Tag Archives: Audio Anatomy


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Anatomy

Pathos Inpol Heritage

Link do zapowiedzi: Pathos InPol Heritage

Opinia 1

O tym, że bycie dystrybutorem dóbr doczesnych z segmentu Hi-Fi i High-End, to wbrew pozorom nie jest łatwy kawałek chleba wiedzą chyba wszyscy zainteresowani. Z jednej strony trzeba bowiem dbać o posiadane marki, z drugiej, żeby być na bieżąco i nie dać się wmanewrować na jakąś mieliznę, cały czas trzymać rękę na pulsie, a w tzw. międzyczasie rozglądać się za nowymi,mogącymi wzbogacić nasze portfolio, nabytkami. Jednym słowem idealne zajęcie dla jednostek cierpiących na bezsenność (doba ma przecież tylko 24 godzinny) a przy tym posiadających iście stalowe nerwy, oczy z tyłu głowy (konkurencja nie śpi), ekstrawertyczną naturę i najlepiej brata bliźniaka, żeby cały ten ogrom obowiązków ogarnąć. Czasem jednak bywa tak, iż pomimo naszych najszczerszych chęci i wzmożonych starań przewrotny los pod postacią właścicieli i osób decyzyjnych, urzędujących w siedzibach dystrybuowanych przez nas marek postanawia co nieco, w wydawałoby się sensownym status quo, pozmieniać. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. Niniejszy wstępniak nie powstał bynajmniej w celu zmiękczenia Państwa serc i wzbudzenia empatii, oraz szukania zrozumienia dla losu branży, z którą przecież niejednokrotnie utrzymujecie równie częste kontakty co my, gdyż każdy wypracowuje wzajemne relacje według własnych reguł, lecz dość krętymi ścieżkami prowadzi do celu, którym są tzw. zawirowania natury dystrybucyjnej. Niby nic nadzwyczajnego i zjawisko tyle powszechne, co częste, że nikogo nie powinno już dziwić. Są jednak sytuacje, które jednak zaskoczyć potrafią i to nie tylko samych zainteresowanych, lecz zupełnym przypadkiem również i nas. Nie wierzycie? Oto dwa dość ciekawe przykłady z jakimi zetknęliśmy się w ponad pięcioletniej historii naszego magazynu i w dodatku oba z tego roku. Pierwszy miał miejsce w styczniu, gdzie dokładnie w chwilę po publikacji recenzji Audio Physic Avantera III otrzymaliśmy informację o zmianie reprezentanta ww. marki na naszym rynku, a drugi właśnie dzieje się na Państwa oczach. Chodzi mianowicie o włoską manufakturę Pathos Acoustics, której topową i nad wyraz długo wyczekiwaną integrę, czyli model Inpol Heritage, mamy zaszczyt zaprezentować. A co ów uroczy włoski wzmacniacz zintegrowany ma wspólnego z powyższą tematyką? Okazuje się, iż całkiem sporo, gdyż na testy dotarł do nas z Krakowa – od ówczesnego dystrybutora – Audio Anatomy a w tzw. międzyczasie markę pod swoje skrzydła przyjęła Sieć Salonów Top HiFi & Video Design.

O ile wcześniej przez nas recenzowanego niemalże desktopowego ClassicRemix-a zaliczyć można było do wagi lekkiej i dość przystępnie wycenionego Hi-Fi, to dzisiejszy gość już od progu donośnym głosem oznajmia, że żarty się skończyły i najwyższy czas na „zabawki dla dużych chłopców”. Proszę się tylko nie śmiać, bowiem Inpol Heritage nie dość, że pakowany jest w solidną, wykonaną z grubej sklejki skrzynię, to w dodatku owa skrzynia posiada szalenie przydatne i ułatwiające proces kółka. Nie jest to jednak li tylko zamontowany dla picu bajer lecz przejaw troski o wszystkich tych, którzy mieliby się zmierzyć z włoskim flagowcem sam na sam, gdyż o ile z 60 kg ładunkiem większość samców Alfa powinno sobie poradzić, to już gabaryty skrzyni, a przede wszystkim nierównomierne rozłożenie masy powodują dość poważne komplikacje. Całe szczęście całość jest jak widać w naszej relacji z unboxingu całkiem mobilna, więc przynajmniej na tym etapie żadnych przykrych niespodzianek nie przewidujemy. Oczywiście przedstawicielkom Płci Pięknej (może z wyjątkiem Marit Bjørgen) szczerze odradzamy nawet myśl o próbie samodzielnej akomodacji tytułowego „maleństwa” we własnym systemie. Do wyłuskania wzmacniacza z tej jakże pancernej skorupki przyda się też stosowny wkrętak a najlepiej elektryczna wkrętarka, gdyż choć samych śrub jest tylko osiem, to są one dość długie i jeśli tylko nie pracujemy na co dzień w pit-stopie F1, to chwilkę może nam to zająć.
Sam wzmacniacz, choć niezbyt stara się kultywować powszechne stereotypy o włoskim zamiłowaniu do wszelakich rustykalności prezentuje się wprost obłędnie, nader umiejętnie łącząc typowo industrialną estetykę zespolonych ze sobą prostopadłościennych form z podkreślającymi wysmakowany design dodatkami. Proszę się tylko uważnie przyjrzeć i zwrócić uwagę, iż pomimo nad wyraz absorbujących gabarytów a przede wszystkim ponad półmetrowej głębokości i blisko 60 kg wagi Pathos wcale nie wygląda ciężko, czy też przysadziście. A to wszystko dzięki sprytnemu zabiegowi optycznej lewitacji właściwej części korpusu „zawieszonej” pomiędzy dwiema płaszczyznami radiatorów o piórach układających się w nazwę marki, ozdobnej drewnianej listwie u dołu i świetnie kontrastującemu z nią błękitnie podświetlonemu pasowi szkła, za którym ukryto niewielki wyświetlacz i dwa wychyłowe wskaźniki mocy. Dodając do tego charakterystyczne, przypominające nakrętkę jakiejś futurystycznej kapsuły, pokrętło regulacji wzmocnienia mamy świetny przykład szeroko akceptowalnej niebanalności. Chociaż, to przecież jedynie preludium do trakcji czekających na nas na płycie górnej, gdzie w dedykowanych i zabezpieczonych nastroszonymi piórami komorach pysznią się pracujące w stopniu wejściowym cztery roztaczające bursztynową poświatę lampy – po parze ECC803S Tung-Sola i 6H30 Sovteka, za którymi straż sprawują cztery wyzywająco czerwone łapiące za oko cylindry kondensatorów. Dalszą część powierzchni płyty górnej pokrywa gęsta perforacja, która wraz ze wspomnianymi radiatorami odpowiada za chłodzenie tego bądź co bądź w pełni zbalansowanego i pracującego w czystej klasie A 80 W układu.
Widok ściany tylnej co słabsze psychicznie jednostki może wprawić w stan permanentnej tremy, gdyż bogactwo i przepych interfejsów wprost onieśmiela. Złocone terminale głośnikowe są podwójne, choć jeśli dysponujecie zakonfekcjonowanymi widłami przewodami głośnikowymi do bi-wiringu, to … lepiej je zmieńcie, bo podpiąć da się tylko w dolne. Całe szczęście z resztą przyłączy nie ma takiego problemu a do dyspozycji mamy dwie pary XRL-ów, cztery pary RCA i po parze RCA i XLR-ów na wyjściu. Widoczne na zdjęciach gniazda cyfrowe w dostarczonym na testy egzemplarzu były jedynie „martwymi” zaślepkami ze stoickim spokojem oczkującymi na implementację opcjonalnego modułu przetwornika HiDac Mk2, jednak nie będę się nad tym zagadnieniem w tym momencie pastwił, tym bardziej, że tego typu rozwiązanie prezentuje się o niebo lepiej od straszącego oczodołami Thraxa Enyo. W komplecie znajduje się też, elegancki i nad wyraz minimalistyczny, stosowny pilot.

