Monthly Archives: maj 2021


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Kinki Studio EX-M1+

Opinia 1

Choć świat przez ostatnie kilka dekad zauważalnie się skurczył, jego status osiągnął rangę globalnej wioski a w związku z powyższym część wytwórców zmieniła swój model sprzedaży z globalnej sieci dystrybucji na bezpośrednią, to nadal pewien odsetek odbiorców nadal lubi przed zakupem wypatrzony w sieci towar pomacać. Niby jest trochę drożej, jednak odpada problematyka związana z ewentualnym odsyłaniem nietrafionego nabytku a i wizyta w pobliskim, wyspecjalizowanym salonie audio zawsze może skończyć się negocjacją ceny i/lub drobnym, acz cieszącym tak oko, jak i ucho gratisem. Czemu o tym wspominam? Oczywiście nie bez powodu, gdyż będąca bohaterem niniejszej recenzji chińska manufaktura Kinki Studio do niedawna dostępna (globalnie) była głównie poprzez stronę singapurskiego sklepu Vinshine Audio. Tak jak jednak wspomniałem szczytne idee redukcji poszczególnych ogniw łańcucha dystrybucyjnego sobie a realia, vide przyzwyczajenia i oczekiwania odbiorców, sobie. Dlatego też zaglądając do stosownej zakładki na stronie producenta, listę lokalnych przedstawicieli w kilkunastu krajach jednak znajdziemy. Tym oto sposobem dochodzimy do sedna, czyli do informacji, iż dzięki uprzejmości jaworskiego AVcorp Poland trafił do nas wielce urodziwy wzmacniacz zintegrowany Kinki Studio EX-M1+.

Choć już sam producent z wielką troską zadbał o bezpieczeństwo swojego wyrobu pakując go w solidny podwójny karton a znajdujący się w foliowym worku wzmacniacz usadawiając w wykonanym ze sztywnej pianki łożu, to znając rodzime realia AVcorp Poland dołożył od siebie pancerną drewnianą skrzynię z ułatwiającymi działania spedycyjne uchwytami. Mała (oczywiście umownie, bo sama skrzynia jest najdelikatniej rzecz ujmując „spora”) rzecz a cieszy. Dzięki powyższym zabiegom egzemplarz testowy dotarł do nas nie tylko wygrzany, lecz i w idealnym stanie. Pierwszy rzut oka na aparycję dzisiejszego bohatera okazał się nader pozytywnym doznaniem, gdyż Kinki wygląda nie tyle atrakcyjnie, co wręcz obłędnie i to nie tylko z odległości dwóch, czy trzech metrów, jak to jeszcze niedawno miało miejsce w przypadku wyrobów pochodzących z CHRLD, lecz i z dystansu, gdzie mój astygmatyzm przestaje upiększać obserwowaną rzeczywistość. Ba, precyzja wykonania i jakość anodowania (oprócz czarnej wersji dostępna jest również srebrna) przywodzi na myśl ofertę Jeffa Rowlanda, bądź Constellation a sami musicie Państwo przyznać, iż to marki z innej – nieco wyższej ligi. Front to masywny, centymetrowej grubości płat poziomo ponacinanego aluminium z centralnie umieszczonym, szalenie czytelnym, dającym się zarówno przyciemnić, jak i kompletnie wygasić, wyświetlaczem i dwiema masywnymi gałkami, z których lewa odpowiada za wybór źródła a prawa za regulację głośności. Firmowy logotyp precyzyjnie wycięto nad wyświetlaczem a włącznik ukryto tuż pod dolną krawędzią frontu – w połowie jego szerokości. Ściany boczne są gładkie i niczym specjalnym się nie wyróżniają, w przeciwieństwie do płyty górnej, w której zamiast standardowych nacięć zapewniających cyrkulację powietrza w trzewiach, po obu stronach wycięto prostokątne otwory z których wyzierają poprzewiercane fronty masywnych i pyszniących się złotem bloków radiatorów. Rzut gałki, tym razem ocznej, na ścianę tylną i kolejny powód do zadowolenia. Obie flanki okupują masywne, zakręcane, przypominające nieco te stosowane w Vitus Audio RI-101 MkII terminale głośnikowe, których nie przykręcono bezpośrednio do obudowy, lecz zamontowano w ww. blokach radiatorów (wcielenie w życie maksymalnego skrócenia ścieżek sygnału), dla których wycięto jedynie niewielkie okienka. Rozmieszczone symetrycznie interfejsy we/wyjściowe okupują centrum pleców i obejmują parę wejść zbalansowanych Neutrika, trzy pary RCA, wyjście z przedwzmacniacza, oraz bezpośrednie wejście na końcówkę mocy. Możemy zatem używać tytułowego wzmacniacza jako klasycznej integry, przedwzmacniacza, bądź końcówki mocy i/lub poprowadzić stosowne połączenie do kolumn półaktywnych, jak w przypadku rezydujących u nas Tridentów Gryphona, lub chociażby subwoofera. Centrum dolnego pasa zajmuje zintegrowane z komorą bezpiecznika świetne gniazdo zasilające IEC… FI-03 Furutecha a tuż obok niego przycupnęły dwa zaciski – uziemienia i masy . A właśnie, masę można samodzielnie przełączyć zlokalizowanym w pobliżu stosownym mini przełącznikiem hebelkowym a po przeciwległej stronie znajdziemy bliźniaczy pstryczek aktywujący filtrację DC. Do listy należy jeszcze dopisać toczone i podklejone w celu ochrony podłoża nóżki na jakich posadowiono EX-M1 + i stanowiący standardowe wyposażenie masywny aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Uff, to tyle wrażeń czysto wizualnych. Wychodząc jednak z założenia, żeby nie oceniać książki po okładce zasadnym wydaje się pytanie odnośnie tego, co siedzi w trzewiach naszego bohatera. A tam, cytując klasyka „jest jakby luksusowo”. Począwszy od odpowiadającej za regulację głośności 100-krokowej drabinki rezystorowej JRC MUSES 72320 uwagę zwraca nad wyraz estetyczna topologia dual mono, w której każdy, dysponujący niebagatelną mocą 215 W przy 8Ω kanał obsługują dwie pary angielskich MOSFET-ów Exicona i osobne – dedykowane lewemu i prawemu kanałowi zaekranowane w stosownych puszkach, również pochodzące z wysp, 400VA toroidy AMPLIMO. Z kolei za zasilanie sekcji przedwzmacniacza dbają dwa niskoszumowe transformatory Talemy a całość uzupełniają amerykańskie kondensatory Vishay BC. Jakby tego było mało, ścieżki na płytkach drukowanych pokrywa 0.2µm warstwa złota. I to wszystko w cenie nieprzekraczającej 16 kPLN!

