Opinia 1
Kiedy w czerwcu testowaliśmy pięcioelementową (preamp był trzyczęściowy) amplifikację w składzie XP-30 i XA 100.8 gdzieś tam podświadomie czuliśmy, że na kolejną „dzielonkę” przyjdzie nam chwile poczekać i prawdę powiedziawszy uzbroiliśmy się w stosowną dozę cierpliwości, bo a nóż widelec los będzie łaskaw i ześle nam parkę XA200.8. Traf jednak chciał, że zamiast palety (to taka zbita z nieoheblowanych desek konstrukcja nośna zazwyczaj obsługiwana tzw. paleciakiem) A-klasowych monstrów przybył do nas … wzmacniacz zintegrowany, ale za to nie byle jaki, gdyż INT-250 jest najmocniejszą integrą, jaką Pass Laboratories ma w swoim portfolio.
Pass INT-250 jest jak na integrę duży, bardzo duży i widać, że Amerykanie wzięli sobie głęboko do serca odpowiednie wzorce z czasów, gdy na drogach królowały muscle cary a na ringu Mike Tyson. Czy się to komuś podoba, czy nie w audio, podobnie jak w innych dziedzinach naszej egzystencji jakość i ilość generowanej mocy jest wprost proporcjonalna do masy ją wytwarzającej. Oczywiście nie należy zapominać o „eco” D-klasie, ale … bądźmy szczerzy. Na pewnych pułapach cenowo – jakościowych Waty mają być rasowe, z „trana” lub szklanej bańki i już. Dlatego też 250-ka nie dość, że wymiarami zbliża się do 80W A-klasowej końcówki Abyssound ASX-2000, z którą dziwnym trafem nie możemy się rozstać (test wkrótce) to wagowo ją o blisko 5 kg. przebija. Big toy 4 big boy (duża zabawka, dla dużego chłopca)? Zdecydowanie.
Ponad centymetrowej grubości płat szczotkowanego aluminium zdobi centralnie umieszczony, podświetlony na błękitno charakterystyczny bulaj okolony anodowanym na czarno pierścieniem. Po jego lewej stronie znalazło się miejsce na niewielkie prostokątne okienko skrywające dwuznakowy wyświetlacz informujący o ustawionej w danym momencie głośności, za co z kolei odpowiada poręczna, w porównaniu z bryłą wzmacniacza, toczona gałka.
W niewielkiej odległości od dolnej krawędzi poprowadzono równoległe do niej podfrezowanie, w którym ulokowano sześć przycisków – po lewej stronie włącznik i cztery odpowiedzialne za wybór źródła a po prawej za wyciszenie.
Ściany boczne szczelnie pokryte są radiatorami, które już po kilkunastu minutach osiągają całkiem zauważalna temperaturę. Zawdzięczają to małemu prezentowi, jaki sprawił wszystkim nabywcom producent w postaci pierwszych 15W oddawanych w czystej klasie a co w pewien sposób wyjaśnia obecność nie tylko zewnętrznego ożebrowania, ale i temperatury roboczej wynoszącej 53 °C.
Tylna ściana po prostu nie może się nie podobać, choć … może jeszcze zachwycać, ale skoro w obu przypadkach doznania są bezsprzecznie pozytywne, to nie będziemy z tego powodu rozpaczać. Pomijając solidne uchwyty, bez których przenoszenie 250-ki byłoby nie tyle problematyczne, co bolesne, do dyspozycji mamy zdublowane – dostępne zarówno w postaci RCA, jak i XLR wyjścia liniowe przeznaczone do przesłania sygnału do drugiego systemu, subwoofera, albo kolejnej końcówki w celu bi-ampingu, cztery pary wejść RCA, oraz dwie pary XLRów dublujących wejścia oznaczone jako 1 i 2. Zgodnie z instrukcją należy pamiętać o tym, że właśnie przy nich używać można tylko jednego typu połączeń, czyli albo XLR, albo RCA. Nigdy jednocześnie obu. Kolejne kilka uwag należy się świetnym terminalom głośnikowym produkcji Furutecha, które choć pojedyncze oddalone są od siebie na tyle, że nawet montaż wyposażonych w haki Vovoxów Textura Fortis nie powinien powodować wzrostu tętna. Całości dopełniają włącznik główny, gniazdo zasilania i zacisk uziemienia.
Odsłuchy rozpocząłem od klasyki, lecz zamiast na przystawkę poczęstować Passa czymś lekkostrawnym sięgnąłem od razu po „Rhapsodies” pod Stokowskim. Spodziewając się lekko ocieplonego i podanego z iście hollywoodzkim rozmachem stylu gry rozsiadłem się wygodnie w fotelu i … bardzo szybko zmuszony byłem zweryfikować swoje wcześniejsze oczekiwania. Co prawda dynamika podczas orkiestrowych tutti niemalże urywała tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, lecz nijakiej gigantomanii ani tym bardziej karmelowo – miodowego dosłodzenia i ocieplenia dźwięku nijak doszukać się nie mogłem. OK. pomyślałem, widocznie ten typ tak ma i choć zarówno w salonie dystrybutora, jak i u Jacka lekkiego życia nie miał, to może kilkunastominutowa przejażdżka go zahibernowała. Z drugiej jednak strony zanim przystąpiłem do krytycznych odsłuchów nie dość, że dałem mu kilka dni na zaaklimatyzowanie, to jeszcze praktycznie przez cały czas stał sobie cwaniak pod prądem i plumkał niezobowiązująco w tle z radia internetowego. Dla pewności ww. albumu wysłuchałem dwukrotnie i summa summarum doszedłem do wniosku, że nawet na „małego misia” na basie nie ma co liczyć. Patrząc z perspektywy urządzeń, które zdążyły przewinąć się przez mój system 250-ka przejawiała cechy wspólne zarówno dla transparentnego i niemalże pozbawionego własnego charakteru Vitusa RI-100, jak i nieograniczonej wręcz swobody potężnych końcówek mocy w stylu Abyssounda ASX-1000 czy Moona EVO 870A. Porównując jednak Passa do podobnych mu superintegr jak Moon 600i, Trilogy 925, czy Accuphase E-600 bez trudu dało się wychwycić zdecydowanie większą neutralność i transparentność. To było granie niezwykle zbliżone do ortodoksyjnej i minimalistycznej końcówki Tellurium Q Iridium 20 II, lecz po pierwsze zbudowane na nieporównywalnie swobodniejszym zakresie dynamiki i oczywiście pozbawione ograniczeń natury ergonomicznej.
