Tag Archives: A-klasa


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. A-klasa

Link do zapowiedzi: Accuphase E-700

Opinia 1

Choć zwykło się uważać, że szczęśliwi czasu nie liczą to jednocześnie trudno nie zauważyć, iż ów czas, pomimo naszych najszczerszych chęci, nie tylko nie stoi w miejscu, co uparcie gna do przodu. A im bardziej imponujący wynik pokazuje licznik odmierzający liczbę lat spędzonych na ziemskim łez padole, tym wrażenie ciągłego przyspieszania staje się bardziej odczuwalne. Całe szczęście są obszary, gdzie upływ czasu odbywa się jakby wolniej, ewidentnie bardziej niespiesznie aniżeli reszty otaczającej nas rzeczywistości. I wbrew pozorom, utartym opiniom i zakorzenionym w zbiorowej mentalności jednym z takich obszarów jest … piekarnictwo. Jednak nie takie „przemysłowe – z proszku” a to prawdziwe, oparte na zakwasie, który jak to mawia prowadzący wypiek „chleba naszego powszedniego” Rafał „Nie da się go przyspieszyć, nie da się go oszukać, nie da się go wygenerować „na szybko””. Podobnie jest w High-Endzie, ale tym wielopokoleniowym, z bogatą historią i tradycjami, gdzie zmiany mają charakter ewolucyjny i podyktowane są rzeczywistą poprawą kluczowych parametrów i brzmienia a nie „ssaniem rynku”, czy ambicjami konkurowania z przysłowiową zupą pomidorową, którą jak wiadomo lubią wszyscy. Tam też wszystko, włącznie z fluktuacją generacji poszczególnych modeli, odbywa się w stosownym, dalekim od sezonowości tempie. Do owego wielce elitarnego grona bezsprzecznie należy japoński Accuphase, który od ponad półwiecza nieprzerwanie rozpieszcza złotouchą brać swoimi szampańsko-złotymi urządzeniami. Jednak robi to w swoim stylu i według własnych zasad, więc pomimo ewidentnego analogowego boomu i dominujących plików próżno w jego przepastnym portfolio szukać gramofonu, bądź streamera/transportu plików. Jest jedynie samotna jak palec wkładka AC-6 a plikograjów nie było, nie ma i z tego co wielokrotnie dane mi było usłyszeć podczas rozmów z przedstawicielami marki … nie będzie. Są za to wszelakiej maści odtwarzacze i transporty CD a przede wszystkim zarówno dzielone, jak i zintegrowane wzmocnienie, w którym można przebierać niczym w ulęgałkach i wbrew bazującym na unifikacji designu pozorom trudno mówić o jakiejkolwiek stagnacji czy osiadaniu na laurach. Dlatego też, skoro od testu wówczas flagowej 800-ki (obecna inkarnacja ma oznaczenie E-800 z sufiksem S) minęło blisko sześć lat a będącego bezpośrednim protoplastą naszego gościa E-650 … osiem (!!!), to ewidentny znak, że najwyższa pora zakasać rękawy i brać się za nadrabianie zaległości. Krótko mówiąc, dzięki uprzejmości ekipy Nautilusa możemy wreszcie rzucić tak okiem, jak i uchem na drugą od góry japońską A-klasową super-integrę – Accuphase E-700, na której recenzję serdecznie zapraszamy.

Co do aparycji naszego dzisiejszego gościa, to jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku kluczowa jest firmowa unifikacja designu, czyli de facto mając kontakt z dowolnym Accu bez trudu rozpoznamy jego, nawet najbardziej odległego pociotka, którego od reszty rodziny odróżniać będzie co najwyżej kilka funkcjonalnych niuansów. I od razu pragnąłbym zaznaczyć, że nie jest to mniej bądź bardziej udanie zakamuflowany zarzut a jedynie stwierdzenie faktu, w dodatku faktu potwierdzającego ponadprzeciętną rozpoznawalność japońskich urządzeń. I tak też jest w przypadku E-700, który po prostu wygląda jak rasowy Accuphase. Mamy zatem masywny szampański front z centralnie osadzoną taflą szkła chroniącego, jak to w przypadku A-klasowych wzmacniaczy tego producenta jest w zwyczaju, diodowe bargraphy VU-metrów. Pomiędzy nimi nie mogło zabraknąć zielono podświetlonego firmowego logotypu, czerwonego wyświetlacza informującego o sile wzmocnienia a w przypadku aplikacji opcjonalnych modułów przetwornika cyfrowo-analogowego (DAC-60) i przedwzmacniacza gramofonowego (AD-60) również o parametrach wejściowych sygnałów cyfrowych i wybranej impedancji wkładki. Tuż poniżej ww. bulaja rozmieszczono rządek niewielkich diod wskazujących na aktywne karty rozszerzeń, czy też podstawowe tryby pracy. Zanim przejdziemy do eksploracji istnego bezliku manipulatorów ukrytych pod dostojnie uchylającą się klapą nie sposób przeoczyć okupującą lewą flankę wraz z włącznikiem głównym gałkę selektora wejść oraz jej rezydującą po prawej stronie bliźniaczkę pełniącą rolę regulatora głośności. Listę zamyka „otwieracz” klapki, wyciszacz, oraz 6,3mm gniazdo słuchawkowe. A co kryje wspomniana klapka? Cóż, to już królestwo bądź, jak kto woli plac zabaw, wszystkich jednostek cierpiących na nerwicę natręctw. Do wyboru mamy obrotowy selektor wyjść i regulatory niskich i wysokich częstotliwości, balansu, trybu pracy wejść, czy też obsługi pętli magnetofonowej a pomiędzy nimi dziewięć przycisków umożliwiających aktywację sekcji equalizację, iluminacji, odwrócenia fazy, dokonania nastaw phonostage’a, czy też filtra subsonicznego i loudnessu.
Ściany boczne są lite i jedynie delikatnie pofałdowane, co biorąc pod uwagę A-klasowość E-700 może budzić pewne zdziwienie. Dla Accuphase’a to jednak nic nowego, bowiem odpowiednio „policzone” radiatory ukryto wewnątrz obudowy a ich wentylację zapewnia gęsta perforacja płyty górnej.
Jak można się było domyślić dostępne z poziomu płyty frontowej bogactwo opcji ma swoją kontynuację na plecach 700-ki, gdzie oprócz okupujących prawą parcelę akceptujących zarówno dowolną konfekcję, jak i gołe przewody podwójnych masywnych terminali głośnikowych pyszni się godny zaawansowanego procesora kina domowego istna bateria wszelakiej maści przyłączy. I tak, patrząc od lewej mamy dwa sloty na ww. karty rozszerzeń, sekcję pięciu par wejść liniowych RCA, pętlę magnetofonową, we/wyjścia na końcówkę i z sekcji przedwzmacniacza a piętro niżej dwie pary wejść XLR i oraz tym razem już w postaci XLRów zdublowane we/wyjścia z/na pre/końcówkę. Listę zamyka klasyczne gniazdo zasilające IEC. Wzmacniacz wyposażono w firmowe antywibracyjne nóżki wykonane ze stali wysokowęglowej. W zestawie nie zabrakło eleganckiego, oczywiście szampańsko złotego pilota utrzymanego w dopasowanym do jednostki głównej stylu vintage.

