Po dwudziestu pięciu latach na rynek trafia nowy album legendarnego członka formacji Pink Floyd – Rogera Watersa i choć oficjalną premierę albumu „Is This The Life We Really Want?” przewidziano na 2 czerwca dzięki uprzejmości Sony Music Polska, ZPAF, Horna i Studia U22 z zwartością tytułowego krążka mogliśmy zapoznać się już dzisiaj. Nie muszę chyba nikomu obeznanemu w twórczości Watersa wyjaśniać jakie obawy targały mną przed odsłuchem. W końcu zarzuty wtórności, auto plagiatu, czy ewidentnego jechania na potencjale „The Wall” nie są nikomu obce. O ile bowiem po odejściu ww. barda „kamanda Pinka Floyda” radziła sobie lepiej niż dobrze, o tyle tytułowy buntownik po „Amused To Death” (z 1992r.) ewidentnie odcinał kupony. Nie ma jednak co zbytnio się nakręcać, czy jak w przypadku co poniektórych uprzedzać, tylko z otwartą głową i dobrymi chęciami przystąpić do muzycznej uczty, w której tym razem rolę ekskluzywnej zastawy pełniła topowa elektronika Marantza (SA-10 + PM-10) wspierana kolumnami Sonus faber Elipsa Red.
W ramach niezobowiązującej a zarazem wprowadzającej w klimat przystawki Organizatorzy zaserwowali Nam kilkuminutowy klip z ostatniej trasy koncertowej Watersa i migawki z wypowiedziami osób mających okazję wysłuchania utworów z nadchodzącego albumu.
Zgodnie z zapowiedziami i krążącymi w sieci plotkami „Is This The Life We Really Want?” miał być nawiązaniem, kontynuacją „Amused To Death” a zarazem komentrzem współczesnych, niezbyt wesołych czasów. I niezaprzeczalnie taką kontynuacją jest, a przy tym trudno uznać go za kopię, kalkę wcześniejszego wydawnictwa z dość oczywistych względów. Otóż Waters najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie czegokolwiek na poziomie sprzed ćwierćwiecza zaśpiewać. O ile bowiem na melodeklamacjach jeszcze trzyma fason i obranego kanonu, choć zarówno do siły i ekspresyjności Johnego Casha z serii „American”, czy gładkości i głębokiej refleksji pożegnalnego albumu Leonarda Cohena „You Want It Darker” sporo brakuje, to w momencie, gdy próbuje śpiewać brzmi to ewidentnie tragicznie i karykaturalnie.
Całe szczęście warstwa muzyczna się broni, oczywiście jeśli tylko liczyliśmy na dalszy ciąg „ATD”, gdyż od razu z góry uprzedzam, że na nic nowatorskiego, czy też odkrywczego tym razem nie natrafimy. Jest za to sugestywna przestrzenność, zabawy fazą, choć dalekie od legendarnego psa i kuligu i całkiem spora dawka informacji, choć trudno nie odnieść wrażenia, że już to wszystko gdzieś słyszeliśmy. Za to od pierwszych nut wiemy, że to Waters i o to chyba w tym wszystkim chodzi.
Lista utworów:
1. When We Were Young
2. Déjà Vu
3. The Last Refugee
4. Picture That
5. Broken Bones
6. Is This The Life We Really Want?
7. Bird In A Gale
8. The Most Beautiful Girl
9. Smell The Roses
10. Wait For Her
11. Oceans Apart
12. Part of Me Died
Czy zatem „Is This The Life We Really Want?” jest ewidentnym skokiem na kasę? Bez wątpienia tak, choć trzeba przyznać, iż utrzymanym w konwencji, jakiej wszyscy zainteresowani nie tylko się spodziewali, co wręcz pragnęli. Czy więc tak wydawcy, jak i uruchomionej już jakiś czas temu machinie marketingowej uda się sprawić, że tytułowy album zawędruje na czołówkę list sprzedaży? Trudno w tym momencie wyrokować, lecz znając życie prawdopodobnie tak właśnie się stanie, gdyż legenda Pink Floyd, jak i samego Rogera Watersa sprawiają, że u nabywców wyłącza się samodzielne, krytyczne myślenie i postrzeganie świata a włącza chęć podążania za tłumem i wiarę w świetność dawnych ikon.