Skoro uznaliśmy, iż wartość postrzegana, w tym również tzw. wkład materiałowy znacznie przekracza oczekiwaną przy kasie kwotę dochodzimy do momentu, w którym wywindowane na podstawie dotychczasowych obserwacji wymagania znajdą odzwierciedlenie w dźwięku, bądź też legną w przysłowiowych gruzach stanowiąc kolejny dowód na to, że nawet „rasowe” komponenty i zachwycający design plus świetne wykonanie nie gwarantują nie tylko sukcesu, co tak po prawdzie niczego. Ponieważ dystrybutor marki zapewnił nas, iż dostarczony na testy egzemplarz ma na swym koncie przebieg znacznie przekraczający zalecany przez producenta 300h przebieg, na redakcyjną akomodację przeznaczyliśmy jedynie kilka dni. Przy okazji empirycznie pozytywnie zweryfikowaliśmy deklarację, iż po każdym dłuższym nieużywaniu, co osobiście zdefiniowałem jako 6-8h, warto dać Kinkiemu przynajmniej dwa-trzy kwadranse na dojście do pełni możliwości. W tym czasie jego brzmienie wyraźnie ewoluuje z lekko bezdusznej analityczności do pełnej blasku i emocji rozdzielczości. Warto jednak już na wstępie wspomnieć, iż EX-M1 + nie ma aspiracji do bycia „dobrym wujkiem” pobłażliwie podchodzącym do niesubordynacji i wybryków towarzyszącej mu dziatwy. Mówiąc wprost nie spodziewajcie się Państwo po nim maskowania błędów i ułomności, może z jednym wyjątkiem, o którym wspomnę dosłownie za chwilę, podpiętych do niego źródeł i kolumn. To zupełnie nie ta liga i nie ten pomysł na granie. Tutaj liczy się timing, precyzja i krystaliczna wręcz czystość dźwięku, jednak bez jakiejkolwiek nerwowości, sztucznego podkręcania tempa, czy antyseptycznej i zabijającej muzykalność analityczności. Oznacza to jednak również brak autorskiego, emocjonalnego „dopalania” przekazu poprzez podnoszenie jego temperatury i/lub saturację barw. W związku z powyższym jeśli podepniecie pod niego nazbyt entuzjastycznie nastawione do sybilantów i laboratoryjnego chłodu źródło, plus gustujące w podobnej estetyce okablowanie, to chińska integra bez mrugnięcia okiem Was po prostu ogoli. I to na sucho. Dlatego też, żeby już nie było żadnych niedomówień szczerze sugeruję i gorąco rekomenduję aplikację Kinkiego w systemy, gdzie będzie on najtańszą składową Waszej misternej układanki. A, jeszcze wspomniany wyjątek. Otóż jedyną „ułomnością” jaką nasz bohater jest zdolny tolerować w swoim towarzystwie to lekko pluszowa misiowatość dołu pasma w kolumnach, które mówiąc wprost łapie stalowym uściskiem krótko przy pysku i stawia do pionu. Coś Państwu to przypomina? Mi na pewno, gdyż z podobną estetyką obcuję od kilku lat niemalże na co dzień za sprawą końcówki Bryston 4B³. Oczywiście chodzi o pomysł na dźwięk a nie identyczność, gdyż kanadyjski piec ma nieco większą moc i kilka asów w rękawie, ale zdecydowanie to ten sam kierunek poszukiwań dla miłośników mocnych wrażeń. Zaskoczeni? Biorąc pod uwagę różnicę cen obu urządzeń ów stan wydaje się całkiem uzasadniony.