Na osobny akapit zasługują trzewia E-700, gdyż również i tam można zauważyć sporo dobrego. Zgodnie z tradycją uwagę przykuwa potężne, zamknięte w szczelnym ekranującym katafalku trafo zasilające, któremu towarzyszy para kondensatorów o pojemności 56 000 μF każdy. Z kolei w stopniu wyjściowym pracują w trybie push-pull przykręcone bezpośrednio do masywnych radiatorów po cztery pary MOSFET-ów (Vishay RFP9140 / IRFP240) na kanał zdolne oddać 35 W przy 8 Ω i aż 160 W przy 1 Ω obciążeniu w klasie A. Cała konstrukcja, pomijając wspólny transformator ma budowę zbalansowaną, więc również i z wejść RCA sygnał podlega symetryzacji. Dlatego też za regulację głośności odpowiada AAVA – Accuphase Analog Vari-gain Amplifier, w którym układ każdego z kanałów składa się z 16 linii napięciowych i pracuje pod kontrolą ANCC – Accuphase Noise and Distortion Canceling Circuit. Warto również podkreślić, iż zgodnie z obecną polityką firmy E-700 może pochwalić się wysokim, wynoszącym okrągły 1000 współczynnikiem tłumienia, czyli tyle samo co we flagowym E-800 / E-800S. Dla przypomnienia w 650-ce wynosił on 800.

Dość już jednak ochów i achów nad aparycją i anatomią, skoro wzmacniacz nie jest od wyglądania a grania i to przede wszystkim powinno nas interesować. A więc najwyższa pora przejść do meritum, które dla nieobeznanych z tematem może być zaskakujące, lecz nie od razu po wyjęciu z kartonu, co po pewnym czasie i to też nie zawsze. O co chodzi? Poniekąd o stereotypową, opartą na lekkim przyciemnieniu, zagęszczeniu i spowolnieniu – „gabinetową” sygnaturę przypisywaną Accuphase’om i de facto definicję najniższych składowych. I gdzie tu jakieś zaskoczenie? Przecież wypakowany prosto z kartonu i dopiero co włączony E-700 dokładnie tak zagra – przegrzaną średnicą, słodkimi wysokimi i z wyraźnie kreślonym, choć pogrubionym dołem. I w tym momencie wypada uzbroić się w cierpliwość, dać wzmacniaczowi pograć, pobyć pod prądem i to nie godzinę, bądź dwie, lecz przynajmniej kilka dni, bądź nawet tydzień, gdyż jak doświadczenia empiryczne dowodzą A-klasowe Accuphase’y wyłączania nie lubią i na tego typu praktyki reagują silną alergią objawiającą się powyższą „gabinetową” krągłością. Nie przeczę, takie pseudo-lampowe dosłodzenie może się podobać, podobnie z resztą jak ponadnormatywny i poniekąd żyjący własnym życiem najniższy bas, jednak warto mieć świadomość, że to jedynie stan przejściowy. W dodatku niespecjalnie zgodny z prawdziwym DNA i naturą naszego gościa. Jeśli jednak damy 700-ce się zaakomodować i rozwinąć skrzydła (ustabilizować tak termicznie, jak i prądowo) to zarówno na „Elgar” Sheku Kanneh-Masona usłyszymy lekkość i otwartość wiolonczeli, jak i na „Solo” Wojtka Mazolewskiego kontrabas nie będzie pracował samym pudłem a imponujący wolumen instrumentu będzie szedł w parze z wyśmienitą motoryką i rozdzielczością. Oczywiście całość prezentacji odbywa się w iście organicznej palecie barw, więc nie ma mowy o nawet najmniejszych oznakach osuszenia, czy też prosektoryjnej antyseptyczności. A gdy przed mikrofonem stanie Diana Krall, Michael Bublé bądź z grona nieco mniej mainstreamowych artystów Youn Sun Nah to robi się po prostu magicznie a szanse na terminowe skończenie odsłuchu topnieją równie szybko jak śnieg podczas ostatniej odwilży. Dostajemy bowiem niezwykle namacalny, nieco przybliżony pierwszy plan, sugestywnie rozciągniętą na boki i w głąb scenę, oraz świetnie zorganizowane, uporządkowane dalsze plany. Jedyne, co Accuphase robi „tylko dobrze” to operowanie wymiarem wysokości, co może bez odpowiednio wysokiej klasy punktu odniesienia może zupełnie umknąć uwadze obserwatora, jednak z racji iż nad wyraz regularnie umieszczam na testowych playlistach znany niemalże na pamięć album „Monteverdi – A trace of Grace” Michela Godarda na każdą, nawet najbardziej kosmetyczną, limitację jego ponadprzeciętnej przestrzenności jestem wyczulony. A 700-ka nieco obniża sklepienie Opactwa Noirlac i szybciej wygasza kłębiące się pod nim pogłosy. Co ciekawe owa maniera nie występowała na niezwykle bogatym we wszelakiej maści audiofilski plankton wydawnictwie „Sadza” Brodki a lekka krągłość najniższych składowych dodatkowo nadawała całości przyjemnej analogowości.
Czyżbyśmy byli zatem świadkami narodzin integry niemalże idealnej? Cóż, jeśli operowalibyśmy jedynie w tzw. cywilizowanych gatunkach muzycznych, to jak najbardziej. Jeśli jednak mamy słabość do post-apokaliptycznego łomotu i poziomów głośności potocznie określanych mianem stadionowych, to śmiem twierdzić, że warto w tym momencie mieć świadomość oczywistych ograniczeń mocowych Japończyka a tym samym szanować i jego i siebie. Dlatego też o ile „The End, So Far” Slipknot jeszcze dawało radę o ile tylko nie przesadziło się z dawkami decybeli, o tyle fani Behemotha mogliby „The Shit Ov God” odebrać jako nazbyt ugrzeczniony i pozbawiony niszczycielskiej potęgi. Tylko żeby była jasność – dla lwiej części potencjalnych nabywców Accuphase’a oferowana przez niego narracja będzie ze wszech miar tą oczekiwaną i pożądaną a jedynie kilka promil uzależnionych od siarkowych wyziewów i palącego jadu może uznać interpretację E-700 za nazbyt „ładną” na tle np. tej serwowanej przez kilkusetwatowe spawarki. Ale jak wiadomo, de gustibus …, więc każdy wybiera i kompletuje system pod swoje preferencje i najczęściej eksploatowany repertuar.

