Monthly Archives: Maj 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

Kwarcowe platformy Nautilusa

Kto jak kto, ale każdy, również początkujący w dziedzinie gonienia przysłowiowego króliczka, jakim jest osiągnięcie porównywalnego z koncertem na żywo danego artysty wydarzenia muzycznego we własnym pomieszczeniu odsłuchowym audiofil zdaje sobie sprawę, iż nawet najbardziej idealnie skonfigurowany zestaw audio nie ma najmniejszych szans pokazania swoich możliwości sonicznych bez wspomagającego go w dążeniu do prawdy odpowiedniego wachlarza akcesoriów. I nie mówię w tym momencie o panującej ostatnimi czasy żonglerce wszelkiej maści okablowaniem, gdyż to jest jeden z podstawowych elementów, aby dany zestaw w ogóle wydał z siebie dźwięk, tylko wszelkich dodatkach separujących nasze urządzenia od szkodliwego wpływu wibracj. A jeśli jesteście, w co nie wątpię w tym temacie zorientowani, przyznacie chyba, że trochę tego jest. Od proponujących różne rozwiązania antywibracyjne stolików pod cały komplet elektroniki, przez pojedyncze, dedykowane dla konkretnego elementu platformy, czy małe podstawki jako stopy zastępujące ich nóżki. Do wyboru do koloru. I gdy dotychczas na naszych łamach zazwyczaj pojawiały się testy platform i stopek pod elektronikę, tym razem przyjrzymy się działaniu tych pierwszych w dedykacji dla zespołów głośnikowych. Tak tak, w dzisiejszym, mierzącym się ze szkodliwym oddziaływaniem wszelkich mikro-trzęsień naszego otoczenia systemów audio odcinku spróbuję opisać, co takiego wydarzyło się po usadowieniu moich wielkich austriackich kolumn nie na dotychczas wykorzystywanych granitowych płytach, tylko nieco inaczej realizujących wygaszanie drgań stosownych platformach. Interesujące? Jeśli tak, w takim razie zapraszam na w miarę strawny rozmiarowo test wspomnianych zabawek wyciskających pełnie możliwości z mojego zestawu audio, czyli podstaw pod kolumny, o zrecenzowanie których po niełatwej z racji rozmiarów i ciężaru moich ISIS-ów aplikacji poprosił krakowsko-warszawski Nautilus.

Patrząc na serię fotografii z unboxing’u pierwszym nasuwającym się spostrzeżeniem na temat opiniowanych platform jest wręcz porażająca prostota ich konstrukcji. Ale spokojnie, zapewniam Was, że jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. O co chodzi? Podstawowym elementem produktu są okalające separujący zespoły głośnikowe od podłogi blat roboczy z fińskiej brzozy, nieco większe od niego o jakieś dwa, trzy milimetry, licujące z nim bez wsadu nośnego górną płaszczyzną swoiste kuwety. Po co? Ano po to, aby po wyjęciu owego blatu i napełnieniu w ten sposób powstałej niecki specjalnie do tego celu przygotowanym kwarcowym granulatem otrzymać minimalny luz pomiędzy taflą podtrzymującą kolumny i współpracującym z nią obramowaniem dolnej części platformy. Kolumna ma stać na odpowiedniej warstwie wspomnianego kwarcu i nie stykać się z żadną inną częścią konstrukcji platformy oprócz unoszącej ją podstawy. To gdzie ten tkwiący w szczegółach diabeł? Jak to gdzie, chodzi o odpowiedni rozmiar i samą konsystencję, czyli twardość granulatu kwarcowego. Po co? Przecież wiecie, że każdy materiał, choćby będąc jedną ze składowych nawet najbardziej rozbudowanych podstawek pod sprzęt audio ma swój wpływ na finalne brzmienie danego komponentu, dlatego też chcąc osiągnąć dany wynik soniczny nasz będący clou programu separator jest błyszczącym, pozbawionym ostrych krawędzi, niezbyt dużym gabarytowo zbiorem błyszczących kryształków, którego w przypadku tak wielkich rozmiarów platform jak pod moje kolumny na jedną sztukę przypada około dwóch kilogramów. Wieńcząc ten akapit bardzo ważnym tematem z punktu widzenia ewentualnego nabywcy jest informacja, że zazwyczaj w salonie dystrybutora od ręki są tylko podstawowe, czyli w miarę typowe dla większości produktów – nie tylko dla kolumn, ale i elektroniki – rozmiary opisywanych platform, natomiast reszta typu małe boiska piłkarskie dla podobnych do moich wielogłośnikowych kolosów niemal ekspresowo robione są na zamówienie.

Jeśli zdążyliście naocznie zapoznać się ze sposobem aplikacji podstaw pod moje paczki, z pewnością zauważyliście, iż test miał dwie, nieco inaczej wypadające dźwiękowo odsłony. Jedna była jedynie zmianą posiadanych na co dzień granitów na nasze bohaterki z konsekwentnym wykorzystaniem, używanych dotychczas stopek amerykańskiej marki Sillpoints, a druga zaowocowała odkręceniem wspomnianych stalowych, nieco dublujących wygaszanie drgań baryłek, wkręceniem w ich miejsce zwykłych kolców i dodatkowo posadowieniem kolumn na mosiężnych podkładkach japońskiego Acoustic Revive. Jakie były wyniki obydwu specyfikacji aplikacyjnych? Otóż ku mojemu zaskoczeniu nie wcale nie tak dramatycznie różne, choć niezaprzeczalnie nieco inne. Podczas pierwszego starcia z wyjętymi jedynie granitami seria srebrnych krążków pokazała wyraźnie, że dotychczas mocno osadzony w dolnych rejestrach, a przez to sprawiający czasem problemy lejącym się po podłodze niskim basem dźwięk delikatnie przesunął swój punkt ciężkości o oczko wyżej. Najniższy bas stał się zdecydowanie krótszy. To zaś sprawiło, że muzyka dostała większej witalności i oddechu. Ale to nie wszystko, gdyż owa migracja ku górze wprowadziła do dźwięku szczyptę dodatkowej krągłości w środku pasma i bardzo ciekawie wypełniła tak poszukiwanym przez audiofilów efektem 3D wirtualną scenę muzyczną. Dodatkowo wzmocniła uczucie większego oderwania dźwięku od kolumn i znacznie głębszej perspektywy słuchanego wydarzenia muzycznego. Naprawdę, efekt jest zaskakująco wyraźny, a do tego swym budowaniem bardziej namacalnego przekazu sprawiający o wiele więcej aniżeli dotychczas przyjemności. Ok. Ale czy wszystkie aspekty uległy poprawie? Sądzę, że zdecydowana większość populacji melomanów i audiofilów tak by to odebrała. Ja jednak walcząc o co prawda mocno pokolorowany przekaz, przez cały czas stawiam jednak na jego w miarę dobrą konturowość, co podczas wykorzystania amerykańskich podstawek (Stillpoints) przy wielu zaletach nasycenia średnicy powodowało jej delikatne uśrednienie w kwestii rozdzielczości. Po prostu kolumny będąc dwa razy “miękko” odseparowywane od podłoża – pierwszy raz przez nowe platformy, a drugi przez Stillpointsy – w centrum pasma przenoszenia nie potrafiły pokazać mi tak uwielbianych przeze mnie niuansów pracy strun i pudła kontrabasu. Oczywiście nie była to przysłowiowa buła, czy nieczytelna papka, ale znając swoje kolumny na wylot od pierwszych taktów muzyki wiedziałem, że coś jest nie tak. Ogólnie bardzo dobrze, ale dusza dociekliwego audiofila kręciła lekko nosem. I co z tym zrobiłem? Jak to co, zadzwoniłem do dystrybutora, a on wiedząc jak temu zaradzić dostarczył mi osiem magicznych krążków i kazał postawić kolumny na kolcach, bez żadnych dodatkowych antywibracyjnych ekwilibrystyk. Efekt? Po realizacji zaleceń dystrybutora temat choć delikatnie, ale ewaluował w oczekiwaną stronę. Delikatne usztywnienie stabilizacji kolumn spowodowało, że w będącym, punktem zapalnym mojego szukania dziury w całym, centrum pasma akustycznego pojawił się pakiet danych o krawędziach dźwięku. Naturalnie nie było mowy od wycięciu świata muzyki żyletką, tylko wyraźniejsze podanie odbywających się w najczulszym dla ucha słuchacza zakresie pakietu informacji o wydarzeniach muzycznych. Czyli reasumując, pozbyłem się chadzającego swoimi ścieżkami, spowodowanego problemami akustycznymi pomieszczenia nadmiaru niskiego basu, by w zamian dostać lepszy efekt wizualizacji źródeł pozornych w domenie namacalności, dodatkowy pakiet witalności przekazu i miłą dla ucha krągłość odpowiednio uzbrojonego w informacje środka pasma akustycznego. Czy to dobrze? Z całą mocą swoich słów zapewniam Was, bardzo dobrze. I aby to nieco bardziej uwiarygodnić dodam, iż nie piszę tego jedynie w wyniku obserwacji na własnym podwórku, ale również w oparciu o wielokrotne prezentacje w salonie dystrybutora z różnymi komponentami z kolumnami włącznie. Zawsze efekt jest podobny, by nie powiedzieć identyczny, a to nawet najbardziej nieprzekonanego malkontenta powinno skłonić do choćby minimalnego dania wiary opisanym w tym teście wynikom. Jednak zaznaczam, chcąc osiągnąć opisany efekt, czasem nawet wbrew swoim sądom musicie spełnić jeden wykazany na moim przykładzie warunek. Decydując się na wykorzystanie recenzowanych dzisiaj platform wyeliminujcie dodatkowe, nawet najlepsze z Waszego punktu widzenia akcesoria antywibracyjne. Ja startując z testem jako rasowy audiofil wydawałem się być najmądrzejszy, za co los dość szybko mnie skarcił i zmusił do porady u źródła, czyli producenta platform, jak wybrnąć z co prawda fajnie wypadającego, ale jednak nie do końca spełniającego oczekiwane założenia wysokiej jakości dźwięku. Na szczęście dostarczający opiniowany produkt Nautilus wie co robi i natychmiast przybył z efektownie wypadającą odsieczą.

Wynik dzisiejszej walki z wibracjami podłoża ewidentnie pokazuje, że inna niż zaleca producent aplikacja danego produktu może być obciążona niechcianymi skutkami ubocznymi. Oczywiście większość konstrukcyjnych założeń z dużą dozą prawdopodobieństwa będziemy w stanie uzyskać, ale po głębszej diagnozie efektu sonicznego okaże się, iż coś nie do końca iskrzy. Naturalnie na upartego zawsze można z tym żyć, tylko wiedząc, że dość łatwym ruchem jesteśmy w stanie zapiąć kwestię idealnego dźwięku na ostatni guzik, tylko głupiec z tego nie skorzysta. I jak widać na fotografiach i potwierdzeniu w tekście, gdy ktoś ma rację, moje ego najmądrzejszego w świecie audiofila umie mu ją przyznać. Zatem reasumując, gdzie widzę tytułowe platformy? Szczerze powiedziawszy wszędzie. Nawet w systemach z punktu widzenia użytkownika konfiguracyjnie skończonych. Opisywane pod kolumny podstawy delikatnie przesuwając punkt ciężkości dźwięku ku górze, mogą na tyle pozytywnie przewartościować efekt brzmieniowy danej układanki, że nawet najbardziej zadowolony z dźwięku słuchacz zapragnie tej do niedawna wydawałoby całkowicie zbędnej zmiany. Naciągam brutalnie fakty? Cóż, aby to zweryfikować, musicie sami się z tym zmierzyć. Innej drogi nie ma. Jednak bez względu na końcowe wyniki Waszych starć jedno mogę powiedzieć na pewno, doświadczeń na własnym podwórku nigdy dość, a to starcie może okazać się bardzo pozytywnym w skutkach.

Jacek Pazio

Produkcja i dystrybucja: Nautilus
Cena: 6 000 PLN (para)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Spendor

Ikona brytyjskiej branży głośnikowej, Spendor, zastępuje swoje klasyczne konstrukcje znane od wielu lat pod nazwą SP, nową serią Classic. Co ciekawe, numeracja pozostaje tak jak dawniej (3/5, 3/1, 2/3, itd.), a prawie wszystkie modele – oprócz jednego, o tym już za moment – są identyczne z poprzednikami, pod warunkiem że… nie sprawdzimy, co kryje się pod (uwaga, mocowanymi magnetycznie!) maskownicami. Także wymiary i proporcje skrzynek pozostają identyczne, a we wszystkich modelach wysokie tony obsługuje dobrze znany tekstylny tweeter kopułkowo-pierścieniowy o średnicy 22 mm. Gwoździem programu w nowych Classicach są natomiast przetworniki nisko-średniotonowe i średniotonowe, za którymi poszły nowe zwrotnice i wzmocnienia wewnętrznej struktury skrzynek. Zamiast półprzeźroczystych, mlecznych membran polimerowych producent proponuje jednolicie czarne, wykonane ze wzmocnionego polimeru EP77, znanego z modeli serii D. Najnowsze wersje tych głośników mają jednak zmodyfikowane układy napędowe oraz kosze wykonane ze stopu magnezowego. Ten sam polimer EP77, uzupełniony wklęsłą nakładką wzmacniającą wykonaną z kompozytu kevlarowego, zastosowano w membranie basowej trójdrożnych Classic 1/2, a w przypadku Classiców 100 nakładka z tegoż kompozytu usztywnia klasyczną bextrenową membranę o średnicy 30 cm i jest… wypukła.

Jeśli natomiast chodzi o wspomnianą zmianę, poddano jej model Classic 1/2, w którym zmodyfikowano proporcje obudowy, a do przetwarzania średnich tonów zamiast dużej kopułki tekstylnej wykorzystano obecny również w modelu Classic 3/5 stożek o średnicy 15 cm. Zabiegi te spowodowały, że 1/2 wyglądają jak kompaktowa wersja wielkogabarytowych, trójdrożnych Classiców 100. Ale to nie koniec – typoszereg uzupełniają od góry wolnostojące Classic 200. Te potężne „lodówki” z podwójnym głośnikiem basowym na kanał, pracującym w obudowie zamkniętej, to rozbudowane mega-monitory Classic 100, które wypełnią dźwiękiem o odpowiedniej masie jeszcze większe pomieszczenia. Pojawiły się one już wcześniej, jako prototyp ochrzczony mianem SP-200. Można więc założyć, że to właśnie one uruchomiły gruntowny lifting całej serii, a w trakcie całego procesu zostały przemianowane zgodnie z nowym nazewnictwem. Modele serii Classic występują w dwóch naturalnych fornirach: ciemnym orzechu oraz jaśniejszej wiśni, a Classic 200 można zamówić także w bardziej ekskluzywnym wykończeniu hebanowym.
Ceny za parę przedstawiają się następująco:
Classic 3/5: 5 490 PLN
Classic 3/1: 9 900 PLN
Classic 2/3: 14 900 PLN
Classic 1/2: 24 900 PLN
Classic 100: 39 900 PLN
Classic 200: 77 900 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Dynaudio Xeo

Po sześciu latach od premiery aktywnych, bezprzewodowych Dynaudio Xeo, które zdobyły prestiżową nagrodę EISA, Duńczycy kontynuują dobrą passę na głośniki aktywne, wprowadzając dwa nowe modele: podstawkowe monitory Xeo 20 i wolnostojące Xeo 30, które zastępują dotychczasowe Xeo 4 i Xeo6. Już pierwszy rzut oka na nowe 20-ki i 30-ki może sugerować, że koncepcyjnie idą one w stronę znacznie droższej, odświeżonej niedawno serii Focus XD: krawędzie obudów dyskretnie ścięto i zaokrąglono, fronty przetworników zmieniły się w jednolicie czarne (tak samo wyposażone w wykręcane kolce nóżki podłogowych Xeo 30) a z górnej ścianki obudowy zniknęła nakładka z wyświetlaczem głośności i odbiornikiem sygnału podczerwieni. Ten ostatni element wraz z diodami wskazującymi status pracy umieszczono pod dolnym mid-wooferem. Dzięki tym zabiegom nowe Xeo nabrały minimalistycznej i szlachetnej formy, z nieco industrialnym sznytem, podkreślonym zwłaszcza przez szczelinowy bass-reflex w Xeo 20 – 30-ki natomiast wykorzystują klasyczny, okrągły tunel.