Przechodząc do konkretów, czyli udokumentowanych stosownymi linkami przykładów muzycznych tym razem w ramach swoistego resetu a zarazem prewencyjnego wygaszenia jakichkolwiek zarzutów o drukowanie meczu, zamiast czarujących karmelową słodyczą i aksamitną zmysłowością pozycji z płytoteki idealnych na romantyczny wieczór we dwoje szansonistek sięgnąłem po buntowniczy i szorstki jak papier ścierny „Never Mind The Bollocks, Here’s The Sex Pistols” Sex Pistols a potem poprawiłem „London Calling” The Clash. Czyli klasyczna punkowa garażówa sprawdzająca się co najwyżej jako trigger spontanicznego pogo? Nic bardziej mylnego. Jest to bowiem świetny materiał weryfikujący jak z ową surowością radzi sobie konkretny komponent. A Kinki poradził sobie wybornie nie dość, że nie próbując nadać całości jakiejś bardziej uczesanej, cywilizowanej formy, to jeszcze bezpardonowo oddając zawarte tam emocje. Owszem, było surowo, brudno i ze świecą można było szukać tam soczystości średnicy, czy mięsistości w krótkim i kopiącym basie, ale właśnie tak te albumy brzmieć powinny. A romantyzm? Przepraszam, ale to zły adres.
Podobne obserwacje poczyniłem przy nieco cięższych klimatach, choć elektroniczne – syntezatorowe otwarcie „Queen of Time” Amorphis, czyli utwór „The Bee” nie zwiastowało niczego niepokojącego. Jednak już wściekły ryk Tomiego Joutsena jasno dał do zrozumienia, że tutaj również nie będzie miejsca na nudę i wytchnienie. I tak też jest w istocie, choć oprócz stricte deathmetalowej brutalności sporo tu łagodniejszej, nader udanie romansującej z folkiem melodyki. Co ciekawe Kinki bezpardonowo smagając słuchaczy gitarowymi riffami, których nie szczędzą Esa Holopainen i Tomi Koivusaari, ani na moment nie popadał w zupełnie niepotrzebną napastliwość. Nie oznacza to bynajmniej wycofania, czy też złagodzenia przekazu a jedynie wierność oryginałowi – materiałowi źródłowemu. Było piekielnie mocno, brutalnie i apokaliptycznie, jednak nie dość, że w tej ścianie dźwięku ani na moment nie zapomniano o detalach, niuansach i wieloplanowości, to chińskiej integrze udało się zachować zdolność stopniowania tak emocji, jak i dynamiki na poziomach, gdzie większość, czasem znacznie droższej i utytułowanej konkurencji, już dawno poszłaby na łatwiznę ujednolicając przekaz. Weźmy na warsztat taką perełkę jak daleko nie szukając epicki „Daughter Of Hate”, gdzie wydawać by się mogło chóralne wstawki, growl Joutsena i typowa deathmetalowa nawalanka powodują dojście do przysłowiowej ściany i szklanego sufitu, czyli moment, gdzie robi się tylko głośniej a dynamika niestety nie wzrasta. W tym momencie potęgując wrażenie „końca świata” odzywa się saksofon Jorgena Munkeby, co powoduje odruchowe zdjęcie nogi z gazu. Tymczasem Kinki reaguje zupełnie na odwrót – wbija pedał gazu w podłogę i odjeżdża niczym GTR z nitro z takim samym przyspieszeniem jakby startował od zera a nie od niemalże dwóch stów na liczniku. Jak głośno może zagrać niestety się nie dowiedziałem, gdyż w obawie tak o własny słuch, jak i dobrosąsiedzkie relacje pierwszy powiedziałem pas, ale czuć było, że skubany cały czas ma zapas i to nie tylko pod względem zwiększania dawek decybeli, co również a może przede wszystkim dynamiki. To nie był jednostajny, skompresowany łomot, lecz prowadzony żelazną ręką, w pełni kontrolowany spektakl, gdzie każdy dźwięk miał swoje ściśle określone miejsce, początek i koniec a przy tym idealnie wkomponowywał się, współtworzył w pełni logiczną i koherentną całość.
Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z konstrukcją predestynowaną do roli odtwórcy Aimona Freya – Niszczyciela Światów? Niekoniecznie. Wystarczy bowiem zapewnić EX-M1+ strawę w postaci eterycznej i misternie utkanej wielowątkowej jazzowej pajęczyny „Lund Quartet”, czy pulsującej gorącymi rytmami „Stay Tuned!” Dominique Fils-Aimé a odkryjemy zdecydowanie bardziej ludzką twarz tytułowej amplifikacji. Pojawi się skupienie, w pełni naturalna umiejętność gry ciszą i świetne operowanie oscylującymi na granicy percepcji a jednocześnie nieodzownymi przy kreowaniu klimatu akcentami. Barwy pozostaną jednak nadal naturalne, bez podkręcenia ich intensywności a różnicowanie nagrań oczywiste, więc cały czas sięgając po określoną produkcję będziemy mieli pewność, że usłyszymy to, co i jak rzeczywiście na niej zostało zarejestrowane a nie autorską interpretację.

