Monthly Archives: Lipiec 2015


  1. Soundrebels.com
  2. >

Einstein Audio Components

Einstein Audio to firma nie nowa lecz do tej pory nie obecna na naszym rodzimym rynku. Zmienia się to dzięki katowickiemu RCM-owi. Założona w latach osiemdziesiątych przez Volkera Bohlmeiera, swoją produkcję skupia wokół lamp, choć nie tylko. Oferta nie obejmuje setki modeli. Jest to typowa oferta małej firmy dla której zdecydowanie na pierwszym miejscu jest jakość i pasja. Dlatego też produkty Einstein Audio charakteryzują się wyjątkowym „pierwiastkiem umuzykalnienia”. Właściciel Volker Bohlmeier to pasjonat, gitarzysta i kolekcjoner tych instrumentów. Jego dążenie do perfekcji pozwoliło na zaprojektowanie i zbudowanie urządzeń odtwarzających  muzykę w sposób bezpretensjonalny, potrafiących oddać jej naturę i emocje w niej zawarte. Każde urządzenie zanim opuści fabrykę jest wnikliwie sprawdzane pod kątem wykończenia i spełniania norm technicznych wyznaczonych przez samego właściciela.

Jej flagowe urządzenia to monobloki The Silver Bullet OTL bazujące na triodach 6C33C, jak sama nazwa wskazuje pozbawione transformatora wyjściowego. Taki układ pozwala na „wyciśnięcie” z lampy wszystkiego co najlepsze, eliminując wąskie gardło jakim jest transformator wyjściowy. Ale aby taki układ był bezpieczny dla kolumn należy je odpowiednio zabezpieczyć. Ta sztuka z powodzeniem udała się Einstein Audio. Do kompletu oferowany jest przedwzmacniacz liniowy o oryginalnej nazwie The Preamp, gdzie prym również wiodą lampy. Oryginalna jest również budowa przedwzmacniacza. Nie ma on typowego selektora źródeł, a zmiana źródła następuje w wyniku włączenia i wyłączenia odpowiednich par lamp znajdujących się na wejściu.

Monobloki to koszt na poziomie 40 000 €, a przedwzmacniacz kosztuje 17 000 €.
Dla osób ceniących tranzystory przygotowano stereofoniczną hybrydową końcówkę mocy The Poweramp oraz hybrydowy wzmacniacz zintegrowany The Amp Ultimate. Cena końcówki to 15 000 €, a integra kosztuje 16 000 €. W pełni tranzystorowy jest najnowszy wzmacniacz The Tune, który kosztuje 6 500 €.
Dla miłośników analogu przewidziano przedwzmacniacz gramofonowy MC The little Big Phono. Konstrukcję dual mono, zamknięto w trzech zgrabnych obudowach. Jedna to zasilacz pozostałe dwie to układy pasywnej korekcji RIAA i wzmocnienia. Cena urządzenia to 2 900 €.

Na uwagę zasługuje wkładka gramofonowa o jakże finezyjnej nazwie The Pickup. Ten „przetwornik” produkowany jest wg. ścisłej specyfikacji Einstein Audio przez Ortofona. Jej możliwości w połączeniu z odpowiednią resztą toru są ogromne. Wkładka kosztująca 4 400 € jest doskonałym uzupełnieniem nawet najbardziej zaawansowanych systemów analogowych.

Ofertę uzupełnia terminal zasilający The Octopus. Wyposażony w osiem gniazd (4 filtrowane, 4 niefiltrowane), efektywny filtr RF, układ zabezpieczający z detektorem fazy oraz wyświetlacz, na którym możemy monitorować napięcie w naszej sieci doskonale wpasowuje się w każdy system. Jego cena to 1 990 €. I na koniec kable. Sygnałowe The Flash dostępne w wersji RCA i XLR, ich cena zaczyna się od 1 500 €, oraz głośnikowe The Tunder 2 500 € za odcinki 2x2m
Tak pokrótce przedstawia się oferta firmy Einstein Audio.

Dystrybucja RCM.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Primare PRE32 + A34.2

Opinia 1

Uczciwie musze przyznać, że ostatnimi czasy niezbyt często zapuszczamy się w ogólnodostępne dla większości normalnych ludzi przedziały cenowe. Oczywiście, gdy tylko światło dzienne ujrzy jakieś urządzenie, które ewidentnie wybija się ponad otaczającą je przeciętność to z niekłamaną radością przyjmujemy je pod swój dach i bierzemy na testy. Tak było przecież z Lebenem CS-300F, który wymykał się wszelkim racjonalnym wytłumaczeniom, czemuż to gra, tak jak grał i kosztuje tyle ile kosztował. Oczywiście nie zawsze jest tak, że to cena definiuje klasę, lecz powyżej pewnego, umownego poziomu tzw. wpadki zdarzają się zdecydowanie rzadziej aniżeli w kręgach nazwijmy je … budżetowych. Nie jesteśmy również obojętni na sygnały dopływające do nas zarówno z krajowego, jak i światowych rynków starając się przy tym filtrować pochwalne peany mniej bądź jawnych PR-owych „wzmacniaczy” od opinii faktycznych szczęśliwych posiadaczy. Tym oto sposobem dochodzimy do tematu niniejszej recenzji, czyli kontynuacji serii poświęconej dzielonym amplifikacjom, które tym razem reprezentuje duet Primare PRE32 + A34.2.

Masywny frontowy płat szczotkowanego aluminium w charakterystyczny dla skandynawskiego producenta sposób od korpusu oddziela blisko półcentymetrowej szerokości srebrna szczelina dylatacyjna nadająca całej bryle intrygujący wygląd. Dodatkowo grubość płyty pozwoliła na umieszczenie w prawym dolnym rogu głęboko wyfrezowanego logo Primare’a. Front przedwzmacniacza zdobią dwa masywne pokrętła odpowiedzialne za wybór źródła i regulację wzmocnienia, oraz centralnie umieszczony płat czernionego akrylu skrywający jasnoniebieski wyświetlacz OLED, oraz zgrabnie wtopione cztery przyciski nawigacyjne.
Powtórkę logotypu znajdziemy również na płycie górnej, lecz najciekawsze dopiero przed nami, gdyż to właśnie ściana tylna daje pojęcie o umiejętnościach szwedzkiego pre. A są one, owe możliwości nad wyraz wszechstronne, gdyż do naszej redakcji zamiast standardowego – podstawowego modelu dotarła wersja wzbogacona o moduł DACa/Streamera. Zatem zaczynamy wyliczankę skupiając się jednak w pierwszej kolejności na interfejsach analogowych wspólnych dla wszystkich odmian 32-ki. Wejścia reprezentują dwie pary XLRów i cztery pary RCA. Z wyjściami Szwedzi też się nie ograniczali i skoro było jeszcze miejsce, to oprócz pary XLRów do dyspozycji swoim klientom dali jeszcze dwie pary RCA i pętlę magnetofonową dla zewnętrznego rejestratora pod postacią pary RCA. A teraz najwyższy czas na moduł cyfrowy, czyli istne szaleństwo, jakiego można byłoby się spodziewać w wysokim modelu procesora/amplitunera kina domowego a nie w niepozornym przedwzmacniaczu stereofonicznym, ale do rzeczy. Mamy zatem koaksjalne wyjście cyfrowe i baterię wejść, w skład której wchodzą trzy Toslinki, koaksjal dwa gniazda USB (w standardach B i A), mocowanie anteny Wi-Fi (WLAN) i oczywiście standardowy interfejs Ethernet. Nie zabrakło również złącz dla trigera, czujników IR i portu RS-232.
Przedwzmacniacz jest w 100% układem symetrycznym, więc warto skorzystać z dostępnych wejść i wyjść XLR a jeśli pozostałe urządzenia peryferyjne takowej transmisji nie oferują to i tak i tak w trzewiach Pre32 sygnał z gniazd RCA zostanie przekonwertowany na postać symetryczną w układzie opartym na kości Burr Brown OPA2134. Regulację wzmocnienia zrealizowano na układach NJW1195.
Końcówka mocy to idealny przykład minimalizmu i elegancji. Identyczna jak w przedwzmacniaczu obudowa i przyozdobiona jedynie centralnie umieszczonym logiem producenta płyta frontowa, a nie, przepraszam – są jeszcze dwa niewielkie napisy Primare i A34.2, sprawiają całkiem przyjemne wrażenie. Tylna ściana też wygląda niczego sobie i jeśli tylko jesteśmy użytkownikami przewodów głośnikowych zakończonych bananami, BFA, bądź szpilkami, to następnych kilka zdań możemy spokojnie pominąć. Natomiast posiadacze okablowania głośnikowego zakonfekcjonowanego mniej anorektycznymi widłami niż w Harmonixach mogą już teraz kląć na czym świat stoi. Niestety tak to już w życiu bywa, że garstka idio …. znaczy się wysoko postawionych i wybranych w demokratycznych … mniejsza z tym. Generalnie chodzi o terminale głośnikowe, które widełki akceptują wyłącznie teoretycznie. Świadomie piszę teoretycznie, gdyż odpowiednie wycięcia posiadają, lecz umieszczenie w nich czegokolwiek większego od nie przymierzając zacisku do uziemienia z interkonektu phono po prostu graniczy z cudem. W momencie przeprowadzania testu dysponowałem trzema kompletami głośnikowców – Organicami, Signal Projectsami Hydra i Cardasami Clear Reflection i co? I mogłem się co najwyżej pójść na nich wyhuśtać, bo po umieszczeniu ich widełek w Primare’owych terminalach wzmacniacz w trybie ekspresowym wylądowałby w serwisie. Całe szczęście dystrybutor, czyli cieszyński Voice, zapobiegliwie, a raczej szczęśliwym zbiegiem okoliczności (prowadzony równolegle test) dołączył głośnikową 101-kę Cardasa wyposażoną w bananki.
Zamiast jednak wylewać żale i folgować swojej małostkowej frustracji pozwolę sobie wrócić do faktów. Podobnie jak w przypadku 32-ki, a co najważniejsze zgodnie z logiką, dostępne są wejścia zarówno formie pary RCA, jak i XLR a wyboru dokonujemy stosownym przełącznikiem. Podobnym hebelkiem ustawiamy również tryb pracy końcówki – stereo/mono, przy czym do zmostkowania konieczne jeszcze będzie zwarcie terminali głośnikowych stosowną zworą. O pojedynczych zaciskach głośnikowych już się wypowiedziałem i wolałbym nie wracać do tego tematu a listę interfejsów zamykają gniazda triggera i sterowania RS-232.
Nie ma co ukrywać, że zdolna oddać 2 x 150W przy 8 Ω a po zmostkowaniu na nawet 550 W końcówka mocy A34.2 to ewidentnie zawodnik wagi piórkowej. Bo jakże inaczej traktować piec o wadze 10,5 kg. Oczywiście powyższy wywód należy traktować z przymrużeniem oka, gdyż Primare oparł ją o rozwiązania bazujące na klasie D i ochrzcił mianem UFPD (Ultra Fast Power Device). Cechą charakterystyczną tej odmiany układów impulsowych jest zintegrowanie w jednym module zarówno elementów przełączających, jak i filtrów, dzięki czemu filtracja ma być zupełnie transparentna dla zmiennej impedancji a przy okazji charakteryzować się nader szerokim pasmem przenoszenia. W 34-ce pracują cztery takie moduły. Nie zabrakło jednak rozwiązań bardziej konwencjonalnych, czego przykładem jest pierwszy stopień wzmocnienia oparty na kościach Burr Brown OPA2134 i Analog Devices AD8512. I jeszcze jedno. A34.2 jest urządzeniem w pełni zbalansowanym, więc warto wykorzystać ten fakt spinając je z dedykowanym, również zbalansowanym przedwzmacniaczem XLRami.

Moment rozpoczęcia odsłuchów PRE32 + A34.2 był na tyle kluczowy, że najprościej rzecz ujmując … ustawił werdykt końcowy. Wcześniejsze, pobłażliwe uśmieszki wynikające z wydawałoby się mało poważnej wagi, oraz pastwienie się nad terminalami głośnikowymi poszły w niepamięć. Skala, wolumen i generalnie jakość dźwięku generowanego przez tytułowy zestaw powodowały wytrzeszcz niedowierzania, opad szczęki i nerwowe wertowanie a następnie mailową weryfikację cennika u dystrybutora, czy przypadkiem nie wkradł się do druku jakiś błąd. Rozmach, dynamika a co najważniejsze soczystość z moimi bądź co bądź wcale nie najłatwiejszymi do napędzenia kolumnami wielce pozytywnie mnie zaskoczyły. Było w tym graniu coś ze słodyczy hybrydowych (lampa + klasa D) Peachtree Audio, lecz doprawionego potężnym wykopem znanym z dzielonych konstrukcji Jeffa Rowlanda.
Od razu na wstępie jeszcze wtrącę dość istotną, przynajmniej moim skromnym zdaniem, uwagę. Otóż największy potencjał szwedzka elektronika pokazuje na złączach cyfrowych. Dźwięk jest bardziej nasycony i … co może zakrawać na absurd, ale tak właśnie jest zdecydowanie bardziej homogeniczny, wręcz do szpiku kości bardziej, teraz proszę się mocno trzymać, analogowy aniżeli z wejść analogowych. Dodając do tego w świetnie działającą i zdolną obsłużyć wszystkie konieczne do pełni szczęścia funkcje aplikacje dostępne na urządzenia pracujące pod kontrolą iOSa i Androida trudno znaleźć jakiś funkcjonalny minus. Wybór źródła dźwięku, czy typowe dla streamerów nawigacja po tagach i standardowych sortowaniach są po prostu w standardzie a dokładając do tego internetowe rozgłośnie radiowe można powoli, acz całkiem poważnie zastanawiać się nad pełnym zdigitalizowaniem posiadanej płytoteki i umieszczeniem jej na przepastnych NASach.
Pierwszą rzeczą, która zwraca uwagę w Primare’ach to bas – obszerny, mięsisty, lecz pozbawiony większych oznak spowolnienia. Nic się nie snuje, nie dudni i nie uśrednia a jedynie w pewien, właściwy sobie sposób definiuje obraz całości. To solidna, wręcz monumentalna podstawa, na której swobodnie można oprzeć pozostałe podzakresy i mieć pewność, że jeśli tylko ktoś podczas nagrania nie zapomniał o basie i niższej średnicy, to na pewno nie będziemy narzekać na anorektyczność i szczupłość prezentacji. Ścieżki dźwiękowe z hollywoodzkich mega produkcji w stylu „Gladiator”, „The Rock” czy „Dark Knight Rises” mogły w pełni popisać się swoją podniosłą patetycznością sprawiając, że nawet we własnych czterech ścianach można było z łatwością poczuć potęgę wielkiego składu symfonicznego.
Podobnie jest ze średnicą. Próżno w niej szukać najmniejszych nawet oznak nerwowości, czy chłodu. Zamiast tego mamy mięsistą, tętniącą życiem krwistą tkankę o, patrząc w kategoriach absolutnych, nawet lekko podkręconych, mocniej dosaturowanych barwach. Dzięki temu zarówno instrumenty, jak i ludzkie głosy zyskują na atrakcyjności i namacalności. Pierwszy plan podawany jest nieco bliżej niż zazwyczaj (czyli z moim ECI), przez co soliści są niemalże na wyciągnięcie ręki i o ile do „intymności” lap dance jeszcze trochę brakuje, to wrażenia obcowania sam na sam z co poniektórymi wokalistkami uczciwie musze przyznać bardzo sobie chwaliłem. Wystarczyło włączyć Carlę Bruni, czy nawet naszą rodzimą Annę Marię Jopek, by niemalże poczuć ich oddech tuż przy własnych uszach. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż?
Za to wysokie tony stanowią nijako dodatek, ozdobę pozostałych 2/3 pasma. Nie wybijając się przed szereg nie starają się również piętnować gorszych, mniej, bądź wcale niedopieszczonych przez producentów i masteringowców realizacji. Nie oznacza to wcale, że mamy do czynienia z jakimkolwiek zawoalowaniem, bądź wycofaniem górnych rejestrów a jedynie pewnym zaokrągleniem i pozłoceniem czasem nazbyt chropawych konturów. Ponadto sygnał podawany bądź to na wejścia cyfrowe, bądź całkowicie obrabiany w module streamera charakteryzuje większa namacalność, lecz zarazem zdecydowanie bardziej odczuwalna eteryczność. Większy oddech, ilość obecnego na scenie powietrza przekłada się automatycznie na bliższą prawdzie, naturalną gradację planów i pewne nieskrępowanie, swobodę artykulacji.

Dostarczony przez cieszyński Voice zestaw Primare w składzie PRE32 + A34.2 niejako dwukrotnie zadaje kłam obiegowym stereotypom. Po pierwsze lekka, bo impulsowo / D-klasowa końcówka mocy po prostu „daje radę” i to niezależnie od czasem dość wrednego obciążenia a po drugie niemalże wszystkomogący preamp po cyfrze i z cyfry gra bardziej analogowo niż natywnie po analogu. Tego typu niespodzianki cieszą bardziej niż kontrowersyjne 13-ka, czy 14-ka w górnictwie dając zarazem nadzieję, że koniec końców udało się wreszcie komuś ujarzmić domenę cyfrową na tyle, by przestać zastanawiać się, na jakie ustępstwa musimy się godzić w bądź co bądź całkiem sensownym budżecie. W przypadku tytułowego szwedzkiego duetu owe ustępstwa i kompromisy są naprawdę pomijalne a jeśli miałbym subiektywnie wskazać faworyta z testowanej parki to bez chwili wahania wytypowałbym PRE32, bo proszę mi wierzyć na słowo, lub jeszcze lepiej samemu się przekonać, że w tej cenie nie sposób znaleźć równie dobrze grające przedwzmacniacz, DACa i streamer, bo choć pre Primare’a jest jedno, to z powodzeniem zastępuje trzy rasowe segmenty klasy Hi-Fi za łączną kwotę sporo przekraczającą wartość niniejszego zestawu pre/power. Można więc samemu kombinować jak koń pod górę składając mniej bądź bardziej udane zestawy, albo zaufać Szwedom i zaopatrzyć się w A34.2 i PRE32 wzbogacony o MM30 Media Module. Osobiście sugerowałbym drugą opcję.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica; Cardas Clear Reflection
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Cardas 101
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Każda z bardzo szerokiej światowej oferty audio marka ma większą lub mniejszą rzeszę swoich zagorzałych fanów. Nie muszę chyba nikomu przedstawiać wyliczanki „tuzów” tego kawałka działu gospodarki, ale ogólnie rzecz biorąc, prym wiodą w tym Stany Zjednoczone i Japonia. Niemniej jednak Europa również może pochwalić się kilkoma znakomicie rozpoznawalnymi na naszym globie producentami, których przedstawicielem dzisiaj będzie reprezentant północnego zakątka naszego kontynentu, a konkretnie szwedzki Primare. Od zawsze słyszałem o nim dużo dobrego, ale jakimś dziwnym trafem mijaliśmy się dość szerokim łukiem, co chodzący swoimi ścieżkami los w pewnym momencie postanowił ukrócić i związał nas na kilka tygodni w procesie testowym. Nie przeciągając zbytnio akapitu przełamującego pierwsze lody ze wspomnianymi mam nadzieję, że niezbyt zimnymi w reprodukcji dźwięku Szwedami, zapraszam na przegląd możliwości sonicznych zestawu, jakim będzie rozbudowany o funkcję przetwornika cyfrowo/analogowego, oraz wielu protokołów przesyłowych przedwzmacniacz liniowy PRE 32 i współpracująca z nim firmowa końcówka mocy A 34.2, dystrybuowane przez cieszyński Voice.

