Opinia 1
Skoro temat dedykowanych zastosowaniom audio stolików, przynajmniej na czas jakiś, mamy zamknięty i szans na mniej bądź bardziej dramatyczne przebudowy naszych systemów nie przewidujemy, nic nie stoi na przeszkodzie byśmy powrócili do eksploracji pozostałych akcesoriów antywibracyjnych. Tym oto sposobem zwróciliśmy uwagę na dość niepozorną, aczkolwiek podobno zaskakująco skuteczną, platformę dość regularnie pojawiającego się na naszych łamach szwedzkiego producenta Solid Tech o wszystko mówiącej nazwie Base of Silence, która trafiła do nas na testy dzięki uprzejmości dystrybutora marki – sopockiego Premium Sound. Jeśli zastanawiacie się Państwo cóż takiego zaoferował skandynawski sandwich na „resorach” nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do dalszej lektury.
Jak na załączonych zdjęciach widać mamy do czynienia z nader minimalistyczną konstrukcją. Ot przedzielony warstwą korka, jedno – (czarny/biały) , lub dwukolorowy, jak w przypadku dostarczonego na testy egzemplarza (oprócz wiśni dostępne są jeszcze warianty orzechowe i dębowe z białą bądź czarną podstawą) sandwich z MDF-u i korka przyozdobiony jedynie oczkiem poziomicy na platformie nośnej i firmowym logotypem w prawym narożniku frontu. Do tego dochodzą ledwo co wystające z podstawy cztery obute w korkowe podkładki stopki. Dokonując nieco bardziej wnikliwej wiwisekcji śmiało możemy uznać, iż budowa BoS (Base of Silence) jest do bólu prosta i obejmuje dwa elementy płytowe o wymiarach 495 × 435 mm z czego wykonana z fornirowanego HDF-u platforma nośna ma grubość 19mm, pod nią znajduje się 3mm warstwa korka i 30mm podstawa z MDF-u, w którą wpuszczono firmowe stopy antywibracyjne będące autorską wariacją nt. Disc of Silence HD, z których charakteryzującymi się mniejszą nośnością – bez dopisku HD, wersjami miałem do czynienia blisko dziesięć lat temu. Śmiem więc twierdzić, iż ich obsługa jest dziecinnie prosta i poradzi sobie z nią nawet osoba pozbawiona jakichkolwiek zdolności manualnych. Otóż na górnym kołnierzu zabezpieczonego od spodu korkową podkładką korpusu stopy ponawiercano po dwanaście niewielkich otworów w których aplikujemy stosowną ilość sprężyn, które z kolei mocujemy do analogicznych otworów w niewielkiej nakrętce umieszczonej w centrum ww., cylindrycznego korpusu nanizanej na śrubę ze stosowną akrylową platformą nośną. Proste? No przecież mówiłem, że takie właśnie będzie.
I jeszcze drobiazg dla niedowiarków oraz akcesoryjnych sceptyków – producent nie omieszkał w swych materiałach informacyjnych pochwalić się stosownymi wykresami z pomiarów potwierdzającymi skuteczność (i to blisko 90%) oferowanych rozwiązań.
Choć podobnie do swojego rodzeństwa Base of Silence powstają w Malmö, to patrząc na skrupulatność z jaką podawane są wytyczne dotyczące zależnych od ilości zastosowanych sprężyn rekomendowanych obciążeń można byłoby sądzić, że w składzie szwedzkiej ekipy R&D nie brakuje konsultantów ze … Szwajcarii. A jeśli takowych nie ma, to coś czuję w kościach, że któryś z odpowiedzialnych za BoS inżynierów ma mocno aptekarskie inklinacje. I tak, przy dwóch sprężynach „na nogę” zalecana waga ustawionego na platformie komponentu powinna wynosić od 8 do 30 kg, przy trzech 20-45, czterech 26 – 60, sześciu 40 – 90 i dwunastu 90 – 180 kg. Jak jednak sami Państwo widzicie powyższe, poza ostatnią parą, widełki wzajemnie się zazębiają, więc gdy i nasz drogocenny komponent łapie się na sąsiadujące rekomendacje, to dla spokojności sumienia warto przetestować obie konfiguracje i wybrać tę, która … bardziej przypadnie Wam do gustu. W ramach niezobowiązującej wskazówki jedynie wspomnę, że punktem wyjścia powinien być podzakres w którym waga naszego urządzenia przypada mniej więcej w jego połowie. Tyle teorii.