W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko formalne potwierdzenie, że Accuphase E-700 wyszedł Japończykom lepiej aniżeli Telly Savalasowi włosy. Nie dość bowiem, że jest wyraźnie lepszy od swojego poprzednika, to wygląda znacznie zgrabniej od flagowej 800-ki, więc jeśli tylko nie wstawicie go Państwo do 80-metrowego salonu i nie podepniecie pod słupy telegraficzne w stylu naszych redakcyjnych Gauderów przy okazji serwując mu playlistę złożoną z symfonicznego post-apokaliptycznego, kruszącego renifery, obrażającego Chrystusa, ekstremalnego wojenno-pogańskiego fennoskandzkiego metalu, to deklarowane przez producenta 35W na kanał w zupełności powinno wam do osiągnięcia audiofilskiej nirwany wystarczyć.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pochylając się nad sprzętem japońskiego Accuphase’a jedno jest pewne, będzie to ciekawie spędzony przy muzyce czas. Oczywiście ciekawy z racji zwyczajowego oferowania bardzo dobrej jakości dźwięku. Czy zatem oznacza to, że tak naprawdę z racji powtarzalności fajnych wyników spokojnie możemy zarzucić opisywanie kolejnych konstrukcji? Otóż choćby z uwagi na drobne zmiany w zależności od panującej na rynku „mody” brzmienia elektroniki nie. I z takim zacięciem osobiście podszedłem do sprawdzenia możliwości będącego głównym tematem, stosunkowo niedawno wprowadzonego do oferty wzmacniacza zintegrowanego tego producenta. Czym tym razem będziemy się zajmować? Dla mnie bardzo ciekawą konstrukcją, gdyż krakowski Nautilus dostarczył pochodzącą z kraju kwitnącej wiśni, pracującą podobnie do mojego piecyka w czystej klasie A, bajecznie prezentującą się wizualnie, bogatą od strony wyposażenia, integrę Accuphase E-700. Przyznacie, temat zapowiada się ciekawie. Jeśli potwierdzacie moje stanowisko, nie pozostaje nic innego, jak zapoznać się z wykreowaną podczas kilkunastodniowej zabawy z nią serią poniżej skreślonych na klawiaturze wniosków.

Co wizualnie i w kwestii wyposażenia oferuje popularnie zwany Accu E-700? Być może zabrzmi to banalnie, ale pewnego rodzaju standard. Czyli jest pięknie ubranym w złotą szatę frontu oraz korelującym z nim ciepłym brązem reszty obudowy dziełem sztuki użytkowej. A dziełem, gdyż po oswojeniu się z ciekawą kolorystyką, pierwsze skrzypce na awersie grają tak lubiane przez użytkowników, w tym przypadku zamiast wskazówek wychyłowych, poprzecznie zorientowane na czarnym tle piktogramowe wskaźniki oddawanej mocy. Drugie usadowione na zewnętrznych flankach duże gałki wyboru wejścia i poziomu wzmocnienia. A trzecie skryta pod elegancką klapką bateria różnego rodzaju manipulatorów. Ta ostatnia jest naprawdę bogata, a przez to zapewniająca urządzeniu pełną uniwersalność konfiguracyjną z potencjalnym systemem. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, jest równie imponujący w domenie uniwersalności. Oczywiście za sprawą różnego rodzaju wejść, wyjść i przelotek sygnału w obydwu standardach – RCA oraz XLR. Nie będę wymieniał wszystkiego, bo to naprawdę jest w dobrym znaczeniu przysłowiowa „choinka”. Naturalnie oprócz tej ferii przyłączy znajdziemy na nim jeszcze niezbędne do pracy gniazdo zasilania, podwojony zestaw terminali kolumnowych oraz zaślepione dwa sloty na opcjonalne karty przetwornika D/A i phonostage’a. Jak w każdym tego typu urządzeniu standardowo dostajemy pilota zdalnego sterowania. Kreśląc kilka zdań na temat najważniejszych osiągów opiniowanego wzmacniacza, najważniejszymi są wspominana wcześniej przeze mnie praca w czystej klasie A oraz oddawanie ciągłej mocy na poziomie 35 przy 8, 70 przy 4 i 160W przy 2 Ohmach. Dużo? Mało? Powiem tak. Być może dla niektórych może to się wydawać stosunkowo skromnym zapleczem mocowym, jednak wielu z Was pewnie zaskoczę, gdyż codzienne życie z muzyką przy użyciu tej konstrukcji pokazało całkowicie coś innego. Co? Naturalnie o tym w kolejnej części tekstu.