Komponenty Primare charakteryzują typowe dla tej klasy sprzętu obudowy, czyli standardowej wysokości i szerokości płaskie zunifikowane korpusy, które za sprawą solidnej topologii wewnętrznej, jak na takie gabaryty są dość ciężkie. Widoczna unifikacja spowodowana jest oczywiście prozaicznym cieciem kosztów, ale suma summarum dzięki temu zdecydowanie lepiej pasują do siebie wizualnie, co jest dość ważnym punktem przetargowym rozmów na froncie rozmów melomana z żoną. Ale pozytywny odbiór wyglądu oprócz powtarzalności obu obudów przynosi nam również sam pomysł na teoretycznie spokojne, ale w konsekwencji ciekawe urozmaicenie firmowej wizji plastycznej. Chodzi mianowicie o uzyskany efekt niedomkniętej szuflady w miejscu łączenia płata frontowego z drapanego aluminium względem górnej i bocznych powierzchni obudowy. Dzięki spajającemu te dwa elementy nieco zagłębionemu srebrnemu łącznikowi (reszta urządzenia jest czarna) mamy ciekawy pomysł na przełamanie monotonii kolorystyki i prostych krawędzi. Naprawdę to bardzo prosty założeniach, a w rzeczywistości intrygująco wyglądający zabieg. Innym nieczęsto stosowanym, a jeśli już to raczej w napędach gramofonowych i wdrożonych tutaj w życie tematem jest osadzenie obu konstrukcji na trzech stopach o sporej średnicy. Jeśli chodzi o wyposażenie przyłączeniowo – obsługowe obu produktów, pre na froncie oferuje nam w centralnej części wielofunkcyjny wyświetlacz z czterema umożliwiającymi ręczną konfigurację urządzenia guzikami – w komplecie otrzymujemy oczywiście ładnego pilota, a także dwa natychmiast rozpoznawalne przez fanów marki pokrętła (małej średnicy wałki z dużymi kołnierzami) po obu stronach wspomnianego okienka informacyjnego, z których lewa to głośność, a prawa selektor wejść i wybór różnych procesów konfiguracyjnych. Tył naszego przedwzmacniacza z racji podążającej z duchem czasów obsługi wszystkiego co może generować dźwięk zapewnia nam wszelkie formaty wejść cyfrowych, kilka wejść i wyjść analogowych, oraz zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo sieciowe. Piec natomiast pełniąc bardzo ograniczoną rolę końcowego wzmacniania sygnału, z przodu swą pracę sygnalizuje jedynie jasno-niebieską diodą, a z tyłu umożliwia nam podłączenie: kabli sygnałowych w standardach RCA i XLR, przewodów głośnikowych za pomocą pojedynczego zestawu terminali i kabla sieciowego. Nic dodać, nic ująć, ot skandynawski wysmakowany minimalizm.

Na początek lekkie tłumaczenie się, gdyż z braku możliwości nakarmienia testowanej elektroniki tak hołubionymi dzisiaj formatami plikowymi przyjrzę się jedynie prozaicznej części jej zadań, czyli generowaniu dźwięku z dostarczonego od stacjonującego u mnie Reimyo sygnałem analogowym, by na koniec dzięki dzielonej konstrukcji mojego CD-ka spróbować skreślić kilka strof z wykorzystania wewnętrznego DAC-a Primare w połączeniu cyfrowym SPDIF.
Prawie standardem dla mnie stały się przed-testowe występy w warszawskim KAIM-ie, dlatego nie łamiąc wypracowanej od jakiegoś czasu ścieżki weryfikacyjnej, również zestaw pre-power ze Szwecji zaliczył sparing wyjazdowy. Główny przekaz ze spotkania? Niezłe jak na warunki klubowe granie w dwóch odsłonach. Dlaczego dwóch? Większość wieczoru spędziliśmy w konfiguracji z zasilanymi analogowo przedwzmacniaczem i końcówką, notując niezły, ale przez cały czas przysłonięty lekką matowością dźwięk. Tymczasem w końcowej fazie odsłuchu wrodzona dociekliwość klubowiczów poskutkowała wykorzystaniem wewnętrznego przetwornika C/A, przynosząc sporą – dźwięk się nieco otworzył – poprawę jakości dobiegającej do nas muzyki. I właśnie ta pozytywna zmiana spowodowała zaliczenie takiego połączenia również w głównym starciu u mnie, na które teraz zapraszam.  
Wpięcie testowanego zestawu w mój tor po analogu podobnie do odsłony klubowej jawiło się graniem może nie tak gęstą jak wtedy – Japończyk jest bardziej rozdzielczy, ale nadal zauważalną lekką mgiełką, co być może jest skutkiem zasilania impulsowego w końcówce mocy. To oczywiście nie była degradacja dobiegających do mnie dźwięków, niemniej jednak, przez cały czas słyszalne i o dziwo w niektórych po macoszemu potraktowanych prze realizatorów produkcjach płytowych nawet pomocne. Tak, ja wiem, że nas interesuje tylko prawda o odtwarzanym materiale, ale proszę przypomnieć sobie cierpienia podczas słuchania starego mocno przejaskrawionego rocka i przyznać się, ile razy oddalibyście nieco tego masakrującego nasze uszy jazgotu za odrobinę łagodzącego balsamu, a w kontekście Szwedów o czymś takim właśnie mówię. Zanim pójdę dalszym tropem jakości dźwięku, muszę zasygnalizować, że moje spostrzeżenia należy mocno przefiltrować przez cenę aspirującego do laurów zestawu, która będąc małym ułamkiem referencyjnego, sama w sobie stawia cały projekt pre-power w bardzo trudnej do sprostania sytuacji. Po tym oznaczeniu punktu odniesienia, już z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż przy wspomnianej stonowanej górze pasma środek był już bardzo doby, fundując mi przyjemne frazy wokalne muzyki dawnej z Johnem Potterem, a dolne rejestry również ochoczo pokazywały na co stać wzmocnienie z północy Europy i gdy wymagał tego zaimplementowany do kompaktu materiał muzyczny – np. ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera z filmu „Black Hawk Down” Ridleya Scotta, swobodnie trzęsły całym pomieszczeniem, bez większej utraty czytelności. Jasną sprawą jest, że zestaw PRE 32 i A 34.2 nie mógł dogonić wzorca, ale przyznaję, że bardzo dobrze w tym aspekcie sobie radził. Spoglądając na budowanie wirtualnej sceny od strony jej szerokości i głębokości, trzeba powiedzieć, że i na tym polu potrafił pokazać swe ciekawe oblicze, gdyż budując ją nieco bliżej niż mam na co dzień, tylnym formacjom zostawił na tyle odpowiednią do solowych popisów ilość miejsca, że dziecinnie łatwo lokalizowałem aktualnie grającego muzyka. Gdy w takim duchu odtwarzania muzyki przerzuciłem ładnych kilkanaście srebrnych krążków, przyszedł czas na rzut na taśmę i rzeczony preamp dostał surowy sygnał cyfrowy po SPDIF. Lekka zmiana zadań naszego bohatera – obróbka cyfrowa sygnału – przyniosła usłyszane w klubie pozytywne zmiany, gdyż dźwięk może nie wystrzelił milionem iskier, ale był zdecydowanie żywszy i bardziej otwarty, dodając spore pokłady brakującego w poprzedniej konfiguracji oddechu. Wygląda to tak, jak gdyby konstruktorzy wiedzieli o bolączkach przedwzmacniacza i starali się zniwelować ową woalkę podczas samodzielnego przetwarzania sygnału z cyfry na analog. Do końca oczywiście nie wiem, czy tak było, ale jakby na to nie patrzeć, w dobie dzisiejszego hołubienia grania z plików jest to chyba budującą i mocno podnoszącą poziom postrzegania szwedzkiej myśli technicznej informacją, a przypominam, że do karmienia Primare użyłem uważanego za przestarzały protokołu. Przecież znakomicie się orientujecie, że audiofil dwudziestego pierwszego wieku w swoich okowach sprzętowych ma przeróżne źródła plikowe w różnych standardach przesyłowych i otrzymując bogatą ofertę przyłączy na tylnym panelu przedwzmacniacza, z pewnością znajdzie najlepszą dla swoich oczekiwań mogącą poprawić jeszcze jakość brzmienia opcję. A, jak widać na fotografiach, można poszaleć.

Zestaw Primare jak kameleon pokazał dwa ciekawe oblicza. Oczywiście w wartościach bezwzględnych lepiej wypadł, gdy sam obrabiał sygnał cyfrowy, ale również jako zwykły przedwzmacniacz potrafił dać wiele przyjemności podczas słuchania. Niestety, jak wspominałem, SPDIF dla niektórych jest już reliktem dawnych czasów, dlatego do pełnej oceny możliwości sonicznych musicie zapoznać się z opinią Marcina, albo sami nakarmić go nowszym sygnałem, gdyż ja – jako analogowy dinozaur nie byłem w stanie w pełni wykorzystać jego oferty przyłączeniowej. Patrząc na ten test całościowo, z czystym sumieniem polecam ten skandynawski produkt do weryfikacji na własnym podwórku, ze szczególnym uwzględnieniem funkcji DAC-a, gdyż ta opcja przenosi testowany set na wyższy poziom wtajemniczenia, czego grzechem byłoby nie spróbować.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Voice
Ceny:
PRE32 z MM30 Media Module – 15 480 PLN (8 990 PLN wersja podstawowa).
A34.2 – 8 990 PLN

Dane techniczne:
PRE32
Wejście analogowe: 2 pary XLR (L & R), 4 pary RCA
Wyjście analogowe: 1 para XLR, 2 pary RCA
Wyjście na rejestrator analogowy: 1 para RCA
Pozostałe we/wyjścia: RS232, IR in/out, Trigger in/out, RF.
Opcjonalny moduł Media i/o: 1 wyjście koaksjalne, 3 wejścia optyczne Toslink, 1 wejście koaksjalne, USB B, USB A, WLAN, LAN
Impedancja wejściowa: 15 kΩ RCA / XLR  
Impedancja wyjściowa: 110 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 100 kHz +/-3 dB
Zniekształcenia THD + N: < 0.003%, 20 Hz – 100 kHz, 0dB gain.
Stosunek sygnał / szum: -115 dBV
Max napięcie we/wyjściowe: 10Vrms
Wzmocnienie: 16dB
Pobór mocy: Standby: 0.2W; Operate: 23W
Wymiary (S x G x W): 430 x 385 x 105mm
Waga: 10.5 kg
Dostępne kolory: czarny lub tytanowy

A34.2
Moc wyjściowa: 2 x 150W / 8 Ω THD+N <0.1%; (po zmostkowaniu) 1 x 550W / 8 Ω THD+N <0.1%
Wejścia: para RCA / para XLR (przełączane), RS232, trigger (12V)
Impedancja wejściowa: 15kΩ RCA/XLR
Impedancja wyjściowa: 0.03Ω / 1kHz
Wzmocnienie: 30dB RCA, 26dB XLR
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz, -0.5dB
Stosunek sygnał / szum: 20-20kHz / 105dBV
Zniekształcenia THD + N: < 0,005% (1kHz, 100W, 8 Ω)
Zniekształcenia THD + N: <0.02% 20Hz-20Khz (10W 8 Ω)
Pobór mocy: Standby: 0.3W, Idle: 24W
Wymiary (S x G x W): 430 x 385 x 105 mm
Waga: 10.5 kg
Dostępne kolory: czarny lub tytanowy

System wykorzystywany w teście:
CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX
Przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy: Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna: SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: Audio Tekne TEA-2000

  1. Soundrebels.com
  2. >

Darmowy dostęp do TIDALA dla uzytkownikow WIMPA

Od początku lipca wszyscy użytkownicy, którzy mieli konto w WiMPie, mogą wypróbować za darmo muzyczny serwis streamingowy TIDAL aż przez 3 miesiące. Z kolei użytkownicy, którzy mają w tej chwili aktywne konta w WiMP, nadal mogą korzystać z serwisu TIDAL bez ograniczeń. Testuj TIDAL i ciesz się muzyką bez opłat: https://app.getvero.com/view/819495088/133cb2be6ff3ac7df062f1255bf7a977.
Muzyczny serwis streamingowy oferuje ponad 30 milionów utworów wysokiej jakości (FLAC), 75 tysięcy materiałów wideo w jakości HD oraz pokaźny dostęp do treści związanych z muzyką, przygotowanych przez profesjonalną redakcję muzyczną. Ponadto, TIDAL daje swoim użytkownikom dostęp do biletów na koncerty, gadżetów związanych z artystami i doświadczeń, których fani nie znajdą nigdzie indziej.
Jednak nie tylko użytkownicy WiMPa mogą liczyć na darmowy okres próbny – każdy zainteresowany może testować platformę przez miesiąc. Usługa jest pozbawiona reklam i dostępna pod adresem www.tidal.com, w formie aplikacji do pobrania z iTunes App Store lub Google Play lub aplikacji desktopowej na komputery PC i Mac.
TIDAL oferuje dwa rodzaje subskrypcji – Premium za 19,99 zł oraz HiFi za 39,99 zł miesięcznie. Obie gwarantują ten sam dostęp do unikalnej zawartości, a konto za 39,99 zł oferuje dźwięk w jakości HiFi, dostarczając do Twoich uszu muzykę w sposób, w jaki artyści i producenci chcieliby, byś ją usłyszał. Bez kompresji plików, w jakości płyt CD. Dodatkowo, TIDAL oferuje plan rodzinny, pozwalający na otrzymanie 50% zniżki na każde dodatkowe konto zarejestrowane przez danego abonenta zarówno w wersji Premium, jak i w opcji HiFi. Główny użytkownik może dodać do czterech dodatkowych kont, co pozwoli rodzinom na jeszcze łatwiejsze korzystanie z serwisu TIDAL w domu oraz na urządzeniach mobilnych.

# # #

O TIDALU
TIDAL to innowacyjna platforma muzyczno-rozrywkowa do odtwarzania oraz odkrywania muzyki artystów z całego świata, pozwalająca na dostęp do unikalnej zawartości, a także na łączenie się i dzielnie się muzyką z artystami. TIDAL jest dostępny w 44 krajach z katalogiem ponad 30 milionów piosenek oraz ponad 75 000 materiałów wideo, a także ekskluzywnych treści w wysokiej jakości. Serwis oferuje muzykę w jakości HiFi, jak na płytach CD, filmy w jakości HD, wyselekcjonowane treści, a także unikalne doświadczenia dla użytkowników.

Śledź TIDAL na http://facebook.com/tidal oraz http://twitter.com/tidalhifi

  1. Soundrebels.com
  2. >

Air Tight ATM-211

Opinia 1

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dla znakomitej większości melomanów i audiofilów jedną z kolebek wyrafinowanego audio naszego globu jest Japonia. Sądzę, że miłośnik dobrego brzmienia zapytany nawet we śnie, jak z rękawa sypałby rozpoznawalnymi markami w stylu Kondo, Reimyo, czy Tri Audio. Oczywiście co osobnik, to nieco inna lista, ale pewne marki z pewnością by się powtarzały. Niestety, ich znajomość i rozpoznawalność bardzo często jest owocem chwilowych spotkań lub zasłyszanych relacji, co w konsekwencji niewiele mówi nam, jak to się ma do naszych osobistych oczekiwań. I myliłby się ten, kto sądziłby, że jakikolwiek recenzent wszystkie te manufaktury ma dogłębnie osłuchane, gdyż ich mnogość sprawia oczywiste trudności natury czasowej i logistycznej, ustawiając je w swojego rodzaju kolejce do spotkań testowych. Podobną do wspomnianej przed momentem genezę spotkania ma również dzisiejszy bohater, który od dawna mamiąc mnie swoimi produktami, umiejętnie uchylał się od spotkania oko w oko. Dlatego z przyjemnością przedstawiam może nie nowość, ale na tyle ciekawą pozycję sprzętową, że kolejne spojrzenie na nią nie będzie nudnym powieleniem znanych od dawna opinii, tylko nieco innym pakietem wniosków. Zapraszam zatem na kilka refleksji o końcówkach mocy Air Tight ATM 211, których dystrybucją na naszym rynku prowadzi warszawski SoundClub.