A jak będzie w moim przypadku? Cóż … z pewnością czeka mnie kilka odsłuchów za pośrednictwem TIDALa, oczywiście jeśli tylko ww. krążek tam się znajdzie a jeśli zaś chodzi o zakup nośników fizycznych, to w grę wchodzi tylko i wyłącznie winyl, ale akurat z tym zakupem nie będę się specjalnie speszył …
Marcin Olszewski
Zgodnie z przedstawionymi przez organizatorów oficjalnymi statystykami tegoroczny monachijski High End nie tylko zakończył się, jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, spektakularnym sukcesem, ale i również był dowodem na to, że w tych zwariowanych i niestety niezbyt bezpiecznych czasach miłośników najwyższej klasy brzmienia nic nie jest w stanie odstraszyć i zatrzymać w domach. Żeby nie być gołosłownym przytoczę kilka liczb, które osobom, które jeszcze hal MOC jeszcze nigdy w maju nie odwiedziły powinny dać chociażby blade pojęcie o skali całej imprezy. Powierzchnia wystawy w tym roku wynosiła okrąglutkie … 29 000 m2, które nader sprawnie zagospodarowało 538 wystawców, akredytowanych dziennikarzy było 541 a na całkowity wolumen odwiedzających zamknął się wynikiem 21 412 (w tym 8 002 gości „branżowych”). Doprecyzowując w powyższych wynikach nie uwzględniono 2 978 ekip wystawców. Najlepsze jest jednak to, że na pierwszy rzut oka powyższego ogromu masy ludzkiej wcale nie było aż tak bardzo widać, pomijając kolejki do wszelakiej maści punktów gastronomicznych zlokalizowanych na terenie wystawy. Oczywiście ludzi było w bród, lecz najwidoczniej przez ostatnie lata zdążyliśmy się już do nich przyzwyczaić i jakoś tak lawirować, by możliwie efektywnie wykorzystywać chwile spokoju pomiędzy mającymi dość przewidywalny charakter falami odwiedzających. Rozmawiając jednak z wystawcami już pierwszego dnia, czyli w tzw. „dealers day” – zamknięty dla osób postronnych można było zauważyć nie dający się ukryć optymizm, który utrzymywał się aż do niedzielnego popołudnia. Trudno się z resztą temu dziwić, gdy okazywało się, iż nie tylko materiały promocyjne schodziły jak przysłowiowe świeże bułeczki, ale i ilość podpisywanych umów dobrze wróżyła na przyszłość.
1. No to tradycyjne zdjęcie balonu i przy wtórze jodłowych alphornów ruszamy do ataku.
2. Silbatone – nauczony doświadczeniem i chcąc możliwie najbardziej efektywnie wykorzystać pierwszy dzień targów zamiast przeciskać się wśród rozlokowanych w openspejsowych przestrzeniach hall budkach i stoiskach od razu swe kroki skierowałem ku górnym kondygnacjom Atrium 4, gdzie ani chwili się nie zastanawiając zwiedzanie rozpocząłem od magicznej podróży w czasie z pomocą niemalże antycznego systemu Silbatone. Jak co roku pierwsze skrzypce grały odrestaurowane, stareńkie kolumny wykorzystywane w niegdysiejszych salach kinowych a wspomagała je współczesna, niskomocowa już współczesna elektronika. Nie zabrakło też jedynie słusznego w takich okolicznościach przyrody gramofonów.