Pod względem temperatury barwowej spokojnie możemy uznać, że 250-ka trafiała idealnie w punkt, czyli ani nie ocieplała ani nie ochładzała brzmienia, dzięki czemu modelowanie efektu finalnego systemu, w którym się znajdzie zależeć będzie wyłącznie od tego, z czym ją zepniemy. Niby oczywista oczywistość, ale bez trudu każdy z nas jest w stanie wymienić co najmniej kilka urządzeń, które niezależnie gdzie i jak wepniemy i tak zdominują, za wszelką cenę będą starały się zaznaczyć swoją obecność. Podobnie jest z detalicznością i rozdzielczością Passa, które nie dość, że idą ze sobą w parze, to w dodatku ani myślą odchodzić nawet na krok od niemalże laboratoryjnych wzorców. Myślicie Państwo, że zaczyna pachnieć prosektorium, jodyną i innymi specyfikami, których nut można doszukać się w naszym ulubionym Ardbegu? No to jesteście w błędzie. Nic z tych rzeczy. Przecież w mroźny, zimowy i bezchmurny poranek patrząc na ośnieżone alpejskie szczyty nie zastanawiają się Państwo, czy przypadkiem nie widać „za dobrze” i „za dużo”. Po prostu widać wszystko. Tak jak siedząc w 5 rzędzie w filharmonii jesteśmy w stanie objąć wzrokiem zarówno całą orkiestrę, jak i skupić się na poczynaniach poszczególnych instrumentalistów, tak też swoją prezentację prowadził Pass. Mieliśmy bowiem dostęp zarówno do widoku ogólnego dającego nam wyobrażenie o ogromie aparatu wykonawczego, jak i w dowolnym momencie mogliśmy wyłuskać wśród symfoników konkretnego muzyka i przez resztę koncertu śledzić jego partie niezależnie od tego, w którym rzędzie przypadało jego miejsce. Nie ma się z resztą czemu dziwić, gdyż podobnie jest w fotografii – dysponując zdjęciem o odpowiednio dużej rozdzielczości możemy bez widocznej utraty jakości wyodrębnić jego fragment – wycropować.
Nawet na gęstych i pozornie monotonnych nagraniach, do jakich niewątpliwie należy „Anastasis” Dead Can Dance, które do tej pory najdelikatniej rzecz ujmując nie zachwycało zróżnicowaniem najniższych składowych Passowi udało się całkiem zgrabnie spiąć niesforne, impresjonistyczne subsoniczne plamy w sensowną całość i nadać im realne i zdefiniowane kontury. Owa kontrola i niezwykła zwięzłość fenomenalnie sprawdziły się na iście epickim soundtracku „Colin Frake On Fire Mountain” do … e-booka o tym samym tytule. Rozpiętość dynamiki zachwycała, skoki natężenia dźwięku od lirycznych treli po ryk zdolny kruszyć mury następowały z taką natychmiastowością i łatwością, że spokojnie można było pod tym względem 250-kę przyrównać do potężnych monobloków, bądź stereofonicznych końcówek mocy za co najmniej dwukrotność ceny, jaką żąda za tytułowego bohatera producent. Na zdecydowanie bardziej naszpikowanej elektroniką ścieżce dźwiękowej „Captain America: The Winter Soldier” autorstwa Henry Jackmana dodatkowo do głosu doszła łatwość łączenia, zespalania w homogeniczną całość brzmień naturalnych z tymi wygenerowanymi wyłącznie w wyobraźni kompozytora i reprodukowanymi przy użyciu syntezatorów. Po prostu nie czuć było żadnej niespójności, czy wzajemnych animozji pomiędzy domeną analogową i cyfrową. Wszystko wzajemnie się przeplatało tworząc typowe dla współczesnych hollywoodzkich kompozycji multikulti.
Również generowana scena przybierała cechy godne rasowego kameleona i zmieniała się co i rusz, czyli co album i co pomysł na jej kreowanie lansowany przez konkretnego realizatora. Jako przykład proponuję włączyć „Jazz at the Pawnshop” Arne Domnérusa, by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenieść się z domowego zacisza do za przeproszeniem gwarnego i pełnego dokonujących konsumpcji bywalców pubu w Sztokholmie. Lepiej zatem do odsłuchu nie zasiadać w samej bieliźnie i choćby dla zachowania pozorów przyzwoitości narzucić na siebie jakiś niezobowiązujący tużurek a będziemy mieli pewność, że gdziekolwiek by nas Pass nie przeniósł i tak będziemy wyglądali lepiej niż Hugh Hefner paradujący w szlafroku. A co do króliczków … cóż, o towarzystwo płci pięknej trzeba było zadbać odpowiednio wcześniej. Po prostu trudno doszukiwać się w Passie jakiejkolwiek maniery, czy próby narzucania własnego charakteru, gdyż im dłużej go słuchałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że projektując go Amerykanie postawili na ponadczasowy projekt przysłowiowego „druta ze wzmocnieniem” i uparcie do niego dążyli.
Pomimo konieczności wstępnej redefinicji oczekiwań w stosunku do Passa INT-250 uczciwie muszę przyznać, że jest to jedna z niewielu konstrukcji nad wyraz umiejętnie łącząca niezwykłą rozdzielczość i transparentność z szeroko rozumianą muzykalnością. Cóż to oznacza dla zwykłego nabywcy? Otóż nie mniej, ni więcej, tylko że mamy do czynienia z wprost wymarzonym wzmacniaczem dla recenzenta łączącym zdolność podkreślenia i wyekstrahowania zmian wprowadzanych przez pozostałe elementy toru, jak i nieodbierającym zwykłej, jakże ludzkiej przyjemności z obcowania z ulubioną muzyką. Pech jednak chciał, że akurat w trakcie testu nie dysponowałem wymaganą kwotą i wzmacniacz niestety wrócił do dystrybutora. Jeśli jednak dla Państwa wydatek rzędu 46 kPLN nie jest straszny gorąco zachęcam do odsłuchów najmocniejszej integry Passa, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa może się okazać, że zamiast inwestycji nie tylko pieniężnej, ale i przestrzennej, w przypadku dowolnego wzmocnienia dzielonego, do pełni szczęścia wystarczy wam to tytułowe „maleństwo”.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000, AVM P1.2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i, Harmonix Hiriji „Milion”
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Rozpoznawalność pośród klientów, lub choćby sam fakt zaistnienia w ich głębokiej podświadomości buduje się na wiele sposobów. Jedni stawiają na design, inni na charakterystyczność brzmienia ,a czasem bywa tak, że sam konstruktor w ramach ukłonu w stronę frakcji DIY bierze czynny udział w procesie budowania „klonów” i udostępnia schematy swoich starszych konstrukcji, przez co zyskuje na popularności wśród coraz większej rzeszy amatorów lutownicy. I gdy pozornie może to wydawać się groźnym dla marki zjawiskiem, to w rzeczywistości widzę w tym raczej dobry ruch marketingowy, aniżeli próbę podkopywania podstaw swojego bytu. Przecież od dawien dawna wiadomo, iż diabeł tkwi w szczegółach i nawet najwierniejsza kopia z racji użycia innych już nie mówię o samych wartościach, ale nawet producentów poszczególnych komponentów mocno oddala efekt końcowy od oryginału, bez względu na osobisty wkład wykonawcy. Jednak sam fakt powstawania takich konstrukcji wielu potencjalnym nabywcom daje wyraźny znak, że dany brand z racji niniejszego zainteresowania wart jest co najmniej posłuchania we własnym systemie, a o to chyba wszystkim producentom chodzi. Jak widać na załączonym obrazku, do najbardziej popularnych i wydawałoby się jedynych skutecznych technik zabiegania o klienta (design i brzmienie) spokojnie możemy dorzucić integrowanie się z miłośnikami muzyki na poziomie procesu tworzenia przez nich urządzeń, by w konsekwencji zaistnieć w świadomości zdecydowanie szerszej rzeszy audiofilów. Tutaj chciałbym wtrącić słowo wyjaśnienia, by skreślony przed momentem wywód potraktować jako moją luźną dygresję, a nie oficjalne stanowisko firmy. Po tym wstępie już chyba nikogo nie muszę uświadamiać co do nazwy dzisiejszego bohatera, gdyż na usta, ups, klawiaturę cisną się jakże wiele mówiące dwa słowa PASS LABORATORIES. Tak więc zapraszam wszystkich na spotkanie z amerykańską myślą techniczną w postaci zintegrowanego wzmacniacza INT-250 wspomnianego producenta, którego dystrybucją zajmuje się warszawski Audio Klan.