Nie ma co się oszukiwać, tylko trzeba uczciwie przyznać, że Kinki Studio EX-M1+ to kawał fenomenalnego wzmacniacza, który równie obłędnie wygląda, co gra. Jak jednak na wytrawnego gracza przystało warto zapewnić mu odpowiednie warunki egzystencji i zadbać, by nie grał z byle czym i byle czego. Jeśli tylko powyższe kryteria Państwo spełnicie, to szanse na to, by zagościł u Was na długie lata są całkiem spore.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jeśli już, to naprawdę pomylę się stosunkowo nieznacznie, gdy powiem, że dla znakomitej większości audiofilów pochodzenie danego sprzętu ma bardzo duże znaczenie. Wszyscy chcieliby móc pochwalić się zabawkami z Japonii, USA, czy Europy, brutalnie spychając w tym rankingu, nie oszukujmy się, największą fabrykę tego typu akcesoriów – Chiny – na brutalny koniec wyliczanki. Na szczęście wiele coraz ciekawszych w odbiorze rynkowych nowości z tego landu ww. trend wyraźnie zmienia. Przyczyna jest banalna i na bazie wieloletnich działań sprowadza się do wyciągania wniosków przez Państwo Środka. Jakich? Ja widzę co najmniej trzy. Pierwszym jest dawniej oferowana w imię jak najniższej możliwej ceny dla klienta, obecna eliminacja wprowadzania na światowe rynki marnej jakości swoich produktów. Drugim unikanie kontrowersyjnych kształtów komponentów. Zaś trzecim hołdowanie wizerunkowemu spokojowi awersu. Naturalnie w zalewie sprzętu z tamtych stron nadal bez problemu znajdziemy przypominające dawne czasy potworki, jednak to zdaje się być w wyraźnym odwrocie, czego idealnym przykładem jest dzisiejszy bohater. Tak tak, produkt z Chin nawet dla wymagającego wielbiciela muzyki może być bardzo przyjazny. Przyjazny dwojako, bowiem nie tylko pod względem wyglądu, ale również oferowanego dźwięku. Co to za cudo? Już zdradzam. Otóż dzięki stacjonującemu w Jaworze dystrybutorowi AVcorp Poland udało nam się pozyskać na testy udowadniający moją tezę, znakomicie zadający kłam dawniejszym, niezbyt dobrze postrzeganym praktykom chińskiej myśli technicznej, oddający niebagatelne 215W mocy na kanał, zintegrowany wzmacniacz Kinki Studio EX-M1+. Oczywiście jest to jeden z wielu przedstawicieli nowego rozdania, dlatego jestem pewien, że w obecnych czasach bylejakości za sprawą podobnego podejścia do tematu przez chińską myśl techniczną ów trend stosunkowo szybko się ugruntuje i lokowanie państwa zza wielkiego muru na liście pożądania wreszcie zacznie piąć się ku górze. Zaintrygowani? Jeśli tak, z pewnością znacie dalszą procedurę, czyli najzwyczajniej w świecie przeczytajcie poniższy tekst.

Gdy powiedziało się „a”, należy powiedzieć „b”, dlatego na początek opisu budowy czym prędzej spieszę zdradzić, co takiego tytułowa integra oferuje w kwestii designu i wyposażenia. Po pierwsze mamy do czynienia z dość spokojną wizualnie, prostopadłościenną bryłą. Dość spokojną, a nie monotonną, gdyż w przypadku wersji testowej, kruczoczarną czerń wykończenia (dostępna jest również wersja srebrna) wyraziście, ale na szczęście ze smakiem, przełamuje złoty akcent w postaci zorientowanych w tylnej części górnej powierzchni obudowy, dwóch prostokątnych bloków wentylujących układy wewnętrzne wzmacniacza. Świetnie wyglądający, bo ryflowany poprzecznie awers EX-a w swej ascezie proponuje użytkownikowi jedynie dwie wielkie, zagłębione na przedniej powierzchni gałki wzmocnienia i selektora wejść liniowych oraz centralnie umieszczony, wielki, bardzo czytelny z daleka, mieniący się błękitnymi pikselami na czarnym tle wyświetlacz. Temat pleców opiewa na rozlokowaną symetrycznie względem osi serię wejść liniowych – trzy RCA i jedno XLR, jedną przelotkę z preampa oraz jeden bypas jedynie w standardzie RCA, pod nimi gniazdo zasilania IEC, lekko na boku zaciski masy i uziemienia, a także na skrajach pojedyncze zaciski kolumnowe. Oczywiście w standardzie ze wzmacniaczem otrzymujemy pilot zdalnego sterowania.

Gdybym miał opisać brzmienie tytułowego wzmacniacza, powiedziałbym, że zdefiniowanie go nie było łatwe. Powodem było fajne granie skrajami pasma z niezłym nasyceniem środka, ale znowu z pewnego rodzaju doświetleniem jego wyższego podzakresu. Bas raczej z tych mocnych i obfitych, rysowanych niezbyt ostrą kreską, ale nie rozlany. Góra dźwięczna, jednak nie przekraczająca nadpobudliwości. Natomiast wspomniany środek z jednej strony – mam na myśli jego dolny zakres – był przyjemnie gęsty, ale za to z drugiej – czyli wyższy – czasem powodował zbytnią lekkość ludzkich głosów. To nie był efekt na poziomie jakiegoś wielkiego problemu, jednak wyraźnie słyszalny. Oczywiście nie zdziwię się, gdy wielu osobnikom to nawet się spodoba, jednak w oparciu o prezentację reszty pasma przywołany temat był delikatnym, bo nieszczególnie bolesnym, ale jednak odejściem od pełnej spójności, mimo nadal ciekawego przekazu. Jakiego?
