Opinia 1
Niejako dla równowagi i zarazem nieco przewrotnie, po relacjonowanej przez nas wcześniejszej, poświęconej wyłącznie źródłom cyfrowym, odsłonie wrocławskiego Audiofila przyszła pora na swoisty kontrapunkt i spotkanie ortodoksyjnie analogowe. W dodatku analogowe do tego stopnia, iż w torze zabrakło miejsca na nawet stanowiący swoisty plan awaryjny nawet najmniejszy i najbardziej symboliczny odtwarzacz CD, lub streamer. Krótko mówiąc przez dwa ostatnie dni, w Sali konferencyjnej Hotelu Qubus przy ul. Św. Marii Magdaleny 2, niepodzielnie królował winyl i to winyl w najlepszym wydaniu. Bowiem ostatnie w tym roku, weekendowe spotkanie, było zarazem inauguracją dystrybucji produktów Pear Audio przez Art&Voice, jak i oficjalną polską premierą najnowszych … hybrydowych monobloków Thöress Puristic Audio Apparatus. W dodatku Audiofila swą obecnością uświetnili goście, czyli Peter Mezek z Małżonką (Pear Audio) i Reinhard Thöress ( w tym przypadku podawanie nazwy marki wydaje się zbyteczne).
Chcąc na spokojnie zrobić zdjęcia we Wrocławiu pojawiliśmy się z ponad godzinnym wyprzedzeniem, więc nie dość, że nie musieliśmy lecieć na ostatnią chwilę, to jeszcze zdążyliśmy spokojnie sobie z przybyłymi gośćmi porozmawiać a Reinhard załapał się nawet na małą sesję fotograficzną, przy której wszystkim trudno było zachować choć odrobine powagi. No dobrze, żarty na bok – w końcu zaczęli pojawiać się pierwsi słuchacze.
Jak to zwykle w ramach działań zapoznawczo – wprowadzających bywa, obaj panowie, po kilkunastominutowej rozgrzewce muzycznej, z niezwykłą swadą i na totalnym luzie opowiadali o swoich, prezentowanych podczas pokazu produktach. Z rzeczy najistotniejszych gramofony Pear Audio to efekt długoletnich poprawek i rozwoju konstrukcji spod znaku Rational Audio TT, Well Tempered i Nottingham Analogue a tym, co Peter Mezek podkreślał wielokrotnie w jego gramofonach główną ideą jest to, by doprowadzić do sytuacji, jakby silnika wcale nie było. Zaskakujące? Pozornie tak, lecz na dłuższą metę całkiem logiczne, gdyż im mocniejszy silnik w gramofonie zastosujemy, tym w większości przypadków będzie on głośniejszy a tym samym będzie bardziej degradował brzmienie finalne danego gramofonu. W dodatku, pomimo dość ekskluzywnej – manufakturowej wręcz produkcji gramofony Pear Audio dostarczane są ich nabywcom w stanie umożliwiającym uruchomienie dosłownie w kilkanaście minut od wniesienia kartonu do domu. Z jednej strony mamy zatem kontakt z mało-seryjną produkcją dostępną jedynie w specjalistycznych salonach, audio a z drugiej prostotę i przyjazność obsługi na poziomie mainstreamowej masówki. W dodatku ceny wcale nie przyprawiają o zawrót głowy, gdyż najprostszy prezentowany we Wrocławiu gramiaczek z firmowym ramieniem wyposażonym we wkładkę Grado Black, to całkiem akceptowalne 12 000 PLN.
Natomiast Reinhard Thöress uchylił rąbka tajemnicy opowiadając o swoich najnowszych a zarazem najmocniejszych (35-40 W/Ω)w historii prowadzonej przez Niego firmy monoblokach EHT (EHT = Eintakt Hybrid Triode), w których para triod współpracuje z pojedynczym J-Fetem w stopniu wyjściowym. Nie zabrakło również ustrojów akustycznych Acoustic Manufacture, które nad wyraz tonizująco wpływały na dość surową akustykę hotelowej sali.