No dobrze, wygląd, wyglądem, jednak wydając sześćdziesiąt pięć tysięcy na nieważne jak oszałamiającej urody integrę większość z Was oczekiwałaby co najmniej poprawnego grania. I w tym momencie musze Was drodzy Państwo rozczarować, gdyż Pathos Inpol Heritage pomimo całej tej designerskiej otoczki jest rasową, zaliczającą się do grupy super-integr high-endową konstrukcją a nie kosztownym bibelotem mający za zadanie pompować ego jego właściciela. W tym przypadku płacimy bowiem nie tylko za wzornicze wodotryski, ale i zupełnie poważne brzmienie. Brzmienie potężne, gęste i słodkie, które od pierwszych nut jasno daje do zrozumienia jaką estetykę reprezentuje i że w tym pojedynku nie zamierza brać jeńców. Dziwne i niespotykane w miałkim, nijakim i zarazem sterroryzowanym fałszywą poprawnością polityczną świecie podejście do tematu? Cóż, skoro sam producent gra w otwarte karty twierdząc, że to właśnie audiofile dla audiofilów Inpola Heritage stworzyli, to przecież nie będziemy sobie wzajemnie brzydko mówiąc wciskali kitu i udawali, że ognista Włoszka, do jakiej z pewnością można porównać Pathosa jest oziębłą i wyniosłą …, mniejsza z tym kim i skąd.
Inpol gra bowiem dźwiękiem czasem wręcz nieprzyzwoicie i lubieżnie wysyconym, pełnym iście karmelowej słodyczy, choć ani nie popada w zbytnią misiowatość poluzowując dół pasma, ani też niespecjalnie jest skory do asekuranckiego zaokrąglania góry. W zamian za to stawia na emocje i bezdyskusyjną przyjemność odbioru pozwalając słuchaczowi decydować, czy chce delektować się spektaklem muzycznym jako nierozerwalną, monolityczną całością, czy też z trybu syntezy przejdzie do analizy z uwagą śledząc poczynania konkretnych muzyków. Aby rozwiać ewentualne wątpliwości co do zbytniej „lepkości” konsystencji, czy tez spowolnienia przekazu w ramach rozgrzewki zaserwowałem włoskiej amplifikacji jeden z niewielu „samplerów”, których odsłuch nie wywołuje u mnie reakcji alergicznych, czyli „Bolero!: Orchestral Fireworks” w wykonaniu Minnesota Orchestra pod batutą Eiji Oue. I? Wybornie! Nadal gęsto, ale zarazem niezwykle intensywnie i energetycznie. To tak, jakby do lampki Singetona dostać aromatyczne i zarazem mocne espresso. Rozumieją Państwo analogię? Mamy moc, bogactwo aromatów a jednocześnie na tyle skomplikowaną wielowarstwowość, że na delektowaniu się taką właśnie kombinacja moglibyśmy spędzać całe dnie do puki serce, albo wątroba by nam nie zastrajkowały. A tak już na serio to właśnie na takiej, referencyjnie nagranej symfonice doskonale słychać, że jeśli tylko się chce, no i oczywiście potrafi, to będąc miłośnikiem szeroko rozumianej muzykalności wcale nie trzeba rezygnować z rozdzielczości i cieszenia się typowo audiofilskim planktonem. Pomijając jednak fakt istnienia nieprzebranej rzeszy konkurencyjnych urządzeń epatujących górą pasma bez porównania intensywniej i z iście laboratoryjną pieczołowitością oddających najlżejszy szmer tła, to śmiało można powiedzieć, iż Pathos zachowując umiar i właściwą sobie manierę grania niezwykle daleki jest od serwowania słuchaczom impresjonistycznych plam zamiast prawidłowo ogniskowanych źródeł pozornych. Słychać bowiem wszystko a jedynie egzystujące na granicy słyszalności wybrzmienia potrafią wygasać szybciej aniżeli z naszymi dyżurnymi końcówkami Reimyo i Brystona.
Na rockowo – orientalnym, przebogatym w najprzeróżniejszej maści perkusjonalia i przeszkadzajki „Avalon” Sully’ego Erny do głosu doszła kolejna natywna cecha Inpola, czyli zamiłowanie do podkreślania namacalności partii wokalnych i to zarówno męskich, jak i żeńskich. Zaznaczam jednak, iż chodzi o samą namacalność a nie mało eleganckie przybliżanie i powiększanie wokalistów. Tutaj „tuning” dotyczył głównie soczystości, saturacji i swoistego „lampowego” dopalenia całości. Śmiem wręcz twierdzić, że ten niezwykle homogeniczny efekt finalny mógłby zaskoczyć niejednego sceptyka rozwiązań hybrydowych. Tym bardziej, że część odsłuchów prowadziłem nie tylko na naszych dyżurnych ISIS-ach, lecz również na równolegle testowanych słowackich, opartych na ceramicznych drajwerach Accutona, uroczych podłogówkach Neo Alpha, które w jego towarzystwie potrafiły oczarować tak wysyceniem, jak i gładkością przekazu. Cuda? W żadnym wypadku. Raczej synergia i wzajemne dopasowanie. Tylko tyle i aż tyle.

Pathos Inpol Heritage okazał się prawdziwym zawodnikiem wagi ciężkiej, który nie tylko zna swój potencjał, lecz do swoich umiejętności potrafi przekonać słuchaczy. W dodatku jego pojawienie się w portfolio Sieci Salonów Top HiFi & Video Design wydaje się bardzo udanym ruchem dystrybutora poszukującego godnego następcy dla klasycznych modeli Classé, które nader często zestawiane były m.in. z kolumnami B&W. Z czystej ciekawości spróbowałbym też wysokich modeli Elaca, bo coś czuję w kościach, że włoska słodycz polubiłaby się z otwartością JET-ów, w jakie są wyposażone.

Ps. A dla uważnych i zainteresowanych obiektem niniejszej dywagacji Czytelników mamy nie lada gratkę. Otóż testowany egzemplarz, który jak można było zobaczyć w sesji z unboxingu dotarł do nas w iście dziewiczym stanie, jest oferowany przez Audio Anatomy w wielce atrakcyjnej cenie promocyjnej.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Nad tytułową marką Pathos Acoustics, co prawda dość dawno, bo około dwóch i pół roku temu, ale miałem przyjemność się już pochylić. To był idący z duchem czasów niezbyt drogi, a mimo to w zależności od potrzeb konkretnego klienta oferujący dużą funkcjonalność typu wewnętrzny DAC, czy streamer, hybrydowy wzmacniacz zintegrowany ClassicRemix. Nie bez znaczenia jest tez fakt, iż tamto starcie, pomimo niezbyt wygórowanej ceny produktu zakończyło się całkiem pozytywną puentą. Dlaczego o tym wspominam? Otóż w dzisiejszym odcinku testowym po raz kolejny na recenzencki tapet trafił wyrób tej stacjonującej na Półwyspie Apenińskim audiofilskiej stajni. I po raz kolejny będziemy rozprawiać o tak zwanej integrze. Jednak tym razem nie będzie to przysłowiowa zabawka z dołu portfolio przywołanego do tablicy wytwórcy, tylko brutalnie nadwyrężający mój kręgosłup podczas działań natury logistycznej, wielki i ciężki, zdecydowanie droższy, ale również oferujący podobne do tańszej konstrukcji dodatki wzmacniacz zintegrowany Inpol Heritage. I gdy spróbujemy zderzyć ze sobą obie wspomniane konstrukcje, natychmiast na myśl przychodzi mi kilka niezobowiązujących pytań typu: Jak bohater dzisiejszego spotkania wypadnie na tle zdecydowanie tańszej konstrukcji?. Czy oferowana jakość dźwięku usprawiedliwia tak duży rozrzut cenowy pomiędzy obydwiema konstrukcjami?. I wreszcie najważniejsze, czyli jak w wartościach bezwzględnych wypadnie na tle High End-owej konkurencji? O nie, za wcześnie na odpowiedzi. W celu przekonania się co i jak, zapraszam do zapoznania się z poniższym tekstem, w którym bez owijania w bawełnę postaram się miarę strawnie o wszystkim opowiedzieć. Puentując ten akapit jestem zobligowany poinformować Was, iż o ile możliwość skreślenia tych kilku strof zawdzięczamy dotychczasowemu – krakowskiemu dystrybutorowi Audio Anatomy, to obecnie włoska marka znalazła się pod skrzydłami Sieci Salonów Top HiFi & Video Design.

