Tag Archives: Audio Center Poland


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Center Poland

Roksan Sara

Roksan od dawna jest podziwiany i ceniony za swoje przełomowe gramofony
i ramiona gramofonowe, z których wiele stało się prawdziwymi „ikonami” tej branży. Nowe ramię SARA czerpie pełnymi garściami z reputacji Roksana za sprawą jakości brzmienia, łatwości obsługi i radykalności swojej konstrukcji. Ramię Sara jest odpowiedzią na rosnącą popularność muzyki słuchanej z płyt winylowych. Jest doskonałym rozwiązaniem zarówno dla nowych, jak i wieloletnich klientów Roksana, oferując wyjątkową jakość wykonania i brzmienia w rozsądnej cenie.

Konstrukcja nowego ramienia SARA sprawia, że jest ono uniwersalne, a jednocześnie zapewnia doskonałe brzmienie. Po zainstalowaniu w gramofonie wysokiej klasy będzie mogło współpracować z szeroką gamą wkładek znacząco poprawiając brzmienie Twoich ukochanych płyt winylowych.

Innowacje techniczne
W konstrukcji ramienia SARA wykorzystano najwyższej jakości komponenty i materiały. W konstrukcji łożyska typu unipivot wykorzystano klejnot i pin z węglika wolframu. Oddzielona od głównej przeciwwagi, regulacja azymutu jest łatwiejsza w obsłudze i precyzyjniejsza, co pozwala uzyskać lepszą jakość dźwięku. Ramię SARA wykorzystuje również wysokiej jakości wewnętrzne okablowanie z posrebrzanej miedzi OFC oraz interkonekt HDC firmy Roksan, które zapewniają neutralne, bardzo szczegółowe brzmienie
z realistyczną dynamiką.

Estetyka
Roksan zawsze oferował proste, ale wizualnie atrakcyjne produkty. Ramię SARA nie jest wyjątkiem. Jego wygląd sprawia, że każdy od razu zaliczy je do grona audiofilskich produktów najwyższej klasy, ale udało się nam to osiągnąć stosując naszą zasadę „mniej znaczy więcej”, która zachwyciła już wielu.
Wysokiej jakości czarne anodowane wykończenie nadaje ramieniu luksusowy charakter, co dodatkowo umacnia pozycję SARY wśród najlepszych ramion dostępnych na tym, a nawet wyższym poziomie cenowym.

Wygoda użytkowania
Zastosowanie najwyższej jakości materiałów zapewnia swobodę ruchów ramienia przy minimalnym tarciu. Wszystkie aspekty konstrukcji ramienia SARA składają się na łatwość jego użytkowania, ale także stabilność i wysoką kulturę jego pracy.

Wymiary
Odległość pivot – igła (długość efektywna): 240mm
Odległość pivot – oś talerza: 222,5 mm
Overhang (przesięg): 17,5 mm
Rozstaw śrub mocujących wkładkę: 12,7 mm
Przesunięcie liniowe: 86,35 mm
Przesunięcie osi wkładki: 21,1°
Luz promieniowy (zakres ruchu) przeciwwagi: 70,71 mm
Głębokość pod powierzchnią montażową (bez kabla HDC): 36,5 mm
Średnica otworu montażowego: 23 mm
Grubość płytki montażowej ramienia (arm board): min. 6mm -max 25mm
Wysokość ponad powierzchnią montażową: min. 49mm – max 61mm

Główne cechy
• Doskonała konstrukcja, wyjątkowy dźwięk
• Znakomity partner dla gramofonów Roksan Xerxes 20 Plus
• Łatwa w obsłudze i ustawieniu, ergonomiczna konstrukcja
• Konstrukcja Unipivot minimalizuje tarcie zapewniając doskonałe śledzenie rowka i pełną swobodę ruchu ramienia
• Wysokiej jakości wewnętrzne okablowanie ramienia z posrebrzanej miedzi OFC i doskonały interkonekt Roksan HDC gwarantują doskonały, detaliczny dźwięk w całym paśmie przenoszenia
• Wysokiej jakości wykończenie czarna anodą z dodatkiem subtelnych detali
• Podwieszana przeciwwaga i osobna regulacja azymutu

SPECYFIKACJA

Łożysko: unipivot
Rurka ramienia:aluminium
Możliwość współpracy z wkładkami o wadze: od 5 do 18g
Regulacja siły nacisku igły: w zakresie od 0 do 3g
Wewnętrzne okablowanie: posrebrzana miedź OFC
Masa efektywna: 24,2 g

Założona w 1985 r. brytyjska firma Roksan może pochwalić się piękną historią w branży audio. Produkty Roksan są znane na całym świecie z ich znakomitego brzmienia, wzorowej jakości wykonania, uderzającej estetyki i innowacyjnych rozwiązań.
Każde ramię SARA jest ręcznie montowane w Wielkiej Brytanii.

Cena detaliczna 9590 zł brutto

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Center Poland

Chord Signature XL

Link do zapowiedzi: Chord Signature XL

Opinia 1

Jeśli myślicie Państwo, że niemalże w połowie kwietnia, a więc jakby nie patrzeć blisko pół roku po zeszłorocznym Audio Video Show zdążyliśmy się już uporać z powystawową kolejką upatrzonych tamże specjałów, to … uprzejmie donoszę, iż jak najbardziej tak. Znaczy się prawie, bo tak naprawdę, jeśli mnie pamięć nie myli a zalegające na biurku notatki nie wywodzą w pole, to właśnie niniejszą recenzją ów cykl wspominkowy kończymy. Nie oznacza to bynajmniej, że od tego momentu już żadne z prezentowanych na AVS urządzeń, czy też akcesoriów, już do nas nie zawita, jednakże kwestię pozyskanych na samej wystawie, bądź bezpośrednio po niej dóbr wszelakich spokojnie możemy uznać za zamkniętą. A co będzie stanowić klamrę spinającą ten blisko półroczny maraton? Otóż będą to dość niepozorne, przynajmniej jak na audiofilskie realia, angielskie przewody głośnikowe Chord Signature XL.

