Opinia 1
Pomijając raczej sporadycznie, lub jedynie dla tzw. „beki”, zaglądające na nasze łamy jednostki, dla których zakupiony sprzęt audio wystarczy wypakować, ustawić w dość przypadkowym, akurat wolnym miejscu i spiąć załączonym przez producenta okablowaniem, większość nieco bardziej świadomych audiofilów wcześniej, bądź później osiąga stan względnego zadowolenia. Względnego, gdyż niby wszystko jest OK. i przynajmniej teoretycznie niespecjalnie chcieliby żonglować już posiadanymi komponentami, jednak doskonale zdają sobie sprawę, iż co nieco da się z drzemiącego w nim potencjału wyzwolić. Dlatego też co i rusz zerkają w kierunku dedykowanych złotouchym akcesoriom. I właśnie owymi dopieszczaczami, stanowiących przysłowiowe oczko w głowie, ołtarzyków przyjdzie nam się w ramach niniejszego spotkania zająć a uczynimy to z tym większym entuzjazmem, iż będzie to również oficjalny debiut rodzimego, bydgoskiego projektu Graphite Audio. Żeby jednak nie było za łatwo, niezbyt, bądź jak kto woli mniej kontrowersyjne, stożki antywibracyjne IC-35 zostawimy sobie na osobną recenzję a w pierwszej kolejności zajmiemy się podstawkami pod kolumny ISSB-40 i zdecydowanie silniej polaryzującymi opinię publiczną podstawkami/stojakami pod … przewody CIS-35.
Uprzedzając nieco fakty i uchylając rąbka tajemnicy odnośnie wpływu naszych dzisiejszych bohaterów na walory soniczne systemów w których zostały zaaplikowane, jak i z racji ich pełnej zgodności oraz powtarzalności materiałowo – konstrukcyjnej, pozwolę sobie zarówno w części poświęconej ich aparycji, jak i brzmieniu opisywać je razem. Oczywiście wygląd i zastosowanie każdego z ww. akcesoriów jest inne, więc przynajmniej te detale potraktuję osobno. Od strony materiałowej mamy zatem do czynienia z autorską mieszanką grafitu i posługując się firmową nomenklaturą „wyrafinowanego i rewolucyjnego polimeru o unikalnych właściwościach antywibracyjnych i tłumiących”. Przynajmniej na papierze wygląda to całkiem nieźle, tym bardziej , że o ile mnie pamięć nie myli do tej pory, z wyjątkiem Boosterów Furutecha, nie dane nam było w kontrolowanych warunkach „pobawić” się akcesoriami mogącymi pochwalić się tak unikalnym budulcem. Wszystkie bydgoskie akcesoria dostarczane są w eleganckich pudełkach wykonanych z grubej czarnej tektury wypełnionych przyciętą na wymiar sztywną białą pianką zapobiegającą ewentualnym uszkodzeniom zawartości podczas trudów podróży. Każdy set jest numerowany i dodatkowo zabezpieczony stosowną plombą. ISSB-40 oferowane są w zestawach po osiem a CIS-35 po cztery sztuki.
ISSB-40 – Isolation Speaker Spike Bases vel podstawki pod kolce kolumnowe swą aparycją niewiele odbiegają od rynkowych standardów. Ot klasyczne, niezbyt wysokie talerzyki z wyżłobionym stożkowatym lejem, w którym ląduje ww. kolumnowy kolec. Z kolei CIS-35, czyli Cable Isolation Stands a po naszemu podstawki pod przewody, to dość „nisko cięte” walce o wyżłobionych „wierzchołkach” umożliwiających „wygodne” ułożenie w powstałych nieckach przewodów. I w tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję natury użytkowej, bowiem materiał z jakiego wykonane są ww. „duperelki” nie dość, że dość lekki, odznacza się również sporą gładkością, więc oba rodzaje podstawek dość swobodnie przesuwają po płaskich powierzchniach, co o ile przy ISSB-40 szalenie ułatwia precyzyjne pozycjonowanie kolumn, to już w przypadku CIS-35 w połączeniu niezbyt skorym do współpracy – poddającym się woli użytkownika okablowaniem, może stanowić pewien problem. Całe szczęście zarówno moje dyżurne Vermöuthy, jak i od czasu do czasu odkurzane Hydry Signal Projects są dość spolegliwe, więc nawet na parkiecie nie miałem większych problemów z zapanowaniem nad ich przebiegiem podczas aplikacji podstawek Graphite Audio.
Przechodząc do części poświęconej walorom brzmieniowym Graphite’ów prawdę mówiąc nie miałem bladego pojęcia czego się po nich spodziewać. Klasyczna carte blanche zarówno jeśli chodzi o moje własne oczekiwania, jak i podprogowe sugestie płynące od osób trzecich, czyli mniej bądź bardziej burzliwe internetowe dysputy (plucie jadem i ekstatyczne pokrzykiwania internetowych trolli, że żadne akcesoria nie mają prawa działać, bo nikt tego w szkole ich nie uczył litościwie pominę). Jedyne czego byłem świadom, to faktu, że gdziekolwiek Szymon Rutkowski – właściciel i założyciel Graphite Audio swoje „sample” wysyłał, to każdorazowo dostawał wyjątkowo pozytywny feedback poparty konkretnym zamówieniem oraz grafikiem dalszych dostaw. I to wszystko przy praktycznie zerowej promocji. Znaczy się coś musiało być narzeczy.
