Monthly Archives: czerwiec 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: NAD M33

Opinia 1

Doskonale pamiętam czasy, gdy rozglądając się za swoim pierwszym pełnowymiarowym „Hi-Fi” uwagę kierowałem ku klasycznym, stereofonicznym amplitunerom oferującym nie tylko sekcję wzmocnienia, lecz również konieczny wtenczas tuner a nader często również jakiś podstawowy przedwzmacniacz gramofonowy i wzmacniacz słuchawkowy. Ot taki all in one, do którego wystarczy tylko dokupić odtwarzacz CD (gramofony były wtedy w odwrocie), kolumny i gra muzyka. Niby człowiek miał świadomość istnienia tzw. dzielonek, jednak jeszcze nieskażony audiophilią nervosą z zainteresowaniem graniczącym z podziwem obserwował poczynania bardziej zaawansowanych i co tu dużo mówić majętniejszych znajomych samemu stawiając na wygodę i ergonomię. Minęło trzydzieści lat z okładem i patrząc na współczesny rynek śmiem twierdzić, iż osoby dopiero wkraczające w świat pełnowymiarowych komponentów audio kierują się podobnymi kryteriami. Co prawda poczciwy UKF wyparły rozgłośnie internetowe, srebrne krążki ustąpiły miejsca serwisom streamingowym i graniu ze zgromadzonych na domowych NAS-ach plików, a poczciwe gramofony wróciły do łask, jednak idea pozostała taka sama – kluczem ma być możliwie daleko posunięta integracja przy znaczącym przyroście jakości generowanych dźwięków w porównaniu z systemami mini, micro i niejako będącymi symbolem XXI w. soundbarami. Dlatego też z zainteresowaniem pochyliliśmy się nad dostarczonym przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design już nie amplitunerem a posługując się obowiązującą nomenklaturą strumieniującym wzmacniaczem NAD M33.