Ponieważ to debiut Chord Company na naszych łamach, w ramach wstępu warto wspomnieć, iż działa ona od … bagatela 35 lat a impulsem do jej powstania była jak to zwykle bywa potrzeba chwili, co w tym przypadku oznaczało pojawienie się popytu na wysokiej jakości przewody sygnałowe DIN-RCA dedykowane urządzeniom … Naim-a. Co ma jednak Naim do Chorda? Okazuje się, że całkiem spoko, bowiem ów popyt wygenerowała grupa amerykańskich dealerów Naim Audio wizytująca macierzystą fabrykę w Sailsbury, która (oczywiście grupa, nie fabryka) swoje oczekiwania, dość nieformalnie, bo podczas obiadu, przedstawiła jednemu z ówczesnych dyrektorów marki – Alanowi Gibbowi, który na owym spotkaniu pojawił się z małżonką – Sally. Od słowa do słowa i koniec końców stanęło na tym, że to właśnie Sally zajmie się zaprojektowaniem i dalszym developementem okablowania, a że w Stanach przewody zwykło się określać jako „cords”, to i nazwa nowego gracza na rynku audio wydała się dość oczywista. Co istotne do dnia dzisiejszego sytuacja nie uległa zbytniej zmianie, gdyż Sally Gibb jest właścicielem i CEO The Chord Company, a jej mąż – Andy Gibb – dyrektorem zarządzającym.
Mając już z głowy pobieżny rys historyczny marki, czyli skąd się Chordy na rynku wzięły spokojnie możemy przejść do meritum. I tutaj już na starcie czeka nas niespodzianka, gdyż choć w nazwie tytułowych głośnikówek mamy dość wyraźne nawiązanie do słusznego rozmiaru, o czym wydawałoby się świadcz dopisek „XL”, to odbierając je od kuriera w pewnym sensie poczułem ulgę, że zamiast skrzyni o gabarytach i wadze świadczących o umieszczeniu wewnątrz kompletnego uzbrojenia grupy szturmowej piechoty morskiej, otrzymałem coś na kształt i zbliżonego ciężarem do złożonego namiotu plażowego. Ot, dość płaską, okrągłą i zapinaną na suwak estetyczną czarną tekstylną torbę, która po wysmyknięciu zawartości zajmować będzie tyle miejsca co nic. Jeśli zaś chodzi o same przewody, to maja one postać dwużyłowych warkoczy dostępnych zarówno w dystyngowanej czerni, jak i zdecydowanie weselszej czarno-czerwonej kombinacji, zakończonych ozdobnymi spinkami z nazwą modelu i w zależności od zamówienia fabrycznie zakonfekcjonowanych bądź to niewielkimi widłami, bądź srebrnymi bananami ChordOhmic. Warto w tym momencie wspomnieć, iż Signature’y to najdłużej, bo od 2004 r. produkowany model Chorda, więc nie ma co się dziwić, iż na przestrzeni piętnastu lat swojego żywota doczekał się kilku udoskonaleń i metamorfoz. O ile od samego początku może pochwalić się koncentryczną budową, której sercem, choć biorąc pod uwagę iż mowa o dwóch przewodach na kanał, więc właściwszą analogią byłoby chyba … płuca a jeszcze lepiej źrenice, są przewodzące właściwe impulsy elektryczne rdzenie ze srebrzonej miedzi, to już zarówno ekran ze srebrzonej plecionki miedzianej, jak i aluminiowa folia pozostają niepodpięte. To jednak swoisty constans i rodowa spuścizna, gdyż zmiany na przestrzeni ostatnich lat dotyczyły głównie materiałów wykorzystywanych do izolacji. I tak początkowo używany spieniony polietylen wyparł PTFE (potocznie zwany Teflonem®), by w niniejszej odsłonie ustąpić miejsca XLPE (usieciowanemu polietylenowi). Warstwę zewnętrzną stanowią półprzezroczyste koszulki z PVC. Przewody mają przekrój AWG 10 i średnicę 2 x 8,5 mm a jeśli chodzi o podstawowe parametry elektryczne, to ich indukcyjność wynosi 0.94 μH/m a rezystancja utrzymuje się na poziomie 5.5 mΩ/m.

Po stosownej do niewiadomego przebiegu, dostarczonego na testy przez Audio Center Poland – dystrybutora marki, okablowania rozgrzewce sprawa używanej przez Chorda nomenklatury wydała się całkowicie logiczna i zrozumiała. Otóż owo „XL” dotyczy nie gabarytów fizycznych a właściwości sonicznych. Chodzi bowiem o to, iż Signature’y grają dźwiękiem o zaskakująco dużym wolumenie, mocy i energetyczności, jednak w nieco innym aniżeli standardowo „amerykańskim” wydaniu. Bowiem zamiast potocznie mówiąc „pompować” źródła pozorne i rozdmuchiwać scenę Chordy idą własną i wydaje się, że bliższą prawdzie, choć niekoniecznie aż tak atrakcyjną, jak zaoceaniczna konkurencja, drogą. Angielskie przewody są bowiem przykładem, że nie reskalując, w tym momencie nieistotne, czy w górę, czy w dół, reprodukowanych poszczególnych składowych wydarzeń muzycznych można być możliwie blisko nich i czuć, że dostajemy dokładnie to, co znalazło się na nagraniu a nie, nazwijmy to delikatnie, „autorską interpretację”. Pomijam fakt, iż do takich wniosków można dojść jedynie przy kontakcie z naturalnym, a nie wygenerowanym na komputerowej klawiaturze, instrumentarium, ale mam cichą nadzieję, że jest to dla Państwa równie oczywiste, co dla mnie, więc jeśli już porównujemy, to lepiej fizyczny, realny gabaryt skrzypiec, kontrabasu, czy perkusji aniżeli oniryczne i „wyczarowane” syntetyczne, muzyczne plamy do tego, co wydobywa się z głośników. Wystarczy bowiem posłuchać zarejestrowanego w belgijskim Galaxy materiał „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna, bądź naszego dyżurnego „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda by autorytatywnie stwierdzić, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i nikt nie próbuje poprawiać i upiększać rzeczywistości. Kontury z jednej strony nie są tak ostre jakby wycięto je laserem a u wokalistów nie da się policzyć włosów, co jest w pełni adekwatne do tego jakbyśmy znajdowali się od nich w odległości kilku metrów a jednocześnie nie da się zaobserwować rozmycia ich brył, czy swoistego rozedrgania, co mogłoby wskazywać na problemy z rozdzielczością, bądź poważną wadę wzroku obserwatora. Czy mamy zatem do czynienia z bezwzględną, wypraną z emocji „poprawnością” i sztywnym trzymaniem się faktów sprawiającymi, że odsłuch czegokolwiek niebędącego fonograficzną referencją będzie dla nas równie przyjemnym doznaniem jak leczenie kanałowe zęba? Nic z tych rzeczy. W roli materiału dowodowego posłużę się garażowo-psychodelicznym krążkiem „Darkness Rains” zaskakująco mało u nas popularnej formacji Death Valley Girls, któremu można zarzucić wszystko, tylko nie to, że jest audiofilskim majstersztykiem. Czysto teoretycznie, dość proste linie melodyczne wespół z iście punkową manierą nie tyle śpiewu co swoistej melodeklamacji połączonej z wykrzykiwaniem poszczególnych fraz, powinny zaowocować poważnymi stanami lękowymi i kilkudniową migreną a tymczasem żadnego z powyższych objawów ani u siebie, ani u pozostałych domowników nie zaobserwowałem. Za to radosne podrygiwanie w rytm tej siermiężnej „młócki” już jak najbardziej. Chordom udało się bowiem coś pozornie niemożliwego – zachowując wspomnianą, typowo garażową chropowatość i młodzieńczy bunt jednocześnie nie zniechęcać słuchaczy zbyt napastliwą górą, czy też wywlekaniem wszystkich mankamentów natury technicznej. Zamiast jednak łagodzić, bądź wycofywać górę Signature’y znalazły inne wyjście z pozornie patowej sytuacji – otóż uwolniły potencjał drzemiący w średnicy i dole pasma – vide dynamikę. W rezultacie atakowi góry towarzyszyła pozostała część pasma a całość zyskiwała nie tylko na liniowości, co przede wszystkim na autentyczności. Wgniatała w fotel przekazywanym ładunkiem energetycznym porywając nas w wir wydarzeń i nie dając czasu na jakąkolwiek chłodną analizę.
Jednak z reguły nie po to dopieszczamy własny system przewodami głośnikowymi za niemalże równowartość dwutygodniowego pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w Egipcie, by z ich pomocą ratować kiepskie nagrania. Dlatego też z radością oznajmiam, iż na realizacjach dobrych i bardzo dobrych jest jeszcze lepiej a im cięższy los Chordom zgotujemy, z tym większym entuzjazmem i werwą zabiorą się do pracy. W ramach własnousznej weryfikacji gorąco polecam nad wyraz mało pobłażliwe dla nawet najdelikatniejszych form limitacji albumy „Celebrating John Williams (Live At Walt Disney Concert Hall, Los Angeles / 2019)” (Los Angeles Philharmonic, Gustavo Dudamel) i „The World of Hans Zimmer – A Symphonic Celebration (Live)” (Vienna Radio Symphony Orchestra, Martin Gellner), na których potężny aparat wykonawczy jest w stanie wygenerować ciśnienie akustyczne zdolne kruszyć mury, przy jednoczesnym zachowaniu pełnej kontroli i selektywności. I właśnie na takim repertuarze Chordy rozwijają skrzydła. Wieloplanowość, kreowanie sceny nie tylko w płaszczyźnie poziomej, ale i pionowej, czy też swoboda w zmianie punktu widzenia, czyli przejście od szerokiego kadru po wyłuskaniu konkretnego instrumentu nie stanowi dla nich najmniejszego problemu. Nic się nie zlewa a jednocześnie nie ma sytuacji, gdy mamy wrażenie jakby muzycy grali nie razem, lecz niejako obok siebie, równolegle – dla samych siebie. Słychać bowiem wzajemne interakcje a cały aparat wykonawczy jest nie tylko precyzyjną maszynerią z niezliczonymi trybikami, lecz żywym i zarazem zrośniętym ze sobą organizmem.