No to cóż miałem począć? Po dłuższej chwili poświęconej na „macanki” i sesję zdjęciową przyszła pora na odrobinę crossfitu, czyli aplikację ISSB-40 pod moimi Contourami, co wbrew pozorom nie było takie oczywiste, gdyż z racji używania ich na co dzień w zestawie z dedykowanymi im kwarcowymi platformami Base Audio przesiadka na „podłogę” oznaczała ewidentny regres, czyli w telegraficznym skrócie nader bolesną redukcję wolumenu generowanych przez Dynaudio dźwięków, osłabienie rozdzielczości i na dodatek motoryki przekazu. Dlatego też po chwili zastanowienia uznałem, że takie porównanie niczego o Graphite’ach nie powie, zatem kolumny wróciły na swoje miejsce a ISSB-40 zastąpiły standardowo wykorzystywane przez Base Audio mosiężne podstawki Acoustic Revive SPU-8. I …? I Dynki zgrały inaczej a słyszalna zmiana była na tyle ewidentna, że początkowo musiałem się z nią oswoić, by z biegiem czasu, gdy pierwsze emocje nieco opadły, spróbować je skategoryzować jako progres, bądź też regres. I wiecie Państwo co? Im dłużej ich słuchałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że taka zerojedynkowa ocena w ich przypadku będzie po prostu niemożliwa z racji … mojego subiektywizmu oraz przyzwyczajeń. Ba, koniec końców doszedłem do punktu krytycznego, w którym najchętniej dysponowałbym dwoma kompletami podstawek i w zależności od odsłuchiwanego materiału – jego jakości i przynależności repertuarowej, czy wręcz chwilowego kaprysu, sięgałbym po jedne bądź drugie. O ile bowiem Acoustic Revive SPU-8 stawiają na homogeniczność, wypełnienie i barwę w jej nieco ciemniejszej odmianie o tyle Graphite Audio ISSB-40 w sposób iście zjawiskowy energetyzują górę i środek pasma przy jednoczesnym dyscyplinowaniu basu. Żeby jednak była jasność – dyscyplinowaniu, nie odchudzaniu, gdyż tak jak nadmieniłem przed chwilą odczuwalny ładunek energetyczny z Grphite’ami wzrasta, w sposób porównywalny do „wchodzenia na wyższe obroty”, czy też wybrania trybu sportowego w turladełkach takową opcją dysponujących. W porównaniu do SPU-8 zmalał z kolei udział pierwiastka romantyczności, co np. przy nieco szeleszczącej na „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni było powrotem do prawdy, choć doskonale zdaję sobie sprawę, iż część z odbiorców świadomie, bądź nie, wybierze opcję mniej realistyczną lecz za to ładniejszą – bezpieczniejszą. Z Graphite’mi słychać bowiem nie tylko więcej, ale i lepiej, przez co wszelakiej maści podkreślenia sybilantów, czy wręcz niedostatki wokalno-warsztatowe, które bez trudu u byłej Pani Prezydentowej można zauważyć, stają się oczywistą oczywistością i albo się na nie godzimy, albo sięgamy po krążek wokalistki, która z podobnymi problemami się nie boryka. Warto w tym momencie podkreślić, że ISSB-40 nawet w najmniejszym stopniu nie piętnują i ostentacyjnie nie wytykają błędów i potknięć, lecz również ich nie próbują naprawiać lub ukrywać. Oferują bowiem wszystko takim, jakim zostało zagrane i nagrane, trzymając się faktów, ewentualną ich (nad)interpretację pozostawiając odbiorcy. Za to z repertuarem, z którym wszystko jest OK. otwierają przed słuchaczem wręcz nieograniczone pole do popisu jeśli chodzi o wyłapywanie wszelakiej maści smaczków i niuansów, bądź nawet prozaiczne śledzenie partii poszczególnych instrumentów. Jeśli jednak ktoś w tym momencie zachodziłby w głowę, czy owa, oparta na wyśmienitej rozdzielczości prawdomówność, nie rzutuje na emocjonalny aspekt obcowania z muzyką nieco ją „wyjaławiając”, to proponuję sięgnąć po ścieżkę dźwiękową do „Schindler’s List” Johna Williamsa i śmiem twierdzić, że już temat przewodni powinien być wystarczającym powodem do zaprzestania zaprzątania sobie głowy takimi dylematami. Jest to bowiem niezwykle przejmujący i na „dzień dobry” ustawiający słuchacza/widza utwór, który można zagrać po prostu „prawdziwie”, jak to zrobiły Graphite’y, bądź melodramatycznie, jak część stawiających na przesadną artykulację akcesoriów, jakich nie sposób nie zauważyć na rynku.
Z CIS-35 nijakich problemów natury aplikacyjnej całe szczęście już nie miałem, więc przeniesienie dyżurnego okablowania z jesionowego parkietu na polimerowo-grafitowe słupki dość drastycznie ukazało skalę zachodzących zmian. O ile jednak ich charakter był w pełni zgodny z tym, co pokazały ISSB-40, to wynikająca z poziomu punktu odniesienia różnica w ich intensywności była po prostu zaskakująca. Poprawa rozdzielczości i mikrodynamiki, szczególnie na przełomie średnicy i wysokich tonów pozwoliła zbliżyć się Vermöuthom do poziomu tak poważnych graczy , jak daleko nie szukając in-akustik Reference LS-2404 Pure Silver, czy Kimbery KS 6065. Tylko proszę czytać uważnie i ze zrozumieniem – „zbliżyć się” bynajmniej nie oznacza osiągnąć, więc mierząc siły na zamiary, o ile tylko szkoła brzmienia ww. punktów odniesienia jest Państwu bliska, to aplikacja Graphite’ów będzie z pewnością krokiem w dobrą stronę. Gęste, patetyczne orkiestracje ze „Star Wars: The Rise of Skywalker” Johna Williamsa wypadły wręcz wybornie – z niezwykle sugestywnym rozmachem i ogromem otaczającego potężny aparat wykonawczy powietrza. Ponadto równoczesna aplikacja obu kompletów „bydgoskich specjałów” sprawiła, iż osiągnąłem w swoim systemie maksymalny akceptowalny poziom bezpośredniości i realizmu, który pozwalał na w pełni komfortowe wielogodzinne odsłuchy, co też poniekąd było powodem, dla którego IC-35 pojawią się dopiero w kolejnym odcinku.
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym i ich nie próbował dokooptować do ww. rodzeństwa, lecz uzyskany efekt zbytnio zbliżył estetykę mojej misternej układanki do stereotypowo samplerowej, gdzie ilość informacji i ich granulacja, przy jednoczesnym podkreśleniu każdego niuansu sprawia pojawienie się zbytniej analityczności i przeprowadzkę z operowych desek na prosektoryjny stół. Co prawda znam takich, którzy za takim brzmieniem gonią, jednak osobiście szpitalne klimaty wolę konsumować w postaci płynnej, sygnowanej przez Laphroaig Distillery i podawanej w Glencairn Glass a nie muzycznej. Dlatego też, zgodnie z maksymą Primum non nocere, aplikując akcesoria Graphite Audio czyńcie to Państwo z głową.
Niemniej jednak uczciwie trzeba przyznać, że ISSB-40 i CIS-35 Graphite Audio robią kawał dobrej roboty i czy to razem, czy osobno potrafią nie tyle wnieść, co uwolnić wiele dobrego z drzemiącego w naszym systemie potencjału. Nie majstrują przy tym przy barwie, nie wysuszają i nie odchudzają przekazu, lecz również nie rozdmuchują źródeł pozornych i co najważniejsze nie mulą. Mówiąc zatem wprost one nie „robią dźwięku” na nowo, nie przepisują partytur tworząc własne interpretacje i wariacje na ich temat, lecz sięgają sedna, sięgają źródeł prawdy i podają efekt swoich eksploracji w nienaruszonej, dziewiczej i nieskalanej formie. Jeśli zatem jesteście Państwo ciekawi, ile jeszcze niewykorzystanych zasobów posiada Wasz system sięgnijcie po któreś z powyżej opisanych akcesoriów i sami się przekonajcie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– DAC: Gryphon Audio Kalliope
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R); Atlas Eos Modular 4.0 3F3U & Eos 4dd
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Próbując napisać jakieś sensowne wprowadzenie do dzisiejszego spotkania, przejrzałem w spokoju ostatni rok naszej działalności i przyznam szczerze, że lekko się zarumieniłem. Powodem jest pewnego rodzaju zapętlenie się wokół elektroniki przekładanej różnego rodzaju okablowaniem, przy całkowitym pomijaniu bodajże od czerwca zeszłego roku tematów akcesoriów antywibracyjnych. A przecież walka ze szkodliwymi skutkami braku odseparowania czy to komponentów audio, czy kolumn głośnikowych od niestabilnego podłoża jest wręcz audiofilskim abecadłem. Naturalnie opisana sytuacja jest trochę skutkiem braku propozycji ze strony dystrybutorów, jednak przyznaję się bez bicia, że chcąc wziąć na recenzencki tapet jakieś podstawki, stopki, tudzież absorbery, jako feedback rozmów mamy ofertę ciekawego odtwarzacza cd lub wzmacniacza, przez co temat akcesoriów stabilizujących go na szafce lub innym potencjalnym podłożu w sobie tylko znany sposób, mimo niebagatelnej ważności ulega dewaluacji. Na szczęście co jakiś czas tym niepozornym atrybutom zaawansowanego melomana udaje się pokonać największe przeciwności losu, czego idealnym potwierdzeniem będzie poniższa epistoła na temat podkładek pod kolce kolumnowe ISBB-40 i podstawek pod kable głośnikowe CIS-35, dostarczonych przez polskiego producenta Graphite Audio.