Rozpoczynając akapit poświęcony wzornictwu, po raz kolejny muszę przywołać fakt rozpoznawalności produktów z Kraju Kwitnącej Wiśni, ogólnie pojętej prostoty i surowości designu, który dla wielbicieli najczęściej jest szczytem wyrafinowania, by dla zwykłego Kowalskiego być powodem do kręcenia nosem. Naprawdę, mimo mego przychylnego spojrzenia na aspekt wyglądu w stylu radiostacji z czasów drugiej wojny światowej,nie widzę problemu, aby coś podobnego zagościło u mnie na stałe, dla wielu potencjalnych nabywców ów, trzeba przyznać bardzo rozpoznawalny, wygląd 211-tek jest zbyt wyzywający. Jednak jak to w życiu audiofila bywa, jeśli tylko dźwięk jest w stanie spełnić jego spore wymagania, reszta dość łatwo staje się akceptowalna, by z czasem okazać się powodem do wspomnianej dumy. Jeśli nie wierzycie w dominującą surowość japońskiego wyrobu, to proszę spojrzeć na załączone fotografie, ale zaznaczę tylko, że prezentowany dzisiaj Air Tight i tak jest jednym z ładniejszych przedstawicieli opisywanego we wstępniaku kraju. Ale do rzeczy. Dostarczone do zaopiniowania monobloki w swej budowie są bardzo kompaktowe. Ta stosunkowo niewielka górna powierzchnia nośna naszych końcówek mocy, oprócz usytuowanych z lewej strony baniek sterujących i nieco bliżej środka monstrualnej lampy mocy (211-ka), na prawej flance dzierży trzy sporych gabarytów puszki skrywające transformatory, a w lewym przednim narożniku może pochwalić się jeszcze wskaźnikiem pomagającym w regulacji biasu. Front oprócz nieco ożywiającego jego postrzeganie przefrezowania w górnej części, oferuje dwa pokrętła:  z lewej opcjonalną regulację wzmocnienie dla każdej końcówki mocy -gdy nie posiadamy przedwzmacniacza liniowego, plus inicjację sprawdzania biasu lamp, a z prawej włącznik. Dla dodania sznytu ekskluzywności projektu plastycznego, niemalże w centrum przedniego panelu umiejscowiono złotą tabliczkę z logo producenta i nazwą modelu. Wspominając o plecach dwieście jedenastek, trzeba zaznaczyć, że bez większego napinania na zbyteczną kompatybilność z resztą stacjonującej u nas elektroniki, znajdziemy tam jedynie gniazdo sieciowe, nakrętkę bezpiecznika, pojedyncze terminale głośnikowe i wejście sygnału w standardzie RCA. Na pierwszy rzut oka wyposażenie wydaje się być dość ubogie, ale kilkutygodniowe użytkowanie w różnych konfiguracjach potwierdziło wystarczalność zaimplementowanych przyłączy. Jeśli chodzi zaś o tak ważną dla niektórych użytkowników kolorystykę, to podczas obcowania z produktem z Japonii musimy zadowolić się drapanym w stalowym odcieniu frontem, ciemno zieloną, metaliczną obudową i ciemno niebieskimi również w metaliku prostokątnymi puszkami traf. Wydaje się, że to trochę smutna dla oczu paleta barw, ale zapewniam, że w bezpośrednim kontakcie całość bardzo zyskuje na odbiorze.  

Przesiadka z tranzystora na lampę prawie zawsze odbija się odczuwalną zmianą bezpośredniości prezentacji dźwięku. Nie mówię tutaj o standardowej degradacji pakietu informacyjnego materiału muzycznego i jego oddechu z jakim się wizualizuje pomiędzy naszymi kolumnami, tylko pewnym zarezerwowanym dla szklanych baniek dodanym pierwiastku homogeniczności. Ten w zależności od wyrafinowania danej konstrukcji mniej lub bardziej kreuje sznyt dźwiękowy, ale rozpatrujemy go raczej jako coś przyjaznego dla naszego ucha, aniżeli niechciana anomalię. Tak też było i tym razem, ponieważ natychmiast po wpięciu w tor naszych bohaterek, stało się jasne, że wkraczamy w świat zamkniętych w szklanych słoikach elektronów. Taki przeskok w inny świat zmusza nas do kilkupłytowej akomodacji z dźwiękiem, gdyż natychmiastowa ocena byłaby czystym zafałszowaniem końcowego wyniku testu. Dlatego bez najmniejszych oznak dociekliwości, na proces osłuchania i rozgrzewki świeżo spiętego systemu poświęciłem kilkanaście znanych mi krążków, by dość płynnie zmienić punkt wrażliwości. Dwa światy wymagają nieco innego podejścia do weryfikacji oczekiwań, jednak powinny zmierzać do jednego celu: dać odpowiedź, czy to, co oferują, jest odzwierciedleniem zajmowanej pozycji w cenniku danej marki i w jakim stopniu korelują z konkurencją. Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czego bym nie napisał, będą to tylko pewne niestety obarczone pierwiastkiem subiektywności spostrzeżenia, które zawsze należy zweryfikować z posiadanym zestawem.

Zaproszenie Japońskich lampowych końcówek mocy do współpracy z również japońską  i również wykorzystującą szklane bańki w przedwzmacniaczu liniowym szkołą brzmienia, za sprawą zbyt dużej ilości produktów rodem ze starych radiostacji mogło skończyć się porażką, ale po weryfikacyjnej próbie z tranzystorowym pre polskiej manufaktury Abyssound – która notabene wypadła równie dobrze – okazało się, że „ziomkowie” dobrze się dogadują. Tak więc, mając rozumiejący się set testowy, na starcie postawiłem na realizację materiału muzycznego w standardzie XRCD2  „Here’s To Ben” Jacinthy chcąc wykorzystać maksimum możliwości mojego napędu, który jako jeden z nielicznych na świecie może pochwalić się przystosowanym do wiernego odtwarzania takiego masteringu przetwornikiem „K2”. A co, jak się ma, to można się pochwalić, nie sądzicie? Wracając jednak do owego krążka, zmiana wzmocnienia spowodowała lekkie zmiękczenie przekazu muzycznego. Bas nadal dając dobrą podstawę dla reszty instrumentów, lekko zelżał i stracił znany mi z codziennego słuchania kontur. Nie było tak zwanej „buły”, mimo, że ta kompilacja jest mocno dociążona przez realizatora, ale czuć było jego nieco inną, osłabioną na krawędziach definicję. Idąc w górę pasma akustycznego powinniśmy zatrzymać się przy średnicy, która teraz czerpiąc pełnymi garściami z lampowego potencjału, stała się bardzo gładka, ale bez najmniejszej utraty ważnych dla tego zakresu informacji. Kończąc przegląd częstotliwościowy wspomnę jeszcze o będących dla mnie ważnym elementem w procesie oddania świetlistości muzyki górnych rejestrach. Te mimo osłabienia iskry przeszkadzajek perkusisty, raczej stawały się nieco cięższe zmieniając kolorystykę na korzyść złota, skracając przy tym minimalnie swe istnienie w eterze, niż gasły tracąc tak ważny dla swobody wybrzmiewania oddech. Jak widać, sznyt lampy starał się raczej pomagać w ogólnym postrzeganiu piękna muzyki, niż być zmorą duszącą jej witalność. Niestety, czasem zbyt mocny nalot tej maniery powoduje efekt utraty bezpośredniości, czyli efekt powieszonego przed kolumnami koca, czego tutaj uniknięto. Kończąc spotkanie z tym projektem muzycznym, zwrócę jeszcze uwagę na wizualizację sceny muzycznej. Ta mimo rozpoczynania się nieco bliżej niż z końcówką Reimyo, nie zdradzała sztucznego tłoczenia się stojących za sobą formacji muzyków, bardzo łatwo i wyraźnie pozwalając nam ich lokalizować. Przybyłe na testy dwieście jedenastki w tym starciu stały po naszej stronie, ale jak wiadomo, przywołana na początek płyta jest zbiorem spokojnych ballad, a te raczej niewiele powiedzą nam o jakości nieco pogrubionego najniższego pasma, dlatego dalsze spotkanie obfitowało raczej w repertuar o zdecydowanie szybszym timingu. Takim to sposobem w napędzie wylądował krążek „Svantevit” polskiej grupy folk-metalowej Percival. Wierni czytelnicy prawdopodobnie posądzą mnie o zbytnią monotonię w repertuarze testowym, ale ostatnie kilka porażek na przemian z sukcesami w najmniej spodziewanych konfiguracjach, samoistnie zmuszają mnie do częstych występów tego materiału podczas sesji weryfikacyjnych danego urządzenia. Powiem tak. Może nie było to najlepsze odtworzenie tej płyty, jakiego udało mi się dostąpić, ale jako ostateczny werdykt raczej powiedziałbym, że mimo sporych obaw przed spektakularną porażką, nieco luźniejszy, ale nadal obfity bas pozwolił nasycić stopę perkusji w stopniu na tyle zadowalającym, że przy ograniczającej agresywność dźwięków homogeniczności reszty pasma, całość stała się naprawdę bardzo strawna. Jak wspominałem, może nie był to stuprocentowy sukces, jednak powiedzmy sobie szczerze, kto do słuchania morderczego folk-metalu zaprzęgnie coś stworzonego do całkowicie innego gatunku muzycznego? Pewnie tacy się znajdą, ale zaliczyłbym ich raczej do klientów mających pewien kaprys, a nie zdroworozsądkowo dobierających zestaw. Po doświadczeniach ze ścianą dźwięku wróciłem do muzyki obracającej się raczej w klimatach jazzowych. To jest mój ulubiony temat zapisów nutowych, na którym jestem w stanie dogłębnie przyjrzeć się sposobowi prezentacji muzyki w kubaturze między-kolumnowej i nie mam tutaj na myśli samej jakości dźwięków, tylko ich zbliżony do realnego sposób kreowania. Kierując swoją uwagę na ten aspekt, obawiałem się trochę przywołanego nieco wcześniej mogącego zaburzyć ten efekt ugładzenia wysokich tonów, tymczasem mimo mniejszego blasku nadal czarowały ilością informacji, a rzekłbym nawet, że ta teoretyczna utrata iskry dawała posmak często pożądanej tajemniczości, swym utemperowaniem powodując odczucie większego oddalenia od miejsca odsłuchowego. A przypominam, że scena muzyczna w stosunku do mojego wzorca swój byt zaczynała nieco bliżej, co sprytnie zakamuflowano właśnie lekko osłabionymi i przez to tworzącymi uczucie zwiększenia głębi dźwiękami blach. Naprawdę nieźle to wypadało, dlatego przy takim repertuarze zakończyłem spotkanie z pomysłem marki Ait Tight na okiełznanie tej mocnej lamy oznaczonej jako 211.

Gdy mój proces weryfikacji teoretycznie dobiegł końca, los chciał, by na swoje testowe występy dotarła dzielona amplifikacja kanadyjskiego Brystona, więc korzystając z możliwości, bez namysłu zaprzągłem przybyły przedwzmacniacz do trzeciej będącej rzutem na taśmę, a jak się później okazało bardzo udanej konfiguracji. Udanej dlatego, że dzięki lekkiemu przeniesieniu o oczko wyżej punktu ciężkości grania pre Brystona, wszystkie związane z dźwięcznością wysokich tonów artefakty nabrały zdecydowanie większego blasku, dając uczucie swobodniejszej prezentacji. Oczywiście odbyło się to kosztem utraty ich wyrafinowania i delikatności na rzecz zwiększenia ilości, ale nie oszukujmy się, zamieniliśmy miejscami dwa bardzo oddalone od siebie jakościowo urządzenia, i dostaliśmy coś za coś, jednak patrząc na to z punktu widzenia potencjalnego nabywcy i jego zestawu, może być to pewnego rodzaju alternatywą. I nie szukałbym tutaj żadnego drugiego dna, tylko taktował jako pochodną mego zaangażowania w proces wydobycia wszystkich możliwości sonicznych z testowanego urządzenia, a co komu lepiej wpisze się w tor, zależy od oczekiwań co do estetyki reprodukowanych dźwięków (ilość, czy jakość) i sparingu w takim kontekście na ubitym polu własnego podwórka.   

Przygoda z 211-kami okazała się owocna w zaskakujące spostrzeżenia. Teoretyczne homogenizujące przekaz ograniczenia górnego pasma, w mojej ulubionej muzyce sprawiały, że budowana nieco bliżej niż mam na co dzień scena muzyczna osiągała zbliżone do oczekiwanych rozmiary. Co więcej, lekko poluzowany względem tranzystora, ale nadal mocny jak na lampę bas, pozwolił znaleźć kilka pozytywnych aspektów w muzyce dla wiecznie zbuntowanych osobników – czytaj wielbicieli ściany dźwięku ciężkiego folk-metalu. W ocenie tego zestawienia należy wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że monobloki Ait Tighta pracowały z dość przypadkowym, bo akurat stacjonującym u mnie przedwzmacniaczem i przywoływane w czasie testu manipulacje w górnych rejestrach, w procesie kompletowania seta dla siebie, mogą być całkowicie wyeliminowane. Ale jeśli maiłbym oceniać to, co zaprezentowały przybyłe na testy konstrukcje w tym konkretnym połączeniu, spokojnie podpisałbym się pod laurką zaliczającą egzamin na piątkę, jednak z adnotacją, że potencjalny klient jest wyedukowany w sprawie użytkowania takich konstrukcji. Lampa w wydaniu ATM 211 wymaga pewnego przygotowania do odbioru jej estetyki. Nie iskrzy jak rasowy tranzystor, ale częstując nas swą magią, potrafi wywołać ciarki na naszych plecach. Czy u każdego i z każdym materiałem, to zależy od wrażliwości słuchacza i możliwości adaptacyjnych jego systemu. Dlatego jeśli macie chęć zakosztować czaru szklanych baniek rodem z miejsca uważanego za kolebkę High Endu, czyli Japonii, powinniście bez namysłu skontaktować się warszawskim SoundClubem. Ja mimo chwilowego załapania „króliczka”, nie żałuję, a raczej jestem bardzo rad z poświęconych tych kilkunastu dni na zgłębienie możliwości sonicznych Air Tighta.

Jacek Pazio

Opinia 2

Poszukując zegarmistrzowskiej precyzji i wręcz jubilerskiego zamiłowania, do pozornie nic nieznaczących detali, które suma summarum stanowią o takim a nie innym postrzeganiu całości z pewnością zetknęli się Państwo na swej audiofilskiej drodze z marką Air Tight. Oczywiście o dość charakterystycznym, opartym na prostych formach i unifikacji pod względem kolorystyki designie można byłoby dywagować, jednak korzystając ze zbójeckiego prawa do własnego zdania subiektywnie, bo jakżeby inaczej, stwierdzę, że ta prostota jest piękna i ponadczasowa. Poczynając od filigranowego ATM-1S a kończąc na monumentalnych ATM-2001 spokojnie możemy uznać, że mamy do czynienia z japońską szkołą wzornictwa i typową dla Kraju Kwitnącej Wiśni perfekcją wykonania. Choć na topowe urządzenia z serii Reference jeszcze nie udało nam się brzydko mówiąc załapać, to ani przez myśl nam nie przeszło rozpaczać z tego powodu, gdyż warszawski SoundClub w ramach podgrzania atmosfery, jakby tegoroczne lato nie było dość szczodre, jeśli chodzi o temperatury, dostarczył na testy całkiem imponujące a przy tym klasyczne, bo pracujące w wyrafinowanym i ukochanym przez audiofilską brać układzie SET (Single-Ended Triode) monobloki ATM-211.

Jak z pewnością się Państwo domyślają nomenklatura tytułowych monobloków pochodzi od stanowiących serce wzmacniaczy triod 211 pracujących w stopniu wyjściowym. Wraz z nimi na pokładzie ATM-ów znaleźć można po dwa maluchy – sygnowane przez Air Tighta 12AX7, oraz 12BH7A Electro Harmonixa. Jak to zwykle w przypadku lampowców bywa wielce urodziwą „szklarnię” ulokowaną na płycie górnej uzupełniają trzy prostopadłościenne puszki transformatorów, przy czym wszystkie powierzchnie pokryto identycznym, lekko opalizującym i mieniącym się lakierem w kolorze ciemnografitowym. O ile mniejsze lampy umieszczono w standardowych podstawkach, to już 211-ki, oraz znajdujące się tuż obok nich przeurocze cyferblaty wskaźników biasu otoczono chromowanymi pierścieniami.
Utrzymane w tytanowych szarościach fronty poszczycić się mogą nie tylko włącznikami głównymi i tak charakterystycznymi dla rynku azjatyckiego jaskrawo niebiskimi diodami informującymi o stanie pracy urządzenia, lecz również przywodzącymi na myśl specjalistyczną aparaturę pomiarową pokrętłami regulacji głośności, oraz uaktywnienia pomiaru biasu lamp mocy. Oczywiście nie mogło zabraknąć utrzymanej w tonacji starego złota tabliczki z wygrawerowanym logo marki wydrukiem z nazwą modelu.
Ściany tylne już niejakich niespodzianek nie kryją – oprócz pojedynczych gniazd sygnałowych RCA i terminali głośnikowych znaleźć tam można jedynie gniazdo zasilające IEC, oraz nakrętkę bezpiecznika.
W tym momencie, zanim przejdziemy do części dotyczącej brzmienia chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Pierwszą – elektryczno-użytkowa, gdyż standardowo ATM-211 dostarczane są w wersji przystosowanej do obciążenia 8 Ω, lecz jeśli zachodzi taka potrzeba bez problemu można zlecić u dystrybutora przelutowanie odczepów na np. 4 Ω. Druga, choć jest oczywista, to i tak, dla pewności o niej wspomnę – pomijając pewne względy psychologiczno – ergonomiczne, czyli regulacja głośności zaimplementowana w japońskich monoblokach jest w pełni funkcjonalna, więc jeśli tylko dysponujemy jednym źródłem sygnału, to przynajmniej w początkowej fazie dochodzenia do siebie po zakupie spokojnie możemy obyć się bez przedwzmacniacza ustawiając każdy kanał osobno. Proszę mi wierzyć na słowo. Sam początkowo też miałem opory i generalnie sam do siebie nie miałem zaufania, lecz po kilku próbach z łatwością można dojść do wprawy, by później, już całkowicie intuicyjnie regulować głośność.