Jak wygląda Pass? A jak myślicie? Z moich osobistych kontaktów sądzę, że jak na konstrukcję zza wielkiej wody normalnie, czyli w porównaniu z resztą świata jest zawsze duży i może pochwalić się słuszną wagą. I powiem szczerze, to co postawiłem na platformie przed moim systemem, będąc zdecydowanie większym i cięższym od posiadanej końcówki Reimyo nie odbiegało od przywołanego amerykańskiego standardu, uświadamiając mi to występującymi nieco później bólami kręgosłupa. Ale do rzeczy. Design dzisiejszej konstrukcji utrzymany jest w głównym nurcie minimalizmu. Patrząc na wykonany z grubego płata aluminium front jako pierwsze naszym oczom ukazuje się centralnie umieszczone fantastycznie, bo delikatnie podświetlone na niebiesko okrągłe oczko wskaźnika oddawanej mocy. Na prawo od niego znajdziemy gałkę wzmocnienia sygnału, a z lewej strony numeryczny wyświetlacz zadanej wartości sygnału wyjściowego. Nieco poniżej wspomnianych dodatków wykonano półkoliste podfrezowanie, w którym osadzono okrągłe guziki funkcyjne z zaimplementowanymi tuż nad nimi maleńkimi diodami. Przechodząc ku tyłowi z lotu ptaka w newralgicznych punktach konstrukcji widzimy ażurowe kanały wentylacji grawitacyjnej i monstrualne, zajmujące całe boki radiatory. Tylny panel bez specjalnego często nikomu nie potrzebnego szaleństwa oferuje nam zestaw wejść i wyjść standardzie XLR i RCA, pojedyncze terminale głośnikowe, gniazdo zasilania, włącznik główny i nieco ułatwiające życie podczas procesu logistyki uchwyty. Jak można zauważyć, spokój z frontu z bez utraty kompatybilności z resztą komponentów naszej układanki z dużym sukcesem przeniesiono na resztę bryły, co bardzo pochwalam, gdyż przerost formy nad treścią raczej nikomu nie służy, generując jedynie zbędne koszty produkcyjne.
Przygodę z PASS-em rozpocząłem od wizycie w klubie KAIM, gdzie dzięki zróżnicowaniu gustów słuchaczy zawsze mam pełną paletę opinii, które często mają się nijak do usłyszanej u siebie konfrontacji z systemem odniesienia. I powiem szczerze, że gdy targam tam jakieś nieznane bliżej, lub niemające za sobą tak wiele pochlebnych opinii na świecie urządzenia, nie obawiam się o wynik końcowy, jednak pewnego rodzaju, jakby na to nie patrzeć, ikona dźwięku w razie porażki mimo sporego osłuchania może ustawić również mój punkt widzenia. Na szczęście jeśli ktoś swoją obecnością na rynku solidnie zapracował na pozytywną rozpoznawalność, nie musi się obawiać nawet o takie krótkie, bo czterogodzinne sparingi. Konkluzja spotkania? Przejście na klasę AB nie spowodowało większych strat w jakości dźwięku, jawiąc się jedynie jako nieco chłodniejszą w odbiorze niż dotychczasowe kontakty z czystą klasą A. Co ważne, przy znanych całej Polsce problemach z podbiciem basu w pomieszczeniu na poziomie 50 Hz (tak, całej Polsce, gdyż klub często występuje w moich zmaganiach audio i nie raz o tym wspominam) nie odczuliśmy najmniejszych negatywnych artefaktów dolnego zakresu, wyraźnie pokazując, że konstruktor wie o co w tej zabawie chodzi. Przeczesując pamięć z tego spotkania stwierdzam, że jedynym niezbyt poważnym i nawet nie zarzutem tylko niuansem, pod którym i ja mimo, że nie robię tego zbyt często, spokojnie mógłbym się podpisać, był ów zbyt chłodny jak na PASS-a dźwięk. Wszystko było ok., ale wydawało się, że wszystkie płyty nagrywane były, jak to powiedział jeden z klubowiczów na Półwyspie Skandynawskim, a nie, jak jesteśmy przyzwyczajeni na Apenińskim. Jednak to było to pewnego rodzaju zderzenie tego, co pamiętamy z wieloletnich doświadczeń z tym, co marka oferuje teraz i nic więcej.
Gdy 250-ka rozsiadła się na stoliku w moi pomieszczeniu, naładowany pozytywnym odbiorem KAIM-owego spotkania osobisty test zacząłem od wysokiego C. Z jednej strony chciałem potwierdzenia tamtych wniosków, a z drugiej pewnie podświadomie, ale na pewno nie złośliwie miałem nadzieję coś wytknąć. I tak. Przyglądając się prezentacji wirtualnej sceny, dostałem może nie tak rozbudowany jak mam na co dzień, jednak nadal bardzo obszerny w szerz i głąb spektakl muzyczny. Dźwięk mimo umiejętnego unikania degradacji basu w klubie był wyraźnie gęstszy, uśredniając tym sposobem zarys konturu muzyków i ich instrumentów, ale bez najmniejszych problemów mieściło się to w tak hołubionej przeze mnie estetyce nasyconego grania, co skrupulatnie wykorzystywały kompilacje wokalistyczne. Potwierdzeniem radości z takiego wypełnienia była płyta Jonhna Pottera z aranżacją twórczości Monteverdiego. Wokal aż kipiał od pożądanych krągłości, jednak każdy kij ma dwa końce i przy nader fantastycznie wypadających frazach wokalnych, bardzo ważny w tej realizacji pogłos wielkiej kubatury nie oddawał pełnej ilości informacji o sobie. Ale proszę się nie zrażać, gdyż po pierwsze trzeba wiedzieć, jak to brzmi w najlepszym odtworzeniu, a po drugie, nie wymagajmy nawet od topowej integry ze środka całej oferty, by grała na poziomie kilkukrotnie droższego zestawu dzielonego. Gdzieś muszą być wprowadzające zróżnicowanie w jakości dźwięku kompromisy, inaczej wszelcy piewcy, że wszystko gra tak samo mieliby niezłą pożywkę. Po dawce wyczynowych krążków przyszedł czas na nadal dobre, ale zwykłe realizacje jazzowe. Tutaj zaznałem lekkiego „zonka”, gdyż wspominane podczas wizyty w klubie oziębienie oprócz tego, że nie pojawiło się u mnie w tak wymagającej dobrej temperatury grania muzyce dawnej, to i w uważanym za zimny ECM-wskim jazzie również nie zanotowałem jakichkolwiek problemów. Najbardziej czułe na takie „kwiatki” blachy były w odpowiedniej mieniącej się czasem srebrem, a czasem złotem barwie, a reszta pasma przechodząc przez środek i kończąc na basie również konsekwentnie broniła się przed tą przywarą. I nie widzę tutaj żadnej czarnej magii tylko zwykłą całkowicie inną reakcję urządzenia na zastane warunki lokalowe i sprzętowe. Po prostu klasyka gatunku. Na koniec podążając tropem znikającego chłodu przesiadłem się na źródło analogowe. Fantastycznie zrealizowany koncert Antonio Forcione, jeśli wzmacniacz PASS-a nie nadążałby za rytmem i osuszałby dźwięk strun, miał być przysłowiowym „palcem Bożym” tego testu. Tak się jednak nie stało, gdyż nawet najszybsze ekwilibrystyczne riffy gitarowe front mena spokojnie wyrabiały się z kolorowym wybrzmiewaniem w eterze mojej samotni, a to dobitnie pokazuje, że amerykańska propozycja mimo pewnych naleciałości masy ma wiele do zaoferowania nawet w wymagających realizacjach. I mam cichą nadzieję, że wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie jest to takie łatwe, gdyż dodatkowa dawka wypełnienia często odciska zbyt mocne piętno na całości przekazu, a PASS wyraźnie udowodnił, że umie wymknąć się takiemu zaszufladkowaniu. Brawo.