Będący nad wyraz długo wyczekiwanym obiektem pożądania sporej grupy miłośników muzyki Inpol Heritage jest rasowym przedstawicielem wagi ciężkiej. Blisko 60 kilogramów nawet podczas krótkotrwałej aplikacji na docelowym stoliku na długo pozostawia po sobie skutki typu ból kręgosłupa. To zaś z dużą dozą prawdopodobieństwa pozwala snuć domysły o co najmniej dobrym brzmieniu wzmacnianego przez Pathosa systemu audio. Zanim jednak przejdziemy do konkretów, przywołam kilka ważnych dla potencjalnego zainteresowanego aspektów wzorniczych i wyposażeniowych. Patrząc na bryłę opisywanego wzmacniacza z lotu ptaka staje się jasne, że konstruktorzy poszaleli. I nie chodzi mi tylko o same gabaryty, czy wygląd, ale również zerkając do trzewi wsad elektroniczny, gdyż obudowa zdaje się być wypełniona po brzegi, a dodam, iż przybyły na testy egzemplarz było gołym wzmacniaczem, bez opcjonalnego modułu przetwornika cyfrowo-analogowego. Przybliżając aparycję naszego bohatera należy wspomnieć, że już sama kolorystyka – czerń skrzynki skrywającej układy elektryczne i srebro monstrualnych radiatorów w kształcie logo marki bez najmniejszych problemów jest w stanie wpisać się w większość potencjalnych salonów. A to dopiero przygrywka, gdyż designerzy w swej dbałości o pokazanie piękna każdego detalu poszli zdecydowanie dalej. Bardzo wysoki front w górnej części wyposażono w mieniący się błękitem wielofunkcyjny wyświetlacz z wychyłowymi wskaźnikami i kilkoma ważnymi informacjami podczas codziennego użytkowania. Poniżej niego, bliżej prawego boku zaimplementowano wielką gałkę wzmocnienia. Zaś dolną część awersu delikatnie zagłębiono i wykończono egzotycznym drewnem, na którym zlokalizowano pozwalające na podstawowe sterownie funkcjami wzmacniacza dwa guziki i jedno wejście USB dla wewnętrznego DAC-a. Opisując wygląd i wyposażenie dachu spieszę donieść, iż podzielono go na dwie strefy. Bliższa przedniego panelu jest ostoją dla wykorzystanych w układzie elektrycznym lamp elektronowych i stacjonujących tuż za nimi ubranych w czerwone kubki kondensatorów. Tylna zaś, z racji ważnej funkcji grawitacyjnego wentylowania wzmacniacza, jest większa i naszpikowana czterema sekcjami małych otworów. Krótki research rewersu w przeciwieństwie do pewnego rodzaju skromności przed momentem opisywanych części obudowy jest rajem dla najnowszej generacji audiofila. Dlaczego? Spójrzcie. W ofercie przyłączeniowej widzimy podwojone terminale kolumnowe, sekcję wyjść sygnału analogowego z regulacją wzmocnienia PRE OUT, a także baterię wejść analogowych: RCA/ XLR i cyfrowych: USB, ETHERNET, COAXIAL i OPTICAL. Wieńczącym całość oferty gniazd jest wejście zasilania IEC, a ogólnej obsługi Pathosa dodawany w komplecie startowym pilot zdalnego sterowania. Przyznacie, że przy bardzo spokojnym ogólnym wyglądzie Inopl Heritage w temacie kompatybilności z docelowym zestawem mamy do czynienia z rasowym debeściakiem.

Rozpoczynając miting po walorach sonicznych tytułowej integry z przyjemnością donoszę, iż oferowany przez nią dźwięk jest kontynuacją wyglądu i gabarytów. Wpinając ją w tor jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki możemy cieszyć się majestatycznym, ale co ważne nie pozbawionym mikro-detali przekazem muzycznym. Dlaczego wspomniałem o unikaniu utraty mikro-informacji? Otóż pośród konkurencji bardzo częstym jest pompowanie dźwięku rzekomą muzykalnością, ale w zamian za to tracimy na świeżości i czytelności wydarzenia muzycznego. Tymczasem Włosi nie zapędzili się w tym temacie w kozi róg i uzyskawszy dobrą wagę i wysycenie dźwięku zadbali o jego swobodę wybrzmiewania. Naturalnie to jest pewnego rodzaju stawianie na konkretny sznyt grania, ale na szczęście na tyle wyrafinowane, że odbieramy to w domenie przyjemnej, a nie jej siłowo umuzykalnianej prezentacji. Ok. Jest eufonicznie. A co ze spójnością poszczególnych zakresów częstotliwościowych? Nic nie wyskakuje przed szereg? Tutaj mam kolejną dobrą wiadomość. Przy fantastycznie wspierających się nawzajem tonach niskich i średnich, również górny zakres nie ma tendencji do własnej nadinterpretacji zapisanych na srebrnych krążkach nut. To zaś oznacza, że jest delikatnie cofnięty, ale gdy wymaga tego materiał muzyczny, przepięknie błyszczy. Czy czasem mi go nie brakowało? Powiem szczerze, że nie, ale z autopsji wiem, iż znajdą się tacy, którzy bez szacunku do swojego narządu słuchu będą narzekać na jego zbyt dużą kulturę. To oczywiście nie oznacza, że się tacy delikwenci się nie znają, tylko albo są lekko głusi albo lubią latające w eterze żyletki. A że nie ma na świecie sprzętu spełniającego wymagania wszystkich melomanów, spokojnie możemy przejść nad tym wywodem do porządku dziennego. Pathos gra kulturalnie i albo to bierzesz z dobrodziejstwem całego inwentarza, albo szukasz gdzie indziej. A trzeba dodać, iż przy całej otoczce stawiającego na gęstość muzyki grania, budowana przez niego wirtualna scena jest książkowa dla tego szczebla wtajemniczenia sprzętu audio, czyli oferująca świetną lokalizację muzyków we wszystkich jej wektorach typu szerokość, głębokość, czy wysokość. Gdybym miał w cały wywód wtrącić kilka pozycji płytowych, powiedziałbym, że w estetyce gładkiej, fantastycznie wysyconej, ale nie pozbawionej witalności prezentacji wypadała prawie cała moja płytoteka. Czy to muzyka wokalna diw pokroju Diany Krall lub Cassandry Wilson, czy muzyka dawna, wszystko aż tryskało głębią koloru. Każda nuta kipiała soczystością, a przy tym dźwięcznością. To była feeria pławienia się w pięknie kobiecego głosu na tle fantastycznie wspierających go składów instrumentalnych. Co ciekawe, podczas kilkunastodniowej zabawy ani przez moment nie odczułem przekroczenia granicy zatracania czytelności wydarzenia muzycznego. Było gęsto, ale ze smakiem. Nieco inaczej wypadała twórczość jazzowa ECM. W tym przypadku jedynym do czego mógłbym na siłę się przyczepić, nie był nawet nieco bardziej grający pudłem rezonansowym niż zawsze kontrabas, tylko waga wysokich tonów. Owszem ciekawie wybrzmiewały, ale jak dla mnie trochę zbyt ciemnym złotem, przez co w stosunku do codziennej referencji zbyt szybko gasły. Ale ostrzegam, włoski wzmacniacz wskoczył w przypadkowa układankę, dlatego też proszę pod tym kątem dobrać odpowiedni filtr, gdyż w innym wypadku najzwyczajniej go skrzywdzicie. Na koniec serii srebrnych krążków przywołam starcie włoskiego ogiera z muzyką lekko elektroniczną spod znaku Depeche Mode „Exciter”. Efekt? Podobnie do jazzu. Wszystko bardzo dobrze, tylko dla ortodoksyjnych wielbicieli tego typu muzyki może okazać się, ze otrzymują zbyt mało przysłowiowego cykania, czyli przekładając na język bardziej wstrzemięźliwych w szafowanie krytycznymi epitetami osobników w momencie elektronicznego tutti muzyka była zbyt zachowawcza. Czy to źle? Niestety na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. Dla mnie było ok.