Dużo ważniejszy jest jednak solidny lifting tego, co w środku. Po pierwsze, Xeo przetwarzają teraz sygnał o rozdzielczości 24 bit / 96 kHz – również bezprzewodowy, a po drugie – jeśli akurat mamy pod ręką źródło ze stereofonicznym wyjściem RCA, minijackiem albo cyfrowym optycznym Toslinkiem, podłączymy je także kablami. Po trzecie – na pokładzie jest odbiornik Bluetooth aptX, dzięki któremu nowe Xeo to gotowy system grający, na którym posłuchamy muzyki bezprzewodowo i podłączymy klasyczne źródła stacjonarne, bez konieczności doposażenia w inne akcesoria. Wprawdzie w ofercie Dynaudio dalej dostępne są: Connect, Extender i Link, jednak są one urządzeniami opcjonalnymi. Pierwszy z nich umożliwia skonfigurowanie trzystrefowego systemu multiroom, składającego się z dowolnej ilości Xeo i Focusów XD, a także podłączenie większej liczby źródeł analogowych i cyfrowych. Drugi służy do zwiększenia zasięgu transmisji bezprzewodowej, a trzeci – do bezprzewodowego dołączenia do Xeo dodatkowego urządzenia „na wyjściu”, np. subwoofera aktywnego lub przedwzmacniacza. Wreszcie po czwarte – podobnie jak w serii Focus XD, także i tutaj skoncentrowano się najmocniej na gruntownym przeprojektowaniu cyfrowych układów DSP. Inżynierom udało się uprościć filtry częstotliwościowe w „klasyczną” stronę zbocz pierwszego rzędu, optymalniej dopasować do siebie pasma pojedynczych głośników (poprawa kierunkowości!), a dodatkowo skierować zaoszczędzoną w ten sposób moc obliczeniową do zwiększenia zakresu dynamiki, poszerzenia pasma przenoszenia w zakresie basu i zastosowania bardziej zaawansowanego algorytmu trójpozycyjnej regulacji charakterystyki w zależności pozycji głośników w pomieszczeniu.
Monitory Xeo 20 kosztują w Polsce 8 900 zł, a wolnostojące, bardzo kompaktowe Xeo 30 – 14 900 zł. Dostępne są dwie wersje kolorystyczne: satynowa biel i czerń.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Munich High End 2018 cz.2

Nawet najbardziej pobieżna analiza najgorętszych tematów for internetowych i wielu portali o tematyce audio jasno daje do zrozumienia, iż jesteśmy po bardzo ważnej dla melomanów i audiofilów wystawie High End w Monachium. To zaś samoczynnie nasuwa bardzo ważne dla bytu mojego tekstu pytanie: „Czy warto po raz kolejny wałkować informacje na znany już wszystkim prawie od podszewki temat?”. I wiecie co? Z punktu widzenia już wcześniejszego zaznajomienia się z opiniami relacjonujących imprezę innych redaktorów prawdopodobnie wgłębianie się w moje spojrzenie na to samo byłoby pozbawione sensu, gdyby nie słowo klucz, jakim jest fraza „prawie”. Dlaczego? Otóż wyjaśnienie jest banalnie proste. Raz. Każda wystawa rządzi się bardzo specyficznymi, bo determinowanymi próbą zaprezentowania wielu słuchaczom w jednym momencie co najmniej dobrego dźwięku, czy okiełznaniem najczęściej ciężkich warunków akustycznych prawami, co sprawia, że nawet najłatwiejsza do odtworzenia muzyka potrafi pogrążyć sonicznie najznakomitsze zestawienie. Dwa. Każdy wystawca z reguły posiłkuje się tym co ma w ofercie lub w przypadku małych manufaktur tym, co uda im się gdzieś zorganizować, a to w odbiorze wielu słuchaczy (w tym redaktorów) często ze sobą zwyczajnie nie iskrzy. A trzy. Każdy opiniodawca trafia na inną muzykę, obłożenie pokoju i co chyba najważniejsze, z racji posiadanego puntu odniesienia i przez to innej interpretacji tego samego brzmienia, wyciąga różne wnioski. I gdy zsumujemy trzy wspomniane aspekty, każdy z dystansem patrzący na podobne relacje przedstawiciel homo sapiens dojdzie do konkluzji, iż każda dodatkowa opinia w momencie zainteresowania się jakąś konfiguracją jest na wagę złota. Jeśli jednak i to do kogoś nie przemawia, najzwyczajniej w świecie z racji mojego dość swobodnego języka opisującego podobne wydarzenia może zaznajomić się z nim dla choćby przyjemnego spędzenia wolnego czasu. Reasumując, bez względu na to, jak zapatrujecie się na moje trzy grosze w sprawie najważniejszej wystawy audio na świecie, życząc miłej zabawy chętnych lub niechętnych zapraszam na kilkadziesiąt udokumentowanych stosownymi fotografiami krótkich, bardzo luźno traktujących zastane konfiguracje tekstów.

1. WOLF VON LANGA
Udając się na tę prezentację miałem bardzo mieszane uczucia. Nie żebym obawiał się o wynik soniczny, gdyż na każdy byłem otwarty, ale zamęt kreowała przetwornikowa konfiguracja. O co chodziło? Proszę bardzo. Z jednej strony tak lubiane przeze mnie duże papierzaki, a z drugiej uzbrojone w cewki zamiast stałych magnesów średniotonowce i czasem leżące na dachu kolumn, lub umieszczone na przezroczystym akrylu wysokotnowce. Wystarczy? Dla mnie, aby wprowadzić nutkę zaciekawienia tak. Efekt? Jak na wystawę całkiem nieźle. Co prawda czasem podbijany pomieszczeniem bas dawał się we znaki, ale za to fajnego zabarwienia muzyki celulozą i jej oddechu podczas prezentacji mniejszych, na fotkach stojących z przodu konstrukcji nie można tej konfiguracji odmówić. A co w tym wszystkim najfajniejsze, to fakt dużych szans przyjrzenia się tym kolumnom u siebie podczas testu, gdyż tytułową markę wziął pod swoje skrzydła katowicki RCM.

2. HORNS, SIKORA, GUTWIRE
Znacie? Nie? Niemożliwe. Dlaczego? Nie żartujcie. Przecież to od dawien dawna nasza stała można by śmiało powiedzieć oaza polskiego High Endu. Owszem, czasem poszczególne kostki końcowej układanki się zmieniają, ale zawsze jest rozpoznawalna przez rodaków, produkująca kolumny marka Horns. Tak też było i tym razem, jednak w tej odsłonie monachijskiej przygody towarzyszyli jej producent gramofonów ze swoim flagowcem w roli głównej Pan Janusz Sikora, oraz brand oferujący okablowanie systemów audio firma Gutwire. Jak wypadł efekt brzmieniowy? Gdy w poprzednich latach smak tuby był dla mnie prawie symboliczny, tym razem stanowił clou programu, co wielu wielbicielom takiej prezentacji przysporzyło sporo przyjemności.

3. KHARMA
Wejście do tej ociekającej bogactwem nie tylko z racji „wypasionego” wystroju, profesjonalnej adaptacji akustycznej, ale również designu kolumn sonicznej mekki potrafiło spowodować dwa stany. Kochaj albo rzuć. Dlaczego? Puryści minimalizmu nie wysiedzieliby w nim ani minuty, gdyż dbałość o najdrobniejszy szczegół prezentacji dotyczyła nawet wykładanej skórą podłogi, a to było już kroplą przelewającą napełnioną kapiącym złotem z tapet na ścianach i wykończenia kolumnach czarę goryczy. Ale spokojnie. Choćby minimalna tolerancja pomysłu na w zjawiskową prezentację pozwalała na poczucie się w tym pokoju jak prawdziwy magnat, co z przyjemnością osobiście zaliczyłem. Kreśląc pakiet danych na temat fonii powiedziałbym, że była kapryśna. Raz potrafiła wbić w fotel rozmachem i oddechem prezentacji, by za moment przyłożyć z nienacka przenikliwością górnych rejestrów.

4. EINSTEIN
Ta wizyta nie była jedynie zwyczajowym odhaczeniem danego pomieszczenia. Dlaczego? Prawdopodobnie bardziej spostrzegawczy czytelnicy po obejrzeniu zdjęć już wiedzą, ale jeśli nie, oznajmię, iż w tym roku przypadała 30-ta rocznica działalności marki Eistein, co założyciel marki i konstruktor w jednym wraz z mającą swoją rolę w działalności firmy podczas projektowania designu komponentów małżonką mieli przyjemność uhonorować 29-cio letnim Bordeaux. Jak wino? Wyborne. A biorąc pod uwagę wiek i to co ów przecież spory czas wniósł do bukietu aromatu i znakomite. Ale to nie koniec ciekawostek. Jak to u posiadaczy konstruktorskiego niespokojnego ducha bywa, rocznica rocznicą, ale ważnym elementem tego wydania wystawy była premiera nowego ramienia, małego phonostage’a i przedwzmacniacza liniowego. A dźwięk poszczególnych konfiguracji. Cóż, obie bardzo dobre. Jedynym kryterium co do wyboru dla potencjalnego zainteresowanego będzie wielkość pomieszczenia (choć obydwie świetnie dawały sobie radę z basem nawet w tak małych wystawowych klitkach) i zasobność portfela.

5. Göbel, VITUS
Jedno jest pewne, plazmowe głośniki wysokotonowe Göbel-a na wystawie w Monachium nigdy mnie nie zakuły w ucho. tak też było i tym razem. Nowością w odbiorze do poprzednich prezentacji z innymi wzmocnieniami było to, że duński Vitus tchnął w całość zestawienia odpowiednią dawkę energii, co wespół z gładką plazmą dało namaszczony fajną plastyką przekaz.
Za to set z monstrualnymi Divin Majestic, bez względu na fakt pojawienia się na Waszych twarzach ewentualnego uśmiechu, był dla mnie jednym z najlepszych pokazów tego weekendu. Rozmach, swoboda oddania zamierzeń artystów włącznie z muzyką elektroniczną w każdym zakresie, dynamika i co przy takich potworach dziwne, delikatność każdego cichego dźwięku od tego momentu były dla mnie wyznacznikiem, co na tegorocznej wystawie wypadło źle, a co dobrze. Jedynym ewentualnym problemem może być rozmiar i niestety sam wygląd kolumn, ale raz – o gustach się nie dyskutuje a dwa – przecież sprzęt ma fantastycznie grać, a nie wyglądać, co opisywany ewidentnie udowodnił. Miłym smaczkiem tej prezentacji było. podobnie do pokoju TAD-a, wykorzystanie pod sprzęt stojący z boku i monobloki pomiędzy kolumnami stolika i platform Franc Audio Accessories.

6. AUDIA FLIGHT, ALBEDO
Nie, to nie jest nowy kierunek znanej nam rodzimej marki kablarskiej, tylko włoska manufaktura w głównej mierze zajmująca się konstruowaniem kolumn, ale również nie pozostawiający bez swojej ingerencji ogólnie pojętego akcesorium audio. Granie? Z dobrym rozmachem w szczególności zagrała duża orkiestra. Reszta oferty muzycznej żywiej w środku pasma od poprzedniego pokoju, ale odebrałem to w sferze nie jakości, tylko naładowanego nutką iskry spojrzenia na świat muzyki.

7. MARTEN, VITUS
Jak widać na fotografiach w konstrukcjach Martena zastosowano baterię najnowszych przetworników Accutona. To zaś poskutkowało przypisaną już od jakiegoś czasu mniej agresywną dla wielu melomanów prezentacją, w czym bardzo dobrze wspierały całość zestawienia monobloki Vitusa. Dźwięk był pełen energii, ale bez nerwowości.

8. ZELLATON
Nie pytajcie, ile to kosztuje, bo władcy tej marki odlecieli w dawno obrany przez konkurencję odpowiedni dla siebie kurs kosmosu cenowego. Niestety nie mogę napisać nic o dźwięku, gdyż po odbębnieniu sesji zdjęciowej, tuż po wygodnym zajęciu miejsc w fotelach do pokoju wszedł miły starszy pan z malutką „stuletnią” kamerką i po pozorowanym wywiadzie w ciszy poprosił o kilka taktów muzyki. Niestety panowie wystawcy tak byli tym faktem poruszeni, że robiąc miejsce dla sędziwego redaktora usunęli nas na bok. Cóż, nie to nie. Po co to w takim razie wklejam? Jak to po co. Przecież wspominałem na początku, że będę pisał z przekąsem i to jest spełnienie danej obietnicy.

9. CRYSTAL CABLE
Ta prezentacja była ofertą dla klienta uwielbiającego pełną obsługę bez zastanawiania się co z czym połączyć i na czym postawić. Jak obrazują fotki, szefowa marki w swej szerokiej ofercie ma do zaproponowania kolumny, okablowanie, ustawiony na stoliku własnej konstrukcji, posiłkujący się plikami zestaw audio „all in one”. Naturalnie w kwestii designu wszystko dopieszczone kobiecą ręką, co poskutkowało eleganckim wystrojem i wykończeniem każdego detalu. Naturalnie mocny trend kolejnej inwazji analogu poskutkował pojawieniem się na szczycie najnowszej oferty angielskiego potentata gramofonowego SME (również all in one), a to w fantastyczny sposób dawało opcję porównywania obydwu standardów generowania dźwięku. Oczywiście nie zmusicie mnie do oficjalnego oświadczenia, co jest lepsze, a co gorsze, ale powiem tylko tyle, że gdy po drodze bardziej mi z analogiem, to łatwość obsługi w połączeniu z synergicznie dobranym okablowaniem i kolumnami nawet przy „plikograju” bez problemu mogłem zatopić się w słuchanej muzie.

10. RAIDHO, CHORD
Te wielgachne kolumny uzbrojone w maleńkie na ich tle przetworniki zawsze wzbudzały mój podziw. Teoretycznie nie da się oddać odpowiednio dużej masy basu bez wielkiej membrany, ale od lat tej kolumnowej marce swoimi wyrobami wydaje oszukiwać prawa fizyki. Sądzę jednak, że w zderzeniu z nimi na własnym podwórku z łatwością znalazłbym pomysł na taką prezentację, ale nawet bez tego domyślam się, że może być problem przy niskich poziomach głośności, czego nie da się uświadczyć na wszelkiego rodzaju wystawach, gdzie je dotychczas słyszałem. Niemniej jednak i tym razem z angielskim Chordem pokazały, że muzyki przez wielkie “M” się nie boją.

11. CEC
Decydując się na poniższą serię zdjęć miałem tylko jeden cel, a tak prawdę mówiąc prośbę, aby każdy kto raczył odwiedzić ten przybytek muzyczny nie brał tej prezentacji na serio. Panowie z Japonii postanowili pójść z duchem czasu i pokoleniu Made in IKEA zaproponować grająca szafkę pod sprzęt audio z dającymi się regulować na boki, usytuowanymi na zewnętrznych flankach meblościanki kolumienkami. Niestety to był całkowicie przeciwny biegun tego, co potrafi zrobić z muzyką stacjonujące u mnie w systemie od kilku miesięcy topowe źródło tego producenta, a które raczyło dumnie na tym katafalku spoczywać. Puentą tego tekstu dla kochających dobry dźwięk melomanów i audiofilów niech będzie fraza: „CEC? Tak. Grający mebel CEC-a? Nie”.

12. LIVING VOICE
Chyba nie zdradzę tajemnicy poliszynela, gdy powiem, że może nie ze wszystkim opisywany model kolumn potrafi sobie poradzić, ale jak już zagra czy to operę, czy wielką orkiestrę z dobrze wkomponowanym wokalem, to czapki z głów. Pop i rock są raczej nurtami, które tej konfiguracji nie do końca mają swoje uzasadnienie nie tylko finansowe, ale i soniczne.

13. VON SCHWEICKERT AUDIO
Widzieliście tak wielkie Von Schweickerty, bo ja nie. Ale gdy mi się udało nawet w dobrych warunkach i co ciekawe w konfiguracji ze swoją elektroniką posłuchać, powiem, że to było ciekawe granie. Co prawda czasem mocno angażujące swoją dosadnością, a innym razem w punkt, ale nigdy nie męczące. Brawa za bardzo sprężysty w tak małym pomieszczeniu tak wielkich kolumn, ale to prawdopodobnie zasługa baterii regulatorów na plecach kolumn. Jednak mimo to brawo.

14. TUNE AUDIO
Ciekawy widok, nie sądzicie? Zawieszona w górnej części uchylonych drzwi szafy tubka, a gra. Ok. Bez żartów, gdyż ktoś poświęcił na to kawałek swojego życia, a co w tym wszystkim najlepsze, zestaw co prawda grał typową tubą, ale bardzo dobrze zabarwioną drewnem. I gdy do tego dodamy swobodę i oddech dobiegającej do nas muzyki, okaże się, że gdy mamy odpowiednie pomieszczenie, marzenie zakochanego w tubach melomana o łapiącym Boga za nogi zestawie dzięki tej konfiguracji może się ziścić.

15. ROCKPORT, ABSOLARE
Kolumny Rockport miały kilka odsłon. Jedną z nich było zestawienie z elektroniką Absolare, czego efektem był bardzo dobry, bez dwóch zdań dźwięk z górnej półki. Może dla mnie czasem zbyt wyczynowy, ale ani razu nie schodził z pudła pod względem jakości. Ale jak to w życiu bywa, nie ma rzeczy ani zestawień dla każdego, czego opisywany set mimo swobodnego brylowania w kręgu najlepszych prezentacji tej odsłony monachijskiej wystawy z powodu delikatnego przesunięciem moich preferencji w stronę większej muzykalności jest idealnym przykładem.

16. STEIN MUSIK
Ten wspomagany milionem tradycyjnych głośników potomek megafonów zaprezentował mi pełen energii i witalności w najczystszej tubowej postaci zapis zawartych na płytach nut. Sądzę, że oprócz rzucających się w pierwszym kontakcie wzrokowym tub nie umknęły Waszej uwadze monstrualne wielogłośnikowe moduły basowe. Przyznaję szczerze, to nie jest moja bajka, ale radości ze słuchania muzyki z takiej ilości dobrze zestrojonych fazowo (przynajmniej dobrze wypadających w tym pomieszczeniu) przetworników miałem co niemiara.

17. ODEON
Niemieckiego Odeona znam z zabawy w swoim środowisku sprzętowym i wiem, że potrafi wyczarować zarezerwowaną dla ubranych w lejki głośników ciekawie odbieraną nawet przeze mnie muzykę. Dlatego też przyznam się bez bicia, że głównym powodem mojej wizyty w tym pokoju były monstrualne lampy w napędzających kolumny monoblokach. Bez względu na fakt pełnoprawności lampowych konstrukcji w torach audio tak wielkie słoiki po ogórkach są rzadkością, dlatego też korzystając z okazji postanowiłem zmierzyć się z ich możliwościami. Dodatkowymi bonusami tej prezentacji był występujący jako źródło dźwięku gramofon i podobno cały czas przebywający pośród nas król w osobie Elvisa Presley’a w kawałku „Fever”. To był maestria przestrzenności i rozmachu w oddaniu realiów tego kawałka. Na wystawie brzmiał on jeszcze kilka razy, ale nigdy tak jak tutaj.