Odsłuch otworzył piąty studyjny krążek Riverside „Shrine of New Generation Slaves”. Gęste prog-rockowe aranżacje i dość mroczna stylistyka albumu nie zrobiły na 211- kach większego wrażenia. W pełni kontrolując imponujące basowce Isisów na całkowitym luzie grały z niemalże koncertowymi poziomami głośności. Bardzo realistycznie została oddana surowość i chropowatość realizacji. Bez typowego lampowego zmiękczenia zarówno partie gitarowe, jak i wokalne wykazywały iście rockową zadziorność. Miłośnicy słodyczy i impresjonistycznych plam mogą co prawda poczuć się w tym momencie zawiedzeni, lecz proszę mi wierzyć, że akurat w tym wypadku warto poświęcić „czarowanie barwą” na rzecz po prostu fenomenalnego wglądu w strukturę i odrywania do tej pory nieznanych pokładów niuansów i wybrzmień, które do tej pory nie miały szans ujrzeć światła dziennego. Jednak w trakcie porównań, sparringów i wielogodzinnych sesji okazało się, że może być jeszcze lepiej. Wystarczyło tylko przepiąć się na … tranzystorowy przedwzmacniacz Bryston BP26, aby długowłosa brać zaczęła z jeszcze większą werwą szarpać struny. Co ciekawe dość skumulowana wokół centrum kadru scena nabrała oddechu i wręcz zaczęła wykraczać daleko poza ściany naszego OPOSa. Jednak, obszarem gdzie progres okazał się najbardziej odczuwalny okazał się bas. Odpowiednio wykonturowany czarował swoją różnorodnością niejako przy okazji zapuszczając się w rejony do tej pory z pre Reimyo niezbadane.
Korzystając zatem z nadarzającej się okazji czym prędzej sięgnąłem po niezawodny w takich sytuacjach „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, który przepuszczony przez japońsko-kanadyjską amplifikację niemalże uaktywnił oddalone o kilkadziesiąt kilometrów sejsmografy PAN. Pulsująco – burzące basiszcze w „Tløn” po prostu wyrywało z butów. Co ważne brak słyszalnych zniekształceń zachęcał do coraz odważniejszego operowania głośnością. Warto jednak pamiętać, że brak kompresji i słyszalnych zniekształceń w przypadku 211-ek nie oznacza wcale, że nasz słuch nie odczuje takich iście koncertowych dawek decybeli, więc o ile od czasu do czasu można w ramach odkurzenia membran i „przedmuchania” systemu trochę połomotać, to nie zalecałbym zbyt często sprawdzać własnych, o sąsiadach nie wspominając, możliwości.
Pomimo pewnych obaw Jacka czy przypadkiem obecność przedwzmacniacza o niepodważalnie studyjnej proweniencji nie spowoduje pewnej kanciastości i sterylności dźwięku spieszę Państwa uspokoić, iż nic takiego nie miało miejsca. Wystarczyło włączyć niezwykle purystycznie zrealizowany album „Inner City Blues” Midnight Blue, by na własne uszy przekonać się co oznacza realizm i prawdziwa holografia. Precyzja, z jaką ogniskowane były źródła pozorne, dokładność i pietyzm, z jakimi pokazywane były wszelakiego rodzaju mikrodetale zasługiwały na najwyższe noty. Jednak co najważniejsze w całym tym misterium cyzelowania niuansów nie utracono najważniejszego – koniecznych w muzyce emocji. Nadrzędną wartością, priorytetem była spójność i homogeniczność całości a dopiero mając świadomość jej istnienia ATM-y wprowadzały słuchacza w świat detali. Oczywiście takich evergreenów, jak „Ain’t No Sunshine”, czy „Suicide Is Painless” można słuchać i z radyjka Szarotka, jednak to właśnie na, a może zdecydowanie bardziej trafnym określeniem byłoby … dzięki Air Tightom kontakt z Seleną McDay, Curtisem Popem i Artiem Shermanem mógł się równać tylko z koncertem na żywo, bądź obecnością w studiu Mapleshade Records podczas sesji nagraniowej.
Pozostając w okołojazzowych klimatach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniosłem się ze wschodniego wybrzeża USA do zdecydowanie bliższej nam, przynajmniej pod względem geograficznym Norwegii. Saksofon na „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena zaprezentowany został w iście zjawiskowej aurze pogłosowej. Wszechobecna zaduma i baśniowy klimat nagrania potęgowała bursztynowa poświata otaczająca japońskie monobloki. Fortepian czarował blaskiem i pomimo adekwatnych do rzeczywistych gabarytów poprzez zajmowaną na drugim planie pozycję nie przytłaczał charakteryzujących się słabszą emisją instrumentów. Podobnie było z monumentalnymi partiami organowymi, które stanowiąc zarówno basowy fundament, jak i coś na kształt górskiego masywu, scenerii, w jakiej rozgrywała się akcja opowieści były jedynie tłem dla swoich mniejszych współuczestników. Każdy z nich miał swoje precyzyjnie określone miejsce a na scenie panował iście wzorowy porządek.

Im dłużej słuchałem 211-ek, tym bardziej uzależniałem się od ich finezji i swobody, z jaką były w stanie oddać zarówno najcichsze szmer, jak i potężne tutti wielkiej orkiestry symfonicznej. Pozornie niewielka, w końcu to „tylko” 22W, moc staje się parametrem całkowicie pomijalnym, gdyż pomimo naszych usilnych starań w ciągu kilkunastodniowych odsłuchów nie tylko nie udało nam się zmusić ATMów do kapitulacji, lecz wręcz sami każdorazowo pierwsi rzucaliśmy ręcznik na ring. Pomimo braku typowego, a raczej stereotypowego lampowego ocieplenia Air Tighty ATM-211 oferują nader rzadko spotykane połączenie gładkości i selektywności z prawdziwą muzykalnością i spójnością formy a przy tym są na tyle transparentne, że wszystko zależy od pozostałych komponentów, tym bardziej, że intensyfikują ich charakter. Czy mamy zatem do czynienia z ideałem? Prawdopodobnie nie dla wszystkich odbiorców, i nie we wszystkich systemach, jednak dla mnie osobiście japońskie 211-ki w wydaniu Air Tighta są niesamowicie ideałowi bliskie a przy tym grając, tak jak grają, nie narzucają własnego charakteru pozwalając w pełni rozwinąć skrzydła towarzyszącym im komponentom. Są wręcz urzeczywistnieniem większości recenzenckich marzeń o urządzeniu będącym jednocześnie narzędziem pracy, jak i źródłem przyjemności podczas „cywilnych” odsłuchów. Konkluzja? Moja gorąca rekomendacja i zarazem jeden z najbardziej upragnionych … mroczny obiekt pożądania.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: SoundClub
Cena: 69 000 PLN/para

Dane techniczne:
Lampy: 211 × 1, 12AX7 × 1, 12BH7A × 1
Moc wyjściowa: 22W (8 Ω)
Pasmo przenoszenia: 20 – 20kHz (1dB, 22W)
Impedancja wejścia: 100 kΩ
Wymiary (S x G x W): 390 × 360 × 260 mm
Waga: 26 kg

System wykorzystywany w teście:
– C/DAC: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II; BRYSTON BP26/MSP-2
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP, Furutech Reference III
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– platfomy antywibracyjne FRANC AUDIO ACCESSORIES
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

TRANSATLANTYK Festival 2015

TRANSATLANTYK Festival po raz piąty zaprezentuje w Poznaniu najlepsze światowe kino oraz wyjątkowe projekty edukacyjne i muzyczne. Dla festiwalowej publiczności przygotowano szereg bezpłatnych wydarzeń, w tym m.in. Łóżkotekę, warsztaty, panele i spotkania z wybitnymi twórcami z Polski i zagranicy, pokazy plenerowe Mobilnego Kina ŠKODY oraz seanse w ramach sekcji EKO, Dziecięcy Klub Filmowy i Kino Trzeciego Wieku. 27 lipca na stronie internetowej festiwalu rozpoczną się zapisy na wydarzenia filaru Edukacja & Inspiracje. Natomiast od czwartku, 23 lipca na www.ebilet.pl ruszy sprzedaż biletów na SUPERB Evening Galę Otwarcia oraz na jeden z największych hitów Transatlantyku – pokazy w Kinie Łóżkowym. W dniach 9-13 sierpnia do Poznania powróci także Kino Kulinarne, podobnie jak w latach ubiegłych przygotowane we współpracy z Berlinale. Bilety na niecodzienne seanse filmowe połączone z kolacjami, serwowanymi przez najlepszych w kraju szefów kuchni, pojawią się w sprzedaży w najbliższych dniach. Bilety na pozostałe płatne sekcje filmowe będą dostępne w kasach festiwalowych kin już 31 lipca.

Do oficjalnego otwarcia TRANSATLANTYK Festival pozostało jeszcze 14 dni, ale już teraz można korzystać z bezpłatnych atrakcji przygotowanych przez organizatorów imprezy. W najbliższy weekend mieszkańców kolejnych miast Wielkopolski odwiedzi filmowa ŠKODA Yeti. W piątek, 24 lipca Mobilne Kino ŠKODY zawita z obrazem „Aż poleje się krew” do Parku z Muszlą Koncertową w Międzychodzie. A dzień później, na Placu 20 Października w Śremie widzowie obejrzą na plenerowym ogromnym ekranie kultowy „Blue Velvet”. Tydzień przed festiwalem na Placu Wolności w Poznaniu wyrośnie Łóżkoteka, której szczegółowy program można znaleźć na stronie www.transatlantyk.org w zakładce Edukacja & Inspiracje.

W czwartek, 23 lipca od g. 17.00 na www.ebilet.pl ruszy natomiast sprzedaż biletów na wieczorne pokazy jedynego w Polsce Kina Łóżkowego, zaplanowane w tym roku od 31 lipca do 14 sierpnia. Cena jednego łóżka (dla maksymalnie 4 osób) wynosi w tym roku 30 zł, a opisy poszczególnych filmów – kilkunastu hitów ambitnego kina głównego nurtu, takich jak m.in. „Juno”, „Clerks”, „Eden”, „Kongres” czy „Czarny Łabędź” – są już dostępne na stronie imprezy w zakładce KINO.

FILM – Kino Kulinarne oraz wyjątkowe sekcje: Panorama, DOCS, Sezon i Retrospektywa!
Wejściówki i bilety:
Nieodpłatne pokazy filmowe TRANSATLANTYK Festival odbędą się w tym roku w ramach sekcji: EKO i Dziecięcy Klub Filmowy w Mutlikinie 51 oraz Kino Trzeciego Wieku w Kinie Rialto. Darmowe wejściówki na wymienione cykle będą do odbioru w kasach obu kin od godziny 15:00 w dniu poprzedzającym seans oraz w dniu projekcji.

Od czwartku, 31 lipca będzie można natomiast kupić bilety na płatne pokazy festiwalowe, w cenie 5 zł na filmy Transatlantyk DOCS i Konfrontacje w Multikinie 51 oraz 15 zł na pozostałe cykle. Projekcje tytułów sekcji Panorama, Niezależni, Oscary 2015, Sezon oraz pokazy specjalne odbędą się w salach Multikina 51. Cykl Retrospektywa zostanie pokazany w Nowym Kinie Pałacowym, Sacrum w Kinie Rialto, a Sport oraz Kino Klasy B i inne szaleństwa w Kinie Muza.

Dla widzów przygotowano w tym roku także karnet w cenie 180 zł, który gwarantuje wstęp na 15 dowolnie wybranych seansów filmowych w Multikinie 51. Liczba karnetów jest ograniczona.
KINO KULINARNE:
Kino Kulinarne jest jedną z najważniejszych sekcji TRANSATLANTYK Festival. To niecodzienne wydarzenie, podobnie jak w latach ubiegłych, zostało przygotowane we współpracy z twórcami Berlinale. Nad poznańską edycją od samego początku czuwa kurator berlińskiego cyklu, Thomas Struck. Od 9 do 13 sierpnia widzowie będą mogli wziąć udział w 5 seansach starannie wyselekcjonowanych filmów dokumentalnych oraz 4-daniowych kolacjach, inspirowanych poszczególnymi tytułami. W tym roku na festiwalu zobaczymy takie obrazy jak: peruwiański „Finding Gaston”, o szefie kuchni Gastonie Acurio, uważanym we własnym kraju za bohatera narodowego, niemiecki „Cooking Up a Tribute”, opowiadający o niezwykłej kulinarnej podróży braci Roca, współwłaścicieli jednej z najlepszych restauracji na świecie, oraz „Good Things Await” – historię jednego z ostatnich duńskich rolników-idealistów. Kolejne dokumenty tej sekcji to: holenderski „Sergio Herman, Fucking Perfect” – opowieść o perfekcji, ambicjach i poświęceniu szefa kuchni 3-gwiazdkowej restauracji, Sergio Hermana, oraz amerykański obraz „Sturgeon Queens”, historia 4-pokoleniowej imigranckiej żydowskiej rodziny, prowadzącej sklep z wędzonymi łososiami i śledziami.

Niezapomniane kulinarne wrażenia gwarantuje festiwalowej publiczności pięciu niezwykle utalentowanych i utytułowanych szefów kuchni: Adam Woźniak z gdańskiej restauracji Mercato, Luiza Trisno, właścicielka krakowskiej restauracji Ramen Girl of Yellow Dog, Alex Baron z kultowej warszawskiej restauracji Solec 44, Ernest Jagodziński, szef Restauracji Cucina w poznańskim City Parku oraz Adam Adamczak z Concordia Taste w Poznaniu. Pokazy filmowe Kina Kulinarnego rozpoczną się o godzinie 18:30 w Nowym Kinie Pałacowym, natomiast na kolacje organizatorzy zapraszają do pobliskiej restauracji Concordia Taste. Bilety na to wydarzenie w cenie 180 zł już niebawem będą dostępne na www.ebilet.pl. Kino Kulinarne odbędzie się w tym roku dzięki uprzejmości oraz wsparciu sieci supermarketów „Piotr i Paweł”, restauracji Concordia Taste, Winosfery, Emilio Moro Bodegas oraz José Pariente Rveda.

Jednak pokazy filmowe i kolacje to nie wszystko co przygotowano w tym roku w ramach Kina Kulinarnego. Podobnie jak rok wcześniej najmłodsi widzowie, wraz z Piotrem i Pawłem oraz Pyszotami, zamienią się w prawdziwych kucharzy. Specjalnie dla nich, podczas jubileuszowej edycji festiwalu, odbędą się bezpłatne warsztaty kulinarne, inspirowane bajką Xenii Starzyńskiej. Codziennie od 9 do 13 sierpnia na Placu Wolności w Poznaniu w przygotowywanych daniach mali kucharze będą poszukiwali nie tylko smaków, ale przede wszystkim kolorów. Warsztaty dla przedszkolaków zaplanowano w godzinach 10:00-11:30, natomiast dla uczniów młodszych klas podstawówki od 12:00 do 13:30. Ilość miejsc jest ograniczona, a zapisy są przyjmowane pod tym adresem mailowym.

Wybitne światowe kino na Transatlantyku:
W ramach PANORAMY, najpopularniejszej sekcji na Transatlantyku, widzowie festiwalu zobaczą w tym roku aż 14 nowości prosto ze światowych festiwali! Wisienką na torcie tego cyklu jest film otwarcia 5. jubileuszowej edycji – „Dheepan” Jacquesa Audiarda, laureat tegorocznej Złotej Palmy w Cannes. Seans w Poznaniu, zaplanowany na piątek 7 sierpnia, będzie równocześnie pierwszym pokazem w Europie po pokazie w Cannes! Oprócz premierowego „Dheepana” w Multikinie 51 będzie można obejrzeć m.in. obsypany nagrodami na Berlinale dramat „45 lat”, laureata Grand Prix Cannes „Syna Szawła”, nowe filmy Nanniego Morettiego („Moja matka”), Paula Thomasa Andersona („Wada ukryta”) i Guya Ritchiego („Kryptonim U.N.C.L.E.”) czy „Rok przemocy” z gwiazdorską obsadą – Oscarem Isaacem i Jessicą Chastain w rolach głównych. Panorama jest także przeglądem tego, co najciekawsze we współczesnym kinie europejskim. W sekcji znajdują się zatem nowe filmy ze Szwecji („Intruz”), Francji („Dziewczyny z bandy”) czy Chorwacji („Takie są zasady”).
Odważne, prowokujące, zadające pytania bez sugerowania odpowiedzi – oto dokumenty, jakie dotychczas oglądali widzowie w sekcji TRANSATLANTYK DOCS. I nic się w tej kwestii nie zmieni! Hitem cyklu będzie w tym roku „Amy” – przejmujący dokument o tragicznie zmarłej piosenkarce Amy Winehouse. Film, zawierający nieznane dotąd materiały, kręcone ukradkiem ujęcia, zbliżenia i wyznania, ukazuje prawdziwą historię wielkiej gwiazdy. Podczas tegorocznej edycji festiwalu zostaną zaprezentowane m.in. dokumenty społeczne („Pixadores”, „Mów mi Marianna”, „La Comuna 9”), obrazy opowiadające o walce człowieka z przeciwnościami losu („Jeszcze wszystko jest możliwe”, „No Kidding, Me Too”), czasem poetyckie (nagrodzony w Berlinie „Perłowy guzik”), czasem szokujące naturalizmem („W piwnicy”). Sporą częścią sekcji będzie wybór dokumentów muzycznych, wyselekcjonowanych przy współpracy z Krakowskim Festiwalem Filmowym. Wśród nich zobaczymy opowieść o największym metalowym festiwalu świata – „Wacken: Witajcie w piekle” oraz historię upadku muzyki rockowej w Kambodży lat 70. – „Rock and roll i Czerwoni Khmerzy”.
SEZON jest sekcją przeznaczoną dla tych, którzy z różnych względów nie obejrzeli najciekawszych premier minionych 12 miesięcy. Specjalnie dla nich festiwal przypomni tak głośne tytuły jak „Zaginiona dziewczyna”, „Mama”, „Wróg” czy „Wolny strzelec”. To w ramach Sezonu widzowie Transatlantyku zobaczą także dwóch wielkich zwycięzców początku roku – nagrodzony Złotym Niedźwiedziem w Berlinie film „Taxi Teheran” Jafara Panahiego oraz zdobywcę Oscara za najlepszy film roku, „Birdmana” Alejandro Gonzaleza Innaritu.
I wreszcie RETROSPEKTYWA, która w tym roku przybliży filmografię nie konkretnego twórcy, lecz… studia filmowego, z okazji 120-lecia jego działalności. Mowa o francuskim Gaumont, jednej z najprężniej działających wytwórni w historii europejskiej kinematografii. Gaumont nigdy nie ograniczała się do produkcji filmów z konkretnego nurtu, odważnie wypuszczała na rynek i dzieła ambitne, i obrazy przeznaczone dla szerokiej publiczności. Dlatego także przekrój tegorocznej Retrospektywy jest tak szeroki. Od sztandarowego tytułu kina noir „Windą na szafot”, przez nieco zapomniany francuski klasyk „Montparnasse 19”, słynne dzieła Louisa Malle i Federico Felliniego („Do zobaczenia, chłopcy” oraz „Miasto kobiet”), kulinarno-historyczną opowieść z Gerardem Depardieu i Umą Thurman „Vatel”, aż po wielkie przeboje kina masowego: „Piąty element” i „Pushera”.

EDUKACJA & INSPIRACJE – warsztaty filmowe dla młodych widzów i osób niepełnosprawnych!
TRANSATLANTYK Festival od samego początku stawia na edukację i rozwój praktycznych umiejętności festiwalowej publiczności, w tym szczególnie dzieci i młodzieży. Podczas jubileuszowej edycji nie zabraknie bezpłatnych wydarzeń skierowanych właśnie do tej grupy wiekowej. Dla najmłodszych uczestników przygotowano dwa kolorowe warsztaty: animacji poklatkowej i scenografii filmowej. Natomiast osoby w wieku od 16 do 25 lat będą mogły wziąć udział w unikatowych czterodniowych warsztatach „Etiudy filmowej”, które odbędą się w dniach 7-10 sierpnia w godzinach od 10:00 do 18:00. Podczas tych warsztatów młodzież pozna techniki tworzenia filmów od podszewki i na każdym etapie produkcji. 25 zapaleńców będzie pracować w grupach nad scenariuszem, realizacją i ostatecznie montażem stworzonego przez siebie krótkometrażowego filmu fabularnego. Warsztaty łączące zarówno teoretyczne wykłady, jak i praktykę, z wykorzystaniem profesjonalnego sprzętu filmowego, poprowadzi Tomasz Soliński, absolwent PWSTViT w Łodzi, reżyser i producent filmów niezależnych i komercyjnych, założyciel ogólnopolskiej akcji filmowej „Weź to Nakręć!”.