Gdy przywołane w poprzednim akapicie informacje zbierzemy w jedną w miarę neutralną całość, okaże się, że decydując się na tytułowego Pathosa Inpol Heritage wkraczamy w świat pięknie pokolorowanej, a przez to przyjemnej dla ucha melomana, muzyki. Nie wiem, czy to jest Wasza bajka, ale ze swojej strony powiem jedno. Gdybym stał na rozstaju dróg zajmowanego przez włoski piec pułapu cenowego, nawet przez moment nie zastanawiałbym się, czy brać go na testy. To jest moja estetyka grania. A co dodatkowo jest nie do przecenienia, wszystko co napisałem, opierałem na przypadkowej dla niego konfiguracji, co pozwala domniemać, iż przy odrobinie chęci mógłbym skroić jego możliwości do swoich potrzeb. Czy jest to oferta dla wszystkich? Naturalnie, że nie. Ale znajdźcie mi takie urządzenie, a stawiam dobrego Single Malta. Jednak śmiało mogę powiedzieć, nawet audiofile stawiający na szybkość i konturowość w momencie delikatnego poddania się urokowi soczyście podanych zapisów nutowych w opiniowanej propozycji włoskiego Pathosa z pewnością mogliby znaleźć coś dla siebie. Niemożliwe? Cóż, to możecie potwierdzić tylko Wy w bezpośrednim starciu, do którego z czystym sumieniem zachęcam.

Jacek Pazio

Urządzenie do testów dostarczył: Audio Anatomy
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 64 999 PLN (egzemplarz demonstracyjny w Audio Anatomy – 36 000 PLN)

Dane techniczne:
Zastosowane lampy: 2 x ECC803S tung-sol, 2 x 6H30 Sovtek
Moc wyjściowa: 2 x 80W@ 8 Ω,
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 200 kHz ± 0.5db
Max napięcie wejściowe: 10V RMS
Czułość wejściowa: 780 mVRMS
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Zniekształcenia THD: 0,1% @ 80W
Stosunek sygnał/szum: > 100dB
Wzmocnienie: 33 dB na RCA, 39 dB na XLR
Wejścia:
– Analogowe: 2 pary XRL, 4 pary RCA
– Cyfrowe (opcjonalne) po dodaniu płytki HiDac Mk2: 1 USB typ “B”, 1 SPDIF coaxial, 1 SPDIF optical
Wyjścia: 1 para Pre out RCA, 1 para Pre out XLR
Wymiary (G x S x W): 555 x 450 x 230 mm
Waga: 58 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Anatomy

Tomasz Pauszek „Lo-Fi Lo-Ve”

Wbrew pozorom i stereotypom rozsiewanym przez „życzliwych”, oprócz testowania najprzeróżniejszej maści sprzętu, od czasu do czasu i o zgrozo, bo głównie dla własnej przyjemności, sięgamy też po mniej, bądź bardziej pachnące fabryką pozycje płytowe. I tak właśnie stało się tym razem, gdyż za sprawą wydawcy – krakowskiego Audio Anatomy mogliśmy bez najmniejszej presji czasu i ciśnienia związanego ze zbliżającym się deadlinem, na spokojnie zapoznać się z efektem pracy pochodzącego z Bydgoszczy Tomasza Pauszka w postaci albumu „Lo-Fi Lo-Ve”.

Kontakt organoleptyczny, jak to zwykle w przypadku płyt bywa, zaczynamy oczywiście od … okładki i szerokorozumianej poligrafii nad którą czuwał wydawca – znany z naszego, audiofilskiego podwórka i wspomniany we wstępie, dystrybutor Audio Anatomy. W tym momencie, choćbym nie wiem jak się starał zachować zimną krew i obiektywizm, to i tak i tak swą wypowiedź musiałbym ograniczyć do samych superlatyw przeplatanych ochami i achami. Tak, tak Mili Państwo. „Lo-Fi Lo-Ve” to prawdziwa, światowa extra-klasa i to zarówno jeśli chodzi o nośnik LP, jak i CD. Grafika autorstwa Damiana Bydlińskiego, wielce przydatne notki informacyjne o poszczególnych, zaproszonych do tego projektu, prawdziwych osobowościach i szarych eminencjach współczesnej sceny elektronicznej, oraz sama jakość wydania stoją na najwyższym poziomie. Jedyne, do czego mógłbym, ewidentnie szukając dziury w całym, złośliwie się przyczepić to brak antystatycznych kopert, których obecność wydawałaby się jak najbardziej wskazana i na miejscu, tym bardziej, iż Audio Anatomy produkcją i sprzedażą akcesoriów skierowanych do miłośników analogu również się para.

Tomasz Pauszek na „Lo-Fi Lo-Ve” wraz z obecnymi na tytułowym – podwójnym wydawnictwie gośćmi zabiera słuchaczy w swoistą podróż. Podróż po bardzo szerokim spektrum tzw. muzyki elektronicznej. Wystarczy tylko zerknąć, kogo możemy usłyszeć – począwszy od niepotrzebującego chyba żadnych rekomendacji, legendarnego Władysława Komendarka, poprzez Grzegorza Bojanka, Meeting By Chance, Konrada Kucza, Thibault Cohade, Gushito, ISAN, Pawbeats, Dagiel, na mającym już okazję u nas gościć (premiera LP i recenzja „Kholat”) Arkadiuszu Reikowskim kończąc.
Otwierający album „Twilight Forest” to dość tajemnicza, przywodząca na myśl motyw przewodni z „X-Files” („Materia Primoris” Marka Snowa) wprowadzająca słuchaczy w oniryczną, całkowicie oderwaną od szarej codzienności rzeczywistość kompozycja. Proszę się jednak nie nastawiać, że im dalej w las, tym będzie mroczniej, surowiej, czy brutalniej w stylu Junkie XL i jego „300: Rise of an Empire”. O nie, to zdecydowanie inne, pełne swobody, braku pośpiechu i nastawione na kojenie a nie dodatkowe drażnienie zszarganych nerwów klimaty. Oczywiście nie brak tu najprzeróżniejszych, czumów, trzasków, czy też brudów, lecz pojawiają się one jedynie w roli uzupełnienia, podkreślenia poszczególnych partii, klimatu lub motoryki poszczególnych utworów. To taka odrealniona kraina łagodności w której wczesny Jean-Michel Jarre wraz Mikem Oldfieldem, czyli klasyka analogowej elektroniki lat 70 – 80, miesza się z chilloutem i muzyką typowo ilustracyjną. Śmiem wręcz twierdzić, że to całkiem bezpieczny repertuar nadający się jako tło muzyczne do niezobowiązujących spotkań w gronie znajomych, bądź rodziny. Nie wierzycie Państwo, no to rzućcie tylko uchem na materiał dostępny na platformie Bandcamp a sami się przekonacie, że tego typu estetyka i środki artystycznego wyrazu nie powinny odstraszyć nawet największych zwolenników popowego mainstreamu.

