Opinia 1
Po blisko półrocznej przerwie i niejako podprogowo przypominając zainteresowanym, że tuż za rogiem czają się Mikołajki, wracamy do tematyki walki z wibracjami. W dodatku walki prowadzonej na tyle dyskretnymi i mało absorbującymi tak gabarytowo, jak i finansowo środkami, iż ich zakup z perspektywy obchodzonego 6 grudnia święta ku czci pewnego brodatego jegomościa wydaje się w pełni usprawiedliwiony. Zdajemy sobie bowiem doskonale sprawę, że o ile na mozolne kompletowanie upragnionego systemu z reguły ogólnie mówiąc domownicy (i tak wiadomo o kogo chodzi) potrafią przymykać oko, to już na dedykowane tymże stoliki, czy platformy zazwyczaj patrzą krzywo. Dlatego też proponujemy zdecydowanie mniej inwazyjną metodę małych kroków – przy użyciu stopek antywibracyjnych, w dodatku rodzimej produkcji – sygnowanych logiem Audio Stability – marki powstałej zaledwie rok temu. Wszystkich Państwa obawiających się typowego „jednostrzałowca” założonego przez sympatycznego, lecz stawiającego raczej na własne wizje a niekoniecznie „twardą” inżynierską wiedzę, pasjonata od razu uspokoję, że w tym wypadku mamy do czynienia z „bytem” będącym swoistą odskocznią od zdecydowanie bardziej, że się tak wyrażę, przyziemnej działalności, czyli od konstruowania, projektowania i badania mostów, oraz wiaduktów, jaką prowadzi twórca i pomysłodawca tematu dzisiejszego spotkania – stopek antywibracyjnych Audio Stability The ONE, Pan Grzegorz Łaba. Jeśli zatem ciekawi Państwa jakie rezultaty dało przejście ze skali makro do mikro nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do lektury naszych dywagacji.
Przechodząc do opisu wrażeń organoleptycznych i niuansów natury technicznej uczciwie trzeba przyznać, że jak na debiutanta pan Grzegorz Łaba sumiennie odrobił pracę domową i wychodząc z nomen omen słusznego założenia, że „pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz” zadbał niemalże o wszystkie detale. Niemalże, gdyż dziwnym zbiegiem okoliczności od połowy sierpnia, czyli od chwili gdy tytułowe stopki do nas dotarły do chwili obecnej firmowa strona internetowa, czyli bądź co bądź oczywista wizytówka znajduje się w permanentnym przygotowaniu. Co prawda możemy uznać, że przedmiot niniejszej recenzji obroni się sam, jednak warto mieć na u wadze, iż jesteśmy na finiszu drugiej dekady XXI w a poczciwy papier jest coraz bardziej wypierany przez cyfrowy a tym samym powszechny content. Całe szczęście jest regularnie aktualizowany profil na Facebooku a już sam dostarczony do recenzji produkt nijakich objawów chorób wieku dziecięcego nie wykazuje. Stopki antywibracyjne The ONE standardowo w liczbie trzech (istnieje możliwość zamówienia zestawu czterech sztuk) dostarczane są w eleganckim, wyściełanym sztywną, dopasowaną do kształtu „wsadu” pianką, czarnym pudełku. Każda stopka ma własną komorę, więc nawet podczas trudów podróży nic złego nie powinno im się przydarzyć, choć znana nam (również z autopsji) nad wyraz destrukcyjna inwencja firm spedycyjnych może stanąć powyższej tezie na drodze. Zostawmy jednak kwestie logistyczne za sobą i przyjrzyjmy się samym nóżkom, bowiem już na pierwszy rzut oka widać ich podobieństwo do testowanych przez nas jakiś czas temu Stillpointsów Ultra Mini. Mamy bowiem do czynienia ze stalowymi, dwuczłonowymi korpusami i kulką w roli elementu odsprzęgającego. Na tym jednak podobieństwa się kończą, gdyż bardziej uważna analiza jasno wskazuje na oczywiste różnice tak w kształcie poszczególnych składowych, jak i samej konstrukcji. Zamiast jednak silić się na oryginalność i podejmować się mniej, bądź bardziej udanej interpretacji technikaliów fachowo opisanych przez osobę najbardziej kompetentną, czyli samego producenta po prostu oddam mu głos:
„Elementy obudowy wykonano ze stali nierdzewnej. Element górny, zewnętrzny – w kształcie dzwonu, z osadzonym ruchomym elementem tworzywowym w kształcie czaszy, stanowi bezpośrednie otoczenie dla ceramicznej, precyzyjnej kulki z azotku krzemu. Od strony podstawy kulka znajduje się w precyzyjnym łożu tworzywowym stanowiącym czaszę dolną, zabudowaną w podstawie stopki. Bezpośrednio pod czaszą dolną umieszczony jest elastomerowy element tłumiący.
Całościowo połączone komponenty tworzą warstwowy ustrój o uwolnionych stopniach swobody, absorbujący drgania, stabilizujący komponent pod którym jest umieszczony. Drgania elementu są wygaszane poprzez elementy tłumiące jak i dopasowaną geometrię elementu łożyskującego.
Powierzchnie górna i dolna stopek są płaskie, przylegające do powierzchni obudowy urządzeń i podłoża. Nie ma możliwości regulacji wysokości stopek antywibracyjnych.”