Na czarno srebrnym froncie wzrok przyciąga kolorowy 7” ekran dotykowy i dyskretnie ulokowany po jego lewej stronie, otoczony podświetloną aureolką kwadratowy firmowy logotyp informujący o statusie urządzenia. Od razu uprzedzę iż pełni on wyłącznie dekoracyjno-informacyjną rolę, więc przynajmniej na początku trzeba się oduczyć sięgania do niego paluchem skoro włącznik/usypiacz 33-ki zlokalizowano nad ww. wyświetlaczem i to w dodatku na górnej krawędzi frontu. Pod firmowym ekslibrisem przycupnęło 6,3mm gniazdo słuchawkowe a po prawej stronie wyświetlacza znajdziemy pokrętło głośności.
Zarówno płyta górna, jak i ściany boczne są zaskakująco masywne i dodatkowo wyposażone w ułatwiające cyrkulację powietrza wewnątrz korpusu otwory wentylacyjne chronione siatką. Rzut oka na ścianę tylną jasno daje do zrozumienia, że obecnie na topie jest „cyfra” i to właśnie pod jej dyktando projektuje się najnowsze konstrukcje. Patrząc od lewej uwagę zwracają dwie komory na opcjonalne moduły rozszerzeń MDC (Modular Design Construction) za którymi całkiem logicznie rozplanowano nader szeroki wachlarz interfejsów. Do dyspozycji mamy dwa złącza antenowe (WiFi i Bluetooth), porty Ethernet RJ45 i USB, wejście USB, HDMI (ARC), dwa wyjścia na subwoofery, dwa koaksjalne, dwa optyczne i AES/EBU. Z kolei domenę analogowa reprezentuje para XLR-ów, wejście phono (RCA), wejście liniowe (RCA) i wyjście na zewnętrzną końcówkę mocy z sekcji przedwzmacniacza. Z przydatnych dodatków warto wspomnieć o przełączniku aktywującym mostkowanie konstrukcji, gnieździe RS232 odpowiedzialnej za integrację 33-ki z „domową inteligencją” (m.in. Control4, Crestron, LUTRON), wejściu dla zewnętrznego czujnika IR i przelotce triggera. Gniazda głośnikowe są podwójne i dość ciasno ustawione, jednak dzięki kołnierzom zabezpieczającym zapewniają całkiem satysfakcjonującą (szczególnie górne) ergonomię nawet przy zakończonym widłami okablowaniu. Prawą flankę okupuje z kolei włącznik główny i zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC a wyliczankę zamyka wciśnięty w prawy dolny narożnik zacisk uziemienia, co dla części dysponujących dość krótkimi przewodami phono może być nieco problematyczne. Dziwić też może nie tyle zachowawcze, co niekonsekwentne podejście do obróbki sygnałów cyfrowych, bowiem z jednej strony NAD chwali się wsparciem dla MQA a z drugiej kończy swoją kompatybilność na 24bit/192 kHz. Co prawda sytuację nieco poprawia opcjonalny moduł MDC USB DSD o … obsługę DSD do DSD256, gdyż obsługa PCM pozostaje bez zmian. Nie ma jednak co rozpaczać, gdyż warto zdawać sobie sprawę, iż lwiej części docelowych użytkowników powyższe parametry w zupełności wystarczą, tym bardziej, że ich uwagę nader skutecznie przyciągnie zdecydowanie bardziej przydatna funkcjonalność, czyli korekcja akustyki pokoju Dirac. Niby samo oprogramowanie odpowiedzialne za stosowne nastawy jest w wersji podstawowej, acz w pełni funkcjonalnej, lecz po pierwsze działa a po drugie przynosi znaczącą poprawę, szczególnie jeśli system ustawiono w niekoniecznie optymalnym miejscu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by już na własną rękę wykupić pełną, zdecydowanie bardziej zaawansowaną wersję w całkiem akceptowalnej cenie 99$. Sama konfiguracja i pomiary z użyciem znajdującego się na wyposażeniu mikrofonu zajmuje raptem kilkanaście minut i użytkownik prowadzony jest krok po kroku przez dedykowaną aplikację, więc nawet osoby nieobeznane z technikaliami spokojnie sobie z nią poradzą, gdyż tak po prawdzie cała gimnastyka ogranicza się do dokonania kilku pomiarów wokół naszego zwyczajowego miejsca odsłuchowego a resztą zajmą się zaimplementowane w NAD-zie zaawansowane logarytmy. Za streaming odpowiada wbudowany system BluOS oferujący nie tylko obsługę lokalnie zgromadzonych plików muzycznych, lecz również około 20 serwisów, w tym m.in. m.in. Tidal, Deezer, Qobuz, Amazon HD i Music, Spotify, Slacker, TuneIn, nugs.net, etc., lecz również funkcję multiroom. Miłośnicy połączeń bezprzewodowych mogą również skorzystać z komunikacji zarówno po Wi-Fi, jak i Bluetooth ze wsparciem dla aptX® HD a zamiast kręcić gałką i kiziać pilota/smartfon można aktywować asystentów głosowych (Google Assistant, Alexa, bądź Siri) i ograniczyć się do komend głosowych.
Niezaprzeczalnie miłym dodatkiem jest systemowy pilot, który nie dość, że może pochwalić się zaskakującą solidnością, lecz również i podświetleniem, co świetnie sprawdza się podczas wieczorno-nocnych odsłuchów. Jest przy tym dość ciężki, za co w znacznym stopniu odpowiada zestaw czterech baterii AA. Na osobną wzmiankę zasługują również pozornie zwykłe stożkowe nóżki, do których w komplecie dołączono dedykowane podstawki. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że zamiast kombinować z precyzyjnym wpasowaniem dzióbka nóżki w centrum podstawki wystarczy zaufać … fizyce i pozwolić, by umieszczone w podstawkach magnesy wespół z wyprofilowaniem powierzchni nośnej same dokonały stosownego wycentrowania. Niby drobiazg, ale szalenie ułatwiający ustawianie wzmacniacza na półce, gdyż aplikacja podstawek robi się praktycznie sama.
Nie zagłębiając się zbytnio w trzewia naszego dzisiejszego bohatera warto jednak wspomnieć, iż reprezentuje on najnowsze pokolenie wzmacniaczy bazujące na technologii HybridDigital Purifi Eigentakt™. W telegraficznym skrócie polega ona na połączeniu klasy D z nowatorskimi algorytmami sprzężenia zwrotnego Eigentakt™. W efekcie osiągnięto skuteczną eliminację zniekształceń harmonicznych i intermodulacyjnych przy jednoczesnym zachowaniu niezależnego od obciążenia niezwykle szerokiego pasma przenoszenia i to ze znikomą impedancją wyjściową.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu i mając na koncie wcześniejszy kontakt z młodszym rodzeństwem M33, czyli kompaktowym M10v2 (w zeszłym roku), oraz już pełnowymiarowym, systemem czterech zmostkowanych M23-ek napędzającym debiutujące podczas tegorocznego monachijskiego High Endu Dali KORE śmiem twierdzić, iż NAD, pomimo przesiadki z klasycznych tranzystorów na moduły D-klasowe, podąża drogą własnej szkoły brzmienia. Chodzi bowiem o nader umiejętne połączenie gładkości z dynamiką i rozdzielczością. Otrzymujemy zatem dźwięk bezsprzecznie „duży” a jednocześnie muzykalny i nieprzesadzony. Pomimo bowiem dość pokaźnej mocy 33-ka nie pręży niepotrzebnie muskułów, nie szuka adrenaliny tam, gdzie jej nie ma i nie próbuje na każdym kroku podkreślać swojej obecności. Dzięki temu nawet marszowo-industrialny „Zeit” Rammsteina zyskuje na spójności a połączenie surowej elektroniki, ostrych riffów i „tyrolskich orkiestracji” („Dicke Titten”) nagle zaczyna się pod względem tak logicznym, jak i estetycznym spinać. Ba, od siebie jeszcze dodam, że i nieco uwierający mnie do tej pory autotune jakoś tym razem niespecjalnie przeszkadzał. I wcale nie chodzi o to, że NAD cokolwiek uśrednia, wygładza i „normalizuje” wyrównując wszystkie górki i dołki, lecz o akcentowanie melodyki, delikatne dopalenie warstwy wokalnej i swoistą „lekkostrawność” reprodukowanego materiału. Oczywiście powyższa jedwabistość i łatwość konsumpcji ma swoje granice, gdyż o ile jeszcze Rammsteina udało się wpasować w proponowane przez M33 ramy, to już „Hate Über Alles” Kreatora, czyli reprezentantów starej gwardii niemieckiego thrashu aż tak podatny na uroki NAD-a nie był. Może i bardziej melodyjne fragmenty jeszcze intensywniej koiły skołatane nerwy po gitarowych galopadach i perkusyjnych nawałnicach, choć po prawdzie akurat one zyskały na body i krągłości zamiast strzelać jak wyschnięty na pieprz chrust, ale agresji i swoistej, natywnej surowości właściwej ostremu łojeniu uładzić się nie dało. I bardzo dobrze, bo to pokazuje, iż tytułowa amplifikacja nie gra wszystkiego na tzw. „jedno kopyto”, tylko delikatnie i z wyczuciem proponuje, sugeruje własny punkt widzenia i pomysł na muzykę. Podobne obserwacje zebrałem podczas eksploracji zdecydowanie mniej agresywnego materiału, gdyż z łatwością można było usłyszeć różnice pomiędzy ogranymi do znudzenia a jednak nieustająco zachwycającymi „The Four Seasons” w wykonaniu Giuliano Carmignoli z Venice Baroque Orchestra a Yehudi Menuhina z Camerata Lysy. W pierwszym przypadku mamy bowiem do czynienia z niezwykłą, niemalże wyczynową maestrią i wyciąganiem na światło dzienne dotychczas ukrytych smaczków, co 33-ce przychodzi bez najmniejszego trudu, by z kolei w drugim otulić słuchacza gęstą i na pozór leniwie płynącą prezentacją, gdzie zamiast ww. ferii informacji serwowany jest nam niezwykle homogeniczny i skupiony na melodii i barwie spektakl, który nigdzie się nie spieszy. Co ciekawe tytułowy wzmacniacz żadnego z tych nagrań nie faworyzuje a jedynie stara się akcentować te aspekty, które niejako wpisują się w jego skupione na eufonii DNA.
Jedyne co, do czego trzeba się przynajmniej na początku przyzwyczaić, o ile przesiadamy się z urządzeń z nieco wyższej półki, to nieco mniejsza, delikatniejsza aniżeli w moim Brystonie ekspozycja głębi sceny i efektów przestrzennych. Oczywiście pies na … „Hunt” Amaroka szczeka tam gdzie powinien, jednak już wygasanie dźwięków kotłujących się pod sklepieniem Opactwa Noirlac na nagraniu „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda mogło by być nieco dłuższe. Proszę jednak wziąć pod uwagę, iż powyższą uwagę formułuję bazując na porównaniu ze zdecydowanie bardziej rozbudowanym i nieporównywalnie droższym setem, więc jeśli po prostu nie szukacie Państwo dziury w całym a jedynie praktycznie bezobsługowego i bogato wyposażonego, wręcz wszystkomającego, kombajnu, to NAD M33 z nawiązką spełni Wasze oczekiwania. A to, że nie zagra na poziomie kilkukrotnie droższych systemów dzielonych, to już inna bajka i oczywista oczywistość, która raczej nie powinna spędzać Wam snu z powiek.