Niestety z uwagi na z pozoru dość prostą konstrukcję tytułowych akcesoriów ten akapit nie będzie przypominał znanego nam ze szkoły tasiemca „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Dlatego też bazując na zdawkowych informacjach producenta, dodatkowo biorąc pod uwagę nazwę marki, jedno jest pewne, jednym z wykorzystanych do wyprodukowania rzeczonych bojowników o stabilność naszych zabawek, surowcem jest grafit. Ale to nie koniec istotnych informacji, bowiem jak na swojej stronie twierdzi pomysłodawca tego patentu na działalność gospodarczą, wspomniany grafit jest jedynie niewielkim dodatkiem do będącego głównym budulcem tytułowych podstawek polimeru. W jakich proporcjach? Niestety to już słodka tajemnica działu badawczego grupy Graphite Audio. Szkoda? Być może dla domorosłych mądralów klecących na kolanie rozmaite klony podobnych, będących wynikiem czasem czasochłonnych, a przez to bardzo kosztownych testów, produktów, tak. Dla mnie jednak nie ma to najmniejszego znaczenia, bowiem jeśli ktoś poświęcił na jakiś projekt swój czas, do tego jego wpływ na finalne brzmienie systemu jest nie tylko ewidentny, ale dodatkowo pozytywny, nie mam najmniejszego problemu podziękować mu za włożony trud i zapłacić za to należną dywidendę w postaci zakupu. Wieńcząc tę część testu jakimiś dodatkowymi informacjami na temat opiniowanych zabawek, dodam jedynie, że w przypadku podkładek pod kolumny mamy do czynienia z niedużymi krążkami z wydrążonymi w ich centrum stabilizującymi kolec kolumny zagłębieniami, zaś podstawek pod kable głośnikowe z niezbyt wysokimi walcami z półkolistym wyżłobieniem w górnej części jako łoże dla stabilizowanego przewodu. Tak prezentująca się oferta całej serii tytułowych akcesoriów pakowana jest w zgrabne, do tego przyjemnie nie tylko wzrokowo, ale również jakościowo, wyściełane profilowaną pianką, oczywiście mieniące się kolorem ciemnego grafitu pudełka.
Rozpoczynając opis wpływu naszych bohaterek na zastany system audio, podjąłem decyzję, iż z uwagi na analogiczne działanie tak podkładek pod kolumny, jak i pod ich okablowanie, ich działanie opiszę w jednym akapicie. Jednak aby być szczerym, na wstępie nie mogę pominąć faktu, iż powielanie opisanych poniżej aspektów z każdym dołożeniem kolejnego produktu wzmacnia końcowy efekt soniczny. Dlatego też podczas zabaw na własnym podwórku zalecam stosowanie ich w sposób progresywny, gdyż zbyt duża ilość produktów Graphite Audio w torze na raz może zaburzyć odbiór niesionego przez nie antywibracyjnego dobra, o którym napiszę co nieco poniżej.
Dla osobników zainteresowanych zastosowaniem tytułowych produktów mam dobre wieści. Otóż bez względu jak bardzo populistycznie to zabrzmi, tytułowe produkty w swym działaniu są wyśmienite. Ich oferta brzmieniowa opiera się na fenomenalnie zebranym w sobie dźwięku, przy braku strat w jego gęstości w środku pasma. Co oznacza fraza „dźwięk zebrany w sobie”? Po pierwsze poprawia się ostrość kreski rysującej źródła pozorne, co wprost proporcjonalnie przekłada się na konturowość najniższych rejestrów, a po drugie w tym samym pakiecie wysokie rejestry nagle wybuchają pełną witalności, jednak bez oznak ostrości, aurą zjawiskowej informacyjności. Myślicie, że to żadna nowość, bo tak potrafi wiele produktów konkurencji? Bynajmniej, gdyż przy zazwyczaj szkodliwym wpływie konturowania dźwięku przywołanych sparingpartnerów naszego bohatera na propagację często odchudzonej wówczas średnicy, po aplikacji Graphite Audio nic takiego nie ma miejsca. Środek nadal pozostaje soczysty i rozdzielczy, a jedyne co ulega wyraźnej zmianie, to jakby zamieniona w dodatkową energię źródeł pozornych ich wcześniej lekko nieprecyzyjna aura. Tłumacząc z polskiego na nasze, dotychczasowa dość gruba kreska i pewnego rodzaju rozmycie wirtualnych bytów zamieniane jest w pulsacyjną krągłość ich wybrzmiewania. Dźwięk zwyczajnie mocniej tętni, co z automatu sprawia przysłowiowe bezwarunkowe dyganie nóżką bez wiedzy jej właściciela. Nie odczuwamy szkodliwej natarczywości, a jedynie zdjęcie z przekazu muzycznego pewnego rodzaju woalki. Muzyka zaczyna brzmieć z lepszym timingiem i swobodą. To jest na tyle z jednej strony delikatne, a z drugiej wyraziste, że mimo dla przykładu, już startowego, dodam, że fajnego grania kolumn Vienna Acoustics Liszt podczas procesu testowego, dodatkowa aplikacja podkładek pod ich kolce ani odrobiny nie przerysowała wspomnianego, świetnego, bo opartego o muzykalność tych skrzynek odbioru. Było dosadniej w estetyce wyrazistości, jednak nadal w domenie ciepła i krągłości. I nie miał znaczenia słuchany repertuar, gdyż w muzyce rockowej i elektronice działanie polskiej myśli technicznej podkreślało będącą domeną tego rodzaju twórczości wyrazistość tonalną, natomiast w eterycznym jazzie i muzyce dawnej bardzo nabierała na znaczeniu będąca clou tego rodzaju muzy, teraz niezaburzona jakąkolwiek nieczytelnością otaczającego ją tła, witalność dźwięku.
Wyjaśniając ten nieco zagmatwany wywód, mam na myśli sytuację, w której zasiadając do obcowania z muzyką, odnosimy wrażenie, że wypełniające nasz pokój powietrze jest znacznie czystsze niż zazwyczaj, naśladując coś na kształt momentu po opadzie mokrego śniegu niwelującego wszechobecny ostatnimi czasy smog. Przesadzam? Nie wierzycie, sprawdźcie sami. Ja więcej słodzić nie zamierzam. Ale uwaga. Jak wspominałem, powielanie wyżej wymienionych produktów w swoim systemie może nie wprost proporcjonalnie, ale z pewnością dość skokowo zwiększa uzyskane wyniki, przez co wyraźnie zyskuje lotność dźwięku. Oczywiście końcowy efekt takich ruchów zależeć będzie od zastanej konfiguracji i u wielu z Was efekt będzie różny, jednak chcąc być fair nie tylko w stosunku do potencjalnego nabywcy, ale również polskiego producenta, wyobrażając sobie przekroczenie bariery dobrego smaku, z pobudek czysto recenzenckich niezobowiązująco o tym przypominam.