Oczywiście kwestia materiału muzycznego, przynajmniej do przerwy obiadowej, pozostawała pod kontrolą sprawującego pieczę nad przebiegiem odsłuchów Piotra Guzka, choć od czasu do czasu również i Krzysztof Owczarek, jako gospodarz i sprawca całego zamieszania, podrzucał na talerz topowego Kid Thomasa uzbrojonego w fenomenalną wkładkę Murasakino Sumile MC swoje propozycje, wśród których pojawiał się m.in. „Midnight Sugar” Tsuyoshi Yamamoto Trio. Oczywiście prezentowany repertuar nie opierał się li tylko na samych jazzach, gdyż było też miejsce na praktycznie cały przekrój estetyk wykonawczych począwszy od klasycznych orkiestracji Modesta Musorgskiego po „13” – kę Black Sabbath.
Jeśli natomiast chodzi o brzmienie tytułowego systemu, to … o ile mnie jeszcze pamięć nie zawodzi i poczynione w zeszłorocznej relacji wynurzenia nie prowadzą na manowce, to tym razem było bardzo podobnie pod względem namacalności dźwięku i barwy a zarazem całość została zaprezentowana z zauważalnie wyższą dynamiką, rozmachem i … precyzją. Jak się bowiem okazało w porównaniu do 20 W monobloków SET 845 niemalże dwukrotny przyrost mocy i pojawienie się w stopniu wyjściowym tranzystora sprawiły iż rockowe kawałki robiły krok, bądź nawet dwa, w kierunku brzmienia live, gdzie dźwięk nie tylko słychać, ale i czuć całym ciałem. Co ciekawe do takiej intensywności doznań wcale nie trzeba było nawet zbliżać się do dawek decybeli godnych startującego odrzutowca, gdyż bezpośredniość i niezwykła „szybkość” wysoko skutecznych kolumn 2CD12 MKII zapewniała ww. efekty już przy zaskakująco akceptowalnych poziomach głośności.
Serdecznie dziękując za zaproszenie, ekipie ART&VOICE mówimy do zobaczenia, gdyż już za trzy tygodnie powinniśmy mieć okazję się zobaczyć na zbliżającym się wielkimi krokami Audio Video Show.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Cóż, odbywające się w dniach 27-28.10.2018r we Wrocławiu spotkanie było już ostatnim tegorocznym, a na podstawie rozmów z organizatorem tego przedsięwzięcia, z wielu mniej i bardziej merytorycznych powodów, ostatnim w ogóle mitingiem muzycznym zakręconych na punkcie dobrej jakości dźwięku melomanów z cyklu „Audiofil”, które mam przyjemność nieco Wam przybliżyć. Czym tym razem ugościł na Piotr Guzek i jego wrocławski gość – salon audio „ART&VOICE”? Bardzo ogólnie mówiąc pod pewnymi względami była to bardzo przyjemna w odbiorze, tym razem delikatnie zmodyfikowana powtórka z rozrywki. O co chodzi? Otóż głównym daniem był kompletny niemiecki system Thöress Puristic Audio Apparatus, jednak drobną różnicą w stosunku do roku poprzedniego okazały się być najnowsze hybrydowe końcówki mocy Eintakt i wspomagający niemiecką myśl techniczną gramofon wkraczającej na nasz rynek słoweńskiej marki Pear Audio. Całość sprzętu okablowano dobrze znaną wszystkim muzycznym maniakom konfekcją spod znaku Comback Corporation: Harmonix, Hijiri. Ale wbrew pozorom prawdziwą wisienką na torcie tej odsłony „Audiofila” nie był sprzęt, tylko goście, czyli właściciele prezentowanych marek: Pan Peter Mezek z małżonką i Reinhard Thöress.