18. VITUS, MARTEN
To po analizie dotychczasowych opisów kolejna odsłona tych dwóch marek, z tą tylko różnicą, że z produktami dla szerszej grupy docelowej, czyli ze znacznie mniejszymi gabarytowo komponentami. Efekt? Gładko, z przestrzenią, fajną barwą i co ważne mięsem.

19. J.SOUND
Wiem, wiem, wygląda to nader śmiesznie. Jednak konia z rzędem temu, kto biorąc pod uwagę maleńkie przetworniki szerokopasmowe stwierdzi, że muzyce brakowało wykopu, barwy i rozdzielczości. Siedziałem tutaj kilka ładnych minut i przez cały czas miałem wielki fan z każdego rodzaju puszczanej muzyki. Naturalnie z przyczyn zdroworozsądkowych ciężkiego rocka się nie doczekałem, ale zawsze mówię, że nie jest on dla mnie ostateczną wykładnią dobrej jakości dźwięku, a nawet jeśliby się pojawił, z zasady aby nie zostać ogłuszonym (ten rodzaj muzyki stawia na oszołomienie słuchacza), wyszedłbym po pierwszych frazach.

20. TAD, AUDIOMICA
O konstrukcje tego producenta do testów walczymy już od lat. Tymczasem podczas tej wizyty w Niemczech może z racji wspólnej wystawy z polskimi markami (kable i akcesoria antywibracyjne) udało nam się dotrzeć do europejskiego przedstawiciela japońskiej marki i mamy wstępne porozumienie co do dalszej współpracy testowej. Zobaczymy. A jak z dźwiękiem? Cóż, TAD jak to TAD, firmowa elektronika z koncentrycznym głośnikiem z berylem w górnych rejestrach plus dwa wielkie basowce pokazały, jak zbudować dobrze zwizualizowaną, zaopatrzoną w odpowiedni pakiet danych, podpartą energią niskich rejestrów wirtualną scenę muzyczną. A to wszystko przy współudziale polskich producentów okablowania AUDIOMICA i stolika Rogoz Audio. Klasyka gatunku dobrej synergii wszystkich składowych.

21. WILSON BENESCH, CONSTELATION AUDIO
Najnowszą odsłonę Wilson Benesch’a, czyli wysokie, uzbrojone w odwrócone plecami do słuchacza głośniki kolumny napędzała znana mi z osobistego zderzenia elektronika amerykańska elektronika Constelation Audio. Znając sznyt grania poprzednich modeli kolumn WB i wykorzystanych do nakarmienia ich sygnałem komponentów trochę bałem się, czy to będzie dobre połączenie. Obydwa brandy dotychczas miło zaskakiwały mnie gładkim, stawiającym na muzykalność dźwiękiem, co czasem w bezpośrednim połączeniu powoduje niewskazaną kumulację owych artefaktów. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Może nie był to najszybszy dźwięk świata, ale gdy zapragniecie zaliczyć we własnym domu atmosferę opery z oddaniem jej wielko-kubaturowego realizmu, ten zestaw jest do tego zdolny.

22. ROCKPORT, SOULUTION AUDIO
To jest druga, tym razem z elektroniką szwajcarskiej marki Soulution Audio, odsłona kolumn Rockport. I o dziwo gdy poprzednia z manufakturą Absolare wypadała czasem zbyt dziarsko, to obecna, wbrew opiniom bezduszności komponentów Soulution pokazała się z bardzo przyjaznej dla miłośników gładkiego dźwięku strony. Oczywiście nie należy przypisywać tej prezentacji cech typowych dla lampy w stylu eufonii, ale nawet w bardzo szybkich pasażach elektroniki nie było śladu przekroczenia granic typu latające w powietrzu żyletki. Świat czasem staje na głowie.

23. GAUDER AKUSTIK, WESTEND
To była prezentacja najnowszego dzieła tego producenta. Wielkie, ważące ponad 200 kilogramów aluminiowe paczki DARC 250 napędzała lampowa elektronika Westend. Byłem w tym pokoju dwa razy, ale za każdym razem trafiałem na spore zamieszanie i częste słowne prezentacje. A gdy wreszcie udało mi się coś posłuchać, chyba z racji jeszcze testowego stadium kolumn choć czuć było potencjał, nic w nich mnie nie zaczarowało. Było rozmach, energia i ….. . Cóż, z bardziej wiążącą opinią czekam na występy modelu handlowego w kraju.

24. MBL
Nawet nie wiem, jak ustosunkować się do tej wizyty, aby nie zostać posądzony o kumoterstwo, dlatego powiem jedno, to był typowy dla topowego zestawienia marki MBL pokaz, jak powinno się to robić, aby nie pozostawić ani krzty pola do narzekań.

25. FOCAL, NAIM
To nie była zwykłe odwiedziny w kolejnym wystawowym pomieszczeniu, tylko zamknięta prezentacja nowości obydwu, od jakiegoś czasu wspierających się na rynku audio, marek francuskiego Focala i szkockiego Naim’a. Pierwszym novum była kolejna odsłona kolumn serii Utopia wykorzystująca najnowsze przetworniki marki, a drugą topowy streamer NAIM’a. Oczywiście jak to zwykle na takich imprezach bywa, najpierw organizatorzy zdali relację z placu boju powstawania i możliwości sonicznych danego produktu, czyli zaliczyliśmy kilkuminutowe prelekcje, by na koniec choćby pobieżnie zapoznać się z generowanym przez najnowsze dzieci marek dźwiękiem. Coś bliżej na jego temat? Niestety, miejsce na skraju jednego z boków i do tego za sprawą kilkustopniowego podestu mocno przewyższające tweetery kolumn nie pozwala na jakiekolwiek dywagacje, ale spokojnie mogę powiedzieć, że na tle dawnych, przed Naim-owych prezentacji czuć było pewnego rodzaju synergię połączenia.

26. SILBATONE
Jak wszyscy znakomicie zdajecie sobie sprawę, nie przepadam za tubami, ale do tego wystawcy zawsze wchodzę z przyjemnością. Szczerze powiedziawszy sam nie wiem dlaczego. Wygląd prezentowanych kolumn zawsze stawia przede mną, a pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że większości z was wielkie wyzwanie jakiejkolwiek akceptacji wzrokowej, a mimo to idę jak po zbawienie. I nie do końca chodzi tutaj o sam dźwięk, gdyż pokazywane zestawy potrafią zaczarować słuchacza tylko muzyką operową lub orkiestrową, Reszta jest tylko namiastką. Słowem, a rzekłbym raczej frazą kluczem jest chyba brak napinania na zadowolenie wszystkich, tylko robienie tego, co umie się najlepiej. Czyli pokazujemy zestaw grający odpowiednią muzę i mamy w „d” co kto o nas pomyśli. Chce posłuchać, posłucha. Nie to nie i szlus. I wiecie co, ja zawsze w to wchodzę.

27. PATHOS
Co prawda teoria nie zawsze idzie do końca pod rękę z praktyką i firmowe zestawienie nijak mają się do założeń konstruktorów o wygenerowaniu przepięknego brzmienia, ale stanowiące udokumentowanie mojej wizyty fotki mogę opisać tylko tak: „Bardzo ciekawe od strony muzykalności (jak to u Pathosa), ale nie przegrzane granie”. Czyli ni mniej ni więcej, liczyła się muzyka. Żadnego efekciarstwa w stylu napinania na poszczególne składowe, tylko łatwo przyswajalne przez melomana brzmienie.

28. TIDAL
Energia, atak, mocne rysowanie źródeł pozornych, słowem jazda bez trzymanki. Na szczęście w dobrym tego zbioru aspektów brzmieniowych znaczeniu, czyli bez krzyku. A to wszystko udało mi się wychwycić podczas popisu gitarzysty. Wyczynowe oddanie jej strun w połączeniu z solidnym pakietem wybrzmień stawiało tę prezentację w czubie opisywanej dzisiaj listy. Mimo, że na co dzień lubię trochę więcej mięsa, to mógłbym z tym bez problemu żyć.

29. CESARRO
Efekt „łał” w najczystszej postaci dobrej tuby z monstrualnymi modułami basowymi. Świeżo, bezpośrednio i z rozmachem. Jak blacha perkusisty ma błysnąć, to błyszczy , a jak stopa spowodować trzęsienie ziemi, bez problemu znajdziemy się w jego epicentrum. Jednym zdaniem, jak ma być delikatnie, jest delikatnie. Jak ma przyłożyć do pieca na pełnej głośności, jeśli sami się o to prosiliście, zatajcie uszy. Jeśli nie, już mi Was szkoda. Tak powinny grać rasowe tuby.

30. MAGICO
Ten amerykański producent od kilku lat mocno ustawia w szeregu nasz rodzimy rynek kolumn. I nie chodzi mi tylko o żądane za swoje konstrukcje ceny, tylko gro bardzo dobrych opinii potencjalnych klientów. Los chciał, że tuż przed wystawą zakończyliśmy z Marcinem test modelu M3 tego brandu, co pozwalało mi na jeśliby ten model pojawił się w Monachium bezpośrednią konfrontację możliwości w dwóch odsłonach. Niestety okazało się, że swoje pięć minut miały jedynie paczki A3 i M6, a mimo to bez najmniejszych problemów osiągnąłem choćby część swoich przedwyjazdowych założeń. Na początek załapałem się na w tym momencie otwierające cennik, zaprezentowane w tym roku jako nowość A3. Efekt? Powiem tak, na tle swojego doświadczenia ze starszymi siostrami grało mniej wyrafinowanie, ale biorąc pod uwagę wielokrotność różnicy w cenie sądzę, że i ta propozycja powalczy o wysokie noty tak wśród opiniodawców, jaki i potencjalnych nabywców. A jak wypadły M6-ki. Tutaj trochę po marudzę. Ale nie na dźwięk jako taki, tylko jego źródło. Chodzi bowiem o to, że przez większość prezentacji wystawca posiłkował się odtwarzaczem plików. Na początku nie mogłem pojąć, jak przy tak dobrze znanej mi elektronice i niższym modelu kolumn dźwięk może być tak dziwnie ospały, żeby nie powiedzieć matowy, coś na kształt zasłoniętego woalką. Wszystko monotonne, pogrubione i bez wyrazu. Zrobiłem kilka podejść i nic. Na moje szczęście los pozwolił mi spotkać przedstawiciela naszego dystrybutora, któremu udało się zaprzęgnąć do karmienia tego przecież wyczynowego zestawu solidnym sygnałem z czarnej płyty. I? Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi mi o żadną wojnę formatów, tylko o zapewnienie wymagającym zestawom odpowiednio dobrego źródła, a plikowiec – dla uniknięcia internetowego linczu nie wspomnę jaki – zabijał drzemiący w systemie potencjał. Nagle okazało się, że zwykła koncertowa płyta K. Jarretta z czarnego krążka ożywiła przekaz na tyle zjawiskowo, że słychać było wszystko. Od pomrukiwania Keith’a, przez prace jego nóg na pedałach fortepianu i wyraźny rysunek strun mającego kilka szybkich pasaży przecież trudnego do odtworzenia w takich wariacjach kontrabasu. Da się? Oczywiście, że się da, trzeba tylko chcieć. Puentą tego pokazu niech będzie fakt, że po posłuchaniu Magico M3 u siebie i M6 na wystawie pierwszy raz po zakupie posiadanych od czterech lat ISIS-ów T&F zapragnąłem coś zmienić. Niestety jest jeden co prawda mały, ale jednak problem. Nie chodzę w tej lidze kwotowej. Trochę szkoda, ale znając chadzający swoimi drogami los nigdy nie mówię nigdy, czego nie uczynię i tym razem.

31. MCINTOSH
Podobnie do poprzedniego roku, amerykanie postawili na wystawę, a nie prezentację zjawiskowego dźwięku, ale biorąc pod uwagę ich wkład w propagowanie dobrej jakości fonii postanowiłem dorzucić ich do swojej relacji.

32. CHORD
Podobnie do wizyty w FOCALu i NAIMie odwiedziny Chorda-a były zainicjowane zaproszeniem na prezentację nowości, czyli wzmacniacza stereofonicznego Choral Etude i mającego za sobą spowodowanie sporego pozytywnego zamieszania swoim pojawieniem się przed kilku laty na rynku DAC’a ze wzmacniaczem słuchawkowym HUGO od teraz zastąpionego przez HUGO TT 2.

33. TRANSROTOR
To jak zwykle co roku była jedynie wystawa, ale na tyle ciekawa wizualnie, że będąc wyznawcą analogu, nie mogłem przejść obok niej obojętnie nawet kreśląc te kilkadziesiąt krótkich tekstów. Ja nie posłuchałem, Wy nie posłuchaliście, ale nacieszyć oko pięknem konstrukcji nigdy nie zaszkodzi.

34. THRAX
Tej bułgarskiej marki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Znacie ją z naszych recenzji bardzo dobrze, dlatego po informacji zaprezentowania najnowszych monobloków wykorzystujących powracające do produkcji lampy 300 B Western Electric temat bez wahania pojawił się na tapecie.

35. METRONOME
Efektem wizyty we francuskiej mekce muzyki był biorąc pod uwagę gabaryty kolumn naturalnie duży, ale co ciekawe nienatarczywy, a przez to sprawiający frajdę przyjemność dźwięk. Nie było co prawda stosownego do rozmiaru zespołów głośnikowych rozmachu, ale to z pewnością niechlubna zasługa zbyt małego pomieszczenia, co będąc sprawiedliwym w opiniach powinno być odebrane w kategoriach walki z materią, a nie problemem zestawienia.

36. DAVIS ACOUSTIC
Co prawda słuchałem u siebie kilku konstrukcji tej marki, ale z tymi flagowcami pewnie z racji bycia nowością nigdy nie miałem do czynienia. Jednak co by nie deliberować, uzyskany dźwięk był warty zatopienia się w nim podczas głębszej analizy, no co za sprawą rodzimego dystrybutora bardzo liczę.

37. ALLUXITY, JOSEPH AUDIO
To był jeden z niewielu pokoi, gdzie oprócz fajnego dźwięku stawiano na ogólny, unikający ekstrawagancji, ale cały czas bardzo kameralny design całości prezentacji. Muzyka bez napinania na nadnaturalną zjawiskowość wypełniała idące z duchem obecnych czasów przyjemnie skomponowane pomieszczenie, a to pozwalało mi w spokoju ducha, ale z jednoczesnym masowaniem ego melomana odetchnąć po ciężkich trudach zwiedzania wystawy. I chyba na tym powinna polegać idealnie spełniona synergia pomiędzy słuchaczem, a otaczającym go muzycznym światem w dobrze przygotowanym do tego celu pokoju.

38. YG ACOUSTICS
Niestety, ta prezentacja odbywała się w pokoju Thalesa, a to nie pozwalało na bliższe przyjrzenie się efektowi konfiguracji znamienitych kolumn z równie dobrze kojarzoną elektroniką NAGRY. Jednak bez względu na wszelkie przeciwności losu z przyjemnością oświadczam, że jest spora szansa na pojawienie się widniejącego na zdjęciach modelu w mojej samotni, a to było już pełnoprawną obligacją do zaznaczenia ich bytu w choćby w tak krótkim słowotoku.

39. DYNAUDIO
Na dźwięk z popularnych u nas Dynek nie udało mi się załapać, ale znając ich mocną pozycję na naszym rynku i zauważane co chwila w necie pytania o nowości nie mogłem nie wtopić kilku fotek w kreśloną relację.

40. AYON
Bez względu jak prezentacje marki AYON odbieracie podczas wystawy w naszym kraju, w jednym temacie mogę Was dobitnie zapewnić, to są zawsze bardzo skrupulatnie przygotowane wydarzenia. I nie ma znaczenia, czy tak jak w Warszawie system stawiany jest w pozwalających w pełni rozwinąć elektronice skrzydła wielkich salach konferencyjnych, czy w bardzo ciężkich do opanowania akustycznie można by powiedzieć monachijskich budkach dla chomików, Gerhard Hirt zawsze znajdzie sposób, aby zadowolić zdecydowaną większość słuchaczy. Skąd to wiem? Po pierwsze był u mnie w domu ze swoimi zabawkami i widziałem jego walkę o finalne brzmienie. Po drugie, rok w rok, podczas jesiennych wystaw w Warszawie zdecydowana większość kuluarowych rozmówców włącznie z oponentami dla używanych w kolumnach Lumen White ceramicznych przetworników chwali uzyskane efekty soniczne. A po trzecie, prawie notoryczny bak czasu Gerharda na choćby krótką rozmowę podczas relacjonowanej tegorocznej imprezy świadczy o jednym, zna się na tym co robi i większość czasu zajmują mu pertraktacje z kontrahentami. Jeśli nawet ta lista nie jest dla Was przekonująca, moim zdaniem w ocenie wydarzeń z zestawami AYON’a jesteście po prostu złośliwi.

41. PMC
Wiem, jak potrafią zagrać systemy oparte o te kolumny, tylko co z tego, gdy jako sygnał służy niezbyt rozdzielczy grajek plików. Owszem, było poprawnie, ale przy wielu zaletach dobrze nakarmionej informacjami flagowej kopułki w przypadku mało rozdzielczego sygnału nic nie była w stanie wskórać. Na tle tego co słyszę u znajomego z mniejszych kolumn tutaj było granie bez wyrazu, z ciężkim do zaakceptowania sznytem ściśnięcia dźwięku. A to przecież są monitory o rodowodzie studyjnym. Tak więc o co chodzi? Przepraszam, ja wysiadam.

