aniżeli niechciana anomalię. Tak też było i tym razem, ponieważ natychmiast po wpięciu w tor naszych bohaterek, stało się jasne, że wkraczamy w świat zamkniętych w szklanych słoikach elektronów. Taki przeskok w inny świat zmusza nas do kilkupłytowej akomodacji z dźwiękiem, gdyż natychmiastowa ocena byłaby czystym zafałszowaniem końcowego wyniku testu. Dlatego bez najmniejszych oznak dociekliwości, na proces osłuchania i rozgrzewki świeżo spiętego systemu poświęciłem kilkanaście znanych mi krążków, by dość płynnie zmienić punkt wrażliwości. Dwa światy wymagają nieco innego podejścia do weryfikacji oczekiwań, jednak powinny zmierzać do jednego celu: dać odpowiedź, czy to, co oferują, jest odzwierciedleniem zajmowanej pozycji w cenniku danej marki i w jakim stopniu korelują z konkurencją. Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czego bym nie napisał, będą to tylko pewne niestety obarczone pierwiastkiem subiektywności spostrzeżenia, które zawsze należy zweryfikować z posiadanym zestawem.
Zaproszenie Japońskich lampowych końcówek mocy do współpracy z również japońską i również wykorzystującą szklane bańki w przedwzmacniaczu liniowym szkołą brzmienia, za sprawą zbyt dużej ilości produktów rodem ze starych radiostacji mogło skończyć się porażką, ale po weryfikacyjnej próbie z tranzystorowym pre polskiej manufaktury Abyssound – która notabene wypadła równie dobrze – okazało się, że „ziomkowie” dobrze się dogadują. Tak więc, mając rozumiejący się set testowy, na starcie postawiłem na realizację materiału muzycznego w standardzie XRCD2 „Here’s To Ben” Jacinthy chcąc wykorzystać maksimum możliwości mojego napędu, który jako jeden z nielicznych na świecie może pochwalić się przystosowanym do wiernego odtwarzania takiego masteringu przetwornikiem „K2”. A co, jak się ma, to można się pochwalić, nie sądzicie? Wracając jednak do owego krążka, zmiana wzmocnienia spowodowała lekkie zmiękczenie przekazu muzycznego. Bas nadal dając dobrą podstawę dla reszty instrumentów, lekko zelżał i stracił znany mi z codziennego słuchania kontur. Nie było tak zwanej „buły”, mimo, że ta kompilacja jest mocno dociążona przez realizatora, ale czuć było jego nieco inną, osłabioną na krawędziach definicję. Idąc w górę pasma akustycznego powinniśmy zatrzymać się przy średnicy, która teraz czerpiąc pełnymi garściami z lampowego potencjału, stała się bardzo gładka, ale bez najmniejszej utraty ważnych dla tego zakresu informacji. Kończąc przegląd częstotliwościowy wspomnę jeszcze o będących dla mnie ważnym elementem w procesie oddania świetlistości muzyki górnych rejestrach. Te mimo osłabienia iskry przeszkadzajek perkusisty, raczej stawały się nieco cięższe zmieniając kolorystykę na korzyść złota, skracając przy tym minimalnie swe istnienie w eterze, niż gasły tracąc tak ważny dla swobody wybrzmiewania oddech. Jak widać, sznyt lampy starał się raczej pomagać w ogólnym postrzeganiu piękna muzyki, niż być zmorą duszącą jej witalność. Niestety, czasem zbyt mocny nalot tej maniery powoduje efekt utraty bezpośredniości, czyli efekt powieszonego przed kolumnami koca, czego tutaj uniknięto. Kończąc spotkanie z tym projektem muzycznym, zwrócę jeszcze uwagę na wizualizację sceny muzycznej. Ta mimo rozpoczynania się nieco bliżej niż z końcówką Reimyo, nie zdradzała sztucznego tłoczenia się stojących za sobą formacji muzyków, bardzo łatwo i wyraźnie pozwalając nam ich lokalizować. Przybyłe na testy dwieście jedenastki w tym starciu stały po naszej stronie, ale jak wiadomo, przywołana na początek płyta jest zbiorem spokojnych ballad, a te raczej niewiele powiedzą nam o jakości nieco pogrubionego najniższego pasma, dlatego dalsze spotkanie obfitowało raczej w repertuar o zdecydowanie szybszym timingu. Takim to sposobem w napędzie wylądował krążek „Svantevit” polskiej grupy folk-metalowej Percival. Wierni czytelnicy prawdopodobnie posądzą mnie o zbytnią monotonię w repertuarze testowym, ale ostatnie kilka porażek na przemian z sukcesami w najmniej spodziewanych konfiguracjach, samoistnie zmuszają mnie do częstych występów tego materiału podczas sesji weryfikacyjnych danego urządzenia. Powiem tak. Może nie było to najlepsze odtworzenie tej płyty, jakiego udało mi się dostąpić, ale jako ostateczny werdykt raczej powiedziałbym, że mimo sporych obaw przed spektakularną porażką, nieco luźniejszy, ale nadal obfity bas pozwolił nasycić stopę perkusji w stopniu na tyle zadowalającym, że przy ograniczającej agresywność dźwięków homogeniczności reszty pasma, całość