Puentując dzisiejszy test, mam cichą nadzieję, że dobrze zrozumieliście, co chciałem Wam przekazać. Jeśli z jakiś powodów nie do końca, spieszę sprecyzować, iż w głównej mierze moją intencją było pokazanie palcem, że przy świetnym działaniu obydwu rodzajów podstawek na polu konturowania dźwięku, brutalnie mówiąc, nic nie kastrowało środka pasma z tak ważnego dla niego nasycenia. Owszem odczuwalnie było go jakby mniej, jednak tylko dlatego, że się nie rozlewał, zamieniając dawny problem w dodatkowy pakiet energii. Mogą wystąpić jakieś skutki uboczne? Powiem tak. Jeśli Wasz system – podobnie do mojego – będzie skonfigurowany co najmniej neutralnie lub lekko przesunięty w stronę nadwagi, temat nabierze co najmniej zaskakująco pozytywnego, jeśli nie zjawiskowego wymiaru. Jedyny problem jaki jestem w stanie sobie wyobrazić, to sytuacja, gdy gdzieś w procesie konfiguracyjnym popełniliście błąd i posiadany system tonalnie jest zbyt lekki. Wówczas tytułowe podstawki pod kable głośnikowe i podkładki pod kolumny z premedytacją to uwypuklą. Reszta układanek audio z małym „ale” raczej z ich oferty z pewnością skorzysta. Jaki przekaz niesie treść z cudzysłowu? Kilkanaście linijek wcześniej o tym wspominałem. Przesada z ilością produktów Graphite Audio w jednym torze może odbić się czkawką typu wycięcie muzyki skalpelem, co dla wielu może okazać się prezentacją zbyt dosadną. Ale żeby nie było, nie jestem wyrocznią i nie zdziwię się, gdy również taka prezentacja przypadnie komuś do gustu. To wolny kraj i każdy bawi się jak chce. Ja tylko lojalnie informuję o możliwych skutkach zbyt nonszalanckich działań.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Vienna Acoustics Liszt
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Producent: Graphite Audio
Ceny
Graphite Audio ISSB-40: 2 249 PLN
Graphite Audio CIS-35: 1 799 PLN
Dane techniczne
Graphite Audio ISSB-40
Zestaw: 8szt
Wysokość: 13 mm
Średnica podstawy: 40 mm
Maksymalne obciążenie: 180 kg / 4szt
Graphite Audio CIS-35
Zestaw: 4szt
Wysokość: 40 mm
Średnica podstawy: 35 mm
Maksymalna średnica kabla: 25 mm
Opinia 1
Tytułowego bohatera naszego spotkania nikomu nie trzeba przybliżać z dwóch prozaicznych powodów. Pierwszym jest jego bogate w ciekawe konstrukcje portfolio, zaś drugim bardzo mocna polaryzacja potencjalnych odbiorców w kwestii specyfiki brzmienia będących owocem jego działań na rynku audio, kolumn głośnikowych. Czy drugi powód jest dla niego wizerunkowym ciężarem? Bynajmniej, gdyż jak sugeruje stara prawda nie tylko audio, jeszcze się taki nie narodził, który wszystkim by dogodził, co wprost proporcjonalnie przekłada się na tak ważną rozpoznawalność. Jaki jest cel rozwodzenia się akurat nad tematem myślę, że nieco sztucznie rozdmuchanej „kontrowersyjności”? Wręcz zasadniczy, gdyż od niedawna, czyli od czasu pojawienia się kolumn Gauder Akustik z serii Darc, przynajmniej w moim odczuciu, postrzeganie świata audio przez właściciela marki – Rolanda Gaudera, nabrało nieco innego, znacznie mniej „awanturniczego soniczne” wymiaru. Co mam na myśli? Nic nadzwyczajnego. Po prostu mówiąc żartobliwie, albo ww. twórca zafundował sobie dobry aparat słuchowy, albo w procesie strojenia swoich konstrukcji dopuścił do głosu kogoś rozumiejącego szersze spektrum potencjalnych odbiorców. Co z tego wynikło? Pierwsze, jakże pozytywne w odbiorze koty za płoty zaliczył na naszych łamach jako równoległy byt do serii Arcona i Berlina, będący początkiem nowej linii model DARC 100, oferując znacznie bardziej przyjazny barwowo i plastycznie świat muzyki. Jednak jak wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni, dlatego też chcąc przekonać się, czy to wypadek przy pracy, czy stały trend, razem z Marcinem poszliśmy za ciosem i w wyniku ustaleń ze stacjonującym w Katowicach dystrybutorem RCM w naszym OPOS-ie wylądowały niebagatelne nie tylko wizerunkowo, ale również dźwiękowo starsze siostry wspominanych setek, w postaci dostojnych DARC 140.
Opisując budowę kolumn z wyższej seria niż Arcona wiele elementów zazwyczaj się powtarza. To zawsze jest konstrukcja składająca się ze skręcanych ze sobą, okalających formowany akustycznie front z MDF-u, zbiegających się płynnym łukiem ku zaokrąglonemu tyłowi kolumny, przedzielonych wręgami z tworzywa sztucznego kształtek. Jedyną różnicą pomiędzy przykładowo liniami Berlina i dzisiaj opiniowanymi Darc jest materiał z jakiego wykonano owe łukowate profile. W przypadku Berlin jest to MDF, a Darc-ów bardzo mocno determinujące zmiany w procesie wygaszania szkodliwych rezonansów obudowy, znacznie zwiększające wagę kolumn aluminium. Reszta podzespołów, czyli używane przetworniki – teraz malowane na czarno – pochodzą od znanego chyba od zawsze w produktach tej marki, niemieckiego Accutona. To są ogólne podobieństwa. Jednak jak ukazują fotografie, tytułowe kolumny Darc 140 bardzo istotnie różnią się od dotychczasowych poczynań R. Gaudera specyfiką aplikacji zastosowanych głośników. Praktycznie mamy do czynienia z trzema sekcjami. Centralnie umieszczoną średnio-wysokotonową z wyśmienitym diamentem dla górnych rejestrów na czele i okalającymi ją dwoma modułami basowymi. Co ciekawe, obydwie sekcje basowe są wentylowane portami bass-refleks, jednak nie są połączone żadnym tunelem z jednym ujściem, tylko każda z nich ma swój zorientowany w pionie otwór – w górę i w dół. Tak prezentujące się, co istotne, mimo, że wysokie, to bardzo stabilne konstrukcje posadowiono na zwiększających ich podparcie na podłodze, wyposażonych w regulowane kolce platformach nośnych, w których znajdziemy nie tylko zestaw podwójnych terminali przyłączeniowych, ale również pakiet trzech łączonych zworkami otworów umożliwiających trójkrokową regulację pracy basu i wysokich tonów w zakresach -1.5, 0 i +1.5 dB. Spinając w całość akapit opisowy naszych bohaterek, z przyjemnością dodam jeszcze, iż dla ułatwienia idealnego ustawienia tak wysokich panien w idealnym pionie, w tylnej części każdej podstawy producent zastosował bardzo przydatną do tego celu poziomnicę. Oczywiście nie tylko istotnym, ale również nieocenionym tematem dotyczącym tego modelu kolumn jest również fakt spokoju ducha potencjalnego nabywcy w kwestii logistyki 140-tek, gdyż ów proces wraz z aplikacją w docelowym pomieszczeniu zazwyczaj organizuje sprzedawca.