To był przyjemnie spędzony z amerykańską integrą czas. Raz, że prawie idealnie wpisywała się w moje postrzeganie nasycenia dźwięku, dwa pokazała dwa bardzo bliskie siebie, ale jednak różne oblicza – kolumny w klubie są zestawem trzech aluminiowych przetworników, stąd mógł być ten odczuwalny nalot chłodu, który notabene w zdecydowanej większości innych komponentów audio prawie nie występował, a trzy mimo zmiany klasy wzmocnienia na AB nadal jest kontynuacją przyjemnego grania. Czy może być wyborem dla wszystkich? Pewnie nie, ale tylko własne spotkanie na szczycie może rozwiązać tę zagadkę. Jedno jest pewne, przy bardzo częstym sporym rozrzucie wniosków klubowiczów PASS INT-250 spowodował pełną zgodę wszystkich opiniodawców, co może sugerować pewną uniwersalność urządzenia, a to jest chyba najlepszą rekomendacją.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio Klan
Cena: 45 999 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 500 W (4 Ω); 250 W (8 Ω)
Wzmocnienie (gain): 29/35 dB
Regulacja głośności (1dB kroki): 63dB
Pasmo przenoszenia: -6 dB @ 80 kHz
Impedancja wejściowa: 45 kΩ
Zniekształcenia THD (1kHz, pełna moc): 1%
Współczynnik tłumienia:150
Prędkość narastania: 50 V/uS
Pobór mocy: 375 W
Wymiary (S x W x G): 483 x 230.1 x 539 mm
Waga: 56,7 kg
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Bowers & Wilkins 802 D3
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Spitfire to najnowszy model wzmacniacza zintegrowanego, będący rozwinięciem poprzednika – Crossfire, ze zbliżoną do niego topologią układów. Tytułowa integra to konstrukcja pracująca w czystej klasie A w konfiguracji Single Ended. Wykorzystane w niej lampy AA62B o wysokim prądzie wyjściowym w stopniu mocy, zaimplementowano w uproszczonym układzie z zerowym sprzężeniem zwrotnym, o wysokiej wydajności prądowej i niskiej impedancji wyjściowej, z optymalnym przedziałem krzywej wzmocnienia lamp.
W torze sygnałowym nie znajdziemy żadnych elementów półprzewodnikowych ani buforujących. Zasilacz został poddany poważnym modyfikacjom: zastosowano osobne transformatory, dławiki i filtry dla poszczególnych stopni, uzyskując izolację stopnia wyjściowego od wejściowego (można powiedzieć, że w integrze obydwa pracują jak w rozdzielonym wzmacniaczu mocy i przedwzmacniaczu), zwiększono też filtr napięcia zasilającego.
Wzmacniacz jest chroniony układami zabezpieczeń dla lamp oraz pozostałej elektroniki, ze specjalną sekwencją soft-startu, która trwa ok. minuty. Oprócz tego w Spitfire znajdziemy wszystko to, co najlepsze z austriackiej manufaktury: szybkie kondensatory sprzęgające, podstawki do lamp z berylowo-miedzianymi sprężystymi pinami, głośnikowe terminale WBT, sygnałowe gniazda XLRy Neutrik, okablowanie ze srebra i miedzi, a także złocone ścieżki płytek drukowanych. W montowanej ręcznie obudowie szczególny nacisk położono na poprawienie zagadnień wibroizolacji oraz wentylacji wnętrza urządzenia.
Więcej informacji i dane techniczne:
www.ayonaudio.pl/
www.ayonaudio.com/
Cena: 35 900 PLN
W grudniu na polski rynek wejdą najnowsze monitory Encore ENC-5 produkcji japońskiej firmy Combak Corporation kierowanej przez Kazuo Kiuchi. Kolumny te są następcą modelu Bravo!, który był obecny na rynku przez 10 lat. ENC-5 mają podobną konstrukcję jak ich poprzednik. Cena została ustalona na 25.990 zł za parę.
Nowe zestawy Encore wykorzystują obudowę zamkniętą. Zastosowano dwudrożny, koncentryczny głośnik o rozmiarze 176mm, pochodzący z firmy Seas. Membrana basowa jest wykonana z włókna szklanego, a umieszczona koncentrycznie sekcja wysokotonowa ma 25-milimetrowa kopułkę aluminiową. Koncentryczny głośnik pozwala dobrze symulować źródło punktowe i kontrolować charakterystyki kierunkowe. Surowa, niedokończona wersja kolumn jest produkowana w Finalndii. Następnie takie zestawy są transportowane do Japonii gdzie wykonuje się szereg czynności związanych z indywidualnym, ręcznym dostrojeniem wszystkich kolumn, zgodnie z firmową filozofią kontroli rezonansów. Po dostrojeniu kolumn nie należy rozkręcać. Producent zapewnia o wybitnych zdolnościach ENC-5 w zakresie tworzenia naturalnych proporcji sceny, przekazu informacji pogłosowych i naturalności brzmienia wokali.Nominalna impedancja wynosi 8Ω, ale krzywa impedancji tylko sporadycznie opada poniżej 7Ω dzięki czemu zestawy są łatwym obciążeniem dla wzmacniaczy.Głośniki są chronione przez okrągłą, ażurową, metalową osłonę. Dostępne są dwa rodzaje wykończenia: czarne i rdzawe.