Im dłużej miałem NAD-a M33 w swoim systemie, choć bliższym prawdzie zwrotem byłoby „zastępowałem nim swój system”, tym częściej łapałem się na refleksji, że nie dość, że z oferowanym przez niego dźwiękiem spokojnie mógłbym żyć na co dzień, to przy jego funkcjonalności i intuicyjności cała ta nasza zabawa w audiofilskie dzielonki coraz bardziej zaczyna zakrawać na jakąś trudną do logicznego wytłumaczenia odmianę masochizmu. W końcu 33-ka oferuje praktycznie na każdym wejściu i z każdego wbudowanego modułu – czy to DAC-a, streamera, czy też nawet pracującego w domenie cyfrowej … przedwzmacniacza gramofonowego dźwięk wysokiej próby i to bez nadwyrężania kręgosłupa, plątaniny kabli walki z domownikami o każdy centymetr wysunięcia kolumn. Wystarczy wypakować z pudełka, podłączyć zasilanie, internet i kolumny, zalogować się do ulubionych serwisów streamingowych, ewentualnie podłączyć zewnętrzne źródła (TV też warto) i po kilku pomiarach korekcji akustyki Dirac stwierdzić, że … jest dobrze, czy wręcz bardzo dobrze, jeśli weźmiemy pod uwagę, że z zakupem ustrojów akustycznych, na które Małżonka patrzy z wyraźną dezaprobatą spokojnie możemy się wstrzymać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Bez względu na konsekwentną przewagę w naszym środowisku rozbudowanych systemów audio jedno jest pewne, konstrukcje „all in one”, czyli wielozadaniowe jednopudełkowce, stają się produktami tak zwanego pierwszego wyboru. Powodów jest wiele. I choć najważniejszym wydaje się być prozaiczny brak miejsca w centralnym punkcie rodzinnego salonu, to jednak osobiście skłaniam się ku teorii, że po latach upychania obudów przez producentów słabymi jakościowo modułami czy to wzmacniacza, przetwornika cyfrowo/analogowego lub phonostage’a, wreszcie poszli po rozum głowy. Chodzi o zrozumienie, że melomańska gawiedź ma swoje wymagania i owszem, znajdą się chętni nabyć tego typu rozwiązania, jednak z jak najmniejszą stratą jakości dźwięku. I wiecie co? Inżynierowie płci obojga chyba to pojęli, gdyż ostatnimi czasy coraz częściej podczas testów mamy przyjemność przekonania się, że wielozadaniowość bynajmniej nie oznacza drastycznych kompromisów sonicznych. A jednym z przykładów na udowodnienie tego trendu jest dzisiejszy bohater w postaci dostarczonego przez Sieć Salonów Top HiFi Video & Design kanadyjskiego wzmacniacza zintegrowanego z funkcjami przetwornika D/A, przedwzmacniacza gramofonowego i ku uciesze fanów słuchania z plików streamera NAD M33.

Gdy rzeczony piecyk stanął na docelowym miejscu, przyznam szczerze, swoją aparycją bez najmniejszych problemów zwalił mnie z nóg. Nie dość, ze świetnie wykonany, to kładę rękę na pieńku, iż dzięki umiejętnie wdrożonemu w życie nowoczesnemu designowi będzie w stanie wpisać się w dosłownie każdy wystrój docelowego pomieszczenia. Powód tej pewności? Po pierwsze połączenie szczotkowanego aluminium z czernią niektórych części obudowy – na froncie mamy czarną, w centralnej części wyposażoną w dotykowy, kolorowy wyświetlacz, podświetlany kwadratowy logotyp marki oraz wielką czarną gałkę wzmocnienia nakładkę, kolejny motyw czerni to jej górna połać uzbrojona w 8 prostokątnych, obramowanych srebrnym motywem, zaślepionych ażurowymi kratkami otworów wentylacji grawitacyjnej, zaś zwieńczeniem koloru nocy jest solidnie wyposażony tylny panel przyłączeniowy. A po drugie wizualny spokój poprzez zaoblenie narożników awersu. Niby nic szczególnego, jednak ciekawe dobranie proporcji tych zabiegów daje poczucie obcowania z czymś nietuzinkowym. Gdy z grubsza przebrnęliśmy przez temat wyglądu, przyszedł czas na opis technikaliów. O awersie i jego wyświetlaczu, gałce wzmocnienia już wspominałem, dlatego do omówienia zagadnień manualnych pozostał nam rewers. Ten jest nad wyraz bogaty we wszelakiej maści interfejsy i w celach nie tylko wizualnego, ale również pomagającego zrozumieć ideę lokalizacji wejść i wyjść, został podzielony na logiczne sekcje. Takim to sposobem znajdziemy na nim pakiet wejść analogowych i cyfrowych: Optical, AES/EBU, Coaxial, RCA, XLR i gniazda cyfrowego phonostage’a, nad nim serię gniazd typu: LAN, USB, HDMI z dwoma terminalami sygnału wyjścia na subwoofer, obok podłączeń serwisowych, w górnej części dwie antenki dla połączeń bezprzewodowych, a na prawej flance dwa komplety zacisków głośnikowych, główny włącznik i zintegrowane z bezpiecznikiem terminal zasilania. W komplecie startowym znajdziemy oczywiście jeszcze ubrany w czerń i srebro systemowy pilot zdalnego sterowania. Kończąc tę część testu, przy okazji zdroworozsądkowo unikając zbędnego rozwadniania tekstu, po dokładną wiedzę o obsługiwanych przez naszego bohatera formatach zapraszam do zamieszczonej zwykle pod naszymi relacjami z odsłuchów tabeli.

Co zaproponowała M33-ka? Zanim odpowiem na to pytanie, istotną jest informacja, że nasz wielozadaniowy piecyk dzięki korzystaniu z wydajnej i zazwyczaj oferującej spory zapas mocy klasy D, bez najmniejszych problemów radził sobie z dwumetrowymi wieżami Gaudera. To nie są przelewki, gdyż wzmacniacz ma do ogarnięcia aż cztery głośniki basowe na każdy kanał i niestety cherlawe konstrukcje czasem ledwo dyszą. Na szczęście nasz bohater nie miał z tym żadnego problemu. To zaś pozwoliło mu na pokazanie wielkiej swobody w kreowaniu swobodnego spektaklu muzycznego. Z jednej strony pełnego energii i agresji, a z drugiej bez popadania w nadpobudliwość. Co to oznacza? Chodzi o fakt gania mocnym dołem, gęstym i plastycznym środkiem i unikającymi krzykliwości, ewidentnie wspierającymi całość prezentacji bez nieplanowanych wyskoków w bok wysokimi tonami. Czyli tłumacząc z polskiego na nasze, cała drzemiąca w tej bestii moc skierowana była w celu pokazania ilości muzyki w muzyce, jednak dzięki wspomnianej przed momentem zadziorności prezentacji bez przekraczania cienkiej linii nudy. A gdy do tego dodamy wysokiej próby w kwestii szerokości i głębokości wirtualna scenę, wypisz wymaluj mamy przepis na coś, co nie tylko jest uniwersalne od strony obsługiwanych formatów przesyłu danych muzycznych, ale również potrafiące napędzić prawie każde kolumny i przy okazji muzykalne.
Pierwszym z brzegu dowodem na muzykalność jest najnowszy krążek Melody Gardot „Entre eux deux”. Dobra barwa wokalizy, melodyjność podania całości materiału i mimo pewnego rodzaju ogłady zaskakujące bogactwo informacji pozwoliły mi na spokojne oderwanie się codziennej rzeczywistości. A nie oszukujmy się, dla wspomnianej artystki doprowadzenie nas do takiego stanu ducha jest jednym z najprzyjemniejszych dla niej scenicznym feedbacków.
Innym materiałem pokazującym pakiet dobrze zawieszonych w eterze in formacji było ostatnie dziecko spod znaku Tord Gustavsen Trio „Opening”. Co ciekawe, wynik starcia z tym krążkiem wypadł dobrze mimo, w moim odczuciu, w porównaniu z jego wcześniejszymi nagraniami słabszej realizacji i masteringu. Mam na myśli to, że mimo pewnego realizacyjnego zgaszenia blach perkusji i braku odpowiedniej krawędzi wirtualnych bytów, nasz bohater hołubiąc dążeniu do sprawiana nam przyjemności soczystym przekazem nie popadł w stan po zażyciu pavulonu, tylko będąc wyczuwalnie plastycznym nadal kreował w moim pokoju fajną jazzową opowieść. Pełną spokojnych emocji, ale konsekwentnie – na ile pozwalał materiał, w estetyce wyraźnie pokazanego raportu ze spotkania trzech muzyków.
Na koniec mocne uderzenie. Naturalnie bez dobrej kontroli kolumn skazanego na porażkę. Chodzi o ścieżkę muzyczną z filmu „Blade Runner 2049”. To w znakomitej większości są mniejsze lub większe sejsmiczne pomruki, bez których muzyka nie oddałaby zamierzeń filmu. Jednak jak wiadomo, pomruk pomrukowi nierówny, dlatego byłem bardzo rad, że wzmacniacz zadbał nie tylko o pełnię ich energii, ale nie zapomniał pokazać ich inicjacji. Z jednej strony nagłej, a z drugiej mocnej. Muza wyginała ściany mojego pokoju, a ja jak rzadko przeciw temu nie oponowałem.