Jeśli zaś chodzi o samą jakość dźwięku, to bardzo pozytywnie oceniam mastering, którego zarówno dla wersji CD, jak i LP podjął się Przemysław Rudź osiągając rezultat godny jeśli nie „standing ovation”, to przynajmniej wielkich braw. Jest tylko jedno „ale” – w głównej mierze mój entuzjazm wzbudziła jakość masteringu wydania winylowego, które w sposób całkowicie bezpardonowy rozprawiło się z wersją CD. Tylko proszę mnie źle nie zrozumieć. Wydanie CD brzmi naprawdę świetnie – potężnie, rozdzielczo i cudownie gęsto, jednak przesiadka na czarny nośnik to zupełnie inna jakość i zupełnie inna intensywność doznań. Tutaj wszystkiego jest więcej a w dodatku owo wszystko jest lepsze, bardziej namacalne i realistyczne, pomijając oczywiście fakt poruszania się w muzycznej estetyce, gdzie właśnie baśniowość gra pierwsze skrzypce. Winyl zdecydowanie lepiej wypada również pod względem budowania sceny – jego brzmienie jest bardziej trójwymiarowe, bardziej holograficzne a żeby było ciekawiej powyższych obserwacji dokonałem używając gramofonu (Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201 + Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp) pi razy drzwi dwukrotnie tańszego od mojego dyżurnego źródła cyfrowego (Ayon CD-35)! To, co przed chwilą napisałem nieco gryzie się jednak z zamysłem samego autora, który uparcie uważa iż „idea albumu osnuta jest wokół muzyki z pogranicza chilloutowo-ilustracyjnej. Jest to opowieść o miłości do brzmień lo-fi, do wszelkiego rodzaju trzasków winyla, brudów, szumów, brumów, starych instrumentów, syntezatorów, mellotronów i tego typu brzmień.” O co chodzi? O powyższą, swoistą sprzeczność będącą zestawieniem „lo-fi” w tytule, surowych, siermiężnych wręcz użytych środkach artystycznego wyrazu a uzyskanym, niemalże high-endowym brzmieniem wydanego przez Audio Anatomy albumu. Dziwne i nielogiczne? Niekoniecznie. Chodzi bowiem o to, że właśnie posługując się nieraz iście archaicznymi narzędziami – czyli pokrytym warstwą patyny instrumentarium Pauszkowi udało się dostarczyć słuchaczom brzmienie świeże, autentyczne i właśnie dzięki swojej surowości w 100% prawdziwe i szczere. Tutaj po prostu nie było gdzie się schować za iście bizantyjską ornamentyką, czy przytykającymi dech w piersiach efektami dźwiękowymi. Jeśli bowiem coś trzeba było zagrać, to ów akord, melodia, czy dźwięk musiał wyjść spod palców muzyka i żaden „soft” za niego tego nie wyczarował, bądź nie podał na srebrnej tacy ze swojej przepastnej biblioteki. Ot, ciężka i mozolna praca, która tym razem przyniosła wyborne rezultaty.

Bardzo cieszy mnie, że młode pokolenie, do którego niewątpliwie należy … czterdziestoletni (jak dla mnie to nadal młode pokolenie) Tomasz Pauszek potrafi pokazać pazury i zaprezentować materiał niezwykle dojrzały, zagrany, nagrany i wydany na światowym poziomie a przy okazji muzycznie niesamowicie uniwersalny, zdolny poruszyć strumy ludzkiej wrażliwości zarówno w Bydgoszczy, Warszawie, Bukareszcie, czy też Nowym Jorku. Jeśli więc macie Państwo ok. 90 min na chwilę wytchnienia sięgnijcie po „Lo-Fi Lo-Ve” i dajcie się ponieść syntetycznemu nurtowi. Jednak dla lepszego efektu poczekajcie do wieczora i posłuchajcie tytułowego albumu po zmroku. Nie powinniście być zawiedzeni.

Marcin Olszewski

Tracklista:
01. Twilight Forest
02. Stranger (feat. Thibault Cohade)
03. Airy Monday (feat. Gushito)
04. Grandma`s Radio (feat. Pawbeats)
05. Night At Riviera (feat. Meeting By Chance)
06. Lullaby In The Key Of Lo-Fi (feat. Dagiel)
07. Signals (feat. Konrad Kucz)
08. Cruises
09. Lucid Dreams (feat. Arkadiusz Reikowski)
10. Electronic Invention
11. France 1970 (feat. Meeting By Chance)
12. Space Ghosts (feat. Władysław Komendarek)
13. July In Amsterdam (feat. Grzegorz Bojanek)
14. Thunders (feat. ISAN)
15. Book Of Tesla (feat. Arkadiusz Reikowski)
16. Transition

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Anatomy

NIME Audiodesign Mya

Link do zapowiedzi: NIME Audiodesign Mya

Opinia 1

Wertując nasze dotychczasowe zmagania testowe bardzo łatwo można się zorientować, że co jak co, ale z małymi kolumnami, z racji sporego gabarytowego salonu odsłuchowego, mierzymy się stosunkowo rzadko. Owszem, kilka przypadków miało swoje pięć minut, ale za każdym razem zmuszeni byliśmy brać poprawkę na nieco mniejszy rozmach generowanego dźwięku. Czy to się sprawdza? Co prawda podobnych spotkań było niewiele, ale na podstawie tych odbytych muszę powiedzieć, że i owszem. Co więcej, za każdym razem te uzbrojone w przetworniki “maluchy” bez najmniejszych problemów pokazywały, że wielu zdecydowanie większych rozmiarowo konkurentów w kwestii budowania głębokiej wirtualnej sceny muzycznej i łatwego znikania z niej po zamknięciu oczu może się od nich uczyć. Dlatego też, gdy nadarzyła się kolejna okazja zaopiniowania kolumn monitorowych nie było trzeba nas namawiać i już w pierwszej, poświęconej logistyce rozmowie temat został zaakceptowany. A z czym będziemy mieli do czynienia? Panie i panowie, mam przyjemność przedstawić Włoszki z krwi i kości (rozwinięcie tego zwrotu w części poświęconej budowie produktów), a konkretnie mówiąc kolumny podstawkowe Nime Audiodesign Mya, których opieki dystrybucyjnej na naszym rynku podjął się krakowski dystrybutor Audio Anatomy.