Dane techniczne Encore ENC-5:
Impedancja …. 8Ω
Efektywność …. 86dB/2.83V/1m
Zalecana moc wzmacniacza …. 20-150W
Pasmo przenoszenia …. 70-25.000Hz +/-2dB | 55Hz -6dB
Częstotliwość podziału …. 2.800 Hz
Wymiary WSG …. 300 * 217 * 217 mm
Masa …. 6,16 kg sztuka (15,9kg para w kartonie)
Dystrybucja: Moje Audio
Opinia1
Rozochoceni po testach fenomenalnej, choć zaledwie otwierającej ofertę A-klasowych konstrukcji Accuphase’a końcówce mocy A-36 z radością przyjęliśmy informację o pojawieniu się na rynku jej mocniejszego kuzyna, czyli modelu A-47. Bynajmniej nie chodzi mi w tym momencie o jakiekolwiek zastrzeżenia, co do wydajności prądowej i mocy 36-ki, ale podobnie jak w motoryzacji, tak i w audio nader rzadko spotykamy się z sytuacjami, gdy jest jej za dużo. Praktycznie zawsze zapas kilku/nastu/dziesięciu/set koni/Watów pod nogą/w stopniu wyjściowym daje nie tylko zauważalną poprawę brzmienia, analogie motoryzacyjne możemy sobie już odpuścić, ale co najważniejsze komfort psychiczny wynikający li tylko z faktu jej posiadania. Nie do przecenienia jest też zauważalna tendencja japońskiego producenta do sukcesywnego zwiększania krytycznego w przypadku konstrukcji tranzystorowych parametru, jakim jest współczynnik tłumienia a tym samym pewna ewolucja brzmienia podążająca ku witalności i młodzieńczej werwie. Proszę się jednak nie stresować. Wszystko odbywa się, tak jak zaznaczyłem przed chwilą na drodze ewolucji a nie rewolucji, więc pojawiające się ostatnimi czasy nowości Accuphase czerpią pełnymi garściami z tego, co najlepsze było u ich protoplastów a jednocześnie, dzięki rozwojowi technologii i kolejnym udoskonaleniom przełamują kolejne bariery i wkraczają na niezdobyte do tej pory terytoria. Może i brzmi to dość patetycznie, ale wystarczy porównać starsze konstrukcje z ich aktualnymi odpowiednikami, by wszystko ułożyło się logiczną całość. Nie przedłużając jednak wstępu serdecznie zapraszamy do lektury recenzji stereofonicznej końcówki mocy Accuphase A-47, która dzięki uprzejmości krakowskiego Nautilusa trafiła do naszej redakcji wraz z przedwzmacniaczem liniowym Accuphase C-2420.
Skoro do testu trafiła końcówka z oczko wyższej półki również dostarczony wraz z nią przedwzmacniacz okazał się ambitniejszą od swojego poprzednika konstrukcją i zamiast nomen omen świetnego C-2120 przez blisko miesiąc mieliśmy okazję wsłuchiwać się w poczynania C-2420. Krótko mówiąc wkraczamy na japońskie salony, bo nie dość, że pojawia się przedrostek „Precision”, który niejako potwierdza błękitną krew płynącą w żyłach preampa, to wreszcie można cieszyć oczy widokiem wykonanych z niezwykłą starannością drewnianych boczków. I jak tu nie kochać High-Endu?
Oprócz wspomnianej ozdobnej boazerii w szacie wzorniczej w porównaniu z młodszym krewniakiem zmieniają się jedynie niuanse, więc awansując w firmowej hierarchii nie trzeba się nowego urządzenia uczyć, bo wszystko jest po staremu. Pomiędzy dwiema potężnymi gałkami odpowiedzialnymi za wybór źródeł i natężenie dźwięku umieszczono prostokątny wizjer chroniący centralnie umieszczone, charakterystycznie podświetlone logo. Z lewej strony błękitno – zielonego znaczka Accu umieszczono ramkę z diodami sygnalizującymi uaktywnienie poszczególnych trybów pracy a po prawej wybrane obciążenie w opcjonalnym module phono, kompensacji loudness, wyciszenia oraz niewielkie okienko ze wskazaniem ustawionego wzmocnienia.
Odpowiadające górnym diodom przyciski i pokrętła w układzie 3 / 9 / 3 znajdziemy pod dostojnie opadająca klapką. Dzięki nim m.in. uaktywnimy poszczególne wyjścia podbijemy/osłabimy bas i wysokie tony, ustawimy balans, wzmocnienie (gain) a także dokonamy koniecznych nastaw dla opcjonalnego phonostage’a, bądź całkowicie wyłączymy górną iluminację.
Ściana tylna to istna rozkosz dla nawet najbardziej rozkapryszonego audiofila, który do dyspozycji otrzymuje pięć par wejść liniowych RCA, dwie pary wejść XLR, pętlę magnetofonową (RCA) , dwie pary wyjść liniowych – zarówno w standardzie RCA, jak i XLR plus wejścia w obu standardach na zewnętrzny procesor/przedwzmacniacz. Jeśli komuś jeszcze mało zawsze może zaopatrzyć się w dedykowany moduł phono, dla którego wygospodarowano gotowy slot zaślepiony stosowną płytką.
W komplecie znajduje się oczywiście utrzymany w szampańsko – złotej estetyce pilot i całkiem solidnie, niemalże po acrolinkowemu, wyglądający Interkonekt RCA.
W trzewiach próżno szukać audiofilskiego powietrza, gdyż pełne rozdzielenie układów obsługujących lewy i prawy kanał ma swoje odzwierciedlenie nie tylko w całkiem słusznych nie tylko dla przedwzmacniacza, ale i większości wzmacniaczy zintegrowanych gabarytach, oraz dobijającej do 20 kg. wadze. Nie zabrakło również „firmowego” i odziedziczonego po topowych przodkach układu AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier) odpowiedzialnego za precyzyjną regulację głośności.
W przypadku A-47 sprawa jest o wiele prostsza. Zero udziwnień, eksperymentów i prób odzwyczajania swoich wyznawców od tego, co kochają w końcówkach Accuphase’a całym sercem, czyli wskaźników wychyłowych. Wskaźniki mocy wyjściowej są i skąpane w bursztynowej poświacie działają wprost terapeutycznie. Centralnie, tuż pod nimi, umieszczono włącznik główny, z jego lewej strony sterowanie wskaźnikami (wyłączone, tryb normalny i „peak hold”, w którym na moment przytrzymywane są w przy maksymalnych wychyleniu) i wybór wyjść za to z prawej selektor wejść oraz wzmocnienia.
Boki, jak przystało na rasowy A-klasowy piec zamiast standardowych ścianek przybrały formę potężnych radiatorów z poprzecznie biegnącym przez ich środek płaskownikiem szalenie ułatwiającym przenoszenie wzmacniacza. Oczywiście, gdyby nie one spokojnie można byłoby sobie poradzić z pomocą tylnych uchwytów, ale skorą są, to nie dość, że przydają się podczas czynności natury logistycznej, to jeszcze poprawiają sztywność bryły korpusu a to też jest nie do przecenienia.
Ściana tylna jest dokładnie taka, jaka być powinna. Wejścia w standardzie RCA i XLR wraz ze stosownymi przełącznikami pinów gorąceych dla tych ostatnich, pokrętło wyboru trybu pracy urządzenia i potężne, masywne podwójne terminale głośnikowe zdolne bez najmniejszego trudu przyjąć nawet masywne widły. Gniazdo zasilania ulokowano dość blisko dolnej krawędzi, co z pewnością ucieszy posiadaczy ciężkich i sztywnych „boa dusicieli”.
Wnętrze też nie pozostawia wrażenia niedosytu. W stopniu wyjściowym pracuje w równoległym push-pullu po sześć wysokowydajnych tranzystorów MOS-FET na kanał, a o ich odpowiednio wysokokaloryczną strawę dba potężny, ukryty wewnątrz eleganckiego „emaliowanego rondla”, transformator toroidalny oraz para kondensatorów o pojemności 56 000 μF każdy. Dodatkowo wykorzystano kolejny firmowy patent, czyli MSC+, dzięki któremu zwiększono stabilność pracy układów wzmocnienia, oraz co równie ważne poprawiono stosunek sygnał/szum.