Czym uraczył mnie japoński wzmacniacz? Po pierwsze typową dla dobrze zaaplikowanej klasy A esencjonalnością przekazu. Po drugie przy mocnym hołubieniu nasycenia zapewnieniem muzyce stosownej ilości informacji. Po trzecie dzięki fajnemu oddechowi i otwartym w brzmieniu wysokim tonom swobodą prezentacji. A po czwarte jako suma wszystkich poprzednich aspektów połączonych z dobrym budowaniem wirtualnej sceny w każdym z 3 wymiarów, namacalnością odbioru muzyki. Owszem, z wyczuwalną nutą plastyki i gładkości, jednak bez efektu nadmiernego zaokrąglania dźwięku powodującego uśrednianie wybrzmiewania tak ważnych dla niektórych nurtów muzycznych pojedynczych nut. A czy nie brakowało mu mocy, bo jednak zasilał wielkie kolumniszcza? Może Was zaskoczę, ale jakiejś niepokojącej zadyszki nie zauważyłem. Muzyka w zależności od estetyki jaka ją definiowała raz brzmiała miło i przyjemnie, a innym razem agresywnie. Ta druga oczywiście z delikatnym nalotem ciepła, jednak konsekwentnie z werwą w kwestii dynamiki i agresji. I nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, iż uniwersalność radzenia z dosłownie każdym materiałem była na tyle dobra, że bez kozery uważam ją za piąty z pozytywnych aspektów brzmienia naszego bohatera.
Jako dowód na dobry wynik w starciu z materiałem spod znaku mocnej ekspresji wspomnę grupę Radiohead płytą „Hail To The Thief”. Co prawda nie jest to szaleństwo typu Iron Maiden, ale na płycie zarejestrowano kilka reprezentacyjnych dla fajnego rockowego grania, czyli na przemian bardziej balladowych z mocniejszymi w kwestii wyrazistości oferowanej energii. W efekcie wykorzystania w systemie tytułowego Japończyka melodyjne kawałki zabrzmiały płynnie i intymnie, przez to trafiały w bardziej emocjonalną w rozumieniu intymności otchłań mojej duszy. Jeśli chodzi o ostrzejsze, także mocno angażując zmysły w dobrej, jedynie minimalnie bardziej płynnej jakości tym razem pomagały zaspokoić drugą stronę mojej pokręconej duszy, czyli dać się jej w pełni wykrzyczeć. I co bardzo ważne, bez najmniejszych szkód dla jakości podania materiału w pełnym spektrum poziomu głośności, co udowodniło, że co jak co, ale mocy E-700-ce nie brakowało.
Biorąc na tapet coś z przeciwległego muzycznego bieguna padło na ostatnią płytę Wojtka Mazolewskiego „Solo”. To bardzo udany popis wirtuozerii wspomnianego artysty. I co ciekawe, nie jako występ od początku do końca jednego instrumentu – mowa o jego podstawowym atrybucie w postaci kontrabasu, tylko podobnie do rocka raz szybki, a innym razem spokojniejszy muzyczny zapis multiinstrumentalny. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniego krążka tym razem wszystkie, nawet te naładowane ekspresją popisy artysty były wodą na młyn pozytywnego występu wzmacniacza. Powodem oczywiście było idealne trafianie estetyki brzmienia Accuphase w potrzeby płynności, barwy i ciepłej transparentności tego typu twórczości. Naturalnie, aby przekaz cechowała odpowiednia dawka realizmu bardzo dobrze zostały oddane także niuanse typu ostrość rysunku scenicznych bytów i wiarygodne zagospodarowanie wirtualnej sceny. Efekt był na tyle udany, że bez naciągania faktów zaliczam go do tych najlepszych, jakie udało się wykreować w swoim pokoju. Lubię brzmienie klasy A i nasz bohater w zakresie zajmowanej półki cenowej pokazał jej najlepszą odsłonę.

Komu dedykowałbym opiniowanego Accuphase E-700? Z jednym małym wyjątkiem wszystkim miłośnikom muzyki w dobrej jakości. Swoimi walorami soniczmymi w mgnieniu oka potrafi wręcz zaczarować słuchacza. Na tyle skutecznie, że niejednokrotnie będziecie zaskoczeni dziwnie szybkim zakończeniem pochłaniającej Wasze zmysły płyty. Przynajmniej ja takich sytuacji z moim ulubionym repertuarem zaliczyłem co najmniej 3. A kogo miałem na myśli wystosowując drobne ostrzeżenie? Naturalnie chodziło o piewców radykalnego w każdym aspekcie, czyli agresywnego oraz szybkiego grania. Niestety będąca zaczynem do powstania tego wzmacniacza klasa A służy do słuchania muzyki w jej bardziej ludzkiej odsłonie i z racji innych złożeń konstrukcyjnych celowo unika wyścigów na parametry typu wyrazistość i szybkość ataku. Obie cechy poda w sposób stosowny dla swojej klasy pracy, czyli zawsze w służbie muzykalności, a nie wyrazistości ponad wszystko. I tym optymistycznym akcentem kończę tę sesję testową. Sesję, w której mam nadzieję, wszystko wyłożyłem w miarę jasno i zrozumiale.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Accuphase
Cena: 53 900 PLN