3. TAD – „Duży” system japońskiego TAD-a niejako ustawił całe moje postrzeganie tytułowej imprezy na tak wyśrubowanym poziomie, iż praktycznie na palcach jednej ręki byłem w stanie policzyć pokoje, w których po opuszczeniu tego, zajmowanego przez TADziki mogłem uczciwie powiedzieć, że mi się na prawdę podobało. Mocna rzecz i klasa sama w sobie.
4. Pathos wreszcie był łaskaw pokazać finalne wersje InPol Heritage i InPower MKII, więc jest cień szansy, że obwożone do tej pory po wystawach prototypy zastąpią wersje produkcyjne, które z kolei powinny możliwie szybko (oby przed wakacjami) trafić na sklepowe półki i … w ręce recenzentów.
5. Audiophysic + Auris Audio – niezwykle klimatyczna aranżacja wnętrza, nader udane połączenie słoweńskich lampowców Auris Audio i odświeżonych Audio Physiców dały w rezultacie dźwięk rozdzielczy, lecz zarazem muzykalny i nasycony pięknie zaprezentowanymi barwami.
6. Audia Flight – kolejna, znana z naszych publikacji włoska marka i kolejny w pełni przemyślany system. Nieco mniej rozbudowana aniżeli w zeszłym roku konfiguracja, ale nadal bezdyskusyjnie dająca do zrozumienia, że elektronika Audia Flight lubi kolumny Verity Audio.
7. TIDAL – diametralnie inna aniżeli przed chwilą estetyka tak pod względem wzorniczym, jak i brzmieniowym – akcent postawiony jest na skalę, ilość i sprowadzenie potencjalnego klienta do parteru. Do ciężkiego rocka, wielkiej symfoniki i dla miłośników monumentalnych katafalków pozycja obowiązkowa do posłuchania.
8. Harman Group – skoro jesteśmy przy rocku, to topowe zabawki Harman Group w postaci elektroniki Marka Levinsona i monitorów 4367 JBLa nadawały się do połomotania jak rzadko które. Szybkość, precyzja i wykop wywołujące uśmiech. A, jeszcze z nowości warto wspomnieć o integrze № 585.5.
9. Constellation – totalne zaskoczenie, gdyż zamiast spodziewanej iście high-endowej uczty Amerykanie zaserwowali odwiedzającym ich prezentację prototyp … hybrydy soundbara z boomboxem o sympatycznej nazwie Leo.
10. Cessaro – czyli na zielono i z rozmachem dla miłośników megafonowych tub o zacięciu ekologicznym. Monumentalne kolumny Gamma 2 wspomagał adekwatny gabarytowo moduł basowy a w torze usłyszeć można było m.in. gramofon TW Acustic Black Raven.
11. Magico – kolejne wielce pozytywne zaskoczenie. Pierwszy rzut oka na prezentowany system złożony z M3MKII, elektroniki Spectrala i okablowany MITami powodował daleko idącą ostrożność, lecz już po kilku reprodukowanych przez ww. set dźwiękach obawy okazywały się całkowicie bezzasadne. Fenomenalna rozdzielczość i kontrola całego pasma szły w parze z czystością i jedwabistością przekazu. Do tego pokoju wracałem kilkukrotnie i za każdym razem grało po prostu świetnie, choć w piątkowe popołudnie szans na spokojne posłuchanie praktycznie nie było, gdyż tytułowa sala była permanentnie nabita jak PKS do Władysławowa na rozpoczęcie wakacji.
12. McIntosh – po chwilowej nieobecności do MOCa powrócił McIntosh i to od razu w świetnym, choć dość nieoczywistym stylu. Muzyka stanowiła bowiem jedynie niezobowiązujące tło to klimatycznej ekspozycji – świetna wizualizacja World of McIntosh.