Na koniec sesji testowej pozwoliłem sobie na sprawdzenie możliwości wewnętrznego streamera. Ten z naturalnych przyczyn pochodzenia z innej ligi cenowej niż mój CEC TL 0 3.0 wypadał bardziej stonowanie, jednak nie było to zabicie prezentacji, tylko skierowanie jej na nieco plastyczniejsze, minimalnie mniej konturowe tory. Nadal z pełnią energii, a jedynie z mniejszym zaangażowaniem w wyciskanie z niej ostatnich audiofilskich soków. Ale zaznaczam, nadal wszystko podane było z dobrym konsensusem pomiędzy atakiem, krawędzią i energią. Na tyle umiejętnie doprawionym, że dosłownie po kilku utworach traciłem z pola widzenia początkową sesję odsłuchową. To zaś pokazuje, że moja ocena implementowania do wielozadaniowych urządzeń coraz lepszych komponentów nie jest wyssanym z palca pobożnym życzeniem, tylko realnym działaniem braci producenckiej.

Gdy przyszedł czas na kilka wieńczących to starcie słów, jestem wręcz zobligowany przypomnieć o zaletach NAD-a M33. I nie jednej, czy dwóch, ale kilku. Po pierwsze – jest bardzo atrakcyjny wizualnie. Po drugie – to pozwalający zagrać nawet z trudnymi do wysterowania kolumnami prądowy mocarz. Po trzecie – nie tylko wzmacnia sygnał, ale go streamuje i w dwóch formatach przyjmuje od innego dawcy – cyfrowy i analogowy. Po czwarte – jest bardzo muzykalny. Po piąte – dzięki wewnętrznemu – co prawda cyfrowemu, ale jednak – phonostage’owi pozwala obsłużyć tak modny w obecnych czasach gramofon. A po szóste – pozwala skompensować niedostatki akustyczne posiadanego lokum. Czego chcieć więcej? Teoretycznie niczego. A dlaczego teoretycznie? Otóż zdając sobie sprawę, że gusta dźwiękowe są różne, jestem w stanie wyobrazić sobie poszukiwaczy pokracznej prezentacji na bazie rysowanych skalpelem i stawiających na atak ponad wszystko bytów scenicznych. Dlatego padło słowo teoretycznie. Po prostu NAD na to nie pójdzie, tylko każdą włączoną płytę pokaże z jej muzykalnej, ale oczywiście również gdy wymaga tego materiał, pełnej werwy strony. Jeśli zatem stoicie po tej stronie barykady, w razie poszukiwań czegoś ciekawego nasz bohater może zamknąć temat na długie lata.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Producent: NAD Electronics
Cena: 19 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 200 W/8Ω; 2 x 380W/4Ω; >700W/8Ω (po zmostkowaniu)
Obsługiwane formaty audio: MP3, AAC, WMA, OGG, WMA-L, ALAC, OPUS, FLAC, MQA, WAV, AIFF
Obsługiwane sygnały cyfrowe: 16-24bit/192 kHz
Czułość wejściowa: 865 mV
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 60 kHz +- 3dB
Stosunek sygnał/szum: >102dB (line); >92dB (MM); >76dB (MC)
Zniekształcenia THD: <0.003 %
Impedancja wejściowa: 47kΩ (line); 56kΩ (MM); 100 Ω (MC)
Czułość wejściowa: 280mV (line), 1,2mV (MM), 100 µV (MC)
Pobór mocy: <0.5W (standby); <40W (bez sygnału)
Wymiary (S x W x G): 435 x 133 x 396 mm
Waga: 9.7 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma Bowers & Wilkins zaprezentowała doskonale wykonane, designerskie nauszne słuchawki bezprzewodowe z aktywną redukcją szumu – Px7 S2. Model ten jest jednocześnie ulepszoną wersją wielokrotnie nagradzanych słuchawek PX7. W porównaniu ze swoim pierwowzorem jest smuklejszy i nieco lżejszy. Pozwala uzyskać pełne i naturalne brzmienie, zgodnie ideą True Sound tej brytyjskiej marki.

Słuchawki Px7 S2 firmy Bowers & Wilkins zostały stworzone z myślą o najbardziej wymagających miłośnikach dobrego brzmienia. Bazują na nowej platformie akustycznej, która powstała z myślą o zapewnieniu wysokiej jakości dźwięku i wsparciu dla przetwarzania plików audio wysokiej rozdzielczości. Urządzenie obsługuje standard Bluetooth i kodek aptX Adaptive. Dzięki temu bezprzewodowa transmisja sygnału audio z kompatybilnych urządzeń jest automatycznie optymalizowana.

Duże przetworniki i zaawansowany układ DSP

W słuchawkach zastosowano nowo opracowane, 40-milimetrowe przetworniki z biocelulozową membraną. Co warte podkreślenia, są one ustawione pod odpowiednim kątem wewnątrz nauszników. Membrany zastosowane w przetwornikach wyróżniają się krótkim czasem reakcji. To wszystko pomaga w uzyskaniu wiernego i naturalnego brzmienia.

Dzięki autorskiej konstrukcji układu DSP (od ang. Digital Signal Processing), możliwa jest obsługa dźwięku w rozdzielczości nawet do 24 bitów. Muzyka w tej jakości dostępna jest m.in. w serwisach streamingowych, takich jak np. Tidal w wersji HiFi. Na uwagę zasługuje ponadto niski poziom generowanych zniekształceń, precyzyjna i naturalna prezentacja dźwięku oraz wciągająca scena dźwiękowa.

Bowers & Wilkins Px7 S2 to słuchawki bezprzewodowe Bluetooth. Użytkownik ma jednak możliwość podłączenia kabla słuchawkowego i korzystania z nich, jak z klasycznego modelu przewodowego. Niezbędne okablowanie znajduje się w komplecie. W zestawie jest także etui, które pomaga chronić słuchawki przed uszkodzeniami w transporcie.

Skuteczna izolacja od hałasów otoczenia

W nowym modelu zastosowano ulepszoną funkcję ANC (od ang. Active Noise Cancellation), czyli aktywną redukcję szumu. Skutecznie tłumi ona dźwięki otoczenia dochodzące do uszu użytkownika i, co najważniejsze, nie wpływa na jakość odtwarzanego materiału audio.

W słuchawki Px7 S2 firmy Bowers & Wilkins wbudowano łącznie 6 wydajnych mikrofonów. Zostały one odpowiednio rozmieszczone i współpracują ze sobą, aby zapewnić nie tylko skuteczne tłumienie hałasów otoczenia w ramach techniki ANC, ale także czysty sygnał podczas rozmów np. za pośrednictwem sparowanego ze słuchawkami smartfona.