Dwudniowe warsztaty „Papierowe królestwo animacji” pozwolą najmłodszym uczestnikom festiwalu zapoznać się z techniką animacji i stworzyć własne kilkuminutowe filmy pełne ożywionych, fantastycznych obiektów. Zajęcia poprowadzi Monika Kuczyniecka, doświadczona animatorka, absolwentka UAP i autorka wielu filmów animowanych (m.in. teledysku do piosenki Czesława Mozilla pt. „Ucieczka z wesołego miasteczka”). Do zabawy organizatorzy zapraszają dzieci w wieku 7-10 lat. Warsztaty odbędą się w dniach 11-12 sierpnia, a uroczysty pokaz filmów stworzonych przez dzieci 12 sierpnia o godz.16.00 w Sali Prób CK Zamek. Natomiast od 8 do 9 sierpnia dzieci w wieku 10-15 lat będą mogły nabyć nowe umiejętności podczas warsztatów scenograficzno-plastycznych „Prawda czy iluzja?”. Uczestnicy poznają scenograficzne triki, uruchomią swoją wyobraźnię i stworzą własne filmowe rekwizyty. Zgłoszenia na warsztaty dla najmłodszych widzów przyjmowane są pod tym adresem mailowym. Udział w warsztatach jest bezpłatny, ale o przyjęciu decyduje kolejność zgłoszeń.

Programerzy Transatlantyku przygotowali w tym roku wyjątkowe warsztaty sensoryczne dla osób niewidomych i niedowidzących – „Mapowanie zapachem”. Poprowadzi je jedyna w Polsce senselier, trenerka zapachowa Marta Siembab. Używając tkanin, elementów natury ożywionej i nieożywionej oraz materiałów używanych przez profesjonalnych perfumiarzy uczestnicy zbudują moodboard, pokazujący otaczające nas zapachy, przełożone na język dotyku. Bezpłatne warsztaty odbędą się 9 sierpnia w CK Zamek, liczba miejsc jest ograniczona, a o udziale zadecyduje kolejność zgłoszeń.

MUZYKA – Superb Evening Gala Otwarcia!
Oficjalne otwarcie tegorocznego Transatlantyku nastąpi w piątek, 7 sierpnia o g. 20:00, podczas uroczystego koncertu inauguracyjnego SUPERB Evening Gala Otwarcia. Tym razem świętujemy nie tylko 5. jubileuszową edycję festiwalu, ale także 120 lat kinematografii i marki ŠKODA. Galę poprowadzi Marcin Prokop, a pod dyrekcją Moniki Wolińskiej zagra Transatlantyk Symphony Orchestra. Poznańska publiczność usłyszy po raz pierwszy w Polsce nowy utwór Jana A.P. Kaczmarka – „Interlude”. W trakcie koncertu zostanie także złożony hołd Jamesowi Hornerowi, tragicznie zmarłemu kompozytorowi muzyki filmowej, zdobywcy Oscara® i twórcy ścieżek dźwiękowych do ponad 100 filmów. Sponsorem wydarzenia jest marka ŠKODA. Bilety na Galę w cenie 45 zł będą do nabycia na www.ebilet.pl od czwartku, 23 lipca, od godziny 17:00.

„KULTURA NA WIDOKU” ponownie w Poznaniu!
Podobnie jak w roku poprzednim, na tegorocznym Transatlantyku nie zabraknie wyjątkowego projektu „Kultura na Widoku”. Już od 3 sierpnia do końca trwania festiwalu na instalacjach ustawionych na Placu Wolności w Poznaniu będzie można znaleźć ponad 900 utworów w cyfrowej wersji, takich jak filmy, muzyka, książki, gry i archiwalia. Posiadacze smartfonów, tabletów oraz użytkownicy Internetu w prosty sposób mogą pobierać interesujące ich utwory z ulicznej wirtualnej biblioteki i dzięki temu poznawać bogactwo legalnych źródeł w sieci. Projekt realizowany jest przez Fundację Legalna Kultura.

Wśród tytułów udostępnianych w ramach „Kultury na Widoku” można znaleźć m.in. albumy muzyczne nagradzanych polskich artystów – Natalii Przybysz, Artura Rojka, Afromental, Meli Koteluk, Natalii Kukulskiej, Lemona czy Voo Voo, literackie bestsellery takie jak powieść Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”, „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego czy audiobook wg powieści Philipa K. Dicka „Blade Runner” z udziałem m.in. Roberta Więckiewicza, Andrzeja Chyry i Agnieszki Grochowskiej. Regał „Film” to kino na wyciągnięcie ręki. Znajdują się tu polskie produkcje filmowe ostatnich lat – filmy fabularne, dokumentalne, animowane, międzynarodowe koprodukcje – które powstały dzięki wsparciu finansowemu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. W projekcie przedstawione zostały wybrane dzieła kinematografii, które dają świadectwo sukcesu polskiego kina ostatniej dekady. Wszyscy zainteresowani mogą tu znaleźć oscarową „Idę” oraz ponad 100 największych przebojów filmowych ostatnich dziesięciu lat, jak na przykład „Rezerwat”, „Bogowie”, „Jack Strong” czy „Obława”. Jeden z regałów poświęcony jest także historii Polski w kulturze.

Każdy, kto podejdzie do regałów, zobaczy okładki filmów, płyt, książek oraz gier. Wpisując link do przeglądarki w urządzeniu mobilnym lub skanując kod QR może bezpłatnie albo w promocyjnej cenie, pobrać interesujący go utwór. Oczywiście, aby skorzystać z tych zasobów nie trzeba nawet wychodzić z domu, wystarczy wejść na www.kulturanawidoku.pl – mówi Kinga Jakubowska, prezes Fundacji Legalna Kultura.

Szczegółowy program TRANSATLANTYK Festival 2015 jest dostępny na stronie www.transatlantyk.org. Fanpage festiwalu na Facebooku: www.facebook.com/Transatlantyk

  1. Soundrebels.com
  2. >

Najlepsza prywatna sala kinowa w Europie jest w Polsce!

Art Cinema – otrzymała nagrodę CEDIA Awards 2015 w kategorii „Best Home Cinema – £40.000-£100.000”. Tym samym stworzona wraz z inwestorem prywatna sala kinowa w południowej Polsce jest najlepszą w swojej kategorii w Europie, Bliskim Wschodzie, Afryce, Indiach i Pakistanie.

W uzasadnieniu nagrody jury podkreśliło, że „jeśli kochasz film, jest to sala kinowa dla Ciebie”. Właścicielem kina jest prawdziwy koneser i entuzjasta sztuki filmowej, więc poprzeczka postawiona była naprawdę wysoko.
Musieliśmy zaprojektować i dokonać instalacji bezbłędnej pod względem akustyki, dźwięku i obrazu. Co więcej to wokół kina powstał projekt całej rezydencji – mówi Jacek Szul z Art Cinema

 Mając to na uwadze doświadczenie kina rozciąga się na trzy pomieszczenia. Pierwszy to wejście do kina, które przypomina tradycyjne stoisko z biletami hollywoodzkiego kina. Dalej strefa barowa, w której umieszczono szafę rack, zawierającą urządzenia kina. Bar to także strefa systemu multiroom z odsłuchem z kina i podglądem obrazu na telewizorze. Wreszcie – część najważniejsza, do której prowadzą wyciszone drzwi. Tak jak wymagał tego inwestor, w pomieszczeniu wyeliminowano wszelkie akustyczne niedoskonałości przy pomocy pochłaniających paneli akustycznych. W rogach pomieszczenia umieszczono pułapki basowe zaś podłogę pokryto specjalnym materiałem. Zastosowanie systemu Crestron pozwala na integrację z pozostałymi częściami domu i z kina można sterować oświetleniem, systemami bezpieczeństwa, zarządzania energią i monitoringu – wszystko sterowane ze zindywidualizowanego interfejsu użytkownika.

CEDIA (Custom Electronic Design and Installation Association) to międzynarodowa organizacja zrzeszająca ponad 3.500 firm zajmujących się projektowaniem i instalacją inteligentnych systemów oraz rozwiązań audio-wideo w domach. Każdego roku członkowie organizacji z regionu EMEA zgłaszają swoje najlepsze projekty, które następnie oceniane są przez panel niezależnych ekspertów. Nagradzana jest najwyższa jakość systemów oraz ich integracja i instalacja.
W tym roku zgłoszono 120 projektów z 17 krajów.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Einstein Audio Components

Korzystając z zaproszenia Katowickiego RCM-u, w piękny lipcowy poniedziałek (20.07.2015r.) udałem się na przedwstępną prezentację nowowprowadzanej na nasz rynek niemieckiej marki Einstein Audio Components. Pikanterii wyprawie dodawał fakt, iż ostatnimi czasy internetowa brać audiofilska w oparciu o zasłyszane pozytywne oceny z różnych wystaw i pokazów zaczyna zgłębiać ofertę tego producenta, co będąc pewnego rodzaju dopingiem sprawiło, że nawet nie zauważyłem, jak minął czas potrzebny do pokonania ponad trzystu dzielących mnie od miejsca odsłuchu kilometrów.

Biorąc pod uwagę rangę podejmowanej decyzji dla obu zainteresowanych stron, tego dnia do Polski przyjechali konstruktor urządzeń Volker Bohlmeier wraz z zajmującą się projektami plastycznymi obudów produkowanej elektroniki małżonką Annette Heiss. Teoretycznie rzecz biorąc, sprawa była prosta – albo się podoba, albo nie, ale wrodzona dbałość Rogera Adamka o wszystkie prowadzone projekty handlowe już na starcie nakazywała bliższe obopólne poznanie swoich preferencji dźwiękowych. Możecie się zdziwić, ale ten owocny dla mnie w doznania organoleptyczne i soniczne dzień był polem bitwy pomiędzy oczekiwaniami dystrybutora, a punktem widzenia producenta, co idealnie obrazują zamieszczone w relacji fotografie. Kilka par kolumn na przemian z różną elektroniką docierały ich poglądy na wszelkie zaistniałe sytuacje dźwiękowe i zdradzę, że sielanki nie było. Panowie konsekwentnie bronili swoich okopów, jednak jak można było się domyślić, wstępnie karty zostały rozdane podczas wcześniejszych rozmów telefonicznych, a owe bezpośrednie starcie w warunkach lokalnych pomieszczeń odsłuchowych stanowiło jedynie podwaliny pod przyszłą i miejmy nadzieję dobrą współpracę. Wiadomo, bliższe poznanie swoich partnerów biznesowych pozwala rozwiać ewentualne wątpliwości obu stron.

Oceny brzmienia grających konfiguracji nie podejmuję się formułować, gdyż część odsłuchów odbywała się przy użyciu świeżo tego dnia założonej na ramię gramofonu wkładki marki Einstein – tak tak, w ofercie są również wykonywane przez Ortofona w specjalnej specyfikacji Volkera Bohlmeiera wkładki gramofonowe, a to z racji jej startowej lekkiej „martwości” grania nie pozwala na takie praktyki, ale jedno bez ogródek mogę ogłosić: „witamy RCM w świecie mojego punktu postrzegania muzykalności”. Tak więc dla zainteresowanych dzisiaj jedynie krótka lista słuchanych komponentów:
– wkładka gramofonowa „The Pickup”
– wzmacniacz zintegrowany „The Tune”
– hybrydowa stereofoniczna końcówka mocy „The Poweramp”
– monofoniczne końcówki mocy w technice OTL „The Silver Bullet OTL”
– przedwzmacniacz liniowy „The Preamp”
– phonostage gramofonowy „The Little Big Phono”  
Jednak elektronika Einsteina nie jest jedynym nowym produktem w ofercie katowickiego dystrybutora, gdyż przywiezione z wystawy w Monachium zafascynowanie właściciela salonu malutkimi, zamkniętymi amerykańskimi monitorami marki AUDIOMACHINA, poskutkowało jak tylko to będzie możliwe szybkim wprowadzeniem ich do już szerokiego portfolio RCM-u. Powiem szczerze, jak na tak małe skrzynki dostałem spore pokłady nieskrepowanej ograniczeniami konstrukcyjnymi muzykalności. Oczywiście fizyki nie da się oszukać i bas był adekwatny do gabarytów, ale prezentacja w ponad czterdziesto metrowej sali bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Kończąc tę relację, chcę podziękować gospodarzowi i przybyłym z zagranicy gościom za miłą atmosferę i życzyć im pozytywnego odbioru prezentowanych nowości sprzętowych pośród polskich klientów. Po rozmowach kuluarowych dodam również, że jest duża szansa, by jesienna warszawska wystawa wzbogaciła się o osobistą wizytę pomysłodawców marki Einstein, co dla wielu zainteresowanych może być szansą bliższego poznania w bezpośrednich rozmowach zrodzonej w głowie Pana Bohlmeiera filozofii dźwięku. Tak więc trzymajmy kciuki.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio Tekne Incorporated TEA-2000

Gdy w czasie jesiennej wystawy Audio Show w 2013 roku w Warszawie po raz pierwszy usłyszałem tak fantastycznie zawieszony w eterze przez bohatera dzisiejszej rozprawy dźwięk – przypominam o ciężkich warunkach hotelowych, gdzieś w podświadomości czułem, że to nie może być przypadek, tylko z dużą dozą pewności gotowa do dopieszczenia wrodzona umiejętność. Fakt, kontakt organoleptyczny z generującą owe dźwięki japońską elektroniką miał się nijak do możliwości sonicznych – o tym dalej, ale suma summarum prawie natychmiast zapałałem pełnią miłości do takiej prostoty, a muszę przyznać, że jestem dość oporny w procesie natychmiastowego piania z zachwytu nad wszelkimi zmianami, które w tym przypadku reprezentował szokujący kontrast wizerunkowy z posiadanym zestawem Reimyo. I chyba dopiero ten przypadek w mej przygodzie z audio z całą mocą potwierdził zasadę, że wygląd w konfrontacji z dźwiękiem staje w drugim szeregu i choć do tej pory oczywiście o tym wiedziałem, lecz nigdy nie zaznałem na własnej skórze. Naturalną koleją rzeczy jest, że był to punkt zapalny do starań o pozyskanie jakiegokolwiek produktu na testy, co nie było łatwe, a będąc szczerym powiem, nawet beznadziejnie. Jednak los chciał, bym po początkowo niezobowiązujących, przypadkowych, ale w konsekwencji bardzo owocnych w skutkach rozmowach zdobył do opisania chyba najwspanialszy z mojego punktu widzenia komponent, jakim jest phonostage. Tak tak, dla mnie to jak wygrana w totka, gdyż jestem na tyle sfokusowany na gramofon, że oddam nawet najlepsze urządzenie cyfrowe w zamian za fantastyczną przygodę z analogiem, a tutaj otrzymałem taką możliwość bez najmniejszych obwarowań. Nie przedłużając, pragnę przedstawić podstawowy w ofercie japońskiej marki Audio Tekne przedwzmacniacz gramofonowy, o dumnej nazwie Phono Equalizer Amplifier TEA-2000, który do testu dostarczyła firma Natural Sound s.r.o.

Patrząc na TEA-2000 jestem pewien, że dotychczasowe unikanie oceny jakiegokolwiek urządzenia audio w domenie zero-jedynkowej (czytaj złe/dobre) ma się nijak do procesu wyrażania swoich opinii o jego design. Nie sądzę, aby w określaniu wewnętrznego stanu ducha o testowanym urządzeniu występowały inne stany niż tylko miłość i odrzucenie, a jeśli nie wierzycie, to proszę rzucić okiem na otwierającą ten test fotkę. I powiem Wam, nie interesuje mnie jak to odbierzecie, ale ten wyglądający jak potomek starej przenośnej radiostacji phonostage stojąc w sprzeczności względem wyimaginowanej w naszych głowach miłości do piękna zabawek działu AV, swą aparycją „brzydkiego kaczątka” uwiódł mnie od pierwszego spojrzenia i choćbyście wytykali mnie palcami, nie zmienię zdania. Patrząc na bryłę naszego bohatera, widzimy posadowioną na czterech okrągłych stopach o sporej średnicy, prostokątną skrywającą układy wewnętrzne platformę nośną dla transformatorów i ukrytych w ażurowych klatkach lamp. Ciężko jest mi pozytywnie przybliżyć ten wygląd tylko na podstawie kontaktu zdjęciowego, ale gdy podczas słuchania muzyki przyglądałem się zaproponowanemu projektowi wizualnemu – będącemu rzecz jasna konsekwencją konstrukcji wewnętrznej, w mej świadomości rysował się przywoływany z młodości mocno załadowany różnymi kontenerami towarowy wagonik kolejowy z serii PIKO – być może dlatego ta natychmiastowa miłość. Front naszego TEA krocząc drogą minimalizmu, oferuje jedynie usytuowany po lewej stronie włącznik hebelkowy wraz z czerwoną diodą sygnalizującą działanie, w centralnej części nadrukowaną stylizowaną czcionką pełną nazwę urządzenia, by na prawej flance zdradzić nazwę firmy i już technicznym drukiem `oznaczenie modelu. Tylny panel przyłączeniowy z racji przystosowania do dwóch rodzajów wkładek MC – do 10 Ohm i do 100 Ohm uzbrojono w podwojone terminale wejściowe i wyjściowe oznaczone jako LOW i HIGH, zacisk uziemienia przy złączach wejściowych i gniazdo zasilania. Niestety bohater testu nie oferuje żadnych przełączników regulacyjnych, skazując się tym posunięciem na lekkie ograniczenie grupy docelowej, ale jak wiadomo często inne niż zalecane obciążenia zaskakująco dobrze wpływają na efekt końcowy takich połączeń, dlatego nie skreślałbym go z listy potencjalnych kandydatów do odsłuchu. Całości postrzegania organoleptycznego dopełnia kolorystyka, która jawi się nam jako mariaż grafitu i wpadającego w szarość niebieskiego. Jak widać, mamy typowy hołubiący znanej chyba wszystkim prawdzie produkt: „jak najmniej się da, byleby nie za mało”, co w swych założeniach ma prawie każdy pomysłodawca urządzenia, jednak w dalszym procesie powstawania różnie to wychodzi. Na zakończenie tego akapitu przywołam jeszcze jedną ważną dla wielu konstruktorów sprzętu audio i kontynuowaną tutaj maksymę: „najlepszy kondensator w torze to taki, gdy go nie ma”, to u nieco wtajemniczonych w tym temacie czytelników napięcie przed-testowe powinna sięgać zenitu. Tak, projekt zatytułowany TEA-2000 w torze sygnałowym nie posiłkuje się tymi uważanymi za samo zło komponentami, a jak te dwie powtarzane jak mantra na spotkaniach DIY-owców i konstruktorów i wprowadzone tutaj w życie teorie mają się do rzeczywistości, postaram się opowiedzieć w dalszej części testu.