Od siebie dodam jeszcze tylko tyle, że dostarczony na testy set posiadał płaską górną powierzchnię „roboczą” dzwonów, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by zamówić je w wersji z gwintem M6 lub M8. Wydaje się to ciekawym rozwiązaniem, gdyż nie uprzedzając faktów podczas użytkowania Audio Stability w ilości trzech sztuk pod moim Ayonem CD-35, który jest top loaderem, więc jego obsługa jest nieco bardziej inwazyjna aniżeli zwykłego „szufladowca”, stabilność takiej konstrukcji nie wzbudzała mojego zaufania o entuzjazmie nawet nie wspominając. Dlatego też mając świadomość pod jakim urządzeniem 1-ki będą „pracowały” najlepiej od razu zdecydować się na docelowe rozwiązanie, co w moim wypadku oznaczałoby set 4 szt. z gwintami.
Ponieważ dopuszczalny „udźwig” jedynek pozwalał na ich dość szerokie zastosowanie podczas testów nie miałem najmniejszych oporów (poza związanymi z zapewnieniem odpowiedniej stabilności) z aplikacją ich zarówno pod źródłem/przetwornikiem – Ayonem CD-35, jak i końcówką mocy – Bryston 4B³. Pod transportem plików – Luminem U1 Mini niestety pomimo najszczerszych chęci umieścić mi się ich nie udało, tzn. udało, lecz ze względu na nierównomierne rozmieszczenie środka ciężkości i swoistą dźwignię stwarzaną przez podpięte do niego okablowanie Streamer wykazywał permanentne i nad wyraz irytujące tendencje do zsuwania się tytułowych akcesoriów, więc po kilku próbach dałem sobie po prostu spokój. Jednak śmiem twierdzić, iż obserwacje poczynione z ww. urządzeniami dają już jakieś wyobrażenie o tym co Audio Stability The ONE robią a czego spodziewać się raczej po nich nie sposób.
Przechodząc do konkretów już na wstępie zaznaczę, iż „The ONE” wydają się być urzeczywistnieniem skądinąd słusznej idei „Primum non nocere”, czyli nie szkodzą, a to, z perspektywy blisko ćwierćwiecza spędzonego na zgłębianiu zagadnień Hi-Fi i High-End wcale nie jest takie oczywiste. Rodzime stopki zachowują bowiem umiar i zdrowy rozsądek nie popadając ani w zbytnie zmiękczenie, zachwalane przez marketingowców jako „muzykalność”, ani w osuszenie, czy też zbytnie wykonturowanie, nader często mylone z rozdzielczością. Nie twierdzę bynajmniej, że Audio Stability nie robią nic, bo robią i ich obecność „w torze” jest każdorazowo słyszalna, lecz nie wpływają one ani na równowagę tonalną, ani tym bardziej globalne postrzeganie przekazu. Ich aplikację należy bowiem rozpatrywać w kategoriach ostatecznego szlifu i finalnej postprodukcji w sytuacji, gdy de facto z brzmienia posiadanego systemu jesteśmy zadowoleni, jednak mamy świadomość, że jeszcze kilka % możemy z niego wycisnąć. Owe dopieszczanie z użyciem „jedynek” przejawiać się będzie eliminacją swoistego rozedrgania, czy też „mory” powodującej utratę pełnego wglądu i precyzji dalszych planów, czy też zaszumienia wydawać by się mogło aksamitnie czarnego tła – np. na „You Want It Darker” Leonarda Cohena. Co ciekawe ów efekt zyskuje na oczywistości nie po aplikacji „The ONE” a po ich usunięciu – dopiero wtedy zaczynamy zdawać sobie sprawę czego słuchaliśmy do tej pory. Z drugiej strony jest to świetny dowód na to w jak „zaszumionym” środowisku przyszło nam żyć i jak ludzki umysł nauczył się z tym sobie radzić stosując i zapewne udoskonalając atawistyczne mechanizmy jakie można byłoby porównać do znanych z kaseciaków Dolby B/C/S. Coś jakby z fenomenalnego albumu „Tomba sonora” Stemmeklang / Kristin Bolstad ktoś usunął odgłos gdzieś błąkającego się w tle przeciągu, czy też ledwo słyszalnych odgłosów instalacji elektrycznej, których de facto przecież tam nie ma, a więc i w głośnikach być ich nie powinno.
Natomiast bielskie (siedziba Audio Stability mieści się w Bielsku-Białej) stopki pozwalają podczas odsłuchów mózgowi odpocząć zwalniając go z konieczności ciągłej redukcji owych anomalii i artefaktów. Poprawie ulega również definicja samych źródeł pozornych, choć to oczywiste, skoro pozbywamy się czynników degradujących ostrość tak widzenia, jak i słyszenia.
Same pozytywy i kolejna „laurka”? Otóż prawie i niemalże tak, z jednym małym „ale”. Otóż jedynym aspektem, którego interpretacja zależeć będzie tak od naszych indywidualnych – subiektywnych preferencji, jak i ulubionego repertuaru jest dynamika zarówno w skali mikro, jak i makro. Chodzi bowiem o to, że każdy atak, czy też spiętrzenie dźwięków, których przecież np. na „Distance Over Time” Dream Theater nie brakuje, traciło nieco na swej zadziorności i brutalności. Jeszcze lepiej było to słychać na brudnych – industrialnych płytach Rammstein, gdzie wraz z pasożytniczą granulacją The One nieco przypudrowały i wypolerowały rdzawą chropawość krawędzi. Zakładam jednak, że dla okazjonalnego słuchacza taka zmiana wydawać się będzie jednoznacznie pozytywną, za to metalowym ortodoksom może nieco brakować owego „rdzawego pazura”. Jednym słowem „de gustibus …”.
Pojawienie się kolejnego gracza na rodzimym rynku akcesoriów i mebli antywibracyjnych (w portfolio sukcesywnie pojawiają się również platformy i stoliki) cieszy, gdyż nic tak nie normalizuje sytuacji od względem dostępności asortymentu a co za tym idzie również i cen, jak konkurencja. Audio Stability swoimi stopkami „The ONE” nie wyważa już otwartych drzwi i nie próbuje na nowo wynaleźć koła, lecz oferuje własny pomysł, wariację na temat powszechnie znanych rozwiązań. Warto przy tym zwrócić uwagę na świetną jakość i precyzję wykonania, oraz elastyczność producenta pod względem dostępnej kolorystyki, opcji wyposażenia w ułatwiające montaż gwint, czy też „liczebność” stopek w zestawie. Krótko mówiąc, jeśli tylko rozglądają się Państwo za podobnymi akcesoriami, to warto rzucić na nie uchem, bo to naprawdę światowy poziom zarówno pod względem jakości wykonania, jak i brzmienia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
Opinia 2
Nie wiem, jak odbieracie obecną sytuację na rynku audio, ale w moim odczuciu mnogość ofert w praktycznie każdym dziale związanym z interesującą nas tematyką jakości fonii w warunkach domowych jest najlepszą rzeczą, jaka mogła nas spotkać. Przecież tylko w ten sposób ostatnio pozbawione racjonalnego wytłumaczenia ceny mają szansę zniżyć się do pułapu osiągalnego przez nawet początkującego melomana. I bez znaczenia czy rozprawiamy o komponentach audio, okablowaniu lub akcesorium antywibracyjnym, ważne, że jeśli nawet z opóźnieniem, to proces bessy jest nieunikniony. Ale nie o cenach, będziemy dzisiaj rozprawiać, bowiem słowa „drogo / tanio” są pojęciami względnymi, tylko o produkcie, który swoim pojawieniem się na naszym rynku jest kolejną kroplą drążącą monolit zawyżonych stawek za interesujące nas produkty. O czym, a tak naprawdę o kim mowa? A jakże, o próbującej wedrzeć się na nasz rynek z ofertą platform, stolików i stopek antywibracyjnych polskiej marce Audio Stability, która w tym podejściu wystawiła do walki podstawowy, a mimo to fenomenalnie prezentujący się od strony wizualnej model podstawek wygaszających szkodliwe wibracje podłoża pod sprzętem audio The One.
Analiza załączonej serii fotografii jasno pokazuje, iż w przypadku nabycia tytułowego zestawu zderzymy się z ewidentna audiofilską biżuterią. To co prawda w głównej mierze jest zimna w odbiorze stal nierdzewna, jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Jakich? Jak to jakich. Pierwszy to kształt zaoblonego od góry stożka, drugim w teorii pomagające w stabilizacji całej konstrukcji znacznie większe w wektorze średnicy od wspomnianej wariacji piaskowej babki, a przez to łamiącej monotonię bryły, ozdobione grawerowanym insygniami, zintegrowane z całością marki podstawki, zaś trzecim jest sposób wykończenia wszystkiego w technice szczotkowania powierzchni zewnętrznej. Mało? Jeśli to nie spełnia Waszych oczekiwań w domenie estetyki, nie mam więcej pytań. Kreśląc kilka strof o samej budowie rzeczonych mechanicznych poprawiaczy dźwięku, idąc za informacjami producenta (jak przed momentem wspominałem), w zdecydowanej większości mamy do czynienia ze stalą nierdzewną. Jednak jest to tylko pewnego rodzaju nośnik dla clou tematu w kwestii wygaszania drgań, bowiem omawiana konstrukcja jest modułem kanapkowym (zastosowano wielowarstwowość materiałową). O co chodzi? Całą antywibracyjną pracę w teorii wykonuje ceramiczna, wykonana z azotku krzemu kulka. Jednak widomym jest, że sama kulka nie załatwia sprawy. Mianowicie bardzo istotnym tematem jest jej bezpośrednie otoczenie (bezpośrednia powierzchnia współpracy), które w tym konkretnym produkcie wykonane z tworzywa sztucznego łoże, jak i sam tłumik drgań w postaci wsadu elastomerowego. Ale zaznaczam, to nie jest przypadkowe połączenie różnych półproduktów, tylko wypadkowa wielu mozolnych prób testowych, okraszona niezliczoną ilością porażek, według opinii producenta najlepiej spełniająca założenia tłumienia drgań ich wariacja. Całość zestawu stopek spakowano w nadający produktowi wyjątkowości, wyściełane sztywną gąbką zgrabne pudełko.
Może zabrzmi to brutalnie, ale w mojej nieco podszytej zdrową ironią opinii wszelkie akcesoria antywibracyjne w odniesieniu do systemu wzorcowego (oczywiście to utopia, ale na potrzeby testu byt takowego można założyć) dzielą się na mulące, zwiększające krzykliwość lub łączące obydwie wypadkowe w jednym. To naturalnie po przełożeniu na nasze oznacza wprowadzające spokój, wzmacniające energię i otwartość, tudzież próbujące łączyć to co najlepsze z obydwu poprzednich sposobów wpływu na dźwięk. Oczywiście zamierzenie przerysowuję fakty, ale tak mniej więcej można podzielić opisywane zabawki. Dlaczego tak jest? Jak wiadomo, efekt w największym stopniu zależy od zastosowanych materiałów i sposobu ich aplikacji w danym produkcie. Zatem jak na tle tych trzech typów plasuję opiniowaną dzisiaj konstrukcję Audio Stability The One? Dla mnie w najlepszym, czyli w działającym umiarkowanie w całej materii dźwięku trzecim obozie. Co to oznacza? W moim odczuciu same pozytywy, czyli delikatnie zwiększając body dobiegającej do naszych uszu muzyki, nadaje jej ciekawej witalności. Co ważne, owa szczypta wypełnienia nie wpływa szkodliwie na zwartość najniższego zakresu, a próba otworzenia się dźwięku nie nosi znamion nadmiernej nadpobudliwości i męczącego rozjaśnienia średnich tonów. Nadal mamy zwarte granie, ale ku miłemu zaskoczeniu przyjemnie pełniejsze i przy tym świeższe w odbiorze. Owszem, w wartościach bezwzględnych krawędzie źródeł pozornych rysowane są nieco grubszą kreską i środek pasma jest nieco lżejszy, ale nawet w moim, kreowanym przez lata na mocno kolorowy zestawie nie przynosiło to najmniejszych szkód, tylko przesuwało punkt widzenia na słuchany materiał w nieco inne rejony odbioru. Nadal ciekawego, bo delikatnie skorygowanego w kwestii krągłości niskiej średnicy i otworzeniu się jej wyższych zakresów, ale na dobrą sprawę mógłbym z tym spokojnie żyć. Jak to udowodnię? Kilkoma przykładami płytowymi. Jakimi? Począwszy od szeroko pojmowanej muzyki kościelnej i jej jednego z głównych interpretatorów w postaci Jordi Savalla, przez ECM-owski, czyli grający ciszą jazz, każde odtworzenie krążka z tego typu materiałem skutkowało świetnym odbiorem nieco bardziej nasyconego, za to bardzo mocno determinującego barwę instrumentów typ viola, fortepian wokaliza środka i równie ciekawym nasączeniem informacjami jego wyższego podzakresu. Nie będę rozprawiał nad każdym niuansem z osobna, tylko jednym zdaniem opisując całość powiem, iż ów świat owocował jeszcze większym udziałem z jednej strony ważnej dla tego typu nurtów muzycznych barwy, ale przy okazji pokazywał, jak przy takim postawieniu punktu ciężkości tchnąć weń nutkę oddającego prawdziwość wszelkich pogłosów i pozwalającego wybrzmiewać w nieskończoność każdemu dźwiękowi oddechu. Tak wypadała muzyka dla ducha. A co z walczącą z jego spokojem ciężkim rockiem i elektroniką? Spokojnie, w tych rejonach The One również potrafiły pokazać sporo ciekawych aspektów. Jakich? Weźmy na przykład na tapet wyartykułowany sznyt nasycenia. Toż to idealny zastrzyk dla równoprawnego zaistnienia popisów wokalnych na tle zewsząd chcącej zabić ich istnienie fraz instrumentalnych. Ale przecież nie samym głosem jako takim, czyli owszem zaznaczającym swoją obecność, ale bez jego zrozumienia człowiek żyje. Dlatego też bardzo istotną jest kolejna pozytywna przypadłość recenzowanych podstawek w postaci napowietrzenia przekazu, gdyż dzięki temu poprawia się jego rozdzielczość, a to natychmiast poprawia artykulację poszczególnych strof tekstowych. A przypominam, mimo że wszystko ma idealnie współgrać, zazwyczaj mamy do czynienia z ewidentną walką o prym w danym przedsięwzięciu artystycznym. Nie mam racji? Myślę, ze nikt nie będzie oponować. A jeśli tak, zatem na tych co prawda bardzo ogólnych, ale jakże reprezentatywnych przykładach pozwolę sobie zakończyć ten tekst. Jeśli kogoś zaciekawi, temat i tak jest do własnej weryfikacji. Innej opcji nie ma.
Jak wynika z powyższych akapitów, dostarczony do oceny zestaw podstawek antywibracyjnych Audio Stability The One może być bardzo owocną w pozytywne doznania soniczne aplikacją nawet w tak zmanierowanej barwowo konfiguracji jak moja. Bez najmniejszych problemów słuchać było ich wpływ. Ale co ważne, mimo nawet lekkiego podkręcenie temperatury brzmienia i tak nasyconego przekazu, nadal pławiłem się w pięknie muzyki. A weźcie pod uwagę fakt dość przypadkowego, bo testowego występu tego akcesorium. Zatem co może wydarzyć się w przypadku trafienia na docelową, czyli od lat oczekującą na w taki sposób wygaszania szkodliwych dla odbioru muzyki drgań podłoża zestaw audio? Ja już wiem. Czas na Was.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Audio Mephisto
– wzmacniacz zintegrowany Hegel H590
– kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Producent: Audio Stability
Cena: 1 990 PLN
Dane techniczne
– Średnica podstawy D=48 [mm]
– Średnica części górnej d=20 [mm]
– Wysokość 48 [mm]
– Maksymalne obciążenie 0-90 [kg] (zestaw 3 sztuk)
Jak widać na załączonych zdjęciach szumne zapowiedzi dotyczące śmierci srebrnych krążków okazały się mocno przedwczesne, gdyż płyty CD niespecjalnie same z siebie chcą zejść z ringu, a i producenci po chwilowym zastoju co i rusz wypuszczają nowe odtwarzacze. Do powyższego grona z pewnością można zaliczyć Métronome, który to oferuje wielce zaawansowany, zintegrowany z DAC-iem odtwarzacz CD/SACD o łatwo wpadającej w oko i ucho nazwie AQWO.
cdn. ….
Co prawda od wystawy AVS 2019 minął już okrągły tydzień, jednak obserwując fora internetowe ewidentnie widać, iż powystawowy kurz nie zaczął nawet opadać, tylko kolejnymi, czasem niezobowiązującymi wrzutkami licznych odwiedzających unosi się w eterze na dobre. To źle? Naturalnie nie, bowiem jakby na to nie patrzeć, będąca głównym tematem internetowych wpisów nie tylko wielu miłośników dobrej jakości dźwięku, ale również moich dzisiejszych wynurzeń impreza jest ewidentnym świętem, którego echo ma wystarczyć nam na rok okrągły oczekiwania do kolejnej edycji. Oczywiście, aby ułatwić ewentualne wspominki, nieodzowne są dłuższe lub krótsze relacje, dlatego też po okraszonej setkami fotografii, trzyczęściowej, wręcz sprinterskiej serii Marcina przyszedł czas na moje przysłowiowe trzy grosze. I gdyby nie z pozoru drobny, jednakże w konsekwencji naszej wieloletniej ciężkiej pracy, bardzo pozytywny fakt, już w tym momencie powinienem przejść do pierwszej wystawowej prezentacji. O co chodzi? Otóż ku naszemu zaskoczeniu, po ukazaniu się trylogii mojego soundrebelsowego pobratymcy, zaczęły pojawiać się głosy niezadowolenia z braku choćby zdawkowego pojawienia się w jego relacjach kilku tegorocznych wystawców. To oczywiście nie jest podyktowane jakąkolwiek złośliwością, tylko swoistym zbiegiem okoliczności, wiecznym tłokiem w pokoju, lub będący skutkiem nieprzebranej ilości pomieszczeń do odwiedzenia brak możliwości spotkania się ze wszystkimi, ale miło jest wiedzieć, że w pewien sposób jesteśmy zauważalni. Dotychczas nasze wysiłki zazwyczaj przechodziły bez cecha. Nie mam pewności, jednak dopuszczam myśl, iż mogło to być spowodowane traktowaniem naszej pracy jako swoistego obowiązku w stosunku do wystawców. Jednak zapewniam wszystkich zainteresowanych, iż jest to sprawiające nam wiele przyjemności hobby i tylko od ilości dostępnych mocy przerobowych, poczynionych w trakcie zwiedzania wystawy obserwacji, wymuszonych ogromem ciężkiej do ogarnięcia ilości materii, osobistych wyborów, a nie odgórnego przymusu zależy, czy ktoś miał szczęście się u nas pojawić, lub nieszczęście zostać w danym roku pominiętym. Nie ma co brać sobie tego do serca. To jest swoisty maraton i bez względu na chęci, dbając o jakość relacji nie tylko od strony fotograficznego udokumentowania całości – to jest zasługa mozolnej obróbki potężnego materiału przez Marcina, bowiem ja swoją interpretacją sztuki fotografowania jedynie kaleczę ten artystyczny proces już w samym zarodku, ale również zakresu merytorycznego – musimy sklecić kilka ciekawych zdań o danej prezentacji, zawsze stajemy przed decyzją, kto i w jakim wymiarze zdobędzie laur pierwszeństwa. Tylko tyle i aż tyle.
Powoli zbliżając się do clou pragnę nadmienić, iż moje kilkadziesiąt podpunktów jest owocem wyboru czegoś, co pozostawiło mniejsze lub większe piętno na ulotnej pamięci. Raz był to dobrze skonfigurowany zestaw, innym razem odbyta w poczuciu wspólnego zrozumienia rozmowa z przedstawicielem danego dystrybutora, by na koniec wspomnieć o wszelkiego rodzaju ciekawych wykładach. Gdzieś musiało zaiskrzyć, w innym wypadku nawet najbardziej spektakularny news nie miał szans zagnieździć się w otchłani moich szarych komórek. I choć na początku będą same tuzy tego audiofilskiego kawałka tortu, to zapewniam wszystkich, w dalszej części pojawią się podmioty z przeciwnej flanki owego sonicznego obozu. Którzy? Spokojnie, śledząc opis po opisie dojdziecie i do tego. Zanim jednak na dobre rozpocznę swój monolog, chciałbym zwrócić uwagę na fakt znacznego oddania pola w sferze źródła dźwięku, z uwagi na braki w moim odczuciu w odpowiedniej jakości, mające z tego powodu pod przysłowiową górkę, odtwarzacze plików na rzecz magnetofonów i gramofonów. To z naturalnych powodów cywilizacyjnych nie oznacza ich całkowitej alienacji z tej roli na takich imprezach, ale miło jest wiedzieć, że wystawcy nie forsując ich na siłę, jeśli już czasem się nimi posiłkują, mają na swoich stolikach dodatkowo co najmniej gramofon, bądź również bardzo często magnetofon. Da się? Jak widać, da i do tego w moim odczuciu z pożytkiem nie tylko wizualnych, ale również jakościowych dla nich samych. Tak trzymać panowie. Ostatnią informacją przed wielkim startem jest oświadczenie, iż z powodu pełnej wyliczanki w relacjach Marcina, w swojej nie będę uprawiał plagiatu i w opisach posłużę się jedynie nazwami marek, a ewentualnych ciekawskich zapraszam do jego list wyborczych. Tak, może to wyglądać na lenistwo. Sam nie wiem, co mną kieruje. Jednak jeśli nawet tak to interpretujecie, nie mam nic na usprawiedliwienie i przyjmuję oskarżenie z pokorą.
1. Gryphon
Tego wystawcy nie trzeba nikomu przedstawiać. To jest na tyle nie tylko rozpoznawalna, ale również wzbudzająca całkowicie przeciwstawne stany uczuciowe szerokiej rzeszy audiofilów marka, że konia z rzędem temu, kto na pytanie: „Co to jest Gryphon?”, zająknie się podczas odpowiedzi. Ja osobiście takiego nie znam. Ale zapewniam Was, znam bardzo dobrze jego dwie topowe konstrukcje wzmacniające sygnał audio. Tak tak, chodzi o Antileona i Mephisto, które w brutalny sposób nie tylko przewróciły mój do niedawna bardzo zachowawczy stosunek do tego brandu, to jeszcze przewartościowały punkt odniesienia dla high-endowego dźwięku. Co to oznacza? Zapraszam do stosownych testów. Czego doświadczyłem na wystawie z pełnym setem tego producenta? Powiem tak. Dla mnie jest to dźwięk wystawy. Naturalnie nie jedyny, za którym długo nie ma nic – zapewniam, iż oprócz Gryphona było na czym nie tylko zawiesić, ale bez granic ukontentować ucho, co pokaże dalsza część tekstu, ale gdybym miał wzorem wszelkich rywalizacji sportowych określić numer jeden, po wzięciu pod uwagę wszelkich za i przeciw strzelam – mroczny Duńczyk i jego sprawiająca wrażenie już samym wyglądem, oczywiście wspierana wartościami dźwiękowymi błękitno-czarna układanka. Rozmach, swoboda – nawet ograniczane nieco zbyt niskim pomieszczeniem, a przy tym niewymuszone granie pozwalały spędzić w tym pokoju dobre kilkadziesiąt minut. I bez znaczenia było źródło, gdyż nawet prezentacje z plików po przepuszczeniu je przez filtr mniejszego oddania świeżości przekazu niż źródła typu odtwarzacz cd, czy gramofon, na rzecz wygody obsługi pokazywały, iż dla tego systemu ograniczenia praktycznie nie występują. Muzyka była gęsta, ale bardzo rozdzielcza. Niosła ze sobą nieprzebrane pokłady energii i masy, ale z zachowaniem pełnej swobody w oddaniu szybkości narastania sygnału. Mało tego, gdy usiadłem w optymalnym miejscu – nie w pierwszym rzędzie, gdzie notabene siadała większość malkontentów, fantastycznie wizualizowała i się dobrze rozplanowana w szerz i w głąb z wysokością włącznie wirtualna scena muzyczna. A to przecież były niezbyt sprzyjające wszelkim pokazom warunki wystawowe, to czego można się spodziewać w odpowiedni zaaranżowanym pomieszczeniu? Ja wysiadam, ups przepraszam, jeszcze bardziej choruję na zderzenie się z pełnym setem tej marki na własnym podwórku.
2. Audiofast
Z tą prezentacją – kompilacja dCS-a, Wilson Audio i D’Agostino – mam trochę kłopot i być może dlatego utkwiła mi w pamięci. Niby wszystko zgodnie z planem, czyli solidne amerykańskie granie przez duże „S”. Jednak ku mojemu zaskoczeniu w zależności od materiału wpadałem w dwa przeciwległe stany emocji: pozytywną i nie rozczarowanie, gdyż nadal było bardzo dobrze, ale dziwne zaskoczenie. Nie wiem, czym było to podyktowane, jednakże z kuluarowych rozmów wiem, iż ów system przez wielu osobników homo sapiens bez problemu plasował się nam moim wyborem The best. Co mi przeszkadzało? Cóż, czasem było mocno wyraziście, a czasem zaskakująco przysadziście. Jednak na usprawiedliwienie zestawu zawsze z pełnym wykopem i może dlatego powodowało taką polaryzację odbioru. Ktoś powie, iż to jest prawda o zróżnicowaniu materiału źródłowego. Jednak ja natychmiast skontruję, owszem, taki jest cel posiadania ekstremalnie drogich układanek, jednakże powinny unikać lekkiego przerysowania we wspomnianych aspektach. Ma być wszystko, tylko bez brawury, co tutaj momentami dawało o sobie znać i czego tak prawdę mówiąc przecież po przodujących w każdej dziedzinie naszego życia Amerykanach można było się spodziewać. Być może dla moich potrzeb panowie wystawcy grali za głośno. Z drugiej strony zaś, do tego ten set jest wręcz stworzony. Ale żeby nie było, osobiście optuję za raczej przyjemnym, aniżeli bezpośrednim ponad wszystko podaniem muzyki, dlatego nie kruszę kopii, jeśli opisany występ ktoś zaliczy do tych „naj”. Ja również wpisuję go do czołówki wystawy.
3. MBL
W tym przypadku nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że po raz kolejny w dobrym tego słowa znaczeniu podczas wizyty u MBL-a nie zaskoczyło mnie nic nadzwyczajnego. O co chodzi? Od zarania dziejów, czyli od jakiś sześciu lat zderzam się z tą marką w tym konkretnym wydaniu na wystawie w Monachium. I zapewniam Was, tak tam, jak i na naszym podwórku zestaw grał na poziomie osiągalnym tylko przez najlepszych. Oddanie realizmu nawet największych składów muzycznych nie tylko w filharmoniach, ale również zespołów rockowych na stadionach było zjawiskowe. Energia, rozmach, mocny bas, idealnie narysowane w eterze poszczególne, nawet najbardziej rozbudowane grupy muzyków były dla MBL-a najzwyklejszą bułką z masłem. Naturalnie, aby doznać tego rodzaju uniesień muzycznych, należało zachować odpowiednią odległość od linii kolumn, gdyż zbyt bliskie przebywanie nie pozwoliło muzyce nabrać spójności przekazu, co zazwyczaj było główną przyczyną narzekań przez z założenia łamiących prawa fizyki malkontentów. Czepiam się? Niestety nie, gdyż już na samej wystawie zderzyłem się z bardzo polaryzującymi ze sobą ocenami i najczęściej dana opinia tłumaczona była miejscem odsłuchu. To oczywiście okazywało się konsekwencją wiecznego tłoku w pokoju, ale z racji skazania na niekomfortowe miejsce siedzenia dla tego pokazu nie powinno być traktowane jako bezwzględna ocena. Dla mnie było bardzo dobrze. Co prawda blisko granicy oczekiwań w dziedzinie ostrości kreski rysującej obraz muzyczny, ale bez przekraczania cienkiej czerwonej linii. Jednak po tych kilku wcześniejszych fenomenalnych prezentacjach ostatni odbiór zwalam na akustykę niestety nawet jeśli dobrze wygłuszonego, to jednak zbyt małego pomieszczenia dla tak wielkich cebul.
4. FOCAL/NAIM
Jak to się stało, że typowo sklepowa ustawka wylądowała w tym tekście? Pamiętacie zeszłoroczną, wręcz karkołomną krucjatę o pojawienie się w naszym OPOS-ie wystawowego zestawu FOCAL/NAIM z kolumnami Stella Utopia EVO i wzmocnieniem Naim Statement? Ja przez pryzmat rozmiarów, komponentów wagi każdego z nich, całego procesu logistyki, poświęcenia przedstawicieli dystrybutora i co najważniejsze fenomenalnego występu w moich kontrolowanych warunkach lokalowych znakomicie. Dlatego też w hołdzie stacjonującej na tym stoisku ekipie nie omieszkałem i w tym roku zamienić kilku niezobowiązujących zdań, które zaowocowały pakietem informacji o nowych produktach Focala, użytych materiałach wykończeniowych, a także ciekawymi planami recenzenckimi. Nuda? Bynajmniej. Bowiem już na pierwszym planie mamy tegoroczną ciekawostkę w postaci nowej linii kolumn Focal Chora. A to nie wszystko. Popatrzcie na wspomnianą nową kolorystykę forniru złapanych z profilu Focali Sopra 3. Interesująca? Jeśli tak, zapewniam, iż na żywo całość nabiera dodatkowych rumieńców. Jak widać, nawet statyczne prezentacje nie są nudnymi wystawkami, tylko swoistymi oazami nowości danego brandu.
5. Audio Klan – Luxman, Elac, B&W, Magico
Warszawski dystrybutor Audio Klan jak wielu innych wystawców miał na PGE Narodowy kilka świetnych prezentacji. Jednak od zarania dziejów zawsze bywam na co najmniej jednej. Jakiej? Popatrzcie na fotografie. Oprócz świetnie prezentującego się wizualnie i przy tym dobrze oddającego sedno muzyki sprzętu ten podmiot ma dodatkowego asa w rękawie. Kogo? Głupie pytanie, widniejącego na tle wielu głów przybyłych gości Marcina Majewskiego. Co w nim takiego fantastycznego? Otóż ów osobnik jest realizatorem przedsięwzięć muzycznych z odgrzebywaniem polskich starodruków z otchłani wielu muzeów z przywracaniem ich do dźwiękowego życia na srebrnych krążkach włącznie. Na dowód tego możecie przeczytać o relacjonowanym niegdyś przez nas koncercie zatytułowanym „Lament Świętokrzyski” w kościółku na warszawskich Bielanach. Marcin – po tak owocnej w świetne doznania natury duchowej doznania znajomości jesteśmy na „ty” – ma dar do prowadzenia interesujących prezentacji. Jednak najistotniejszym elementem w tych wydarzeniach jest fakt podpierania się swoim, czyli osobiście zgranym podczas sesji- często w kościołach, a potem masterowanych własnym sumptem, materiałem muzycznym. Mało tego. Przybliża dokładnie detale omikrofonowania z uzasadnieniem pozyskania pożądanych efektów. Nie szczędzi wynikłych z owych realizacji anegdot. Ale to nie wszystko. Mimo sprawnego poruszania się w tych tematach i co by nie mówić pełnym profesjonalizmie, w swoim działaniu chcąc przemycić w serca słuchaczy choćby szczątkowy płomyk swojej wiedzy, podczas wykładów dopuszcza do głosu ludzi nieco błądzących w temacie. Myślicie, że się denerwuje? Nic z tych rzeczy, bowiem na ile to jest możliwe i w zależności jak wiele informacji pacjent jest w stanie przyswoić, skrupulatnie tłumaczy zawiłe meandry w teorii prostego nagrania muzyki na stół mikserski. Powiem tak. Mówiąc kolokwialnie, chłopak ma nie tylko silną osobowość w zakresie przekazywania wiedzy zazwyczaj najmądrzejszym w tym temacie interlokutorom, ale również pełen pakiet własnoręcznie powołanych do życia dowodów muzycznych do takich ekwilibrystyk. Zwyczajnie szacun. A co z dźwiękiem? Powiem szczerze. Po ostatnio opublikowanym teście integry Luxmana L-509X i spojrzeniu na zaproponowane na wystawę zestawy kolumn byłem ciekawy, czy podobnie do mnie podczas procesu opiniowania powalczy o nadanie fajnego body całemu systemowi. I wiecie co? Już pierwszy bliski kontakt wzrokowy z szafką ze sprzętem udowodnił, iż nie tylko w nagrywaniu, ale również w strojeniu domowych systemów audio ma gigantyczne pojęcie. Co zrobił? Dostroił system przy pomocy akcesoriów antywibracyjnych i okablowania. Dzięki temu prezentowana muzyka była zjawiskowo soczysta, ale przy tym odpowiednio szybka i oferująca niezbędny do pokazania jej clou pakiet energii. Jaki płynie z tego morał? Oczywisty. Jeśli nie możecie poradzić sobie z własnymi układankami, walcie jak w dym do salonu w Kielcach, gdzie pod wodzą Marcina jeśli nie złapiecie za nogi, to mocno zbliżycie się do przysłowiowego króliczka. Jednakże natychmiast oznajmiam, Marcin nie jest jedyną kompetentną osobą w salonach Top Hi-Fi Audio&Vision, gdyż w tym pokoju odbywały się podobnie profesjonalnie prowadzone wykłady na ustawionym na drugiej ścianie zestawie przez innych pracowników tego dystrybutora. A wspominki tylko o nim podyktowane są z racji bliskich kontaktów okołomuzycznych i w celu unikania nadmiernego rozpisywania się, co czasem zarzucają nam nasi czytelnicy.
6. Hi-Ton – T+A
Tytułowy dystrybutor T+A oprócz pokazu walorów sonicznych uzbrojonego w najnowszy transport PDT- 3100 HV, streamer/przetwornik cyfrowo-analogowy SD 3100 HV systemu audio zorganizował dla prasy prezentację najnowszych osiągnięć marki w dziedzinie walki ze szkodliwymi zakłóceniami w teoretycznie niesłyszalnym dla człowieka pasmie akustycznym powyżej 20kHz. Prelekcję z dokładnym, bo okraszonym symulacjami wyników pomiarów, oddaniem założeń i uzyskanych efektów przez inżynierów tej rodzinnej marki prowadził szef sprzedaży Oliver John. Nie powiem, było bardzo ciekawie. Wszystko podane z najdrobniejszymi szczegółami i dogłębnie wytłumaczone. Co ciekawe, panowie bez problemu doszli do częstotliwości próbkowania sygnału DSD na poziomie 1024 kHz. Jednak tym, co najbardziej utkwiło w mojej okaleczonej szukaniem ciekawostek w naszym hobby pamięci, był fakt rozprawiania jedynie o walce o jak najlepszy wynik dźwiękowy w niesłyszalnym dla zwykłego osobnika homo sapiens zakresie częstotliwości, która notabene, mimo, że poza zasięgiem naszych receptorów słuchu, to według znaczącej grupy producentów bardzo wpływa na odbiór zakresu dostępnego dla naszych ośrodków przyswajania fonii. Naturalnie wystawowy system w domenie swoich zadań spisywał się znakomicie – zresztą sądzę, że za sprawą postępu technologii i lepszemu dopracowaniu komponentów audio nawet znacznie lepiej, aniżeli ten testowany przed kilkoma latami przez nas – mocny bas, otwartość przekazu i niepohamowana ochota do pokazania najdrobniejszych niuansów muzyki, były zjawiskowe i powinny być głównym tematem tej opowieści, to jednak biorąc pod uwagę moją poszukującą ciekawostek w podobnych wykładach osobowość, nie mogłem nie przekazać Wam bardzo ciekawego z punktu widzenia typowego audiofila kierunku poszukiwań lepszego dźwięku naszych zestawów przez zaawansowane zespoły inżynierskie. Szczerze? Jeśli poprawiamy muzykę w nieosiągalnym dla nas przedziale częstotliwościowym, można snuć domysły, iż świat chyba ma się ku końcowi. Jednak patrząc na to z drugiej, melomańskiej strony, jeśli przyniesie to progres w odbiorze, to czemu nie.