Wygoda obsługi i komfort noszenia

Słuchawki Px7 S2 zostały tak zaprojektowane, aby zapewnić komfort użytkowania nawet przez długi czas. To zasługa m.in. smukłego profilu, miękkich poduszek nauszników z tzw. efektem pamięci, a także stosunkowo niewielkiej masy (mniejszej niż w wypadku poprzednika, czyli modelu PX7). Wygodne sterowanie odtwarzaniem ułatwiają ergonomiczne przyciski zintegrowane z nausznikami.

Słuchawki są kompatybilne z aplikacją Bowers & Wilkins Music. Umożliwia ona skorygowanie brzmienia zgodnie z preferencjami użytkownika. Z jej wykorzystaniem możemy również regulować poziom skuteczności aktywnej redukcji hałasu. Aplikacja pozwala też włączyć tryb Ambient Pass-Through, dzięki któremu bez zdejmowania słuchawek można pozostać w kontakcie z otoczeniem. W aplikacji wyświetlany jest ponadto poziom naładowania wbudowanej baterii. Wystarcza ona nawet na 30 godz. bezprzewodowego odtwarzania. Co więcej, model Px7 S2 obsługuje funkcję szybkiego ładowania – wystarczy na 15 min podłączyć go do źródła zasilania, aby naładować na ok. 7 godz. bezprzewodowej pracy.

Jestem niezwykle dumna z naszych nowych słuchawek Px7 S2. Są one niezwykle wygodne, pięknie wyglądają i świetnie brzmią. To idealny sposób na zabranie ze sobą brzmienia True Sound gdziekolwiek zechcesz – powiedziała Stephanie Willems, brand president Bowers & Wilkins.

Słuchawki nauszne Bowers & Wilkins Px7 S2 będą dostępne w trzech stylowych wersjach kolorystycznych: niebieskiej, szarej i czarnej.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio Apex Stereo

Opinia 1

Jak z pewnością większość z Was się domyśla, po latach w pewnym sensie bezproblemowej zabawy z najdroższymi zabawkami audio dostępnymi na naszym rynku, stosunkowo rzadko zdarza mi się oczekiwanie na coś z wypiekami na twarzy. I wbrew pozorom nie chodzi o fakt swoistego zmanierowania wieloletnim działaniem na tym pułapie cenowym – w myśl zasady sławnej pani premier: „przecież mi się to należy”, tylko od jakiegoś czasu obcując z tym szaleństwem na co dzień, żądaną przez producenta kwotą za dany komponent ciężko jest mnie wprowadzić w stan niekontrolowanego podniecenia. Owszem, zawsze z niecierpliwością czekam na rozwój wydarzeń testowych, jednak nauczyłem się trzymać emocjonalną gardę. To bardzo pomaga w na ile to możliwe, zdroworozsądkowym podejściu do procesu testowego, gdyż w momencie zderzenia się z wpisaną w kod DNA segmentu High End fenomenalnością prezentacji, pozwala zwrócić większą uwagę na tak ważne dla niego niuanse brzmieniowe. Niestety jak to zazwyczaj bywa, podobnie do dzisiejszego spotkania, zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę. Chodzi oczywiście o najnowszy produkt dystrybuowanej przez łódzki Audiofast Gryphon Audio. Coś, co w materiałach reklamowych Duńczycy określają nie jako rozwój, a raczej przełom w reprodukcji muzyki. Do tego z automatu spychając posiadaną przeze mnie końcówkę Mephisto Stereo na drugie miejsce w hierarchii jakości, stającego się flagowym osiągnięciem marki. O czym mowa? O dostarczonej z wielkim wysiłkiem logistycznym do naszej redakcji (w transportowej skrzyni całość 265 kg!) majestatycznej, bo z nadwyżką dwa razy większej, do tego dwa razy cięższej końcówce mocy Apex Stereo.

Zanim przejdziemy do głównego opisu rzeczonej końcówki mocy, zdradzę kilka związanych z jej pojawieniem się bardzo istotnych kwestii natury ogólnej. Gdy jakimś „cudem” rozwiążecie problem wizyty tego monstrum w docelowym pokoju – skrzynia osiąga szerokość 80 cm i nawet w momencie posiadania drzwi z prześwitem 90 cm staniecie przed problemem chwilowej eliminacji bocznych „tragarzy” – ja zorganizowałem sześciu, dlatego bazując na wieloletnim doświadczeniu osobiście przykręciłem pod nią obrotowe kółka pozwalające całości przejechać krytyczny odcinek po podłodze, temat docelowej aplikacji na dedykowanym miejscu jest dziecinnie prosty. Na tyle banalny, że może tego dokonać nawet pojedyncza osoba. To oczywiście pokłosie dbałości producenta o klienta polegającej na skonstruowaniu skrzyni z kilku spinanych klamrami płaszczyzn i wykorzystaniu jednego z jej boków jako platformy łączącej wielki pakunek z będącą miejscem spoczynku, wytrzymującą wielkie obciążenia półką lub tak jak u mnie podstawą na bazie granitu. To naprawdę banał. A to nie wszystkie ukłony w stosunku do nabywcy. Kolejnym jest dodanie w startowej paczce pneumatycznej poduszki. Dzięki niej po decyzji końcowego ustawienia APEX-a podnosząc go raz z lewej i raz z prawej strony kolejny raz samodzielnie wymieniamy pozwalające łatwo przemieszczające się po elastycznym suknie, obłe – coś na kształt odwróconego grzybka, dzięki gładkiemu wykończeniu lakierowanego drewna śliskie, transportowe stopy na również znajdujące się w komplecie, współpracujące z stalowymi podkładkami firmowe kolce. A i to nie koniec dobrych wieści. Chodzi o pokazujące dbałość o wizerunek marki zaprzeczenie ostatnimi czasy modnego zubożania sprzedawanej elektroniki o solidne kable zasilające. Owszem pod płaszczykiem doboru odpowiedniej sieciówki w konkretnym systemie wszyscy dodają chińskie badziewie, jednak w przypadku flagowego produktu Gryphona Duńczycy postanowili pokazać klasę i w skrzyni znajdziemy dwa firmowe, co istotne, flagowe kable prądowe Vanta AC z końcówkami C-19. Bez sensu, bo i tak często szukamy czegoś innego? Być może, gdyż również ja poszedłem inną drogą, ale jak wiadomo, nie jest to standardem to raz – sporo ludzi z pewnością zdecyduje się zostać z propozycją producenta. A dwa, chyba zdajecie sobie sprawę, że pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz, co moim zdaniem przy opisanych przed momentem zabiegach wypadło nawet nie dobrze, ale spokojnie można powiedzieć fenomenalnie.

Po dotarciu do przybliżenia tytułowego produktu w wersji sauté, jak rzadko, gdyż nie inaczej niż w nomenklaturze młodzieżowej mogę powiedzieć tylko jedno – to jest „sztos”. Owszem, mamy do czynienia z prawdziwym rozmiarowym smokiem – waga na poziomie 202 kg (same trafa przekraczają wagę 20 kg sztuka, a gdzie obudowa i reszta komponentów), bez mała metr głębokości, 60 cm szerokości i 40 wysokości sprawiają, że od pierwszego kontaktu wzrokowego nabieramy do konstrukcji zasłużonego szacunku, jednak ku mojemu pozytywnemu zdziwieniu ukrycie tego tematu przez projektantów okazało się prawdziwym designerskim majstersztykiem. Na tyle udanym, że stojący nad APEX-em Mephisto wizualnie wydaje się być znacznie brutalniejszy, a przez to niepotrzebnie bardziej angażujący wizualnie. A najlepsze jest to, że obydwa projekty na obudowanie elektroniki są bardzo zbliżone. Front to nadal dwa pionowe płaty, z tą tylko różnicą, że wykonane ze szczotkowanego aluminium, a nie akrylu, na które nałożono świetnie wpisujący się w odbiór wzrokowy, tym razem bazujący na szkle, a nie sztucznym tworzywie trójkątny dotykowy panel z przyciskami sensorycznymi. Boczne ścianki konsekwentnie będąc ostoją dla monstrualnych radiatorów tym razem w celach uzyskania znacznie przyjemniejszego kształtu w górnej i dolnej części zostały zaoblone. Zaś plecy spełniając identyczne zdania, jako konsekwencja nieco innej topologii układów wewnętrznych, oferuje inaczej rozplanowane wejścia XLR sygnału analogowego, specjalnie zaprojektowane dla tej konstrukcji, będące pięknem samym w sobie, pojedyncze terminale kolumnowe, dwa gniazda zasilające C-19, tuż obok nich dwa włączniki, pod nimi komory bezpieczników, dwa terminale Green Bias oraz zacisk uziemienia. Natomiast jeśli chodzi o ewidentną, po reakcji moich gości bardzo wpływającą na ogólną prezentację różnicę, to oprócz nieco inaczej rozplanowanych otworów wentylujących trzewia wzmacniacza, na górnej połaci znajdziemy sporych rozmiarów trójwymiarową płaskorzeźbę będącego dawcą nazwy marki mitycznego Gryphona. Co do technikaliów, tym razem według informacji producenta najważniejszymi jest oddawanie mocy w czystej klasie A na poziomie 210W przy obciążeniu 8Ohm i pobór prądu na najwyższym, pokazującym co nasz bohater tak naprawdę potrafi poziomie Bias-u w okolicach 750W na kanał. Jak widać, relatywnie wszystko wygląda bardzo zbliżenie do Mephisto, jednak nie oszukujmy się, z dwukrotnie większego wagowo i gabarytowo magazynu energii. Czy skórka była warta wyprawki? Cóż, na to pytanie postaram się odpowiedzieć w kolejnym akapicie.

Mniemam, iż tak jak dla mnie, również dla Was naturalnym odniesieniem pokazania możliwości najnowszej flagowej końcówki Gryphona jest jej poprzednik – w tym wypadku Mephisto. I nie ze względu na podprogową gloryfikację nowości, tylko w momencie wiedzy co urzekło mnie w dotychczasowym numerze jeden – tutaj odsyłam do stosownej recenzji, ułatwienie zrozumienia co udało się osiągnąć duńskim konstruktorom obecnie. Tak prawdę mówiąc, na bazie dotychczasowych doświadczeń oczekiwałem niewiele. Ogólnie wszystko co oferował Mephisto, było rewelacyjne. Jednak po dwóch latach obcowania, naturalną koleją rzeczy apetyt rósł w miarę jedzenia i zacząłem marzyć o poprawie poziomu w pełni kontrolowanej energii najniższych zakresów częstotliwości. Niby wszystko było ok., jednak pełnię oczekiwań zaspakajałem dopiero przy nieco głośniejszym graniu. Naturalnie można było z tym bez problemu żyć, jednak niespokojna dusza audiofila-melomana od jakiegoś czasu nasuwała pomysł zastosowania posiadanego pieca w wersji monofonicznej. Chodziło o to, aby od dolnych poziomów wolumenu dźwięku czuć było nieskrępowanie w dozowaniu najniższego, dobrze zaznaczonego i do tego będącego wzorem timingu basu. Niestety chcieć to jedno, a móc to drugie, bowiem w chwili pojawienia się moich rozterek dystrybutor nie dysponował wersjami Mephisto Mono. Jednak byłem na tyle uparty, że po krótkiej rozmowie udało mi się wygrać batalię o rychłe prowadzenie rzeczonego zestawu. I gdy temat nabierał realnych rumieńców, ku zaskoczeniu chyba wszystkich fanów marki, nagle pojawiał się APEX. Piec, który nieco wyprzedzając fakty, w tylko sobie znany sposób nie tylko wniósł oczekiwaną przeze mnie poprawę dolnego zakresu, ale przy okazji przewartościował już dotychczas wyśrubowane wartości dosłownie każdego aspektu prezentacji. To nie był zwykły progres per se, tylko w moim odczuciu nokaut w każdym calu. Od dolnych rejestrów, przez środek, po wysokie tony duńska nowość przez świetnego Mephisto brutalnie mówiąc przejechała jak przysłowiowy walec.
Tak oczekiwany przeze mnie bardziej „wydajny” bas nie tylko, że zszedł do dotychczas niedostępnych istnych czeluści swoich zakresów, to w wymagających jego pojawienia się sytuacjach okazywał się być pełnoprawnym aktorem od najniższych poziomów głośności. Mało tego. Był mięsisty, mocny i naładowany energią, a zarazem oferował pożądaną dla zwarcia przekazu pewnego rodzaju twardość i co za tym idzie szybkość, czym ze stoickim spokojem w momencie słuchania niskich organowych piszczałek potrafił wywołać ocierający się o arytmię serca wewnętrzny niepokój. Powiem szczerze, o czymś takim w duchu myślałem, jednak nie sądziłem, że da się to osiągnąć w takim wydaniu. Gdy nastawała potrzeba, niemiłosiernie mocno i zwarcie kopał, zaś w innym przypadku bez najmniejszej zadyszki potrafił bezlitośnie masować moje trzewia lawą wgniatających bębenki uszne w głowę sejsmicznych pomruków. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że robił to bez jakiegokolwiek oglądania się na poziom odkręcenia gałki wzmocnienia, przy braku jakichkolwiek strat w jakości jego reprodukcji. Na przestrzeni lat zabawy z ekstremalnym High End-em słyszałem wiele, ale tak wysoko postawionej poprzeczki jeszcze nigdy. Być może dlatego, że jeszcze żaden wzmacniacz dotychczas nie zmusił stacjonujących u mnie od ponad pół roku Gauderów Berlina RC-11 do pokazania pełni swoich możliwości w zejściu poniżej 20 Hz, jednak bez względu na wszystko, temat przekroczył moje najskrytsze oczekiwania.
Kolejnym nawet nie spodziewanym, bowiem posiadany Mephisto radził sobie z tym znakomicie, jednak pełnoprawnym beneficjentem jakościowych zmian okazał się być środek pasma. Na tle Apex-a poprzednik mimo znakomitej umiejętności przekazania zawartych w nim emocji zdawał się po nim w pewnym sensie „ślizgać”. Mam na myśli zbyt lekkie w domenie masy dźwięku, traktowanie muzyki. To mogło powodować jakby lepszą, jednak pozorną szybkość narastania sygnału, gdy tymczasem tracił na tym zbyt delikatny w odbiorze realizm wydarzeń scenicznych. Owszem był barwny, na swój sposób esencjonalny i eteryczny, jednak po zderzeniu z nową projekcją okazało się, że dosłownie w każdym jego aspekcie da się osiągnąć znacznie więcej. Chodzi o umiejętne podkręcenie dosłownie każdego niuansu bazując nie tylko na większym udziale masy, a dzięki temu energii i esencjonalności, ale dodatkowo zjawiskowo windującej namacalność wydarzeń muzycznych w estetyce 3D oraz oddanie rozmiarów znacznie bliższej prawdzie wirtualnej sceny rozdzielczości. To nie był ruch na poziomie percepcji. Powiem więcej. To również nie było działanie z puli dużych. Dla mnie, wielbiciela gęstego, ale przy tym kipiącego feerią informacji środka pasma było to szach mat. Z jednej strony podczas obcowania z popisami damskiej wokalizy muzyka kapała podsycanymi esencjonalnością emocjami, a z drugiej przy napawaniu się maestrią gry na instrumentach z epoki w muzyce dawnej dostawałem ich nieprzekłamany koloryt i zjawiskową wielobarwność. Teoretycznie przez cały czas tym dysponowałem, jednak ten proces testowy pokazał, ile jeszcze w tej materii bez jakiegokolwiek przekraczania granicy dobrego smaku da się zrobić.
Na koniec coś o najwyższych rejestrach, które z pozoru wydawały się być mniej ekspansywne. Jednak to tylko celowe zagranie, gdyż zwyczajnie nie próbowały przekrzykiwać większego udziału masy i barwy w przekazie, a jedynie wspierały całość tchnięciem weń pakietu oddechu i witalności. Tym zaś sposobem znakomicie udowadniały, że z pozoru mniej w efekcie windowania rozdzielczości, przy wyczuwalnie przyjemnie ciemnawej estetyce grania, znaczy więcej. Więcej nie w rozumieniu ilości świdrujących uszy cykających artefaktów, tylko pokazującego jak na dłoni brzmieniową złożoność każdej nuty, będącego wykładnikiem zbliżania słuchacza do prawdy o danym zapisie nutowym, umiejętnego, bo niby bez sztucznego rozdrabniania włosa na czworo, ale jednak rozbicia każdego sonicznego bytu na przysłowiowe, oczywiście spójnie definiujące muzykę atomy. Tylko tyle i aż tyle.
I gdy wydawałoby się, że nic więcej ciekawego nie może się już wydarzyć, w oparciu o wyartykułowane niuanse okazało się, że jak nigdy dotąd dzięki opiniowanej końcówce mocy miałem okazję zaznać zjawiskowej dynamiki. Jednak nie w estetyce typowego dla nadpobudliwych systemów pędu głównie za atakiem kosztem wypełnienia ponad wszystko, tylko z pełnym spektrum konsensusu pomiędzy niskim zejściem, nasyceniem, rozdzielczością i odpowiednio korelującą z całością szybkością narastania sygnału przekazu muzycznego. Na tym tle Mephisto wydawał się oferować lekką „kompresję”. Kompresję, którą celowo wziąłem w cudzysłów, gdyż konia z rzędem temu, kto na jego poziomie cenowym zaprezentuje lepszy dźwięk. Być może inny, ale z pewnością nie lepszy, a często niestety gorszy. A najlepsze i w pewnym sensie zaskakujące w tym wszystkim jest to, że owo zjawisko zaobserwowałem w zazwyczaj uważanym za spokojny jazz-ie. Efekt był na tyle znamienny, że ku mojemu zaskoczeniu podobnie do muzyki klasycznej, teraz musiałem nauczyć się słuchać małych składów. O co chodzi? Zazwyczaj gdy jeden z muzyków grał gdzieś cicho w dalszym planie na wirtualnej scenie, bezwiednie podkręcałem poziom volume, gdyż wiedziałem, że owszem, gdy wejdzie cały band, może być głośno, jednak nigdy nie doznawałem aż takiego skoku energii. Energii, która podobnie do klasyki wręcz wybuchała, a nie narastała, skazując mój bezwarunkowy odruch przyciszania na porażkę, gdyż w momencie finalizacji reakcji temat był już nieaktualny. Powiem szczerze, naprawdę miałem z tym niezłą przeprawę. Na szczęście walka toczyła się o poprawne oddanie zapisanej na płytach muzyki, dlatego do momentu wyrobienia sobie odruchu, że jak w środku nagrania coś jest cicho, to tak zaplanowali muzycy i tak mam być, pokornie przyjmowałem każdą porażkę. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę była niezła szkoła.
Co na to muzyka? Cóż. Gdybym miał opisywać każdy krążek po kolei, uwierzcie mi, ilością znaków i kwiecistych porównań bez problemu dogoniłbym twórczość Elizy Orzeszkowej. Niestety nikt o zdrowych zmysłach by tego nie zdzierżył. Dlatego chcąc uniknąć zbiorowego seppuku potencjalnych czytelników, przywołam jedynie najbardziej zjawiskowo wypadające elementy i ich sposób projekcji muzyki. Jeśli dobrnęliście do tego momentu, chyba jasnym jest, że pierwszym godnym do przywołania aspektem jest udowodnienie, co tak naprawdę dzieje się w dolnym zakresie częstotliwości. I wbrew pozorom nie chodzi o trzęsące pokojem, schodzące do 16Hz organy, oddane jako seria drobnych, bardzo wyraźnych impulsów, a nie jednolita, ledwo zauważalnie pofalowana papka, tylko dobitne pokazanie faktu, że na płycie z muzyką filmową „Blade Runner 2049” najistotniejszym akcentem nie jest ogólny miękki, często zlany w jedną całość pomruk po impulsywnym uderzeniu wygenerowanego elektronicznie sygnału, tylko efekt uderzenia nim słuchacza, po którym owszem pojawia się kilka modulacji, jednak dzięki w pełni kontrolowanej mocy wzmacniacza jako pakiet zwartych i dość szybko wygaszanych bytów. To ma być zjawiskowe kopnięcie z kilkoma następującymi po nim artefaktami, a nie bliżej nieokreślony kluchowaty impuls polany bezkształtną lawą. I zapewniam Was, taka prezentacja pokazuje ten film w całkowicie innym, pełnym będącym jego tematem świetle mrocznego, niestety według reżysera czekającego nas świata. Drugim, wartym przypomnienia fenomenem tego testowego rozdania jest opisana przed momentem dynamika. Dynamika jak rzadko kiedy zmuszająca słuchacza do zdroworozsądkowego użycia gałki wzmocnienia, gdyż skoki energii w pozytywnym tego słowa znaczeniu są tak brutalne, że bezmyślne pogłaśnianie często kończy się nieprzyjemnym przekroczeniem akceptowalnego poziomu decybeli. Zaś trzecim, w pewnym sensie ostatnim mocno zmieniającym mój dotychczasowy wzorzec dobrze odtworzonego dźwięku był sposób zmiany jego wolumenu. Efekt był taki, że nawet najbardziej ekstremalne ruchy gałką nie powodowały powstawania zazwyczaj tracącej na rozdzielczości, a przez to wzmagającej zniekształcenia, na dłuższą metę niestety męczącej ściany dźwięku, tylko zwiększały energię przekazu, w bezpośrednim odczuciu jako wzrost wolnego od niechcianych przekłamań ciśnienia akustycznego. To z pewnością skutek sumy przed momentem wspomnianych zalet, jednak zapewniam, na tle zwyczajowego zachowywania się elektroniki w pewnym sensie było to dla mnie świetnie wypadającym novum.

Gdy nastał czas na wygłoszenie puenty procesu testowego, szczerze mówiąc jestem w delikatnej kropce. Chodzi o to, że po raz kolejny musiałbym omawiać fakty z powyższego słowotoku, na co nie tylko nie mam chęci, ale wyglądałoby to jak siłowe, naturalnie w moim odczuciu zbędne w takim stylu promowanie najnowszego produktu Gryphona. Jestem pewien, iż Apex bez problemu sam się obroni. Jest jednak jedno „ale”. Trzeba zapewnić mu synergiczne towarzystwo. Nie tylko w postaci elektroniki, ale również okablowania i odpowiednio przygotowanego miejsca spoczynku – mam na myśli docelową platformę. Wiem to z autopsji, gdyż od momentu jego pojawienia się w moim systemie, do dzisiaj przeszedłem pełną drogę weryfikacji każdego ze wspomnianych aspektów i wiem, że nawet najdrobniejsze pozostawienie któregoś z nich na pastwę przypadkowości potrafi zniweczyć ciężką pracę Duńczyków. Poza tym, jedyną mogącą sceptycznie podejść do oferty brzmieniowej Apex-a grupą melomanów jaka przychodzi mi do głowy, jest obóz orędowników bardzo szczupłej, nastawionej na brak energii pogoń za atakiem ponad wszystko. Niestety przedstawiciel Skandynawii na to nie pójdzie, gdyż w jego kodzie DNA zapisane jest odpowiednie zbilansowanie pełnego spektrum składowych dźwięku, a nie uwypuklanie tych uważanych za najistotniejsze. Dlatego też, jeśli w obcowaniu z muzyką tak jak ja szukacie wyczerpujących znamiona „bycia tam i wtedy” niczym nieskrępowanych emocji, nie pozostaje Wam nic innego, jak zmierzyć się z nim na własnym podwórku. Tylko jedna uwaga. To może okazać się zgubnym działaniem. Co mam na myśli? Lepiej nie pytajcie. A jeśli naprawdę chcecie wiedzieć, zainteresowanych odsyłam do stopki recenzenckiej pod kolejnymi testami.

Jacek Pazio

Opinia 2

Zgodnie z „branżową” anegdotą dobry recenzent tak długo słucha danego urządzenia, aż mu się ono spodoba, co prawdę powiedziawszy w niektórych przypadkach ociera się co najmniej o masochizm. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności nikt jakoś nie wspomina o sytuacji odwrotnej, kiedy to początkowy bezgraniczny zachwyt zaburza zdroworozsądkowe podejście do tematu zagłuszając nędzne niedobitki obiektywizmu. Jeśli wydaje się Państwu, że skoro osoba mająca wydać werdykt została niejako porażona absolutem otrzymanego na testy komponentu i wręcz nie może wyjść z zachwytu nie jest problemem, to proszę mi wierzyć na słowo, że jesteście w błędzie. Chodzi bowiem o to, że zaślepiony miłością, która jak nie od dziś i nie od wczoraj wiadomo, że jest nomen omen ślepa, recenzent, pomijając upośledzenie natury okulistycznej, przestaje myśleć racjonalnie a tym samym nie docierają do niego żadne racjonalne argumenty i mówiąc wprost mniej, bądź bardziej oczywiste mankamenty. Dlatego też, pomimo nader licznych monitów i regularnie zadawanych pytań o powód tak dużej zwłoki w publikacji testu (od unboxingu minęło 1,5 miesiąca) uznaliśmy z Jackiem, że musimy dać sobie czas. Czas na to by emocje opadły, głowy ostygły i wróciły choćby śladowe przejawy zdrowego rozsądku i wspomnianego obiektywizmu. I tak sobie czekaliśmy nie tylko oswajając się z obecnością duńskiego kolosa, lecz również mając świadomość, że przejawiając cechy właściwe gatunkowi homo sapiens, powinniśmy w miarę szybko się do dobrego przyzwyczaić coraz częściej traktując go, znaczy się obiekt niniejszego testu, jako stałą składową naszego głównego systemu. Krótko mówiąc, oczywiście umownie i metaforycznie, zdegradowaliśmy jego status z obiektu chwilowego kultu do roli tzw. konia pociągowego i wołu roboczego. Może to mało eleganckie i poetyckie porównanie, ale właśnie o to chodziło – o odarcie z wszelakich oznak absolutu i spojrzenie na niego chłodnym, krytycznym okiem. Czy nam się udało, to już nie mi oceniać, jednak skoro czytacie Państwo te słowa, to znak, że zdjęliśmy nałożone na siebie embargo i wreszcie możemy podzielić się z Państwem naszymi, dotyczącymi najnowszego i zarazem topowego stereofonicznego wzmacniacza mocy Gryphon Audio Apex refleksjami, do lektury których serdecznie zapraszam.

W telegraficznym skrócie i upraszczając sytuację można byłoby stwierdzić, że Apex jest duży, czarny i drogi. Ot takie wpisywanie się w coraz powszechniejszą pauperyzację, gdzie nawet giełdy filatelistyczne i numizmatyczne, ze względu na niezrozumienie i tajemniczość opisujących ich istotę określeń zostały przemianowane na giełdy znaczków i monet. Rozwijając jednak temat, mając zarazem świadomość, iż nasi Czytelnicy zdolności percepcyjne mają zdecydowanie powyżej średniej, uznaliśmy, że warto zwrócić uwagę na dość istotne fakty. Otóż w przypadku Apexa mamy do czynienia z ponad 200 kg (dokładnie 202 netto) monstrum o wymiarach 59 x 37 x 89 cm (S x W x G) utrzymanym w ponadczasowej tonacji „Nordic Noir”. Jak jednak łatwo się domyślić nad wyraz okazały aluminiowy korpus swe gabaryty zawdzięcza nie tylko wybujałym ambicjom projektantów, lecz przede wszystkim względom technicznym. Skoro bowiem Apex zdolny jest oddać ponad 200W na kanał w klasie A i przy okazji nie zagotować się przy 1Ω obciążeniu wypuszczając na terminale głośnikowe blisko 1,5kW na kanał, to jakoś powstające przy okazji ciepło musi oddać. Stąd też boczne ściany zastąpiono nastroszonymi piórami radiatorów do których od wewnątrz przytwierdzono 64 wysokoprądowych bipolarnych tranzystorów mocy. Do ww. ciężaru swoje małe co nieco dokłada również sekcja zasilania, gdzie znajdziemy dwa potężne, wykonane na zamówienie 2000 VA transformatory toroidalne i nie mniej imponującą baterię kondensatorów o łącznej pojemności 1 040 000 μF (ponad 1 Farad). Ponadto nie sposób nie odnieść wrażenia, że projektanci stojący za szatą wzorniczą naszego dzisiejszego bohatera, poniekąd zgodnie z tradycją, postawili na kojący spokój. A o co chodzi z ww. tradycją? Cóż, może to wyłącznie moje osobiste, a więc wybitnie subiektywne odczucia i omamy, ale patrząc na portfolio Gryphona, ze szczególnym uwzględnieniem jego amplifikacyjnej części, widać, że im wyżej w rodzimej hierarchii się wespniemy, tym spokojniejsze linie napotkamy. Nie wierzycie? No to proszę – w Diablo 300 zarówno na froncie, jak i bokach dzieje się naprawdę dużo, Antileon en face jest już poważniejszy, ale nadrabia bocznymi radiatorami i górnym deklem a Mephisto za oko łapie jedynie biegnącą przez całą jego długoś