W momencie wpinania Japończyka w swój tor, wiedziałem, że przejście z tranzystorowej Therii na lampę przyniesie sporo zmian, ale bałem się, że pójdą one w nieakceptowanym przeze mnie kierunku. Co prawda miałem już kilka wspaniałych lampowych phonostage’y na testach, jak Ayon SpherisAsthetix, czy ModWright i było fantastycznie, niemniej jednak, zanotowałem – co prawda wyjazdowo, ale zawsze – również kilka porażek, dlatego w oparciu o takie doświadczenia nie przewidywałem wyniku przed występami, czekając na pierwsze dźwięki. Na szczęście, gdy tylko winda pozwoliła wkładce płynnie osiąść na czarnym placku, wróciły wspominane we wstępniaku chwile z hotelu Jan III Sobieski z 2013 roku, tylko o zdwojonej mocy. To nawet w najbardziej optymistycznych założeniach przed-odsłuchowych wydawało mi się niemożliwe, ponieważ takiej rozdzielczości, jak do tej pory nie udało mi się osiągnąć z żadnym przedwzmacniaczem bez względu na półkę cenową, włącznie z tranzystorowymi. Jak to się objawiło? Po przesiadce na obecne kolumny z uwagi na zastosowanie papierowych przetworników cały czas odczuwam cos na kształt delikatnej nosowości grania, która jest jakby pochodną materiału użytego na membrany, dlatego przyjmuję to jako ich wartość dodaną, gdy tymczasem okazało się, że wizyta Audio Tekne w moim zestawieniu całkowicie zdjęła ten nalot z dźwięku. Oczywiście brzmienie nadal niosło ze sobą szkołę głośników z celulozy, ale pełną witalności, swobody i oddechu. Co ciekawe, taka prezentacja nie wysycała dodatkowo tak wynoszonego przez audiofilów pod niebiosa „czarnego tła”, które oczywiście również jest istotną składową dźwięku – przypominam jednak, że przesadnie wykreowane powoduje pewną zabijającą eteryczność muzyki sztuczność, tylko zwiększała niczym nieskrępowany spokój, rozdzielczość i dynamikę odtwarzanej muzyki. Nagle poczułem, że ktoś nie próbuje czarować mnie na siłę mówiąc: „jaki to jestem fantastyczny”, tylko niezobowiązująco proponuje: „zobacz, ja bez napadania i zmuszania do pochwał dam Tobie tak ważną dla jakości dźwięku nieprzebraną ilość informacji, ale okraszę je nieco barwą, muzykalnością i dźwięcznością, fundując tym sposobem oddech zmysłom analizującym dźwięk, pozwalając skupić się na pięknie muzyki”. I powiem Wam, ja to kupuję. Przyznam się szczerze, w nomenklaturze bokserskiej był to cios poniżej pasa – w dobrym tego słowa znaczeniu. Aby nieco przybliżyć me spostrzeżenia, posłużę się kilkoma płytami, jednak nie chcąc zamęczać wiecznie obecnym w testach Antonio Forcione, choć jest fenomenalnym krążkiem testowym, na tapetę wziąłem duet Ray Brown & L. Almeida z materiałem „Moonlight Serenade” z serii ”AUDIOPHILE LEGENDS”. Teoretycznie wydaje się, że dwa dla wielu nudne instrumenty (kontrabas i gitara) nie mogą pokazać wyrafinowania odtwarzającej je elektroniki, tymczasem jest to bardzo dalekie od prawdy, gdyż to właśnie kontrabas swoim brzmieniem często obnaża niedoskonałości systemu, jawiąc się na scenie jako wszechobecna bliżej nieokreślona plama dźwięku. W tej kompilacji z lokalizacją nie ma problemu – mamy dwóch artystów, ale dźwięczność strun z fantastycznym pakietem mikro-detali w oparciu o wzmocnione pudłem rezonansowym wibracje powietrza pokazują, jak można poradzić sobie z dolnymi rejestrami nawet w zaskakująco szybkich pasażach, bez efektu zlewania się poszczególnych szarpnięć, nie gubiąc przy tym najdrobniejszych informacji. Produkt Audio Tekne mimo lampowego rodowodu poradził sobie z tym materiałem na tyle wyśmienicie (konturowość i szybkość reakcji na szarpanie strunami), że aby przeskoczyć nad tak wysoko zawieszoną poprzeczkę, przy typowaniu konkurenta trzeba dorzucić jeszcze spory worek dukatów, jednak boję się, że możemy wówczas zbytnio zbliżyć się do prezentacji cyfrowej, a według mnie nie do końca o to w tej zabawie chodzi.
Kolejnym krokiem próbującym obalić początkowe zafascynowanie TAE-2000 była rejestracja koncertu Kena Vandermarka  w krakowskim klubie Alchemia zatytułowana „THE VANDERMARK 5 FOUR SIDES TO THE STORY”. Te, jak dla mnie fantastyczne, a dla co po niektórych bliżej nieokreślone szaleńcze, niemające ze sobą związku frazy muzyczne w wolnych kawałkach czarowały zawieszonymi w przestrzeni różnorodnymi przeszkadzajkami, by w nawałnicy kłębiących się w pozornym nieładzie partii instrumentalnych pełnego składu dać mi ich w pełni czytelną lokalizację. To było również bardzo owocne w duchowe przeżycia spotkanie z wirtuozem free-jazzowego saksofonu (K. Vandermark) , gdyż ten niepozornie wyglądający Japończyk z teamu Audio Tekne wespół ze swoimi rodakami ze stajni Reimyo podczas solowych popisów front mena (sax i klarnet) dali pokaz oddania prawdy o budulcu stroika i ilości wzmacnianych przez dalsze części owych instrumentów dźwięków. Wszelkie przedmuchy, szumy, czy powolne warkoty wybrzmiały z dotąd nieosiągalnym w moim systemie realizmem, do dnia dzisiejszego nie dając mi o sobie zapomnieć. Oj, po rozstaniu przez jakiś czas będzie ciężko.
Z uwagi na fakt mego przekonania o istnieniu „duszy” w testowanym urządzeniu i co za tym idzie zbędności kalających takiego wirtuoza prób z materiałem sztucznych dźwięków – myślę o komputerach tworzących owe ciągi nutowe, oficjalne spotkanie postanowiłem zakończyć wyśmienicie zrealizowaną trzypłytową produkcją Linn Records – „Messiah” Georege’a Friderica Handela. Szczerze? To był „Palec Boży”. Osadzona w nieco ciemniejszej niż ze stacjonującej na co dzień Therii barwie wybrzmiewająca z pełnych płuc wokalistyka korespondując ze wspierającym ich instrumentarium, posadowili mnie w podobno uważanym za najlepszy piątym rzędzie tego koncertu, pozwalając jedynie na chwilowe przerwy podczas zmian strony każdego z trzech krążków. Końcowe wnioski z tej pozycji to:
– wręcz idealne budowanie sceny w głąb i szerz w projekcji 3D,
– właściwa i bez zbędnego nadmuchiwania w celach przypodobania się słuchaczowi wysokość i czytelność zawieszenia dźwięków pomiędzy kolumnami,
– i chyba najistotniejsze, czyli swoboda wybrzmiewania całości, co było słychać od momentu wpięcia opisywanego phono w tor, by w dalszym procesie zabawy tylko to zgłębiać.
I nie był bym sobą, gdybym tego co usłyszałem u siebie, nie spróbował zweryfikować w zajmującym całkowicie przeciwległy biegun prezentacji dźwięku systemie znajomego. Nie chodziło mi o potwierdzenie fantastyczności grania, choć to i tak wyszłoby samoistnie, tylko czy efekt oddechu i zwiększenia mikro-dynamiki nie spowodowało nieznaczne przesunięcie ciężaru grania ku górze. U siebie nic takiego nie zauważyłem, ale konfrontacja z już operującym w jak dla mnie tych stanach zestawie – spokojnie właściciel zna moją opinię na ten temat, pozwalała ugasić niepewność, będącej wynikiem pokory z dających czasem nieoczekiwane wyniki kilkunastoletnich doświadczeń w zabawie w audio. Z przyjemnością uspokajam, że przedstawiciel z kraju kwitnącej wiśni potwierdził wysoką klasę i usłyszaną w mych okowach namacalność, wielowarstwowość wybrzmień i barwę bez zbędnych sztuczek przeniósł w kolejny bardzo różniący się od mojego świat audio-układanki, mocno zbliżając ów generujący muzykę zestaw do mych preferencji, bez problemu przekonując również właściciela do takiego sposobu podania muzyki.

Nie wiem, jak zakończyć ten test. Teoretycznie mimo sporego doświadczenia zbyt mocno dałem się pozytywnie zaskoczyć, ale tak w duchu chciałbym doznawać podobnych miłych niespodzianek przez cały recenzencki czas. To oczywiście jest groźnie dla portfela, ale patrząc z drugiej strony, przyszliśmy na świat po to, by czerpać z życia pełnymi garściami. Czy można lepiej? Przeglądając ofertę marki, widać, że to jest dopiero pierwsze jej słowo, a już potrafi pokazać się z tak fantastycznej strony. Swoboda, nienarzucanie się, wręcz granie dla siebie wraz z nienachalną propozycją przyłączenia się do zabawy, są tylko ułamkiem wspomnianych zalet. Czy dla każdego? Tutaj niestety wkracza wiele czynników do których trzeba dojrzeć. Zapewniam, że zdecydowana większość z Was pnąc się ku górze w edukacji analogowej, postawi na – z mojego punktu widzenia jest to zrozumiałe, gdyż sam przez to przeszedłem – wiecznie angażujące słuchacza, dlatego fantastyczne „łał”. Jednak, gdy po osiągnięciu w miarę zdroworozsądkowego szczytu jakości grania, jeśli poziom 20 tysięcy € można uznać za zdroworozsądkowy, ale nie zaglądajmy ludziom do portfeli, nadmierne zmuszanie do zaangażowania w spektakl muzyczny choćby w podświadomości zrodzi u Was pytanie: „my dla niej, czy ona dla nas?”, nie będzie innej alternatywy, tylko tak jak w moim przypadku Audio Tekne.

Jacek Pazio

Dystrybucja: NATURAL SOUND s.r.o.
Cena: 20 000 €

Dane techniczne:
Wejścia: MC 10 lub 100 Ω
Maksymalny sygnał wejściowy: Phono Low 25 mV rms, Phono High 85 mV rms
Sygnał wyjściowy: 1,6 V rms (std), 11 V rms (max)
Wejścia/Wyjścia: niezbalansowane (RCA)
Zgodność z krzywą RIAA: +/- 1 dB (30 Hz… 15 kHz)
Zużycie energii: 70 VA
Wymiary: 445 x 170 x 155 mm
Waga: 12 kg

System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

ŁÓŻKOTEKA na Placu Wolności, niepokorne Konfrontacje, warsztaty filmowe oraz koncert muzyki eksperymentalnej!

Jubileuszowa edycja TRANSATLANTYK Festival to nie tylko 8 festiwalowych dni w Poznaniu oraz Mobilne Kino Škody w wakacyjne weekendy w Wielkopolsce! W piątek, 31 lipca na poznański Plac Wolności, pod nową nazwą i w jeszcze ciekawszej formule, powróci jeden z największych hitów festiwalu – Kino Łóżkowe. Organizatorzy wspólnie z Grupą Human Touch zapowiadają w tym roku ponad 2 tygodnie atrakcji od rana do bladego świtu w aż 50 łóżkach. ŁÓŻKOTEKA będzie bawiła, karmiła, edukowała i integrowała Poznaniaków i festiwalową publiczność w każdym wieku do połowy sierpnia, zmieniając centrum miasta w miejsce tętniące letnimi aktywnościami. Podczas tegorocznego Transatlantyku warto także zarezerwować sobie czas na seanse niepokornej sekcji KONFRONTACJE, warsztaty filmowe i spotkania z uznanymi twórcami z Polski i zagranicy oraz na koncert muzyki eksperymentalnej.
ŁÓŻKOTEKA i Mobilne Kino ŠKODY to dwa najważniejsze projekty TRANSATLANTYK Festival 2015, które ożywią w tegoroczne wakacje przestrzeń Poznania i 18 miast Wielkopolski. Filmowa ŠKODA Yeti wyruszyła w trasę już 3 lipca, odwiedzając do tej pory mieszkańców 6 miejscowości. W najbliższy piątek, 17 lipca o g. 22:00 zawita z pokazem „Buntownika z wyboru” do Parku Zamkowego w Szamotułach, a w sobotę z filmem „Druga Ziemia” do Łazienek Obornickich w Obornikach. Natomiast najnowszy projekt festiwalu – Łóżkoteka, , przygotowany wspólnie z Meble VOX, Concordia Design oraz uczelniami Grupy Human Touch,, zainauguruje swoją działalność w Poznaniu w ostatnim dniu lipca.

ŁÓŻKOTEKA NA PLACU WOLNOŚCI, czyli „Rzeczy, które chcielibyśmy robić w łóżku!”

Śniadanie do łóżka, czytanie w łóżku i wykłady w łóżkach. Randka w łóżku, sesja w łóżku i zabawy dla dzieci – oczywiście też w łóżku! Takie atrakcje przygotowali w tym roku dla mieszkańców Poznania oraz festiwalowej publiczności organizatorzy Transatlantyku. Na Placu Wolności, dzięki współpracy z firmami Meble VOX, Porta i Kronopol, powstanie wyjątkowa Łóżkoteka, czyli 50 wygodnych łóżek z baldachimami i ekranami. Głównym punktem programu będzie oczywiście 38 seansów Kina Łóżkowego. W ciągu dnia zaplanowano jednak dodatkowo szereg innych, równie interesujących atrakcji dla dzieci, młodzieży i dorosłych, przygotowanych przez programerów Transatlantyku, Concordia Design oraz Uniwersytet SWPS, Collegium Da Vinci i School of Form.

Łóżko nie służy tylko do spania. Tę oczywistą prawdę od lat promujemy wspólnie z Piotrem Voelkelem, założycielem Mebli VOX i Grupy Human Touch – twierdzi Jan A.P Kaczmarek, twórca i dyrektor TRANSATLANTYK Festival. – Dlatego w tym jubileuszowym roku wspólnie ożywimy poznański Plac Wolności nowym konceptem – Łóżkoteką. Już tydzień przed oficjalnym rozpoczęciem festiwalu, do dyspozycji mieszkańców Poznania i turystów oddamy jeszcze bardziej imponujące Kino Łóżkowe. Będziemy w nim nie tylko wyświetlać ambitne kino głównego nurtu, ale także edukować, bawić i karmić widzów w każdym wieku.
Od 1 do 14 sierpnia na Placu Wolności w Poznaniu poza plenerowymi projekcjami filmowymi będzie można wziąć udział w następujących wydarzeniach: łóżkowych wykładach w ramach filaru Edukacja&Inspiracje, wysmakowanych produkcjach pierwszej i jedynej łóżkowej restauracji „Concordia Taste – Śniadania, Lunche i Kolacje do łóżka”, grach i zabawach dla dzieci według scenariusza animatorów Concordia Design, słuchowiskach dla dzieci i dorosłych ze zbiorów NInA, Audioteka.pl i Sound Tropez Studios, indywidualnej lekturze książek filmowych z Wydawnictwa Wojciech Marzec, scenach łóżkowych, czyli łóżkowej sesji fotograficznej realizowanej przez SQM Studio oraz randkach w łóżku, czyli romantycznych kolacjach pod baldachimem.

Wykłady w Łóżkotece poprowadzą wykładowcy Uniwersytetu SWPS i Collegium Da Vinci, znani dziennikarze, blogerzy, projektanci, specjaliści ds. komunikacji, kulturoznawcy, seksuolodzy i psychologowie. Wśród nich znajdą się m.in.: dziennikarz muzyczny Piotr Metz, krytyk filmowy Wiesław Kot, dziennikarz TVN Jarosław Kuźniar, prof. Mirosław Filiciak – medioznawca i redaktor kwartalnika „Kultura Popularna”, historyk sztuki Katarzyna Andrzejczyk-Briks, jeden z najbardziej wpływowych blogerów Andrzej Tucholski, trener, pisarz i autor filmów dokumentalnych Marcin Fabjański, kulturoznawca Marcin Adamczyk oraz seksuolodzy Katarzyna Waszyńska i Robert Kowalczyk. W ciągu dnia organizatorzy zapraszają także wszystkich chętnych do „łóżkowego biura”, które zapewni komfortowe warunki do pracy i darmowy dostęp do Wi-Fi.

Szczegółowy program Łóżkoteki będzie dostępny na stronie internetowej Transatlantyku w zakładce Kino oraz Edukacja & Inspiracje. Sprzedaż biletów na seanse Kina Łóżkowego w cenie 30 zł/ łóżko (dla maksymalnie 4 osób) rozpocznie się wkrótce na stronie www.ebilet.pl. Pozostałe atrakcje na Placu Wolności – z wyjątkiem dań serwowanych przez festiwalową restaurację – są bezpłatne i otwarte dla wszystkich mieszkańców Poznania oraz festiwalowej publiczności.

FILM – jeszcze bardziej niepokorne Konfrontacje!
Niepokorne, wymykające się gatunkowym szufladkom, prowokujące do dyskusji – oto filmowe Konfrontacje na jubileuszowym Transatlantyku! W tym roku wybrane przez festiwalowych programerów obrazy nie skupią się wyłącznie na konfliktach społecznych, lecz przeniosą uwagę widzów także na konfrontacje człowieka z… samym sobą.

Poznańska publiczność w ramach tej sekcji po raz pierwszy w Polsce zobaczy dwa tytuły: epicki dokument „Iracka odyseja” oraz fabułę „Skala szarości”. Pierwszy z nich przybliży widzom portret Irakijczyków na emigracji, w drugim zobaczymy natomiast historię 35-letniego mężczyzny, który prowadzi idealne – w oczach innych – życie, zupełnie nie mogąc się w nim odnaleźć. Hitem cyklu ma szansę stać się angielski obraz „Bridgend”, który zdobył w tym roku 4 nagrody na festiwalach filmowych w Tribece i Göteborgu. Film przeniesie nas do małego, podobnego do serialowego Twin Peaks miasteczka, które zalała fala samobójstw.