Co mogę powiedzieć o tytułowych kolumnach? Oczywiście oprócz tego, że szły według mnie nieco inną aniżeli dotychczasowe modele, bo okraszoną większym spokojem oferowanego dźwięku drogą opisywanej przez nas jakiś czas temu konstrukcji Darc 100, to jak przystało na zespoły głośnikowe z segmentu ekstremalnego High End-u, trudno było doszukać się w nich wad. Naturalnie zawsze jakimś drobnym, często złośliwym kuksańcem każdemu można utrzeć nosa, jednak tak ciężkiego tematu doszukania się jakiegokolwiek punktu spornego w odniesieniu do wartości bezwzględnych oferowanego dźwięku, dawno nie miałem. Naprawdę w duchu chciałem się do czegoś przyczepić, choćby do mocnych konotacji ze wspominanym we wstępniaku rodowodem informacyjnej bezkompromisowości dźwięku, jednak na bazie tego, co słyszałem przez ponad miesiąc w znanej mi od podszewki konfiguracji, nie za bardzo miałem ku temu podstawy. Powiem więcej, do dzisiaj nie mogę zamknąć przysłowiowej „japy” z racji tak zjawiskowego odbioru opiniowanych paczek. A dodatkowego smaczku konfiguracyjnej uniwersalności 140-tek nadaje fakt braku jakichkolwiek ruchów kablowych. Po prostu przedstawiciele dystrybutora wstępnie postawili kolumny w pokoju, potem osobiście doprecyzowałem ich miejsce spoczynku i na koniec bez szukania dziur w całym wpiąłem w zastaną układankę. Jedynymi dodatkowymi ruchami były roszady ustawienia zworek w zakresie pracy basu i wysokich tonów na optymalne w moim pokoju zero i skorzystanie z rady dystrybutora w sprawie zasilenia kolumn w bi-wiringu, co zrealizowałem – nie uwierzycie – taniutkimi przewodami Furutecha. Po co o tym wspominam? Otóż opisany przed momentem, bardzo ograniczony szczególnym poszukiwaniem dobrej jakości dźwięku proces charakteryzuje jedynie konstrukcje wybitne. Jak coś jest dobre, to gra od pierwszego strzału. Jak coś ową dobroć udaje, trzeba usilnie szukać ratunku, bo nie wypada, żeby się wyłożyło. W tym przypadku aplikacja w tor ograniczona była do minimum, potwierdzając tym sposobem kilkukrotnie sprawdzoną u mnie, wspomnianą przed momentem prawdę o radzeniu sobie wytrawnych konstrukcji bez siłowego poszukiwania ich zalet. Dobrze, wystarczy słodzenia. Przejdźmy do konkretów, czyli próby przybliżenia Wam, jak te dwie wierze naprawdę zagrały.
Pierwsze co mnie urzekło, to swoboda grania. Nie siłowe udowadnianie, że jesteśmy mistrzyniami świata w dosłownie każdym aspekcie, tylko prezentacja mocnych, do tego zaskakująco nisko schodzących jak na średniej wielkości przetworniki, przy tym nienachalnych niskich tonów. To nie było kopanie przeciwnika, jak to ostatnimi czasy pośród producentów kolumn nawet z najwyższej półki jest bardzo popularne i zazwyczaj sprawia, że będący muzykiem sesyjnym kontrabasista zawsze gra tak zwane pierwsze skrzypce, nawet w momencie cichych partii. Bas pojawiał się wówczas, gdy był zarejestrowany na płycie i tylko w takim wymiarze, jak przewidział to realizator. Nie snuł się malowniczo po podłodze, grając tym sposobem na naszych potrzebach, zazwyczaj zbytecznego w danym materiale, ale za to mimo nadmiaru, jakże przyjemnego masowania trzewi. Był szybki, mocny i nisko-schodzący. Naturalnie w bardzo trudnych momentach, które notabene celowo często mu serwowałem, czasem słychać było prawa fizyki – nie dostawałem takiej masy podmuchu jak z membran 12 lub 15 cali, ale zapewniam Was, konia z rzędem temu, kto na bazie małych membran zestroi tak informacyjny, niski, twardy i pełen werwy pomruk bez oznak braku kontroli. Ale żeby nie było, w tym momencie idąc z ewentualnym, acz w moim odczuciu zbędnym ratunkiem naszym bohaterkom, muszę wspomnieć fakt, że ten zakres w domenie ilości, konturowości i szybkości mogłem jeszcze podkręcić lub poluzować dostępną regulacją, czego chcąc utrzymać test w jednym standardzie jakości dźwięku, celowo zaniechałem, a co Wy z premedytacją możecie wykorzystać. I jeszcze jedno. Wyartykułowana fizyka sprowadzała ową reprodukcję basu do delikatnej inności jego podania, a nie degradacji, czyli klasyczne coś za coś w znakomicie rozwiązanym wydaniu.
Kolejna sprawa to środek pasma. Przecież w opinii wielu malkontentów kreowała go dzwoniąca porcelana, to gdzie tu szukać plastycznego i soczystego czy to ludzkiego głosu, czy choćby brzmienia strojonego kawałkiem drewna saksofonu. To przecież nie miało racji bytu. Tymczasem okazało się, że się da. Mało tego, przy całej otoczce szukania prawdy o wspomnianych generatorach dźwięku fenomenalnie słychać było ich nawet najdrobniejszy niuans brzmieniowy. Bez żadnego szelestu, podnoszenia poziomu sybilantów, czy wywołanego chwilę temu do tablicy nieprzyjemnego dzwonienia, tylko gładkość, zjawiskowa krągłość, zarezerwowana dla najlepszych energia i jakże istotna do realnego oddania nawet najbardziej szalonych popisów chadzających w zakresie tego pasma instrumentów z gardłowymi włącznie, informacyjność. Sam nie wierzę, że to piszę, ale jakby co, mam kilkunastu świadków, że mimo pandemicznych ograniczeń nie bredzę, tylko zdaję prawdziwą relację.
Na koniec wysokie tony. Jednak nie dlatego, że były najsłabsze. Bynajmniej, bowiem ich miejsce w szeregu jest li tylko pochodną zachowania poprawnej kolejności w odniesieniu do obserwacji pasma począwszy do mitologicznego Hadesu. To było kolejne, jakże pozytywne zaskoczenie. Mało tego. Jestem w stanie wygłosić opinię, iż to jest chyba crème de la crème tych konstrukcji. Diamentowy Accuton śpiewał jak słowik. Ani za mocno, ani za słabo, po prostu dźwięcznie, kiedy trzeba dostojnie, innym raczej nad wyraz melodyjnie, ale nigdy, przenigdy nie potknął się w swojej fenomenalności. Był pełen blasku, witalności przenikliwości, ale przy tym bez względu na fakt jak dziwnie to zabrzmi, soczysty i ciepły, a czasem nawet intymnie wycofany. Idealnie stroił się do poczynań reszty pasma bez względu na rodzaj słuchanej muzyki. A muszę przyznać, że słuchałem jej pełne spektrum w dosłownie i przenośni na każdym poziomie głośności. I uwaga, w ustawieniu zworek na zero! Nie wiem, jak ten diamentowy gwizdek to zrobił, ale bez jakiejkolwiek zadyszki wyszedł z tego z tarczą.
