1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Bryston 4B³

Bryston 4B³

Opinia 1

Gdy otaczający nas świat nieustannie przyspiesza a pomimo coraz większej automatyzacji, skracania czasu podróży, wszelakiej maści udogodnieniom i powszechnej unifikacji oraz integracji, wolnego czasu zamiast coraz więcej mamy … coraz mniej. W związku z powyższym jemy, żyjemy i bardzo często również kochamy w biegu, przelocie, byle jak i byle szybciej, by koniec końców w wieku 30-40 lat obudzić się z ręką w … wiadomo czym. Bez stabilnych relacji z bliskimi, o ile w tzw. międzyczasie zdołaliśmy ich przy sobie utrzymać, a bardzo często z cywilizacyjnym „gratisem” w postaci nerwic, czy nawet ataku serca na koncie. Przesadzam? Nie sądzę. Rozejrzyjcie się tylko Państwo wokół siebie i szczerze odpowiedzcie sami sobie na pytanie ile czasu spędzacie wspólnie z rodziną, a ile poświęcacie na nieraz bezsensowną walkę z materią i sobie podobnymi o kolejny, wyższy stołek, większy gabinet, czy nowszy samochód. Jeśli do tej niezbyt optymistycznej wizji dodamy coraz mniejszą trwałość dóbr, którymi z taką lubością się otaczamy i dla których mówiąc wprost i bez ogródek wypruwamy sobie żyły obraz współczesności przybiera mocno apokaliptyczne barwy.
Całe szczęście są jeszcze miejsca, gdzie nadal, ponad zrobotyzowanymi maszynami stawiany jest człowiek, a zamiast ilości liczy się przede wszystkim jakość. Do takich oaz normalności można z pewnością zaliczyć miasto Peterborough w Ontario, gdzie mieści się zarówno siedziba, jak i „fabryka” jednego z najlepiej rozpoznawalnych na audiofilskim rynku kanadyjskiego producenta – Brystona. Nie wierzycie? To co w takim razie powiecie na to, że to właśnie tam cały, trwający (w przypadku przedwzmacniaczy i wzmacniaczy) 30-35 godzin, montaż odbywa się ręcznie, kontrole następują na każdym etapie produkcji, dbałość o perfekcję osiąga iście obsesyjny poziom, a przed wysyłką urządzenia są przez setki godzin poddawane najprzeróżniejszym testom, by trafiając do końcowego klienta być już praktycznie wygrzanymi i gotowymi do pracy? Jeśli dodamy do tego typowe dla rynku profesjonalnego, dalekie od audiofilskich kuriozów, ceny i dwudziestoletnią, tak tak, to nie przejęzyczenie, czy drukarski chochlik – dokładnie 20-letnią gwarancję, sytuacja powinna być jasna – Bryston ani myśli zmieniać idei, jaka przyświecała w 1962 r. jego założycielom i kolejnym właścicielom, by oferować urządzenia zdolne przez długie lata dostarczać radość kolejnym pokoleniom nie tylko melomanów, ale i ludzi traktujących je jako narzędzie swojej pracy.
Dlatego też z niekłamanym entuzjazmem przyjęliśmy, od polskiego dystrybutora marki – warszawskiego MJ Audio Lab, do testów należącą do serii Cubed 300 W stereofoniczną końcówkę mocy 4B³.