Na początek woda na młyn Kinki’ego w postaci mocnego uderzenia Dream Theater „The Astronishing”. Dobrze oddana agresja muzyki z jej wyraźnym zaznaczeniem przekazania sporej dawki energii, czerpała z oferty brzmienia wzmacniacza pełnymi garściami. Mocne uderzenia perkusji, ciężkie gitarowe przebiegi i zaskakująco lekko zaprezentowana w założeniu pełna energii fala dźwiękowa nie były w stanie wybić chińskiego piecyka z rytmu. Mało tego. Dzięki wyartykułowanemu na początku tego akapitu spisowi zalet Kinki ani przez moment nie złapał nawet najmniejszej zadyszki, tylko brutalnie realizował zamierzenia artystów. To zaś dobitnie pokazywało jego pierwszą grupę docelową, czyli przedstawicieli gatunku homo sapiens, którzy lubią przeżyć muzykę nie tylko organami przyswajania fonii, ale również całym ciałem. Ale zaznaczam, wygłoszona teoria jest z gatunku tych dobrych, a nie ostrzeżeniem przed bliżej nieokreśloną kakofonią. No dobrze. Jeśli dobry atak dźwięku, natychmiastowe zmiany rytmu i zarezerwowany dla tej muzyki timing nie zrobiły na nim specjalnego wrażenia, to co wydarzy się, że gdy zorganizujemy mu pracę z bardziej wyrafinowanym materiałem? Będzie gorzej?
Na pytanie rzuci nieco światła kolejny srebrny krążek rodzimego artysty Marcina Wyrostka „Coloriage”. Jednak pewnie ku zdziwieniu kliku z Was po raz kolejny pozytywnego światła. To jest bardzo dobrze zrealizowana przez oficynę znanej piosenkarki Kayah vel „KAYAX”, co w przypadku wpadki sekcji wzmocnienia byłoby natychmiast słychać. Jednak nic takiego się nie stało. Powiem więcej. Owe doświetlenie wyższej średnicy pozwalało nie tylko pokazać się z dobrej strony towarzyszące akordeoniście instrumentarium oraz nie zaszkodzić wokalizie wspierającej go w projekcie Kayah, ale także dobrze wypaść wiodącemu pierwsze skrzypce na tej płycie Marcinowi Wyrostkowi. Chodzi o wydobycie większej dźwięczności i kolorystyki z obsługiwanego przez niego akordeonu, który dzięki dodatkowemu otwarciu wyższej średnicy był jakby ciekawszy. Co interesujące, na tyle fajnie oddany, ze nie odmówiłem sobie przesłuchać tej pozycji od deski do deski.
Na koniec płyta pokazująca w czym tkwi diabeł, jeśli chodzi o prezentację środka pasma. Mianowicie mam na myśli swoistego killera w postaci wydawnictwa muzyki Handel-a śpiewanego przez Philippe Jarousky’ego pod Artraserse „The Handel Album”. Może nie był to sprowadzający na ziemię zbyt mocno zapatrzonych w gwiazdy konstruktorów, przysłowiowy Palec Boży, jednak tak wykonywana muzyka pokazała, jak ważna dla niej jest spójna prezentacja. Jakiekolwiek faworyzowanie pojedynczego aspektu ma li tylko zależeć od artysty, a nie odtwarzającego jego pracę systemu. Jeśli tak nie jest, to tak jak na przykładowej na płycie, śpiewający już dość jasnym i lekkim jak na mężczyznę głosem – kontratenorem – wokalista potrafił być zbyt dotkliwy w najwyższych rejestrach. To co prawda były chwilowe i niezbyt bolesne „piki”, ale były. Czy to oznacza, że nasz bohater powinien chadzać od takiego repertuaru szerokim łukiem? Nic z tych rzeczy, gdyż wystarczy dokonać lekkiej korekcji reszty systemu – zastosować chociażby gęstsze okablowanie, lub idąc mocniej w działaniach któryś z komponentów i temat spokojnie jest do ogarnięcia. Osobiście tego nie zrobiłem z prozaicznego powodu sprawdzenia prawdziwego „ja” wzmacniacza, aby wskazać Wam potencjalne zagrożenie. Dlatego ferowanie jakichkolwiek krytycznych wyroków zalecam po osobistym zapoznaniu się z tematem.