Po tak owocnym w same peany słowotoku trudno jest mi coś sensownego dodać. Jednak żeby to uwiarygodnić wyrywkowo wspomnę jedynie najciekawsze prezentacje i ich duchowy feedback, rozpoczynając od zjawiskowo oddanego srebrnego krążka oficyny wydającej muzykę na taśmach magnetofonowych 2XHD FUSION. Tak, to jest sampler. Jednak nie w rozumieniu podkręcania suwakami jakości nagrań za wszelką cenę, żeby spowodować w słuchaczy swoiste „łał”, gdyż to mają już w standardzie podczas procesu rejestracji muzyki. To jest sampler pokazujący ich ofertę, która jak na tak niewielką wytwórnię jest różnorodna. Sporo jazzu, muzyki klasycznej i dawnej, do tego wszystko nagrywane na legendarny magnetofon szpulowy Nagra. Co w tym takiego odkrywczego? Otóż wybrałem tę produkcję z bardzo prozaicznej przyczyny. Wiedząc, że nasze bohaterki są ofertą bardzo polaryzującego rynek odbiorców ze wskazaniem na wyczynowość grania, w przypadku zderzenia ich z materiałem z założenia analogowym, jedynie dla potrzeb marketingowych zremasterowanym na płytę kompaktową, w momencie podążania tą drogą stracę zarezerwowane dla analogowej aury „to coś”. Tymczasem nic z tych rzeczy. Muzyka aż kipiała od będącej synonimem dla taśmy namacalności na tyle sugestywnie, że czasem zastanawiałem się, czy aby na pewno membrany są ceramiczne.
Ale to był dopiero pierwszy krok wtajemniczenia, gdyż bardziej chodziło mi o sprawdzenie możliwości zejścia w czeluści dolnych rejestrów tych kolumn na trzecim kawałku z organami wykorzystującym piszczałkę 16Hz jako akompaniament dla przepięknie śpiewającej w kościelnej kubaturze divy. W efekcie dostałem znakomite, bo zebrane w sobie, nie miękkie, tylko odpowiednio twarde, sejsmiczne pomruki w pełnej kontroli. Owszem, z wielkiej membrany pewnie byłoby bardziej zjawiskowo w zakresie dobiegającej do mnie masy niczym nieograniczonego najniższego dźwięku. Jednak o dziwo to, co zaproponowały mi Gaudery Darc 140, bez najmniejszych problemów stawia je w jednym rzędzie z najlepszymi konstrukcjami świata jakie u siebie miałem, ze wskazaniem na bliższą prawdy walkę ich małych membran, niż wiele innych większych z tą, nie oszukujmy się, bardzo trudną do odtworzenia materią soniczną. To było niewiarygodne, ale jakże realne.
Kolejny sprawdzian to pokazanie pracy saksofonu. Bodajże w 10 utworze miał swoje świetne pięć minut. Świetne, bo z pełnego gardła i do tego w małym pomieszczeniu, co smukłe Niemki wyśmienicie nie tylko zaprezentowały, ale do tego wiernie zawiesiły. Przemieniające się w dźwięk rozwibrowane drewno stroika tętniło nie tylko nadającym mu dźwięczności konsensusem drzazgi z metalem jako budulec głównej części instrumentu, ale również wyraźnie pokazywało znajdujący się tuż na muzykiem, typowo dla małych klubów jazzowych ograniczający jego rozmach strop pomieszczenia. Było z tak lubianym przeze mnie rozmachem brzmieniowym instrumentu, ale przy tym z wyraźnymi ograniczeniami jego propagacji, co dodatkowo podnosiło efekt poczucia osobistego udziału w procesie realizacji tego krążka.
Jako muzyczne zwieńczenie tego testu przywołam tak zwaną jazdę bez trzymanki w postaci drugiego występu zespołu Metallica z formacją klasyczną zatytułowanego „S&M2”. Raz, że miałem okazję sprawdzić, czy aby fajność grania taśmowych realizacji nie uśredni wytworów typowo cyfrowych. A dwa, miałem na celu sprawdzenie, czy wytwarzanie basu kilkoma głośnikami rozrzuconymi po dwa na górze i dwa na dole, podczas zapotrzebowania na jego mocne i często natychmiastowe uderzenie nie będzie zbyt symboliczne. Ku mojemu zaskoczeniu w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie było. Było za to, znowu na ile pozwoliła fizyka – oczywiście tylko jako skutek pewnych wyborów, a nie braku umiejętności – pełne dynamiki, energii i szybkości i co ważne informacji. Do czego piję, pisząc o informacjach w przecież mającym wywołać jedynie trzęsienie Ziemi basie? Otóż nie wiem, czy wszyscy wiedzą, że nawet w największym łomocie dobre kolumny potrafią wyodrębnić wytwarzające go wibracje membran bębnów, a nawet elektronicznych rozwibrowań. To nie są pojedyncze strzały bliżej niekreślonej magmy, tylko pakiety fal, bez wiedzy o których, w tym zakresie częstotliwości, zwyczajnie wieje nudą. Tutaj znowu bardzo mnie zaskakując, ale przy tym przywracając wiarę w umiejętności niektórych producentów kolumn było wszystko. Atak, masa, energia i zejście, czyli to co tygrysy, w tym przypadku rockmeni lubią najbardziej. I wbrew pozorom nie myślę jedynie o bębniarzu, ale całym składzie, gdyż w sukurs najniższym składowym szła dobrze osadzona w barwie średnica, która znakomicie podbudowywała wszelkie nie tylko gitarowe, ale także często kontrabasowe i wokalne partie. Jednym słowem była niezbędna dla tego typu muzyki moc. Ani krzty zadyszki, tylko przysłowiowy ogień.
Ok. w końcu przyszedł czas na zebranie powyższego monologu w jedną strawną całość. Jak wynika z tych kilku akapitów, kolumny naprawdę są zaskakujące w każdym aspekcie i to bez względu na wycinek pasma akustycznego – bas, środek, góra. Na ile zaskakujące? Powiem tak. Na bazie mojej kilkuletniej walki testowej z produktami z tego zakresu cenowego naprawdę ciężko będzie znaleźć coś, co będzie w stanie bezwzględnie je pokonać, a pokusiłbym się o stwierdzenie, że choćby im dorównać. Powiem więcej. Gdybym miał robić jakiś zgrubny ranking, te niepozorne, bo wąskie, wysokie i z maleńkimi głośniczkami paczki widziałbym co najmniej na pudle, co jeśli mnie choć trochę znacie, już o czymś świadczy. O czym? Dla przykładu o tym, że z jednej strony potrafią sprawdzić się w bardzo trudnym repertuarze typu służąca do wywoływania emocji u romantyka muzyka dawna, a z drugiej bez obaw o tak zwany wygar spokojnie radzić sobie w siermiężnym rocku. A wszystko praktycznie od przysłowiowego pierwszego strzału, gdyż jak wspominałem, zastosowałem jedynie podwójne okablowanie i ustawiłem potencjalną regulację kolumn na zero. I właśnie ta łatwość adaptacji i uniwersalność repertuarowa skłania mnie do stwierdzenia, że dla tytułowych kolumn Gauder Akustik Darc 140 jedynym ograniczeniem może być docelowe pomieszczenie. Jeśli nie macie z tym problemu, bez obaw o podołanie praktycznie każdej muzyce z dobrym wynikiem sonicznym powinniście ich posłuchać. Naprawdę warto.