Chord Signature XL wydaje się zachowywać idealne proporcje pomiędzy akceptowalnymi dla ogółu ceną, oraz przyjazną naszym lokalowym realiom ergonomią i iście high-endowym brzmieniem. Nie jest bowiem „droższy od pieniędzy”, jego podpięcie nie naraża nawet niewielkich monitorów na ściągnięcie ze standów a co do walorów sonicznych , to pomimo najszczerszych chęci nie znajduję podstaw do tego, by do czegokolwiek się przyczepić. Jak widać zdroworozsądkowe podejście producenta do tematu okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie był to przypadek, lecz świadome działania Sally Gibb, która doskonale zdawała sobie sprawę na jakie stadium audiophilii nervosy mogą pozwolić sobie żonaci melomani i audiofile.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201 & Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Z pewnością zgodzicie się ze mną, iż od jakiegoś czasu daje się zauważyć szaleńczy trend powstawania nowych marek kablarskich. To z jednej strony jest dla nas pewnego rodzaju szansą na dobranie idealnego dla siebie sznytu grania, ale z drugiej rodzi zagrożenie wdepnięcia na grząski grunt oszustów jedynie rebrandujących produkty przemysłowe przy pomocy ładnej plecionki ze swoim logo. Oczywiście w teorii każdy może robić co mu się żywnie podoba i zgłębiać tego typu nowalijki, ale przyznacie, w momencie wtopy jest trochę głupio. Dlatego też, gdy pojawia się taka jak dzisiaj okazja spotkania z marką od 35-lat zajmującą się okablowaniem systemów audio, trochę z myślą o Was i trochę z wrodzonej ciekawości chętnie przystajemy na weryfikację jej osiągnięć. Nie rachujemy, co stanie się w momencie wpadki, tylko stawiamy czoło wyzwaniu. Co będzie, to będzie. Nie ma ryzyka, nie ma fun-u. Ale z drugiej strony. Jakie jest ryzyko, gdy rozprawiamy o od lat uznanym na świecie producencie. Tym bardziej o pochodzącym z kraju obok Japonii uważanego za kolebkę audiofilizmu. Wchodzicie w to z nami? Jeśli tak, zatem zapraszam na kilka akapitów o wieloletnim producencie okablowania audio, czyli marce The Chord Company, o której model Signature XL do celów testowych zadbał krakowski dystrybutor Audio Center Poland.

Jak znakomicie obrazują fotografie, rzeczone kabelki nie szukają poklasku na drodze pozbawionej racjonalnych przesłanek, spokojnie mierzącej się z rozmiarem dorosłego pytona średnicy, czy zahaczającej o wschodnią ornamentykę aparycji zewnętrznej otuliny. Co to, to nie. W tym przypadku mamy do czynienia z dwoma dość cienkimi, niezbyt mocno skręconymi ze sobą w luźny warkoczyk żyłami. A jedynym ozdobnym akcentem dostarczonego do testu modelu (na życzenie jest również model w całości czarny) jest kolorystyka opalizujących czerwienią i czernią zewnętrznych mundurków każdej z żył. Naturalnie aby każdy warkoczyk mógł rozejść się na poszczególne sygnały (plus/minus), około 20 centymetrów przed aplikacją konfekcji, jaką w zależności od potrzeb klienta są widły i banany, zaaplikowano owalne sztabki z oznaczeniem kierunkowości kabli i sygnaturą danego modelu. Przyznacie, że to zdrowe podejście do tematu. Jeśli w dany produkt mamy wpompować jakieś wydatki, to niech to będzie wsad merytoryczny w główne zadanie, czyli w tym przypadku w jakość przesyłu sygnału audio do kolumn, a nie łapiący za oko audiofilów zbędny blichtr. Banał? Bynajmniej, co postaram się obronić w dalszej części tekstu. Ale zanim to nastąpi, zdradzę jedynie, że omawiane kable głośnikowe do celów transportowych pakowane są w zgrabne, owalne nieprzemakalne futerały.