Jak wynika z powyższego opisu, pojawiło się u mnie coś z Chin i ku pozytywnemu zaskoczeniu pokazało się z dobrej strony. Strony fajnego nasycenia, masy i swobody grania z lekkim otwarciem najwyższego podzakresu środka pasma. Czy ten ostatni aspekt będzie Wam przeszkadzał, pokaże konkretna konfiguracja. Jeśli tak, wiecie co zrobić. Jeśli natomiast nie, oszczędzone na końcową konfigurację środki mogą zostać przeznaczone na płyty. Komu konkretnie dedykowałbym tytułowy wzmacniacz Kinki Studio EX-M1+? To wynika z testu, czyli bez wyjątku wszystkim, poza posiadaczami już na starcie nazbyt jasnych systemów. Co prawda i takie da się skonfigurować na swoją modłę, jednak na tle reszty zestawów może to być ciężka harówka. Jednak biorąc w obronę tych ostatnich, w przypadku końcowego sukcesu nie zdziwię się, gdy zakochają się w Kinkim na zabój. Przecież od dawna wiadomo, że im w sprostaniu danego problemu nam jest trudniej, tym rozwiązanie go satysfakcjonuje nas znacznie dłużej.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bon n N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Audio Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: AVcorp Poland
Cena: 15 790 PLN

Dane techniczne
– Pasmo przenoszenia: 10-150 kHz (± 3dB)
– THD+N: 0,0232%; 0,006% (A-ważony)
– Stosunek S / N: > 103dB
– Moc wyjściowa: 2 x 215 W (8Ω)
– Współczynnik tłumienia: 2000
– Gain (wzmocnienie): Normal Gain 26 dB
– Wejścia: 3 x RCA, 1 x XLR, HT BYPASS x 1
– Czułość wejściowa: 2,25 Vrms – 3,6 Vrms
– Impedancja wejściowa: 50 kΩ
– Wyjście: terminale głośnikowe, wyjście przedwzmacniacza x 1
– Maksymalne napięcie wyjściowe: 55VAC
– Wymiary (S x W x G): 430 x 125 x 370 mm
– Waga: 25 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Długo musieliśmy na niego czekać, w dodatku zanim do nas dotarł został uznany przez EISA za „najlepszy wzmacniacz klasy hi-end 2020/2021”. A jak zagra u nas? Posłuchamy, opiszemy, a na razie bierzemy się za wieczorny unboxing … Musical Fidelity M8xi.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Po minimalistycznej i wyposażonej jedynie w gniazda RCA 3-ce przyszła pora na w pełni zbalansowaną i „zmotoryzowaną 4-kę, czyli pasywny przedwzmacniacz Vinius audio TVC-04.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Kiedy w ramach zwyczajowego researchu sprawdzałem pochodzenie dzisiejszego gościa i w oko wpadła mi nazwa Kilmarnock – miasteczka w szkockim hrabstwie East Ayrshire, coś mi się kołatało po łepetynie, że już gdzieś ją nie tylko słyszałem, co swojego czasu nader regularnie gdzieś tam przewijała się nazwijmy to oględnie w zasięgu ręki. Chwila zastanowienia i … Bingo! Przecież to miejsce tak narodzin, jak i wiecznego spoczynku niejakiego Johna Walkera, bez spuścizny którego niejedno spotkanie biznesowo-towarzyskie zakończyłoby się co najmniej klapą. Kojarzycie Państwo charakterystyczne kanciaste butelki ze żwawo maszerującym jegomościem w cylindrze (Striding Man-em autorstwa Toma Browne’a)? Z pewnością, bo Johnnie Walker to jeden z najpopularniejszych „popepszaczy percepcji” znany ludzkości od ponad … 200 lat. Znawcy tematu z pewnością nie omieszkają jednak wspomnieć, iż ostatnia butelka „Jasia wędrowniczka” zeszła z tamtejszej linii produkcyjnej w marcu 2012 gdyż Diageo -właściciel marki, zakład zamknął, czy też o sąsiadującej z ww. „źródełkiem” niemalże przez miedzę destylarnią Loch Lomond, bądź też że raptem 15 mil dalej – w Cumnock, znajdującej się kolejnej perełce – fenomenalnej The Lost Distillery, o której to wyrobach mieliśmy okazję swojego czasu wspominać w relacji z III Salonu Degustacyjnego Luksusowych Alkoholi M&P. Jednak wbrew dość mylącemu wstępowi zamiast jakiegoś tajemniczego destylatu białostockie Rafko dostarczyło nam na testy wielce urodziwe interkonekty Mavros XLR sygnowane przez założoną w 2001 r. właśnie w Kilmarnock szkocką markę Atlas Cables i to właśnie nimi, a nie dywagacjami nad bursztynowymi procentami, w ramach niniejszej epistoły się zajmiemy.