Jacek Pazio
Opinia 2
Wielokrotnie w ramach kuluarowych dyskusji oraz naszej radosnej twórczości recenzenckiej pojawiały się kwestie może nie tyle problematycznego przyrostu jakościowego w High-Endzie, bo takowy jest bezdyskusyjny, co nakładów finansowych z nim związanych. Nie bez kozery padały wówczas porównania do królowej motosportu, czyli F1, gdzie walka o setne i tysięczne sekund okupiona jest wieloma miesiącami i milionami, bądź dziesiątkami, jeśli nie setkami milionów walut wymienialnych i bynajmniej nie mam w tym momencie na myśli Rupii indyjskich. Do tego, już na naszym audiofilskim polu zainteresowań, dochodzi nie mniej kontrowersyjny aspekt mniej bądź bardziej oczywistego i oficjalnego pozycjonowania nie tylko poprzez jakość, wkład materiałowy i odpowiednio zaawansowane know-how, lecz również poprzez cenę. Co jednak ciekawe, o ile zakup horrendalnie drogiej łodzi, apartamentu, samochodu, czy nawet zegarka niezwykle sporadycznie prowadzi do przejawów ostracyzmu, czy wręcz hejtu ze strony osób postronnych, to nie wiedzieć czemu odchudzenie domowego budżetu o podobne kwoty na wysokiej klasy sprzęt grający budzi wręcz skrajne emocje.
Jeśli zastanawiacie się Państwo czemu ma służyć powyższa pseudo-socjologiczo-ekonomiczna refleksja spieszę z wyjaśnieniem, że niczemu innemu, jak oczyszczeniu przedpola i przygotowaniu Was na spotkanie z bohaterkami dzisiejszego spotkania, czyli kolumnami Gauder Akustik Darc 140. Cóż w nich takiego kontrowersyjnego? Pozornie nic, ot model usytuowany w firmowym portfolio oczko wyżej od całkiem przyjaznych użytkownikowi 100-ek sygnowany przez wytwórcę mającego w pełni zasłużoną i ugruntowaną renomę a przy tym kojarzonego z czysto inżynierskim podejściem do tematu a niespecjalnie z kontrowersyjnymi teoriami z pogranicza audio-voodoo i pomysłami wyssanymi z niekoniecznie najczystszego palca. Jak to jednak w życiu bywa pozory mylą i choć przynajmniej na razie nic na to nie wskazuje tytułowe 140-ki mogą, choć wcale nie muszą zmienić Państwa zdanie w kilku poruszonych przed chwilą kwestiach.
Już na pierwszy rzut oka widać, że Darc 140 to model niespecjalnie wpisujący się profil statystycznego posiadacza M3. 190 cm wzrostu i 100 kg wagi już na starcie dokonują naturalnej selekcji wśród potencjalnych nabywców. A to przecież dopiero wstęp do dalszych i przynajmniej dla zaznajomionych z tematem akolitów konstrukcji powstających pod czujnym okiem Dr. Rolanda Gaudera wyzwań. Warto bowiem mieć świadomość, że podobnie jak dotychczas goszczące na naszych łamach niemieckie rodzeństwo, 140-ki nie zadowolą się byle czym jeśli chodzi o wzmocnienie, a i w kwestiach dedykowanego im metrażu lepiej nie wykazywać się szkocką oszczędnością. Zanim jednak zajmiemy się kwestiami natury aplikacyjnej pozwolę sobie na krótką charakterystykę walorów wizualnych, jak i kilku szczegółów ukrytych przed wzrokiem ciekawskich.
Skoro wzięliśmy na redakcyjny tapet przedstawiciela usytuowanej tuż pod flagowymi Berlinami serii Darc nie powinien dziwić fakt, iż ich budowy wykonano z aluminiowych wręg pomiędzy którymi umieszczono przekładki tłumiące a jakby tego było mało wewnątrz zastosowano gęsty, przypominający wielopiętrowy, złożony z aluminiowych plastrów miodu labirynt, system wzmocnień. Te sześciogłośnikowe, trójdrożne a zarazem zaskakująco smukłe i strzeliste konstrukcje zgodnie z tradycją oparto na przetwornikach Accutona. Tym razem zdecydowano się na cztery porcelanowe basowce i pojedynczy, również ceramiczny, średniotonowiec barwione na czarno a z kolei tweeter oprócz wersji nieodbiegającej pod względem materiałowym od pozostałych drajwerów w ramach opcji można zastąpić jednostką diamentową i właśnie w takim, „wypasionym” wypuście tytułowe Gaudery do nas dotarły. Z racji designerskiej inspiracji Berlinami RC-11 centrum konstrukcji zajmuje zamknięta komora średnio-wysokotonowa a usytuowane na obu – górnym i dolnym, skrajach dwugłośnikowe sekcje niskotonowe są z kolei wentylowane a ich pracę regulujemy stosownymi, widocznymi zarówno na, jak i pod poprawiającym stabilność aluminiowym cokole.
Jeśli zaś chodzi o parametry techniczne, to przynajmniej my już dawno zdążyliśmy się przyzwyczaić do legendarnej wręcz lakoniczności Dr. Gaudera. O ile bowiem 4 Ω impedancję bez większych problemów znajdziemy w materiałach firmowych a i nachylenie zwrotnic wynoszące strome 60dB/oktawę nie stanowi większej tajemnicy, to schody zaczną się w momencie gdy zaczniemy indagować producenta odnośnie skuteczności jego wyrobów, do których bezsprzecznie zaliczyć należy ww. dwie wieże. Zapadnie wtenczas albo niezręczna cisza, albo padnie kurtuazyjna odpowiedź … „wystarczająca”. I jeśli mógłbym w tym miejscu cokolwiek zasugerować, to lepiej od razu porzucić płonne nadzieje i wykluczyć choćby cień szansy na sukces dysponując niezbyt dopracowaną konstrukcyjnie amplifikacją. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć i pod żadnym pozorem nie uważać za audiofilskie wcielenia „Kubusia fatalisty” gdyż finał takiego mezaliansu może okazać się tragiczny i wysoce frustrujący, jak daleko nie szukając sytuacja z jednej edycji monachijskiego High Endu, gdy podłączone do Berlin RC11 topowe monobloki jednego z bardziej znanych niemieckich producentów zastrajkowały i odmówiły dalszej współpracy już po kwadransie niezbyt intensywnej rozgrzewki. Przypadek? Nie sądzę.
Przejdźmy jednak do sedna, czyli jak 140-ki grają. Zacznijmy jednak od początku, czyli od pierwszego wrażenia, które jak wiadomo można zrobić tylko raz. I wcale nie chodzi mi o impresje powstałe podczas styczniowego unboxingu, gdyż akurat one były zjawiskiem już niejako wtórnym. Aby dotrzeć do owego początku potrzebna jest nieco głębsza, sięgająca ostatniego Audio Video Show retrospekcja, gdyż to właśnie w listopadzie w sali zajmowanej przez katowicki RCM miała miejsce potrójna premiera – super-integry Vitus Audio SIA-030, autorskiego, RCM-owskiego ultra high-endowego phonostage’a BigPhono i właśnie tytułowych 140-ek. Wracam do tamtej prezentacji nie bez przyczyny, gdyż nawet w najdelikatniej rzecz mówiąc niekoniecznie optymalnych hotelowo – wystawowych warunkach, ów system cechowała zaskakująca swoboda i niewymuszoność. Mając jednak na uwadze ilość zmiennych wyciąganie bardziej wiążących wniosków odłożyłem na bliżej nieokreśloną przyszłość. I właśnie ta przyszłość dzieje się teraz.