Aby zrozumieć, dlaczego we wstępniaku padło twierdzenie o ponownie owocnym w pozytywne doznania pokazie, musicie wrócić pamięcią do zeszłorocznej relacji, w której na bazie zestawu opartego o wysoko skuteczne kolumny i lampowe wzmacniacze małej mocy główną wartością według mojej opinii była ogólna swoboda grania, a przez to natchniona przyjemnym powiewem realizmu prezentacja muzyki. Jak się domyślacie, podobnie było i tym razem. Jednak słowo „podobnie” jest bardzo znamiennym w skutkach, gdyż konstruktor elektroniki Reinhard Thöress pchnięty w stronę spełnienia oczekiwań melomanów w kwestii bardziej uniwersalnych, czyli znacznie mocniejszych wzmacniaczy. najpierw zaprojektował, potem wpisał w swoje portfolio i właśnie we Wrocławiu, w widniejącym na fotografiach zestawie, z powodzeniem zaprezentował słuchaczom swoje najnowsze dziecko w postaci monofonicznych końcówek mocy. Jaki był efekt takiej konfiguracji? Naturalnie idący z duchem poprzedniego pokazu jakim jest estetyka dobrej lampy, ale gdy przywołuję z pamięci zeszłoroczną imprezę, w stosunku do dzisiaj opisywanej, tamta wydawała mi się obdarzona większą witalnością. Owszem, wówczas zdarzało się, że przekaz okupiony był minimalnie mniejszą precyzją ogniskowania źródeł pozornych, ale za to całość umiejętnym unikaniem nachalnego rysowania świata muzyki wszelkie ewentualne problemy nadrabiała niepohamowaną ochotą do oddania jego ducha. Żeby było jasne, nie wartościuję obydwu ofert sonicznych z jakiejkolwiek złośliwości, tylko pokazuję palcem, gdzie tkwią teoretycznie delikatne, ale z autopsji wiem, iż często bardzo determinujące ostateczną decyzję zakupu, różnice dźwięku w ramach jednego producenta. To zaś pokazuje, że jeśli tylko odpowiada Wam ciekawa aplikacja szklanych baniek z głośnikiem typu horn w kolumnach w roli głównej, za sprawą kilku propozycji wzmocnienia Reinharda Thöressa powinniście znaleźć w jego ofercie idealnie skrojone dla siebie finalne rozwiązanie sprzętowe. Ale jak wynika z akapitu rozbiegowego, ostatni tegoroczny wrocławski „Audiofil” miał jeszcze jednego bohatera w postaci nowej marki Pear Audio, która na tle szalejących na rynku audio cen o dziwo oferuje bardzo przystępne cenowo gramofony. Może zdjęcia tego nie oddają, ale uwierzcie mi na słowo, to są małe dzieła sztuki. Co ciekawe, będące jedynie ekspozycją tańsze drapaki za sprawą ciekawego wykończenia plint cieszyły się większym zainteresowaniem słuchaczy niż będący źródłem dla całego zestawu flagowiec. Naturalnie mówię o kwestii zastosowanych oklein, a nie o umiejętnościach generowania dźwięku. Ale co jest ważne, niezaprzeczalną zaletą tych tańszych jest łatwość upgrade’u w momencie dojrzenia tematu do przejścia o oczko wyżej w hierarchii jakości fonii, co potencjalnemu zainteresowanemu pozwala uniknąć zbędnych kosztów odsprzedaży mniej rozbudowanego modelu.
Puentując tę relację chciałbym podziękować organizatorowi Piotrowi Guzkowi, salonowi audio Art&Voice i ich gościom, czyli właścicielom będących zarzewiem tej prezentacji marek Thöress i Pear Audio: Reinhardem Thöressem i Peterem Mezekiem za zaproszenie imprezę, garść technicznych informacji na temat prezentowanych produktów, a także miłą atmosferę spotkania. To był bardzo przyjemnie spędzony czas, który po raz kolejny zasiał w moim duchu ziarno pragnienia zmierzenia się z tego typu zestawem (mała moc wzmacniacza i wysoko skuteczne kolumny) na własnym podwórku. Ale nie jedynie w celach testowych, tylko o zgrozo przymiarki postawienia drugiego, całkowicie przeciwstawnego obecnie posiadanemu systemowi seta audio. Nie wiem, co z tego wyjdzie i jak się to skończy, ale jedno wiem na pewno, nie będzie to czas stracony.