13. Paradigm – przepiękne Persony 5 wspomagane dwoma subami ustawiono głównie w celu mocno nastawionej na walory natury wizualno – estetycznej aniżeli brzmieniowej. Dwa lata temu, wtedy jeszcze prototypowe Concepty 4F potraktowano nieco mniej marketingowo a bardziej po audiofilsku. Nie ma jednak co się czepiać, gdyż 3-ki już u siebie na testach mieliśmy a na wyższe modele już ostrzymy sobie zęby.
14. Martin Logan – wspomagane zintegrowanymi, konwencjonalnymi – aktywnymi sekcjami basowymi amerykańskie „parawany” raz wypadają dobrze a raz „tak se”. Tym razem wypadły świetnie, w czym spora zasługa rewelacyjnej 250-ki Passa. Warto było też nieco rozejrzeć się po pomieszczeniu i zwrócić uwagę na skromnie ustawioną w kącie końcówkę XA25, która wyposażona została … jedynie w wejścia RCA. A co z XLRami?
15. Moon – niby biblijnym symbolem szatana są trzy szóstki, lecz topowe monosy 888 Moona to iście piekielne monstra. W dodatku udało mi się przyłapać grono bezgranicznie oddanych im akolitów wdychających nie tylko powietrze w trzewiach kanadyjskich potworów, co na klęczkach, jak widoczny na zdjęciu Dominique Poupart, oddających im cześć … No dobrze, żarty na bok. Zarówno widok wnętrza, jak i precyzji wykonania a przede wszystkim brzmienia, w połączeniu z nienależącymi do najłatwiejszych obciążeń Wilsonami Alexx, po prostu wgniatał w fotel. Jest moc, jest zabawa.
16. Audiodata –jak co roku dobrze i jak widać na poniższych zdjęciach nawet z elektroniką Soulution można uzyskać świetne rezultaty jeśli chodzi o gładkość dźwięku. Tak trzymać.
17. Denon + Definitive Technology – swoją obecnością na MOCu nieco zaskoczył a przy okazji zdeprymował, gdyż oprócz stworzenia namiastki sali kinowej pozwolił sobie na odrobinę szaleństwa i … częstował przybyłych świeżo prażonym popcornem. Doznania węchowe niezapomniane.
18. Esoteric + B&W – w telegraficznym skrócie – jeden z najlepszych systemów zaprezentowanych na MOCu. Kontrola, moc, finezja. O ceny lepiej nie pytać.
19. FinkTeam – potężne kolumny WM-3 o dość kontrowersyjnej urodzie współpracujące z elektroniką Octave zagrały dużym, lecz świetnie kontrolowanym dźwiękiem.
20. Signal Projects – od parawanów po grę w kulki ze wskazaniem na te drugie, czyli reprezentujący serię system Lumiks SAT K2 & SUB W45 autorstwa Wolfganga Kühna. Całość oczywiście okablowano przewodami Signal Projects z odświeżonej niedawno linii Lynx.
21. Goebel – topowy system nagłośnieniowy Goebela zawsze wywołuje silna polaryzację wśród odbiorców. Osobiście należę do obozu pozytywnie nastawionego dla tego typu estetyki grania a dodając do tego elektronikę CH Precision i … mającą premierę na tegorocznej wystawie maksymalnie dopieszczoną wersję Kronosa Pro (z zasilaczem i carbonowym armboardem) z dumą prezentowaną przez Louisa Desjardinsa efekt finalny zasługiwał na duże brawa.
22. Nordost – nigdy nie ukrywałem, że do charakterystycznych taśm i generalnie pomysłu na dźwięk amerykańskiego Nordosta stosunek mam nazwijmy to najogólniej ambiwalentny. Jednak to, co w tym roku dane mi było usłyszeć podczas prezentacji najnowszych kondycjonerów masy QKore wpiętych w elektronikę Moona skłoniło mnie do całkowitego wymazania wcześniejszych uprzedzeń. Te magiczne skrzyneczki ewidentnie działają a co ważne, w przeciwieństwie do większości swojej konkurencji nie mulą, lecz dźwięk ewidentnie oczyszczają.