Akapit dotyczący budowy i wyglądu tytułowych kolumn bez specjalnego wprowadzania w meandry pochodzenia już przy pierwszym spojrzeniu na fotografie kieruje nasze przypuszczenia na znajdujący się na południu Europy land w kształcie buta. Co może być tego przyczyną? Bez żartów. Przecież takiego połączenia próbującego nawiązać do wzorców z filmów science fiction designu wyszukanej bryły i chwytającej za oko kolorystyki nie można się nauczyć. To trzeba wyssać z mlekiem matki, która jest rodowitą mieszkanką Półwyspu Apenińskiego, inaczej może po odebraniu odpowiedniej szkoły w pewien sposób zbliżymy się do włoskiego wysmakowania, ale będzie to co najwyżej próba doścignięcia zmysłu autochtonów, a nie równoprawny artystycznie projekt. Zatem jak to wygląda? Na pierwszy rzut oka dość kanciasto, ale w tych ostrych rysach bez problemu znajdziemy inspirację filmami typu „Obcy”, czy „Predator”. A gdy dorzucimy do tego blask połyskującego srebra frontu z wkomponowanymi weń ceramicznymi przetwornikami, kontynuujące akcent chromu, będące wariacją litery „X”, stabilizujące kolumny na podłożu stelaże i włącznie z jednonogim standem czerwień „Red Ferrari” reszty obudowy, okaże się, że takie połączenie jest w stanie spełnić nawet najbardziej wyszukane gusta naszych drugich połówek. Puentując ten akapit nie można nie wspomnieć, iż dla ułatwienia podłączenia kolumny do zastanego zestawu audio terminale dla kabli głośnikowych zlokalizowano w dolnej części podstawek, a jeśli chodzi o elektryczną aplikację przetworników, mamy do czynienia z konstrukcjami dwudrożnymi.

Jak sygnalizowałem już we wstępniaku, każdorazowe zastąpienie moich trzydrzwiowych szaf filigranowymi monitorkami zmusza mnie do odpowiedniego nastawienia się na zdecydowanie mniejszy udział masy dźwięku podczas słuchania znanych mi płyt. To z jednej strony jest pewnego rodzaju urozmaiceniem testowych pojedynków, ale z drugiej, jeśli coś w przecież dość przypadkowo skonfigurowanym systemie nie iskrzy, temat zaczyna być nieciekawy. I wiecie co? Szczerze powiedziawszy, patrząc na wysiłki konstruktorów w kierunku pięknego wyglądu tuż przed wciśnięciem guzika PLAY byłem pełen obaw, czy aby cała para nie poszła w gwizdek, czyli przekładając na nasze, czy dźwięk nie jest jedynie przystawką do aparycji. I? I tutaj pozytywne zaskoczenie, gdyż to, co wydobywało się z tych dzieł sztuki użytkowej, jawiło się jako bardzo zrównoważony przekaz. Przekaz, który nie krzyczał i nie był przesadnie kanciasty, co biorąc pod uwagę przyklejoną do zastosowanych głośników łatkę szorstkości, szarości i braku pierwiastka muzykalności teoretycznie nie powinno się wydarzyć. A tym czasem, okazało się, ze się da i to na tyle ciekawie, że przy odpowiednim odkręceniu gałki wzmocnienia nawet w moim zdecydowanie za dużym dla testowanych konstrukcji pomieszczeniu dało się poczuć zalążki odpowiednio masywnego basu. Cuda panie, cuda. Naturalnie należy brać siły na zamiary i nie oczekujcie przestawiania ścian, jednak z pewnością to, czego doświadczyłem w dziedzinie niskich rejestrów przez te kilkanaście tygodni nazwałbym sporym zaskoczeniem in plus. Jednak najważniejszą cechą naszego obiektu zainteresowania jest zadziwiająco gładka średnica. Nie przeczę, musiałem wykonać drobną żonglerkę kablami, a i sama elektronika jest nastawiona na gęste granie, ale zapewniam, efekt był bardzo dobry. I gdy do kompletu zalet dorzucę artykułowaną wcześniej umiejętność znikania z pomieszczenia i budowania spektakularnej sceny, samoczynnie zrodzi się niezobowiązująca rada typu: jeśli macie małe pomieszczenia i jesteście w stanie wygenerować odpowiednią liczbę banknotów NBP, Nime Audiodesign Mya mają duże szansę spełnić Wasze nawet najbardziej wyszukane w domenie dźwięku (o wyglądzie już wspominałem) oczekiwania. Macie chęć na dawkę informacji z konkretnymi płytami w roli głównej? Proszę bardzo. Rozpocznijmy do najnowszego krążka wirtuoza kontrabasu Garego Peacock’a z kolegami w kompilacji „Tangents”. Pierwszym co przykuło moją uwagę, był solidny pakiet informacji o pracy instrumentu front mena, którym w tym przypadku był kontrabas. Wszelkie pasaże po gryfie oddane były w zatrważająco (w dobrym tego słowa znaczeniu) szybki sposób. Oczywiście chciałoby się w tym momencie dopalić całość odpowiednią dawką wypełnienia, ale fizyki nie da się przeskoczyć i momentami w temacie udziału w muzyce pudła rezonansowego starszego brata skrzypiec było nieco ubogo. Co prawda wcześniej wspominałem, iż przy odpowiedniej głośności świat basu nabierał rumieńców, ale przecież nie da się słuchać jazzu na poziomach zarezerwowanych dla muzyki rockowej, czy elektronicznej. Niemniej jednak, przy odpowiednim filtrze i zdaniu sobie sprawy, że melomani z kubaturą pomieszczenia sięgającą 100 metrów sześciennych nie są grupą docelową włoskich kolumn, na tle bywającej u mnie konkurencji całość wypadała bardzo dobrze. Ale to nie koniec słodzenia testowanym konstrukcjom, gdyż jestem zobligowany poinformować Was, iż bez względu na fakt, jak odbierzecie przed momentem głoszone opinie, najważniejsze dla tego typu muzyki aspekty typu: głębia i rysunek źródeł pozornych były najwyższych lotów. Jako drugą, mającą pokazać nie tylko zalety, ale i pewnego rodzaju wynikające z samej konstrukcji problemy pozycję wybrałem pochodzącą z Bałkanów Amirę Medunjanin i jej produkcję „Silk & Stone”. W tym przypadku wyraźnie słychać było, że głośniki ceramiczne nigdy nie zagrają jak celulozowe, co tutaj akurat nie było takie złe, gdyż dawały bardzo dobry wgląd nie tylko w artykulację artystki, ale również ciekawie ożywiały będące znakiem rozpoznawczych tamtych stron struny gitar. Tak, było bardzo otwarcie, ale ze smakiem, za który niejeden wielbiciel bezpośredniego grania oddałby nerkę. Na koniec bez najmniejszych oporów mogę powiedzieć, że pomogę naszym bohaterkom, gdyż wspomnę o muzyce elektronicznej, która z założenia powinna być słuchana dość głośno, a to idąc za wcześniejszymi ustaleniami znacznie pomaga w ich całościowym odbiorze. Mam na myśli zespół Yello i znaną z moich zmagań płytę „Touch”. Owszem, nie było trzęsienia ziemi w pierwszym kawałku, ale to, co w dziedzinie basu udało się wygenerować naszym maluchom, wywoływało uśmiech na mojej twarzy, a do tego było okraszone odpowiednią dla tego typu muzy sztucznie wygenerowaną przez syntezatory maestrią alikwot. Sam nie wierzę, że to piszę, ale tak to odebrałem i będę tego bronił w każdej kuluarowej rozmowie ze znajomymi.

Czytając powyższy tekst z pewnością nasunie się Wam refleksja, że miałem do czynienia z czymś wyjątkowym. Małe, piękne i do tego sprawiające dużo radości podczas słuchania muzyki. To wydaje się być niemożliwe, ale zapewniam, cały test był jednym wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Jednak abyście Wy odebrali kolumny Mya marki Nime Audiodesign w podobny do mnie sposób, musicie spełnić kilka warunków. Pierwszym jest dysponowanie mocnym wzmacniaczem,. Drugi wymaga dobrego przygotowania się do procesu okablowania systemu. Na koniec chcąc być spokojnym o pozytywny wynik w trzecim punkcie choć nie jako przymus, ale zalecałbym posiadanie ciemno grającej elektroniki. Jeśli któryś z podpunktów koncertowo zlekceważycie, to albo wzmak nie uciągnie głośników ceramicznych, albo zbyt jasny zestaw towarzyszący kolumnom spowoduje upływ krwi z uszu. Ale natychmiast uspokajam, aby osiągnąć wymienioną jako ostatnia spektakularną porażkę, musielibyście nie mieć pojęcia o konfiguracji systemów audio, o co nikogo czytającego nasze przygody z High Endem nie śmiem nawet podejrzewać.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Na przestrzeni kilkuletniej historii naszego magazynu udało nam się posłuchać i co najważniejsze wpiąć we własne tory audio dość pokaźny zbiór kolumn o nad wyraz szerokim spektrum tak rozmiarowym, jak i cenowym. W celu zobrazowania rozpiętości opisywanej przez nas oferty rynkowej wspomnę o swoistych, goszczących u nas ekstremach w stylu miniaturowych, filigranowych wręcz Trenner&Friedl ART i stojących na przeciwległym krańcu skali ich pobratymcach – Duke’ach, strzelistych Dynaudio Evidence Platinum, czy też tubowych Avantgarde Acoustic Trio. Jednym słowem do wyboru, do koloru a przy tym, z oczywistym wyjątkiem Avantgarde’ów wszystkie goszczące u nas kolumny wyglądały jak … kolumny właśnie. Oczywiście doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z istnienia konstrukcji swą aparycją zbliżonych bardziej do wymyślnych instalacji przestrzennych i współczesnych, nieraz bardzo śmiałych i futurystycznych rzeźb, lecz do powyższego faktu podchodziliśmy bardziej jak do ciekawostki natury przyrodniczej aniżeli istotnego trendu mogącego zagrozić pudełkopochodnemu kolumnowemu mainstreamowi. I pewnie żylibyśmy sobie dalej w tym błogostanie nieświadomości, gdyby nie pojawienie się w ofercie krakowskiego dystrybutora Audio Anatomy włoskiej marki NIME Audiodesign o której wyrobach można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są konwencjonalne i mainstreamowe, bo takie po prostu nie są i już. Jeśli zatem poszukują Państwo niebanalnego wzornictwa i zamiast wstydliwie wtapiać w tło chcielibyście możliwie wyeksponować posiadane kolumny, to … sugeruję z uwagą zapoznać się z niniejszą recenzją zjawiskowych, otwierających portfolio wspomnianej manufaktury, monitorów Mya.

Patrząc na bryłę Nimesów trudno znaleźć istniejący na ziemi (tej ziemi) jakikolwiek ich odpowiednik. Jeśli jednak poszerzymy nieco horyzonty i popatrzmy w górę okaże się, iż takowy, zgodny z nimi wzorzec istnieje, choć pociecha z jego egzystencji jest nazwijmy to delikatnie żadna. Mowa bowiem o legendarnym, powołanym do życia przez Ridley’a Scotta Obcym a dokładnie jego czerepie. Zauważają Państwo podobieństwo? Ano właśnie. Całe szczęście Mye zamiast traktować populację homo sapiens jako jednorazowe wdzianka dla swojego potomstwa wybrały spa w Maranello i lubieżnie wyzywającą czerwień Ferrari. Dzięki temu zamiast krwiożerczych bestii w naszym OPOSie wylądowały włoskie i w dodatku skore do uciech wszelakich bliźniaczki.
Zespolone na stałe z pochylonymi ku tyłowi, ustawionymi na rozczapierzonych, chromowanych łapach standami kolumny dzięki drapieżnej rozszerzającej się w kierunku słuchacza bryle wydają się szykować do ataku. Ich optyczną dynamikę podkreślają czerwony lakier fortepianowy i chromowane, trapezoidalne fronty. Wbrew pozorom geometria ich brył nie wynika jedynie ze względów czysto estetycznych, lecz u podstaw niniejszego projektu leży czysta fizyka (vide obliczenia) mająca na celu redukcję nie tylko wewnętrznych rezonansów, co i powstających już na zewnątrz kolumn – wynikających z dyfrakcji zniekształceń dźwięku. Również same, wykorzystane przez producenta – ukryte za metalowymi maskownicami ceramiczne przetworniki Accutona (25mm tweeter i 27cm mid-woofer) nadają całości mocno industrialnego charakteru. Za najspokojniejszą pod względem wzorniczym płaszczyznę można uznać jedynie ich czarną, przyozdobioną wylotem układu bass refleks ścianę tylną.
Jak z pewnością zdążyli Państwo zauważyć jak na razie nie wspomniałem ani słowem o terminalach głośnikowych, których należy szukać … tuż przy podłodze – na eleganckiej tabliczce znamionowej przytwierdzonej do nogi standu. To pojedyncze, lecz najwyższej jakości WBT-y NextGen a ich lokalizacja okazuje się mieć niebagatelne znaczenie nie tylko dla wszystkich tych, którzy na widok zwisających z wysokości kilkudziesięciu przewodów popadają w ciężką nerwicę i stany lękowe o wątpliwych walorach natury estetycznej nawet nie wspominając, co przede wszystkim ze względów czysto praktycznych. O ile bowiem przy niezbyt ciężkim a przy tym wiotkim okablowaniu problemy natury użytkowej jakoś da się przeboleć, to przy sztywnych i masywnych drutach już tak różowo nie jest. Zaproponowana w Nime lokalizacja przyłączy okazała się dla nas wręcz zbawienna, gdy wraz z równolegle testowanymi Lumen White’ami otrzymaliśmy kompletny set Siltechów Triple Crown a jak wiadomo to nie są ani zbyt wiotkie, ani tym bardziej lekkie „druty”.

Nie ukrywam, że z dostawą tytułowych monitorów związane były nasze pewne obawy, gdyż w większości znanych nam w Hi-Fi przypadków łapiący za oko design nad wyraz rzadko idzie w parze z choćby akceptowalnym brzmieniem a i obecność markowych przetworników potrafi zamiast pomagać być przysłowiowym gwoździem do trumny. Tym bardziej, gdy mowa o ceramicznych Accutonach, które najdelikatniej rzecz ujmując nie są najłatwiejsze w aplikacji, co pokazał przykład dość dyskusyjnych pod względem uniwersalności, nomen omen również włoskich Albedo Aptica . Krótko mówiąc nie mając bladego pojęcia czego możemy się po NIME spodziewać delikatnie je rozpakowaliśmy (co uwieczniliśmy w stosownej zajawce) i zaczęliśmy niezobowiązująco wygrzewać, gdyż zgodnie z zapewnieniami dystrybutora ich przebieg był praktycznie zerowy. O dziwo pierwsze, jeszcze nieśmiałe generowane przez Mye dźwięki okazały się na tyle intrygujące, że początkowe obawy prysły jak bańki mydlane a nam ewidentnie zeszło związane z nimi ciśnienie. Abstrahując powiem od wybitnie śmiały design włoskie monitory grały nie dość, że całkiem normalnie – czyli bez udziwnień, co po prostu dobrze. I to zupełnie niewygrzane! Kiedy standardowy, jednak okres ochronny minął wzięliśmy się za ostre strzelanie, bo nawet od najładniejszych monitorów za ponad 50 kPLN oczekiwaliśmy nieco więcej aniżeli tylko „dobrze”. W dodatku, skoro Jacek pastwił się nad nimi z użyciem własnego i na stałe rezydującego w OPOSie tranzystorowego systemu redakcyjnego ja postanowiłem nieco zaryzykować i większość odsłuchów prowadziłem z użyciem dzielonej, lampowej amplifikacji Phasemation CA-1000 & MA-2000 a jako kolumnowy punkt odniesienia wybrałem zamiast ISISów oparte również na drajwerach Accutona … Lumen White’y Kyara. Ot taka moja wrodzona krnąbrność, żeby jeśli tylko jest ku temu okazja, to na własne uszy sprawdzić, jak to właściwie jest z tą wręcz legendarną trudnością z prawidłowym wysterowaniem ceramików. Szczerze powiem, że do niniejszego eksperymentu niejako pośrednio skłoniła mnie jedna z ostatnich rozmów z dr. Rolandem Gauderem, który właśnie w lampach i to o dziwo wcale nie najmocniejszych widział wdzięcznych partnerów dla swoich, opartych na wiadomych przetwornikach kolumn.
I jak? Śmiem twierdzić, że świetnie, gdyż dźwięk oferowany przez Mye przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Pierwsze co zwracało uwagę to zaskakujący jak na tak niewielkie, dwudrożne konstrukcje, mocny i przy tym nisko schodzący bas, który w naszym blisko czterdziestometrowym oktagonie okazał się całkowicie wystarczający. Oczywiście stojące tuż obok Kyary w tym temacie potrafiły zdecydowanie więcej, lecz biorąc pod uwagę drastyczną różnicę gabarytów (o cenie nawet nie wspominając), to wykazującym zamiłowanie do motoryzacyjnej kolorystyki Włoszkom należą się w tym momencie w pełni zasłużone brawa, gdyż materiałem testowym, jakim się posiłkowałem był album „Thunder” super tria Stanley Clarke, Marcus Miller, Victor Wooten, gdzie oprócz trzech gitar basowych sporo do powiedzenia mają również perkusjonalia. Skomplikowane linie melodyczne, wieloplanowa struktura poszczególnych kompozycji i wirtuozerskie popisy frontmanów nie dość, że nie nużyły słuchaczy, to i samym kolumnom nie sprawiły większych problemów. Oczywiście fani iście koncertowych poziomów głośności i typowego dla systemów PA „kopiącego” basu zamiast NIME z pewnością wybiorą Everesty JBLa, ale nie tylko dla „normalnego” przedstawiciela homo sapiens, lecz i dla zmanierowanego, jak piszący te słowa, tetryka motoryka, dynamika i tzw. PRAT (Pace, Rhythm, and Timing) nie pozostawiały wątpliwości, że z Myami nudzić się nie sposób.
Kolejnym stereotypem z jakim przyszło się zmierzyć tytułowym bliźniaczkom był mówiący, iż z ceramicznych tweeterów słodyczy i połączonej z rozdzielczością otwartości uzyskać się nie da. Najwidoczniej jednak Nico Memoli (właściciel marki) nic o tym nie wiedział, gdyż NIME ani myślą stawiać na matowość śmiało zmierzając w kierunku kremowo-karmelowej gładkości wyznaczonej swojego czasu przez starsze modele Estelona. Nawet zazwyczaj nieco matowy głos Joan Osborne na „Songs of Bob Dylan” nabrał nieco słodyczy i blasku znacząco zyskując na jakości. Sięgnięcie po klasyczną wokalistykę – „Dolce Duello” Cecilii Bartoli, której na wiolonczeli akompaniuje Sol Gabetta wraz z Cappella Gabetta również okazało się trafną decyzją. Nie dość bowiem, że sam mezzosopran koloraturowy Bartoli otrzymał wielce przyjemną konsystencję, co kontury wspomnianego instrumentu smyczkowego, który swymi gabarytami ewidentnie przypadł do gustu tytułowym monitorkom, zaskakiwały stabilnością i wyrazistością.
Na koniec, żeby niniejsza recenzja nie przypominała ociekającej lukrem laurki postanowiłem dać nieco NIME do wiwatu i w odtwarzaczu wylądował symfoniczny krążek „S&M” … Metallicy. Na zdrowy rozsądek to nie miało szans skończyć się happy endem. Wspomagani wielkim aparatem wykonawczym giganci heavy metalu, czterdziestometrowe i w dodatku wysokie pomieszczenie w połączeniu z bądź co bądź dość niewielkimi monitorkami to wręcz idealny przepis na porażkę. Tymczasem w Mye wstąpiło jakieś złe, bo na orkiestrację największych przebojów „Mety” rzuciły się jak szczerbaty na suchary z zaskakującym entuzjazmem i swobodą wypełniając naszego OPOSa solidnym i noszącym wyraźne znamiona potęgi dźwiękiem. I to wszystko z zaledwie 25W lampowymi końcówkami w roli amplifikacji. Cuda, bądź moja zbyt daleko posunięta konfabulacja? Ani to, ani to drodzy Państwo. Powyższe zjawisko nosi bowiem miano synergii a takowa właśnie miała podczas niniejszego testu miejsce. Tylko tyle i aż tyle.

Choć konfiguracja systemu, w którym mające podobnież największy wpływ na finalne brzmienie kolumny kosztują mniej więcej tyle, co pojedyncze przewody zasilające a wzmocnienie jest od nich sześciokrotnie droższe, wydaje się dość kuriozalnym pomysłem, to praktyka, vide niniejszy test, dowodzi iż w tym szaleństwie jest metoda i czasem mniej znaczy lepiej. Oczywiście nie próbuję nikogo nakłaniać, by mając sporej wielkości -kilkudziesięciometrowe pomieszczenie odsłuchowe na upartego „ubierał się” w tytułowe NIME Audiodesign Mya, ale już w 20-25 metrach ich odsłuch znacząco zyskuje na sensowności. I niech nie zmyli Was ich typowo lifestyleowa aparycja – to są rasowe monitory i to z najwyższej półki. Nie wierzycie? To posłuchajcie, inaczej zweryfikować mojego bajkopisarstwa się nie da.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audio Anatomy
Cena: 53 750 PLN

Dane techniczne:
Przetworniki: 25 mm ceramiczny wysokotonowy, 170 mm ceramiczny średnio-niskotonowy
Pasmo przenoszenia: 40 Hz – 20 kHz
Skuteczność: 88 dB
Impedancja: 8 Ω
Rekomendowana moc wzmacniacza: 15 – 120 W
Wymiary (razem ze standem W x S x G): 1080 x 280 x 700 mm
Waga: 30 kg

System wykorzystywany w teście:
Odtwarzacz CD/SACD: Accuphase DP-720
Przedwzmacniacz: Phasemation CA-1000
Końcówki mocy: Phasemation MA-2000
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”; Lumen White Kyara
Kable głośnikowe: Siltech Triple Crown
IC RCA: Siltech Triple Crown
XLR: Siltech Triple Crown

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Anatomy

NIME Audiodesign Mya
artykuł opublikowany / article published in Polish

W ramach antydepresyjnej profilaktyki i dzięki uprzejmości krakowskiego dystrybutora Audio Anatomy właśnie rozpoczęliśmy burzliwy romans z oszałamiającej urody Włoszkami – parą futurystycznych monitorów NIME Audiodesign Mya.

cdn. …