stała się naprawdę bardzo strawna. Jak wspominałem, może nie był to stuprocentowy sukces, jednak powiedzmy sobie szczerze, kto do słuchania morderczego folk-metalu zaprzęgnie coś stworzonego do całkowicie innego gatunku muzycznego? Pewnie tacy się znajdą, ale zaliczyłbym ich raczej do klientów mających pewien kaprys, a nie zdroworozsądkowo dobierających zestaw. Po doświadczeniach ze ścianą dźwięku wróciłem do muzyki obracającej się raczej w klimatach jazzowych. To jest mój ulubiony temat zapisów nutowych, na którym jestem w stanie dogłębnie przyjrzeć się sposobowi prezentacji muzyki w kubaturze między-kolumnowej i nie mam tutaj na myśli samej jakości dźwięków, tylko ich zbliżony do realnego sposób kreowania. Kierując swoją uwagę na ten aspekt, obawiałem się trochę przywołanego nieco wcześniej mogącego zaburzyć ten efekt ugładzenia wysokich tonów, tymczasem mimo mniejszego blasku nadal czarowały ilością informacji, a rzekłbym nawet, że ta teoretyczna utrata iskry dawała posmak często pożądanej tajemniczości, swym utemperowaniem powodując odczucie większego oddalenia od miejsca odsłuchowego. A przypominam, że scena muzyczna w stosunku do mojego wzorca swój byt zaczynała nieco bliżej, co sprytnie zakamuflowano właśnie lekko osłabionymi i przez to tworzącymi uczucie zwiększenia głębi dźwiękami blach. Naprawdę nieźle to wypadało, dlatego przy takim repertuarze zakończyłem spotkanie z pomysłem marki Ait Tight na okiełznanie tej mocnej lamy oznaczonej jako 211.
Gdy mój proces weryfikacji teoretycznie dobiegł końca, los chciał, by na swoje testowe występy dotarła dzielona amplifikacja kanadyjskiego Brystona, więc korzystając z możliwości, bez namysłu zaprzągłem przybyły przedwzmacniacz do trzeciej będącej rzutem na taśmę, a jak się później okazało bardzo udanej konfiguracji. Udanej dlatego, że dzięki lekkiemu przeniesieniu o oczko wyżej punktu ciężkości grania pre Brystona, wszystkie związane z dźwięcznością wysokich tonów artefakty nabrały zdecydowanie większego blasku, dając uczucie swobodniejszej prezentacji. Oczywiście odbyło się to kosztem utraty ich wyrafinowania i delikatności na rzecz zwiększenia ilości, ale nie oszukujmy się, zamieniliśmy miejscami dwa bardzo oddalone od siebie jakościowo urządzenia, i dostaliśmy coś za coś, jednak patrząc na to z punktu widzenia potencjalnego nabywcy i jego zestawu, może być to pewnego rodzaju alternatywą. I nie szukałbym tutaj żadnego drugiego dna, tylko taktował jako pochodną mego zaangażowania w proces wydobycia wszystkich możliwości sonicznych z testowanego urządzenia, a co komu lepiej wpisze się w tor, zależy od oczekiwań co do estetyki reprodukowanych dźwięków (ilość, czy jakość) i sparingu w takim kontekście na ubitym polu własnego podwórka.
Przygoda z 211-kami okazała się owocna w zaskakujące spostrzeżenia. Teoretyczne homogenizujące przekaz ograniczenia górnego pasma, w mojej ulubionej muzyce sprawiały, że budowana nieco bliżej niż mam na co dzień scena muzyczna osiągała zbliżone do oczekiwanych rozmiary. Co więcej, lekko poluzowany względem tranzystora, ale nadal mocny jak na lampę bas, pozwolił znaleźć kilka pozytywnych aspektów w muzyce dla wiecznie zbuntowanych osobników – czytaj wielbicieli ściany dźwięku ciężkiego folk-metalu. W ocenie tego zestawienia należy wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że monobloki Ait Tighta pracowały z dość przypadkowym, bo akurat stacjonującym u mnie przedwzmacniaczem i przywoływane w czasie testu manipulacje w górnych rejestrach, w procesie kompletowania seta dla siebie, mogą być całkowicie wyeliminowane. Ale jeśli maiłbym oceniać to, co zaprezentowały przybyłe na testy konstrukcje w tym konkretnym połączeniu, spokojnie podpisałbym się pod laurką zaliczającą egzamin na piątkę, jednak z adnotacją, że potencjalny klient jest wyedukowany w sprawie użytkowania takich konstrukcji. Lampa w wydaniu ATM 211 wymaga pewnego przygotowania do odbioru jej estetyki. Nie iskrzy jak rasowy tranzystor, ale częstując nas swą magią, potrafi wywołać ciarki na naszych plecach. Czy u każdego i z każdym materiałem, to zależy od wrażliwości słuchacza i możliwości adaptacyjnych jego systemu. Dlatego jeśli macie chęć zakosztować czaru szklanych baniek rodem z miejsca uważanego za kolebkę High Endu, czyli Japonii, powinniście bez namysłu skontaktować się warszawskim SoundClubem. Ja mimo chwilowego załapania „króliczka”, nie żałuję, a raczej jestem bardzo rad z poświęconych tych kilkunastu dni na zgłębienie możliwości sonicznych Air Tighta.