Dane techniczne
• Moc wyjściowa (RMS): 2 × 160 W/1 Ω, 2 × 140 W/2 Ω, 2 × 70 W/4 Ω, 2 × 35 W/8 Ω
• Pasmo przenoszenia:
Wejście liniowe: 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB),
Power IN: 20-20 000 Hz (+0/–0,2 dB) dla pełnej mocy,
Power IN: 3-150 000 Hz (+0/–3.0 dB) dla mocy 1 W
• Stosunek sygnał / szum (ważony A): high level 103 dB, balanced 103 dB, main in 117 dB
• Całkowite zniekształcenia harmoniczne (THD): 0.03%
• Zniekształcenia intermodulacyjne: 0,01%
• Współczynnik tłumienia (Damping factor): 1000 (8 Ω/50 Hz)
• Tłumienie: -20 dB
• Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/± 10 dB (50 Hz),
TREBLE: 3 kHz/± 10 dB (20 kHz)
• Regulacja sygnału wyjściowego: +6 dB (100 Hz)
• Wyjście słuchawkowe: 8 Ω lub więcej
• Napięcie wyjściowe: 0.666 V/50 Ω
• Zasilanie: AC 230 V, 50 Hz
• Pobór mocy: 178 W (standby), 290 W (IEC 62368-1)
• Wymiary (S × W × G): 465 × 191 × 428 mm
• Waga: 24.9 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. A-klasa

artykuł opublikowany / article published in Polish

Nie ma po jak rozpocząć weekend od szampana, a jeszcze lepiej od szampańskiej A-klasowej integry Accuphase E-700.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. A-klasa

Link do zapowiedzi: Canor AI 1.20

Opinia 1

Kiedy pod koniec września anonsowaliśmy pojawienie się w naszych skromnych progach A-klasowej integry Canor AI 1.20 żartowaliśmy, że w związku z zauważalnym ochłodzeniem rozpoczynamy sezon grzewczy. Nie sądziliśmy jednak, że od wspomnianej krotochwilnej zajawki do publikacji niniejszego testu minie półtora miesiąca a w tzw. międzyczasie temperatura za oknem nader niechętnie przekraczać będzie 0°C. Czas jednak płynie nieubłaganie, doba uparcie ma tylko 24h i koniec końców dopiero teraz możemy podzielić się z Państwem naszymi obserwacjami poczynionymi w trakcie odsłuchów wspomnianego, dostarczonego przez białostockie Rafko słowackiego wzmacniacza zintegrowanego, na które serdecznie zapraszamy.

O ile już „budżetowy” set CD 2.10 & AI 2.10 budził w pełni zasłużony podziw pod względem tak jakości wykonania, jak i designu (brzmienia oczywiście również, lecz z racji skupiania się w tej chwili na walorach wizualnych pozwolę sobie ten wątek na razie odłożyć na bok) to dopiero w AI 1.20 widać jak przemyślany jest to projekt plastyczny, gdyż wraz ze wzrostem gabarytów komponentu wzrasta również skala, intensywność doznań naocznych. Dopiero teraz widać, że proporcje stały się bardziej harmonijne i choć sama szata wzornicza nie została nawet o jotę zmieniona, to kluczową rolę zaczęła odgrywać skala, czyli mówiąc wprost akurat w tym przypadku, podobnie z resztą jak w motoryzacji, większe oznacza lepsze, bo któż mając wolność wyboru zastanawiałby się nad Audi A1 skoro na tacy leżałyby kluczyki od A6, bądź nawet S6.
Jednak ad rem. Masywną płytę czołową wykonaną ze szczotkowanego aluminium w mniej więcej połowie wysokości przecina pas czernionego akrylu dzielącego dolną połówkę na ćwiartki. To właśnie na nim ulokowano centralnie usytuowany, bursztynowo podświetlony logotyp, po którego lewej stronie znalazły się przyciski wyciszenia i przygaszania a po prawej, również bursztynowy wyświetlacz. Podobnie jak w młodszym rodzeństwie kwestię wyboru źródeł rozwiązano za sprawą sześciu niewielkich przycisków. Włącznik główny znalazł się z kolei już na dolnym pasie aluminium a masywna, otoczona aureolą o wiadomej barwie iluminacji, gałka głośności rozgościła się w centrum górnej połowy.
Szczodrze perforowaną płytę główną zdobi imponujących rozmiarów grawerunek z firmowym logotypem a jej część tylna została tak przycięta by nie zasłaniać groźnie nastroszonych piór radiatorów. Jak się z pewnością Państwo domyślacie ów zabieg ma podłoże nie tylko natury estetycznej, lecz przede wszystkim wynika z konieczności zapewnienia pracującym w klasie A trzewiom. Może na papierze 30 W na kanał przy 8 Ω obciążeniu nie wygląda zbyt imponująco, jednak proszę mi uwierzyć na słowo – AI 1.20 ma taką temperaturę roboczą, że podczas kilkugodzinnego odsłuchu z powodzeniem może ogrzać 25 metrowe pomieszczenie i to przy zakręconych kaloryferach, gdy za oknem wskazania termometru poprzedza złowrogi „minus”. Tak jak już zdążyłem wspomnieć lwią część ścian bocznych przejęły we władanie radiatory, więc poza niewielkimi wypłaszczonymi fragmentami przedniej komory skrywającej dwa toroidalne trafa lepiej do Canora z gołymi dłońmi nie startować, bo ślady po jego przenoszeniu nadspodziewanie długo zostaną z nami w postaci bolesnych zadrapań i skaleczeń.
Ściana tylna zawiera dokładnie to, czego po klasycznej, stereofonicznej integrze wypadałoby się spodziewać, czyli pięć par złoconych wejść RCA i aktywne jedynie w trybie monobloku wejścia XLR, pojedyncze (również z odczepami dedykowanymi pracy w trybie stereo i mono) terminale głośnikowe, zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC i firmowy terminal komunikacyjny C-Link umożliwiający spięcie dwóch AI 1.20 i zarazem zdefiniowanie jednego z nich jako pełniącego zarazem rolę preampu, jak i końcówki mocy „Mastera” i podlegającego mu, „Slave’a”.
Od strony konstrukcyjnej mamy do czynienia z integrą zbudowaną w topologii dual-mono z regulacją głośności opartą na osobnych blokach przekaźników dla każdego kanału. Z podobną atencją producent podszedł do kwestii zasilania zapewniając każdemu kanałowi nie tylko własne toroidalne trafo, lecz i imponującą baterię kondensatorów o pojemności 132 000 μF (łącznie 264 000μ).