42. AVANGARDE
W relacji z ostatniej wystawy w Warszawie napisałem, że wkraczając do pokoju Avangarde’a szedłem na z czystym sumieniem zaplanowaną bitwę. Co więcej, podczas półgodzinnego starcia nie było trupów ani z mojej w postaci niezadowolenia, ani niemieckiej, nie dającej mi szans na narzekanie strony. To był rasowy pokaz, jak wspierana bass hornami tuba ma oddać ducha każdej, powtarzam każdej tryskającej energią muzyki. Zatem nie zdziwi Was fakt wręcz identycznego odbioru podobnego zestawienia w Monachium. Jak wojna to wojna, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Albo się bawimy i idziemy na całość, albo zawczasu sobie odpuszczamy. Jednak od razu zaznaczam, naprawdę stracicie, jeśli nie zmierzycie się z taką charyzmą do dynamicznego grania. Ja w każdym bądź razie, gdy pojawia się taki set, z wielkimi oczekiwaniami na pełnię zadowolenia jestem gotów stawić mu czoła, a zaznaczam, teoretycznie lubię plumkanie. I co Wy na to?

43. AUDIONET
Wspomniany Audionet tym razem pokazywał spięte z wysoko postawionymi w hierarchii cennika kolumnami marki Dynaudio wielkie monobloki. Nie będę lał zbytniej wody na młyn tego występu, ale to co usłyszałem było rozwinięciem wartości sonicznych testowanych na naszych łamach PLANCKA i WATTA. Rozmach, swoboda i energia. Wiem, już kilka razy taki zestaw słów pisałem, ale co poradzę, jak rozprawiam z wami o graniu przez duże “G”.

44. OCTAVE, B&W
Na temat tej konfiguracji nie mam za wiele notatek. Ale te co udało mi się rozszyfrować mówią jedno, to było bardzo odważne, dla wielu miłośników muzyki granie. Trochę odległe od moich preferencji, jednak bacząc na gusty znajomych również przeze mnie w pewien sposób akceptowalne.

45. AVM
Jak bacznie obserwujący rynek audiofile zdążyli się pewnie zorientować, spora ilość znanych z konkretnej dziedziny świata audio brandów postanowiła uszczknąć kawałek chleba z dotychczas nieinteresującej ich działki. To naturalnie ma różne reperkusje dźwiękowe, ale trzeba przyznać, że prezentowana na fotkach marka AVM oprócz elektroniki pokazując swoje kolumny i gramofon nie wpadła w sidła taniego grania. Było zaskakująco gładko i przyjemnie, a co najważniejsze bez nadęcia i szukania wyczynowości, gdyż takie nastawienie prowadzi tylko do jednego, spektakularnej porażki. Niemiecki producent wyszedł z tej wystawowej potyczki z tarczą. Jak będzie na wyjeździe, czyli na moim polu walki, jest szansa, że czas pokaże.

Nie wiem, czy na tle wcześniej przeczytanych przez Was relacji moja wnosi coś ciekawego, ale mam przynajmniej nadzieję, że nikt się nie nudził. Wszystkie opisy skażone są ograniczeniami zajęcia dobrego miejsca w pokoju, czasem brutalnym wyproszeniem przez wystawcę z powodu rozpychającego się osobnika homo sapiens z kamerą, a czasem niedoczekaniem się muzyki potrafiącej pokazać clou umiejętności danej konfiguracji. Niemniej jednak, po zebraniu informacji z kilku podobnych do moich tekstów każdy rozsądnie kalkulujący wszelkie za i przeciw miłośnik muzyki powinien coś sensownego wyklarować. A jeśli nawet nic z tego nie wyjdzie, zorientuje się, jak zmienne, a przez to nieobliczalne w skutkach są tego typu imprezy. Pisząc ten tekst nie mam szans na potwierdzenie, czy udało się Wam zebrać wszystko w jedną sensowną całość, ale jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy pomysł typu: „A może samemu pojechać i się przekonać co w trawie piszczy?”, podpisując się obydwoma rękami choćby raz szczerze zachęcam do realizacji tego przedsięwzięcia. Tylko chroniczny malkontent będzie niezadowolony. Reszta zdrowej na duchu populacji będzie ukontentowana. Czy pełnią szczęścia z dźwięku w każdym pokoju, czy przekonaniem się, że pieniądze nie zawsze grają, zależeć będzie od nastawienia, ale nigdy nie powiecie, że nie było warto.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Miuosh | Smolik | NOSPR

Upalne, niemalże letnie, choć to dopiero końcówka maja, środowe popołudnie aż się prosiło o słodkie nic nierobienie. Ot wyciszyć telefon, otworzyć mocno schłodzone Vinho verde, bądź Pinot Grigio Ramato i oddać się błogiemu lenistwu otulając się ulubionymi dźwiękami. Traf jednak chciał, że właśnie wczoraj, w Studiu U22, w ramach „Piątków z nową muzyką”, miał miejsce przedpremierowy odsłuch albumu „MIUOSH | SMOLIK | NOSPR”, którego tytuł jednocześnie daje jasny obraz tego, kto za owym projektem stoi. Oczywiście zdaję sobie doskonale sprawę, iż dla części z Państwa taka mieszanka jakże różnej estetyki brzmieniowej w jakiej poruszają się na co dzień katowicki raper Miuosh, jeden z najważniejszych producentów współczesnej muzyki w Polsce – Andrzej Smolik i i Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w pięćdziesięcioosobowym składzie, może wydawać się cokolwiek dziwna, lecz po wielkim sukcesie projektu MIUOSH x JIMEK x NOSPR jakoś podskórnie czułem, że będzie co najmniej dobrze. A jak było, znaczy się jest, gdyż pisząc te słowa po raz kolejny delektuję się muzyką na ww. krążku zawartą, przekonać się będą mogli Państwo osobiście już jutro, czyli 25/05/2018, gdy ów album trafi na sklepowe półki.

Na początku spotkania z muzykami i odpowiedzialnym za orkiestrację Janem Stokłosą padło oczywiste pytanie o samą, legendarną już salę NOSPR-u, która swym ogromem potrafi nieźle namieszać w głowach wszystkim tym, którzy stają przed jak to ujął Miuosh „sześciopiętrową widownią”. Katowiczanin pół żartem pół serio mówił, że o ile NOSPR u większości gości wywoływał przynajmniej lekkie zakłopotanie, a tak po prawdzie sporą tremę, dla niego – od czasu projektu z Radzimirem Dębskim „Jimkiem”, jest niemalże jak wizyta u kochanej babci. Gdy tylko się tam pojawia czuje się jak w domu, a gdy robi sobie od niej dłuższą przerwę, to po prostu tęskni i właśnie z tej tęsknoty zrodził się pomysł zagrania i nagrania nowego materiału z Andrzejem Smolikiem.
Na fenomenalnie wydanej (ilość dołączonych fotografii onieśmiela) płycie, oprócz autorskich utworów nie zabrakło również wielce atrakcyjnych wycieczek w rejony melodii znanych i lubianych. Wystarczy tylko wspomnieć o „Wizjach” z nieśmiertelnym refrenem „Nocy komety” Budki Suflera, czy „Mieście szczęścia” z fragmentami „Jeziora marzeń” Bajmu. W tym momencie wielkie brawa należą się Natalii Grosiak, która, przynajmniej moim skromnym i wybitnie subiektywnym zdaniem na „NOSPR” wypadła zdecydowanie ciekawiej od Katarzyny Nosowskiej, która gościnnie pojawiła się w utworze „Tramwaje i gwiazdy”. Skoro mowa o gwiazdach to na scenie obaczyć i usłyszeć można było Piotra Roguckiego („Traffic” i wspomniane przed chwilą „Wizje), oraz Keva Foxa („Mind the Brigh Lights”). Jeśli zaś chodzi o sama tematykę, to nie zabrakło jakże aktualnych obserwacji dotyczących braku perspektyw, beznadziei, podcinania skrzydeł, niepewności, czy zmagania się z szarą codziennością. A z ciekawostek – przeglądając tracklisty (zarówno na okładce, jak i na insertach) w sekcji dotyczących bonusu utwór „Close Your Eyes” ma przypisany nr.14 a „Mind The Bright Lights” nr.13, jednak na płycie powyższe utwory zostały zamienione miejscami. Przypadek? Nie sądzę, za to spokojnie możemy to uznać za swoista kurtuazję, gdyż jakby nie patrzeć w „Close Your Eyes” wokalnie udziela się Kasia Kurzawska a jak wiadomo … Ladies First. Powyższy „rozjazd” na tyle zalazł mi za skórę, że trochę poszperałem i wśród fenomenalnych zdjęć Krystiana Niedbała natrafiłem na takie z playlistą, gdzie wyraźnie zaznaczona jest ich roszada.

System, na jakim prowadzony był odsłuch od ostatniego spotkania nie uległ żadnym widoczny zmianom, więc wspomnę jedynie, iż oczy i uszy zebranych cieszyły aktywne zestawy Sveda Audio Blipo + Chupacabra współpracujące z przedwzmacniaczem Accuphase C-2120 i odtwarzaczem Marantz SA-10. Zupełnie obiektywnie mogę stwierdzić, że powyższy set, nie tylko na moje zmanierowane, audiofilskie ucho w Studiu U22 sprawdza się wręcz rewelacyjnie, gdyż również sam Andrzej Smolik po krótkim rzucie uchem na to, co potrafią Blipo z Chupacabrami wdał się w ożywioną dyskusję z ich konstruktorem – obecnym na środowym spotkaniu Arkiem Szwedą.

Nie zabrakło też miłej niespodzianki zorganizowanej przez wydawcę, czyli jeszcze ciepłych albumów, które praktycznie od razu miały szansę zostać przyozdobione autografami Twórców.

Zgodnie z tradycją, upalny wieczór umilały serwowane w studyjnym barze obficie wzbogacone kostkami lodu szkockie destylaty, o które zadbał Ballantine’s.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audia Flight FLS 10

Link do zapowiedzi: Audia Flight FLS 10

Opinia 1

Po potężnej dzielonej amplifikacji Strumento N°1 & N°4 i nieprzyzwoicie wręcz dobrym, dziwnym zbiegiem okoliczności również dwuelementowym, przedwzmacniaczu gramofonowym FL Phono przyszła pora na nieco bardziej kompaktową i skondensowaną propozycję włoskiej manufaktury Audia Flight. Proszę się jednak nie obawiać, że schodząc z audiofilskiego Olimpu zmuszeni zostaliśmy do sięgnięcia po jakąś otwierające portfolio „budżetówkę”, gdyż o ile mi wiadomo nawet najmniejsza i zarazem najtańsza integra, czyli FL Three S startuje z pułapu ok. 12 kPLN, czyli przekracza magiczną granicę 10 kPLN. Nic z tych rzeczy, gdyż dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora marki – krakowskiego Audio Anatomy, do testów otrzymaliśmy najwyższy na tę chwilę model wzmacniacza zintegrowanego o symbolu FLS 10.

Nie czas i nie miejsce na dywagacje dotyczące pobudek, dla których wspomniany przed momentem dystrybutor nie był łaskaw do testów dostarczyć wersji wyposażonej jeśli nie w oferowany przez producenta moduł DAC-a (radzącego sobie z sygnałami PCM do 32 bit/ 768 kHz i DSD 5.6), to chociażby w płytkę przedwzmacniacza gramofonowego, jednak przez pozorną „oszczędność” zdegradował tytułowy, nomen omen flagowy wzmacniacz Audii Flight do miana li tylko „zwykłej” integry, przedrostek „Super-” pozostawiając niejako w zawieszeniu i tym samym oddając pole konkurencji takich skrupułów nie mającej. O dziwo z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia całkiem niedawno, bo przy teście Thraxa Enyo https://soundrebels.com/thrax-enyo-2/ i sami zaczęliśmy zachodzić w głowę skąd w branży taki opór, przed posiadaniem na stanie choćby jednej, uzbrojonej po zęby demonstracyjnej sztuki. Niewiadoma jest tym większa, gdyż przecież sam rynek wymógł pojawienie się właśnie takich wszystko posiadających i wszystko potrafiących super – bestii a pod pojęciem integracji w dzisiejszych czasach oprócz wspomnianych funkcjonalności phonostage’a i DAC-a, coraz częściej rozumie się również moduł streamera. Mniejsza jednak z tym, skoro bowiem otrzymaliśmy „gołą” wersję, to taką się zajmiemy a że czegoś akurat na swym pokładzie nie ma, to mówi się trudno. Z drugiej strony, można nawet doszukać się w zaistniałej sytuacji pewnych plusów wynikających z krótszej, gdyż obejmującej mniej elementów do nausznej weryfikacji.
Zanim jednak do niej przyjdziemy warto choćby rzucić okiem na aparycję dzisiejszego gościa, który prawdę powiedziawszy prezentuje się nad wyraz okazale. Wycięty z grubego płata szczotkowanego aluminium front zdobi finezyjna fala nad którą umieszczono surowo spoglądające na słuchacza przydymione okno wyświetlacza. Masywne pokrętło głośności spoczęło po prawej stronie a wzdłuż dolnej krawędzi w miskowatych podfrezowaniach umieszczono sześć przycisków funkcyjnych a nieco z boku gniazdo słuchawkowe. Rolę ścian bocznych przejęły schowane pod okapem płyty górnej gęsto użebrowane radiatory.
Tył wzmacniacza prezentuje się nad wyraz elegancko. Do dyspozycji mamy bowiem trzy pary złoconych wejść RCA i dwie XLR, podobnie zduplikowane wyjścia wzbogacone o wyjście na zewnętrzny rejestrator (tylko RCA) i podwójne, lecz za to nieopisane terminale głośnikowe. Nie zabrakło oczywiście zaślepek na wspomniane moduły rozszerzeń oraz wejścia i wyjścia triggera. Z drobiazgów natury użytkowej pozwolę sobie wspomnieć o zintegrowanym z włącznikiem głównym gniazdem zasilającym. Niby na pierwszy rzut oka wszystko jest OK, lecz jeśli zamiast standardowego przewodu „komputerowego”, czyli czegoś, co znajdziemy w pudełku, lecz nikt przy zdrowych zmysłach wydając ponad 40 kPLN na wzmacniacz nie powinien używać, wepniemy w Audię coś w stylu Acoustic Zen Gargantua II, Furutecha Nanoflux Power NCF, bądź nawet cokolwiek wyposażonego w normalne, okrągłe wtyki IEC Oyaide, czy Furutecha, to praktycznie całkowicie stracimy możliwość obsługi tegoż włącznika. Wychodzi na to, że projektantowi zależało najwidoczniej na tym, by najpierw przestawić „pstryczka elektryczka” w pozycję „włączony” a następnie wpiąć w gniazdo przewód zasilający. Nie chcę w tym momencie nikogo obrażać ale pomysł ten jest nie tylko głupi, co wręcz niebezpieczny.

Najwyższy czas na wrażenia nauszne a te, patrząc na dzisiejszego gościa przez pryzmat jego ceny, obarczone były odpowiednio wysokimi oczekiwaniami, które … całe szczęście, przynajmniej po części zostały spełnione. Na wstępie jednak warto powiedzieć sobie prosto w oczy – FLS 10 to zupełnie inna liga aniżeli Strumento N°1 & N°4, więc jeśli ktoś liczył na podobnie spektakularny przekaz, wgniatającą w fotel dynamikę i przywodzącą na myśl dojrzałą brzoskwinię soczystość średnicy, to lepiej niech zejdzie na ziemię i zacznie być realistą. Co prawda 10-ka potrafi (pozytywnie) zaskoczyć mikro dynamiką i natychmiastowością ataku, lecz walcząc o utrzymanie swojej pozycji w zdecydowanie niższej wadze, do poziomu starszego rodzeństwa nawet nie próbuje aspirować. Ot konieczny przy zejściu z ponad 130 na „zaledwie” 43 kPLN kompromis, z którym chciał nie chciał przyjdzie nabywcom 10-ki żyć. A tak już na serio, zapominając choć na chwilę o możliwościach wyższych modeli, warto zwrócić uwagę na dość jednoznacznie definiujące walory brzmieniowe Audii cechy. Są nimi świetna przestrzenność generowanego dźwięku, zdolność wybornej gradacji planów nawet gęstych aranżacji, konturowość źródeł pozornych i niezaprzeczalna świeżość, czy wręcz obecne przy gorszych realizacjach utwardzenie najwyższych składowych. Jak sami Państwo widzicie topowa integra Audii dość wyraźnie odchodzi od stereotypowego rozmarzonego i nieco przesłodzonego stereotypu włoskiego brzmienia. Jest w niej zdecydowanie więcej precyzji i konturowości aniżeli wysycenia i niemalże lampowej słodyczy. Czy możemy zatem uznać, że FLS 10 gra chłodno i technicznie? W żadnym wypadku, lecz też nie spodziewajmy się po niej, że wraz z analitycznym źródłem, szybkimi i otwartymi na górze kolumnami, oraz okablowaniem np. Nordosta zapewni nam ukojeni skołatanych nerwów i otuli mięsistym całunem dźwięków.
Niebagatelne znaczenie będzie też miał dobór preferowanego przez nas repertuaru, gdyż np. „Vivaldi: The Four Seasons” w mistrzowskim wykonaniu Giuliano Carmignoli i Venice Baroque Orchestra na Audii wypadnie spektakularnie, czy wręcz oszałamiająco. Partie smyczków prezentowane przez włoską integrę skrzą się bowiem jak górskie kryształy w blasku porannego styczniowego słońca a klawesyn nie popadając w zbytnią jazgotliwość wyraźniej aniżeli zazwyczaj zaznacza swoją obecność w barokowym składzie. Powyższa prezentacja w pełni zasługiwała na miano wyczynowej i choć po drodze trudno było o chociażby chwilę zadumy, czy też grę ciszą lecz czego, jak czego ale na brak emocji i informacji narzekać nie sposób.
Jednak sięgnięcie po „Rust In Peace” Megadeth czy nawet „Fugazi” Marillion odkrywa drugie, nieco mniej pobłażliwe, oblicze włoskiej integry. Zarówno rockowe, jak i przede wszystkim thrashowe gitarowe riffy pozbawione wspomagania soczystej średnicy, którą Audia niespecjalnie szafuje już po kilkunastu minutach potrafiły zbyt intensywnie wwiercać się w mą korę mózgową sprawiając, że po odsłuchu obu albumów z wyraźną ulgą zrobiłem sobie dłuższą aniżeli zazwyczaj przerwę regeneracyjną. Co ciekawe zdecydowanie bardziej neutralna od dzisiejszego bohatera a przy okazji charakteryzująca się lepszą rozdzielczością końcówka mocy Bryston 4B³ takich zapędów do piętnowania cięższych odmian rocka nie wykazywała, choć uczciwie trzeba przyznać, że na symfonicznym „S&M” Metallicy Audia też nie grymasiła, stawiając na swobodę i rozmach nieco lżejszej aniżeli u Kanadyjczyka prezentacji.
Niejako na deser zostawiłem nieśmiertelną mieszankę najwyższych lotów popu i elektroniki, czyli „Ray Of Light” Madonny na której Audia złapała drugi oddech z dziką wręcz satysfakcją udowadniając, że iście holograficzne odwzorowanie trójwymiarowości sceny dźwiękowej i efektów przestrzennych to jeden z jej najmocniejszych atutów. Podobnie było z utwardzeniem tak najwyższych składowych, jak i przełomu ich ze średnicą, które w Rocku potrafiły zakłuć a na syntetycznie generowanych samplach sprawiały, iż zyskiwały one na świeżości i witalności. Wreszcie nic nie buczało, nic się nie snuło a czytelność przekazu należało ocenić jednoznacznie pozytywnie.