Jacek Pazio
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że po tych kilku, obfitujących w nieoczekiwane zwroty akcji, latach zabawy w opiniowanie komponentów audio, już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Niestety (w dobrym tego słowa znaczeniu), jak to w życiu bywa, nagle zadając kłam takiemu myśleniu okazało się, iż z tzw. „znienacka” zostanę zobligowany do zderzenia się z czymś, co własnymi rękami zmontowałem. Tak, tak zmontowałem, a nie wyprodukowałem, gdyż niezbędne do złożenia w jedną całość półprodukty dostarczyła mi, podczas eventu zorganizowanego z okazji swojego czterdziestolecia istnienia na wymagającym rynku zaawansowanego audio, marka Clearaudio. Zaskoczeni? Przyznam szczerze, że ja również, gdyż owszem, w planie rocznicowych atrakcji jak wół stał podpunkt zatytułowany “własnoręczne składanie gramofonów” , ale nikt z nas, czyli licznie przybyłych z całego świata do Erlangen gości, nie sądzili, że jest to możliwe. Mało tego, to był jeden z poprawiających humory, wzięty z kosmosu nierealny pomysł, gdy tymczasem w sobotnie popołudnie ni stąd ni zowąd po smacznym lunchu grupa pracowników Clearaudio ustawiła przed nami stertę zawierających gramofonowe puzzle kartonów. Jak to wyglądało od podszewki, możecie znaleźć w mojej relacji z tego jubileuszowego wydarzenia, tymczasem zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z kilkoma akapitami o własnoręcznie złożonej w jedną całość materii zwanego gramofonem.
Naturalnie moją trochę nieudolną, bo wykonywaną w pośpiechu kalibrację całości w późniejszym okresie przed wysyłką do Polski weryfikowali już zajmujący się tym na co dzień fachowcy, dlatego też po wypakowaniu prezentu z kartonu pozostało mi jedynie ustawienie punktu zapalnego dzisiejszego spotkania na stabilnym i wypoziomowanym stoliku. O czym mowa? Naturalnie o podstawowym modelu gramofonu Clearaudio Concept, który dla pokazania rozwojowych możliwości tego startowego werku najpierw opiniowałem z najprostszą wkładką MM, a potem ze stojącą znacznie wyżej w cenniku MC Essence. Wieńcząc ten akapit miło mi jest poinformować, iż mające dzisiaj swój finał przedsięwzięcie zostało zainicjowane przez stacjonującego w Warszawie dystrybutora – Sieć Salonów Top HiFi & Video Design.
Analiza dołączonych do tekstu zdjęć niesie ze sobą same dobre informacje. Dlaczego? Już wyjaśniam. Mamy do czynienia z bardzo prostą wizualnie, ale za to dość skomplikowaną technicznie konstrukcją. To zaś jak wiemy w naszej ciągłej walce z drugimi połówkami o wygląd urządzeń generujących dźwięk w momencie maksymalnego ukrycia ciekawostek technicznych pod piękną szatą bardzo mocno zbliża nas do uzyskania akceptacji kolejnego zakupu. O co z tym skomplikowaniem chodzi? Otóż plinta naszego Concept-a jest walczącym ze szkodliwymi rezonansami konstrukcji swoistym sandwichem, w którego skład wchodzą MDF, aluminium i tworzywo sztuczne, które dla spełnienia przyjaznego designu uformowano w kształt prostokąta z bardzo dobrze odbieranymi przez nasze zmysły przyswajania wizji zaokrąglonymi narożnikami. Na tak przygotowanej platformie spełniając założenia funkcjonalne producent umieścił kilka niezbędnych rzeczy jak: magnetycznie łożyskowane firmowe ramię, zagłębiony silnik prądu stałego, odbierający napęd z silnika za pomocą gumowego paska i będący zarazem będący siodłem dla głównego talerza z POM-u aluminiowy subplater, a także okrągłą gałkę jako włącznik z funkcją regulowania prędkości obrotowej (33, 45, 70 obr/min). Ale to nie koniec ważnych dla użytkownika informacji, gdyż w na tylnej części opisywanej konstrukcji znajdziemy istotne dla podłączenia zewnętrznego zasilacza wtyczkowego okrągłe gniazdo i trzy malutkie pokrętełka do ewentualnej korekcji poszczególnych zakresów obrotów talerza.