Patrząc na klasę pracy i moc naszego dzisiejszego bohatera oczywistymi wydają się skojarzenia z nieco tańszym, acz oferującym podobne parametry, Pass Laboratories INT-25. I coś rzeczywiście jest na rzeczy, gdyż podobnie do amerykańskiego konkurenta również i słowacka integra zamiast ślepego pędu w nieznane i pewnej, zazwyczaj trudnej do obronienia wyczynowości stawia raczej na koherencję i organiczność przekazu. Nie oznacza to bynajmniej jakichkolwiek oznak senności, czy spowolnienia a jedynie nieco odmienny od tego, co pokazują wysokomocowe, AB-klasowe końcówki mocy rozkład akcentów. Tutaj definicja źródeł pozornych opiera się w głównej mierze na pokazaniu ich konsystencji, barw i soczystości tkanki a nie podkreślenia konturów i wyostrzania krawędzi. Coś państwu taka estetyka przypomina? Oczywiście, przecież to dość charakterystyczne cechy czarujących średnicą wyrafinowanych lampowych konstrukcji. Ba, pół żartem, pół serio można byłoby wręcz stwierdzić, iż brzmienie 1.20 jest bardziej lampowe od bądź co bądź hybrydowego 2.10. I byłoby w tym sporo prawdy, choć od razu wypadałoby dodać, iż różnica klas pomiędzy obiema integrami jest znacznie większa aniżeli wynikałaby jedynie z prostego rachunku ekonomicznego, gdyż AI 1.20 na tle swojego młodszego rodzeństwa oferuje zdecydowanie więcej muzyki a jednocześnie nieco mniej dźwięków.
Na niezwykle eklektycznej, przywodzącej na myśl zarówno twórczość Jacquesa Brela, jak i dokonania formacji Laibach albumie „Corpse Flower” autorstwa duetu Mike Patton & Jean-Claude Vannier bas był wyraźnie zaokrąglony, co bynajmniej nie przeszkadzało mu zapuszczać się w rejony zarezerwowane wydawać by się mogło dla zdecydowanie mocniejszych konstrukcji. Z kolei oscylujący pomiędzy głęboką zadumą bliską melodeklamacjom Leonarda Cohena a nie do końca skutecznie hamowaną psychodelią Nicka Cave’a wokal Pattona był uzależniająco dosaturowany i niemalże właśnie stereotypowo „lampowo tłusty”, co niejako staje w opozycji do tego, co raczyły nam swojego czasu zaoferować również pracujące w klasie A, acz zdecydowanie bardziej transparentne emocjonalnie konstrukcje Tellurium, czy rodzimego Abyssounda. Proszę jednak powyższej uwagi nie odbierać w kategoriach jakiegoś zarzutu, czy pejoratywnie nacechowanego przytyku, gdyż daleko nie szukając podobną drogą od lat podążają Japończycy z Accuphase i jakoś nikt nie ma do nich o to nawet najmniejszych pretensji.
Podobne obserwacje poczyniłem na bluesowo – jazzującym albumie „Reflector”, gdzie instrumentalne Vestbo Trio wsparł gościnnie pojawiający się na wokalu niesamowity Bjørn Fjæstad. Ponadto kremowe zagęszczenie średnicy sprawiło, że całość zabrzmiała nico bardziej intymnie aniżeli z mojej dyżurnej amplifikacji, co pozwoliło podczas odsłuchu nieco wnikliwiej wniknąć w strukturę nagrania. I tu pozwolę sobie na małą dygresję, gdyż zazwyczaj owe zagęszczenie powoduje, że słuchacz automatycznie przestawia się na kontemplację całości a nie poszczególnych detali i warstw. Tymczasem Canor sprawił iż pomimo dosaturowania i emocjonalnego dopalenia środka pasma nie tylko nie straciliśmy wglądu w dalsze plany, lecz wręcz byliśmy co i rusz zapraszani do ich wnikliwszej niż zazwyczaj eksploracji. Od razu jednak zaznaczę, że góra pasma wcale nie miała zamiaru schodzić na dalszy plan, więc co i rusz dawała o sobie znać, czy to podczas gitarowych partii, czy łapiąc za ucho złociście skrzącymi się blachami. A że przy okazji daleka była od ofensywności nader lapidarnie symulującej ponadnormatywną rozdzielczość, to już zupełnie inna bajka.
No dobrze, skoro klimaty lekkie, łatwe i przyjemne mamy z głowy, to co z takimi, które z ową łagodnością mają tyle wspólnego co szyba z szybowcem? Otóż śmiem twierdzić, że może ortodoksyjni miłośnicy wydobywających się ze strun głosowych ryków przywodzących na myśl płukanie gardła tłuczonym szkłem będą początkowo kręcić nosem, to większość odbiorców z mniejszym, bądź większym zdziwieniem powinna odkryć, że do tej pory uznawany za niezbyt strawny materiał nagle okaże się całkiem atrakcyjny i bez trudu będzie można w nim wyłowić intrygująco liryczne akcenty. Przesadzam? Bynajmniej. Wystarczy bowiem sięgnąć po radosną twórczość naszego rodzimego Behemotha, jak daleko nie szukając „Opvs Contra Natvram”, bądź „I Loved You at Your Darkest Behemoth”, by na własne uszy przekonać, się, że nie taki Diabeł straszny, jak go malują i definiowana do tej pory jako iście kakofoniczna warstwa instrumentalno – wokalna ma w sobie zaskakujące pokłady tak logiki, jak i łapiących za ucho i trącających struny naszej wewnętrznej wrażliwości akcentów. Oczywiście nie da się ukryć, że słowacka integra nie idzie po przysłowiowej bandzie i nawet nie próbuje oddać pełni dynamiki iście opętańczych blastów i gitarowych riffów, ale w jedynie znany sobie sposób nieco łagodząc przekaz i zaokrąglając krawędzie nadal jest w stanie oddać iście apokaliptyczne piękno najbrutalniejszych odmian metalu. Ponadto, jeśli komuś byłoby mało doznań, to uprzejmie donoszę, iż po mieście chodzą słuchy, że dodanie drugiego AI 1.20 i ustawienie obu w tryb monobloków dramatycznie zmienia sytuację dodając całości potęgi i dynamiki. I jestem w stanie w owe kuluarowe ploteczki uwierzyć, gdyż co jak co, ale 100W na kanał w klasie A zazwyczaj jest w stanie poprawnie wysterować przysłowiowy stół bilardowy o konwencjonalnych kolumnach nawet nie wspominając.