Wbrew ogólnie przyjętym stereotypom o gęstym i słodkim brzmieniu pochodzącej z Półwyspu Apenińskiego elektroniki Audia Flight FLS 10 nad wyraz perfidnie wymyka się jakimkolwiek próbom jej zaszufladkowania. Z jednej strony należy ją bowiem pochwalić za witalność i brak zawoalowania najwyższych składowych, lecz z drugiej warto także mieć na uwadze jej bezpardonowość w pokazywaniu szorstkości i kanciastości części „garażowych” produkcji. Jeśli więc w Waszej płytotece dominuje repertuar z czasów Monteverdiego, Tartiniego czy Jana Dimasa Zelenki zwróćcie baczną uwagę na obiekt niniejszej recenzji, natomiast miłośnikom ciężkiego grania zalecam wzmożoną uwagę i bezwarunkowy odsłuch we własnym systemie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Spokojnie możemy założyć, iż może nie należąca do głównego nurtu Hi-Fi, lecz mająca swoje kolejne pięć minut na naszym portalu marka z pewnością zdążyła obić Wam się o oczy i uszy. I nie chodzi mi jedynie o opieranie się o prezentowanych na naszych łamach recenzjach, tylko ogólnie panującą pośród głębiej wtajemniczonych w jej ofertę audiofilów opinię co najmniej dobrych nie tylko technicznie, ale również sonicznie produktach. jednak, nie wiem czemu, lec mimo takiego stanu rzeczy niemalże zawsze, gdy gdzieś w kuluarowych rozmowach zaczyna się wyliczanka propozycji urządzeń do poprawnego zestawienia konkretnej konfiguracji, tytułowa Audia Flight jeśli już z któryś ust padnie, nie wiadomo czemu, dzieje się to gdzieś pod koniec ciągu ogólnie znanych marek. Ja wiem, że nawet taka sytuacja jest już pewnego rodzaju sukcesem, ale moim zdaniem biorąc pod uwagę usłyszane u siebie w kontrolowanych warunkach konstrukcje Włosi zasługują na nieco więcej. Dlaczego? O nie, nie tak szybko. Przeczytajcie tekst i sami zdecydujcie, czy mam rację. A jest o czym poczytać, gdyż tym razem będziemy rozprawiać o wzmacniaczu zintegrowanym Audia Flight FLS 10, który do zaopiniowania dostarczył dystrybutor Audio Anatomy.

Jak na niepozostawiającą złudzeń, iż walczy się o prym w przedziale cenowym 40 – 50 tysięcy złotych (prawie) super integrę przystało, omawiany “wzmacniaczyk” jest słusznych rozmiarów, może pochwalić się dającą się we znaki naszemu kręgosłupowi wagą, oraz bardzo wyszukaną w kwestii strony designu konstrukcją. Tytułowy, wypełniony po brzegi układami elektrycznymi solidny kloc, w kwestii obudowy wykonany jest z nadającego mu wizualnej nietuzinkowości szczotkowanego aluminium. Rozpoczynając omawianie wrażeń natury organoleptyczno – estetycznych, od frontu dziesiątki mamy do czynienia z grubym płatem aluminium, który dzięki nad wyraz udanemu projektowi przez cały czas się do nas uśmiecha. Uśmiecha? Tak, dzięki ciekawie pociągniętej linii pogrubienia dolnej części przedniego panelu – coś na kształt fali i zaimplementowaniu w miejscu przenikania się obydwu płaszczyzn również przypominającego falę wielofunkcyjnego wyświetlacza monstrualny Włoch najzwyczajniej w świecie cały czas wykazuje stan radości. Przechodząc z tematem opisu do oferty manualnej przedniego panelu jestem zobligowany poinformować, iż na jego prawej flance zlokalizowano sporej wielkości gałkę regulacji wzmocnienia, a w centrum dolnej części sześć delikatnie zagłębionych przycisków sterujących i gniazdo słuchawkowe. Przemierzając obudowę ku rewersowi na dachu urządzenia znajdziemy wyfrezowane logo marki, a na bokach dbające o odpowiednio skuteczne odprowadzanie ciepła z wnętrza konstrukcji sporej wielkości radiatory. Wieńcząc akapit przybliżający testowany produkt pakietem danych o tylnym panelu przyłączeniowym mam przyjemność zdradzić, iż znajdziemy na nim: rozlokowane symetrycznie podwojone terminale głośnikowe i zestawy wejść i wyjść liniowych w standardach RCA i XLR, w opiniowanej wersji dwa sloty na opcjonalny przetwornik cyfrowo-analogowy i phonostage, a także zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania. Skromnie? Z punku widzenia ortodoksyjnie nastawionego do wykonywania konkretnych zdań przez każdy produkt układanki audio odbiorcy całkowicie wystarczająco. Ale jeśli ktoś raczy kręcić nosem, dzięki opcji aplikacji odpowiednich płytek z układami elektrycznymi istnieje możliwość transformacji z FLS 10-ki we wszystko-mające w zakresie obróbki i wzmacniania sygnałów audio centrum dowodzenia. Do wyboru, do koloru.

Chcąc nie chcąc wpinając tytułową integrę w swój tor nie mogło obyć się bez przywoływania z pamięci uzyskanych efektów brzmieniowych podczas testu flagowej końcówki mocy. Naturalnie z racji mierzenia się tym razem ze zdecydowanie tańszym urządzeniem był to proces myślowy bez jakichkolwiek obciążeń typu pogorszenia dźwięku. Przecież całkowicie naturalnym jest nieco niższych lotów prezentacja kilkukrotnie tańszej propozycji w stosunku do ikony marki. Chodziło mi raczej o wyłapanie, ile dobrego z konstrukcji bez ograniczeń cenowych udało się inżynierom przemycić do prezentowanej dzisiaj zdecydowanie tańszej integry. I? Przyznam szczerze, kilka fajnych aspektów miałem przyjemność wychwycić. Jakich? Aplikacja FLS 10 w mój tor poskutkowała prezentacją dość swobodnego, obdarzonego twardym basem, z nieco lżejszą średnicą i mocniejszym zaakcentowaniem górnych rejestrów niż flagowiec graniem. To źle? Naturalnie, że nie, gdyż jak to w audio bywa, wszystko zależeć będzie od konkretnej konfiguracji. A co konkretnie wydarzyło się u mnie? Szczerze? Ciekawie. Weźmy na tapet choćby najnowszy krążek Johna Surmana „Invisible Threads”. Grający na saksofonie frontmen ani przez moment nie skarżył się na unikanie przez Włocha siłowego dociążania środka pasma. Owszem, było nieco mniej soczyście niż mam na co dzień, ale niosło to ze sobą plusy i minusy, gdyż może w dźwięku nie było już tak tryskającego drewnem stroika, ale za to otrzymałem sporą dawkę informacji o pracy wentyli podczas szybkich muzycznych pasaży artysty. Co więcej, wspomniany twardy bas bardzo dobrze wpisywał się w szybkie oddanie pracy stopy perkusisty, co w połączeniu z odgrywającym ważną rolę dźwięcznym w wysokich rejestrach wibrafonem pokazywało tę produkcję w estetyce bardzo dobrego oddania wirtualnej przestrzeni. Czyli ni mniej nie więcej tym razem w odróżnieniu od życiowej codzienności zaliczyłem nieco lżejszy w wysyceniu, ale za to nieco szybciej zagrany miting muzyczny. I tutaj po raz kolejny nasuwa się pytanie: “Czy to źle?” Naturalnie, że nie, ponieważ każdy ma inny gust i co w dążeniu do tego samego wzorca, czyli koncertu na żywo jest dziwne w nieco innym miejscu zlokalizowaną metę zwaną audiofilskim punktem „G”. Najważniejszym aspektem tego podejścia jest jednak fakt, iż nawet przez tak mocno nastawionego na gęstość słuchanej muzyki osobnika jak ja dobrego odbioru całości prezentacji. Było inaczej niż konfigurowałbym to dla siebie na lata, ale zapewniam, nawet przy jaśniejszym przekazie, ale za to bardzo dobrym oddaniu głębi i szerokości wirtualnej sceny uzyskane efekty brzmieniowe wpisywały się w zarezerwowaną dla tego pułapu cenowego jakość. A przypominam, wytwórnia ECM to nie są przelewki i jeżeli w starciu z nią coś na moim podwórku wyjdzie z tarczą, jest już sporym sukcesem i warto na to zwrócić choćby minimalną uwagę. Ok. Jazz to przez złośliwców muza stawiająca na ciszę, a co w takim razie z wokalistyką? W tym przypadku z pomocą w pokazaniu jak Audia Flight radzi sobie z damskim wokalem, przyjdzie mi bałkańska artystka Amira Medunjanin i jej kompilacja “SILK & STONE”. Podczas odtwarzania tej płyty pierwsze skrzypce grał zwarty kontrabas. Ale nie był sztucznie wykonturowanymi, oferującymi jednie informacje o strunach nadmuchanymi skrzypcami, tylko bardzo ciekawie wypadającym połączeniem brzmienia pudła rezonansowego i naciągniętych tuż nad nim generujących dźwięki sprężystych drutów, co wielu z nas przez lata bez skutku próbuje u siebie osiągnąć, a tutaj dostaje w pakiecie startowym. W podobnym tonie, czyli bardzo wyraziście, ale bez zbytniej ostrości wypadały również tak ważne dla regionu, z którego pochodzi artystka wszechobecne gitary. Natomiast jedynym na co podczas ostatecznej konfiguracji zestawu delikatnie zwróciłbym uwagę, był ciut zwiewny głos piosenkarki. W moim przypadku nie było odpowiedniego dociążenia, co sądzę bez problemu da się skorygować odpowiednim okablowaniem, ale fakt jest faktem, wokal nie miał odpowiedniej masy. Na koniec relacji z placu boju z włoskim ogierem FLS-10 przywołam zderzenie z muzyką spod znaku Yello „TOUCH”. Efekt? Zapomnijcie o wszelkich problemach. Wszystkie z punktu widzenia kochającego barwę ponad wszystko audiofila marudy sporne aspekty po prostu nie istniały. Mało tego. Zwarty bas i szybka średnica były wodą na młyn dla wszelkich, bardzo dla ważnych dla tego nurtu muzycznego przesterów i modulacji sonicznych. To było bezpardonowe oddanie zamierzeń artystów, za czym osobście nie za bardzo przepadam, a inni oddali by kawałek swojego życia. Nie wiem, po której stronie barykady gustów muzycznych jesteście Wy, ale bez względu na to lojalnie oświadczam, krążek wypadł zjawiskowo.

Próbując okiełznać w jeden ciekawy wniosek wyartykułowane w tekście aspekty muszę stwierdzić, iż Włoska konstrukcja bardziej stawia na wyrazistość i szybkość prezentacji niż na trącające eterycznością muzyki wysycenie. Jak to zwykle w realnym świecie bywa, taki akcent soniczny będzie miał tyle samo zwolenników co przeciwników, dlatego też sami musicie określić, czy po drodze Wam z ofertą kraju Półwyspu Apenińskiego. Ja jedynie mogę powiedzieć, że opiniowany wzmacniacz musiałby być skonfigurowany z naprawdę z bardzo mocno krzykliwą resztą toru, aby rzucić na ring biały ręcznik. Jednak licząc na Wasze wyedukowanie w kwestii doboru elektroniki śmiem twierdzić, iż w większości przypadków tytułowy piecyk wpisze się w oczekiwania potencjalnego nabywcy, a jeśli z jakiś powodów nie, będzie to raczej kwestią targających życiem audiofila drobnych niuansów, a nie rażących niedociągnięć. Nie wiem, czy udało mi się Was w stu procentach przekonać do próby z włoską myślą techniczną na własnym podwórku, ale jedno jest pewne, będącym zarzewiem dzisiejszego spotkania wzmacniaczem zintegrowanym FLS-10 marka Audia Flight co najmniej potwierdziła przywoływany we wstępniaku pełnoprawny byt w będących propozycjami konfiguracyjnymi audiofilskich wyliczankach.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audio Anatomy , tel. kontaktowe +48123461145 i +48660844249
Cena: 42 950 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 8/4/2 Ω = 200W / 380W / 700W (pierwsze 20W w klasie A)
Wejścia: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Wyjścia: 1 para RCA, 1 para XLR, 1 wyjście REC (RCA)
Zakres wzmocnienia: -90dB / +10dB
Czułość wejściowa 1,41 Vrms
Impedancja wejściowa 47kΩ
Współczynnik tłumienia (Damping Factor): >650
Pasmo przenoszenia (1W rms -3dB) 0,3 Hz ÷ 500 KHz
Szybkość narastania sygnału (na 8 omów)> 160 V / μS
THD: <0,05%
Współczynnik S/N 110 dB
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Współczynnik tłumienia (przy 8 Ω)> 1000
Napięcie główne AC (50-60 Hz) 100, 110-115, 220-230, 240 V
Pobór mocy: < 1W (stand by), 840W (200W RMS @ 8 Ω)
Wymiary (S x W x G): 450 x 170 x 440 mm
Waga: 36kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Neo Alpha
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak widać na załączonych zdjęciach Słowacy z Neo potrafią robić nie tylko stoliki, ale i wielce urodziwe kolumny. Na razie, w ramach chwili odpoczynku po monachijskim szaleństwie, ekspresowy unboxing zgrabnych podłogówek Alpha.

cdn. ..

  1. Soundrebels.com
  2. >

Munich High End 2018 cz.1

Jak to mawiał klasyk „święta, święta i po świętach”, czyli monachijskie szaleństwo związane z coroczną, odbywającą się w przestronnych halach MOC, wystawą High End możemy uznać za zakończone. Wbrew wcześniejszym, mało optymistycznym prognozom, pogoda dopisała, niezliczone kilometry nadal czujemy w nogach a i bagaż nagromadzonych wrażeń pewnie będzie nam towarzyszył jeszcze przez ładnych parę tygodni. Mając jednak na uwadze, że nieuprzejmością z naszej strony byłoby trzymanie materiału do czasu opadnięcia emocji również i tym razem stawiamy na żywioł, zrealizowany na wystawie reportaż publikując niejako na gorąco. W końcu takie reguły narzuca sam internet, w którym to od ponad pięciu lat egzystujemy doskonale zdając sobie sprawę, iż to właśnie czas dla większości z Czytelników odgrywa kluczową rolę a zainteresowanie tematem danego wydarzenia utrzymuje się z reguły nie dłużej niż tydzień. Dlatego też serdecznie zapraszamy na pierwszą część naszej relacji z tego największego święta wszystkich audiofilów od razu zaznaczając, iż tak jak w poprzednich latach nawet nie mieliśmy ambicji być wszędzie i uwiecznić, opisać wszystkiego, co nieprzebrane rzesze wystawców zdołały na High End przygotować. Wyszliśmy bowiem z założenia, iż jeśli mamy do wyboru większą uwagę skupić na systemach, prezentacjach i ekspozycjach aniżeli latać po MOC-u jak przysłowiowy kot z pęcherzem z migawkami aparatów ustawionymi na tryb zdjęć seryjnych, to jednogłośnie opowiadamy się za opcją nr. jeden. Dlatego też do części z pokojów wracaliśmy kilkukrotnie, kilku wystawcom daliśmy drugą szansę, a całość potraktowaliśmy jako jedną z niewielu okazji do spotkania wielu znajomych rozsianych na co dzień po najdalszych zakątkach globu. I jeszcze jedno – kolejność w jakiej opisujemy poszczególne pokoje jest zgodna z chronologią i naszą marszrutą, więc proszę nie doszukiwać się w niej drugiego dna, czy też zawoalowanych sugestii. Po prostu tak właśnie wyglądało nasze wystawowe szwędactwo a jeśli ktoś nie wierzy to proponuję porównać poniższy opis z planem targów.

Tym razem, w związku z zamieszaniem jakie wywołuje zbliżające się wielkimi krokami RODO, dopchnięcie się do pressroomu graniczyło z cudem, co z resztą zapobiegliwie przewidzieli organizatorzy rozstawiając w ciągach komunikacyjnych kioski z aromatyczną kawą.