Zanim rozpocznę przelewanie swoich doświadczeń z tytułowym produktem marki Chord na klawiaturę, przypomnę, iż bardzo często wszelkiego rodzaju kable są swoistymi korektorami zastanego systemu audio. Jedne stawiają na szybkość i zwartość grania, a te z przeciwległego bieguna, swoją prezentacją idą ze zdwojoną masą i energią każdej nuty. To naturalnie daje nam spore szanse na ratunek źle dobranego zestawu, ale przecież nie powinno się leczyć dżumy cholerą, tylko raczej mając pewien pomysł na dźwięk kroczyć drogą zrównoważonego grania każdego z komponentów. Po co cały ten wywód? Ano jako punkt odniesienia dla dzisiejszego testu, gdyż tytułowy przedstawiciel okablowania kolumnowego wręcz idealnie wpisuje się w wizję równej prezentacji w całym paśmie. Co to oznacza? Chord Signature XL od pierwszych wspólnych chwil proponuje nam nasycony i z ciekawym błyskiem na górze sposób na obcowanie z muzyką. Dostajemy nieodzowny do oddania dostojności fortepianu pakiet masy i wypełnienia, ale przy okazji, dzięki dobremu napowietrzeniu wirtualnej sceny muzycznej możemy cieszyć się ważnym dla naszego odbioru jej oddechem i blaskiem perkusjonaliów. Ciekawe, nie sądzicie? A co to oznacza na konkretnym przykładzie? Otóż mój system w pakiecie startowym jest orędownikiem wysycenia i każdorazowe podłączenie któregoś z przedstawicieli wspomnianych przed momentem skrajnych biegunów sonicznych skazuje mnie na utratę kilku ważnych dla mnie aspektów muzycznych w dolnych lub górnych zakresach częstotliwościowych. Tymczasem XL-ki nie forsując żadnego z podzakresów jedynie podkreśliły od zawsze z dbałością dobieraną przeze mnie estetykę brzmienia posiadanej układanki. Dokładniej? Proszę bardzo. W muzyce barokowej i jazzowej, czyli zazwyczaj dobrze nagranej, a przede wszystkim stawiającej na naturalne instrumenty z mocniejszym niż dotychczas, ale nadal nie przekraczającym granicy przerysowania, końcowych wybrzmień mogłem delektować się nie tylko wielobarwnością, ale również wyraźniejszymi artefaktami pracy palców artystów na strunach gitar, lutni, czy nawet odgłosów wentyli saksofonów. A to wszystko z oddaniem bliskiej prawdzie energii i umiejętności zawieszenia całości wydarzenia w eterze międzykolumnowym. A jeśli już jesteśmy przy temacie wirtualnej sceny. Ta zawsze w momencie odpowiedniego pakietu witalności generowanych dźwięków z dziecinną łatwością osiąga zarezerwowane dla „prawdziwych” realizacji wymiary szerokości i głębokości. I właśnie taki efekt udało mi się osiągnąć w czasie poznawania walorów angielskiego okablowania. A jak w innych gatunkach muzycznych? Otóż z przyjemnością stwierdzam, iż podobnie do muzyki „dla duszy” wypadały kawałki związane z buntem jednostki, czy obozem elektronicznej dekadencji. Wszystko odpowiednio dociążone, ale również może nie przesadnie, ale jednak dobrze doświetlone. Czyli co, żadnych wad? Powiem tak. Wadą z pewnością tego bym nie nazwał, ale założone przez konstruktorów trzymanie w ryzach równości przekazu wysokich tonów w komputerowej muzie czasem powodowało lekkie uśrednienie bywających jej atrybutem pisków i przesterów. Oczywiście nie był to efekt kotary, ale słyszałem kilka testowych nagrań w bardziej bezkompromisowym niszczeniu narządów słuchu. Owszem, szkodliwym dla zdrowia, jednak takie było założenie artystów i prawdę mówiąc takie powinno być oddanie ich pomysłu. Jednakże natychmiast oświadczam. Ja z dwojga przypadków wolę delikatniej niż brutalniej, dlatego też ocenę końcową, czy to jest pozytyw, czy delikatny negatyw, pozostawiam potencjalnemu zainteresowanemu. Dla mnie ok.

Puentując dzisiejsze spotkanie z ręką na sercu przyznaję, że byłem bardzo ciekawy, jak 35-letnie doświadczenie marki wpłynie na końcowy sznyt grania tytułowej konstrukcji. Za sprawą całkowitego braku wcześniejszej styczności z wyrobami tegoż producenta bałem się zbyt mocnego postawienia na jeden z podzakresów (górny lub dolny), co mogłoby spowodować utratę stworzonej przez dobrze zestawione komponenty równowagi tonalnej. Tymczasem po tych kilkunastu dniach z modelem Signature XL wiem jedno. Ożenek z ocenianym modelem najprawdopodobniej jedynie podkreśli, a nie zdeterminuje Waszej, czasem przez lata konfigurowanej, układanki. Skąd to wiem? Przecież ja z premedytacją złożyłem gęsto grający system, a mimo to żadnych szkód typu przegrzanie, czy szkodliwe spowolnienie dźwięku nie zaliczyłem. To zaś świadczy o jednym. Anglicy wiedzą, jak zadbać, by dźwięk był soczysty, a zarazem swobodny, przy okazji nie zmieniając jego startowego „ja”. Mało? Dla mnie wystarczy. A Wy, niestety musicie sprawdzić sami.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audio Center Poland / Chord Company
Cena:
2 x 2,0 m – 6 479 PLN
2 x 2,5 m – 8 099 PLN
2 x 3,0 m – 9 719 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Center Poland