Gaudery Darc 140 grają bowiem zaskakująco koherentnie a przy tym, zupełnie nieadekwatnie do swoich gabarytów … „monitorowo”. Nie chodzi mi jednak w tym momencie o jakiekolwiek ograniczenia tak w skali, jak i rozciągnięciu reprodukowanego pasma, lecz typową dla większości konstrukcji podstawkowych punktowość i zdolność znikania ze sceny. I to właśnie 140-ki robią. Prawdę powiedziawszy z czymś takim spotkałem się do tej pory jedynie podczas odsłuchów uznawanych za niedościgniony wzorzec w tej dziedzinie Raidho i czego jak czego, ale takich atrakcji po Gauderach się nie spodziewałem. Tymczasem z płyty na płytę coraz częściej łapałem się na tym, że zamiast krytycznie podchodzić do przedmiotu niniejszego testu już po kilku taktach przygotowanych na sesję płyt niemalże całkowicie pochłaniało mnie delektowanie się zarejestrowanym na nich materiałem a nie przysłowiowe szukanie dziury w całym. Bardzo możliwe, że moja niesubordynacja wynikała z faktu posiłkowania się pozycjami, który nie tylko znam, ale i lubię, jednak nie wyobrażam sobie sytuacji by katować się dźwiękami, które ewidentnie by mi nie leżały, tylko dlatego, że zostały np. referencyjnie nagrane, bądź podpisał się pod nimi jakiś wielce szanowany jegomość. Bardzo przepraszam, jednak zabawę w Hi-Fi / High-End cały czas staram się traktować jako formę odskoczni od szarej rzeczywistości i jako hobby, czyli coś, co w swoim założeniu ma sprawiać przyjemność. I tak też było tym razem. Nasz dyżurny „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” w mistrzowskim wykonaniu Mercedes Sosy zabrzmiał wprost zjawiskowo. Sędziwa solista z jednej strony świetnie odcinała się od stojącego nieco za nią chóru, jednak nie była kompletnie odseparowanym bytem, lecz świetnie widoczne/słyszalne były jej interakcje z resztą aparatu wykonawczego. Ponadto 140-ki bez chwili zastanowienia oddały właściwą wysokość studia nagraniowego i co równie istotne lokalizację poszczególnych wokalistów nie tylko pod względem odległości od słuchacza w poziomie – głębokości/szerokości, lecz również pionie. Jeśli szukaliby Państwo równie ciekawych porównań do zabawy w pokazywanie palcem (choć to niezbyt ładnie), gdzie kto stoi i jakiego jest wzrostu, polecę dość przypadkowego „debeściaka”, czyli „The Three Tenors – The Best of the 3 Tenors”, na którym z łatwością wychwycicie Państwo również oczywiste różnice w sile emisji. Śmiem wręcz twierdzić, że o ile tylko nie jesteście uzależnieni od ruchomych obrazków serwowanych przez wielocalową, wiszącą na ścianie ciekłokrystaliczną płaszczkę, to ze 140-kami w systemie śmiało możecie z TV zrezygnować, gdyż wszelkiej maści wydarzenia sceniczne i tak i tak będziecie mieli na przysłowiowe wyciągniecie ręki i to w co najmniej 4K, 5D i co tam tylko dusza zapragnie. Przesadzam? Bynajmniej, wystarczy bowiem cierpliwie poczekać na orkiestrowe tutti, by na własnej skórze przekonać się, że niemieckie „dwie wieże” nie tylko mają czym dmuchnąć, lecz i kontrolą najniższych składowych nie muszą się martwić. Oczywiście piszę to z perspektywy odsłuchów prowadzonych z użyciem Gryphona Mephisto, jednak jak już zdążyłem wspomnieć i z topową integrą Vitusa osiągnięty efekt był wielce satysfakcjonujący. Czy można w kwestii reprodukcji basu pójść jeszcze dalej? Z pewnością, można też podejść do tej kwestii nieco inaczej, co za każdym razem pokazują nasze dyżurne Consequence’y, gdzie wolumen fundamentu basowego jest nieco większy, choć niemieckie słupy pod względem timingu i zróżnicowania miały przewagę.
Skoro sekcja średnio wysokotonowa została poniekąd odseparowana, to i reprodukowanym przez nią paśmie pozwolę sobie skreślić kilka odrębnych zdań. Zacznę jednak przewrotnie od dementi jakoby Accutony miały jakieś niedomagania natury barwowej i emocjonalnej, czyli grały zbyt technicznie. Cóż, siląc się na możliwie dyplomatyczną odpowiedź proponowałbym tym, którzy nie potrafią ich prawidłowo aplikować przerzucić się na „łatwiejsze” i wymagające mniej wiedzy, czy też mniejszych nakładów finansowych przetworniki. A wszystkich tych, który zamiast „miejskich legend” wolą wierzyć własnym uszom polecam posłuchać, co Dr.Gauder był w stanie z owego „niemuzykalnego” Accutona wycisnąć. Jest soczyście, karmelowo słodko a w dodatku pierońsko szybko i przy tym liniowo. Otrzymujemy dzięki temu świetną komunikatywność nie będąc narażonymi na zbytnio wypchniętą a tym samym przybliżoną sceną, która nie wszędzie i nie wszystkim pasuje. Podobnie jest z górą, choć o nią dziwnym zbiegiem okoliczności byłem zupełnie spokojny, bo przynajmniej w „gauderowskim” wydaniu jeszcze nie udało mi się usłyszeć źle zestrojonego diamentu a takowy przecież w „naszych” 140-kach siedział. Żeby jednak nie było zbyt miło zamiast, jak to zwykł mawiać mój dobry znajomy „wzbudzającej się pani” w stylu Roberty Mameli sięgnąłem po „Shapeshifting” Joe Satriani’ego, na której jeśli cokolwiek byłoby nie tak to z Darcami w systemie pierwsi byśmy o tym wiedzieli. Tym bardziej, że Joe swojej przecudnej urody chromowanego Ibaneza (JS30th) nie oszczędza wyciskając z niego takie dźwięki, przy których nietoperze tracą orientację. A na 140-kach wszystko było najwyższej próby. Z pazurem, lecz bez ofensywnej agresji i granulacji. Oczywiście o ile tylko jakiś riff miał zabrzmieć brudno, to tak właśnie było, lecz był to efekt zamierzony – natywny i fizycznie zarejestrowany a nie będący efektem niewydolności tweetera.
Tym razem, zamiast standardowego podsumowania, już na koniec mam dla Państwa dobrą radę. Otóż po odsłuchu Darców, tylko nie jakimś przypadkowym, ale kilkugodzinnym, a najlepiej kilkudniowym – we własnych czterech kątach, zalecam co najmniej dzień, bądź dwa abstynencji od innych kolumn Z przykrością bowiem muszę stwierdzić, że mało jest na rynku konstrukcji na które przesiadka z Gauderów Darc 140 nie będzie boleć.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: RCM
Cena: 90 000€, 99 000€ (Diament ver.)
Dane techniczne
Konstrukcja: Trójdrożna, bass-reflex
Impedancja: 4 Ω
Moc: 820 W
Wymiary (W x S