Jak sugerował akapit rozbiegowy, analiza umiejętności sonicznych tytułowego gramofonu odbyła się w dwóch bardzo cennych dla potencjalnego nabywcy etapach. Pierwsze podejście naturalną koleją rzeczy setupu startowego odbyło się z drapakiem MM. I wiecie co? Mimo, że na co dzień używam wkładki kilkukrotnie droższej od całego opisywanego dzisiaj analogowego konglomeratu, spektakl jaki udało się wykreować Conceptowi z przecież bardzo taniutkim, a przez to mocno uśredniającym w stosunku do topowych konstrukcji, przekaz kartridżem był bardzo ciekawy. Otrzymałem dobrze osadzone w środku pasma, z solidną podstawą basową i wspierającymi całość wysokimi tonami wydarzenie muzyczne. Co istotne, mimo wyraźnego ustanowienia punktu „G” zespołu analogowego na poziomie solidnej gęstości muzyki, wirtualna scena była przy tym bardzo czytelna i dobrze rozbudowana w wektorach szerokości i głębokości. Jeśli miałbym w skrócie opisać to podejście do tematu, bez najmniejszego drukowania meczu stwierdzam, że prezentowane realia pod względem oddania prawdy zawsze były ostoją spokoju i gładkości z pełną dbałością o punktowe zaznaczenia wirtualnych bytów. Co to oznacza? Spektakl nigdy nie epatował zapędzaniem się w nieosiągalne do siebie rejony typu nader wyraźne zaznaczanie skrajów pasma akustycznego, tylko na pierwszym miejscu dbał o najważniejszą dla naszych ośrodków przyswajania fonii zjawiskową średnicę. To był cel nadrzędny nie dlatego, że konstruktor nie potrafił zadbać o nic więcej, tylko na tyle pozwalała zawieszona na ramieniu najprostsza firmowa MM-ka. Ale co ważne, jak wspomniałem, całość realizując wykreowane na desce kreślarskiej założenia soniczne od dołu wspierały go, kiedy wymagał tego materiał, masywne niskie tony, a na szczycie delikatnie stonowane, jednak nie przykryte kocem, tylko umiejętnie nierozjaśniające średnicy, a przez mniej wyraziste, wysokie rejestry. Ale zaznaczam, to nie jest świat z wyczuwalnym brakiem oddechu, tylko dzięki odpowiedzialności konstruktora pokazujący najważniejsze aspekty dobiegającej do naszych ośrodków zarządzania ciałem muzy. Tak było w przypadku duetu Ralpha Townera i Garego Burtona „Matchbook” , gdzie wydawałoby się bardzo wymagający od sprzętu audio wibrafon, mimo unikania przez wkładkę sztucznego doświetlania górnego zakresu z łatwością zaprezentował się w estetyce soczystości i pełnej dźwięczności. Podobnie do poprzedniego duetu wypadła kompilacja Branforda Marsalisa „Royal Garden Blues”. To teoretycznie lekki jazz-ik, ale gdyby nie umiejętności niemieckiego gramofonu w radzeniu sobie z oddaniem czytelności wirtualnej sceny muzycznej, a co za tym idzie dobrej separacji znajdujących się na niej poszczególnych muzyków, dostałbym jedną, pozbawioną podziału na sekwencję każdego z artystów, ciężkostrawną na dłuższą metą papkę. Tymczasem konstrukcja Cleraudio zaprosiła mnie na może nie wyczynową, ale pełną ciekawych fraz muzycznych ucztę dla skołatanej trudami dnia codziennego duszy melomana.