Jak z pewnością część z Państwa pamięta, bądź po prostu zerkając na pojawiającą się wraz z recenzjami dokumentację fotograficzną, przechodzi nad tym faktem do porządku dziennego, od ponad roku użytkuję sygnowany przez wiadomego wytwórcę stolik Radius Duo 3. Stolik, który, przynajmniej w mojej wersji jest konstrukcją sztywną. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż może on również występować w opcjonalnej, doposażonej w antywibracyjne moduły Radius Solo odsłonie, która co prawda zalotnie puszczała do mnie oko na etapie finalnej konfiguracji, jednakże właśnie z racji, wynikających z poczynań natury recenzenckiej nieustających i zarazem nieprzewidywalnych roszad, w praktyce okazałaby się niezbyt ergonomicznym rozwiązaniem. Może nie należę do osób ceniących sobie błogie lenistwo a nic nierobienie ewidentnie mnie męczy, jednakże świadomość konieczności dobierania odpowiedniej ilości sprężyn za każdym razem, gdy na miękko zawieszonej półce lądowałby nowy – poddawany wnikliwej analizie, komponent nader skutecznie skierowała mój wzrok w kierunku pozbawionej takowych nadprogramowych atrakcji solucji. Jednakże człowiek, ze szczególnym uwzględnieniem jednostek skażonych Audiophilią Nervosą do populacji których od ponad ćwierćwiecza się zaliczam, ma to do siebie, że nawet jeśli cokolwiek na początku uprościł, to w ramach dalszych działań udoskonalających ma tendencję do komplikacji. Tak też było i tym razem, gdyż skoro sam mebel był umownym – w końcu połączenia śrubowe to nie spawy, sztywnym „monolitem”, to co szkodziło wzbogacić go o platformę owej sztywności pozbawioną, która walkę z wibracjami prowadzi nie na drodze minimalizacji punktu styku z podłożem i masy a wygaszania ich zarówno poprzez kanapkową budowę, jak i przede wszystkim miękkie – sprężynowe odprzęganie od podłoża.
Ponieważ BoS pozwalała na precyzyjne dopasowanie sztywności „amortyzatorów” do wagi umieszczanego na niej urządzenia uznałem za stosowne sprawdzenie jej wpływu na praktycznie wszystko, czym dysponowałem a co zalecane przez producenta kryteria spełniało. O ile zatem Lumin U2 Mini się z wiadomych względów nie załapał, to już zarówno Ayon CD-35, Bryston 4B³, jak i moja słoweńska „zemsta hydraulika”, czyli starsza siostra Stabi S New miały okazję na niej się powylegiwać. Wnioski? Zaskakująco spójne i budujące. Okazało się bowiem, że Base of Silence ani myśli poprawiać czegokolwiek kosztem czegoś innego, tylko z niezwykłym taktem i wyczuciem jedynie poprawia w moim mniemaniu a dla kogoś innego może li tylko zmieniać pewne aspekty przekazu. Jednak najważniejsze, co wato powiedzieć o niej na wstępie, to to, że nie majstruje w równowadze tonalnej i nie wylewa dziecka z kąpielą. O co chodzi? O dość nagminne skutki uboczne powodowane przez część dostępnych na rynku akcesoriów antywibracyjnych, które z grubsza i z pewną dozą, podobno wrodzonej, złośliwości mógłbym podzielić na umuzykalniająco – mulące, które dociążają przekaz, lecz również limitują ilość powietrza i wrażenia przestrzenne, oraz analityczno – odchudzające, którym z kolei przytrafia się zbytnie osuszanie i wyostrzanie. Czyli na dobrą sprawę i tak źle i tak niedobrze. A BoS stawia na zdrowy rozsądek i takt. W związku z powyższym niemalże nie dotykając skrajów pasma skupia się na zintensyfikowaniu energii środka. Z premedytacją wspomniałem o energii, gdyż samą średnicę można z łatwością dosaturować i nawet wypchnąć przed szereg, tylko co z tego, skoro oprócz przybliżenia rozgrywających się na niej wydarzeń i nadaniu całości cukierkowych barw tak naprawdę żadnego progresu obiektywnie nie osiągniemy i zamiast kroku w górę przy sprzyjających wiatrach zrobimy najwyżej krok w bok. A platforma Solid Techa energetyzuje ów podzakres zwiększając tym samym namacalność i poprawiając tak mikro, jak i makro dynamikę. Niby na upartego mógłbym jeszcze napomknąć o naprawdę śladowym pogrubieniu kreski, jaką kreślone były najniższe składowe, gdy na tytułowej platformie rezydowała końcówka Brystona, jednakże na co dzień gra ona u mnie uzbrojona w rodzime stożki Graphite Audio IC-35, więc nawet z racji zmiany twardości czynnika odsprzęgającego takich zmian można było się spodziewać.
Niemniej jednak uczciwie musze przyznać, że „Grim” formacji Dark Sarah zabrzmiał iście zjawiskowo. Właśnie dzięki doładowaniu energetycznemu średnicy zyskał jeszcze na dynamice i komunikatywności, której z racji gęstych aranżacji nigdy dosyć. Jest to jednak album dość poprawnie nagrany, więc sygnatura BoS nosiła znamiona jedynie lekkiego muśnięcia. Jednak już po zmianie repertuaru na mający ponad trzy krzyżyki na karku „Rust In Peace” Megadeth obecność tytułowego akcesorium ewidentnie zrobiła mu dobrze niwelując zbytnią suchość i dyskretnie tonizując cykające blachy. Zamiast jednak spodziewanego przy tego typu zabiegach złagodzenia i iście rubensowskich krągłości otrzymaliśmy intensyfikację przekazu i zwiększenie thrashowego wygaru. Wokal Mustaine’a już tak nie wwiercał się w uszy swym skrzekiem, więc nic nie stało na przeszkodzie, by od pierwszej do ostatniej nuty wysłuchać ww. wydawnictwa na niemalże koncertowych poziomach głośności.