Ponieważ po raz kolejny przypadł mi zaszczyt, przynajmniej w przypadku A-47, bycia pierwszym po fabryce chciał nie chciał musiałem uzbroić się w cierpliwość i dać jej spokojnie pograć. Z przedwzmacniaczem było spokojniej, bo przynajmniej kilkaset godzin na swoim koncie miał, ale i tak i tak dostarczoną parkę od razu po sesji fotograficznej wpiąłem w tor i na blisko tydzień zostawiłem mniej bądź bardziej zauważalnie plumkającą sobie w tle. W międzyczasie niby przypadkiem rzucałem uchem i przy okazji sprawdzałem, czy końcówka nie próbuje przejąć roli kominka i o ile dobiegające mnie dźwięki stawały się coraz bardziej intrygujące to temperatura A-47 po paru godzinach ustabilizowała się na tak akceptowalnym poziomie, że po kilku kontrolach zupełnie straciłem nią zainteresowanie. Oczywiście obudowa była zauważalnie ciepła, co z resztą dało się odczuć w samym pomieszczeniu odsłuchowym, lecz nie na tyle, żeby zacząć się martwić.
Po takiej rozgrzewce pierwszą rzeczą, jaką postanowiłem od razu zweryfikować była doskonale zapamiętana z testów C-2120 i A-36 umiejętność wręcz holograficznego oddania przestrzeni. Czym prędzej sięgnąłem więc po „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, „Haugtussa” Lynni Treekrem i „A Trace of Grace” Michela Godarda a uśmiech zagościł na mej twarzy. Nie dość, że poziom wcześniejszego seta został osiągnięty to dodatkowo do głosu doszła jakże miła transparentność i wręcz krystaliczna czystość. Proszę tylko pod żadnym pozorem nie kojarzyć owej krystaliczności z chłodem i jakąś laboratoryjną antyseptycznością, bo to nie o to chodzi. Po prostu doskonale, czy nawet perfekcyjnie, widać wszystko to, co na wieloplanowej scenie zostało umieszczone. Odległości pomiędzy poszczególnymi źródłami pozornymi odmierzone są z iście laserową precyzją i spokojnie można uznać, że są w danym wycinku czasu niezmienne. Nie mamy nawet najmniejszych szans na przyłapaniu ich na niestabilności, rozedrganiu wynikającemu z niewystarczającej do ogarnięcia i zapanowania nad całością mocy. W dodatku ww. albumy reprezentowały na tyle różną estetykę przestrzenną, że bez trudu można było ocenić, czy zestaw Accuphase’a potrafi się do dowolnego repertuaru dostosować, czy też próbował będzie forsować swoje jedynie słuszne dogmaty. Całe szczęście producenci postawili na oddanie głosu realizatorom muzycznym, dzięki czemu zestaw Accu niczym kameleon płynnie przechodził od skandynawskiej, mrocznej baśniowości poprzez minorowe i depresyjne ballady Treekrem po dające wytchnienie od lejącego z nieba się na zewnątrz żaru wnętrza cysterskiego monastyru Abbaye de Noirlac.
Czy taki niemalże absolutny brak własnego charakteru może być nudny? W niektórych przypadkach na pewno, lecz nie dotyczy to testowanej parki, gdyż owa przejrzystość sprawia, że już po chwili skupiamy się wyłącznie na muzyce i z ową muzyką możliwie blisko, niemalże bezpośrednio obcujemy a sprzęt ją reprodukujący staje się nie celem samym w sobie a jedynie narzędziem, sposobem na jak najbardziej rzeczywiste i namacalne doznania. Dodatkowo cały czas należy pamiętać o wręcz niewyczerpanym rezerwuarze mocy drzemiącym w A-klasowej A-47. Dlatego też nie stroniłem od cięższego repertuaru, na którym to można było dopiero poczuć, co oznaczają prawdziwe Waty. Wystarczyło bowiem sięgnąć po „Tragic Illusion 25 (The Rarities)” Paradise Lost i dotrwać do „Last Regret” oraz „Faith Divides Us – Death Unites Us”, czyli utworów, w których czynny udział wzięli prascy symfonicy. Już sama orkiestra potrafi przysporzyć nie lada problemów a dodając do niej pięciu ponurych Brytyjczyków bardzo mocno zakorzenionych w ciężkim i mrocznym gothic metalu otrzymujemy wprost zabójczą mieszankę. Po pierwsze klasyczna wieloplanowość, zgodny z obowiązującymi prawidłami rozkład sekcji orkiestry i charakterystyczne brzmienie naturalnych, pozbawionych amplifikacji instrumentów. Po drugie drący się w niebogłosy i niemiłosiernie katujący swoje elektryczne gitary, klawisze i perkusje Brytowie gustujący w szorstkich przesterach i przysłowiowej ścianie dźwięku. Słowem dwa, całkowicie odmienne pod względem estetycznym światy, które będąc pozornie nie do pogodzenia w sprzyjających warunkach potrafią jednak egzystując na jednej scenie po prostu zachwycić. I z pomocą Accuphase’ów właśnie to czynią. Wzorcowe wręcz selektywność i rozdzielczość sprawiają, że nic się nie zlewa. Akompaniujący symfonicy są widoczni jak na dłoni a główne, metalowe partie tną powietrze ognistymi riffami. Fenomenalnie odwzorowana zostaje różnica pomiędzy używanym instrumentarium a zarazem bez trudu można dostrzec interakcje zachodzące między nimi. To nie są odseparowane i sterylnie pokazane całkowicie oderwane byty, lecz harmonijnie współgrające ze sobą na muzycznej scenie źródła pozorne. Dokładnie tak samo jest przecież na koncertowym albumie „Wagner Reloaded” Apocalypticy, na którym w pierwszej kolejności ogarniamy zmysłami spektakl jako homogeniczną całość a dopiero potem, gdy nasycimy umysł informacjami pozwalającymi na bardziej szczegółową eksplorację możemy podążać za poszczególnymi liniami melodycznymi, czy partiami konkretnych instrumentów i to niezależnie, czy organizacyjnie przypisanymi do długowłosych Finów, czy MDR Symphony Orchestra.