Przechodząc do opisu walorów wizualnych śmiało można uznać, że już od pierwszego rzutu oka widać, że to szkocki wyrób i bynajmniej nie chodzi o klasyczny klanowy tartan, w jaki zostały przyobleczone, lecz o tzw. optymalizację kosztów własnych, z której mieszkańcy tamtejszych ziem słyną. Oczywiście proszę się nie obrażać za powyższy, mam nadzieję, niewinny żarcik, jednakże „oszczędność” Szkotów przeszła już na stałe do codziennego słownictwa, więc chciał, nie chciał, przywołuje takie a nie inne skojarzenia,. Jednak żarty na bok. Chodzi bowiem o to, iż Mavrosy dostarczane są w eleganckich, acz skromnych, kartonowych granatowych pudełkach, więc przynajmniej na tym etapie o łapaniu za oko potencjalnych nabywców szlachetnym drewnem szkatuł i bogactwem inkrustacji mowy być nie może. Podobną elegancją mogą pochwalić się same przewody, które odziano w ponadczasową wytworną czerń bawełnianej plecionki i zaterminowano masywnymi wtykami XLR o umaszczeniu „dark Chrome”. Ponieważ Atlas Cables jest bytem całkowicie niezależnym, czyli nienależącym do żadnej globalnej grupy kapitałowej, jest też sobie sterem, żeglarzem, okrętem, więc nie tylko samodzielnie prowadzi badania, lecz również produkuje swoje wyroby wręcz obsesyjnie dbając tak o jakość ich wykonania, jak i wzajemną synergię elementów składowych – w tym samą technologię terminowania obejmującą autorskie metody zimnego lutowania, czy zaciskania wtyków bez użycia spoiwa. Co ciekawe plasujące się na drugiej od góry – zaliczanej do grona High-Endu, pozycji łączówki Mavros wykonano z miedzi OCC o czystości 6N, co na tle np. Acrolinka deklarującego operowanie „rudym surowcem” o stopniu czystości sięgającym 7 a nawet 8N, wydaje się dość skromnym osiągnięciem. Niemniej jednak w Atlasie wyżej są tylko Asimi a one z kolei wykonane są ze srebra, więc przynajmniej na razie nie wiadomo, czy akurat w tym wypadku taka czystość wystarczy, czy jednak da się w Szkocji wycisnąć więcej. Jednak ad rem. Mavros ma budowę twin multicore, czyli zarówno żyła sygnałowa, jak i powrotna składają się z przewodnika centralnego oraz 12 mniejszych żyłek w sześciu pakietach. Każdy z przebiegów jest odcinany ze 125 metrowego odcinka przewodnika ciągniętego z jednego kryształu miedzi 6N (99.99997%). W roli dielektryka użyto PTFE a ekran stanowi oplot z zaplatanej miedzi i folia mylarowa o 100% pokryciu. A właśnie. W ekranie zatopiono osłaniające przewodnik od wtyku do wtyku dwie żyły uziemiające technologii Dual Drain.
No dobrze, zacne pochodzenie, sprzyjające długim i produktywnym dysputom okoliczności przyrody oraz wykonywanie wszystkiego pod własnym dachem są niewątpliwymi atutami i całkiem zachęcającą wizytówką Atlasa. Dorzucając do tego pakiet danych technicznych, skierowany zapewne do sfocusowanej na pomiarach klienteli jasnym jest, że szkocka ekipa to nie miłośnicy voodoo, tylko w przeważającej większości ludzie z ugruntowaną inżynierską wiedzą, którzy jednak uparcie twierdzą, że ich kable nie tylko „grają”, lecz robią to lepiej od innych. Aby to zweryfikować, przynajmniej nam, nie wystarczą ani solenne obietnice producenta, ani nie wiadomo jak precyzyjne parametry, czy też dopieszczone w post-procesie zdjęcia. Po prostu nie ma innego wyjścia, jak tylko ich posłuchać, co też z niekłamaną chęcią uczyniliśmy. Oczywiście krytyczne odsłuchy poprzedziła kilkudniowa, akomodacyjna rozgrzewka, jednak nawet podczas niej jasnym było, że to nie będzie kolejna zabawa w chowanego przy użyciu czapki niewidki, czyli wpinamy coś nowego w nasze systemy i to coś po prostu znika. O nie. Mavrosy może i w oczy niespecjalnie się rzucają, za to pod względem własnej sygnatury nawet przez moment nie próbują się ukrywać. Czy to źle? Z mojego punktu widzenia absolutnie nie, o ile tylko ich szkoła grania jest zbieżna z naszymi osobistymi preferencjami. Z moimi była, więc przynajmniej ja byłem bardziej aniżeli zadowolony. Mamy bowiem do czynienia z ponadprzeciętną muzykalnością opartą na wyraźnie przyciemnionej i karmelowo-słodkiej barwie a zarazem z niepozbawioną dostarczającej pełen pakiet informacji o reprodukowanym materiale rozdzielczością. W pierwszej chwili moje skojarzenia pobiegły w kierunku duńskich Oganiców Reference XLR i im dłużej z Atlasami obcowałem, tym bardziej owe odczucia się ugruntowywały i nabierały realnych kształtów. To była szalenie zbliżona estetyka, gdzie intensywność doznań szła w parze z czerpaną z nich przyjemnością.
Zacznijmy od nawet nie tyle przepełnionego, co opartego na grze ciszą „Awase” Nika Bärtsch’sa Ronin. Album ten jest o tyle wyjątkowy, gdyż jego ideą jest grupowa improwizacja dokonywana według precyzyjnie zaaranżowanych tematów przewodnich, czyli przekładając powyższą deklarację na język zrozumiały dla ogółu jest wątek główny i to wokół niego kreowane są mniej bądź bardziej zawiłe dygresje. A Atlas ów proces nie poddaje analizie i nie rozbija na atomy, lecz pokazuje jako w pełni homogeniczny, koherentny byt nie szczędząc przy tym wysiłków, by każdy z muzyków miał swoje ściśle określone miejsce na scenie i przy okazji nie przesłaniało, zamazywało go współobecne towarzystwo. Fortepian leadera brzmi w pełni adekwatnie do swoich gabarytów, jest przy tym zarówno potężny w dole, jak i perlisty na górze, co bardzo wyraźnie słychać m.in. podczas dialogów, jakie prowadzi z saksofonem altowym i klarnetem basowym Sha. To było ewidentnie granie nastawione na uwiedzenie słuchacza, jednak nie na drodze oblepienia go lukrowym kokonem a zainteresowania i wciągnięcia, wchłonięcia w muzyczną tkankę niczym kapturnice (m.in. charakteryzujące się blisko metrowymi kielichami Sarracenia flava) łapiące na słodki nektar owady. Całe szczęście odsłuch ulubionych nagrań z Mavrosami w systemie nie jest biletem w jedną stronę, więc audiofil nie owad i po każdym albumie może spokojnie powiedzieć pas i zmienić bądź to repertuar, bądź nawet łączówki, jednak uczciwie trzeba przyznać, że vice-topowe Atlasy potrafią bardzo szybko uzależnić.
Soczystość i eufoniczność szkockich interkonektów okazała się również zbawienna dla zdecydowanie cięższych i bardziej agresywnych pozycji począwszy od „Surface Sounds” Kaleo na „Escape of the Phoenix” Evergrey skończywszy. Niby ich chropawość i ziarnistość zostały nieco wygładzone, jednak wcale nie spadł poziom właściwej im dynamiki i motoryki. Ba, śmiem twierdzić, iż na skutek wysycenia i lepszej mięsistości ich siła rażenia wręcz wzrosła a dodatkowo dało się słuchać obecnych tamże porykiwań głośniej niż zazwyczaj. Oczywiście przy black-metalowych ekstremach, jakie potrafi zaserwować imć Nergal wraz z resztą piekielnej kompanii występującej pod sztandarem Behemotha na „The Satanist” zauważalne było pewne zaokrąglenie opętańczych blastów i zaciekłych gitarowych riffów a i w ryku Adama dostrzegałem pewne liryczne nuty, jednakże byłem w stanie przystać na taką a nie inną, serwowaną przez Atlasa narrację, gdyż z pewnością był to inny punkt spojrzenia aniżeli mam na co dzień, lecz nie uznałbym go za gorszy. Mniej brutalny i zionący siarką, czy też niespecjalnie nastawiony na sfatygowanie słuchacza, lecz przez to znacząco poszerzający spektrum akceptowalnych przez większość słuchaczy gatunków muzycznych a tym samym bezsprzecznie ich ubogacający. Ba, nagle okazywało się, że wśród iście apokaliptycznej kakofonii daje się zauważyć śladowe, bo śladowe, jednak obecne akcenty melodyki, scena nie była jedynie płaską ścianą, lecz nosiła znamiona trójwymiarowości a i sama gradacja planów przestała być trudno do zdefiniowaną zmienną. Cud? Niekoniecznie, raczej autorskie przemodelowanie reprodukowanego materiału, którego oczywistym celem było jego uatrakcyjnienie i sprawienie, że chcemy słuchać więcej i głośniej.

Gdyby Szkoci tytułowe przewody przyodziali w iście bizantyjskie w swym przepychu koszulki i kapiące od złota bogato zdobione wtyki z powodzeniem mogliby próbować swych sił w konkursach z gorącokrwistymi południowcami. Tymczasem Atlas Mavros XLR, chyba tylko dla niepoznaki, są niezwykle skromnymi wizualnie interkonektami, które swój prawdziwy potencjał pokażą dopiero podczas oceny nausznej. Jeśli zatem szukacie Państwo łączówek o tyleż nienachalnej aparycji co zarazem szalenie atrakcyjnych pod względem sonicznym, to gorąco polecam zainteresować się ww. szkocką manufakturą, gdzie jak mam nadzieję z powyższej epistoły jasno wynika płaci się przede wszystkim za dźwięk a nie jarmarczne błyskotki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Z pewnością spotkaliście się z określeniem tak zwanego wyspiarskiego brzmienia systemów audio. Pokrótce, to sznyt grania stawiający na przyjemność obcowania z muzyką w głównej mierze w oparciu o zakres średniotonowy. Powodem jest determinująca odbiór muzyki, reakcja naszego ośrodka przyswajania dźwięku na ten podzakres. Oczywiście reszta pasma również ma znaczenie, jednak nie ma co się oszukiwać, wspomniana w pierwszym zdaniu fraza dobitnie mówi o wywyższaniu średnicy ponad wszystko. Po co tak uwypuklam ten temat? Z prostego powodu, jakim jest dzisiejszy bohater z działu okablowania systemów audio. Co prawda okablowanie jako takie nie było zaczynem do powstania określenia z pierwszego zdania tego akapitu, ale nasz bohater z ową maksymą ma dwojakie konotacje. Pierwszą jest rodowód, a drugą sposób prezentacji muzyki. Co mam na myśli? Otóż dzięki staraniom białostockiego dystrybutora Rafko w nasze progi zawitał idealny przedstawiciel motta dzisiejszego wstępniaka, czyli po pierwsze mogący pochwalić się szkockim rodowodem, a po drugie uprzedzając nieco fakty, swoim brzmieniem idzie tropem owej maksymy, kabel sygnałowy marki Atlas Mavros XLR. Jeśli jesteście zainteresowani, jak jego możliwości soniczne mają się do wypracowanego przez lata „wyspiarskiego sznytu grania”, zapraszam na kilka spisanych poniżej w formie kilku bloków, moim zdaniem ciekawych informacji.

Według doniesień producenta w przypadku Mavrosa mamy do czynienia z przewodnikiem wykorzystującym czystą miedź OCC klasy 6N. Ciekawostką tego modelu jest odcinanie każdego kon