Jak się jednak miało okazać BoS była wartością dodaną również i w nieco spokojniejszym repertuarze. Na rozleniwiająco – kojącym „Back To Sardinia” Djabe i Steve’a Hacketta mamy nader elegancki i niespieszny amalgamat jazzu i folku przeplatany gitarowymi, onirycznymi riffami Hacketta. Pseudo – audiofilski muzak idealny do windy eleganckiego hotelu w modnej dzielnicy? W żadnym wypadku, raczej wymarzony podkład sobotniego przedpołudnia. Jednak ze „skandynawską deską” całość zyskała na podskórnym beacie i iście uzależniającym pulsie. W dodatku uległa przyjemnemu zespoleniu – homogenizacji, dzięki czemu węgierski band nagrywający w kościele Nostra Signore di Tergu i były gitarzysta Genesis dogrywający swe partie w Budapeszcie wreszcie zabrzmieli jak jeden organizm a nie dwa równoległe byty. Pojawił się między nimi odpowiedni flow. Może to dziwne, ale taki pozorny drobiazg finalnie robi kolosalną różnicę.
W ramach zwyczajowego podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko uznać platformę antywibracyjną Solid Tech Base of Silence za wielce przydatne i pożądane akcesorium. Czy dla wszystkich? Wbrew pozorom i całej mojej do niej sympatii … nie. Nie mogę uznać jej za rekomendowaną tym jednostkom, które zamiast na muzyce i emocjach w niej drzemiących skupiają się na laboratoryjnie wyekstrahowanych antyseptycznych dźwiękach, dzieleniu włosa na czworo i prosektoryjnym chłodzie. Jeśli jednak nie macie Państwo takowych ciągot zwróćcie uwagę na BoS, bo jest to świetny dodatek, który będzie rósł wraz z Waszym systemem a dokładnie z wagą urządzeń, jakie nim uraczycie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Teoretycznie z tytułowym szwedzkim Solid Tech-em znamy się nie przebierając w wyrażeniach, jak łyse konie. Nie tylko od lat używam ich półki w roli stanowiska dla testowanych konstrukcji, ale ostatnio miałem przyjemność podjąć próbę oceny działania pełnoprawnego stolika audio z dwoma wersjami jednego z blatów nośnych. Chodzi o wersję z pojedynczą i podwójną z odseparowanymi od siebie dwoma blatami na bazie sprężyn, platformą nośną. Efekty takiej roszady były na tyle imponujące, że gdy nadarzyła się okazja, nie omieszkaliśmy skorzystać z oferty sopockiego dystrybutora Premium Sound i bez wahania przyjęliśmy w nasze progi samodzielną platformę nośną Solid Tech Base of Silence. Cel? Weryfikacja, czy usłyszane wcześniej korekty brzmienia stacjonującego na tego typu konstrukcji sprzętu w konglomeracie kilkupółkowego stolika są powtarzalne w wersji sauté. Zainteresowani? Jeśli tak, zapraszam na kilka zwięzłych akapitów opisujących zaistniałą podczas testu sytuację soniczną.
Jak można się spodziewać i co sugerują fotografie, temat budowy opiniowanej platformy nie jest pilnie strzeżoną przez NASA tajemnicą. To dwie odseparowane korkiem drewnopochodne płyty. Dolna z 30 mm MDF-u, zaś na nią przy pomocy 3 mm korka producent poprzez klejenie wszystkich warstw ze sobą posadowił 18 mm płytę z HDF-u. Dolna wykończona jest w satynowej czerni, natomiast górna dla kontrastu i wybranego przez docelowego klienta zabiegu estetycznego fornirowana na jeden z szerokiej palety wzorów drewna. Jednak sam zestaw półproduktów na dwie współpracujące ze sobą połacie nie jest clou konstrukcji. Tym bowiem jest sposób amortyzacji ich od podłoża. To w regulowany od strony obciążeniowej sposób realizuje zastosowany w czterech stopach zestaw sprężyn. Jak to wygląda od strony technicznej? Cały system zagłębiony jest w dolnym blacie i w podstawowej wersji pozwala na zastosowanie urządzenia do masy 90 kg. Jednak to tylko opcja, bowiem bez problemu tytułową konstrukcję można dostosować do poziomu szaleństwa na poziomie 180 kg. Nam spokojnie wystarczył standard, który w moim przypadku znakomicie sprawdził się podczas oceniania brzmienia słowackiego wzmacniacza zintegrowanego Canor AI 1.20 https://soundrebels.com/canor-ai-1-20-2/ . Testu, podczas którego idealne usadowienie urządzenia można było skontrolować opcjonalną w tytułowych półkach, montowaną w górnym blacie poziomnicą. Jak widać, Szwedzi pochylili się nad swoim dzieckiem i zadbali o najdrobniejszy szczegół operacji spod znaku stabilizacji produktów audio. A czy skórka była warta wyprawki, postaram się wyartykułować w kolejnej części tekstu.