Jak mam nadzieję widać na załączonych fotografiach, oraz jak na audiofilskie standardy przystało, tytułowy wzmacniacz prezentuje nad wyraz elegancko i kompaktowo zarazem. Oczywiście nie sposób odmówić mu pewnej charakterystycznych dla kanadyjskiego wytwórcy minimalizmu i surowości, lecz warto mieć też świadomość, iż oprócz dostarczonej do recenzji typowo „cywilnej” 17’’ wersji 4B³ dostępna jest również opcja 19’’ z masywnymi uchwytami i Pro Edition przystosowana do montażu w szafach typu Rack. W porównaniu do testowanego przez nas jakiś czas temu 4B SST2, 4B³ wyraźnie wyładniał, gdyż dość monotonny poprzednio front, wykonany z masywnego płata szczotkowanego aluminium, został wzbogacony przez zgrabnie wkomponowany, centralnie umieszczony prostokątny szyld z wygrawerowanym logotypem marki, oznaczeniem symbolu, dwiema informującymi o stanie pracy urządzenia niewielkimi, zupełnie nieabsorbującymi, diodami, oraz włącznikiem głównym. Konwencjonalne ściany boczne standardowo zastąpiono gęsto użebrowanymi radiatorami, które w procesie oddawania powstającego podczas pracy ciepła wspomaga ażurowa pokrywa górna. Tył wzmacniacza również nie przejawia ambicji ku temu by szokować oryginalnością. W zamian za to stawia na logikę i ergonomię. Wbrew moim wcześniejszym obawom pojedyncze, zalane transparentnym plastikiem gniazda głośnikowe bez najmniejszego problemu akceptują przewody głośnikowe zakonfekcjonowane nawet masywnymi 16 mm widłami a sygnał można dostarczyć zarówno do niezbalansowanych, jak i zbalansowanych wejść liniowych. Ich wybór należy potwierdzić jednym z trzech hebelkowych przełączników, z których pozostałe dwa odpowiedzialne są za dobór wzmocnienia – 23 lub 29 dB (pierwsze zalecane przy korzystaniu z XLR-ów a drugie z RCA) i wybór trybu pracy końcówki –stereo, lub mono (moc po zmostkowaniu wzrasta z 2 x 300W / 8 Ω do 1 x 900W / 8 Ω). Co ciekawe wejścia zbalansowane akceptują nie tylko klasyczne wtyki XLR, lecz również powszechnie stosowane w studiach wtyki TRS – duży jack 6,35 mm. Nie zabrakło też gniazda triggera umożliwiającego „zdalne” wybudzenie wzmacniacza, oraz centralnie umieszczonego gniazda zasilającego IEC i włącznika głównego.
Jak przystało na rasową i zarazem bezkompromisową stereofoniczną końcówkę mocy tak naprawdę 4B³, to dwa monobloki umieszczone w pojedynczej obudowie. Mamy zatem do czynienia z konstrukcją dual mono a podział na lewy i prawy kanał nie dotyczy tylko sekcji wzmacniającej, lecz również i zasilania, gdyż wbrew temu, co można gdzieniegdzie wyczytać, tytułowy wzmacniacz nie posiada pojedynczego, lecz dwa – po jednym dedykowanym każdemu kanałowi potężne toroidy, które też w znacznej mierze odpowiadają za blisko 30 kg wagę końcówki.