W „Mojej chudej siostrze” poznamy natomiast dwie szwedzkie nastolatki, z których jedna boryka się z poważnym problemem anoreksji. „Blind” to z kolei dramat młodej kobiety, która utraciwszy wzrok musi zmierzyć się z demonami własnej wyobraźni. „W Twoich ramionach” opowiada o nieuleczalnie chorym człowieku, który szuka towarzysza podróży do Szwajcarii na zabieg eutanazji. Po filmie w CK Zamek odbędzie się spotkanie z udziałem Wiktora Osiatyńskiego oraz osoby duchownej. W sekcji Konfrontacje widzowie zobaczą w tym roku jeszcze jeden dokument: efektowne „Pixadores” – rzecz o młodych artystach graffiti z brazylijskiej faveli.

EDUKACJA & INSPIRACJE – warsztaty filmowe i spotkania nie tylko dla profesjonalistów!
Na kolejne bezpłatne warsztaty i panele organizatorzy Transatlantyku zapraszają wszystkie osoby zainteresowane kulisami przemysłu filmowego w Polsce i na świecie. Podczas tegorocznej edycji Jarosław Barzan, zdobywca Złotych Lwów za najlepszy montaż filmów „Warszawa” i „Pół serio”, 3-krotnie nominowany do Polskich Nagród Filmowych Orły za montaż „Bogów”, „Lejdis” i „Pitbulla”, poprowadzi warsztat „Montaż filmowy – rzecz o twórczej organizacji czasu i przestrzeni w filmie”. W trakcie spotkania zapozna słuchaczy z procesem montażu w filmie fabularnym, jego wpływem na ostateczny kształt dzieła filmowego oraz rolą montażysty jako współtwórcy filmu. Warsztat będzie miał charakter wykładu ilustrowanego materiałami filmowymi, które pokażą rozwój montażu filmowego oraz techniki i sposoby używane do zorganizowania czasu i przestrzeni filmowej. Opis działań montażowych, mających na celu uzyskanie zamierzonego efektu w odbiorze filmu, oparty zostanie na takich produkcjach jak „Bogowie”, „Disco Polo”, „Lęk Wysokości” i „Lejdis”.
Kolejną ciekawą propozycją w programie edukacyjnym będzie warsztat polskiej reżyserki, scenarzystki i producentki Ewy Pytki, która przybliży uczestnikom festiwalu zagadnienie developmentu filmowego. Development filmowy to rozwój projektu filmowego od pomysłu po „dopięcie” budżetu i złożenie pakietu filmowego, czyli dopracowanego scenariusza (z zabezpieczonymi prawami), budżetu filmu oraz umów koprodukcyjnych, inwestorskich (czasem także dystrybucyjnych). W ramach warsztatu Ewa Pytka odpowie na pytania: kim jest scripts doctor i konsultant scenariuszowy, jakie umiejętności są niezbędne do owocnego pitchingu projektu i jak je zdobyć, aby pozyskać wsparcie nadawców telewizyjnych, koproducentów, dystrybutorów i agentów sprzedaży. Opowie także, jak zaplanować wstępne koszty produkcji („budżetowanie”), jak znaleźć źródła finansowania dla developmentu oraz jak dokonać wyboru pomiędzy koprodukcją krajową a międzynarodową.

TRANSATLANTYK Festival to wyjątkowa okazja do spotkań z uznanymi twórcami ze świata filmu i muzyki. Swoją obecność na jubileuszowej edycji potwierdzili kolejni goście. Poznańska publiczność będzie mogła poznać w tym roku m.in. Johna Debney’a, amerykańskiego kompozytora muzyki filmowej, nominowanego do Nagrody Akademii Filmowej za pracę przy filmie Mela Gibsona „Pasja”. Zdobywca kilkunastu prestiżowych nagród, w tym wielu statuetek Emmy, stworzył muzykę do takich obrazów jak m.in.: „Wyspa Piratów”, „Inspektor Gadżet”, „Król Skorpion”, „Bruce Wszechmogący”, „Evan Wszechmogący” czy „Predators”.

Do Poznania na festiwal przyjedzie także Curt Sobel, znany w Hollywood przede wszystkim jako jeden z topowych montażystów dźwięku, ale doceniany również jako kompozytor, producent muzyczny i music supervisor. Jego dorobek obejmuje filmy: „Ryzykowny interes”, „Oficer i dżentelmen”, „Ray”, „Ultimatum Bourne’a”, „Get on Up” i „Fantastyczną Czwórkę”. Sobel współpracował z największymi sławami świata muzyki i filmu: Francisem Fordem Coppolą, Georgem Lucasem, Robertem DeNiro, Jodie Foster, Princem, Ray’em Charlesem, Keithem Richardsem, Mickiem Jaggerem, Jamiem Foxxem, Santaną czy Cher.

Wśród festiwalowych gości znajdzie się również Shaune Harrison z Wielkiej Brytanii, jeden z najwybitniejszych charakteryzatorów i specjalistów makijażu protetycznego. Pracował przy największych produkcjach przygodowych, fantasy i sci-fi ostatnich lat, m.in. przy serii filmów o Harrym Potterze, „Avangers: Czas Ultrona”, „Kapitanie Ameryka”, „Gwiezdnych wojnach: Mrocznym widmie”, „World War Z” czy „Kodzie Leonarda da Vinci”. W Poznaniu pojawi się także mieszkający w Polsce szwedzki reżyser i operator Magnus von Horn, którego pełnometrażowy debiut „Intruz” miał swoją premierę na tegorocznym festiwalu w Cannes. Natomiast ze Stanów Zjednoczonych przyjedzie Patrick Kennelly, interdyscyplinarny artysta, który pracuje nad filmami, klipami, tworzy performance oraz pokazy sztuk wizualnych.

MUZYKA – Koncert muzyki eksperymentalnej!
Festiwal TRANSATLANTYK od samego początku jest otwarty na różne, często bardzo odległe od muzyki filmowej nurty muzyczne. W poprzednich latach uczestnicy mogli posłuchać m.in. niezwykłego koncertu takich ikon sztuki eksperymentalnej jak Yoko Ono i Thurston Moore czy hiszpańskiego muzyka Felipe Ugarte, grającego na tradycyjnym baskijskim instrumencie perkusyjnym – txalaparcie. W tym roku organizatorzy zapraszają na wyjątkowe wydarzenie towarzyszące – „Koncert muzyki eksperymentalnej”. 14 sierpnia w Klubie LAS na Garbarach zagra m.in. Adam Gołębiewski, perkusista i improwizator, który 2 lata temu towarzyszył Yoko Ono i Thurstonowi Moore’owi na Transatlantyku, podczas ich jedynego w Polsce performance w Auli UAM w Poznaniu.

W ramach wydarzenia zaplanowano koncerty pięciu wyjątkowych artystów, prezentujące różne oblicza polskiej i amerykańskiej muzyki eksperymentalnej i improwizowanej. Wspomniany już Adam Gołębiewski tworzy abstrakcyjne, gęste faktury perkusyjne. Amerykański kompozytor Michael Esposito zgłębia dźwiękowe zjawiska EVP, ujawniając ukryte w muzyce elektronicznej głosy i treści. Jego rodak David Dove wypowiedź muzyczną opiera na akustycznej i elektronicznie przetwarzanej grze na puzonie. Poznaniak Łukasz Szałankiewicz aka Zenial koncentruje się na analogowym brzmieniu interferencji elektromagnetycznych. Natomiast Patryk Daszkiewicz aka Demonszy operując szumem i sprzężeniami zwrotnymi buduje repetytywną tkankę muzyczną. Koncert muzyki eksperymentalnej rozpocznie się w piątek o g. 21.00, a bilety będą do nabycia w cenie 10 zł.

Kolejne informacje o programie TRANSATLANTYK Festival 2015 będą pojawiać się sukcesywnie na stronie www.transatlantyk.org oraz na profilu www.facebook.com/Transatlantyk.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bryston BP26 & 4B SST2

Opinia 1

Kiedy w styczniu b.r. testowaliśmy z Jackiem streamer i DACa Brystona o jakże poetyckich nazwach BDP-2 & BDA 2 powoli przygotowywaliśmy plany dłuższej serii poświęconej dzielonym amplifikacjom, w której przedstawicieli tego kanadyjskiego producenta po prostu nie mogło zabraknąć. Jednak chyba nikomu nie musimy tłumaczyć, że plany planami a życie i tak pisze swój własny scenariusz, więc zanim się zorientowaliśmy nastało lato. Całe szczęście w tzw. międzyczasie udało nam się ruszyć z ww. projektem i przez naszą redakcję przewinęły się między innymi „dzielonki” Abyssounda (ASP-1000 + ASX-1000), Pass Laboratories (XP-30 + XA 100.8), Vitusa (SL – 102 & SM – 011), czy Classe (Sigma SSP + AMP2). Wybierając kandydatów do kolejnego testu pomyśleliśmy zatem o nie dość, że całkiem rozsądnie, jak na nasze standardy, wycenionym, to jeszcze akceptowalnym pod względem wagowo – gabarytowym zestawie Brystona pod postacią przedwzmacniacza BP26, oraz końcówki mocy 4B SST2.

Stylistyka Brystonów stanowi połączenie audiofilskiego minimalizmu i studyjnej – profesjonalnej solidności, o czym między innymi świadczy możliwość zamówienia wersji przystosowanych do montażu w klasycznych rackach i nieodzownych w przypadku końcówek masywnych uchwytów. Zarówno przedwzmacniacz BP26, jak i dedykowany mu (zdolny obsłużyć cztery urządzenia równocześnie) zewnętrzny zasilacz MPS-2 ulokowano w bliźniaczych pod względem gabarytów, niewielkich, jeśli chodzi o głębokość, a przy tym spokojnie kwalifikujących się na miano slim obudowach. Oczywiście wyznaczone im funkcje determinują wygląd przednich i tylnych płaszczyzn, ale unifikacja i dopasowanie do siebie obu komponentów jest niezaprzeczalne. Ze względu na jednoznaczność przeznaczenia zacznę zatem od zasilacza MPS-2 mogącego pochwalić się jedynie umieszczonymi w lewym rogu finezyjnie wyciętą nazwą firmy i tuż pod nim wykonanymi już w standardowej technice nadruku symbolem modelu, oraz funkcją urządzenia, Z prawej strony znajduje się hebelkowy włącznik główny wraz z zieloną diodą informującą o stanie pracy zasilacza. Na ścianie tylnej z trudem udało się zmieścić cztery wielopinowe wyjścia zasilające z dedykowanymi im terminalami triggerów, oraz główne gniazdo zasilające IEC.
Przedwzmacniacz to już zupełnie inna para kaloszy. Pod podobnie usytuowanym, co w module zasilającym grawerunkiem logotypu umieszczono hebelkowe selektory trybu pracy (Tape/Source), oraz phonostage’a (MM/MC). W dalszej kolejności do swojej dyspozycji użytkownik otrzymuje trzy solidne, toczone gałki odpowiedzialne za wybór źródła sygnału, balans i wzmocnienie a całość zamykają wyjście słuchawkowe i kolejne dwa przełączniki polaryzacji, oraz wyciszenia (mute). Choć na papierze, może wydawać się, że taka ilość manipulatorów, gałek i hebelków rozmieszczona na tak niewielkiej powierzchni powoduje lekki natłok wrażeń, to w praktyce, co mam nadzieję potwierdzają załączone zdjęcia wszystko jest w jak najlepszym porządku i o nijakim ścisku, czy wręcz chaosie nie może być mowy. Powiem więcej – nie dość, że wszystko jest na swoim miejscu, to już po chwili spokojnie Bryston daje się obsługiwać praktycznie z zamkniętymi oczami, a jeśli komuś nie w smak spacery zawsze może posiłkować się dostępnym jako opcja systemowym pilotem BR-2.  
Niejako przy okazji i całkowicie mimochodem okazało się również, że od warszawskiego dystrybutora otrzymaliśmy nie standardową, czyli „gołą” wersję BP26, lecz wzbogaconą o płytkę przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC, „wypasioną” BP26MC. Ów „wypas” widać szczególnie na ściance tylnej, która bogactwem przyłączy dorównuje niemalże amplitunerom kina domowego i … ilości bakalii w bożonarodzeniowych keksach. Całe szczęście Kanadyjczycy oprócz standardowych gniazd RCA (4 wejścia liniowe, phono i pętla magnetofonowa / dwa wyjścia) zdecydowali się na pełnowymiarowe XLRy (dwa wejścia/jedno wyjście) a nie jak np. w Restku Editorze mini XLR-y, z którymi bez odpowiednich przejściówek za bardzo nie wiadomo co zrobić.
Ciekawy a zarazem prosty zabieg wzorniczy zastosowano natomiast w stereofonicznej końcówce mocy 4B SST2, gdyż płaszczyznę jej masywnego frontu wykonanego z grubego płata szczotkowanego aluminium przedzielono poziomym wyżłobieniem sprawiającym wrażenie optycznej izolacji części górnej z wygrawerowanym logotypem od dolnej z włącznikiem przyozdobionym jednocześnie nazwą modelu. Całości dopełniają dwie diody informujące o stanie pracy końcówki. Mocno ponacinana płyta górna i spełniające rolę ścian bocznych potężne radiatory dają dość jasno do zrozumienia, że wewnątrz prózno szukać audiofilskiego powietrza a mając na uwagę studyjny dorobek Brystona podawane wartości co do oddawanej mocy lepiej traktować ze śmiertelną powagą.
Poważnie też wygląda ściana tylna, gdyż oprócz wejść w standardzie RCA i XLR umieszczono przypisane im stosowne przełączniki wyboru, siły wzmocnienia, oraz jeden dodatkowy odpowiedzialny za mostkowanie układów wyjściowych i transformację 4B SST2 w 900 W bestię. Niestety całe pozytywne wrażenie psują terminale głośnikowe, które choć solidne i naprawdę porządnie wykonane nad wyraz niechętnie przyjmują nawet standardowych rozmiarów widły, co nad wyraz skutecznie podnosi mi ciśnienie i psuje dobry humor. Mniejsza jednak z tym. Koniec końców kable głośnikowe udało mi się podłączyć i …  z głośników popłynęły pierwsze takty muzyki.

Nie ukrywam, że po dzielonym zestawie Brystona spodziewałem się wiele, więc już na dzień dobry poprzeczkę ustawiłem na odpowiednio wysokim poziomie i zamiast prowadzić Kanadyjczyków za rączkę przez krainę łagodności już na początek zaserwowałem im istny tor przeszkód i survival w jednym. Jednak ordynarne łojenie, jak to czasem mam w zwyczaju, zastąpił repertuar zdecydowania bardziej finezyjny i wysublimowany, czyli „Beethoven: The Triple Concerto in C” (Oistrakh, Rostropovich, Richter, von Karajan, Berlin Philharmonic Orchestra). Wielki aparat orkiestrowy, potężne tutti i konieczność zachowania pełnej przejrzystości i selektywności to nie przelewki a dokładając do tego wierność prawidłowych barw naturalnych instrumentów robi się naprawdę ciężko. Całe szczęście Brystony potraktowały dostarczony im materiał z właściwym sobie pragmatyzmem i nic od siebie nie dodając, nie upiększając, czyli po prostu interpretując, zajęły się li tylko wzmocnieniem i prawidłowym wysterowaniem moich kolumn. Zero czarowania, puszczania oka do publiki i nawet najmniejszych prób stosowania zagrań znanych z „cywilnego” Hi-Fi, czy High-Endu. Próżno więc szukać w ich graniu gęstej i lepkiej, iście karmelowej słodyczy wysokich tonów, soczystej i gorącej średnicy, czy obezwładniającego i przepotężnego basu tam, gdzie ich po prostu nigdy nie było. W zamian za to dostajemy prawdę o nagraniu, rejestracji a przede wszystkim muzyce, jakiej w danym momencie słuchamy. Z tego typu estetyką po prostu trzeba się oswoić, zrozumieć, że mamy możliwość połączyć egzystujące z reguły rozdzielnie dwa światy – świat Pro-audio i rynku konsumenckiego. Kiedy tylko uświadomimy sobie powyższy dogmat będzie nam nie tylko łatwiej, lecz przede wszystkim otworzą się przed nami nowe horyzonty. Czemu? Powód jest nader prozaiczny, gdyż używając możliwie zgodnej/zbieżnej z tą studyjną, elektroniki we własnych czterech ścianach, w pewien sposób minimalizujemy wpływ poszczególnych etapów produkcji i reprodukcji na efekt końcowy. O czymś podobnym wielokrotnie rozmawiałem z producentami mającymi w swojej ofercie zarówno produkty przeznaczone na rynek profesjonalny, jak i do użytku domowego. Ich marzeniem, celem jaki im przyświeca jest to, by dokonując realizacji a następnie wykonując działania masteringowe wiedzieć co usłyszy u siebie nabywca danego krążka. Utopia? Niekoniecznie. Raczej przyszłość i to miejmy nadzieję nie tak odległa. Wystarczy wspomnieć projekt MQA (Master Quality Authenticated) Meridiana.
Wróćmy jednak do kanadyjskiej elektroniki, która przede wszystkim gra rzetelnie a to w obecnych czasach wcale nie tak często spotykana cecha. Niezależnie czy będziemy karmić ją wielką symfoniką, klimatycznym jazzem („Vägen” Tingvall Trio), czy thrashem („Submission For Liberty” 4ARM) za każdym razem usłyszymy ni mniej, ni więcej, lecz dokładnie to, co na danym nośniku zostało zarejestrowane a zmiany, czy odejście od neutralnego punktu zero osiągnąć możemy jedynie poprzez dobór odpowiedniego okablowania i komponentów towarzyszących. Mamy zatem równą charakterystykę tonalną, demokratyczne równouprawnienie każdego z podzakresów i precyzję w budowaniu sceny godną dożywotniego vouchera na najlepsze miejsca w La Scali. Oby tylko realizatorzy stanęli na wysokości zadania, bo zamiast prapremiery „Il Trovatore” możemy nieopatrznie załapać się na czarno-biały senas „Disco Polo” w gminnym ośrodku kultury pamiętającym czasy tow. Gierka.
Skoro do testów otrzymaliśmy wersję BP26 z zaimplementowanym układem przedwzmacniacza gramofonowego nie mogłem odmówić sobie przyjemności podpięcia pod dedykowane terminale równolegle z Kanadyjczykami testowanego gramofonu Transrotor Dark Star Silver Shadow wyposażonego w prostą wersję 9” ramienia S.M.E M2 i wkładkę Phasemation P-3G. O ile w przypadku większości tego typu układów za sukces można uznać fakt, że w ogóle grają, tzn. są w stanie wzmocnić słabowity sygnał z wkładki na tyle, żeby z głośników popłynęły jakieś dźwięki, to w przypadku modułu Phono zasadnym jest uznanie go za w pełni wartościowy i bardzo okazyjnie wyceniony upgrade wersji bazowej przedwzmacniacza liniowego. Jest to moim zdaniem istotna informacja dla osób mających dość coraz bardziej rozbudowanych o peryferyjne urządzenia systemów a jednocześnie poszukujących wysokiej klasy brzmienia i wygody obsługi a właśnie to Brystona cechuje. Bez przełączników, ustawiania i walki z materią otrzymujemy skończone rozwiązanie „out of the box”, czyli prosto z pudełka, które wystarczy wypakować, podpiąć do swojego gramofonu i słuchać, słuchać, słuchać.
Jeśli w tym momencie liczyli Państwo na bardziej euforyczne opisy charakterystyki brzmieniowej to muszę niestety Was rozczarować. Podobnie jak w przypadku wejść liniowych, oraz samej końcówki, barwa, soczystość i przysłowiowa namacalność reprodukcji zależeć będzie w równej mierze od … nagrania, jak i kompletnego układu zwanego gramofonem. Bez trudu jednak będzie można usłyszeć potencjał drzemiący w tym anachronicznym formacie i samemu ocenić, czy era cyfrowa okazała się progresem i krokiem w dobrą stronę. Osobiście uważam jednak, że jeśli tylko ktokolwiek rozważa możliwość zakupu podstawowej wersji BP26 a następnie na własną rękę prowadzić poszukiwania odpowiedniego phonostage’a, to powodzenia w znalezieniu w tej cenie godnego kontrkandydata szczerze mu życzę. Pomijając fakt konieczności zaopatrzenia się w dodatkowe interkonekty, przewody zasilające i generalnie dopasowanie tak soniczne, jak i elektryczne z posiadanym systemem może się udać, ale tylko może. A moduł Phono w Brystonie po prostu jest i działa, tak, że zamiast szukać dziury w całym lepiej usiąść w fotelu i spędzić miło czas z ulubionymi nagraniami.