Nordost QKORE6 & QRT QB8 Mark II & TYR 2

Link do zapowiedzi: Nordost QKORE 6

Opinia 1

W dobie niemalże wszechobecnego zasięgu 3, 4 a nawet czającego się w przedsionku 5G, prawdziwej plagi zasilaczy impulsowych, nieodzownych w naszych czasach łączności Wi-Fi i Bluetooth, wszelakiej maści urządzenia elektryczne i łączące je przewody śmiało można uznać za swoistą, misterną sieć kumulująco – wzmacniającą. W telegraficznym skrócie i możliwie lapidarnie powyższe „plagi egipskie” indukując się w naszych drogocennych audiofilskich „ołtarzykach” trafiają finalnie wraz sygnałami użytecznymi do głośników „ubogacając” swoją obecnością dobiegające naszych uszu dźwięki. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, iż tego typu artefakty dobrze byłoby jednak w możliwie skuteczny a zarazem bezinwazyjny sposób z toru audio wyeliminować. I nie mówię w tym momencie o tak radykalnych rozwiązaniach, jak pierwsza z brzegu, nomen omen całkiem skuteczna, klatka Faradaya, lecz o najprzeróżniejszych filtrach i kondycjonerach mających zapewnić jak najczystszy strumień elektronów, a tym samym nieskalany sygnał od źródła po kolumny. Śmiało można powiedzieć, że co producent, to inny patent na walkę z ww. anomaliami, więc mający świadomość istnienia problemu nabywca może przebierać w nich jak nie przymierzając w ulęgałkach. Jednym z ciekawszych rozwiązań, z jakimi w ostatnim czasie się spotkaliśmy, zaproponował Audiovector implementując w modelu R8 Arettè system uziemiający Freedom® mający na celu „wyeksportowanie” poza kolumny (a dokładniej do listwy zasilającej) zniekształceń indukujących się w trakcie pracy przetworników. Skoro ów patent sprawdził się w powyższym przypadku i powiem szczerze nie udało nam się odnotować nijakich jego wad, którymi obarczona jest większość wyposażonych w najróżniejsze układy filtrujące listew i kondycjonerów, zaczęliśmy uważniej przyglądać się podobnym – w założeniu nieingerującym tak w układ zasilający, jak i sygnałowy rozwiązaniom. Tym oto sposobem w nasze ręce trafił amerykański kondycjoner masy Nordost QKORE6, a tak po prawdzie, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – krakowskiego Audio Center Poland, kompletny system uziemienia w skład którego, oprócz wspomnianego dosłownie przed chwilą ustrojstwa, weszły znana naszym Czytelnikom z solowych występów listwa QRT QB8 Mark II (w 2014 r. testowaliśmy poprzednią wersję) i wysokiej klasy przewód zasilający TYR 2, co zgodnie z zaleceniami samego producenta miało zapewnić najbardziej efektywne działanie układu.

Tytułowy QKORE6 to dość kompaktowe (27 x 8 x 22,5 cm (S x W x G)), lecz zaskakująco ciężkie (7,8 kg) jak na swoje gabaryty, wykonane ze szczotkowanego aluminium akcesorium, o mało absorbującej aparycji. Ot lekko zaokrąglone krawędzie, brak jakichkolwiek pokręteł, wyświetlaczy i diod, bo niby i jak, skoro mamy do czynienia z konstrukcją na wskroś pasywną, pozbawioną nawet śladowego zasilania. Za jedyny element dekoracyjny można uznać centralnie umieszczony na froncie stonowany szary logotyp. Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej dysponującej sześcioma terminalami głośnikowymi WBT. Patrząc od lewej, pierwsza trójka dedykowana jest (kolejno) przedwzmacniaczowi, źródłu i innym urządzeniom a wydzielona, kolejna para monoblokom, natomiast ostatnie przydzielono listwie zasilającej (w domyśle QBASE). Wszystkich połączeń dokonujemy z użyciem firmowych, wykonanych ze srebrzonej miedzi OFC (o czystości 99,9999%) w jasnozielonej izolacji FEP przewodami solid core o średnicy 16 AWG. W komplecie z 6-ką znajdziemy dwa takie 2 m „druciki” – jeden z obu stron zakończony wtykami bananowymi (dokładnie BFA) – przewidziany do połączenia z QBASE i drugi, w wersji RCA – BFA do wpięcia w przedwzmacniacz. Pozostałe opcje terminacji (otrzymaliśmy chyba wszystkie – widełki, XLR, USB, BNC, Ethernet,etc.) dostępne są za dodatkową opłatą. Firmowe okablowanie ma zapewnić połączenie o możliwie niskiej rezystancji względem gruntu a tym samym wyłapywanie wszelkich mikro-potencjałów (napięć) degradujących finalne brzmienie naszych systemów, a co za tym idzie kompletną redukcję pasożytniczych szumów. Ów transfer ładunków dokonuje się dzięki unikalnej konstrukcji wewnętrznej QKORE, której sercem są wykonane ze specjalnego stopu metalowe płyty (Low Voltage Attractor Plates) a samo akcesorium od strony elektrycznej staje się sztucznym punktem uziemienia.
Czym różni się druga, stanowiąca obiekt niniejszego testu, wersja QBASE od recenzowanej blisko pięć lat temu poprzedniej inkarnacji, mówiąc zupełnie szczerze nie mam bladego pojęcia, gdyż patrząc na bliźniaczo podobne aluminiowe korpusy o wymiarach 460 x 67 x 120 mm (D x W x S) i ten sam układ gniazd próżno doszukiwać się rzucających się w oczy zmian. Zgodnie z materiałami firmowymi topologię wewnętrzną też ominęła jakakolwiek rewolucja – nadal projekt oparty jest na wyeliminowaniu filtrowania i aktywnych obwodów, uziemienie ma układ gwiazdy a piąte, licząc od doprowadzenia zasilania, oznaczone napisem „Primary Earth” gniazdo uziemia cały system kierując sygnał do wyjścia uziemienia będąc jednocześnie „początkiem” listwy. Dlatego też właśnie do niego należy wpiąć przedwzmacniacz a pozostałe urządzenia zgodnie z diagramem umieszczonym w materiałach producenta.
Debiutujący w 2014 r., podczas monachijskiego High Endu, przewód zasilający Tyr 2 jest topowym (poniżej są recenzowane już przez nas Frey2 i Heimdall 2) modelem środkowej linii Norse 2, nad którą jest będąca przedsionkiem do audiofilskiego raju Valhalla 2 i niepodzielnie panujący Odin (z modelami Odin i Odin 2), a poniżej Leif (Purple Flare, Blue Heaven i Red Dawn). Pomimo niewielkiej średnicy Tyr jest dość sprężysty, choć nie przewiduję większych problemów z układaniem go nawet za mocno przysuniętymi do ściany szafkami a stonowana szata wzornicza oparta na odcieniach szarości i czerni poprzetykanych delikatnymi złotymi akcentami (oznaczenie modelu i producenta) sprawi, że po aplikacji raczej nie będzie rzucał się w oczy. Składa się z 7 srebrzonych przewodów solid core z miedzi OFC o 16 AWG a jego izolację wykonano z FEP (fluorowanego etylenopropylenu) a producent z dumą informuje o zastosowaniu technologii Dual Mono-Filament.

Po rzucającym nieco światła na problematykę zagadnień związanych z ochroną przeciwzakłóceniową naszych drogocennych systemów wstępie i krótkiej charakterystyce dzisiejszych bohaterów możemy wreszcie spiąć wszystko w jedną całość i wziąć się za odsłuchy. Kilka minut audiofilskiej yogi (wbrew pozorom dostęp do ścianek tylnych nie zawsze jest zgodny z naszymi oczekiwaniami), weryfikacja poprawności podłączenia – warto pamiętać, że zielone druciki są kierunkowe i … start. W pierwszej chwili nie kryłem sporego zaskoczenia faktem, że wpływ systemu Nordosta ma się nijak do tego, co dane mi było słyszeć podczas kontaktów tak z samą listwą QBASE, jak i niższymi, aniżeli Tyr 2, przewodami zasilającymi. Tzn. pewne, natywne cechy brzmieniowe, jak m.in. precyzja ogniskowania źródeł pozornych, czy idealna ostrość ich krawędzi, były zauważalne, lecz podane zostały w diametralnie innym kontekście. To nie było stawianie wszystkich kart na swoistą „chrupkość” i nieraz laboratoryjną wręcz sterylność, lecz tym razem ponadprzeciętna rozdzielczość szła w parze z równie spektakularną dynamiką i wysyceniem dźwięków. Śmiem twierdzić, iż efekt ten swą intensywnością dorównywał zmianom, jakich swojego czasu dane mi było doświadczyć podczas kilkutygodniowych testów Furutech Pure Power 6. Wszystkiego nagle stało się więcej, wszystko przedstawiało się wyraźniej a jedyny ubytek, jaki można było zauważyć, to brak, do tej pory stanowiącego nieodzowną stałą składową … szumu. Tak, tak drodzy Państwo – szumu, do którego po prostu się przyzwyczailiśmy. Jednak o ile w epoce królowania magnetofonów i po części gramofonów ów szum stanowił nieodzowny element codziennych prezentacji, o tyle przy źródłach cyfrowych jego obecność wydawać by się mogła całkowicie zbędna. I tak też jest w istocie. Jego wyeliminowanie działa niczym umycie okien po deszczowej jesieni i zimie. Wreszcie cisza obecna w nagraniach pokroju „Tribute to Tomasz Stańko” formacji Piotr Schmidt Quartet, staje się ciszą faktyczną i namacalną a nie li tylko z nazwy. Proszę mi uwierzyć na słowo a najlepiej przetestować na spokojnie we własnym systemie, ale efekt jest na tyle intensywny, że w pierwszej chwili, gdy pomiędzy poszczególnymi frazami trąbki frontmana a perlistymi pasażami fortepianu Wojciecha Niedzieli następuje pauza, to automatycznie słuchacze też wstrzymują oddech, by owej ciszy niczym niestosownym nie zakłócić. Po prostu odlot. Kolejnym następstwem obecności QKORE6 z resztą amerykańskiego towarzystwa jest pozorny, lecz zarazem świetnie zauważalny wzrost głośności. Od razu zaznaczam, że w celu empirycznego wyeliminowania przypadku, bądź niewytłumaczalnego zbiegu okoliczności, porównań z i bez Nordostów dokonywałem kilkukrotnie i za każdym razem ów wzrost występował. Tzn. był słyszalny, lecz … niemierzalny (m.in. z pomocą stosownych aplikacji na smartfony). Chodziło bowiem o to, że pozbawione obecnego do tej pory pasożytniczego lepiszcza dźwięki miały więcej swobody i rozmachu a co ważne zwiększył się ich odstęp od szumu tła i stąd właśnie powyższe wrażenie. Z cienia wyszły wszelakiej maści szelesty i inne mikrodetale, przez co pozornie nieistotne szczegóły jak praca ręki Macieja Grabowskiego na gryfie kontrabasu, czy też zaledwie muskanie blach przez Krzysztofa Gradziuka były oczywiste. Lecz oczywistość ta nie polegała na sztucznym wysunięciu ich na pierwszy plan, lecz na unaocznieniu ich obecności, ich roli w sesji nagraniowej, przy jednoczesnym zachowaniu właściwego da nich miejsca na scenie.
Wspominana poprawa dynamiki i rozdzielczości świetnie sprawdzała się jednak nie tylko w kameralnych, skupionych na cyzelowaniu najdelikatniejszych dźwięków nagraniach, lecz również na typowo hollywoodzkich superprodukcjach. Obfitująca we wgniatające w fotel orkiestrowe tutti i iście post – apokaliptyczne partie chóralne ścieżka dźwiękowa „Batman v Superman: Dawn Of Justice” autorstwa Hansa Zimmera i Junkie XL (aka Toma Holkenborga) z typowej monolitycznej ściany dźwięku ewoluowała do stadium potężnego aparatu orkiestrowego będącego zarówno nierozerwalną jednością, jak i zbiorem poszczególnych sekcji instrumentów, w których skład wchodzili określeni muzycy. Krótko mówiąc można było delektować się całością jako taką, lecz w dowolnym momencie można też było dokonywać swobodnego wyodrębnienia poszczególnych partii i praktycznie schodzić do poziomu jednostki. Dopiero przy tak licznym składzie efekt trójwymiarowości i ogromu sceny robił wrażenie. Można bowiem mieć jakieś tam wyobrażenie o tym jak np. dana sala koncertowa wygląda, jednak z Nordostem w torze nie tylko mamy pojęcie, lecz jesteśmy w stanie doświadczyć ich rzeczywistej kubatury. I wcale nie trzeba wybierać się za ocean udowadniając, że nie mamy złych intencji, ani tym bardziej ochoty na pracę, ubiegając się o wizę turystyczna do USA, gdyż podobne doznania są w stanie zapewnić rodzime produkcje w stylu „MIUOSH | SMOLIK | NOSPR”. Ustawcie tylko odpowiednią głośność i gwarantuję, że poczujecie się Państwo jakbyście byli w Katowicach.
A niejako na deser zostawiłem pewną ciekawostkę. Otóż o ile kluczowe znaczenie i największy przyrost jakości oferowało podpięcie pod QKORE przedwzmacniacza (w moim przypadku rolę tę pełni Ayon CD-35 (Preamp + Signature)) , to dalsze uziemianie lepsze efekty przynosiło w przypadku przedwzmacniaczy gramofonowych (Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp, Gold Note PH-10 & PSU-10), jak i transportu plików (Lumin U1 Mini) aniżeli końcówki mocy (Bryston 4B³). Najwidoczniej w moim systemie właśnie przy najsłabszych sygnałach było najwięcej do zrobienia, co wcale nie oznacza, iż u Państwa będzie podobnie. Wracając jednak do mojego prywatnego ołtarzyka i do twórczości Hansa Zimmera, tym razem kooperującego z Jamesem Newtonem Howardem, kiedy już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy włączyłem sobie „The Dark Knight” i na otwierającym album „Why so Serious?” bas najpierw było czuć jako ciśnienie przytykające uszy a dopiero potem pojawiły się częstotliwości słyszalne. Cuda? Niekoniecznie. Po prostu został uwolniony potencjał cały czas tak w nagraniu, jak i systemie obecny, lecz jednocześnie limitowany przez również obecne tamże pasożytnicze artefakty. Ich wyeliminowanie pozwoliło zatem nie tylko na zejście w niższe, sporadycznie eksplorowane rejony, co przede wszystkim pełniejsze spectrum doznań i pełne oddanie wolumenu informacji zapisanych w materiale źródłowym.

Czy da się zatem jeszcze bardziej poprawić brzmienie z użyciem amerykańskich akcesoriów? Ekipa Nordosta twierdzi, że jak najbardziej a do finalnego tuningu poleca dobór „na ucho”, czyli według własnych preferencji, podstawek antywibracyjnych Sort Kones, na których należy ustawić zarówno QKORE6, jak i QBASE. Jak sami Państwo widzicie droga do audiofilskiej nirwany bywa nieraz na tyle zagmatwana, że czasem warto wejść pozornie do tej samej rzeki, by okazało się, że przy sprzyjających okolicznościach przyrody – vide odpowiedniej konfiguracji poszczególnych elementów, nagle doznajemy swoistego olśnienia i wreszcie zaczynamy czuć o co producentowi tak naprawdę chodzi. O ile bowiem moje poprzednie kontakty z wyrobami Nordosta każdorazowo reasumowałem kurtuazyjnym „rozumiem, szanuję, ale … szukam dalej”, to tym razem, po zaimplementowaniu w swój system QKORE-6 z wyposażoną w przewód zasilający Tyr 2 listwą QRT QB8 Mark II śmiem twierdzić, iż to nie tylko przysłowiowy strzał w dziesiątkę i zdecydowanie „mój dźwięk”, co zaproponowane przez amerykańskiego producenta rozwiązanie nie ma absolutnie żadnych wad. No może poza ceną, lecz jak wiadomo „gentelmani o pieniądzach nie rozmawiają.”

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Dr.Feickert Volare + SME M2 + DV KARAT 17DX
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasiilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Chyba zgodzicie się ze mną, że bardzo często już samo wspomnienie o wpływie okablowania na końcowy efekt soniczny danego systemu audio u wielu zbyt technicznie podchodzących do tematu audiofilów wywołuje delikatnie mówiąc palpitację serca. Naturalnie tłumaczenia braku wiary w podobne cuda są bardzo róże. Jakie? Pierwszym i zazwyczaj eliminującym poszukiwania ewentualnych kolejnych jest prośba o pokazanie wiarygodnych pomiarów. I wszystko byłoby ok., gdyby nie drobny, znany mi z autopsji fakt. O co chodzi? Otóż kilka razy udało mi się podobnemu niedowiarkowi pokazać palcem, czyli najnormalniej w świecie przełączając druty podczas koleżeńskiej wizyty, o co my – przykładający bardzo dużą uwagę do doboru okablowania, cały czas walczymy. Niestety mimo potwierdzenia ewidentnej słyszalności zmian w fonii stwierdzał, że to jest niemożliwe, faktycznie trochę zaburza jego światopogląd, jednak z racji dużego prawdopodobieństwa, iż coś jest źle skonstruowane, nadal pozostaje przy swoim stanowisku. Przyznacie, że twarda z niego sztuka. Ponadto wiem, że takowych gagatków jest cała masa. Jednak na szczęście żyjemy w wolnym kraju i każdy wierzy w co chce, dlatego też mimo odmiennych poglądów nadal wpadamy do siebie na niezobowiązujące mitingi muzyczne. Po co ten cały wywód? Cóż. Pisząc to, podobnych do mojego znajomego melomanów lojalnie ostrzegam, kable przy punkcie zapalnym dzisiejszego testu to mały pikuś. Otóż mówiąc kolokwialnie w tym recenzenckim odcinku zmierzymy się z pokojową wersją uziemienia wykorzystującego energię elektryczną systemu audio, czyli stosunkowo nowym w ofercie amerykańskiej marki Nordost kondycjonerem masy QRT QKORE6, który w celach zapewnienia podczas testu jak najlepszej kompatybilności z resztą współpracujących z nim akcesoriów wspomagały firmowa listwa zasilająca QRT QB8 MKII i dedykowany do niej kabel zasilający TYR 2. Ważną, zamykającą ten akapit informacją, jest wzmianka, iż dystrybucją bohaterskiej trójki na naszym rynku zajmuje się krakowski Audio Center Poland.

Biorąc pod uwagę fakt solowych występów listwy zasilającej QRT QB8 na naszych łamach i tylko epizodycznym bycie kabla zasilającego TYR 2 w tej części tekstu przyjrzymy się bliżej głównie kondycjonerowi uziemienia QKORE6. Jednak nie liczcie na jakieś szczególnie dogłębne informacje, gdyż dokładne dane na temat mającego właściwości uziemiające wsadu są mocno strzeżone. Co zatem wiadomo? Przeglądając internet może nie do końca na temat konstrukcji Nordosta, ale z pewnością jego konkurencji coś da się wyczytać i jak wiadomo materiały są różne. Dlatego też może trochę dowcipnie, ale idąc za danymi producenta naszego punktu zainteresowań mogę zdradzić, iż w trzewiach tytułowej szóstki nie znajdziemy przysłowiowego „kociego żwirku”, tylko będące stopem specjalnych metali płyty zwane LVAP (Low-Voltage Attractor Plate). To ustrojstwo tworzy czysty potencjał masy, co pozwala skutecznie zniwelować powstające w urządzeniach zakłócenia elektryczne, a to ma przełożyć się na krystaliczny sound tak zabezpieczonej układanki generującej uwodzący nas dźwięk. Jeśli chodzi o inne dane na temat QKORE6, w kwestii obudowy mamy do czynienia z bardzo elegancko prezentującą się, całkowicie izolującą masę czynną kondycjonera od wpływu bodźców zewnętrznych, wielkością oscylującą w rozmiarze dawnych wież midi, wykonaną w technice szczotkowanego aluminium, o słusznej wadze srebrną skrzynką. Front unikając zbędnego blichtru może pochwalić się jedynie nadrukowanym logo marki i nazwą produktu. Zaś tył idąc za nazwą oferuje sześć dedykowanych dla konkretnych urządzeń terminali przyłączeniowych WBT. Patrząc od lewej podłączamy przedwzmacniacz, potem źródło, następnie inny komponent (np. stereofoniczną końcówkę mocy, czy phonostage), później lewą i prawą monofoniczną końcówkę mocy, by z prawej strony spiąć kondycjoner ze współpracującą z nim listwę zasilającą. Przyznacie, że konstruktorzy pomyśleli o wszystkim. Ale, ale. Przecież proces umasowienia systemu nie odbywa się bezprzewodowo. Dlatego ten problem rozwiązujemy ofertą stosownego dla każdego komponentu audio kabli QRT QKORE WIRE, w skład których wchodzą: banan, RCA, XLR, różne typy USB, widełki, Ethernet, BNC. Do wyboru, do koloru.

Ok. Może będę mało subtelny, ale nie mam zamiaru owijać w bawełnę. Dlatego też bez względu na fakt, że mamy do czynienia z bardzo kontrowersyjną zabawką, już na początku akapitu merytorycznego stanowczo powiem, że takich pozytywnych zmian w brzmieniu mojego systemu się nie spodziewałem. Owszem, może w wartościach bezwzględnych to, co posiadam nie jest wyznacznikiem drogi dla wszystkich audiofilów tego świata, ale przez lata udało mi się osiągnąć bardzo satysfakcjonujący mnie dźwięk. I gdy myślałem, że kiedyś uda mi się wygenerować w jego brzmieniu jakiekolwiek poprawy, dopuszczałem je jedynie w sferze drobnych aspektów. Tymczasem po aplikacji QKORE6 okazało się, iż dotychczas odbierana jako fenomenalna wirtualna scena została dodatkowo poukładana. QKORE6 oczyścił poszczególne byty ze szkodliwego nalotu. Jednak nie w sposób powodujący ich sterylne wynaturzenie, tylko jakby zebrał je w sobie, co spowodowało natychmiastowe zwiększenie energii ich wybrzmiewania. Muzyka jakby przyspieszyła i nabrała gdzieś w podświadomości od zawsze poszukiwanego dodatkowego drive’u, a przy tym zjawiskowego blasku. Jednym słowem każda dotychczas odbierana jako bardzo swobodna, pełna witalności opowieść muzyczna, teraz została dotknięta dodatkowym pakietem czystości pozwalającego zapisać się każdej nowej twórczości sonicznej wszechobecnego czarnego tła. Nie będę siłowo rozpisywał się na temat różnorodnych pozycji płytowych, gdyż za każdym razem musiałbym kończyć wywód laurką. Powiem tylko tyle, iż bez względu na nurt muzyczny od mocnego rocka, przez elektronikę, po jazz z muzyką dawną włącznie, wszystkie zagrały w dobrym tego słowa znaczeniu całkowicie inaczej niż dotychczas. Jednakże nie rozpatrywałem owych zmian w kwestii więcej lub mniej czegokolwiek, tylko innej bazy dla realizujących się w przestrzeni międzykolumnowej wydarzeń płytowych, zwanej pośród podobnych mi osobników, pozwalającym lepiej wybrzmieć muzyce w specyfice 3D, fenomenalnie czystym tłem. Ale zastrzegam. To nie jest jakiekolwiek rozjaśnienie przekazu, tylko jego oczyszczenie z efektem zastrzyku energii, czyli coś na kształt większej ilości skądinąd kultowego cukru w cukrze. A chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że gdy zmniejszymy szkodliwe dla ogólnej prezentacji zniekształcenia, natychmiast zyskujemy na rozmachu we wszelkich wektorach tak ważnej dla przyjemności odbioru okalającej nas sceny dźwiękowej. Niemożliwe? Ja też tak myślałem. Z tą tylko drobnostką, że przed przygodą z tytułowym kondycjonerem masy zza wielkiej wody, co teraz z pokorą odszczekuję.

Jestem bardzo ciekawy, jak odbierzecie moją wersję opisu dostarczonego do zaopiniowania poprawiacza uziemienia systemów audio, ale zapewniam, że jeśli jesteście zaskoczeni aż taką ilością pozytywów, podobny stan podczas odsłuchów zanotowałem również ja. To w pozytywnym wydźwięku zdziwienie powodowała każda położona na transport CEC-a płyta. Co ciekawe, od pierwszego kontaktu z gościem z Ameryki miałem do czynienia z pewnego rodzaju efektem „łał”, a mimo tego ani przez moment odbiór takiego sznytu grania nie przerodził się w coś na kształt zmęczenia organizmu. Niestety jak to zazwyczaj bywa, coś zjawiskowego często ma drugie dno, którym w tym przypadku jest spora cena QKORE6. Mimo to, nie kruszyłbym o to kopii, gdyż nikt nie obiecywał, że pogoń za króliczkiem będzie drogą usłaną różami. Dla mnie ważne jest ewidentne podążanie umówmy się sporej kwoty za ilością pozytywnych zmian w dźwięku. Dlatego też jeśli jesteście w stanie wygospodarować uwzględnioną pod testem wartość środków płatniczych, powinniście zmierzyć się z opisanym dzisiaj przenośnym gruntem dla urządzeń elektrycznych. Jak to się skończy, nie podejmuję się zgadywać, ale ze swej strony zapewniam, że będzie się działo.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement, CHORD Signature XL
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audio Center Poland
Ceny:
Nordost QKORE-6: 22 249 PLN
Nordost QRT QB8 Mark II: 7 119 PLN
Nordost Tyr 2: 12 459 PLN/1m, 15 129 PLN/2m
QRT Qkore WIRE: 1 599 – 1 779 PLN / szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Center Poland

Nordost QKORE 6
artykuł opublikowany / article published in Polish

Podczas monachijskiego High Endu w 2017 r. Denis Bonotto z Nordosta zaprezentował działanie akcesoriów uziemienia QKore. System w jakim niepozorne, srebrne pudełka się pojawiły składał się z elektroniki Moona i kolumn Audio Physica a więc, jak na tamtejsze warunki był dość skromny. Za to nad wyraz pozytywne zmiany zaobserwowane podczas tamtejszej prezentacji na tyle mocno zapadły nam w pamięć,  że gdy tylko dowiedzieliśmy, że iż dystrybutor marki – Audio Center Poland był łaskaw sprowadzić najwyższy model kondycjonera uziemienia QKORE  6, czym prędzej zaaranżowaliśmy jego (QKORE, nie ACP) występy w naszych skromnych progach.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Center Poland

Audiovector R 8 Arreté
artykuł opublikowany / article published in Polish

To już nasze kolejne spotkanie z Duńskim Audiovectorem i tym razem wkraczamy już na salony. O co chodzi? O metodę małych kroków, gdyż zamiast rzucać się na starcie z przysłowiowa motyką na Słońce a potem marudzić, że wszystko co dobre, to już było, przyjemność obcowania z pochodzącymi z Nordhavn wyrobami sukcesywnie sobie dozowaliśmy. Na pierwszy ogień poszły bowiem filigranowe SR3 Signature, potem SR6 Avantgarde Arreté, a niejako w ramach deseru pojawiło się u nas wielce udane okablowanie Zero Compression Avantgarde Arreté. Teraz jednak żarty się skończyły, gdyż dystrybutor marki – Voice, wytoczył ciężkie działa i dostarczył do testów vice-flagowce, czyli … przepiękne R 8 Arreté.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Audio Center Poland

Chord Signature XL
artykuł opublikowany / article published in Polish

Pomacaliśmy i rzuciliśmy uchem na Audio Video Show, kurtuazyjnie wymieniliśmy się korespondencją z dystrybutorem i voilà – dopiero co wygrzane przez ekipę Audio Center Poland głośnikowe Chordy Signature XL wylądowały w naszej oktagonalnej samotni.

cdn. …