Jacek Pazio
Opinia 2
Poszukując zegarmistrzowskiej precyzji i wręcz jubilerskiego zamiłowania, do pozornie nic nieznaczących detali, które suma summarum stanowią o takim a nie innym postrzeganiu całości z pewnością zetknęli się Państwo na swej audiofilskiej drodze z marką Air Tight. Oczywiście o dość charakterystycznym, opartym na prostych formach i unifikacji pod względem kolorystyki designie można byłoby dywagować, jednak korzystając ze zbójeckiego prawa do własnego zdania subiektywnie, bo jakżeby inaczej, stwierdzę, że ta prostota jest piękna i ponadczasowa. Poczynając od filigranowego ATM-1S a kończąc na monumentalnych ATM-2001 spokojnie możemy uznać, że mamy do czynienia z japońską szkołą wzornictwa i typową dla Kraju Kwitnącej Wiśni perfekcją wykonania. Choć na topowe urządzenia z serii Reference jeszcze nie udało nam się brzydko mówiąc załapać, to ani przez myśl nam nie przeszło rozpaczać z tego powodu, gdyż warszawski SoundClub w ramach podgrzania atmosfery, jakby tegoroczne lato nie było dość szczodre, jeśli chodzi o temperatury, dostarczył na testy całkiem imponujące a przy tym klasyczne, bo pracujące w wyrafinowanym i ukochanym przez audiofilską brać układzie SET (Single-Ended Triode) monobloki ATM-211.
Jak z pewnością się Państwo domyślają nomenklatura tytułowych monobloków pochodzi od stanowiących serce wzmacniaczy triod 211 pracujących w stopniu wyjściowym. Wraz z nimi na pokładzie ATM-ów znaleźć można po dwa maluchy – sygnowane przez Air Tighta 12AX7, oraz 12BH7A Electro Harmonixa. Jak to zwykle w przypadku lampowców bywa wielce urodziwą „szklarnię” ulokowaną na płycie górnej uzupełniają trzy prostopadłościenne puszki transformatorów, przy czym wszystkie powierzchnie pokryto identycznym, lekko opalizującym i mieniącym się lakierem w kolorze ciemnografitowym. O ile mniejsze lampy umieszczono w standardowych podstawkach, to już 211-ki, oraz znajdujące się tuż obok nich przeurocze cyferblaty wskaźników biasu otoczono chromowanymi pierścieniami.
Utrzymane w tytanowych szarościach fronty poszczycić się mogą nie tylko włącznikami głównymi i tak charakterystycznymi dla rynku azjatyckiego jaskrawo niebiskimi diodami informującymi o stanie pracy urządzenia, lecz również przywodzącymi na myśl specjalistyczną aparaturę pomiarową pokrętłami regulacji głośności, oraz uaktywnienia pomiaru biasu lamp mocy. Oczywiście nie mogło zabraknąć utrzymanej w tonacji starego złota tabliczki z wygrawerowanym logo marki wydrukiem z nazwą modelu.
Ściany tylne już niejakich niespodzianek nie kryją – oprócz pojedynczych gniazd sygnałowych RCA i terminali głośnikowych znaleźć tam można jedynie gniazdo zasilające IEC, oraz nakrętkę bezpiecznika.
W tym momencie, zanim przejdziemy do części dotyczącej brzmienia chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Pierwszą – elektryczno-użytkowa, gdyż standardowo ATM-211 dostarczane są w wersji przystosowanej do obciążenia 8 Ω, lecz jeśli zachodzi taka potrzeba bez problemu można zlecić u dystrybutora przelutowanie odczepów na np. 4 Ω. Druga, choć jest oczywista, to i tak, dla pewności o niej wspomnę – pomijając pewne względy psychologiczno – ergonomiczne, czyli regulacja głośności zaimplementowana w japońskich monoblokach jest w pełni funkcjonalna, więc jeśli tylko dysponujemy jednym źródłem sygnału, to przynajmniej w początkowej fazie dochodzenia do siebie po zakupie spokojnie możemy obyć się bez przedwzmacniacza ustawiając każdy kanał osobno. Proszę mi wierzyć na słowo. Sam początkowo też miałem opory i generalnie sam do siebie nie miałem zaufania, lecz po kilku próbach z łatwością można dojść do wprawy, by później, już całkowicie intuicyjnie regulować głośność.
Odsłuch otworzył piąty studyjny krążek Riverside „Shrine of New Generation Slaves”. Gęste prog-rockowe aranżacje i dość mroczna stylistyka albumu nie zrobiły na 211- kach większego wrażenia. W pełni kontrolując imponujące basowce Isisów na całkowitym luzie grały z niemalże koncertowymi poziomami głośności. Bardzo realistycznie została oddana surowość i chropowatość realizacji. B