Niejako w ramach zasygnalizowania poczynionych podczas tegorocznej wystawy obserwacji i wprowadzenia do tematu, na początek pozwolę sobie zamieścić zbiorczą galerię o tematyce analogowej. Oczywiście gramofony i magnetofony przewijać się będą w większości dedykowanych, przypisanych poszczególnym wystawcom opisów słowno – obrazkowych jednak warto mieć świadomość, iż w chwili obecnej oprócz starych wyjadaczy, jak Dr.Feickert, Kuzma, S.M.E czy Transrotor za produkcję gramofonów biorą się również dopiero rozpoczynające swoją przygodę z audio marki. A czemu ten dość eklektyczny zbiór szpulowców i gramiaków znalazł się na starcie tegorocznej relacji? Cóż, powód jest, przynajmniej dla nas, oczywisty – wszędzie tam, gdzie w roli źródeł egzystowały obok siebie analog i cyfra reprezentowana w większości przypadków przez wszelakiej maści plikograje, to właśnie poczciwy winyl, bądź taśma spuszczały regularny łomot najnowszym, mniej bądź bardziej gęstym formatom cyfrowym.

W pierwszym przez nas odwiedzonym pokoju całe szczęście królowała czarna płyta a japońska elektronika Air Tighta współpracowała z mającymi sporą szanse na pojawienie się w Polsce nad wyraz oryginalnymi (konstrukcje open baffle wyposażone w przetworniki field-coil) kolumnami autorstwa Wolfa Von Langi. Tutaj nie było pośpiechu, szarpaniny i pędu do nikąd. Wchodziło się, siadało i nie wiadomo kiedy mijało kilkadziesiąt minut, czyli mniej więcej tyle ile trwa jedna strona LP. Może i warunki wystawowe nie były idealne a brak adaptacji akustycznej dorzucał swoje trzy grosze, ale w tym pomyśle na swobodę i homogeniczność grania był spory potencjał.

Tuż za ścianą też królował analog i to w naszym ojczystym wydaniu, czyli duet J.Sikora + Horns wspierany przez kanadyjskiego producenta okablowania GutWire. Precyzji temu zestawieniu odmówić było nie sposób, jednak po analogu oczekiwałbym nieco więcej eufonii i soczystości.

Kharma, czyli iście bizantyjskie bogactwo ornamentyki, ceny potrafiące zawstydzić niejednego szejka i … trudny do przewidzenia efekt soniczny. W zeszłym roku grało źle, jednak w tym, gdy tylko weszliśmy całość grała zaskakująco miło, gładko i wciągająco. Zamiast korzystać z okazji dość niewielkiego obłożenia zwiedzającymi i robić zdjęcia usiedliśmy i zaczęliśmy słuchać i to słuchać z przyjemnością. Sielanka nie trwała jednak długo, gdyż gramofon zastąpił streamer a system uznał za stosowne po prostu na nas nakrzyczeć. Cóż, najwidoczniej topowe Clrearaudio i dwie szpulowe Nagry nie znalazły uznania w oczach wystawcy przedkładającego komfort obsługi z poziomu tabletu od jakości dźwięku.

Audia Flight/Albedo – włoską elektronikę Audii zdążyliśmy już poznać a i z kolumnami Albedo też mieliśmy swojego czasu krótką przygodę, jednak set zaprezentowany w Monachium jakoś nie porywał. Dziwnym zbiegiem okoliczności z natywnej dynamiki i soczystości topowych modeli Strumento (Audia Flight) na uzbrojonych w przetworniki Accutona kolosach Albedo słychać było naprawdę niewiele i po kilku minutach zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem na wystawę nie trafiła jakaś nie do końca wygrzana para kolumn.

Elektronika CH Precission, gramofony TechDAS i kolumny Steinheim Reference Ultime, czyli precyzja jak w szwajcarskim, albo japońskim chronografie.

Wiener Lautsprecher Manufaktur, czyli w skrócie WLM, to marka, która jakiś czas temu wykonała dość poważną woltę jeśli chodzi o design produkowanych przez siebie kolumn. W Monachium postawiła w tym roku na konstrukcje aktywne a okablowanie zapewniła serbska manufaktura Way Cables bazująca na otulonych bawełnianym dielektrykiem przewodnikach ze srebra. Jej właściciel – Miroslav Nune Popovic okazał się przeuroczym i pozytywnie zakręconym pasjonatem, który z niesamowitym entuzjazmem opowiadał o tym, jak wyjątkowe i unikalne są jego przewody i ile energii i „body” są w stanie przekazać systemowi, w którym się znajdą. Ceny zaczynające się od 650€ za metrowy IC nie wydają się zaporowe nawet jak na polski rynek, więc … pożyjemy, posłuchamy i ocenimy.

Topowe Living Voice’y stały w dwóch pokojach, jednak na potrzeby niniejszej relacji pozwoliłem sobie na zamieszczenie ich zdjęć w jednej galerii. W dodatku przy pierwszym podejściu pełniły one rolę jedynie tła do popisów swojego zdecydowanie bardziej budżetowego rodzeństwa, które co prawda z mającą swą światową premierę integrą Engström Arne grało nad wyraz miło i dynamicznie, lecz nie po to tłukliśmy się przez pół Europy. A jak zagrały Vox Olympian? Po pierwsze lepiej niż dane nam było usłyszeć na rodzimym AVS a po drugie najlepiej z dotychczasowych prezentacji w MOC-u. Bardzo możliwe, że to zasługa repertuaru, gdyż zamiast katowania słuchaczy Wagnerem, bądź free jazzem ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i nie bał się sięgnąć np. po dorobek Massive Attack, ale wreszcie nogi same rwały się do przytupywania.

System składający się z elektroniki Triangle Art i obeliskowych kolumn EgglestonWorks Viginti okazał się jedną z największych a w dodatku pozytywnych niespodzianek tegorocznej wystawy. To dość nieoczywiste połączenie ociekającej złotem i chromami estetyki Triangle’a i kanciastej surowości EgglestonWorks zaoferowało dźwięk niezwykle prawdziwy, krystalicznie czysty i bezpośredni. Różnicowanie jakości i sposobu realizacji nagrań było oczywiste, jednak choć całości nie brakowało muzykalności po kilkunastu minutach odsłuchu zacząłem się zastanawiać ilu ze słuchaczy byłoby w stanie się pogodzić z tak bezpardonowo podaną prawdą o posiadanej płytotece.

W szwedzkim Martenie wielkie święto – obchody dwudziestolecia działalności uświetnione światową premierą potężnych kolumn Coltrane Momento 2. W systemie nie zabrakło rasowego szpulowca Lyrec Frida MkII i monosów Vitus Audio MP – L 201 a walory tak akustyczne, jak i wizualne poprawiała imponujących rozmiarów instalacja dyfuzorów Golden Crystal produkcji SMT. A dźwięk? Pół żartem pół serio mogę stwierdzić, że jeszcze nikomu nie udało się z nowych driverów Accutona wycisnąć tyle muzykalności i dynamiki.

Odkąd pamiętam Ascendo chadzało własnymi ścieżkami, jednak tegoroczna prezentacja wskazywała na to, że nie zawsze prowadzą one we właściwym kierunku.

O ile przy jubileuszowych Martenach jeszcze można byłoby kombiować jakby tu je wcisnąć do standardowego M3, bądź M4, to błękitne kolumny Von Schweikert Ultra 11 wymagają zdecydowanie większych metraży. Nie wierzycie? No to zastanówcie się Państwo jak wkomponować w normalną przestrzeń nawet 30-40 metrowego salonu te mierzące 230 cm kolosy, z których każdy może poszczycić się dwoma zasilanymi 1000 W wzmacniaczami 15” subwooferami, czterema 9” ceramicznymi mid-wooferami, dwoma 7” również ceramicznymi średniotonowcami, dwoma berylowymi tweeterami i dwoma 5” super – tweeterami, z których jeden zdobi front a drugi ścianę tylną. Całe szczęście gigantomania ograniczała się li tylko do postury kolumn, bo już sam dźwięk nie próbował przytłoczyć słuchacza rozdmuchanymi poza granice rozsądku źródłami pozornymi.

Wanno – podobne tuby Tune Audio Avaton, dzielone źródło Rockna, przedwzmacniacz Trafomatic Audio Lara wraz po raz pierwszy pokazanymi publicznie monoblokami Pandora, oraz łapiące za oko okablowanie Scogrand okazały się pomysłem na żywe, dynamiczne, lecz pozbawione ofensywności granie.

Kolumny Wilson Benesch spotkać można było w dwóch pokojach – w jednym grały seksownie czerwone A.C.T. One Evolution P1 a w drugim zdecydowanie bardziej imponujący (każda kolumna waży 145 kg) model Eminence.

Rockportów Lyra też można było posłuchać w dwóch systemach – ze słynącą z muzykalności elektroniką Absolare, oraz z uwielbianą przez część audiofilów za precyzję i neutralność Soulution. Jednym słowem dla każdego coś dobrego.

Set Luxmana z „parawanami” Quada zdecydowanie lepiej wyglądał aniżeli grał, ale nic na to nie poradzę, że podoba mi się ten nieco oldschoolowy design. No i na postawie zdjęć dźwięku ocenić nie sposób ;-)

W Auralicu jak zwykle skromnie, ale z klasą. Najnowsze modele elektroniki plus nad wyraz rozsądnie wycenione (ok. 8000 $ para) praktycznie zupełnie u nas nieznane kolumny Ryan S840. To było naprawdę dobre granie a biorąc pod uwagę koszt całego systemu relacja jakość/cena wydawała się trudna do pobicia przez większość konkurencji.

DPS EAR Yoshino – bez zmian, taśma rządzi.

Smukłe niczym topole Raidho TD-4.8 z elektroniką Chorda (BLU MKII, DAVE, CPA 5000 i dwa monobloki SPM 6000 MKII) spięto okablowaniem Nordosta. Odważnie? Nawet bardzo, sęk jednak w tym, że całości ani nie brakowało wypełnienia, ani tym bardziej masy, czy muzykalności. Czary jakieś?

Za to w Vitusie zaskakująco skromnie – ze stereofoniczną końcówką RS-101 zestawiono jubileuszowe Marteny Mingus Twenty. Całe szczęście w tym przypadku rozmiar nie miał znaczenia i grało po prostu dobrze.

Jedno z pomieszczeń, do których zaglądałem kilkukrotnie i za każdym razem było co najmniej … świetnie. Najnowsze Audiovectory R 8 Arretè w przepięknej okleinie z włoskiego orzecha napędzała elektronika Gryphona w postaci niezwykle miło przez nas wspominanej integry Diablo 300 i odtwarzacza Scorpio. Nie ukrywam, że w brzmieniu było coś z wyczynowości, ale rozdzielczość, szybkość i gładkość były wręcz magnetyczne a odtworzenie nagrania z flamenco było w stanie poderwać do tańca umarłego. Nie mówię już o entuzjazmie z jakim Mads opowiadał o najnowszych konstrukcjach. W jego głosie czuć było pełną satysfakcję z osiągniętych rezultatów a biorąc pod uwagę obłożenie wystawowej sali również i słuchaczom takie witalne granie przypadło do gustu.

W Crystal Cable jak zwykle minimalistycznie, lecz elegancko a i obecność gramofonu nie powinna dziwić gdyż właśnie w Monachium zaprezentowano swoisty , sygnowany przez S.M.E analogowy all’in’one. Mowa o projekcie Synergy, czyli najnowszym transporcie/ramieniu S.M.E, ze zintegrownym przedwzmacniaczem Nagry, wewnętrznym okablowaniem (również ramienia) Crystal Cable i wkładką Ortofona.

Musical Fidelity z Triangle i Thorensem postawił na spokojny design i przystępną cenę, więc tym razem seria Nu-Vista podpierała ściany.

W Avantgardzie znów udało mi się posłuchać Trio (tym razem wersji Luxury Edition za bagatela 108 000€) na normalnych poziomach głośności, co należy uznać za spory sukces.

Niby Audioquest to przewody, kondycjonery, słuchawki i DACi, ale jak widać i pełnowymiarowy system wiedzą jak skonfigurować, bo Bowersy z najnowszej serii 800 D3 i elektronika Sugdena sprawiały, że muzyki słuchało się tam z niekłamaną przyjemnością.

Wygląda na to, ze w Avidzie dział marketingu zorientował się, że coraz częściej o zakupach audiofilskich zabawek decyduje płeć piękna.

Tym razem Gryphon w wersji statycznej.

Marantz, Sonus faber, Audio Research i E.A.T, czyli trzon oferty Horna.

Kolejna marka siedząca w prądzie i przesyłach sygnału, czyli Shunyata Research a grało co najmniej dobrze. Nie wnikam ile w tym było zasługi Passa, Emm Labs, czy Wilson Audio, ale jak na tak – po macoszemu, przynajmniej jeśli chodzi o adaptację akustyczną, potraktowanemu pomieszczeniu nie spodziewałem się niczego specjalnego. Nie da się ukryć miła niespodzianka.

W Magico niespodzianki nie było, chociaż … „budżetowe” A3-ki wcale ujmy na honorze marki nie uczyniły, jednak przesiadka na M6-ki to był skok na naprawdę głęboką wodę. Warto było jednak trochę pochodzić i zaglądać na prezentacje Magico co jakiś czas, bo niby z plików grało OK, ale zmiana źródła na Kronosa w sposób całkowicie bezlitosny obnażała braki toru cyfrowego.

Furutech w akcji, czyli w systemie Progressive Audio. Szybko, czytelnie i z pełną kontrolą.

System Accustic Arts w tym roku zestawiono z kolumnami SN/SL 770.1AMT Fischer & Fischer.

Jak się okazuje Elaci z elektroniką Burmestera też potrafią się całkiem nieźle dogadać.

W Pathosie po zeszłorocznej promocji nowości przyszedł czas na nieprzemijająca klasykę.

Oldschoolowo, koszmarnie drogo, ale być na High Endzie i nie zajrzeć do Silbatone, to jak zwiedzając Włochy nie konsumować ichniejszych win, past i pizzy.

O ile w zeszłym roku nad setem Nagry z Kronosem i Wilsonami Alexandria się rozpływałem, tak tym razem z Alexiami już tak dobrze nie było.

Ponownie Alexie, tym razem z kompletnym setem Constellation Audio i ponownie pewien niedosyt. Brakowało pazura, dynamiki, życia.

Zjawiskowe, fioletowe Cessaro ilością generowanych decybeli zdolne były kruszyć mury. Całe szczęście prezenterzy pilnowali głośności, choć tubowej maniery całkowicie uniknąć się nie udało.

Paradigmy z Passem? Czemu nie.

Bardzo miły polski akcent – w topowym systemie TAD-a okablowanie zapewniła … Audiomica Laboratory.

Odkąd pamiętam Göbel stawiał na smukłe, wyposażone w wysokotonowe „tablety” konstrukcje kolumnowe. I choć w tym roku za sprawą modelu Epoque Aeon Reference ich nie zabrakło, to całą uwagę zwiedzających skradły monstrualne Divin Majestic. Jeśli zaś chodzi o niuanse natury akcesoryjno – meblarskiej, to elektronikę CH Precission ustawiono na platformach Wood Block Fat i stoliku Wood Block Rack Franc Audio Accessories.

Okablowanie i akcesoria Nordosta nad wyraz dobrze sprawdzały się z elektroniką Moona i kolumnami Raidho.

W Focalu i Naimie rozwoju portfolio ciąg dalszy – do linii głośników Utopia III Evo dołączyły Grande Utopia EM oraz Stella Utopia EM a jeśli chodzi o plikowe źródła Naima, to informowaliśmy o nich w stosownym newsie.

Dr. Roland Gauder w tym roku zamiast zwyczajowo postawić na potężne konstrukcje tranzystorowe nieco przekornie sięgnął po eteryczne lampowce WestEnd i Western Electric.

Kaiser Acoustics Kawero Classic z monoblokami Kondo Kagura nadal nie pozostawiają złudzeń jak powinien wyglądać i grać prawdziwy High End.

Do klubu jednych z bardziej elektryzujących premierowych odsłon dołączył również Chord z dumą prezentując 150 W stereofoniczny wzmacniacz Choral Étude i desktopowy, DAC/wzmacniacz słuchawkowy Hugo TT 2. Po zaskoczonej minie samego Johna Franksa widać było, że nie spodziewał się takiego oblężenia przedstawicieli mediów, co dość jednoznacznie świadczy o popularności rozwiązań lansowanych przez Anglików.

Nieco skromniej i z nieco mniejszym rozmachem Primare forsował swoją autorską i nad wyraz ciekawą platformę Prisma.

W Octave zaprezentowano pozornie bardzo „odważne” zestawienie z Bowersami serii 800 D3 i okablowaniem Nordosta, jednak efekt finalny okazał się nad wyraz akceptowalny.

W Dynaudio oprócz bezprzewodowych „soundbarów” nie zabrakło też elektryzujących nowości z serii Confidence.

Za to w Audionecie, zamiast zapowiadanej integry Humboldt, którą niestety jedynie prezentowano w witrynie, grała dzielonka – przedwzmacniacz Stern z monoblokami Heisenberg, która nie da się ukryć, z Dynaudio robiła co tylko chciała.

Pro-Ject jak zwykle postawił na dość statyczną ekspozycję z jednym dość humorystycznym akcentem, czyli z zanurzoną na głębokość peryskopową żółtą łodzią podwodną.

Skoro jesteśmy przy analogu, to warto było zajrzeć na stoisko Clearaudo, gdzie oprócz bieżących modeli uwagę zwracały starsze, wycofane już z produkcji modele.

Cayin, czyli coraz lepiej brzmieniowo i jakościowa a nadal dość rozsądnie, jeśli chodzi o ceny.

Kolejny rodzimy akcent, czyli duet Fezz Audio & Pylon będący świetnym przykładem na to, że rynki azjatyckie, to nie tylko źródło dóbr wszelakich, ale niezwykle łakomy na nasze wyroby odbiorca. Tak, tak drodzy Państwo – to właśnie obie powyższe marki praktycznie nie nadążają z eksportem.