Już na zakończenie chciałbym jeszcze zwrócić Państwa uwagę na jedną rzecz. Otóż wspominana przeze mnie rzetelność i liniowość stanowiące priorytet w brzmieniu tytułowych Brystonów wcale nie oznaczają bezdusznej analityczności, czy technicznego – laboratoryjnego, antyseptycznego perfekcjonizmu. Są wręcz ich zaprzeczeniem. Jakże inaczej można bowiem interpretować ich dążenie do pokazania słuchaczowi jak najwierniejszej oryginałowi reprodukcji poprzez własną transparentność i niemalże całkowitą nieobecność w torze? Oczywiście bez trudu można znaleźć na rynku konkurencję grającą ładniej, czy bardziej efektownie. Pytanie tylko, czy na takie podkolorowywanie prawdy godzimy się świadomie, czy też dajemy się po prostu mamić. Z Brystonami BP26 i 4B SST2 nie ma miejsca na tego typu zabiegi, jest za to miejsce na prawdę. Prawdę, która Was wyzwoli.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Amare Musica Aspiriaa
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Końcówki mocy: Air Tight ATM-211
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Stosunkowo niedawno miałem okazję zakosztować próbki umiejętności generowania dźwięku przez prezentowaną dzisiaj manufakturę. I choć słowo „manufaktura” z racji wielkości produkcji nie jest najszczęśliwszym określeniem, to jeśli coś już na dość niskich, jak na high-endowe aspiracje, poziomach cenowych proponuje stosunkowo dobry dźwięk, taki zwrot z mojej strony jawi się jako coś nietuzinkowego. Za potwierdzenie mojego przychylnego nastawienia niech świadczy fakt miłego zaskoczenia podczas kontaktu z całkowicie obcą mi materią streamingu w postaci playera plików złożonego z cyfrowego odtwarzacza BDP-2 i przetwornika cyfrowo-analogowego BDA-2. Wierni czytelnicy zapewne wiedzą, że moja prawdopodobnie dla większości audiofilów ignorancja nowych formatów jest pokłosiem osobistych preferencji obcowania z muzyką w domenie analogowej – z płytą winylową, lecz nie odrzucając całkowicie nowinek, staram się co jakiś czas skreślić kilka zdań na temat grania z plików. Ale zostawmy tamten epizod i przejdźmy do teraźniejszości. Po pozytywnym odbiorze wspomnianego plikograja przyszedł czas na wzmocnienie. Jak zapewne większość z Was wie, kanadyjska marka Bryston, bo o niej dzisiaj będzie mowa, clou swej działalności kieruje na profesjonalny rynek muzyczny, ale na szczęście stara się zaspokajać również potrzeby bractwa kochającego dobrej jakości dźwięk w domowym zaciszu, oferując kilka linii produktów dla melomanów. Tak więc, zapraszam na spotkanie ze wzmocnieniem tytułowego Brystona w postaci dzielonego przedwzmacniacza (z urządzenia wydzielono osobny zasilacz) BP26/MSP-2 i końcówki mocy 4B SST2. Niestety oznaczenia nie brzmią zbyt optymistycznie, ale po cichu zdradzę, że mimo bezduszności nazewniczych ciągów cyfrowo-liczbowych owych komponentów moje spostrzeżenia ze spotkania z nimi leżą raczej na przeciwległym biegunie.

Biorąc pod uwagę rodowód przybyłej na spotkanie przy muzyce elektroniki, to co zagościło w moich progach, zdawało się przeczyć przynależności do rodziny, gdzie główny nacisk kładziony jest na wytrzymałość i solidność działania w studiach i na koncertach, a nie umizgiwanie się swą aparycją do wiecznie niezadowolonego audiofila. Gdy wypakowałem i ustawiłem na docelowym miejscu te teoretycznie proste, ale w kontakcie bezpośrednim bardzo dobrze wyglądające skrzyneczki, okazało się, że designem śmiało mogą konkurować z moim Japończykiem. Oczywiście nie ma co się oszukiwać, Reimyo ma kilka znacząco podnoszących postrzeganie wizualne drobiazgów, jednak suma summarum wygląd w starciu z jakością prezentowanego dźwięku teoretycznie nie powinien mieć szans – przynajmniej tak jest w teorii. Niestety wiemy, że życie często weryfikuje takie prawdy objawione i podprogowo zmusza producentów do zaproponowania przynajmniej strawnego projektu swoich wyrobów, czemu w tym przypadku z pełną świadomością ulegli panowie z Kanady. Kreśląc kilka zdań o aspekcie wizualnym produktów zza wielkiej wody, zacznę od mocarnej z racji oddawanych Wattów stereofonicznej końcówki mocy. 4B SST2 jest nieco mniejsza od mojego KAP-777, jednak w stosunku do bardzo niskich brył dzielonego pre jawi się jako kawał pieca. Srebrny, wycięty z grubego płata drapanego aluminium front został zgrabnie podzielony na dwie równe części przez biegnące w poprzek półkoliste podfryzowanie, w którym mniej więcej na środku projektanci osadzili diody informujące nas o działaniu urządzenia. Nad wspomnianymi diodami znajdziemy jeszcze logo marki, a pod nimi włącznik inicjujący działanie. Z racji oddawanej sporej dawki energii, górny płat obudowy dla celów chłodzenia grawitacyjnego jest mocno ażurowy, a boki to sporej wielkości radiatory. Tylny panel jest typowym dla końcówki dawcą wejść RCA i XLR, pojedynczych terminali głośnikowych, wejścia IEC i głównego włącznika. Przedwzmacniacz w ramach dbałości o obrabiane przez niego sygnały otrzymał osobny umieszczony w takich samych gabarytów obudowie jak on zasilacz. Niestety, ich widok niemal natychmiast wskazuje na rodowód firmy. Niskie i panele frontowe przypominają o montażu w rakach systemowych, ale spokojnie, to tylko ogólne utarte projekcje myślowe, a nie rzeczywistość, a ja prawdopodobnie złośliwie się czepiam. Panowie spod znaku klonowego liścia zadbali o nasze dobre stosunki z żonami i zaproponowali ładną obróbkę górnych i dolnych krawędzi paneli przednich, resztę obudowy wykańczając w czarnym lakierze. Wspomniane fronty z uwagi na całkowicie różne zadania są inaczej wyposażone. I tak, zasilacz oprócz wyciętego logo na lewej flance, może pochwalić się jeszcze hebelkowym włącznikiem i zielona diodą z prawej strony, resztę pozostawiając jako bez-ornamentową oazę spokoju z drapanego aluminium. Serce, czyli samo pre, mniej więcej w środkowej części rozlokowało trzy sporej wielkości okrągłe gałki, z których lewa jest selektorem wejść, środkowa balansem, a prawa głośnością. Dla zachowania spokoju wizualnego, na obu zewnętrznych krawędziach znalazły się po dwa podobnie zaimplementowane rozdzielone diodą i przypisane do odpowiednich funkcji (na pokładzie jest pełnoprawny phonostage MM/MC) przełączniki. Nie można również nie wspomnieć, że jako dodatek dla nocnych marków nasz przedwzmacniacz oferuje jeszcze gniazdo słuchawkowe. Tylne ścianki opisywanych produktów podobnie do wyposażenia z przodu oferują stosowne do wykonywanych czynności przyłącza. Zasilacz może pochwalić się aż czterema wielopinowymi gniazdami z życiodajnym prądem dla kilku urządzeń i wejściem IEC, a przedwzmacniacz baterią wejść i wyjść w standardach RCA i XLR, wejściem phono i gniazdem magistrali prądowej. Jak widać, dostarczony do testu zestaw pre-power jest dość dobrze wyposażonym we wszelkiego rodzaju przyłącza setem, a to tylko potwierdza solidność podejścia inżynierów do wielofunkcyjności w wydawałoby się nieznaczącym epizodzie w ich pracy, jakim jest „cywilny” rynek konsumencki.

Pierwszy szlif w moich stosunkach z tytułową marką miałem w znanym chyba już wszystkim klubie KAIM. Zawsze gdy zabieram tam coś ze sobą, często jako koła ratunkowego używam stacjonującego u mnie okablowania. Tym razem było podobnie, z tą tylko różnicą, że nie wpinałem ich w tor na starcie, stawiając tezę zbyteczności w starciu ze sprzętem pochodzenia profesjonalnego. Tam podobno żadne audio woo-doo się nie sprawdza, to dlaczego miałem kopać się z koniem i na siłę coś udowadniać. Niestety, gdy po podłączeniu zestawu popłynęła muzyka, okazało się, iż dostarczone w komplecie „komputerowe” sieciówki nie dają rozwinąć skrzydeł elektronice, generując sporo szorstkości i kanciastości w dźwięku. Jako, że miałem ze sobą set ratunkowy, sprawę dość szybko opanowaliśmy, ale w natłoku dobrych chęci nieco przedobrzyliśmy. Chodzi mianowicie o fakt zastosowania zbyt mocno osadzonych w barwie jak dla Brystona w zestawieniu klubowym łączówkach RCA marki Acoustic Zen. Ten ruch zafundował nam przesłodzenie, ale użycie dyżurnego KAIM-owego, dość szczupłego kabla pozwoliło szybko uporać się z tym drobnym problemem i nastał okres smakowania dobiegającej do naszych uszu muzyki. Puenta? Naprawdę drobne i jak na warunki klubowe trochę ograniczone ruchy kablowe pozwoliły pokazać drzemiący w gościach potencjał. Oczywiście to był tylko pozytywny przedbieg przed maratonem pod tytułem „test w okopach Japończyków”, dlatego zapraszam teraz wszystkich na kilka zdań o tym, jak Kanadyjczycy o mało mówiących dla niewtajemniczonych audiofilów nazwach spisali się w nieco trudniejszym starciu.

Cóż, Bryston to nieco inne niż Reimyo podejście do dźwięku. Brzmienie nastawione jest raczej na równowagę tonalną, co w bezpośrednim starciu skutkowało lekkim przesunięciem tonacji o oczko wyżej. Przepięcie się na testowany zestaw, radykalnie zmniejszyło ilość niższej średnicy, nieco ochładzając przekaz muzyczny i w konsekwencji zwiększając w nim udział wysokich tonów. To z pewnością może się podobać i nie mówię, że dla mnie było źle, ale wokalistyka, która jest moim konikiem nieco straciła na uroku, podnosząc nieznacznie ilość syczących zgłosek. Co ciekawe, mimo całej operacji zbliżania się do neutralności, projekcja dźwięku na basie dostała jednak nieco sterydów, kilka razy przypominając mi o problemach lokalowych, gdy grałem trochę głośniej niż zazwyczaj. Ale jak powiedziałem, takie przeniesienie środka ciężkości w górę, przy dociążeniu dolnych rejestrów, będąc poszukiwanym kąskiem dla wielu melomanów i ich systemów, również w kilku moich krążkach testowych dało dobry efekt doświetlenia i osadzenia w dole prezentowanej sceny muzycznej. Tak więc, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Najwięcej pozytywów doszukałem się w akustycznym jazzie, który radośnie rozbrzmiewającymi blachami i różnymi przeszkadzajki fanie wypełniał mój pokój odsłuchowy. Owszem było trochę chłodniej, ale czy blachy zawsze muszą mieć złoty kolor? Ja na co dzień wolę jednak trochę żółtego kruszcu, ale to jest tylko moja fanaberia, która dla kogoś innego może być wypaczeniem rzeczywistości. I nie piszę tych słów jako obronę takich, czy innych gustów, tylko jako relację, co oferuje testowany system. A czy to się komuś podoba, należy ocenić samemu. Ja mam zdać rzetelną relację. Koniec kropka. Idąc dalej tropem budowania spektaklu muzycznego, chcę pochwalić bohaterów spotkania za dobre rozlokowanie artystów tak w wektorze szerokości, jak i głębokości sceny muzycznej. Może nie były to hektary głębi, ale panowie ze stojących za sobą formacji nie stąpali sobie po piętach. O tym, jak wspomniane aspekty wypadły w konkretnym repertuarze, dzisiaj nie będę się rozpisywał, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności na swoją kolej w poczekalni przed-testowej oczekiwały fantastyczne szwedzkie kolumny Marten DJANGO XL i mając do dyspozycji całkowicie inne konstrukcje, grzechem byłoby ich nie sprawdzić  – moje są wysoko skuteczne (90dB) w oparciu o głośniki papierowe i tubę, a Marteny (89 dB) mogą pochwalić się aluminium (bas) i ceramiką (środek i góra).

To starcie zaowocowało nieco lepszym wypełnieniem średnicy, ale niestety za sprawą sporej obecności wyższego basu – widać, że trzy przetworniki mają sporo do powiedzenia. W tym podejściu również nieco lepiej wypadły wysokie tony, delikatnie uspokajając sybilanty w muzyce wokalnej. Oczywiście nadal występowały, ale inny głośnik wysokotonowy reprodukował je zdecydowanie przyjaźniej dla ucha. Ogólnie rzecz biorąc, druga odsłona testu Brystona pokazała, że nie do końca po drodze mu z celulozą. Patrząc jednak z perspektywy całego testu, obie próby miały swoje plusy i minusy, co tylko potwierdza starą zasadę prób na własnym organizmie sprzętowym i co ważne repertuarowym. Innym niebagatelnym i trzeba przyznać potwierdzającym wcześniejsze obserwacje z ISIS –ami punktem podczas napędzania DJANGO XL był rozmach generowanej sceny, a pokusiłbym się nawet o lekki uprzywilejowanie jej w tym drugim starciu. Czy to za sprawą podkolorowania średnicy, bardziej obecne głosy ludzkie zwiększały iluzję jej głębokości? Nie wiem, ale jedno jest pewne, to był bardzo owocny sparing.

Podczas mojej przygody w reprodukcji głosów ludzkich wolałem Marteny, ale reszta muzyki ciekawiej wypadała na Trennerach. Jak widać, zwycięzcy w kategorii kolumn nie ma, ale oceniany zestaw pre – power udowodnił, że tylko od Was zależeć będzie estetyka grania całości zestawionego z nim seta, gdyż na przykładzie dwóch przywołanych wcześniej konstrukcji pokazał, iż nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i co zlecicie mu napędzić, zrobi to bez najmniejszych problemów. Najważniejsze, aby przetworniki reprezentowały Waszą szkołę grania, resztę pozostawiając jemu.

Jacek Pazio

Dystrybucja: MJ AUDIO LAB
Ceny:
Bryston BP26 – 3 160 CAD netto
Bryston MPS-2 – 1 870 CAD netto
Bryston 4B SST2 – 5 670 CAD netto
Bryston Phono – 1 590 CAD netto (opcja)
Bryston BR-2 – 430 CAD netto (opcja)

Dane techniczne:
BP26
Pasmo przenoszenia:20 Hz-20 kHz +/- .05 dB
Maksymalne napiecie wyjściowe:15 V RCA, 30 V XLR
Zniekształcenia THD: <0.0015% / 3 V
Czułość wejściowa: XLR: 1.00 V, RCA: 500 mV
Wejścia: 2 pary XLR, 4 pary RCA + 1 para RCA phono
Wyjścia: 1 para XLR, 2 pary RCA
Wymiary (S x W x G): 43.18 cm x 5.7 cm x 28 cm
Waga: 5.62 kg

4B SST2:
Moc wyjściowa: 2 x 300 W/ 8Ω; 500 W/ 4Ω
Wzmocnienie: 29dB = 28.28V/V, 23dB = 14.14V/V
Input Impedance: tryb stereofoniczny: RCA ≈ 60kΩ, XLR ≈ 20 kΩ; tryb zmostkowany: RCA ≈ 15kΩ, XLR ≈ 10kΩ
Odstęp sygnał/szum: < 0.005% 20Hz – 20kHz @ 300W/8 W
                              < 0.007% 20Hz – 20kHz @ 500W/ 4 W
Współczynnik narastania: > 60 V/ms
Współczynnik tłumienia: > 500 @ 20 Hz, ref. 8 Ω
Wymiary:
– wersja 19” z uchwytami (S x G x W): 48.3 cm x 40.6 cm x 16 cm
– wersja 17” (S x G x W): 43.2 cm x 37.6 cm x 16 cm
Waga: ok.28.6 kg
Pobór mocy:2 kanały @ 300W/8 Ω: 1280 W

 System wykorzystywany w teście:
– Cd : Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”, MARTEN DJANGO XL
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP, Hijiri „Milion” Ultrahigh fidelity Signal Cable, Furutech Reference III
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA