Monthly Archives: listopad 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

Vicenza, Włochy (30 listopada 2020) – Nowa, dwudrożna kolumna podłogowa składa hołd włoskim korzeniom marki – Sonus faber z dumą przedstawia Maxima Amator, dwudrożną kolumnę, która wykorzystuje dwa przetworniki, aby zapewnić połączenie wyjątkowych emocji z maksymalną reprezentacją naturalnego dźwięku. Koncepcja dwudrożna, często uważana za najczystszy system możliwy do osiągnięcia w odniesieniu do elektroakustyki, zawsze była silnym elementem tożsamości produktów marki Sonus faber, a Maxima Amator powstała, by oddać hołd tej tradycji i samej muzyce, prowadząc słuchacza do najpełniejszej przyjemności oraz oferując zanurzenie w jej najgłębszej esencji.

Najnowszy dodatek do kolekcji Heritage został w całości wykonany we Włoszech, z obudową z litego drewna orzechowego, która została zaprojektowana z wykorzystaniem najnowocześniejszych metod obróbki. Pozwoliło to konstruktorom Sonus faber na uzyskanie niezawodnej akustyki i pokonania ograniczeń konstrukcyjnych litego drewna. Dołożono wszelkich starań, aby uzyskać odpowiednią rozdzielczość wewnętrznych objętości obudowy. Została ona podzielona na trzy oddzielne komory zaprojektowane w celu zwiększenia sztywności konstrukcji, minimalizacji rezonansów i ekranowania zwrotnicy, umieszczonej w dedykowanej komorze widocznej z tyłu obudowy.

Zaimplementowano te same przetworniki, co w modelu Electa Amator III – 28 mm tweeter D.A.D. Damped Apex Dome™ z neodymowym systemem napędu magnetycznego i labiryntową tylną komorą akustyczną z litego drewna świerkowego oraz przetwornik średniotonowy o średnicy 180 mm z membraną wykonaną z pulpy celulozowej i włókien naturalnych osuszanych powietrzem, zamontowaną na oryginalnym koszu z odlewanego ciśnieniowo aluminium. Zaprezentowana pierwszy raz w modelu Maxima Amator, konstrukcja zwrotnicy IFF „Interactive Fusion Filtering” opracowana została przez Sonus faber.

Proponując Maxima Amator, marka zachęca słuchaczy do poznania istoty marki i brzmienia Sonus faber. Maxima Amator będzie dostępna w sprzedaży u autoryzowanych dealerów Sonus faber od grudnia 2020 roku, z sugerowaną ceną detaliczną 34 999 zł za jedną kolumnę.

Specyfikacja techniczna

Typ: Dwudrożna, wentylowana podłogowa kolumna głośnikowa
Obudowa: System rozproszonego spektrum rezonansowego uzyskany z litych płyt drewna orzechowego (grubość 25 mm każda) o wysokiej sztywności. Przegroda i tylny panel pokryte skórą. Obudowa składa się z trzech różnych komór, pierwsza to objętość akustyczna, zoptymalizowana za pomocą oprogramowania symulacyjnego, druga to przestrzeń wypełniona obojętnym materiałem, który zapewnia stabilność obudowy i pomaga zredukować wszelkie niepożądane rezonanse struktury litego drewna. Trzecia komora zawiera zwrotnicę odizolowaną od komory akustycznej.
Przetwornik wysokotonowy: Opracowany przez Sonus faber przetwornik H28 XTR-04 DAD z jedwabną kopułką „Arrow Point” o średnicy 28 mm
Przetwornik średnio-niskotonowy: Opracowany przez Sonus faber przetwornik MW18XTR-04 ze 180 mm membraną wykonaną z nieprasowanej mieszanki tradycyjnej masy celulozowej, kapoku, kenafu i innych włókien naturalnych suszonych powietrzem
Zwrotnica: Konstrukcja IFF „Interactive Fusion Filtering” ze specjalnymi funkcjami transferu opartymi na przyspieszonych progresywnych zboczach
Częstotliwość zwrotnicy: 2100 Hz
Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 35.000 Hz
Czułość: 88 dB SPL (2,83V/1 m)
Impedancja nominalna: 4 omy
Sugerowana moc wzmacniacza: 25-125W
Wymiary (WxSxG): 1120 x 300 x 350 mm
Waga: 38 kg (1 szt.)

  1. Soundrebels.com
  2. >

W świecie firmy T+A nazwa Solitaire ma być symbolem najbardziej zaawansowanego produktu audio.

Zestawy słuchawkowe Solitaire® P – podobnie jak kolumny głośnikowe tej samej serii, to owoc ponad 40 lat istnienia firmy T+A na rynku audio. Ten projekt to symbol doświadczenia i wiedzy oraz dowód na zaangażowanie firmy T+A w projektowanie tego typu przetworników. Natomiast wzmacniacz słuchawkowy HA 200, jest kolejnym, referencyjnym urządzeniem w ofercie T+A.

Solitaire® P to pierwsze w historii firmy, przewodowe słuchawki planarne. Zostały opracowane przez młodych inżynierów działu R&D, którzy otrzymali wsparcie ze strony zespołu doświadczonych fizyków. Obie grupy specjalistów połączyła głęboka pasja do muzyki. Minimalistyczny design Solitaire P nawiązuje do kultowej serii HV i podobnie jak wszystkie urządzenia T+A wzorniczo dzieli estetykę z innymi urządzeniami niemieckiego producenta. Biorąc jednak pod uwagę konstrukcję, słuchawki Solitaire P można śmiało nazwać kamieniem milowym branży audio.

Planarny przetwornik wraz z ultralekką membraną oferują komfort użytkowania oraz niesamowite wrażenia w zakresie brzmienia. Wzbogacony o niezliczoną ilość detali dźwięk, zapewnia wrażenia niedostępne dla tradycyjnych przetworników. Instrumenty strunowe wybrzmiewają w niespotykanym bogactwie detali, a uderzenia w talerz powodują, iż wydaje nam się, że dostrzegamy ruch każdej, pojedynczej cząsteczki powietrza.

Projekt
Zestaw słuchawkowy Solitaire® P pokazuje, czym tak naprawdę jest jedna z najważniejszych zasad, jaką wyznają inżynierowie T+A. Jest nią przede wszystkim, nawiązująca w subtelny sposób do charakterystycznych elementów każdego projektu T+A: ponadczasowość. Połączenia wsporników przypominają serię HV, natomiast wyżłobienia są jednoznacznym zapożyczeniem wszystkiego, co tworzy wzorniczą tożsamość marki T+A. Muszle i nauszniki produkowane są ręcznie przez specjalistyczną niemiecką firmę. W konstrukcji wykorzystano niealergizującą, skórę Alcantara, dzięki której nawet długie odsłuchy stają się przyjemne.

Zestawy słuchawkowe Solitaire® P zbudowane są z niezwykłą precyzją. Tolerancja wszystkich elementów osiąga wartość kilku setnych milimetra, co powoduje ich wręcz idealne dopasowanie. Elementy nośne słuchawek zbudowano z włókien węglowych oraz wytrzymałych mechanicznie tworzyw sztucznych. Wszystko to pomogło uzyskać stosunkowo wysoką moc i znacząco ograniczyć masę całej konstrukcji.

Począwszy od sposobu, w jaki zamontowany jest magnes poprzez linearny charakter pola akustycznego, aż po niezrównane wykonanie; najnowsze słuchawki Solitaire® P w pełni zasługują na swoją nazwę. Zarówno pod względem technicznym, jak i wizualnym są wyjątkowe. Solitaire® P to współczesna ikona i punkt odniesienia dla koneserów doskonałego brzmienia.

Produkcja
Wierzymy w to, że osiągnięcie perfekcji wymaga czasu. W miejscu, w którym produkujemy słuchawki, wszystkie prace montażowe realizowane są ręcznie. Ostateczną kontrolę techniczną, sprawdzenie właściwości akustycznych oraz wizualną ocenę jakości całościowego wykonania zawsze poprzedzają starannie zaprojektowane i przygotowane: kompletowanie części, łączenie elementów i ostateczne sprawdzenie podzespołów przed montażem.

Technologia
Sercem słuchawek Solitaire® P jest specjalna membrana z wyrafinowanym układem ścieżek przewodzących. Są one nakładane na folię w specjalnie opracowanej technologii (vapour deposition). Dzięki precyzyjnym obliczeniom udało się zoptymalizować warunki pracy całej powierzchni membrany i wykorzystać w całości teoretyczne zalety płaskiego przetwornika magnetostatycznego. Dziewiętnaście wysokowydajnych magnesów neodymowych napędza membranę i tworzy precyzyjnie zaprojektowane linie pola magnetycznego. Dzięki precyzyjnej konstrukcji pierścieni stabilizujących magnesy utrzymują membranę w odpowiednim miejscu pola magnetycznego. Zapewnia to optymalnie wysoki poziom ciśnienia akustycznego oraz niski poziom zniekształceń. To połączenie jest kluczem do szerokiego zakresu dynamiki i precyzji tych słuchawek. Muzyka dociera do naszych uszu z membran, które praktycznie pozbawione są bezwładności.

Równie dużo uwagi poświęcono okablowaniu. Ich symetryczna budowa oraz dopasowanie impedancji umożliwiają osiągnięcie pełni możliwości tego projektu. W ich konstrukcji wykorzystano pokryte srebrem przewodniki z ultraczystej miedzi OFC. Słuchawki Solitaire® P dostarczane są z dwoma kablami: ze złączem Jack 6,3 mm oraz złączem symetrycznym Pentaconn 4.4 mm.

Wzmacniacz słuchawkowy HA 200
Wzmacniacz słuchawkowy HA 200 zaprojektowany został od podstaw jako zupełnie nowa konstrukcja. Dzięki temu, na rynku tego typu urządzeń, HA 200 ustanawia zupełnie nowe standardy – zarówno pod względem zaawansowanej technologii, jak i wyglądu. Impedancja trzech wyjść słuchawkowych może być dokładnie dostrojona. Pozwala to dopasować ją do posiadanego modelu słuchawek. Projekt HA 200 oparty jest na technologii analogowej. Zaczerpnięto ją z referencyjnej serii HV. Wysokowydajne stopnie wyjściowe pracują w klasie A. Dzięki temu wzmacniacz bez problemu jest w stanie obsługiwać nawet najbardziej wymagające i „prądożerne” zestawy słuchawkowe. W torze zasilania pracują dwa osobne transformatory toroidalne. Obsługują one odseparowane od siebie sekcję cyfrową i analogową, zapewniając tym samym niezbędną wydajność prądową.

HA 200 posiada dokładnie zoptymalizowaną i całkowicie oddzielnie zaimplementowaną architekturę dekodera dla sygnałów DSD i PCM. Dzięki temu wszystkie formaty cyfrowe dekodowane są zgodnie z najwyższymi standardami. Cyfrowe przetwarzanie sygnału danych PCM odbywa się poprzez podwójny cztero-różnicowy konwerter, obsługujący konwersje do częstotliwości 768 kHz. Dla sygnałów DSD wykorzystywany jest unikalny, analogowy konwerter T+A True 1-Bit DSD. Nie konwertuje on danych DSD, lecz przetwarza je w natywnej formie Bitstream. Oznacza to, że dane w formacie DSD z wejścia USB przetwarzane są do DSD 1024, co z kolei ułatwia odtwarzanie ich w najwyższej jakości.

Dane techniczne – wzmacniacz HA 200
Sekcja analogowa
• Pasmo przenoszenia: 1 Hz – 200 kHz (+ 0 / − 3 dB)
• S/N: 110/114 dB
• Zniekształcenia THD/Intermodulacyjne: < 0,001 % / < 0,001 %
• Separacja kanałów: > 108 dB
• Klasa A: do 700 mA
• Regulacja głośności: krokowa co 1 dB w zakresie -90 dB – 0 dB
• Wyłącznik loudness: regulowany w zależności od skuteczności zestawu słuchawkowego
• Regulacja barwy: niskie/wysokie w zakresie -6dB do +8dB
• Wyjście słuchawkowe: Jack 6.3 mm, Pentacoon 4.4 mm, XLR-4 pin
• Impedancja: 8, 12, 18, 25, 40, 80 Ohm

Wejścia analogowe
• Wysokoprądowe: (RCA) / zbalansowane (XLR):
• 250 mVeff … 4,5 Veff / 10 kOhm
• 500 mVeff … 9 Veff / 20 kOhm
• Separacia kanałów: 110 dB

Wejścia cyfrowe
• 1 x AES-EBU 32…192 kHz / 16-24 Bit
• S/P-DIF: 2 x Standard Coax, 2 x optical TOS-Link 32…192 kHz / 16-24 Bit,
• 1 x BNC 32…192 kHz / 16-24 Bit,
• 2 x USB DAC: Ustawiany do 768 kSps (PCM) oraz DSD1024, wspiera transfer sygnałów asynchonicznych
• DSD512 and DSD 1024 dla Windows PC oraz odpowiednich sterowników
• 2 x HDMI IN, 1 x HDMI OUT z ARC (jako opcja)
• Bluetooth: A2DP (Audio), AVRCP 1.4 (sterowanie) / aptX® HD , SBC, AAC

Sekcja DAC
• PCM Double-Differential-Quadruple-Converter z czterema przetwornikami 32-Bit Sigma-Delta na kanał
• Konwersja: 705,6 / 768 kSps
• Konwerter DSD T+A-True-1Bit DSD D/A, dla DSD do 1024 (49,2 MHz) natywny bitstream
• Procesor upsampling T+A signal synchroniczny upsampling z mozliwością wyboru czterech algorytmów.
• FIR short
• FIR long
• Bezier/IIR
• Bezier, NOS (non-oversampling)
• Analogowy filtr Phase-Linear Bessele‘a 3-rzedu, przełaczany 60 lub 120 kHz

Dane techniczne
• Zasilanie: 100 – 120 V lub 200 – 240 V, 50 – 60 Hz, 100 Wat
• Spoczynkowy pobór mocy: < 0,5 Wat
• Wymiary: 100 × 320 × 340 mm
• Akcesoria: Pilot zdalnego sterowania, kabel zasilający, kabel USB do ładowania pilota RC
• Kabel USB 2.0 dla DAC, kabel RCA
• Waga: 6,5 kg
• Kolory obudowy: Anodyzowane aluminium (silver), Anodyzowane aluminium (black)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Pół żartem, pół serio śmiało mógłbym napisać, że to nie tak miało być i nie tak się z Angusem Leungiem z WestminsterLab podczas zeszłorocznego Audio Video Show umawialiśmy. Generalnie chodziło bowiem o debiutujące wtenczas, wielce intrygujące a przy tym zaskakująco kompaktowe, jak na deklarowana klasę A, monobloki Rei, które jak łatwo się domyślić wzbudziły nasze żywe zainteresowanie. Pomijając jednak fakt ich niemalże po-prototypowego niemowlęctwa wstępnie zakładaliśmy, iż do kolejnej stołecznej wystawy, wszystko zostanie dopięte na ostatni guzik a parka ww. monosów trafi do nas na testy. Życie jednak pisze własne, niekoniecznie zgodne z naszymi planami, scenariusze. Audio Video Show 2020 się nie odbyło, dzielona amplifikacja, z jeszcze pachnącym fabryką, dedykowanym przedwzmacniaczem Quest dopiero co zawitała do Polski a my odebraliśmy przesyłkę z … niepozornym przewodem USB. Zaskoczenie? Mówiąc najogólniej … totalne, lecz z drugiej strony nic tak nie rozpala emocji i podnosi temperatury dyskusji, jak właśnie kable, w tym cyfrowe, więc nie przedłużając wstępniaka serdecznie zapraszamy na zaaranżowane przez dystrybutora marki – wrocławskie Audio Atelier, spotkanie z pochodzącą z Hong Kongu, łączówką WestminsterLab USB Standard.

Skromność, umiar, elegancja. Tak mniej więcej można opisać naszego dzisiejszego gościa. Zero przepychu, prób zwrócenia na siebie uwagi typowo stereotypową -dalekowschodnią ornamentyką. Ot, zwykłe kartonowe pudełko wyściełane szarą gąbką zabezpieczającą zaskakująco niepozorny przewód pokryty białym, bawełnianym oplotem. Nawet „ubrane” w czarne termorurczki wtyki nie wyglądają na jakieś wyjątkowe, czy nawet złocone. Za jedyny element natury użytkowo – dekoracyjnej można uznać wypolerowaną metalową mufę z logotypem producenta. I tu kolejna niespodzianka, gdyż zamiast dorabiać jakieś kosmiczne teorie Angus Leung mówi wprost – owa „duperelka” co prawda działa antywibracyjnie, lecz wynika to li tylko z jej masy, czyli ma cieszyć oko i poniekąd dociążać dość wiotki i lekki przewód.
Jeśli chodzi o budowę, to jak się z pewnością Państwo domyślacie nawet przez chwilę nie braliśmy pod uwagę możliwości brutalnej wiwisekcji, czy też z racji permanentnego niedowładu służby zdrowia serii prześwietleń RTG, testowanego przewodu. Zatem jedynym źródłem informacji okazał się jak to zwykle bywa sam producent, który zdradził, iż w Standardzie wykorzystano dwa rodzaje autorskich, ręcznie polerowanych i poddawanych procesom kriogenizacji przewodników Autria Alloy – jeden z przewagą (>97%) miedzi a drugi srebra (>95%). Każdy z ww. przewodów pokrywany jest cienką warstwą żywicy epoksydowej a następnie umieszczany w teflonowej rurce. Kolejnym etapem jest skręcanie ze sobą poszczególnych żył sygnałowych, lecz kąt ich skrętu jest zmienny a ponadto uzależniony od finalnej długości przewodu, co doczekało się firmowej nomenklatury, czyli technologii Vari-Twist. W roli ekranu wykorzystano włókno węglowe.

Aby zrozumieć tytułowy przewód warto najpierw na spokojnie „przeklikać” się przez stronę producenta, gdzie powinniśmy odnaleźć pewien nader ciekawy i poniekąd stanowiący klucz do rozwiązania dzisiejszej zagadki cytat autorstwa Dżalala ad-Din Muhammad ar-Rumi, czyli Rumi’ego :

„Prawda była zwierciadłem w rękach Boga.
Ono upadło i rozbiło się na kawałki.

Każdy wziął jakiś kawałek,
spojrzał na niego i myślał,
że ma Prawdę.”

Zbyt niejednoznaczne, metaforyczne i niejasne? Bynajmniej. To wręcz idealny opis naszego hobby i pasji, czyli audio. Proszę tylko spojrzeć na nasz audiofilski wycinek rzeczywistości. Przecież wszystkie te zażarte dyskusje, nieuchronne polaryzacje poglądów i próby udowodnienia, że „białe jest białe, a czarne jest czarne” wynikają właśnie z tkwiącego gdzieś głęboko w naszej (pod)świadomości przeświadczenia, że tylko nasza/moja racja/prawda jest tą jedyną. Tylko nasz osąd, werdykt jest tym właściwym, tylko konkretny producent, bądź nawet my sami majstrując przy kuchennym stole wiemy, gdzie owa prawda leży i jak się do niej, w jedyny właściwy sposób dostać. Jeśli jednak spróbujemy podejść do ww. zagadnienia szerzej i globalnie, bardzo szybko, o ile tylko nie będziemy kurczowo trzymać się własnych wyobrażeń i mniej, bądź bardziej urojonych dogmatów, powinniśmy dojść do wniosku, iż nie dość, że zgodnie z głoszoną przez ks. Józefa Tischnera, zawartą w „Historii filozofii po góralsku”, maksymą trzech prawd („Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”) operujemy li tylko jedną z nich, to jest to w 99.9% przypadków ta … trzecia prawda.
Z kolei WestminsterLab za cel postawił sobie wszystkie te odłamki prawdy złożyć w możliwie kompletną całość. Odtworzyć stan sprzed upadku i wreszcie dać pełen ogląd sytuacji. I proszę, przynajmniej na razie na słowo, uwierzyć, że jeśli mu się to nie udało w 100%, to jest tego celu cholernie bliski.

Po kurtuazyjnym wygrzaniu, dając czas tytułowemu przewodowi na akomodację, dość niestandardowo jak na swoje upodobania, sięgnąłem po współczesną muzykę poważną, która dziwnym zbiegiem okoliczności, wraz z nadejściem kolejnej fali pandemii zaczęła, ujmując rzecz kolokwialnie i wprost, „wchodzić” jak nigdy dotąd. Mowa o dwóch, dość bliskich sobie klimatem, symfonicznych wydawnictwach „New Seasons – Glass, Pärt, Kancheli, Umebayashi” Gidona Kremera i Kremerata Baltica oraz „James Horner: Pas de Deux” rodzeństwa Marii i Hakona Samuelsenów. Czemu? Między innymi ze względu na dowolność i swobodę interpretacji, czyli de facto brak narzucania z góry ustalonych ram, czy też pryzmatu odbioru „Violin Concerto No. 2 – The American Four Seasons” Glassa. To słuchacz sam decyduje, któremu z ośmiu, bądź żeby było łatwiej której z czterech par „ogniw” przypisać konkretną porę roku. Z kolei dzieło maestro Hornera równie zgrabnie wymyka się zaszufladkowaniu, gdyż po pierwsze nie ma nic a nic wspólnego z kojarzonymi z nim superprodukcjami w stylu „Titanica”, czy „AVATAR”, gdyż to pełnokrwista klasyka w dodatku specjalnie pisana pod konkretne instrumentarium – w tym wypadku skrzypce i wiolonczelę wspomagane orkiestrą symfoniczną. Mamy zatem coś nieoczywistego, wymagającego skupienia i dzięki fenomenalnej realizacji na tyle złożonego, wielowątkowego i wieloplanowego, że aby odpowiednio głęboko w strukturę, tkankę muzyczną wejść, wypada oddać temu zajęciu całą swoją atencję. Cóż nam jednak po dobrych chęciach i wysiłkach, gdy sam aparat badawczy, czyli nasz system pod względem czy to rozdzielczości, czy też zdolności do oddania najprzeróżniejszych emocji w muzyce zapisanych bądź to niedomaga, bądź co gorsza, siłowo narzuca nam własną interpretację. A WestminsterLab USB Standard owej maniery nie posiada. Generalnie śmiało możemy założyć, iż nie posiada również własnego charakteru, stając się przez to de facto owym kompletnym lustrem pokazującym odbicie tego, kto się w nim przegląda. Dostajemy zatem prawdę o nagraniu, lecz również, czy tego chcemy, czy nie, również prawdę o naszym własnym systemie.
Dochodzimy w tym momencie do sedna, czyli do tego, czym łączówka WestminsterLab jest a czym nie. Z premedytacją nie użyłem zwrotu „coś robi”, bo sęk w tym, że ona nie robi niczego z tego, co robią „zwykłe” przewody – nie psuje. Warto bowiem mieć świadomość, iż idealnym połączeniem przewodowym jest … jego brak, gdyż każde dodatkowe połączenie li tylko transmitowany sygnał degraduje, a miarą sukcesu jest jak najskuteczniejsza minimalizacja owej degradacji. Powiem więcej WestminsterLab uwalnia potencjał naszego systemu, udrażnia jego arterie i sprawia, że dźwięk się wyswabadza. Wszystko staje się bardziej realne – bardziej namacalne, lecz bynajmniej nie nachalne, wyraźniejsze, lecz nie przerysowane i generalnie prawdziwsze. Chociaż nie, nie prawdziwsze, lecz po prostu prawdziwe. Najłatwiej to zauważyć w domenie dynamiki i to zarówno tej mikro, jak i makro. Znika limitacja prezentacji energii na poziomie elementarnym. Dostajemy pełen jej pakiet, więc od razu uprzedzę, że dobrze by było, jakby i reszta toru była w stanie zrobić z tego pożytek. Szukając analogii na myśl przychodzi mi rodzina japońskich „różowych landrynek”, czyli Furutechów DSS-4.1 i DPS-4 (obecnie w specyfikacji 4.1), które, gdy tylko trafią na urodzajny grunt, znaczy się do systemu, który zdoła przetworzyć bogactwo przekazywanych przez nie informacji do audiofilskiej nirwany będzie zaskakująco blisko.
Co ciekawe, aby owej swobody, powodującego niemalże hiperwentylację „oddechu” doświadczyć wcale nie trzeba zapuszczać się w rejony hollywoodzkich superprodukcji w stylu „Gladiatora”, gdyż wystarczy nawet melancholijny album „Another Bundle of Tantrums” Jasmine Thompson. Tak jak bowiem zdążyłem nadmienić zdolność przekazania energii na poziomie pojedynczego dżula odbywa się już na poziomie molekularnym i bynajmniej nie potrzebujemy do tego iście koncertowych poziomów głośności i przysłowiowej ściany dźwięku. Choć z drugiej strony pokusa, by na własnej skórze poczuć ryk tysięcy gardeł ściśniętego pod sceną tłumu okazała się zbyt silna i koniec końców sięgnąłem po „Hunter’s Moon” Delain a potem poprawiłem klubowym „Live at the Hollywood Palladium” Keitha Richardsa i the X-pensive Winos. I wiecie Państwo co? Może nie uwierzycie, ale WestminsterLab w dość bezpardonowy sposób pokazał, że jednak stara wiara nie rdzewieje i ten relikt przeszłości, znaczy się Keith, ma w sobie więcej ognia i autentycznej energii od większości drącej się do mikrofonów młodzieży. Pomijając fakt, iż były to nad wyraz surowe, czy wręcz siermiężne dźwięki, to uczucie bycia tam i wtedy było na poziomie intensywności, przy której współczesne zabawki VR mogą się schować. Jeśli dodamy do tego zaraźliwą, niepozwalającą nawet na chwilę spokojnego siedzenia motorykę, to jasnym stanie się, że razem z nami, nasze ulubione nagrania przypomną sobie również sąsiedzi. Oczywiście nawet na cywilizowanych, czy wręcz wieczorno-nocnych poziomach głośności wszystko jest doskonale widoczne i słyszalne, jednak bądźmy szczerzy – nie po to kupuje się 771-konnego Mustanga Shelby GT500, żeby wlec się nim po strefach Tempo 30.
Na koniec pozwolę sobie na jeszcze jedną refleksję. W dodatku refleksję, do której doszedłem po jakimś czasie ze zdziwieniem konstatując, iż WestminsterLab USB Standard pomimo odmienianej przez wszystkie przypadki dynamiki, swobody i precyzji wcale tempa nie podkręca i basu nie podbija. Dzieje się wręcz odwrotnie. On całość prezentacji trzyma w stalowym, znaczy się miedziano-srebrnym, uścisku stawiając na liniowość i zróżnicowanie faktur i niuansów, aniżeli „palenie gumy” pod publiczkę, czy „kulturystyczne” robienie „rzeźby”, znaczy się sztuka dla sztuki – bez celu i sensu. A azjatycka łączówka cel przecież ma – dostarczyć nam prawdę. Całą prawdę, niezależnie od tego, jaka by ona nie była.

No dobrze. I cóż z powyższej epistoły wynika? Śmiem twierdzić, że WestminsterLab USB Standard to cholernie dobry, wręcz wybitny przewód i już. Czy dla wszystkich? Szczerze wątpię, gdyż nie każdy lubi, jak zamiast mu kadzić wali się prawdę prosto w oczy. Dlatego też doskonale zdaję sobie sprawę, że na tle bardziej spektakularnie grającej, bardziej „podkręcającej” tempo, bądź wysycającej, upiększającej przekaz konkurencji nasz dzisiejszy bohater może wypaść, przynajmniej początkowo, mało przekonująco. Proszę jednak uwierzyć, że ta wizualna i soniczna mieszanka minimalizmu oraz czystości na dłuższą metę staje się jego największym atutem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– DAC: Brinkmann Audio Nyquist mk2
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Tak prawdę mówiąc, nie trzeba być jakoś szczególnie wiekowym osobnikiem kochającym obcowanie z muzyką, aby pamiętać czasy wyzywania od najgorszych wszystkich piewców jakiejkolwiek ważności okablowania systemów audio w odniesieniu do jakości oferowanego przez nie dźwięku. Oczywiście po latach notorycznego udowadniania, że zasilanie i analogowy przesył sygnału pomiędzy poszczególnymi komponentami słyszalnie wpływa na ich wynik soniczny, rozpalone wówczas, cały czas czekające na kolejnych innowierców stosy, z wielkim trudem ale jakoś powoli wygaszono. Niestety nie na długo, bowiem od jakiegoś czasu rozgorzała kolejna, podobna w założeniach walka. Jednak tym razem batalia przeniosła się na kanwę przesyłu według oponentów odpornych na wszystko, zero-jedynkowych ciągów w kablach LAN, USB i im podobnych. Jak długo potrwa ten spór? Tego nie jestem w stanie określić i tak po prawdzie całkowicie mnie to nie interesuje, czego mimo wiedzy, iż stąpam po cienkim lodzie, dowodem jest testowa przygoda z kolejną cyfrową „łączówką”. Jaką? Jak w tytule, czyli z dystrybuowanym przez stacjonujący we Wrocławiu Art&Voice / Audio Atelier, pochodzącym z Hong Kongu kablem WestminsterLab USB Standard.

Jak prezentują załączone fotografie, nasz bohater nie jest jakoś specjalnie monstrualny. Jednak po analizie odezwy producenta okazuje się, iż powodem takiego stanu rzeczy nie są oszczędności materiałowe, a co za tym idzie finansowe, tylko planowe zaoferowanie kabla w pełni spełniającego swoje zadanie elektryczne, jednak bez zbędnego, często szkodliwego rozbudowywania go w wektorze wizualnej awangardowości. Jeśli chodzi o przewodnik, po wielu testach z najczystszą miedzią, stopami złota, srebra i i wielu innymi dostępnymi na rynku surowcami, firma opracowała swój produkt o nazwie Autria Alloy. W przypadku tytułowego USB Standard mamy do czynienia poddanymi zabiegom kriogenicznym dwoma różnymi żyłami – jedna na bazie ok. 97% miedzi, zaś druga ok. 95% srebra. Co w procesie produkcji wydaje się być istotne, to fakt, że oprócz wspomnianej kriogenizacji każda z zastosowanych w kablu żył solid core najpierw poddawana jest ręcznemu polerowaniu, a następnie dla zabezpieczenia przeciw utlenianiu pokryta cienką warstwą żywicy epoksydowej. Tak przygotowany półprodukt umieszczany jest w wypełnionej powietrzem cienkiej rurce teflonowej. Kolejny krok to firmowe Vari Twist, czyli niejednolite w domenie kąta – skręcanie żył sygnałowych. Następnie ekranowanie plecionką z włókna węglowego. Dzieło wyglądu zewnętrznego zaś wieńczy opalizująca bielą plecionka. Ale to nie koniec istotnych informacji na temat budowy naszego bohatera, bowiem producent w trosce o eliminacje szkodliwych wibracji w okolicy wtyku USB jako masę stabilizacyjną umieścił ciekawą wizualnie bryłkę z logo marki i oznaczeniem modelu. Zaś na czas procesu logistycznego do klienta kabel pakowany jest w zgrabne, wyściełane odpowiednio wyprofilowaną pianką, tekturowe pudełko.

Gdybym miał określić post-konfiguracyjne zmiany wniesione przez tytułowy kabel USB, z przekąsem i do tego w dobrym tego słowa znaczeniu rzekłbym, iż wizualnym rodowodem przesyłanych nim zer i jedynek z dużą dozą prawdopodobieństwa była pisownia cyrylicą. Nie żartuję, bowiem w moim odczuciu ów zapis dosłownie jeden do jeden przekładał się na prezentowane wyniki soniczne testowo skonfigurowanego zestawu. Co to oznaczało? Jak wiadomo, przywołany styl zapisu tekstu i numeracji na tle używanego powszechnie na świecie dialektu arabskiego wizualnie jawi się jako bardzo wyrazisty w domenie krawędzi. I właśnie owa mówiąc kolokwialnie, kanciastość wprost proporcjonalnie – oczywiście jako analogia – odbiła się na rysunku źródeł pozornych. Zebrała dźwięk w sobie, co w bonusie dość wyraźnie oczyściło wirtualne tło ze zbędnych zniekształceń. Dostałem znacznie bardziej czytelny przekaz, co z jednej strony pozwoliło słuchać mi muzyki na znacznie niższych poziomach głośności, z takim samym odbiorem pakietu informacji, a z drugiej dzięki zmniejszeniu szkodliwych zniekształceń w przypadku chęci wirtualnego przeniesienia się na słuchany w danym momencie koncert, bez problemów jakościowych podkręcić gałkę głośności. Co istotne, to wszystko nie odbywało się kosztem odchudzenia lub podniesienia tonacji dobiegającej do mnie muzyki. Sprawdziłem to bardzo dokładnie przy pomocy naprawdę mocnych pozycji płytowych z repertuaru Jordi Savalla typu „El Cant de la Sibil.la”. Głos jego niestety już nieżyjącej zony Monserrat Figueras nie stracił nic a nic na swoim wyrazistym, przez to świetnie wybrzmiewającym w goszczącym muzyków klasztorze body, a dzięki zdjęciu z całości prezentacji przysłowiowej mgiełki wokół instrumentarium, jeszcze bardziej w sferze realności mogłem napawać się fenomenalnie wykorzystanym przez realizatora, przecież będącym naturalnym wzmacniaczem emocji tego typu produkcji, wszechobecnym, jednak nie przerysowanym echem. Podobna sytuacja miała miejsce w nurtach około jazzowych, a w szczególności w twórczości zespołów grających tak zwaną ciszą typu choćby RGG w kompilacji „Szymanowski”. Podczas słuchania tego krążka słowem kluczem była pozbawiona nadinterpretacji transparentność dźwięku, co świetnie oddawało artyzm współpracy dostojnego fortepianu z na równi traktującym struny i pudło rezonansowe kontrabasem, a wszystko na tle wszechobecnych perkusjonaliów. A jak z ciężkim rockiem? Jak to jak. Normalnie, czyli również umiejętnie uzdrawiająco tego typu, zazwyczaj słabo zrealizowane masteringi. Czy to Metallica, Slayer, czy AC/DC zawsze delikatne zdjęcie mgiełki robiło więcej dobrego niż złego. Powód? Już wspominałem, lepsza konturowość przekazu z unikaniem odchudzenia. Niestety to nie zawsze idzie w parze, dlatego też za potwierdzenie zapowiedzi producenta osobistą próbą przy użyciu wymagającego materiału muzycznego składam mu w pełni zasłużone gratulacje.

Komu poleciłbym tytułowy kabelek? Nie wiem, jak to odbierzecie, ale nie widzę przeciwwskazań praktycznie dla nikogo. Przecież poprawa konturowości dźwięku bez windowania jego tonacji w górę nikomu nie powinna zaszkodzić. Jeśli jednak jakimś dziwnym trafem tak się stanie, nie winiłbym za to WestminsterLab USB Standard, tylko zastany zestaw, który pozorną estetykę analogowości, tudzież nasycenia osiągał zwyczajnym zamulaniem go przez dotychczas wykorzystywaną łączówkę. Oczywiście zdają sobie sprawę, iż potencjalni beneficjenci takiego wyniku będą walczyć jak lwy, że problem ma inne podłoże. Jednak zapewniam Was, leczenie dżumy cholerą, czyli zagęszczenie zbyt lekkiego dźwięku gęstym kablem prędzej, czy później wyjdzie na jaw, a będący punktem zapalnym naszego spotkania kabel z Hong Kongu jest jednym z pierwszych, który potrafi to wytknąć.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0 , Melco N1Z/2EX-H60
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audio Atelier
Cena: 1390 € / 1m; 1890 €/1,5m; 2390€/2m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jeszcze do niedawna, niezbędna w rozbudowanych systemach audio wielogniazdkowa listwa zasilająca miała jedno zasadnicze zadanie, jakim było zapewnienie im dopływu życiodajnej energii elektrycznej. Czy ostatnimi czasy coś w tej materii się zmieniły? I tak i nie. Nie, gdyż nadal rozprawiamy o kolokwialnie mówiąc, pospolitej złodziejce, bez której nie nakarmimy swojej dobieranej przez lata z pietyzmem, wielourządzeniowej układanki stosownym zastrzykiem elektronów. Natomiast tak, gdyż nadeszły trudne dla audiofila czasy masakrycznie zaśmieconej wszelkimi zasilaczami impulsowymi i innymi generatorami sieciowych tętnień – lodówki i im podobne ułatwiacze codziennego życia, linii zasilającej w naszych domostwach, już na starcie rzucając systemowi przekładające się na gorszą jakość oferowanego dźwięku, przysłowiowe kłody pod nogi. Jest na to jakaś rada? Naturalnie. Zastosowanie w listwie kilku gniazd z sekcją filtracyjną, do których podłączamy najbardziej czułe na tego typu artefakty, lub generujące je komponenty, chroniąc w ten sposób te wrażliwe wpięte obok. Jakiś przykład? Proszę bardzo. Choćby tytułowy tandem, czyli listwa zasilająca angielskiej marki Atlas wraz z dedykowanym, firmowym kablem, ukrywające się pod handlowymi nazwami Eos Modular 4.0 3F3U + Eos 4dd, których wizytę w naszych progach zawdzięczamy stacjonującemu w Białymstoku dystrybutorowi Rafko.

Tytułowy „rozgałęziacz” jest sześciogniazdkowym, w kwestii wykonania korpusu w głównej mierze stalowym, podłużnym prostopadłościanem. Wspomniany stop żelaza i węgla jak można się domyślić, ma dwa zasadnicze działania. Pierwszym jest ekranowanie własnych trzewi, jakimi są połączenia kablowe pomiędzy gniazdkami i zastosowany w tym modelu układ filtrów. Zaś drugim, bardzo pożądana podczas wpinania wielu ostatnimi czasy sztywnych i ciężkich kabli sieciowych, ułatwiająca stabilizację całości na podłożu masa. Na górnej płaszczyźnie tej swoistej kuwety zaimplementowano 6 złoconych gniazd, z czego jak wspomniałem, trzy zaopatrzono w filtrację uodparniającą odbiorniki na potencjalne zakłócenia. Jeśli chodzi o wewnętrzne okablowanie naszego rozgałęziacza, nie jest to zwykły drut ze szpuli rodem z supermarketu budowlanego, tylko półprodukt wykorzystywany do produkcji znajdującego się w portfolio marki i co istotne dostarczonego do testu jako współpartner w teście, kabla zasilającego Atlas Eos 4dd. Wieńcząc dzieło opisu listwy istotnym, co ważne, w pełni zamierzonym zabiegiem minimalizacji zakłóceń wewnątrz niej samej są oprócz firmowej topologii połączenia gniazd SSD (Sequential Socket Gecoupling), dodatkowo rezygnacja producenta z zastosowania diod informujących użytkownika o prawidłowej polaryzacji wykorzystywanych gniazd i rezygnacja z ostatnimi czasy modnego u konkurencji głównego włącznika. Za to tuż obok gniazda IEC dla kabla dostarczającego energię ze ściany dostajemy do dyspozycji uważany przez japoński rynek audio jako pewnego rodzaju aksjomat w zestawach audio, pozwalający pozbyć się częstych problemów z pętlą masy systemu zacisk uziemienia.
Kreśląc kilka zdań o wspierającej rozgałęźnik sieciówce Eos 4dd spieszę donieść, iż jako przewodnik wykorzystuje trzy żyły multicore z miedzi OFC o przekroju 4 mm² każda. Ich przebieg izoluje teflon (PTFE), zaś do ekranowania całości posłużono się folią mylarową w technologii dual drain – stąd sygnatura dd w nazwie. Tak ubrane przewodniki w dalszej kolejności okryto przędzą, potem warstwą dielektryka PVC, by na koniec otulić całość mieniącą się połyskującym granatem tekstylną plecionką. Jeśli chodzi o konfekcję przyłączeniową, ta jest opracowaniem firmowym na bazie czarnego poliwęglanu i rodowanych wtyków.

Pewnie nikogo nie zaskoczę, gdy wygłoszę tezę, iż najlepsza listwa, to taka, której podpięty do niej zestaw audio praktycznie nie zauważy, czyli nie zmieni sznytu grania w stosunku do wpięcia go w przysłowiową ścianę. To oczywiście jest trącające o zestaw pobożnych życzeń, zazwyczaj utopijne założenie każdego producenta, gdyż jak wiadomo, chęci swoje, a życie swoje. Dlatego też wielu melomanów na bazie życiowych doświadczeń różnych wyników sonicznych w zależności od producenta, podchodząc podobnie jak do tematu okablowania, próbuje stroić swoje zestawy już na poziomie wielogniazdkowego dawcy życiodajnej energii. To źle? Naturalnie, że nie, bowiem jeśli zmiany słychać, to dlaczego nie zaprząc ich do dobrze wykonywanej pracy. Jak zatem na tle powyższego wywodu wypada wspomagana przez firmowy kabel sieciowy bohaterka testu? Powiem szczerze, że bardzo ciekawie. Po pierwsze w towarzystwie moich komponentów nie szła drogą większości tego typu akcesoriów, lekkiej utraty kontroli nad krawędziami i gęstością nasycenia generowanego przez system świata muzyki. To zaś oznacza, że nie oferowała dodatkowej szczypty body, nie fundowała przygaszania światła na wirtualnej scenie i po raz trzeci nie fundowała przekazowi muzycznemu rozmycia rysującej go kreski, tylko co w moim odczuciu zaliczyłbym do plusów, bez popadania w anoreksję przyjemnie zebrała dźwięk w sobie.
To naturalnie poskutkowało fajnym zwiększeniem ilości nadal nieinwazyjnych wysokich tonów, a w szczególności ich blasku, w każdej opowieści muzycznej i nieco twardszym operowaniem teraz wyraźniej rysowanych zjawisk muzycznych w najniższych rejestrach. Jednak jak to zwykle bywa, zawsze zderzamy się z tak zwaną sytuacją coś za coś. Niestety kosztem dobitniejszego pokazania muzyki okazało się być lekkie przesunięcie ważności rozgrywających się na scenie zjawisk na korzyść pierwszych planów, czyli kolokwialnie mówiąc głębia sceny nieco maleje. Jednak uspokajam, każdorazowe wyraźniejsze podanie muzyki jako całość, a tak odebrałem ingerencję listwy, w pierwszym odczuciu zazwyczaj skutkuje jakby utratą czytelności najdalej usytuowanych muzyków. Jednak to tylko efekt pierwszego zderzenia z taką prezentacją, gdyż po kilkupłytowej akomodacji okazuje się, że skutek jest taki, jak gdybyśmy przesiedli się do pierwszego rzędu, z którego artyści występujący tuż przed nami lekko przysłaniają swoich kolegów za plecami. Oczywiście niezłośliwie, albowiem tylko jako skutek otaczających nas praw fizyki, jednak dla wielu taka prezentacja może być niekomfortowa. Ale zaznaczam, niekomfortowa, bo inna niż oczekujemy, nie oznacza ze startu, że zła. To są pozwalające nam z przyjemnością obcować z muzyką wybory i gdy nam być może to zawadza, ktoś inny będzie wychwalać to pod niebiosa, nie mówiąc już o tak prozaicznej sprawie, jak nie do końca z góry dająca się określić reakcja na owe zjawisko naszego zestawu. Zatem zanim powiesicie na opiniowanej listwie Atlas Eos Modular 3F3U z kablem zasilającym Atlas Eos 4dd tak zwane psy, zalecam osobistą próbę na żywym organizmie. Powód? Przecież nie od dzisiaj wiadomo, o czym notabene przed momentem wspomniałem, iż wyniki wydawałoby się nawet najbardziej przewidywalnych konfiguracji sprzętowych zawsze obciążone są wieloma niewiadomymi, dlatego ferowanie przedwczesnych wyroków w naszej zabawie jest passe.
Powoli zbliżając się ku końcowi i będąc solidnym w swojej relacji, do wiadomości zainteresowanych muszę podać, iż owe ratujące nas przed szkodliwymi skutkami zaśmieconej sieci elektrycznej gniazda filtrowane najlepiej sprawdzały się u mnie przy wykorzystaniu ich do urządzeń opartych o zasilanie impulsowe typu reclocker. Finalny dźwięk dzięki temu nie cierpiał i przy okazji wywoływane przezeń tętnienia i szumy nie szkodziły sąsiednim komponentom. Sprawa reszty odbiorników była nieco inna. Otóż nie wszystkie, ale czasem po wykorzystaniu gniazda z filtrem niektórym dawały się we znaki minimalne ograniczenia dynamiki. To było jakby ugładzenie sygnału, co oczywiście po kilku utworach odchodziło w niebyt, jednak dla spokojności ducha nie mogę o tym nie wspomnieć. Ogólnie muzyka stawała się jakby mniej zadziorna, ale nigdy zduszona. Dlatego bez względu na Wasze wstępne próby z filtracją zalecam skonfrontować je z sekcją owej filtracji pozbawioną.

Nie wiem, czy opisywany powyżej angielski zestaw zasilający dla lubiących czysty prąd urządzeń audio – listwa plus kabel sieciowy marki Atlas – będzie tym idealnym dla każdego. Mimo to, na bazie wieloletnich doświadczeń w tej materii śmiem snuć przypuszczenia, że jeśli nie przedobrzyliście z konturowością swojego systemu, wpięcie go w nasz tytułowy rozgałęziacz przyniesie wiele dobrego. To znaczy? Plusy już padły. Zwarcie i świetne napowietrzenie przekazu, czego w wiernie oddającej zamierzenia artystów układance audio nigdy z wiele. To jedna strona medalu. Drugą jest reszta populacji audiofilów i melomanów, którzy popełniając w konfiguracyjnej drodze kilka drobnych błędów typu zbytnia otyłość słuchanej muzyki, teraz może jednym ruchem je skorygować. Czy udanie, tego nie jestem w stanie zagwarantować. Jedno co mogę, to zachęcić do prób, gdyż na bazie bezkresnej oferty światowej to jest naprawdę bardzo ciekawa i stosunkowo niedroga listwa sieciowa.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Rafko
Ceny
Atlas Eos Modular 4.0 3F3U: 4 295 PLN
Atlas Eos 4dd: 1 895 PLN
Dane techniczne
Atlas Eos 4dd
– pojemność: 95.09 pF/m
– induktancja: 0.566 µH/m
– rezystancja: 0.0045 Ohm/m
– średnica zewnętrzna: 11.2mm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Copland prezentuje swój najnowszy wzmacniacz zintegrowany – model CSA 150. To wysokiej klasy konstrukcja hybrydowa, która podobnie jak już znany CSA 100 została opracowana w oparciu o metodę synektyczną. Urządzenie łączy zalety wzmacniaczy lampowych oraz tranzystorowych i zapewnia wysokiej jakości dźwięk.

U podstaw niesamowitych możliwości modelu CSA 150 leży stopień półprzewodnikowy z prądowym sprzężeniem zwrotnym stopnia mocy. Układ ten zapewnia moc 2 × 150 W i wzmacnia sygnały dostarczane z przedwzmacniacza opartego na podwójnej triodzie realizującej wzmocnienie napięciowe.

Zastosowany w urządzeniu stopień lampowy został stworzony z myślą o odsłuchu studyjnym i wyróżnia się niesamowitą efektywnością. Zasilana wysokim napięciem podwójna trioda zapewnia maksymalną liniowość i pozwala cieszyć się ciepłym, niezwykle barwnym dźwiękiem. Dzięki temu rozwiązaniu dźwięk jest żywy, przestrzenny i dynamiczny, co szczególnie trudno uzyskać w przypadku wzmacniaczy korzystających z techniki półprzewodnikowej.

Projektanci wykorzystali także układ MOS-FET, który będąc stopniem mocy zapewn