Powyższe obserwacje dotyczą połączenia zbalansowanego zrealizowanego przewodami Siltech Classic Anniversary 770i XLR, oraz głośnikowymi 770 L. Próby z łączówkami RCA z tej samej serii zauważalnie ograniczały potencjał dostarczonej elektroniki i choć nie można było w żadnym razie uznać, że było źle, to gdzieś po drodze osłabieniu ulegała wspominana holografia i ponadprzeciętna rozdzielczość. Dodatkowo, szczególnie w przypadku końcówki mocy warto było pamiętać o tym, by jeśli tylko jest taka możliwość to jej nie wyłączać. Trzymana cały czas pod prądem odwdzięczała się niezwykłą swobodą, grając rozmachem godnym niejednego 100 kg pieca, z jakimi ostatnimi czasy miałem przyjemność obcować. A-47 „odpalany” niejako z doskoku, po godzinie, czy dwóch potrafił niby zauroczyć, ale była to jedynie namiastka tego, co czekało po kolejnych kilkunastu, czy kilkudziesięciu godzinach. A, że rachunki za prąd trochę wzrosną? Cóż, tym radziłbym się jakoś specjalnie nie przejmować, bo kiedy gościłem u siebie tytułowy zestaw Accuphase’a kaloryfery w pomieszczeniu odsłuchowym miałem po prostu wyłączone a i tak panowało w nim przyjemne ciepełko. Oczywiście można do tematu podchodzić „ekologicznie” i system włączać wyłącznie wtedy, gdy mamy kwadrans a przy sprzyjających wiatrach nawet trzy na kilka ulubionych utworów. Pytanie tylko, czy w tym momencie jest sens interesowania się opisywanymi w niniejszym elaboracie urządzeniami. Ja przynajmniej takiego sensu nie widzę, tym bardziej, że takie przypadkowe, pośpieszne i przeprowadzane po łepkach sesje do żadnych konstruktywnych wniosków nie prowadzą a jedynie generują wypaczone i mijające się z rzeczywistością pseudo opinie. Pewne rzeczy trzeba powiedzieć sobie jasno i otwarcie. High-End to nie piekarnia, ani bar typu Drive Thru. Jeśli ktoś oczekuje szybko i dobrze, to polecam którąkolwiek z cafeterii we Florencji, gdzie można niemalże wbiec i właśnie w takim pędzie wypić wyborne i szatańsko mocne espresso. Jednak jeśli do audio podchodzimy na poważnie to zdecydowanie bardziej rozsądnym będzie takie zorganizowanie sobie czasu, by siadając do odsłuchu mieć pewność, że zarówno sprzęt, którego będziemy używali, jak i my sami mamy zapewnione 100% spokoju. Dzięki temu opowieści o nudzie i zachowawczej „gabinetowości” brzmienia Accuphase’ów może wreszcie dołączą do innych bajek z mchu i paproci.
Niniejszy test dzielonej amplifikacji Accuphase’a pod postacią przedwzmacniacza C-2420 i stereofonicznej, choć nic nie stoi na przeszkodzie by dokupić drugą i obie przestawić w tryb monobloku, końcówki mocy A-47 nad wyraz dobitnie udowodniły, że Japończycy ani myślą o spoczęciu na laurach i jedynie dokonując delikatnych zmian o charakterze kosmetycznym odcinać kupony. Po prostu nie da się tego inaczej opisać, jako upartego i nieustannego dążenia do perfekcji, równania w górę i ciągłego podnoszenia poprzeczki. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, gdyż zarówno na dzisiejszych bohaterów, jak i wcześniejszy set patrzę z perspektywy tak legendarnych konstrukcji, oczywiście pozostając w obrębie marki, jak A-klasowe monstra A-200, czy równie potężne M-6000. Po prostu duża klasa a patrząc na czasem wręcz absurdalne, nawet jak na High-End, ceny rozwiązań konkurencyjnych śmiem twierdzić, że oferta Accuphase’a powoli zaczyna być dumpingowa, ale ciiicho sza, żeby przypadkiem UOKiK się tym nie zainteresował.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica; Siltech Classic Anniversary 770i XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra; Siltech Classic Anniversary 770L
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
W dobie ogólnoświatowego dążenia producentów do coraz to częstszej wymiany ułatwiających nasze codzienne życie produktów stabilność oferty staje się niestety „passe” i nawet sektor audio nie zdołał obronić się przed powyższą tendencją. Oczywiście dla chcącego nadążyć za nowościami audiofila jest wydaje się to być bardzo łakomym kąskiem, po który bez najmniejszych oporów sięga całkiem spora rzesza owych miłośników muzyki. Jednak o ile na poziomie budżetowym wydaje się to być całkiem akceptowalne, nawet w ramach odświeżenie design’u – znamy przecież sytuacje, gdy sprzęt może lepiej wyglądać niż grać, to w strefach co najmniej średnich, nie mówiąc już od High Endzie – o którym dzisiaj będziemy dyskutować – każde odmłodzenie oferty niejako z rozdzielnika powinno charakteryzować się przyrostem jakości generowanego dźwięku. Na szczęście dla nas, penetrowany przez portal Soundrebels poziom zaawansowania technologicznego komponentów audio raczej unika diametralnych zmian w przez lata budowanej rozpoznawalności marki i dokonując jedynie drobnych korekt wizualnych całe swoje siły skupia w na poprawie jakości odtwarzanej muzyki. I właśnie taki duch zmian przyświecał naszemu dzisiejszemu bohaterowi z Kraju Kwitnącej Wiśni, czyli japońskiej marce Accupchase, oferującej swój najnowszy produkt z zakresu wzmacniania sygnału w postaci A-klasowej stereofonicznej końcówki mocy A-47 wspomaganej obecnym już jakiś czas na rynku przedwzmacniaczem liniowym C-2420. Całości zestawienia dopełniało okablowanie kolumnowe i sygnałowe Siltecha. Jak wielu z Was zapewne wie, przywołanymi markami z dużymi sukcesami handlowymi opiekuje się krakowski Nautilus.
Nie brnąc zbytnio w powielanie opisu wypracowanego przez lata i pieczołowicie pielęgnowanego w kolejnych odsłonach wyglądu produktów z kraju samurajów, napomknę jedynie, że nasz główny bohater A-47 kontynuuje trend wskaźników wychyłowych. Pomiędzy nimi znajdziemy sekcję oznajmiających nam stan urządzenia czerwonymi diodami piktogramów i mieniące się kolorem zieleni logo marki. Pod wspomnianym okienkiem informacyjnym na nieco wyeksponowanym panelu otrzymujemy jeszcze centralnie umieszczony prostokątny włącznik POWER, na lewo od niego selektor pracy wspomnianych ochoczo skaczących mierników oddawanego sygnału, okrągłe przyciski: -20 dB (dla wskaźników) i wybór wybranych na tylnym panelu terminali głośnikowych A lub B, by na prawej flance zaspokoić swoje potrzeby pokrętłem wyboru wzmocnienia, a obok niego okrągłym, uruchamiającym wykorzystywane w danej chwili wejście guzikiem. Kierując się ku tyłowi zmieniamy kolorystykę urządzenia z szampańskiego frontu na idealnie wpisujący się w zastosowaną paletę barw matowy brąz mocno ażurowej pokrywy i monstrualnych, bo zajmujących całe boczne panele radiatorów. Tylna ścianka oferuje podwojone terminale kolumnowe, gniazdo zasilania, zestaw wejść XLR/RCA, przełącznik wyboru gorącego pinu w złączu XLR i tryb pracy. Design przedwzmacniacza C-2420 z informacyjnym okienkiem na przedzie idealnie koreluje z wyglądem końcówki, z tą tylko różnicą, że pod znajdującą się tuż pod nim uchylną klapką znajdziemy nieprzebraną ilość manipulatorów dopasowujących. Jednymi wyeksponowanymi dodatkami są: z lewej strony duża gałka wyboru wejścia i tuż pod nią prostokątny włącznik, a z prawej identyczne rozmiarowo jak selektor pokrętło wzmocnienia, a pod nim gniazdo słuchawkowe, przyciski COMP/ATT i maleńki otwierający wspomnianą przed momentem, skrywającą pulpit sterowniczy klapkę. Kolorystyka 2420-ki to również szampan z przodu , brązowy mat na dachu, ale w odróżnieniu od końcówki lakierowane na wysoki połysk drewno na bokach. Istne szaleństwo wysmakowania wizualnego. Po prostu rasowy Accuphase.