Jak widać Sugden udowadnia, że Hi-Fi wcale nie musi być nudne.

W Audio-Technice słuchawkowa ofensywa trwa. I bardzo dobrze, bo nowe, zarówno konwencjonalne, jak i te bezprzewodowe modele grają świetnie.

W Gato Audio świętowano 10-co lecie istnienia. Oby tak dalej, bo zarówno elektronika, jak i kolumny Duńczykom wychodzą lepiej niż dobrze.

Portugalskich paneli Artnovion przedstawiać raczej nie musimy, bo sporo stoi ich u nas i bardzo sobie je chwalimy.

W Thraxie najnowsze monobloki Spartacus 300 można było niestety jedynie pooglądać a grała integra Ares. Nasze zainteresowanie wzbudziła dopiero co zrecenzowana Enyo w pełni uzbrojonej w cyfrowe interfejsy odsłonie.

Metronome, czyli nieco chłodno i nieco sterylnie, ale bez przekraczania granicy, za którą wieje po kostkach z prosektoryjnych chłodni.

W Davisie też nasycenia średnicy i słodyczy góry nie było zbyt wiele, więc albo Francuzi tak lubią, albo Karlom nie do końca podpasował Gryphon Diablo.

Co innego w Alluxity, tutaj było gęsto, wręcz karmelowo i z przyjemnym wypełnieniem wszystkich podzakresów. Co prawda niepozorne kolumienki Joseph Audio Perspective reklamowane są jako niezwykle przyjazne pod względem impedancji, to monachijska prezentacja pokazała, że ich efektywność, która producent niespecjalnie się chwali, choć jak się chwile poszuka to można w odmętach internetu dogrzebać się, że wynosi 84dB(B)/2.83V/m wymaga solidnej amplifikacji. Całe szczęście duński system lifestylowy ma jedynie design a trzewia już rasowe, więc problemów z nagłośnieniem wystawowej loży nie było najmniejszych.

Kolumn YG Acoustics Sonja 2.2 dane nam było posłuchać w dwóch systemach – z elektroniką Nagry, gdzie całość spełniała raczej rolę muzycznego tła i w zdecydowanie lepiej przystosowanej do odsłuchów „budce” z dzielonką Bouldera i najnowszym analogowym setem SME Synergy. Nie ukrywam, iż w towarzystwie drugiej konfiguracji spędziliśmy zaskakująco dużo czasu, gdyż nie dość, że całość grała ze świetną równowagą tonalną i dynamiką, to jeszcze wystawcy nie zapomnieli o odpowiednio wydajnej klimatyzacji. W takich okolicznościach przyrody przyszło nam delektować się wielce atrakcyjnym spektaklem muzycznym, który mamy nadzieje kiedyś uda nam się powtórzyć na własnym „podwórku”.

Dan D’Agostino udowadnia, że takie pojęcia jak umiar i spokój akurat jego „zabawek” nie dotyczą.

Flagowe kolumny Silver Dragon Lawrennce Audio wyglądają bosko, jednak podczas monachijskich odsłuchów swym brzmieniem niespecjalnie mnie porwały. Możliwe, że wszystkiemu winny dość jazgotliwy repertuar i zbyt wysokie poziomy głośności podczas prezentacji, ale tym razem wychodziłem z odsłuchu lekko zawiedziony. Aha – żeby nie było, platformy Franc Audio Accessories też można było tam uświadczyć.

Futurystycznych kształtów rodzimych kolumn Pancin Art Technology nie da pomylić się z niczym innym. Ekipa producenta postawiła na ekspozycję w wystawowym open spejsie i na brak zainteresowania narzekać nie mogła. Trudno się dziwić, bo burgundowe pociski łapały za oko z daleka.

Podobnie było w kolejnej polskiej enklawie, gdzie udomowione śnieżnobiałe kolumny Sveda Audio Blipo kontrastowały z ociekającymi złotem Lampizatorami w otoczeniu ustrojów akustycznych acoustic manufacture.

Einstein Audio Components, czyli sposób na to jak mieć w pełni monoteistyczny system od wkładki począwszy na kolumnach skończywszy.

W gablocie przy wejściu zwiedzających kusiła mała „bestia” jednak w grającym z „turbinami” MSB M204 systemie pazury pokazywał szwajcarski flagowiec.

Tym razem nawet elektronika Trinnov Audio nie była w stanie wyczarować średnicy z kolumn, których ktoś w średniotonowca najzwyczajniej ś wiecie wyposażyć zapomniał.

W Zellatonie uwagę zwracał … tor analogowy, gdzie grała optyczna wkładka DS. Master1.

Sukces! Wreszcie udało mi się załapać na odsłuch flagowców Estelona. Cś mi się wydaje, że od premiery producent co nieco musiał w nich pozmieniać, bo tym razem nikt z aptekarską dokładnością nie pilnował głośności.

Kolumny Manger Audio P2 z elektroniką Mola Mola i gramofonem Scheu Analog Das Laufwerk No.2 w torze zagrały urzekająco homogenicznie.

Po tegorocznej prezentacji C.E.C-a będę się upierał, że powinni pozostać przy produkcji źródeł.

Prawdę powiedziawszy do sali z potężnymi kolumnami Arcadian Audio Pnoe wchodziłem z duszą na ramieniu i stoperami za pazuchą. Jednak okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują, bo całości co prawda nie brakowało swobody i oddechu, ale o próbach wywiewania publiki nie było mowy.

Duet Ayon Audio / Lumen White zdążył już nas przyzwyczaić, że nawet jakby się chciało, to nie ma się do czego przyczepić. Tak też było i tym razem – brzmienie najwyższej klasy i tyle.

Budka Brystona okazała się ostoją starych dobrych czasów, gdy samcze samotnie zdobiło surowe drewno i zwierzęce skóry. Zaprezentowany system nie brał jeńców grając niezwykle dynamicznie i czysto pokazując całą prawde o prezentowanych nagraniach. Szkoda jedynie, że obsługa postawiła na ok. minutowe fragmenty z przygotowanej plikoteki, gdyż po około kwadransie takiego repertuarowego rollercoastera miałem lekki przesyt wrażeń.

Całe szczęście w rodzimej Melodice ekspozycja miała charakter bardziej statyczny, więc podczas wymiany wystawowych ploteczek i newsów można było spokojnie ochłonąć. Cieszy fakt, iż kolejna Polska marka świetnie sobie radzi za granicą.

Nasi przyjaciele z Block Audio nabrali nieco odwagi i zaczęli bawić się kolorami, co tylko im potężnym A-klasowym końcówkom wyszło na dobre. W dodatku firmowe katalog został wzbogacony o okablowanie, listwy zasilające a i co nieco zmieniło się w samym montażu przewodów zasilających a czeskiej elektroniki można było posłuchać w systemie ze szwajcarskimi kolumnami Audiodata.

Skoro elektronika Wadaxa gościła w systemie Avantgarde’a, to nie dziwi fakt, że i pomarańczowe niemieckie tuby grały w pokoju Wadaxa.

A na deser, niejako rzutem na taśmę prawdziwa sensacja – najnowsze, flagowe isodynamiczne słuchawki Meze Audio Empyrean. Lekkie jak piórko a grają jak marzenie.

W tym roku czasu na niezobowiązujące szwendanie się po openspejsie mieliśmy jak na lekarstwo, więc standardowy mix ciekawostek, które wpadły nam w oko ograniczony został do absolutnego minimum.

Bardzo dziękuję za uwagę i proszę jeszcze nie oddalać się od komputerów, bo lada moment swoimi wrażeniami z MOC-a podzieli się z Państwem Jacek.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Hifideluxe 2018 cz.2

Jak to zwyczajowo u nas bywa, z racji zdecydowanie mniejszego rozmachu organizowanej w hotelu Marriott wystawy Hifideluxe, również i tym razem na pierwszy ogień idzie właśnie ta nieco alternatywna impreza. Czy to świętokradztwo? Z punktu widzenia cen wystawianych zestawów audio prawdopodobnie tak, jednak patrząc na temat od strony zdecydowanie bardziej kameralnych odsłuchów (jest znacząco mniej zwiedzających), oraz umiejętnie skonfigurowanych i bardzo dobrze brzmiących systemów audio nie jest to już takie oczywiste. Dlatego też bez roztrząsania kto ma rację, proszę o choćby minimalne zaufanie i zdecydowanym krokiem przejdę do konkretów. Na koniec, poruszę jeszcze jedną wprowadzającą Was w temat kwestię, czyli w pełni zamierzone unikanie szczegółowych zestawień prezentowanych komponentów, gdyż bardzo często będące głównym tematem prezentacji produkty swoje występy zawdzięczają posiadanej przez wystawce elektronice towarzyszącej, a przecież moja relacja jest jedynie przelaniem zdobytych podczas odwiedzin w pokojach bardziej lub mniej przyjemnych doświadczeń sonicznych. A ceny? Cóż, wszyscy wiemy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, dlatego również na tę kwestię z czystym sumieniem spuszczę zasłonę milczenia.

STARK AUDIO – Swój miting po przywołanym hotelu rozpoczęliśmy od pokoju, w którym wystawiała się bardzo bliska nam z racji południowego sąsiedztwa słowacka marka Stark Audio. To po najczęściej bardzo głośnych i nierzadko niezbyt udanych prezentacjach w MOC-u była przesiadka do innego świata. Bardzo zbliżony do kubatur naszych pokoików odsłuchowych niezbyt duży lokal z umiejętnie dozowanym poziomem decybeli i w tej scenerii bardzo powabnie prezentujące się nie tylko od strony designe’u, ale również w kwestii samego dźwięku tryskające dorównującym małżonce producenta erotyzmem kolumny Jane. Co ciekawe, te na tle większości wystawianych na opisywanej imprezie maluchy w dbałości o odpowiednie dopasowanie się do każdego pomieszczenia oferują nabywcy znajdujący się z tyłu potencjometr. Jeśli chodzi o samo brzmienie, było barwnie, świeżo, z dużym pakietem informacji, ale bez najmniejszej natarczywości. Wszystkie aspekty dobrej prezentacji fajnie wyważone, za co z mojej strony należą się wystawcy zasłużone brawa.

FM ACOUSTICS – Jedno jest pewne, na sygnał analogowy w roli źródła dźwięku u tego producenta zawsze można liczyć. Ale to nie jedyna od kilku już lat zasłużona pochwała, gdyż za każdym razem, gdy mierzę się z przekazem muzycznym tej elektroniki, bardzo łatwym do wychwycenia aspektem jest niewymuszone w pełnej skali dynamiki granie. Bez podbarwień, z odpowiednim napowietrzeniem wirtualnej sceny i jak można się spodziewać po kompilacji z flagowymi kolumnami bardzo dobrą podstawą basową. Nic tylko brać, tylko ta cena.

KII AUDIO – Nie, to nie jest folder reklamowy magazynu wykończania wnętrz, tylko pełnoprawny zestaw audio. Nadeszły czasy, w których zasilane prądem kolumny same karmią się wszechobecnym w eterze i sieci lan sygnałem audio. I czy to się komuś podoba, czy nie, temat jest w natarciu. Jednak wyprzedzając ewentualne pytanie powiem szczerze, do momentu mojego przejścia na tę stronę barykady w Wiśle zdąży jeszcze upłynąć sporo wody. Ale żeby było jasne, nie neguję takich rozwiązań, a po corocznym zderzaniu się z takim postawieniem sprawy systemu audio w wydaniu tytułowego Kii Audio widzę ewidentny progres jakości dźwięku.

JMF AUDIO – Tę markę zawsze odwiedzam z niekłamaną ciekawością. Dlaczego? Otóż mamy do czynienia z mojego punktu widzenia monstrualnymi hornami, a tymczasem te przypominające usta tuby ani razu nie spowodowały najmniejszego grymasu na mojej twarzy. Mało tego, ten zestaw zawsze gra bardzo dobrze ze wszystkimi aspektami typu wysycenie, brak krzyku w wysokich tonach, a gdy wymaga tego materiał z mocnym zejściem dolnych rejestrów. Ale sama, ogólnie pojęta dobra prezentacja, nie była jedynym pozytywnym zaskoczeniem tych odwiedzin, gdyż wystawcy podczas bezpośredniego porównania sygnału płyty SACD z tym samym materiałem wydanym na Blu-ray Pure Audio pokazali, jak wiele jeszcze jesteśmy w stanie wycisnąć ze srebrnego krążka, który piewcy plików już dawno w swoich okowach spisali go na banicję, a próbując przewidzieć światowe trendy liczą na całkowite wymarcie.

DIESIS AUDIO, EDAL, VYGER – Co prawda przywołane w tytule tego tekstu nic nikomu prawdopodobnie nie mówią, ale jak widać na fotografiach, mamy do czynienia z elektroniką Kondo, jakimś gramofonem, niestety podczas mojego pobytu będącym głównym źródłem dźwięku ubranym w wielki telewizor plikowcem, które na końcu tak skonfigurowanego toru karmią wygenerowanym przez siebie sygnałem uzbrojone w sporej wielkości tubę odgrody. Efekt? O dziwo smakujący sporą dawką papieru, wspomagany nutą drewnianej tuby przyjemny dźwięk. Naturalnie mając na uwadze stojący obok odtwarzacza plików magnetofon szpulowy dałoby się coś z tego jeszcze wycisnąć, ale i tak spędzony czas zaliczam do bardzo udanego.

JADIS, AUDIOPLAN – Jak sugerują załączone fotografie, pierwsze skrzypce w tym pokazie grała elektronika francuskiego Jadis i kolumny Audioplan. Ale gdy przyjrzycie się dokładniej, z pewnością dojrzycie, jak solidnie dystrybutor przygotował się do prezentacji od strony zasilania i okablowania. Gdybym miał opisać generowany przez tak przygotowany system dźwięk, powiedziałbym, że owszem, było ciekawie, ale bez wyczynowości. Jednak dla uspokojenia ewentualnych nerw wyznawców tytułowych producentów dodam, że na tle tysięcy prezentacji głównej wystawy, było na czym zawiesić ucho.

ACAPELLA, LAMUSIKA – Cóż, po raz kolejny tuby, tylko tym razem producenci w celach designerskich i pewnie po rozmowie z wystawcami okazałoby się, że również sonicznych dotychczas centralnie umieszczone lejki wielkich misek delikatnie przesunięto do dołu. Nie wiem, jak to wpływa na dźwięk, ale popatrzeć na coś innego niż wszystko inne zawsze jest przyjemnie. Jakieś spostrzeżenia o przekazie? W momencie mojej wizyty serwowany był leniwy repertuar z saksofonem i kontrabasem w rolach głównych i muszę powiedzieć, że mimo sporych oczekiwań podczas prezentacji tych instrumentów dostałem bliską wypracowanych przez lata oczekiwań opowieść muzyczną. No no, jeszcze trochę i zamienię moje szafy na tuby. To byłaby prawdziwa nieoczekiwana zmiana miejsc.

OMEGA AUDIO – Gdy zazwyczaj nie przepadam za mówiąc kolokwialnie typowymi parawanami, to widniejące na zdjęciach w połączeniu z zawieszonym na czerwonych sznurkach wokiem i towarzyszącą mu elektroniką tejże marki co roku sprawiają mi wiele przyjemności. Nie, żebym natychmiast zmieniał dla nich wiarę, ale ogólna prezentacja wspierana fantastycznym designem całości naprawdę potrafiła przykuć mnie do fotela na kilka ładnych minut. Swoboda, rozmach i co ważne wszystko w dobrej estetyce barwy dźwięku były nie tylko podczas poprzednich wizyt, ale również tej ostatniej na najwyższym poziomie.

KROMA AUDIO, DANISH AUDIO DESIGN – Pierwszym zaskoczeniem tej prezentacji była zapraszająca mnie do środka serwowana z winylu muzyka dawna. Choć jest to mój ulubiony nurt, z racji sporej trudności kupienia podobnych krążków mam jej na asfalcie niewiele, co jeszcze bardziej podkreśliło wyjątkowość tego zderzenia. Ale to nie koniec ciekawych obserwacji z tego pokoju, gdyż oprócz gramofonu Tech Das Air Force III jako drugie źródło dźwięku posłużył znany mi z codziennego użytki cd japońskiego CEC-a TL0 3.0. Co prawda nie było szans na starcie jeden do jednego na tym samym materiale, ale według mnie obydwa prezentowały świetną przestrzeń, wysycenie dźwięku i odpowiednią przypisanych dla tych konstrukcji plastykę przekazu. Natomiast jedynym najmniej przekonującym mnie tematem była wyczuwalna walka niezbyt dużych w stosunku do moich przetworników basowych z niskimi rejestrami. Nie było buły, czy mogących zepsuć przyjemność słuchania ograniczeń, ale z autopsji wiem, że w tym aspekcie można znacznie więcej. Jednak mimo to, pokaz ten uważam za bardzo udany.

TOTAL DAC, HOLTON PRECISION AUDIO, SOULSONIC, TELLURIUM Q – Spoglądając na ledwo mieszczące się w wielkim pomieszczeniu konferencyjnym kolumny już wiem, jak mający kompleksy na punkcie wzrostu audiofile leczą te przypadłości. Śmieszne? Zapewniam, że nie bardzo. Ale jedno na usprawiedliwienie takich monstrualnych kolumn mogę powiedzieć – grało zjawiskowo, czyli pełnym koncertowego rozmachu brzmieniem. I gdy tak muszę przyznać się, że po trosze pławiłem się w tym przekazie i spoglądałem na przytłaczającą mnie kubaturę pomieszczenia, doszedłem do wyjaśniającego powstanie źródeł plikowych wniosku. Jakiego? Przecież to oczywiste. Spojrzyjcie na oddaloną od miejsca odsłuchowego elektronikę, a i tak za nią jest jeszcze z pięć metrów wolnego miejsca. Widzicie? Jeśli tak, to teraz umieśćcie oczami wyobraźni zestaw audio pod sama ścianą i zastanówcie się, ile kilometrów trzeba by zrobić, aby posłuchać sobie trzech płyt winylowych. Ogarnęło Was przerażenie, bo mnie owszem. Dlatego też lojalnie oświadczam, nigdy więcej nie powiem słowa „nigdy”, gdyż chadzający swoimi drogami los może kiedyś takim salonem mnie obdarzyć, a wtedy bez plików ani rusz. Oczywiście żartuję, ale tylko dla rozluźnienia udzielającego się nie tylko dystrybutorom, ale również gościom napięcia wystawowego.