Jeśli chodzi o sprawy działania rzeczonego „anty-wibratora”, jak to zwykle w takich ustrojstwach bywa, znając niuanse budowy efekt był z grubsza do przewidzenia. Zazwyczaj jest tak, że utwardzanie przestrzeni pomiędzy docelowym stabilnym podłożem a elementem systemu audio w zależności od reakcji elektroniki na zadaną sytuację rezonansową dźwięk się w sobie zbiera, natomiast w przypadku wszelkiego rodzaju separowania miękkiego mamy do czynienia z większym lub mniejszym zwiększeniem jego body i płynności. To wydaje się być proste, jednak jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach i wszytko zależy od zachowanych proporcji materiałowych zastosowanych półproduktów oraz użycia konkretnego rodzaju najczulszego absorbera. Jak wynika z konstrukcji tytułowej Base of Silence, w jej przypadku mamy do czynienia z sandwichem kilku rodzajów sklejonych na stałe drewnopochodnych, o różnej twardości plastrów poprzez regulowaną ilość sprężyn zawieszonych na sztywnych, dodatkowo podklejonych korkiem stopach. Co to dało w stosunku do przykładowego pojedynczego blatu z MDF-u tego producenta? Oczywiście muzyka natychmiast pokazała się z bardziej ludzkiej strony. Co prawda oddała nieco w domenie szybkości narastania sygnału, delikatnie straciła ostrość krawędzi rysujących źródła pozorne i stając się bardziej krągłą zwiększyła swoją wagę, za to przynajmniej w moim przypadku natychmiast stała się muzyką przez duże „M”. Nagle zaczęła dłużej czarująco wybrzmiewać w eterze, zrobiła się plastyczniejsza i płynniejsza, co wprost przełożyło się na jej większą esencjonalność, a przez to zwiększającą namacalność odbioru muzykalność, przy okazji poprawiła się definicja głębokości i wielowarstwowości wirtualnej sceny. Gdybym miał to określić w sposób kolokwialny, powiedziałbym, że słuchana muzyka przestała „być” kwadratowa”, na rzecz zwiększenia w niej czynnika ludzkiego. Co ciekawe, podmiot dzisiejszego spotkania przewartościowując wspomniane niuanse brzmieniowe w stronę muzykalności nie spowodował efektu przesytu tego typu artefaktów w moim, skądinąd już na starcie dobrze osadzonym w owych aspektach systemie, tylko umiejętnie podciągnął każdy z nich. Nagle stacjonująca na opisywanym postumencie A-klasowa integra Canora wreszcie pokazała, co tak naprawdę wiąże się z tego typu sposobem na wzmocnienie sygnału audio. Pojawiała się odpowiednia esencja i dzięki temu lepszy puls dobiegającej do moich uszu muzyki, przestały boleśnie szeleścić sybilanty, a wybrzmienia bez jakiegokolwiek uczucia skrócenia, a wręcz powiedziałbym z efektem wydłużenia czasu zawieszenia pomiędzy kolumnami będąc nieco słodsze nie straciły nic na lotności. Nic, tylko usiąść i słuchać. Ale żeby nie było, słuchać bez opamiętania z kilku powodów, na liście których najważniejszymi dla słuchacza są drive, energia i swoboda projekcji. Owszem, z nutką barwowej nostalgii. Jednak zapewniam Was, poziom jej aplikacji przez cały proces testowy służył dosłownie pełnemu przekrojowi słuchanej przeze mnie twórczości od jazzu spod znaku free Petera Brotzmanna lub nastrojowego Bobo Stensona, przez popisy wokalne znanych artystek typu Patricia Barber, czy Carla Bruni, po bez problemu również zyskujące szaleństwo takich tuzów jak Megadeth, czy AC/DC. Jak to możliwe? Jak zwykle wszystko zależy od dwóch czynników. Pierwszym są pewnego rodzaju potrzeby docelowego systemu, zaś drugim unikanie zbytniej ofensywności działania.Jak to się ma do naszego punktu zapalnego? To proste. To co oferował, było na tyle wyważone, że nie robiło spustoszenia w już nasyconym i barwnym zestawie, co z doświadczenia wiem, nie jest takim łatwym do osiągnięcia. Na szczęście Szwedzi nie są w tej materii nowicjuszami i wiedzą, jak kolokwialnie mówiąc „zrobić komuś dobrze”, ale przy okazji nie przedobrzyć.