W ramach krótkiego podsumowania pozwolę sobie nieco przewrotnie stwierdzić, iż Canor AI 1.20 nie tylko nie jest przysłowiowym drutem ze wzmocnieniem, co nawet przez moment nie ma takich aspiracji. Zamiast bezdusznie reprodukować serwowane mu dźwięki stara się bowiem podać je w możliwie najbardziej atrakcyjnej formie, przez co nie tylko nie męczy słuchaczy zbyt bezpardonowym podejściem do niezbyt wyrafinowanych realizacji, lecz na każdym kroku stara się zwracać naszą uwagę na do tej pory pomijane i niezauważane pozytywy. Czy takie podejście do tematu spodoba się wszystkim? Śmiem wątpić, gdyż z pewnością każdy zna jednostki wyznające zasadę, iż im gorzej, tym lepiej, gdyż dopiero wtedy mają pewność dotarcia do źródła prawdy o danym nagraniu. Nie mam jednak wątpliwości, iż lwia część melomanów i audiofilów będzie gotowa przyjąć go do swoich systemów z szeroko otwartymi ramionami i dzień po dniu cieszyć się jego sonicznymi walorami a tym samym własną płytoteką.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Franc Audio Accessories Ceramic Disc TH + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones; Accuphase P-7500
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak zagajałem w poprzednim teście ciekawie wypadającego brzmieniowo zestawu słowackiego Canora, po ostatniej zmianie dystrybucji marka przeżywa na naszym rynku drugą lub nawet trzecią młodość. Niby od dawien dawna była znana, tylko dziwnym trafem zawsze miała trochę pod przysłowiową górkę. Jednak jak widać, przy odrobinie wysiłku – naturalnie mowa o konsekwentnym rozwoju portfolio – zawsze jest szansa na kolejne rozdanie. I taką sytuację mamy tym razem. Powiem więcej. Moim zdaniem obecne wejście jest najbardziej konsekwentne, bowiem na fali dobrej sprzedażowej passy obecny opiekun marki – białostockie Rafko – dba o medialny byt brandu tego podmiotu gospodarczego i co jakiś czas proponuje nam ciekawe starcie z myślą techniczną naszych południowych sąsiadów. A ciekawe nie tylko z racji zderzania się z nowościami, ale również często z uwagi na będącą znakiem rozpoznawczym Canora ich hybrydową konstrukcję. Tak tak, chodzi o aplikację w układach elektrycznych lamp elektronowych, co pewnie nie tylko dla nas, ale wielu z Was jest wartym uwagi rozwiązaniem. To jest na tyle interesujące nas połączenie wody z ogniem, że nigdy nie odmawiamy sprawdzenie danego urządzenia w recenzenckim boju. I gdy przekonani, iż tym razem również odbędziemy kolejną tego typu podróż, co poniektórych najprawdopodobniej zaskoczę, gdyż na recenzencki tapet trafił w pełni tranzystorowy, zintegrowany, pracujący w czystej klasie A wzmacniacz Canor AI 1.20.

Gdy rzucimy okiem na naszego bohatera, okazuje się, że może jakimś ekstremalnie wielkim piecem nie jest, ale przy typowej szerokości reszta jego gabarytów jasno daje do zrozumienia, iż sroce spod ogona nie wypadł. Jest wysoki, głęboki i z racji pracy w klasie A oprócz licznych, designersko wykonanych poprzecznych otworów grawitacyjnie wentylujących wewnętrzne układy elektryczne, na bocznych ściankach został uzbrojony w wielkie radiatory. Jego wykonany z grubego płata szczotkowanego aluminium front przyjemnie dla oka przecięto usytuowanym nieco poniżej środkowej części czarnym pasem, w którego centrum – walka o utrzymanie spokoju wizualnego produktu – tuż nad nim umieszczonej gałki wzmocnienia producent postanowił zastosować niezbędny pakiet guzików sterujących. Ale to nie koniec boju o wygląd, bowiem w trosce o spójność wizualną naszego bohatera z prawej strony wspomnianego czarnego pasa znajdziemy jeszcze wielki, piktogramowy, czytelny chyba z kilometra, korelujący z brązem obudowy, bursztynowy wyświetlacz, mieniące się tą samą poświatą tuż nad włącznikiem budzącym wzmacniacz z uśpienia logo marki oraz podobnie umaszczoną obwolutę wokół pokrętła głośności.
Jeśli chodzi o tylny panel, ten w swym bogactwie proponuje nam zestaw zacisków kolumnowych z możliwością konfiguracji wzmacniacza jako monoblok, pakiet 5 wejść liniowych RCA, jedno wejście XLR dla wspomnianej funkcji mono, gniazdo C-Link oraz zintegrowane z bezpiecznikiem i włącznikiem głównym gniazdo zasilania. Naturalnie zwieńczeniem wyposażenia AI 1.20 jest dedykowany pilot zdalnego sterowania.

Jak można było się spodziewać, konstruktorzy Canora dobrze wiedzą, czym powinna cechować się dobrze, powtarzam dobrze skonstruowana klasa A. To ma być nienachalna plastyka, esencja i pełne kontroli soniczne mięcho. Owszem to sprawia, że odchodzimy od pogoni za wyczynowością projekcji w domenie szybkości narastania sygnału i ostrości rysunku źródeł pozornych, jednak wiele w tych aspektach można podciągnąć resztą toru. I tak też stało się w moim przypadku. Poczynając od źródła, a kończąc na kolumnach zapewniłem wzmacniaczowi godnych współtwórców przekazu muzycznego, co dobitnie pokazało, z że pozorny brak wyczynowości w żaden sposób nie wpływał na pełne emocji obcowanie z muzyką. Jak to możliwe? Po prostu wystarczyło zapewnić jej dobrą wagę, oddech i unikanie zbytniej zwalistości niskich tonów, co jota w jotę uczynił nasz słowacki przedstawiciel sekcji wzmocnienia. Było kolorowo, ciepło, ale przy okazji w górze zwiewnie, a to z jednej strony masowało moją romantyczną próżność, a z drugiej nie pozwoliło się nudzić. To bardzo istotne, gdyż muzyki słucham kilka godzin dziennie i nie może mnie usypiać, tylko dla przykładu jak w przypadku naszego bohatera, w danej estetyce – w tym przypadku fajnie zrealizowanej klasy A – wciągać w wir wydarzeń. Jakieś przykłady? Proszę bardzo.
Na początek aranżacja twórczości Krzysztofa Komedy przez braci Oleś wespół z wibrafonistą Christopherem Dellem „Komeda Ahead”. To jest wręcz idealna kompilacja do odtwarzania przez system stawiający na emocje związane z barwą i eterycznością zawieszonych w przestrzeni instrumentów. A wspomniany wibrafon już chyba w największym stopniu. Jego ekspresja dzięki klasie pracy wzmacniacza była powalająca. Jednak w ocenie tego występu wbrew pozorom nie to było najważniejsze. Oczywiście piję do również znakomitego występu obydwu braci, gdyż mimo hołubienia przez Canora raczej niezbyt zwartej prezentacji tak kontrabas, jak i perkusja wypadały bardzo dobrze. Pierwszy, czyli przerośnięte skrzypce wyraźnie pokazywały współpracę palca ze stroną i pudłem rezonansowym, zaś drugi w postaci okrągłych stelaży z naciągniętymi membranami i pokrywek do garnków obiadowych, na samym dole bronił się przed utratą kontroli, zaś na górze brylował feerią co prawda złotawych, ale za to swobodnie wybrzmiewających iskierek.
Innym dobrym, tym razem na pewnego rodzaju pomoc w odtworzeniu może nie słabej, ale z pewnością nie tak wyczynowej realizacji, przykładem była płyta formacji Banda Edwarda – krążek pod tym samym tytułem. To radosny blues – niezobowiązująca recka wkrótce na naszych łamach, który wręcz zasługuje na podanie go w estetyce nieco bardziej kolorowej poświaty. Lekkie, opisujące codzienne życie i związane z nim sytuacje teksty na fuzji z naszym bohaterem wyraźnie zyskiwały. Charyzmatyczna wokaliza brylowała swoją wielobarwnością, zaś instrumentarium dzięki podkręceniu niuansów barwowych ewidentnie zyskując na energii ani trochę nie traciło na wyrazistości. Po co to piszę? To banał. Aby pokazać, że dobra aplikacja królewskiej klasy wzmacniania sygnału audio nie zawsze jest sonicznym ulepkiem. Ale to nie oznacza z automatu, że zawsze gwarantuje pełen sukces. Jednak jak widać na załączonym przykładzie, słowacki produkt wyszedł z tego starcia z tarczą.
Jako zwieńczenie tej epistoły o możliwościach brzmieniowych clou naszego spotkania w kontrze do przywoływanego plumkania wystąpi wulkan energii w osobie Rammsteina z produkcją „Zeit”. Cel? w teorii chciałem położyć Canora na łopatki, gdyż to przykład materiału typu „Palec Boży”. Jednak w sobie tylko znany sposób wzmacniacz znalazł sposób – powtórzenie słowa celowe – na oczywiście pokazanie tej pozycji płytowej w nieco ugładzonej formie, jednak w całkowitym odbiorze nadal brylującej w kanonie szaleństwa. Może nie cięła uszu ostrymi frazami – a może na szczęście i nie zabijała natychmiastowymi wybuchami instrumentalnych zbitek, ale za to wyraźnie pozbawiona była męczących zniekształceń, a przez to zwyczajnie przyjemniej się tego słuchało. Ba, odczuwałem nawet bardziej emocjonalnie podkręconą nutkę pojednania z lubianym przeze mnie artystą.

Gdy dotarliśmy do finału, bazując na powyższym, ewidentnym gloryfikowaniu sposobu na muzykę według Canora AI 1.20 chcę powiedzieć tylko jedno. Osobnikami, którzy mogą sobie odpuścić tę pozycję w trakcie poszukiwań sekcji wzmocnienia, są li tylko piewcy karykaturalnej pogoni za granicznie ostrą kreską wydarzeń scenicznych i ekstremalnej szybkości ataku. Reszta populacji, nawet część optująca za neutralnością, przynajmniej powinna go posłuchać. W tym co robi, nie jest męczący i ani trochę nudny. A, że woli nieco pokolorować świat, cóż, ma do tego prawo. Jednak co istotne, nie przekracza linii dobrego smaku. A to już chyba istotna informacja.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, Klipsch Horn AK6 75 TH Anniversary
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: Solid Tech Hybrid
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Rafko
Producent: Canor
Cena: 35 950 PLN

Dane techniczne
– Moc wyjściowa: 2 x 50 W / 4 Ω; 2 x 30 W / 8 Ω; 1 x 130 W / 4 Ω; 1 x 100 W / 8 Ω
– Wzmocnienie: -30dB
– Czułość wejściowa: 290 mV
– Pasmo przenoszenia: 20-25 000 Hz ± 0,5 dB / 5 W.
– Impedancja wejściowa 30 kΩ
– Wejścia: 5 par RCA, 2 x XLR (aktywne jedynie w trybie monobloku)
– Całkowite zniekształcenie harmoniczne: <0,0009% / 1 kHz, 5 W.
– Odstęp sygnał/szum: >90 dB
– Współczynnik tłumienia: 250 / 4 Ω; 500 / 8 Ω
– Pobór energii: 305W
– Wymiary (S x W x G): 435 x 170 x 485 mm
– Waga (netto): 28 kg