Gdybyśmy prześledzili kolejne wcielenia produktów marki Accuphase, spokojnie można by pokusić się o stwierdzenie, że każda następna inkarnacja jakiegokolwiek produkowanego komponentu jest jakby krokiem ku coraz większemu otwieraniu się i tzw. wychodzenia dźwięku ku słuchaczom. Chodzi mi o fakt kontynuowania tendencji wymykania się stereotypowemu i utożsamianemu przez lata wizerunkowi gęstego, czasem dla niektórych zbyt nasyconego brzmienia. Co prawda jest to estetyka bliska mojemu postrzeganiu piękna w muzyce, ale zbyt skumulowane frazy muzyczne dla niektórych na dłuższą metę mogą wydawać się zbyt monotonne, skutecznie zniechęcając ich do dogłębniejszej penetracji japońskiej oferty. Dlatego ów wspomniany kierunek wydaje mi się bardzo dobrym ruchem marketingowym, tym bardziej, że wprowadzane zmiany brzmieniowe nadal okraszone są sznytem dźwięku rasowego Accuphase. I gdy po kilku dniach wziąłem się za pisanie tej recenzji, po chwilowej analizie za i przeciw wysnuwanych teorii testowany dzisiaj A-47 jak na dłoni wpisuje się we wspomniany kierunek zmian. Na szczęście, przynajmniej dla mnie, szkoła Accu słyszalna jest od pierwszych fraz nutowych z tą tylko zmianą, że przy pełnej palecie braw i solidnym dociążeniu otrzymujemy zaskakująco zwiewną górę pasma. Nadal słodką, ale świeższą, a to wydaje się być pierwszym oczekiwanym przez interlokutorów plusem dla nowo wprowadzanego na rynek produktu. Idąc dalej pokładami zwiewniejszych górnych rejestrów, oczywistym wydaje się być fakt zdecydowanie lepszego budowania pod względem czytelności sceny muzycznej z pełną kontrolą zajmowanych przez muzyków miejsc tak w szerz, jak i w głąb. Przykład? Proszę bardzo. Oto pierwszy z brzegu Bobo Stenson ze swoim znakomitym trio w kompilacji „Goodbye”. Mocna podstawa basowa plus soczysta średnica w starszych wcieleniach serii „A” wespół z bardzo słodką, a czasem wręcz lukrowatą górą robiły z tego, odbieranego przez niektórych jako nieco zimny, jazzu coś na kształt baśni. Tymczasem, nadal mamy wyraźnie odczuwalne niskie rejestry i dobrze podgrzany środek, może nawet nadal „ciutkę” za bardzo, ale prawdopodobnie się czepiam, jednak nieco zwiewniej skrzące się blachy perkusisty tak ustawiają odbiór całości, że czerpiąc z przez wielu oczekiwanego dobrodziejstwa brzmieniowego marki bez najmniejszej ułomności przekazu jesteśmy w stanie zagłębić się w ten krążek od pierwszego do ostatniego kawałka bez efektu znużenia. Wyraźnie prezentowane źródła pozorne rysowane są nieco grubszą kreską niż mam na co dzień, ale w żadnym wypadku nie odczuwałem tego jako ułomności, tylko nieco inne spojrzenie na dźwięk. Co ważne, nawet w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało to w budowaniu tak ważnej dla realizmu słuchanej muzyki głębokiej sceny. Kiedy po kilku podobnych realizacjach okazało się, że 47-ka dobrze wpisuje się w moje oczekiwania, w napędzie wylądował materiał stawiający raczej na spory hałas niż wyrafinowanie nutowe. Oczywiście takim wręcz idealnym przedstawicielem chaosu jest zespół Percival („Svantevit”). Złowrogi z tekstów i dźwięków folk-metal według mojej oceny raczej zyskiwał niż tracił na mariażu z testowanym setem. Przed-odsłuchowo analizując włożony do kompaktu krążek sądziłem, że zbyt solidny bas i kolorowa średnica będą przeszkadzać tej energetycznej muzyce, ale po przepuszczeniu go przez wzmacniający sygnał japoński zestaw pre-power okazało się, iż bardzo zyskiwały na tym będące mocną stroną tej kapeli gitary i wokaliza. Niestety konsekwencją było nieco wolniejsze niż chcieliby tego wielbiciele latających żyletek w eterze tempo muzyki, ale z pewnością nie były to monotonne sekwencje nutowe, tylko odpowiednio podgrzany przekaz będącego w opozycji do realnego świata zespołu. Na koniec przywołam chyba najlepszy do reprodukcji przez moich gości repertuar, jakim jest muzyka dawna i to grana pod dyktando J. Pottera. Prawdopodobnie wielu z Was po lekturze moich testów choćby pobieżnie zapoznało się z jego twórczością, jednak nie oprę się jedynie o aranżację schedy po Monteverdim, tylko wspomnę o zdecydowanie większej palecie kompilacji spod znaku „The Dowland Project”. Pod przywołanym tytułem J. Potter ma kilka nader udanych sesji nagraniowych i powiem szczerze, że gdy w grę wchodzi spokojna, naładowana emocjami muzyka, bez względu na wiek jej powstania, jeśli zderzy się z elektroniką Accuphase, prawie zawsze będzie ucztą dla ducha. Te dwie rzeczy: muzyka dawna i japoński specjalista od piękna w muzyce (Accuphase) z pewnością są sobie przeznaczeni, tworząc ciężki do pobicia, bo karmiący słuchacza nieprzebranymi ilościami emocji duet. I tym optymistycznym akcentem niestety zakończę nasze dzisiejsze spotkanie, zachęcając wszystkich do prób we własnych okowach systemowych.
Po rozstaniu z 47-ką jeszcze przez dość długi czas miałem w głowie przeżyte razem przy muzyce wspaniałe chwile. Tak, można to nazwać pewnego rodzaju robieniem dźwięku. Ale czy dla wielu słuchaczy nie o to w tej zabawie chodzi, by podczas słuchania odczuwać jak najwięcej pozytywnych emocji. I nie ważne, czy sprzęt trochę nam w tym pomaga. Ważne, że z dużym wyrafinowaniem umie to robić. Jednak w mej całościowej ocenie brzmienia najnowszej propozycji Accuphase proszę pod uwagę wziąć fakt, że system odniesienia sam w sobie kroczy podobnym sznytem grania. Gdy zderzymy A47/C2420 z laboratoryjnie precyzyjni grającym lub lekko odchudzonym setem, nagle może się okazać, że moje spostrzeżenia są marginalne, a cała wspomniana nutka romantyzmu jest idealnym partnerem Waszej układanki. Dlatego sugeruję zapoznać się z tą nowością, gdyż może powoli, ale zaczyna wymykać się stereotypowi zbyt ciepłego grania.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus / Accuphase
Ceny:
Accuphase C-2420: 47 900 PLN
Accuphase A-47: 39 900 PLN
Dane techniczne:
Accuphase C-2420
Pasmo przenoszenia:
• wejście liniowe RCA i XLR: 3 – 200 000 Hz (+0/-3 dB) /20 – 20 000 Hz (+0/-0,2 dB)
• wejście gramofonowe MM: 20 – 20 000 Hz ±0,2 dB)
• wejście gramofonowe MC: 20 – 20 000 Hz (±0,3 dB)
Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): 0,005 %
Stosunek sygnał/szum: 109 dB(ważony – A)
Czułość wejściowa (przy maksymalnym napięciu wyjściowym): 252 mV
Typ