No dobrze, obcmokałem mało konsumpcyjne, za to niezwykle pro-klienckie podejście do biznesu i budowę Brystona, więc spokojnie, przynajmniej teoretycznie, moglibyśmy zabierać się za opis jego walorów sonicznych. Problem jednak w tym, że 4B³ okazuje się nad wyraz niewdzięcznym, pod audiofilskim względem, obiektem recenzji, gdyż będąc z krwi i kości urządzeniem z powodzeniem spełniającym profesjonalno – studyjne kryteria do tematu reprodukcji dźwięku podchodzi z diametralnie innej, aniżeli ogólnie przyjęta w Hi-Fi i High-Endzie, strony. Chodzi bowiem o to, że on dźwięku „nie robi” a jedynie go wzmacnia. W czym zatem problem? Ano w tym, że o ile w zatrważającej większości cywilnym sprzętów z powodzeniem możemy mówić o ich własnym, w mniejszym (rzadko), bądź większym (najczęściej) stopniu odciskającym swe piętno na finalnym brzmieniu charakterze, to Bryston takowego charakteru najzwyczajniej w świecie … nie posiada. Po w pięciu kanadyjskiej amplifikacji w tor słyszymy bowiem składające się na ów tor komponenty, czyli od źródła poczynając, poprzez okablowanie, na kolumnach skończywszy, lecz samą końcówkę, jako cokolwiek wnoszącą od siebie, już niekoniecznie. Weźmy na ten przykład bas, bo czego jak czego, ale akurat najniższych składowych po 500 W wzmaku (moje Gaudery są 4 Ω) wypadałoby oczekiwać wręcz atomowych. Tymczasem wykorzystane w roli materiału testowego syntetyczne ścieżki dźwiękowe do „Swordfish” autorstwa Paula Oakenfolda i „300: Rise of an Empire” ukrywającego się pod pseudonimem Junkie XL Duńczyka Antoniusa Toma Holkenborga nijakich nadspodziewanych fajerwerków nie wywołały. Zamiast bowiem wgniatającej w fotel bezkształtnej masy basopodobnej melasy słychać i czuć było każdy, nawet najdrobniejszy niuans pozornie jednorodnych, wygenerowanych na konsolecie dźwięków. Dźwięków, które nadal stanowiły nad wyraz homogeniczny fundament pozostałych podzakresów, lecz również odkrywały przed słuchaczem swoją niezwykle misterną strukturę. Bryston prezentując całość nie ograniczał możliwości naszej percepcji li tylko do samej powierzchni, lecz gdy tylko czuliśmy taką potrzebę, pozwalał niemalże wniknąć w struktury łańcuchów DNA ową strukturę stanowiących i to bez nawet najmniejszych oznak zbytniej analityczności, czy prosektoryjnej antyseptyczności.
Zbyt techniczne i będące zaprzeczeniem szeroko-pojętej muzykalności klimaty? Wręcz przeciwnie, to właśnie takie, na wskroś profesjonalne i rzetelne podejście do tematu, które ową natywną, zapisaną w materiale źródłowym, „muzykalność” przywraca odbiorcy, przy okazji odzierając ją ze sztuczności i taniego efekciarstwa. Nie wierzycie? To posłuchajcie chociażby wydawałoby się przereklamowanego, patetycznego i przesadzonego do granic przyzwoitości kultowego albumu „Amused to Death” Rogera Watersa. Oczywiście wszelakiej maści „sztuczki” ze szczekającym psem, rąbaniem drewna, czy kuligiem jak najbardziej się pojawią, lecz pełnić będą rolę jedynie świadomie użytych środków artystycznego wyrazu, autorskiej ornamentyki, tła do zdecydowanie poważniejszych refleksji Watersa, aniżeli atrakcję samą w sobie. Rozumiecie Państwo o co chodzi? O równowagę i dotarcie do sedna a nie pobieżne, bezrefleksyjne ślizganie się po powierzchni – o słuchanie a nie li tylko słyszenie, o dostrzeganie a nie tępe wpatrywanie się niewidzącym wzrokiem.
Na symfonice sprawy wyglądały podobnie. Niezależnie od tego, czy w odtwarzaczu lądował referencyjny sampler „Bolero!: Orchestral Fireworks” (Minnesota Orchestra), czy zdecydowanie mniej podkręcony na stole mikserskim, za to porażający autentyzmem, „Rhapsodies” Stokowskiego za każdym razem namacalność źródeł pozornych, trójwymiarowość sceny, czy wierność barwie naturalnego instrumentarium były oczywiste i bezdyskusyjnie zgodne z rzeczywistością. O ile jednak przy wielkich składach musieliśmy godzić się na pewnego rodzaju przeskalowanie wynikające z ograniczeń, czy to lokalowych, czy będących pochodną samych kolumn, to przy niewielkich składach jazzowych Bryston bez chwili wahania był w stanie umieścić reprodukowany skład w naszym pokoju, przez co odsłuch takich perełek jak „Contra La Indecisión” Bobo Stenson Trio sprawiał, iż z roli biernego słuchacza srebrnego krążka mogliśmy ewoluować do uczestnika konkretnej sesji nagraniowej. Chociaż może w swych osobistych wynurzeniach posunę się nieco dalej, gdyż takiej bezpośredniości i namacalność perkusjonaliów, czy potęgi fortepianu lidera w swoim mieszkaniu nie byłbym w stanie uzyskać a skoro je usłyszałem i ich doświadczyłem, to wygląda na to, iż kanadyjska końcówka zafundowała mi indywidualną wycieczkę do Auditorio Stelio Molo RSI Studio w Lugano, gdzie nad realizacją wspomnianego krążka czuwał sam Manfred Eicher. Czy trzeba o lepszą rekomendację?

Czyżbyśmy zatem mogli domniemywać, iż Bryston 4B³ jest konstrukcją idealną? Pod względem neutralności, rzetelności i wierności brzmieniu z pewnością tak, lecz warto zdawać sobie też sprawę, iż rynek konsumenckiego audio rządzi się swoimi, nieraz mało racjonalnymi, prawami i coś realnie – obiektywnie lepsze wcale nie zostaje odpowiednio docenione i uhonorowane. Dlatego też nie zdziwcie się Państwo jeśli 4B³ okaże się w oczach co poniektórych odbiorców mniej ciekawą propozycją aniżeli bardziej efektownie, jeśli nie efekciarsko grające urządzenia, a jeśli dodamy do tego fakt jego prawdomówności warto brać poprawkę na tych, którzy ową prawdę o własnych systemach niekoniecznie będą w stanie przełknąć. Jeśli zaś chodzi o moją w pełni indywidualną i do bólu subiektywną opinię, to Bryston 4B³ wydaje się być spełnieniem nie tylko audiofilskich, lecz i recenzenckich marzeń.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Phasemation EA-500
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Końcówka mocy: Copland CTA 506
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; DeVore Fidelity Gibbon 3XL
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Jaka jest różnica pomiędzy dwoma teoretycznie pracującymi w służbie dla miłośników muzyki urządzeniami z tak zwanego rynku „pro” i konsumenckiego? Otóż pomijając z reguły nieco mniej atrakcyjny, bo wymuszony odpornością na ciężką pracę w studiach lub na koncertach, wygląd wywołanych do tablicy konstrukcji, dla branży pro-audio zasadniczym i niestety dla nas – konsumentów, bardzo znamiennym w negatywne skutki aspektem jest widniejąca na metce sprzętu do użytku domowego cena. Oczywiście pojęcie tanio/drogo bardzo często zależy od punktu odniesienia, czyli zasobności posiadanej sakiewki, ale nie oszukujmy się, rynek konsumencki ostatnimi czasy nieco oderwał się od rzeczywistości. Co na to poradzić? Cóż, sposobów jest wiele. Od unikania nowości, po zdroworozsądkowe zejście do będącego bardziej przyjaznym w domenie kosztów sektora środka cennika. Czy to jedyne możliwości? Naturalnie, że nie, gdyż można również skierować swoje żądze ku markom, które bardzo dobrze radzą sobie na dwóch skonfrontowanych ze sobą w pierwszym zdaniu rynkach. Jakie marki mam na myśli? I to jest fantastyczne, idealnie pasujące do naszego dzisiejszego spotkania pytanie, gdyż tym razem zapraszam wszystkich na kilka akapitów o producencie, który mimo głównego z sukcesem okupowanego nurtu swojej działalności jakim jest rynek profesjonalny, nie zapomina również o ostatnim ogniwie w łańcuchu konsumentów, czyli melomanach i audiofilach. Jednak nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie mały, bardzo interesujący nasze grono drobiazg w postaci poszanowania klienta od strony wyceny swoich wyrobów. Zainteresowani? W takim razie zapraszam na spotkanie z kanadyjską marką Bryston, którą w boju z moim Japończykiem będzie reprezentować stereofoniczna końcówka mocy 4B³, a jej wizytę w moich progach zawdzięczam dystrybutorowi MJ Audio Lab.

Już na starcie ogólnej prezentacji Kanadyjczyka wszystkim osobnikom wieszczącym designerką porażkę produktom ze studyjnym rodowodem z niekłamaną satysfakcją wytrącam czasem jedyny argument, jakim jest przypisywanie im aparycji brzydkiego kaczątka. Dlaczego? Proszę spojrzeć na załączoną serię fotografii. Toż to esencja High End-owego minimalizmu. Wykonany z grubego płata aluminium z delikatnie przełamującymi monotonię płaszczyzny podfrezowaniami i skośnie wykończonymi krawędziami front ozdobiono jedynie centralnie umieszczonym prostokątnym włącznikiem z zogniskowanymi nad nim dwoma sygnalizującymi pracę urządzenia diodami i tuż nad nimi wyciętymi oznaczeniami modelu i logo marki. Idźmy dalej. Krocząc ku tylnemu panelowi mijamy naszpikowaną seriami otworów wentylacyjnych górną płaszczyznę obudowy i jej uzbrojone w potężne radiatory boczne ścianki. A gdy spojrzymy na plecy modelu 4B³, okaże się, iż w ofercie przyłączeniowej otrzymujemy jedynie: pojedyncze, typowo studyjne gniazda dla liniowego wejścia zbalansowanego XLR/TRS , pojedyncze wejścia liniowe RCA, trzy hebelki ustalające tryb pracy (wzmocnienie, BRIDGED i wybór wykorzystywanego wejścia), pojedynczy zestaw terminali kolumnowych, włącznik główny i gniazdo zasilające. Przyznacie, że stojąc w kontrze do wyposażonych w miliony ustawień i umożliwiających nieskończoną ilość krzyżowych podłączeń produktów studyjnych, tytułowa końcówka mocy w kwestii oferty zbędnych dla zwykłego konsumenta funkcji na szczęście jest bardzo ascetyczna, co w połączeniu z ogólnym wyglądem pozwala klasyfikować ją jako bardzo przyjazną każdemu melomanowi i audiofilowi z bezproblemowym pozycjonowaniem w segmencie High Endu. Mam rację? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, nie pozostaje Wam nic innego, jak zgłębienie dalszej części tekstu, gdzie przyjrzymy się, jak wypada konfrontacja nietuzinkowego wyglądu i idącego z nim w parze wyposażenia z walorami sonicznymi przedstawianego pieca.

Gdybym miał pokrótce zobrazować sposób prezentacji świata muzyki przez nasz obiekt zainteresowań, jakim jest dumnie prezentująca się na tle mojej elektroniki kanadyjska końcówka mocy, powiedziałbym, że wpinając ją w tor estetyka dźwięku orientuje się wokół neutralności. Bryston proponuje bardzo energetyczny w niskich rejestrach i świeży w górnym zakresie częstotliwości przekaz. Ale bardzo istotnym jest fakt, że raz – owa góra pasma nie popada w nadmierną egzaltację w postaci wyskakiwania przed szereg, a dwa – średnica mimo unikania, przynajmniej według konstruktorów z kraju klonowego liścia, zbędnego podkolorowania nadal jest bardzo przyjemna. Dlaczego napisałem „przyjemna”, a nie fantastyczna? Otóż jej odbiór zależeć będzie od współpracującego z Kanadyjczykiem systemem i gdy w moim przypadku nawet nieco chłodniej niż bym tego oczekiwał wypadającą odsłonę testową mogłem podkręcić barwowo stosownym okablowaniem, to w innym wyjazdowym sparingu podczas słuchania muzyki dawnej niewiele mogłem poradzić i czasem brakowało mi niezbędnej dla tego repertuaru nutki muzykalności. Nie była to porażka, tylko samoczynnie nasuwające się stwierdzenie: „Szkoda, że tak poprawnie technicznie”. Myślicie, że bredzę pisząc takie wnioski? Bynajmniej, gdyż wbrew pozorom to co w rzeczywistości powinniśmy u siebie uzyskać, w warunkach domowych jest niemożliwe i według mnie lepiej jest lekko nagiąć rzeczywistość do swoich preferencji, niż męczyć się wynikiem dalekim od prawdy i dodatkowo negatywnie spotęgowanym odejściem od potrzeb wewnętrznego ducha. Ale jak to w życiu bywa, świat pełen jest męczenników i nie mnie jest rozstrzygać z jaką grupą powinniśmy się utożsamiać. Jak to przełożyło się na poszczególne srebrne krążki? Na starcie wspomnę o materiale będącym wodą na młyn opiniowanej konstrukcji, czyli muzyce elektronicznej spod znaku Massive Attack „Protection” . Efekt? Nieskrępowane pod względem kontroli i oddaniu energii sztucznych pomruków najniższe składowe. Mało tego. W sukurs takiej prezentacji szły również wysokie tony, które swoją otwartością nie pozostawiały niedomówień, o co chodziło komponującym odtwarzane nuty muzykom. To miał być atak bardzo szczegółowo w domenie wyrazistości każdej sztucznie wygenerowanej nuty i tak też przedstawił to testowany piec. Żadnych dróg na skróty, tylko realizacja założeń tak konstruktorów wzmacniacza jak i zapisanych na płycie zapisów na pięciolinii. A jak z innymi nurtami muzycznymi? Tym razem przywołam uczucia zanotowane podczas słuchania kompilacji Adama Bałdycha z Helge Lien Trio „Brothers”. Spokojnie. Co prawda z małym „ale”, jednak wszystko było w jak najlepszym porządku. Począwszy od pracy kontrabasu i perkusji przez fortepian i skrzypce przekaz oferował bardzo ważny dla przeżycia muzyki na wyczynowym poziomie wynik. Pierwsze pracujące w niskich zakresach częstotliwości instrumenty ani razu nie wyskoczyły na bok zwanym brakiem kontroli, a dostojny fortepian i często wprowadzające nutę melancholii w odtwarzanych kompozycjach skrzypce swobodnie oddawały się efektowi spektakularnych wybrzmień. O co więc chodzi z tym „ale”? Otóż ta produkcja była pierwszą, która potwierdzała moją teorię dotyczącą niezbędności szczypty muzykalności nawet w bardzo neutralnym graniu. Niby wszystko ok., ale gdzieś w duchu odczuwałem efekt braku magii, jakim jest gładkość i soczystość grania dwóch ostatnio wymienionych instrumentów (piano i viola). Co prawda zawsze szczerze przyznaję, że jestem niepoprawnym romantykiem i lubię stan uduchowienia muzyki, ale zaznaczam, iż w swej zabawie w testowanie urządzeń kilka razy spotkałem konstrukcje łączące świat magii z neutralnością, dlatego mając w pamięci taki wynik od ocenianych komponentów zawsze tego oczekuję. Jednak na pełnoprawne usprawiedliwienie dzisiejszego bohatera natychmiast dodam, że ową sztukę przenikania się tych realiów prezentowały urządzenia bardzo drogie, a dzisiaj w stosunku do nich rozprawiamy o komponencie dla przysłowiowego Kowalskiego i za to należą się brawa.

Prezentowaną w powyższym teście końcówkę mocy Bryston 4B³ bez najmniejszego naciągania faktów jestem w stanie określić jako wspaniałą okazję poznania bliskiego neutralności grania przez każdego adepta sztuki pochłaniania najwyższej jakości dźwięku. Naturalnie ortodoksyjnie skorelowani na lampy melomani nie znajdą w takim przekazie kochanych przez nich pokładów erotyki, ale jasno trzeba powiedzieć, z punktu widzenia ogólnego postrzegania wzorca dźwięku Bryston kładzie każdego lampiaka na łopatki. Ale przypominam, świat jest tak różnorodny, że co przedstawiciel homo sapiens, to inny wzorzec i będąc tolerancyjnym, a w dodatku sam nieco odchodząc od neutralności nie neguję punktu widzenia ludzi zakochanych w szklanych bańkach, tylko postawiłem ich jako punkt odniesienia dla opiniowanego Kanadyjczyka. Zatem wieńcząc tę opowieść w kwestii rekomendacji nie mogę napisać nic innego, jak zalecenie obowiązkowego poznania jego możliwości na własnym podwórku. Końcowego efektu zderzenia 4B³ z Waszą układanką nie jestem w stanie przewidzieć, ale z pewnością za te pieniądze pośród konkurencji może nie jest niemożliwe, ale z pewnością trudno będzie znaleźć coś tak ciekawego.

Jacek Pazio

Dystrybucja: MJ Audio Lab
Cena: ok. 24 000 PLN brutto (7220 CAD netto)

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 300W / 8 Ω, 2 x 500W / 4 Ω, 1 x 900W / 8 Ω(mostek mono)
Wejścia: RCA, XLR
Wybór wzmocnienia: 23 lub 29 dB
Zniekształcenia harmoniczne: <0,005% od 20Hz – 20kHz przy 300W
Szum poniżej pełnej mocy: 110dB (niesymetrycznie), -113dB (symetrycznie)
Szybkość narastania napięcia wyjściowego: <60V/μS
Pasmo przenoszenia: 0,5 Hz -> 100kHz
Współczynnik tłumienia:> 500 przy 20 Hz (8Ω)
Pobór mocy:
Standby:<0.5 W
Idle:≤80 W
300W 8Ω:1000 W
Bridged: 900W 8Ω: 1700 W
Wymiary (S x W x G): 432 x 160 x 411 mm
Waga: 28.5 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Pobierz jako PDF