Gdzie osobiście widzę przedmiot dzisiejszej epistoły? Z małymi wyjątkami praktycznie wszędzie. Co to za wyjątki? To naprawdę kwestia symboliczna, opiewająca jedynie na układanki same w sobie już z nadwagą. Solid Tech prawdopodobnie ich nie dobije, jednak aplikacja tego typu atrybutów ma na celu wyciskanie z naszych zestawów ostatnich soków, a nie stawiania ich na ładnych mebelkach. Nawet w momencie tak fajnego pomysłu na barwowy miks dwóch scalonych ze sobą blatów na delikatnych stopach. Ale żeby nie było, to wolny kraj i jeśli ktoś zapragnie również takiego wyeksponowania swoich zabawek, to czemu nie. Gorzej nie będzie, za to jest bardzo wielkie prawdopodobieństwo, że znacznie lepiej.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stoliki: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Premium Sound
Producent: Solid Tech
Cena: 2 450 PLN
Dane techniczne
Wymiary (S x G x W): 495 × 435 × 60-70 mm
Min. Obciążenie: 8 kg
Max. obciążenie: 90 kg (z dodatkowymi sprężynami 180 kg)
Dostępne wykończenie: czarny, biały, fornir orzechowy, fornir wiśniowy, fornir dębowy, fornir czarny dąb
Skoro podczas ostatniej edycji stołecznego Audio Video Show, za sprawą katowickiego RCM-u Gauder Akustik zaprezentowało swoje najnowsze kolumny Capello 80, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność przygarnęliśmy pod nasz dach ich nieco bardziej rosłe rodzeństwo – Capello 100 Be.
cdn. …
Opinia 1
Gdy prześledzicie nasze perypetie z produktami duńskiego Gryphona, przekonacie się, iż mieliśmy u siebie prawie wszystko. Od Diablo 300, przez koncówki mocy – Antileon, Mephisto i Apex, przedwzmacniacz liniowy Pandora, phonostage Legato Legacy, DAC-a Kalliope, odtwarzacz CD Ethos, po kolumny Trident II. Owszem, kilka drobnych komponentów wespół z flagowymi kolumnami Kodo nie miało u nas swoich pięciu minut, jednak nie oszukujmy się, tak zwana „elektroniczna drobnica” na tle wspomnianego portfolio to daleki od traktowania go jako ujmę na honorze ułamek oferty, zaś topowe zespoły głośnikowe mimo przyzwoitej wielkości naszego salonu odsłuchowego niestety nie miały najmniejszych szans na zdroworozsądkowe zmieszczenie się w jego okowach. A jeśli tak, to po ostatnim teście spod znaku Gryphona w postaci monstrualnej, co istotne, niełatwą decyzją zostawionej na stałe w systemie końcówki mocy Apex Stereo, naturalną koleją rzeczy wydawał się być miting z dedykowanym przedwzmacniaczem liniowym. Oczywiście takie były też nasze plany, jednak cały czas rozbijały się o bardzo prozaiczny problem. Chodzi mianowicie o fakt oczekiwania na jego oficjalne pojawienie się w ofercie Duńczyków. Na szczęście czas z nowo nabytym 200 kg piecem niespecjalnie się dłużył, bowiem ni stąd ni zowąd lekko zaskoczeni dostaliśmy info, że ustalane od jakiegoś czasu plany testowe bez problemu możemy finalizować. Takim to sposobem wieńcząc dzieło poznania na chwilę obecną pełnej oferty marki Gryphon Audio Design mam niekłamaną przyjemność zakomunikować, iż w dzisiejszym skandynawskim odcinku zmierzymy się z flagowym przedwzmacniaczem liniowym Gryphon Audio Commander.
Z czym mamy do czynienia? Myślę, iż nie przesadzę, gdy naszych bohaterów – tak tak mamy do czynienia z tak zwaną „dzielonką” – określę rasowymi przedstawicielami high end-owego szaleństwa. Powód? Nie tylko ich gabaryty, ale również waga spokojnie przewyższają osiągi znaczącej wielkości typowych wzmacniaczy zintegrowanych i być może się zdziwicie, ale także końcówek mocy. To skręcone z ciężkich, grubych, do tego kreujących designerskie kształty płatów aluminium pięknie wykończone w modnej czerni obudowy. Obydwie są takie same, a jedynymi co je różni, to wyposażenie determinowane wykonywanym zdaniem. Jakie to różnice? To widać gołym okiem. Sekcja przedwzmacniacza w stosunku do zasilacza na awersie uzbrojonym w imitację radiatora biegnącego przez całą wysokość frontu przez przeciętą trójwymiarowym motywem smoka, górną płaszczyznę aż po plecy urządzenia, może pochwalić się implementacją motywu odwróconego trójkąta. Cel? Jak można się spodziewać, jest to wizualny zabieg pozwalający na aplikację dużego, dzięki temu czytelnego z daleka, dotykowego wyświetlacza, krwistoczerwonego logo marki i włącznika inicjującego pracę urządzenia. Jeśli chodzi o dawcę energii elektrycznej, ten będąc pozbawionym wspomnianej prostopadłościennej trójkątnej bryły w dolnej części przedniego panelu pomiędzy pionowymi ringami à la radiatora może pochwalić się jedynie dwoma czerwonymi diodami oznajmiającymi jego pracę. Co bardzo istotne, przedni panel w obydwu komponentach w celach podkreślenia przemyślanego pomysłu na wygląd na wysokości masywnych kolców stabilizujących konstrukcję lekko się unosi. To z jednej strony ciekawie wygląda, a z drugiej minimalizuje odczucie przysadzistości ponadnormatywnie dużych urządzeń. Przechodząc z opisem na tylne flanki naszych bohaterów Power Supply (zasilacz) oprócz typowych dla Gryphona w najwyższych modelach dwóch gniazd zasilania (mamy do czynienia z konstrukcją symetryczną) oraz zacisku masy oferuje klientowi pakiet 7 wielopinowych złączy do zasilenia nie tylko sekcji przedwzmacniacza, ale w przyszłości przetwornika cyfrowo/analogowego lub phonostage’a. To znany z poprzednich linii produktowych dowód wielofunkcyjności tego produktu, czego słuszność zastosowania osobiście zaznałem podczas testu komponentów z niższej serii. Co do serca urządzenia, czyli modułu przedwzmacniacza, ten oprócz 3 gniazd sterujących odbiorem pakietu elektronów z zasilacza, powtórzonego zacisku masy, dwóch gniazd do automatycznego sterowania Biasem podczas współpracy z firmową końcówką mocy, może pochwalić się czterema wejściami XLR, jednym RCA, przelotką TAPE w standardzie RCA oraz trzema wyjściami liniowymi – 1xRCA, 2 XLR. Tak przepięknie prezentujący się, przy okazji bogato wyposażony zestaw finalnie jest wyposażony w aluminiowego, zmyślnego wizualnie, nieprzeładowanego funkcjami pilota zdalnego sterowania, zaś na czas transportu każdy z komponentów skrywany jest w praktyczne od strony pakowania i rozpakowywania drewniane skrzynie.
Czym zaskoczył mnie flagowy preamp Gryphona? Dwoma rzeczami. Pierwszą byłą znakomita rozdzielczość prezentacji, pozwalająca na zaistnienie nawet najdelikatniejszych niuansów dźwiękowych w najbardziej spiętrzonej kakofonii sonicznej. Natomiast drugą zadziwiające nadawanie muzyce fajnego body i esencji, ale bez uczucia utraty lekkości prezentacji. Owszem, na wirtualnej scenie zrobiło się delikatnie ciemniej i płynniej niż na co dzień mam podczas bezpośredniego sterowania głośnością przez Vivaldiego, jednak w najmniejszym stopniu nie było to uciążliwe, a czasem nawet wręcz pożądane. Co mam na myśli? Pisząc o uciążliwości naturalnie piję do minimalnego złagodzenia ataku i przez to zmniejszenia agresji dźwięku, zaś o pożądaniu mam na myśli sytuacje podczas testu, gdy jakiś materiał w wartościach bezwzględnych wypadał lepiej z Commanderem niż bez niego. Ogólnie muzyka obrabiana przez przedwzmacniacz zawsze była przyjemna. Nie zmulona, bez oznak nieprzyjemnego spowolnienia, tylko pełna esencji, energii i dzięki tchnięciu w nią pierwiastka eteryczności – w tym przypadku Vivaldi zawsze szedł o pół kroku za Commanderem – namacalniej kreowana. Ewidentnie krąglejsza, jednak w sobie tylko znany sposób łatwiejsza w emocjonalnym dotknięciu. Oczywiście nie zawsze, tylko zazwyczaj, gdyż wiadomym jest, że odbiór muzyki zależny jest od samopoczucia słuchacza i poziomu jego wrażliwości na lądujący w transporcie CD materiał muzyczny. Do czego zmierzam? Przecież to abecadło, czyli kolokwialnie mówiąc jeden lubi jabłka, a drugi gruszki, co oznacza, że tę samą muzykę inaczej odbierze meloman romantyk, a inaczej gniewny buntownik. Naturalnie ten pierwszy bez problemu zaakceptuje (a nie zdziwiłbym się, gdy nie będzie widział innej opcji) styl zjawiskowego na tle przesłuchanej przez lata konkurencji, grania Commandera w pełnym spektrum twórczości, natomiast drugi osobnik, z racji napawania się niczym niepohamowaną, oczywiście jedynie zawartą w materiale muzycznym, dobrze wybrzmiałą agresją już niekoniecznie. Będzie wolał nieco ostrzej, dosadniej lub brutalniej. Nie zawsze, ale jednak. Dlatego określając ogólnie świetny wpływ Duńczyka na finalne brzmienie systemu „zwrotem „nie zawsze” zostawiłem furtkę. Niestety nie ma rzeczy idealnych, za to tak jak w przypadku naszego bohatera są znakomite. Na tyle, że tylko pełne zadowolenie z obecnego wyboru sterowania głośnością na bazie przetwornika było jedynym głosem przeciwko pozostawieniu sobie tytułowego konglomeratu. Głosem, który w wartościach bezwzględnych sporo oddawał. Po pierwsze – pewnego rodzaju eteryczność prezentacji. Po drugie – jakże fizjologiczną esencję źródeł pozornych. Po trzecie – finalnie jakby lepiej odbierane rozbudowanie wirtualnej sceny w wektorze głębokości. A po czwarte – kojącą duszę intymność słuchanej muzyki. Powód? Niestety mimo, że wydaje mi się, iż jestem romantykiem, to w duchu chyba bardziej buntownikiem. Nie umiem, wróć, nie udaje mi się zbyt długo wysiedzieć przy idealnie wycyzelowanej muzyce. Lubię, gdy coś czasem mnie smagnie. Raz brutalny atak dźwięku, innym razem jego przenikliwość, przez co zawsze jestem w stanie oczekiwania na mające nadejść wydarzenia. Oczywiście skandynawski przedwzmacniacz również to oferuje, ba na tle konkurencji w zjawiskowym wydaniu, tylko bez niego mam to w wydaniu wyczynowym. Nie lepszym w ogólnym pojęciu tego słowa, gdyż nie raz podczas testu spotkałem się z opinią gościa, że z pre Gryphona muzyka jest kompletna, a bez niego brakuje jej pewnego rodzaju sonicznej spójności, tylko bardziej mnie kręcącym, co na tle ocenianego zestawu jest odchodzącym od ogólnie pojętego ideału w pełni subiektywnym wyborem. Bardzo bliskim w prezentacji, ale jednak obarczonym oddaniem kilku zalet wyborem.
Pierwszą z brzegu wodą na młyn bohatera dzisiejszego spotkania były koncertowe poczynania Keitha Jarretta z Garym Peacockiem i Jackiem DeJohnettem z materiałem „Inside Out”. Jak często w przypadku tych panów mamy do czynienia zarazem z popisami solowymi jak i wspólnym balladowaniem. I właśnie dlatego wybrałem ten materiał jako pieczątkę świetności prezentacji. Mianowicie mimo wspominanego wcześniej nadawania muzyce przez przedwzmacniacz cech płynności owe popisy – ze szczególnym uwzględnieniem zabawy z kontrabasem Peacocka – nic a nic nie straciły na zadziorności, krawędzi, czy odpowiednim udziale struny i pudła rezonansowego nawet w najbardziej karkołomnych przebiegach palców po strunach. Wszystko trafiało w punkt nie tylko bez wyostrzeń, ale również bez opóźnienia lub odczuwalnego pogrubienia. Mistrz nie żałował palców, a system nie gubił ani krzty z natychmiastowo pojawiających się po sobie informacji. Gdyby miał to opisać jednym słowem, było by to dobrze rozumiane „szaleństwo”. A to dopiero jedna strona medalu, gdyż dzięki cechom nienachalnego upłynniania projekcji zyskiwały kawałki melancholijne z ostatnim na płycie numerem 5 na czele. Powolne cyzelowanie każdej nuty fortepianu, jej bezkresne wybrzmiewanie, odpowiednio dozowana narastająca energia, a to wszystko w jednym celu, jakim wówczas było ukontentowanie zgromadzonej publiczności, by na koniec po wydaniu koncertu na płycie móc oczarować następne pokolenia wielbicieli tej jakże znamienitej trójki. Nic, tylko usiąść i zatopić się w otchłani muzyki, co bez jakiegokolwiek krygowania się uczyniłem.
Z innej muzycznej beczki pomnę choćby nawet dobrze wydany krążek Black Sabbath „13”. To nie jest łatwa muzyka. I nie chodzi nawet o jej odbiór przez melomanów, tylko jej sposób odtworzenia przez zestaw. Wszechobecne gitary, mocny rytm, energiczna perkusja i co najważniejsze charyzmatyczna wokaliza sprawiają, że zbyt duża ilość cukru w cukrze może się spodobać, jednak nie będzie miała nic wspólnego z zamierzeniami artystów. A to ma być przecież jazda bez trzymanki. Ogień gitarowych gęstych, pełnych energii, ale również drapieżnych pasaży to popisowy numer tej formacji i tak naprawdę już od pierwszego kawałka dający pojęcie z czym jeśli chodzi o odtwarzający go system, mamy do czynienia. Gdy wypadnie zbyt krągło, zabije wpisaną w DNA rockmanów chęć wywrócenia świata do góry nogami. Znowu gdy ostro, będzie jeden nieustający ból. Tymczasem w przypadku sesji testowej ten trudny materiał w żaden sposób nie został nadmiernie podkolorowany. Wiosła masowały trzewia tak drapieżnym, jak i energetycznym brzmieniem, frontman w osobie niepokornego Ozziego Osbourne’a bez zająknięcia śpiewał z tak zwanego pełnego gardła, zaś stopa konsekwentnie nadawała rytm tym szaleństwom. Trochę obawiałem się, że z tym projektem Commander może sobie do końca nie poradzić. Tymczasem całość wypadła znakomicie.
Po tym długawym tekście wreszcie przyszedł czas na spuentowanie wyartykułowanych powyżej wniosków. A te w moim odczuciu – bez względu na fakt osobistego codziennego spojrzenia na dźwięk z bardziej agresywnej strony – są potwierdzeniem wysokiej jakości dźwięku spod znaku Gryphona. Nasz bohater w stu procentach robi, co do niego należy. Nadaje dźwiękowi koherentności, a to wprost przekłada się na zjawiskową namacalność. Co jest bardzo istotne, przy całym sznycie grania świetną barwą i plastyką nie pogrubia szkodliwie dźwięku, tylko podkręca jego impuls i rytm. Owszem, na tle pracy dCs-a Vivaldi krawędź rysowana przez Commandera jest łagodniej, jednak nie ma mowy o rozmywaniu się wirtualnej sceny. Ba, w moim odczuciu właśnie dzięki takiemu postawieniu sprawy zyskuje ona na głębokości, co w przypadku realizacji koncertowych jest nie lada zaletą. Czy duński preamp jest dla każdego? Bez dwóch zdań tak. Jak taka opinia ma się do moich ostatecznych wyborów? Już tłumaczę. Raz – to nowość na rynku i test był pierwszą przymiarką. Dwa – na chwilę obecną przebudowuję system analogowy, dlatego nie potrzebuję tak znakomitego przedwzmacniacza. A trzy – jest minimalnie innym spojrzeniem na muzykę, niż obecnie preferuję, co mam nadzieję nie odbieracie jako wadę, tylko subiektywny, jestem pewny, iż po tym co usłyszałem w wydaniu Skandynawa, po czasie bardzo łatwy do zmiany wybór. Czy zatem nasz bohater ma jakieś wady? Niestety tak, ale tylko jedyną. Jaką? Prozaiczną – sporą cenę. Jednak na usprawiedliwienie tego faktu dodam, iż nikt nigdy nie twierdził, że brylowanie w segmencie ekstremalnego High End-u będzie przysłowiową bułką z masłem. To po prostu jeden z aspektów życia.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć stara prawda głosi, że z rodziną najlepiej wychodzi się wyłącznie na zdjęciach, to w dobie wszechobecnego Photoshopa, czy coraz popularniejszych rozwiązań AI w stylu DALL·E 2 i z tym może być różnie. Wystarczy kilka ruchów pędzlem, bądź odpowiednia komenda i już nas nie ma. Całe szczęście w High-Endzie życie toczy się nieco spokojniej, żeby nie powiedzieć normalniej, dzięki czemu „wchodząc” w konkretną markę z biegiem lat ewoluując do stadium wiernego akolity, niejako oczywistym wyborem staje się kompletowanie jeśli nie całości systemu, w końcu warto pamiętać o specjalizacji, to poszczególnych sekcji z urządzeń oznaczonych takimi samymi logotypami. Nie dziwi zatem widok monoteistycznych zestawów Accuphase’a, Esoterica, Soulution czy Vitusa, gdyż doskonale zdajemy sobie sprawę, że decyzję zakupową podjęto m.in. bazując na ich wzajemnej kompatybilności i pełnej synergii w obrębie misternych układanek. Z podobnego założenia wyszli Duńczycy, którzy w ramach ostatnich premier wraz z topowym wzmacniaczem mocy Apex pochwalili się dedykowanym przedwzmacniaczem liniowym Commander. I w tym momencie dochodzimy do sedna, gdyż o ile ww. końcówka już jakiś czas u nas gości, to jedynie podczas minionego Audio Video Show dane nam było rzucić uchem na zestaw firmowy Gryphon Audio. Całe szczęście dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu nie musieliśmy bazować li tylko na wystawowych wrażeniach, gdyż pod koniec zeszłego roku Commander do nas zawitał, co też anonsowaliśmy stosowną zajawką, a obecnie możemy podzielić się z Państwem zebranymi w tzw. międzyczasie obserwacjami, do lektury których serdecznie zapraszam.
Jak przystało na ekstremalny High-End, gdzie księgowi mają tyle do powiedzenia co dzieci i ryby a ekipy R&D ogranicza jedynie wyobraźnia, Commander już od progu oznajmia, że to on tu rządzi, więc lepiej będzie jak czym prędzej weźmiemy się za porządki, bo choć mamy do czynienia z jednym urządzeniem, to z racji rozdzielenia sekcji sygnałowej od zasilającej potrzebować będziemy dwóch półek w „pojedynczym” i jednej w podwójnym, bądź potrójnym stoliku. Całe szczęście ów słodki, zbliżony do 70kg (netto) ciężar rozłożono na dwie poręczne, wykonane z płyt OSB skrzynie, więc kwestie natury logistycznej spokojnie można ogarnąć w pojedynkę, o ile tylko po preamp nie wybierzemy się Smartem Fortwo. Oczywiście to niewinny żart, gdyż przy tego typu zakupach fakt dostarczenia i pomocy w wypakowaniu/aplikacji w posiadanym ekosystemie przez ekipę dystrybutora/salonu audio jest czymś na tyle oczywistym, że nawet nie warto o tym wspominać.
Po wyłuskaniu drogocennej zawartości z transportowych boxów naszym oczom ukazuje się … bynajmniej nie las (krzyży), co nader zgrabny, oczywiście kruczoczarny – zgodnie z tradycją i związaną z produkcją Forda T legendą zainteresowani mogą kupić go „