VIVA AUDIO – Kolejna sala gigant i kolejna próba wykorzystania jej potencjału. Niestety, może i dźwięk wypełniał całą przestrzeń sali konferencyjnej, ale zazwyczaj niewielki sweet spot w tym przypadku osiągał rozmiar sceny Teatru Wielkiego w Warszawie. Z jednej strony przeżycie soniczne było fajne, ale z drugiej miało się ono nijak do codziennego życia szukającego idealnego dźwięku audiofila, gdyż takiej baterii zespołów głośnikowych, w których skład wchodziły cztery moduły basowe i dwie wielkie kolumny tubowe poczciwy miłośnik muzyki nie zmieściłby nawet stojących gęsiego od drzwi wejściowych przez korytarz na balkon skończywszy. Ale szacun za prezentację wykonywanej przez piosenkarkę bałkańskiej wokalizy. Nie zanotowałem ani krzty szkodliwego powiększenia artystki, co przy takim rozstawieniu od ściany do ściany jest pewnego rodzaju wyczynem, który potrafią ziścić tylko najlepsi.

PPFFF, EERA, GRANDINOTE, ABSOLUTE CREATIONS – Po raz kolejny tak zwane parawany. Tego starcia z materią pokoju nie mogę zaliczyć do udanych. W porównaniu z dotychczas opisywanymi pokazami wystawa przeniosła się do maleńkich pokoików i zaczęły się przyziemne problemy typu: żyjący swoim życiem bas i spowodowana zbyt bliskim siedzeniem od kolumn ekspozycja sybilantów. Ale jak to zwykle bywa każda prezentacja potrafi pozytywnie zaskoczyć, co w tym przypadku uczyniła wielka orkiestra. Jej rozmiar i czytelność przy unikaniu grających dużym pudłem instrumentów pokazała, jak oddać ducha wielkiej koncertowej sali w małej klitce.

CUBE AUDIO, TEKTRON – Nie wiem, czy to pełną gębą High End, ale zestaw grał wielkim dźwiękiem z mocnym, unikającym buczenia basem, a całość zjawiskowej prezentacji dopinały mające wiele do powiedzenia w sferze budowania świetnej głębi wirtualnej sceny koncentryczne głośniki w kolumnach. Da się? Da. Koniec kropka.

BAYZ AUDIO – Jak Wam się ten nieco wyzywający design? Jest akceptowalny? Tak, a dla Waszych żon? Ok., to w tym momencie nieistotne, ale jednio mogę o tej prezentacji powiedzieć. Gdy wszedłem do pokoju, nie spodziewałem się niczego specjalnego. Ot szukająca swojej niszy marka stawiająca na kontrowersyjny wygląd, a tymczasem wyglądający na swoistą zemstę hydraulika system dał mi solidny pakiet informacji o stroiku saksofonu z jego ciekawą manierą grania drewnem. A przecież to grające ku sobie dwa przetworniki w przypominającej stadion piłkarski kształtce z włókna węglowego. Niemożliwe? Ja do momentu głębszego przyjrzenia się prezentacji tez tak myślałem.

FYNE AUDIO – Niby wpuszczona w pionowo ustawioną kształtkę o przekroju lutni pozioma rura, ale zastosowany koncentryczny głośnik umie radzić sobie nawet w tak wydawałoby się niezbyt ciekawych warunkach. A jeśli nadal coś w zastanym pomieszczeniu nie iskrzy, do ostatecznej kalibracji dostajecie stosowne pokrętła. Efekt? Widzicie, jak stał opisywany system, a muzyka nie nosiła znamion ograniczenia, tylko umiejętnie czarowała słuchacza.

I tym optymistycznym akcentem zakończę przybliżanie Wam moich spostrzeżeń z zorganizowanej w Hotelu Marriott wystawy Hifideluxe. Jeśli spojrzycie na zamieszczone gdzieś w necie informacje, okaże się, że w mojej relacji kilku wystawców nie miało okazji wystąpić. Przyczyny są prozaiczne. Albo spaliliśmy dwa podejścia (raz system był dopiero ustawiany, a innym razem z powodu wywiadu nie zostaliśmy wpuszczeni), tudzież nawiedzający falami tłum tak szczelnie wypełniał pokój, że nie było szans na dobre zdjęcia, lub najnormalniej w świecie czasem rezygnowaliśmy z wejścia do pokoju za sprawą panującego w nim zaduchu. Jednak patrząc na całość tekstu z perspektywy najciekawszych pokazów chyba udało mi się w miarę dobrze oddać ducha tej zdecydowanie mniejszej imprezy. Jak wynika z tekstu, kto się przyłożył, nawet w klitce dla przysłowiowego chomika potrafił zestroić coś ciekawego. Może nie mającego szans na równą walkę z topowym systemem MBL-a, ale z pewnością z bardzo przyjemnym, a co ważne bardziej przystępnym w realizacji dla zwykłego zjadacza chleba końcowym efektem sonicznym. Czy pojawimy się tam w przyszłym roku. A jakże. Przecież po to lecimy przez pół Europy, żeby dając odetchnąć Wam od setek testów pojedynczych urządzeń, przybliżyć zaproponowane przez wystawców czasem karkołomne, a jak się uda, sprawiające wiele radości zestawienia. Powiem tak, jeszcze jestem zmęczony, a już zaczynam odliczać dni do następnego wylotu. Mam nadzieję, że Wy również.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Hifideluxe 2018 cz.1

Uczciwie przyznam, że czekając na busa mającego dowieźć mnie na hifideluxe i rozmawiając z innymi mającymi podobny cel audio-zapaleńcami doszliśmy do dość niepokojących wniosków, iż wybieramy się tam nie mając absolutnie żadnych oczekiwań. Po prostu częścią z nas kierowała zwykła ludzka ciekawość, a pozostali uznali, że tradycji musi stać się za dość, więc decyzję o chwilowym opuszczeniu MOCa podjęli głównie z przyzwyczajenia. Ot taka dłuższa przerwa od wystawowego harmidru i okazja na spotkanie z markami, którym bądź to nie udało się załapać na High End, bądź mając swoją ściśle określoną klientelę cenią sobie spokój i kameralne położenie hotelu Marriott.

W ramach swoistego wprowadzenia w temat i zarazem przypomnienia odwiedzającym złote czasy Hi-Fi pierwsza ekspozycja witała przybyłych już od progu, czyli u zwieńczenia schodów prowadzących do największych konferencyjno-balowych sal.

I tutaj kolejne, nomen omen bardzo miłe zaskoczenie, gdyż pierwszy pokój jaki odwiedziliśmy zajmowali nasi południowi sąsiedzi ze Słowacji prezentując nie tylko obecne u nas na testach stoliki Neo, lecz przede wszystkim zjawiskowo i wręcz lubieżnie seksowne kolumny Stark Audio Jane inspirowane przeuroczą i oczywiście obecną na wystawie małżonką producenta. Abstrahując od wiece atrakcyjnych walorów wizualnych (oczywiście kolumn, a nie muzy artysty) kolumny w tzw. okamgnieniu zauroczyły nas witalnością, rozdzielczością, dynamiką i muzykalnością, co biorąc pod uwagę ich niewielkie gabaryty i jeszcze akceptowalną (20 000€) cenę należy uznać za wielce godne pochwały. Oczywiście zdaję sobie doskonale sprawę, że dla większości populacji homo sapiens próg 50 kPLN (o 80 kPLN nawet nie wspominając) wydaje się nieprzekraczalny, ale słowackie piękności miały w sobie coś, co nie pozwalało oderwać od nich ani oczu ani uszu. W dodatku bardzo miłe pogawędki z reprezentantami widocznych na zdjęciach marek sprawiały, że powoli zaczęliśmy tracić z Jackiem ochotę na dalsze przemierzanie hotelowych korytarzy. No bo niby po co, skoro w Starku gra świetnie, kwa smakuje wybornie a ze Słowakami rozmawia się jak ze swoimi jedynie od czasu do czasu przechodząc na angielski.

Całe szczęście poczucie obowiązku wzięło górę nad czystko hedonistycznym podejściem do życia i po niemalże godzinie radosnej paplaniny przeplatanej repertuarową żonglerką ruszyliśmy nasze ospałe cielska do sąsiedniej gali, gdzie co prawda niespodzianki nijakiej nie było, ale sam poziom prezentacji i jakość prezentowanego dźwięku od lat utrzymuje się na tym samym, bardzo wysokim poziomie. Mowa oczywiście o systemie FM Acoustics i niezmordowanym Panu Manuel Huberze, który z zadziwiającym, nieposkromionym entuzjazmem opowiadał o każdym, lądującym na talerzu jednego z dwóch używanych podczas naszej bytności gramofonów krążku. Co prawda pierwsze nagranie na jakie się załapaliśmy było niemalże bootlegową koncertówką Joe Cockera i trudno było rozpływać się w tym przypadku nad jej walorami natury audiofilskiej, lecz już każda kolejna, nieco pieczołowiciej zarejestrowana produkcja jedynie potwierdzała potencjał złocistego, szwajcarskiego seta.

Z królestwa winylu i ociekającego złotem dostojeństwa za jak dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosimy się do mainstreamu XXI w, czyli konstrukcji aktywnych, na wskroś nowoczesnych i do pełni szczęścia potrzebujących jedynie źródła. Wyposażony w udogodnienia typu DSP i zgrabny kontroler system Kii THREE BXT oferował piekielnie szybki, dynamiczny a zarazem nieprzerysowany spektakl w niemalże całkowicie pozbawionej jakichkolwiek adaptacji akustycznych sali.

Kolejna prezentacja i kolejny współczesny akcent, czyli bratobójczy pojedynek dwóch ultra gęstych formatów – SACD i Blu-ray Pure Audio, z którego ten pierwszy nie tylko już po pierwszej rundzie padł na deski, co musiał być z nich ścierany przy pomocy wiadra i dobrze namoczonego mopa. System JMF Audio na oko wyglądał dokładnie tak samo jak w zeszłym roku, więc nie będę się powtarzał i jedynie dodam, iż pomimo dość przytłaczających gabarytów kolumn całość brzmiała w sposób nad wyraz naturalny i nieprzesadzony. A jeśli chodzi o różnice pomiędzy oboma formatami, to SACD nie było w stanie dorównać BR pod żadnym względem i to począwszy od rozdzielczości i trójwymiarowości generowanej sceny, poprzez ogniskowanie źródeł pozornych na słodyczy i nasyceniu skończywszy. Co ciekawe prezentacja prowadzona była na dyskach nagranych z tego samego mastera, więc o tzw. „drukowaniu meczu” nie było mowy.

Desis Audio, czyli kolejne, dość niekonwencjonalne konstrukcje open baffle spięte z legendarną amplifikacją Kondo i … nie wiem co było powodem, ale w porównaniu z tym, czego słuchałem dosłownie przed chwilą, całość wypadła płasko i bez wyrazu a przebywanie w tym pomieszczeniu dłużej niż kwadrans nie wydawało się konieczne.

Za to w Jadisie, w przeciwieństwie do zeszłorocznego potknięcia wszystko było na swoim miejscu i w dodatku dawało wyjaśnienie mojego niedosytu A.D. 2017. Wiecie Państwo o co chodzi? Oczywiście o odpowiednia dbałość o amplifikację, gdyż podwojenie zespołu wzmacniającego z dwóch do czterech końcówek sprawiło, że dwuipółdrożne kolumny Audioplan Konzert III potrzebują nieco więcej watów aniżeli się początkowo wydawało.

I kolejny dowód na to, żeby nigdy nie mówić nigdy. Otóż odkąd pamiętam Acapelle były rokrocznie wciskane do pomieszczenia mogącego służyć co najwyżej za studencką kawalerkę w centrum miasta o tyle tym razem dystrybutor postarał się o odpowiedni metraż i wreszcie można było posłuchać tych uroczych tub (Campanille 2) w adekwatnych ich klasie warunkach.

Włoska Omega, czyli pokój do którego zagląda się z podobnymi emocjami, co do naszej rodzimej Zety Zero. Niepodrabialny design, atmosfera przypominająca bardziej jakieś tajemne pogańskie obrządki i trudny do przewidzenia efekt brzmieniowy. Całe szczęście tym razem system w składzie – THE STREAM CD, DNA MONO monobloki, okablowanie z serii THE ELEMENT i kolumny BOTTICELLI nie rozczarowywały i jedynie kręcący w nozdrzach aromat łupanego tuż za plecami słuchaczy sera sprawiał, iż nie posiedzieliśmy dłużej.

A teraz wyjątek potwierdzający wystawową regułę mówiącą, że to właśnie winyl zasługuje na miano pełnokrwistego referencyjnego źródła. Traf bowiem chciał, iż to właśnie w pokoju sygnowanym przez Kroma Audio niewątpliwie zasługujący na uznanie TechDAS Air Force Three uzbrojony w ramię S.A.T-a i wkładkę Top Wing Suzaku (Red Sparrow) jak niepyszny musiał uznać wyższość dzielonej „Zerówki” C.E.C.-a.

O ile podczas minionego Audio Video Show budzące respekt kolumny Soulsonic Hologramm-X wydawały się najdelikatniej rzecz mówiąc na styk do stadionowej loży o tyle w przestronnych wnętrzach Marriotta bez najmniejszego problemu miały gdzie złapać oddech, tym bardziej, że ustawiono je w połowie długości udostępnionego przez organizatorów lokum, więc wgląd w kreowaną przez nie scenę mógł zbić z tropu niejednego starego wyjadacza.

Kolejny zawodnik wagi ciężkiej, czyli włoska Viva Audio bezczelnie puszczała oko ku posiadaczom przeogromnych loftów i domów przypominających hangar zdolny zmieścić DC-10.O ile jednak design nieco przytłaczał, to już brzmienie nie wydawało się aż tak kontrowersyjne, choć prowadzona z plików, zamiast bezczynie stojących nieopodal gramofonów wywoływał nasze nieukrywane zdziwienie.

Rezygnacja z przestronnych balowo-konferencyjnych sal na rzecz zupełnie cywilnych i przywodzących na myśl doskonale nam znane „klitki” z Sobieskiego („życzliwym” pragnę wyjaśnić iż chodzi o hotel przy Pl. Zawiszy a nie izolatki warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii) wymusiła zauważalną zmianę rozmiarówki prezentowanych systemów. Jako dowód niech posłuży zestaw złożony z elektroniki Eery, Grandinote i kolumn Ppfff Pandora. Uczciwie trzeba przyznać, że Francuzom fantazji nie brakuje i nazwanie własnego przedsiębiorstwa onomatopeją uwalniania bąbelków podczas spożywania wybornego Champagne przez otwór paszczowy wymaga niezłego poczucia humoru a jeśli dodamy do tego zakładam, że dość mało akceptowalną w okolicach Torunia i dość nijakiej willi na Żoliborzu, kampanię reklamową z modelkami przebranymi za zakonnice, to w Polsce na oficjalnego dystrybutora przyjdzie nam pewnie jeszcze chwilę (oby tylko do kolejnych wyborów) poczekać. Jeśli zaś chodzi o dźwięk, to 2/3 reprodukowanego pasma było jak najbardziej OK., lecz każdorazowe pojawienie się najniższych składowych powodowało zauważalne problemy ze wzbudzaniem się pokoju i oczywiście ich kontrolą.

Dość niespodziewana niespodzianka, czyli spotkanie z cyklu „nasi tu byli” – poznański Cube Audio w kooperacji z włoskimi lampowcami Tektron. To danie dla wiedzących, czego się chce miłośników oldschoolowego brzmienia i adekwatnego mu designu.

No i chyba najbardziej kuriozalne, jeśli chodzi o typowo „hydrauliczny” wygląd zespoły głośnikowe – Bayz Audio Curante. O dziwo ich brzmienie było całkowicie konwencjonalne, lecz wspomniany design wykluczał ich zakup przez 99,99% populacji homo sapiens.

Honor grupy zwolenników alternatywnego  poprawiania doskonałości ratował Rohm Semiconductors z dumą prezentując na forum publicum wpiętą w „mały” zestaw MBL-a kompletnie gołą płytkę własnego autorstwa.

Na deser zostawiłem dość ciekawe połączenie brytyjskiego mainstreamu, czyli topową elektronikę Regi z również okupujących szczyt oferty kolumn F1-10, mającej podobno … 200 lat doświadczenia manufaktury Fyne Audio. Zapominając choć na chwile o dość wybujałym ego ludzi za ww. produktem stojących same kolumny prezentowały dojrzałe i muzykalne brzmienie niepozbawione tak dynamiki, jak i rozdzielczości. Ot idealne miejsce na to by usiąść i wreszcie ochłonąć słuchając dobiegającej naszych uszu muzyki dla najzwyklejszej przyjemności.

W zeszłym roku kolejną edycję Hifideluxe widziałem dość niewyraźnie. Całe szczęście najwidoczniej koniunktura się zmieniła i branża zaczyna łapać drugi oddech. W związku z powyższym nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Państwa na kolejną porcję zdjęć i krótkich opisów nad którymi w pocie czoła pracuje Jacek, a sam zabieram się za danie główne, czyli podróżniczą epopeję z MOC-a.

Marcin Olszewski

cdn. …