Sprawy przybrały zdecydowanie rumieńców (ale nie jest to twierdzenie, że wcześniej było źle, tylko adekwatnie do możliwości), gdy na ramieniu Concept-a zwiesiłem przywołaną na początku, stojącą zdecydowanie wyżej w cenniku, a co za tym idzie bardziej wyrafinowaną wkładkę, MC Essence. Co takiego się wydarzyło? Otóż po tej zmianie, w stosunku do poprzedniej konfiguracji, zestaw mówiąc kolokwialnie i w dobrym tego słowa znaczeniu odleciał do gwiazd. Naturalnie również na miarę swoich, możliwości. Ale to był drastycznie inny, zdecydowanie bardziej nasączony zapisanymi w rowkach czarnej płyty alikwotami przekaz. Nagle zwiększyła się swoboda prezentacji, całość dostała oddechu i solidny pakiet mikroinformacji dotyczący konturowości dźwięków w dole i światła na górze pasma. Jednak co ciekawe, nadal obracałem się w świecie gładkości i soczystości, tylko z wyraźniejszym dopieszczeniem wielu muzycznych niuansów. Do weryfikacji zmian oczywiście posłużyłem się poprzednimi czarnymi plackami. I z przyjemnością stwierdzam, iż w brzmieniu wibrafonu wyraźnie słychać było fazę ataku pałką w klepki, potem napawałem się jego soczystością, a na koniec długotrwałością wybrzmiewania z przepięknym falowaniem w eterze każdej nuty. Ale nie tylko wibrafon na tym zyskał, ale również będąca atrybutem drugiego muzyka tej płyty gitara. Gdy w pierwszej konfiguracji gitara była przyjemnie osadzona w prezentacji pudła rezonansowego, w drugiej dostała dodatkowy zastrzyk dźwięków z samych strun. Identyczną zmianę zaliczyłem w przypadku pana Marsalisa, czyli przy wcześniej fajnym, bo w domenie czytelności, ale jednak mocnej soczystości z lekkim uśrednieniem informacji, mitingu jazzowym, po zmianie muzyka przybrała postać profesora idealnie wskakującego na soniczne smaczki. Doszło do tego, że gdy podczas weryfikacji wkładki MM zarzuciłem pomysł słuchania muzyki elektronicznej, to MC, aż zachęcała do spróbowania tego nurtu, co w konsekwencji okazało się być nie tylko świetnym ruchem dla samej przyjemności słuchania, ale również podkreśleniem jej wysokich kwalifikacji. Przyznam szczerze, że aż takiego przyrostu jakości dźwięku się nie spodziewałem, ale miło jest zostać pozytywnie zaskoczonym.
Puentując to analogowe wydarzenie ze złożonym własnoręcznie gramofonem z całą odpowiedzialnością twierdzę, że mimo swoich startowych konotacji w cenniku marki jest to bardzo dobra oferta nie tylko dla początkujących melomanów. Dlaczego użyłem sformułowania „nie tylko”? Ponieważ ów produkt, poprzez zmianę rylca, pozwala nam na bezproblemowy upgrade. A zapewniam Was, to nie zawsze jest takie oczywiste. Do czego piję? Otóż trzeba jasno powiedzieć, iż delikatne w konstrukcji, a przy tym bardzo czułe na warunki pracy wkładki MC zbierają z werków dosłownie wszytko. I gdy na przykład napęd gramofonu będzie generował wysokie zakłócenia spowodowane wibracją konstrukcji lub silnik napędzający talerz siał będzie szkodliwym polem magnetycznym, taka, jak testowana, wkładka Essence bezlitośnie przemyci to do generowanego podczas odczytu rowków na płycie winylowej dźwięku. Bredzę? Otóż nie, gdyż kiedyś na własnej skórze przekonałem się, jak źle potrafi zagrać MC na słabo przygotowanym do wygaszania wibracji i z siejącym elektronami silnikiem napędzie. To była muzyka podszyta dudnieniem i brumieniem, a nie zjawiskowe granie. Co to był za producent? Nie będę tego wyciągał na wierzch, ale będąc w stosunku do Was w porządku nie mogłem tego nie przywołać, nad czym testowany gramofon Clearaudio Concept z wkładką MC Essence bezproblemowo przeszedł do porządku dziennego. Czy warto kupić to urządzenie? Naturalnie, że tak. Już w zestawie wyjętym z kartonu spokojnie Was zaczaruje. A gdy zapragniecie przeskoczyć nawet nie o oczko, tylko zdecydowanie wyżej, choćby na wkładkę w cenie całego opiniowanego gramofonu, jego konstrukcja zapewni jej niezbędny komfort pracy, co odwdzięczy się zadowoleniem z dźwięku przez długie lata. Niemożliwe? Bynajmniej, z tytułową niemiecką myślą techniczną jak najbardziej możliwe, za co ręczę własnym doświadczeniem. Wieńcząc tę przygodę na moje usta dość nachalnie ciśnie się pytanie: „Jeśli takie rzeczy potrafi początek oferty, to co dzieje się na szczycie?” Niestety nie wiem, czy do topu Clearaudio uda mi się w ogóle dobrać, ale biorąc pod uwagę obecny poziom jakościowy mojego seta, jeśli dojdzie do roszad w obecnie stacjonującym u mnie systemie analogowym, z racji unikania kosztownych w końcowym rozrachunku drobnych kroczków jak nie przebierając w słowach przysłowiowa gejsza jedynym celem będzie … dostojny Statement. Koniec kropka.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA