Tag Archives: audiofast


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Rogue Audio Cronus Magnum III

Opinia 1

Zacznę nieco filozoficznie od dość oczywistego stwierdzenia, że życie to sztuka ciągłych wyborów. Z jednej strony kuszą nas bowiem bezpieczne krągłości zunifikowanych brył, wszechobecna biel i „ekologiczna” cyfrowość studyjnych apartamentów, by po chwili łapać za oko steampunkowym bogactwem, bursztynową poświatą rozżarzonych lamp, szlachetną patyną i „artystycznym” klimatem tonących w półmroku loftów. Oczywiście najlepiej byłoby prowadzić żywot w dwóch równoległych czasoprzestrzeniach i w zależności od okoliczności i własnego widzimisię przeskakiwać z jednej rzeczywistości do drugiej. Jednak nie ma co się łudzić, takie cuda zapewniają jedynie wysokobudżetowe hollywoodzkie superprodukcje, bądź trafienie kumulacji w Totka, a nam pozostaje bądź to rzut monetą, bądź twarde negocjacje ze Strażniczką Domowego Ogniska odnośnie tego, czy aby nasze wymarzone kolumny nie zaburzą pieczołowicie komponowanego feng shui salonu. Nie da się też być w dwóch miejscach jednocześnie, choć pozornie ledwo odrosłe od ziemi małoletnie pociechy nader skutecznie naginają ową zasadę, i pomimo najszczerszych chęci nie da się wszystkiego, co tylko pojawia się na rynku, bądź chociażby w interesującym nas segmencie, przesłuchać, opisać a gdy tylko nam się spodoba … kupić. Takie życie. Dlatego też nawet usilnie starając się nie wypaść z obiegu co jakiś czas łapiemy się na tym, że coś nam umyka, czegoś może nie tyle nie zauważyliśmy, co w natłoku informacji i ciągłych bodźców nie zatrzymało na tyle naszej atencji, żeby trafić na redakcyjny tapet i pograć przez tydzień, dwa, bądź nawet dłużej. Tak też było w przypadku naszego dzisiejszego gościa, który pomimo świadomości o jego istnieniu krążył na tak odległej orbicie, że dopiero na skutek impulsu – pytania ze strony dystrybutora – łódzkiego Audiofastu, czy przypadkiem pomiędzy jednym a drugim ultra high-endowym uniesieniem nie mielibyśmy ochoty pochylić się nad czymś dla „zwykłych śmiertelników” uznaliśmy, że wskazane byłoby nadrobić nader poważne zaległości w tej materii. Zaległości? Jak najbardziej, gdyż będący bohaterem niniejszej epistoły zintegrowany wzmacniacz lampowy Rogue Audio Cronus Magnum III to już czwarta odsłona amerykańskiego „łobuziaka” (rogue po angielsku oznacza właśnie łobuza). Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy, wiec nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Państwa na kilka wybitnie subiektywnych refleksji o ww. konstrukcji.

Pół żartem półserio można stwierdzić, iż Cronus Magnum III swą aparycją nawiązuje do czasów gdy prawdziwi mężczyźni pachnieli koniem, whisky i cygarami, bolidy F1 oklejone były reklamami firm tytoniowych, a do naprawy samochodu wystarczył śrubokręt, młotek i … nożyce do blachy. Najwidoczniej jednak w Stanach taka estetyka ma jakieś uwarunkowania genetyczne a przy tym nie cierpi na brak zainteresowania ze strony nabywców, gdyż równie „męski” design od lat z powodzeniem kultywuje pod kierownictwem … „Tube Chick” czyli EveAnny Manley jedna z najbardziej charakterystycznych marek – Manley Laboratories. W przypadku naszego bohatera sprawa jest prosta – co z oczu, to z serca. Dość płaski, pokryty czarnym lakierem korpus zdobi solidny płat szczotkowanego aluminium na froncie. Znajdziemy na nim, patrząc od lewej, włącznik główny, dość intensywna błękitno-fioletową diodę informująca o pracy wzmacniacza, czujnik IR, centralnie umieszczone gniazdo słuchawkowe 6,3mm, i trzy toczone aluminiowe gałki – dwie mniejsze (selektora źródeł i balansu), i jedną nieco większą – regulację głośności. Oba dolne narożniki okupują nazwa producenta i oznaczenie modelu. Nad wyraz oryginalnie prezentuje się za to płyta górna, gdzie zarówno mniejsze lampy, jak i usytuowane wzdłuż tylnej krawędzi niczym nieosłonięte trafa wpuszczono w korpus. I tak pierwszą linię „okopów” zajmuje drużyna słowackiego JJ-a, czyli pracująca w stopniu wejściowym para podwójnych triod ECC803S (12AX7), w przedwzmacniaczu ECC802S (12AU7), a w stopniu sterującym ECC82(12AU7). Z kolei pracujący w trybie push-pull stopień wyjściowy to już klasyczna kwadra tetrod KT120 rosyjskiego Tung Sola. Z racji braku układu auto-bias na płycie górnej wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźny analogowy wskaźnik prądu spoczynkowego lamp mocy i intuicyjny, ukryty pod zakręcaną klapka, układ kalibracji. Ściana tylna, z racji swojej nad wyraz ograniczonej przestrzeni zawiera tylko to, co konieczne. Obie flanki okupują pojedyncze, dość blisko siebie osadzone, a przez to wymagające uwagi przy aplikacji widełek, terminale głośnikowe Cardasa, przełącznik trybu pracy lamp mocy pomiędzy ultralinearnym i triodowym, cztery pary wejść liniowych z których pierwsza dedykowana jest wkładkom gramofonowym (nie zabrakło oczywiście zacisku uziemienia), i dwie pary wyjść liniowych (stało i zmiennopoziomowe). Wyliczankę zamyka gniazdo zasilania IEC i zakręcana komora bezpiecznika.
I tutaj, korzystając z okazji, pozwolę sobie na kilka uwag natury użytkowej. Chodzi bowiem o to, iż choć producent deklaruje, i de facto zapewnia, obsługę kolumn zarówno 4, jak i 8 Ω, to wzmacniacz fabrycznie dostarczany jest w konfiguracji dedykowanej łatwiejszemu obciążeniu. Jeśli takowe posiadamy, to jesteśmy przynajmniej pół godziny do przodu, jeśli jednak postanowiliśmy Cronusa „ożenić” z 4 Ω to … chciał, nie chciał trzeba będzie dostać się do trzewi wzmacniacza usuwając „zaledwie” 14 śrub mocujących pokrywę górną i zamienić biegnące do terminali głośnikowych stosowne przewody. Nie czas i nie miejsce na dokładne przepisywanie instrukcji obsługi, gdzie cały proces jest nader skrupulatnie – krok po kroku opisany. Jednak od razu Państwa uspokoję – jeśli tylko ktoś nie posiada dwóch lewych kończyn górnych, to spokojnie da sobie z tym radę, a jeśli nie czuje się na siłach, to temat od ręki załatwi dystrybutor. Przedstawicielom pierwszej grupy w ramach podpowiedzi jedynie podam, że 8Ω przewód jest zielony i oznaczony 8-ką a dedykowany 4Ω obciążeniu żółty i oznaczony 4-ką.
Skoro mamy już potocznie mówiąc rozbebeszoną integrę na stole warto skorzystać z okazji i zweryfikować ustawienia zaimplementowanego phonostage’a. Tak, tak, ich również dokonujemy „pod maską”. Jednak tym razem obędzie się bez śrubokręta, gdyż wystarczy wybrać odpowiednią kombinację hebelków w dwóch DIP switchach (S55 i S57) zgodnie z tabelą zamieszczoną w instrukcji. Fabrycznie wzmacniacz dostarczany jest ze wzmocnieniem ustawionym na 45dB i impedancją 47 K. A właśnie, ku pamięci. Ze śrubokrętem, o ile tylko nie szukamy mocnych wrażeń, czyli nie chcemy zbyt szybko zwolnić miejsce na tym ziemskim łez padole, do Roque można podchodzić co najmniej po 30 minutach od jego wyłączenia. Po powyższej rozgrzewce śmiało możemy uznać, że z kalibracją lamp poradzimy już sobie zupełnie bezstresowo, gdyż aby tego dokonać nawet nie trzeba będzie zdejmować pokrywy górnej a jedynie odkręcić (nawet gołymi rękoma) niewielką klapkę usytuowaną tuż za a parą 120-ek obsługujących prawy kanał. Pod nią znajdziemy komorę z dedykowanymi każdej z lamp mocy przełącznikami i odpowiadającymi im potencjometrami. Aby sprawdzić i ewentualnie skorygować ustawienie, należy przestawić przełącznik w pozycję „set”, co powinno „obudzić” znajdujący się na płycie górnej wskaźnik. Zalecana wartość dla wszystkich lamp mocy to około ~ 35 mA, więc jeśli któraś z baniek miałaby inne parametry należy doprowadzić ją do porządku z użyciem schowanego za trafem zasilającym śrubokrętu Vishay. Po dokonaniu korekty przestawiamy przełącznik w pozycję „use”. Zgodnie z zaleceniami producenta powyższą operację przeprowadzamy na włączonym i dobrze rozgrzanym wzmacniaczu, co lepiej wykonywać za dnia i w skupieniu. W przeciwnym razie w powietrzu może być wyczuwalna woń pieczonego kurczaka a my przez kilka dni będziemy ćwiczyli wykonywanie większości czynności drugą, czyli nie tą co zazwyczaj, ręką. Całe szczęście opcjonalnie dostępny jest również dedykowany pilot pozwalający na regulację głośności i wyciszenie, więc nawet jedna ręka powinniśmy sobie z obsługą tytułowego wzmacniacza poradzić.

Tym razem, w części poświęconej brzmieniu dość niestandardowo pozwolę odwołać się na wstępie do … instrukcji obsługi, w której można natrafić na kilka dość oczywistych dla zorientowanych w temacie i zarazem bolesnych dla kablosceptyków informacji w stylu zasadności używania wysokiej klasy okablowania, które mówiąc wprost robi różnicę („Be sure to use high quality interconnect cables – they do make a difference”). Banał? W tym akurat wypadku raczej nader czytelna wskazówka dla wszystkich tych, którzy dokonując zakupu konkretnego urządzenia chcą z niego wycisnąć maksimum możliwości. Piszę o tym z pełną świadomością i w dobrej wierze, gdyż mówiąc zupełnie wprost dawno nie dane mi było używać urządzenia w tak czytelny i bezpardonowy sposób dającego mi do zrozumienia z czym będzie miało ochotę grać, a z czym będzie męczyło się i przy okazji mnie. Co ciekawe, wyszło w „praniu”, że o ile kwestię połączeń sygnałowych udało mi się załatwić praktycznie od razu za pomocą interkonektów Tellurium Q Silver Diamond i głośnikowych Vermöuth Audio Reference, choć akurat tutaj nawet śmiesznie tanie Tellurium Q Blue wypadły nadspodziewanie dobrze, to najwięcej zabawy miałem z przewodem zasilającym. Okazało się bowiem, iż moja dyżurna i z reguły w 99% sprawdzająca się z amplifikacjami najprzeróżniejszej proweniencji Gargantua II działa niczym może nie tyle kotwica, co wielka opona wykorzystywana w treningach wytrzymałościowych, nader zauważalnie spowalniająca przekaz, a z kolei Organic Audio Original odciskał na całości zbyt romantyczną sygnaturę, która może i mogła się podobać, jednak po 100W amerykańskiej lampie oczekiwałem nieco więcej adrenaliny. Finalnie skończyło się na NanoFluxie Furutecha. Kabel zasilający w cenie wzmacniacza? Zdaję sobie sprawę, że to czyste szaleństw, jednak skoro właśnie w takiej konfiguracji Rogue Audio zagrał tak, jak mi się najbardziej podobało, to nie widziałem większego sensu silenia się na „polityczną poprawność” i szukania czegoś tańszego, li tyko w celu sztuki dla sztuki, bądź spolegliwości antykablarskiemu lobby. Nie widzę jednak najmniejszego powodu do nakłaniania kogokolwiek do takich kroków, więc jak ktoś chce, to może użyć nawet odpowiednio zakonfekcjonowanego przewodu od prodiża.

Wróćmy jednak do clue, czyli do tego, jak Cronus Magnum III gra, bądź jak może zagrać. Otóż już od pierwszych taktów słychać jego amerykańskie korzenie. Tutaj nie ma miejsca na eteryczne rozmarzenie, impresjonistyczne plamy i oniryczne niezdecydowanie. Dlatego też, choć małych, kameralnych, barokowych składów, bądź niespiesznego jazzu w stylu „New York Days” dream temu w składzie: Enrico Rava, Stefano Bollani, Mark Turner, Larry Grenadier, Paul Motian, da się słuchać, szczególnie w trybie triodowym, o czym dosłownie za chwilę, to wodą na młyn amerykańskiego lampowca są wszelakie odmiany Rocka. Począwszy od zelektryfikowanych i akustycznych poczynań Whitesnake („Unzipped”), poprzez grunge’owy i szalenie eklektyczny „Superunknown (20th Anniversary)”  Soundgarden, po ekstrema w stylu „World Painted Blood” Slayera każdy riff, uderzenie perkusisty i mocniejsze zaakcentowanie partii wokalnych, dostają takiego kopa jakby jeszcze nikt nie słyszał o nurcie „emo” a za małolitrażową nadal uznawałoby się 3,5 litrową, 253-konną wersję Dodge’a Chargera. Piękne czasy, czysta radość z grania i spontanicznego wyrykiwania wszystkiego tego, co nas nazwijmy to możliwie delikatnie „wytrąca z równowagi”. Liczy się tylko tu i teraz. Emocje górują nad misternym budowaniem przestrzennych instalacji a pierwszy plan nad ewentualnymi ozdobnikami w tle. Nie oznacza to bynajmniej, że Rogue Audio spłaszcza scenę, bądź wszystko gra na jedno kopyto, lecz jedynie wskazówkę, iż jest to piec raczej dla lubiącego od czasu do czasu połomotać melomana i fana cięższych klimatów, aniżeli zmanierowanego audiofila puszczającego w kółko trzy posiadane samplery. Generalnie równowaga tonalna może nie tyle jest przesunięta nieco w dół, co właśnie na przełomie dołu i średnicy skupiona, przez co automatycznie odbieramy przekaz jako niezwykle rytmiczny, o zaraźliwej motoryce i intensywności wskazującej na dodatek substancji psychoaktywnych. W dodatku nawet zazwyczaj nieco chudsze, czy też wręcz irytujące dość natarczywą górą nagrania z amerykańskim piecem w torze dostają nawet nie drugą szanse, co drugą młodość. Zamiast cykać anorektycznymi blachami i popiskiwać chropawymi „końcówkami” riffów wolą przyłożyć średnicą i dokopać basem, co też czynią z wielką ochotą. Proszę się jednak nie martwić o górę, która cały czas jest i odzywa się kiedy trzeba, jednak z roli przewodniej i swoistego wabika w tym wydaniu bliżej jej do przysłowiowej wisienki na torcie i oczywistego zwieńczenia całości a nie dominanty.
Przy nieco spokojniejszym i wyrafinowanym repertuarze warto przestawić Cronus Magnum III w tryb triodowy, dzięki czemu zdejmiemy nieco „nogę z gazu” i oprócz wiatru we włosach (w większości przypadków co najwyżej na klacie) będziemy mieli okazję skupić się na nieco po macoszemu traktowanych do tej pory niuansach, mikro-wybrzmieniach, czy wręcz grze ciszą, więc bez większych obaw można w tym momencie wrócić do „New York Days”, „Same Girl” Youn Sun Nah, czy nawet „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda. Nasz tytułowy „łobuziak” pokaże wtedy nieco więcej ogłady i dobrych manier. Zamiast kopać słuchaczy po nerkach pozwoli w pełni wybrzmieć akustycznemu instrumentarium pod klasztornym sklepieniem, nader wiernie odda gabaryt kontrabasu z zachowaniem równowagi pomiędzy udziałem strun i pudła rezonansowego a nawet pracy ręki muzyka na jego bezprogowej podstrunnicy.

W ramach krótkiego podsumowania śmiało możemy stwierdzić, że Rogue Audio Cronus Magnum III w trybie ultralinearnym gra tak, jak wygląda. Jest mistrzem bezpośredniości i wszędzie tam, gdzie liczy się drajw i wykop odsadza większość konkurentów. Jeśli jednak w jego brzmieniu będziemy chcieli odnaleźć nieco więcej uwagi i skupienia na reprodukowanym materiale, to powinniśmy spróbować jego triodowego oblicza. Eteryczności 300B, bądź 2A3 raczej z niego nie wyciśniemy, jednak sama szansa na dopasowanie jego walorów brzmieniowych do naszego nastroju i konkretnego repertuaru wydaje się nad wyraz kusząca.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity M6 Vinyl; RCM Audio Sensor 2 Mk II; Thrax Trajan
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli coś jest amerykańskie, to z reguły musi być duże i zazwyczaj mocarne. To oczywiście nie jest standardem, ale bardzo często przynajmniej któryś aspekt – nawet w segmencie audio – jest myślą przewodnią produktów pochodzących z tamtego landu. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do punktu zapalnego dzisiejszego spotkania. Powiem więcej, bez naciągania faktów, patrząc na europejską konkurencję, tytułowy Amerykanin swobodnie prezentuje obydwa wyartykułowane przed momentem atrybuty swojego pochodzenia. Może nie w jakiś ekstremalnych wartościach, ale z pewnością mieści się w racjonalnych widełkach. O kim mowa? O pochodzącej zza wielkiej wody marce Rogue Audio, w dostępności której na naszym rynku niestety dobrze orientuje się niezbyt duża grupa melomanów. Jaki jest powód takiej sytuacji, nie mam pojęcia, ale po testowej przygodzie z jednym z jej lampowych wzmacniaczy zintegrowanych trochę się dziwię, gdyż oferując sporą moc, oczywiście jak na konstrukcję lampową, jak i adekwatne gabaryty, ów piecyk nie zagubił tak ważnych dla swojego rodowodu aspektów dźwięku. Dlatego też po kilkunastu dniach przyjemnie spędzonego czasu przy muzyce mam przyjemność zaprosić zainteresowanych na kilka akapitów o opartym o szklane bańki wzmacniaczu z funkcją obsługi słuchawek i phonostage’a Rogue Audio Cronus Magnum III, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się łódzki Audiofast.

Jak pokazują fotografie Cronus Magnum, w kwestii wyglądu jest powieleniem typowego dla tego typu produktów, umieszczenia układów elektrycznych w stosunkowo płaskiej obudowie będącej zarazem platformą dla wyeksponowanych nie tylko w celach wentylacyjnych, ale przede wszystkim designerskich, lamp elektronowych i transformatorów wyjściowych. Rozpoczynając opis budowy od awersu, ten w wyniku znakomitej funkcjonalności testowego egzemplarza na stosunkowo niskiej połaci oferuje użytkownikowi patrząc od lewej strony: okrągły włącznik, mieniącą się błękitem diodę informującą o pracy urządzenia, odbiornik fal z pilota zdalnego sterowania, gniazdo słuchawkowe, selektor wejść (jedno dla przedwzmacniacza gramofonowego i trzy liniowe), gałkę regulacji balansu pomiędzy kanałami i całkiem na prawej flance pokrętło głośności. Górna płaszczyzna, w jej przedniej części jak wspomniałem, jest ostoją dla 5 lamp sterujących i czterech mocy KT120, tuż za nimi w centralnej części okrągłego wskaźnika wychyłowego dla kontroli prądów pracy lamp mocy, dalej wykończonych w czerni trzech transformatorów, zaś za nimi umocowanego w specjalnych chwytakach śrubokręta ze sztucznego tworzywa do regulacji biasu. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, mamy do dyspozycji pojedyncze terminale kolumnowe, trzy wejścia liniowe w standardzie RCA, jedno phono również RCA, zacisk uziemienia, dwie przelotki RCA, gniazdo zasilania i bezpiecznik. Tak prezentujący się wzmacniacz wyposażono w dość prosty, ale za to łatwy w obsłudze, bo spełniający podstawowe funkcje pilot zdalnego sterowania.

Jak dowodzi powyższy materiał dowodowy, nasz bohater miał dwie odsłony testowe. Pierwsza była próbą wysterowania ciężkich w tej materii, duńskich Dynaudio Consequence, a druga znacznie łatwiejszych, z pochodzenia litewskich Audiosolutions Virtuoso S. Naturalnie owe zderzenia w pełni usprawiedliwiała oddawana moc wzmacniacza na poziomie 100W, która przy dobrze zaaplikowanym zasilaniu we wzmacniaczu lampowym zazwyczaj jest w stanie zdziałać praktycznie cuda. I muszę powiedzieć, że nic a nic się nie myliłem. Owszem, na tle codziennie wykorzystywanego do karmienia Dynek sygnałem Gryphona Mephisto dźwięk był słabszej próby, ale zapewniam, wstydu nie było. Powiem więcej, byłem pod wrażeniem walki jak równy z równym bez najmniejszych oznak próby rzucenia białego ręcznika na ring. To zaś spowodowało, że gdy w tor wpiąłem błękitne Litwinki, było naprawdę zjawiskowo. Może nie z czarem królewskiej lampy 300B, ale w dźwięku cały czas słychać było sygnaturę zamkniętej w szklanym słoiku próżni. Jak to wypadło? Jak wspomniałem, to był mocny wzmacniacz, dlatego też na pierwszy ogień poszła muzyka heavymetalowa spod znaku „Killers” Iron Maiden. Oczywiście nie muszę nikogo przekonywać, iż tytułowy Rogue Audio czuł się w tym materiale jak ryba w wodzie. Ostre gitarowe riffy, mocny wokal, a wszystko bezpardonowo przecinane zajawkami bębniarza spowodowały, że na moment cofnąłem się w czasie. Niestety nie miałem wówczas długich włosów, nie byłem popersem, ani punkiem, a mimo to z podniesionym czołem mogę powiedzieć, że to jedna z kapel mojej młodości i to co wyczyniał amerykański specjalista od wzmocnienia sygnału audio, było pierwszej próby. Jednym słowem, zaliczyłem dobre, bo ostre heavymetalowe łojenie. Łojenie o tyle ciekawe, że z racji upływu czasu, a przez to rozwoju obrazującej jej elektroniki, znacznie lepiej odtworzone. Podobnie sprawy miały się z hardrockiem typu „Back In Black” AC/DC, jak również elektroniką naszego czołowego artysty lat 80-tych Marka Bilińskiego, który notabene obecnie z dużą pieczołowitością, aby nie przesadzić, odświeża swoją dyskografię na czarnej płycie. Cronus Magnum III za każdym nie miał najmniejszych problemów w oddaniu energii muzyki, jej zamierzonej przenikliwości i co istotne dobrej szybkości, co znacznie podnosiło jej realizm. To był świetny występ testowanego wzmacniacza.
Nie, żeby źle, ale nieco inaczej wypadał repertuar podszyty sporą dawką emocji związanych z uduchowieniem muzyki. Naturalnie nic strasznego się nie działo, było gładko, z fajnym smakiem i z energią, tylko czasem zbyt dosadnie. Nie zawsze żołnierskie granie, a takie właśnie było drogą do sukcesu wzmacniacza w muzyce buntu, sprawdza się w każdej sytuacji. Oczywiście powinno być zgodne z zaplanowanym przez muzyków rytmem, jednak zbyt dosłowne traktowanie natychmiastowości następowania po sobie kolejnych dźwięków minimalnie skracało wybrzmienia poprzednich i na tle bliskich prawdy wzmacniaczy ze znacznie wyższych półek cenowych, paradoksalnie było zbyt poprawnie, czyli po przetłumaczeniu na język melomana, minimalnie zbyt technicznie. Bardzo dobrze, dla tego poziomu cenowego, ale gdy w ciężkich brzmieniach w wartościach bezwzględnych praca naszego bohatera była zjawiskowa, to w muzyce dla ducha dobra plus. Najlepiej było to słychać w repertuarze nagrywanym w kubaturach kościelnych, gdzie współpracujące z instrumentami echo często jest clou całej prezentacji, a przez zbyt szybkie akcentowanie kolejnej frazy, poprzednia nie miała szans samoczynnie do końca wygasnąć gdzieś w czeluściach wysokich wież. Można było nieco upłynnić to okablowaniem lub nawet zmianą źródła i wówczas temat dla wielu miłośników tego rodzaju muzy prawdopodobnie przestanie istnieć. Jednak dla pełnego obrazu, jak wzmacniacz prezentuje się na tle różnych stylów w tej samej konfiguracji, nie mogłem o tym nie wspomnieć. To zaś. nie jest dla niego żadną ujmą, tylko pokazaniem palcem, co i jak, a dla Was w przypadku prób, już na starcie wyartykułowanym drogowskazem na co zwrócić uwagę. Ja okiełznałem temat zmianą łączówki na bardziej nasyconą. Zrobiło się soczyściej, a przez to bardziej kolorowo i nieco wolniej, co utemperowało zapędy wzmacniacza do natychmiastowego serwowania kolejnych dźwięków, pozwalając w ten sposób każdemu wisieć w eterze, ile zapragnie, co natychmiast poprawiło naturalność odbioru, budowanie głębi i namacalności. Co zrobicie Wy, zależeć będzie od posiadanego zestawu i wyniku sparowania go z Rogue Audio. Jednakże zalecam spokój, bowiem nawet owa mocna prezentacja nie obfituje w latające w eterze żyletki. Przecież mamy do czynienia z popularnie zwanym lampiakiem, a jak wspominałem we wstępniaku, przez cały czas w muzyce da się wyczuć posmak szklanych baniek, co już na starcie czyni go z założenia przyjemnym w odbiorze.

Próbując opisać naszego bohatera w kilku żołnierskich słowach, jedno jest pewne, miałem do czynienia z piecem potrafiącym stawić czoło nawet największym wyzwaniom. To zaś sprawia, że w momencie prób na własnym organizmie to tylko od Was zależeć będzie – mam na myśli odpowiednią konfigurację, jak się zaprezentuje. U mnie wpięty w zastaną układankę preferował mocne granie. Jednak już po drobnej roszadzie kablowej potrafił z powodzeniem zmierzyć się z muzyką dawną. Jednak bez względu na wszystko w moim odczuciu Rogue Audio Cronus Magnum III nie po to oferuje moc na poziomie 100W z lampy, żeby używać go do plumkania. Owszem, po lekkim posłodzeniu jego największych zalet spokojnie się da. Jednak fakt jest faktem, iż jego środowiskiem naturalnym bez dwóch zdań jest w pełni kontrolowana, a przez to świetnie zaprezentowana rockowa i jej podobna jazda bez trzymanki. A to we wzmacniaczach lampowych jest nie do przecenienia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence, Audiosolutions Virtuoso S
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 18 540 PLN; opcjonalnie: 920 PLN pilot, 1 160 PLN osłona na lampy

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x100 W (Ultralinear), 2 x 55 W (Triode)
Pasmo przenoszenia:5Hz –30 kHz +/-1dB
ZniekształceniaTHD: < 0.1%
Przedwzmacniacz phono:
MM: 44 dB +/- 0.1 dB 20Hz – 20KHz
MC: 60 dB +/-1dB 20Hz –20KHz
Wzmacniacz słuchawkowy: 1W
Wejścia: 4 pary wejść (phono, line, 1,2,3)
Wyjścia: 4 i 8 Ω
Zastosowane lampy:2 x 12AX7, 3 x 12AU7, 4 x KT120
Wymiary (S x G x W): 45.7 cm x 43 cm x 14 cm
Waga: 25 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Wilson Audio Alexia Series 2
artykuł w przygotowaniu / work in progress

Trochę to rwało, ale w końcu są – kolumny z portfolio marki bez której High-End nie byłby tym, czym jest obecnie. Właśnie wypakowaliśmy Wilson Audio Alexia Series 2 i powoli będziemy zabierali się za ich ustawianie.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Goldenear Technology Triton Two+

Link do zapowiedzi: GoldenEar Technology Triton Two+

Opinia 1

Jeśli w miarę regularnie czytacie nasze zmagania z materią audio, prawdopodobnie pamiętacie moje ostatnie dywagacje na temat poszukiwań ciekawych innowacji przez konstruktorów zespołów głośnikowych. Wówczas takim przedstawicielem okazał się być amerykański Polk Audio z modelem Legend L800. Jednak jak wiadomo, nikt nie ma monopolu na niecodzienne rozwiązania, dlatego też drogę tę obiera wiele gorących głów. Kto? Spokojnie, nie trzeba daleko szukać, bowiem podobne zainteresowania zdradza dostarczona do dzisiejszego testu kolejna marka zza wielkiej wody – Goldenear Technology, reprezentująca podejście do tematu budowy kolumn głośnikowych odmienne od znakomitej większość konkurencji. Co takiego wykombinowali? Na informacje na ten temat oczywiście zapraszam do lektury dalszej części tekstu, zaś w tym akapicie mogę zdradzić tylko, iż będziemy pochylać się nad niepozornie wyglądającymi, za to z wielkim sercem do grania, półaktywnymi kolumnami Goldenear Technology Triton Two+, o przybycie których do naszego OPOS-a zatroszczył się stacjonujący w Łodzi Audiofast.

Już na pierwszy rzut oka widać, że przygoda z tytułowymi Tritonami dla potencjalnego nabywcy będzie oznaczać obcowanie ze smukłymi, o zaoblonych wąskich przednich i tylnych ściankach, skrywającymi rozwiązania techniczne pod nadającymi ekskluzywności projektowi czarnymi maskownicami, rosłymi na około 120 cm wysokości obudowami. Być może fotografie tego nie oddają, jednak zapewniam, iż w kontakcie bezpośrednim te jakże spokojne wizerunkowo tekstylne pokrowce w połączeniu z połyskiem wyposażonej w stabilizujące kolumny wkręcane kolce podstawy i zakrywającą większość część górnej płaszczyzny skrzynki nakładki nadają konstrukcji pewnego rodzaju dostojności. To zaś automatycznie powoduje, że amerykańskie panny są w stanie, wpisać się wizualnie w nawet najbardziej wyszukane designersko warunki lokalowe. Tak wygląda temat aparycji, jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Co takiego umyka naszym oczom? Po pierwsze rozmieszczenie zespołu wysokich (wstęga według własnego projektu) i średnich tonów w układzie D’Apollito, Kolejną ciekawostką są wymuszone niewielką szerokością frontu, napędzane D-klasowymi wzmacniaczami mocy (1200W) dwa zorientowane w pionie prostokątne basowce współpracujące z umieszczonymi na bocznych ściankach membranami biernymi. Zaś wieńcząc dzieło danych technicznych, idąc za informacjami producent należy dorzucić jeszcze zwrotnice o zbalansowanej topologii i na nowo zaprogramowany procesor DSP. Zamykając temat opisu kolumn pozostaje nam do przybliżenia usytuowany w dolnej części pleców panel przyłączeniowy, który realizując spore jak na zespoły głośnikowe zadania uzbrojono w gniazdo zasilania IEC, gniazdo bezpiecznika, pojedyncze zaciski dla przewodów, diodę sygnalizującą działanie sekcji basowej, pokrętło regulacji ilości niskich tonów i terminal RCA dla współpracy kolumn z procesorem kina domowego. Zaskoczeni poziomem mnogości wdrożonych w życie, co prawda znanych w wielu konstrukcjach konkurencji jako pojedyncze implementacje, tutaj zastosowanych w pełnym pakiecie rozwiązań technicznych? Mniemam, iż tak i od razu szczerze przyznam, że ja również. Dlatego tym bardziej pragnąłem skonfrontować ów pomysł z konkretną muzyką, a na wnioski zapraszam do kolejnego akapitu.

Zanim przejdę do opisu brzmienia, kilka słów o samym podłączeniu. Oczywiście fakt, iż Tritony Two+ są kolumnami półaktywnymi wymusza na nas doprowadzenie do nich życiodajnej energii z sieci, czego sukces oznajmia mieniąca się błękitem dioda. Po tej czynności podłączamy typowe przewody kolumnowe i w ustawieniu pokrętła ilości basu na godzinie 12-tej – mamy możliwość płynnej regulacji podczas słuchania – odpalamy system. Prawda, że łatwizna? Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak skreślić kilka zdań o brzmieniu smukłych amerykanek.
Jak zagrały? Powiem tak. Zdziwi się ten, kto sądzi, że za niezbyt monstrualnymi gabarytami kolumn kryje się nieśmiałość generowania bezkompromisowej sceny muzycznej. Co to to nie. Już informacja o mocnym wzmacniaczu sekcji basowej sugeruje, iż będziemy świadkami – oczywiście jeśli wymaga tego materiał muzyczny – niczym niekrępowanych sejsmicznych pomruków. A gdy do tego dodamy zdublowaną sekcję średniotonową i oferującą niezliczoną ilość informacji wstęgę, możemy być spokojni, że czego jak czego, ale energii podczas nawet najbardziej ekwilibrystycznych pasaży nutowych z pewnością nam nie zabraknie. Skąd to przekonanie? Oczywiście wyrobione kilkunastodniowymi odsłuchami, które jasno określiły zakres umiejętności opisywanych kolumn. Czy zauważyłem w nich jakieś znaki szczególne? Oczywiście, jak w każdym przypadku. W tym było to mocne postawienie konstruktorów na bezkompromisowość grania w domenie szybkości, lotności i uderzenia dźwięku, co na wykresie neutralności stawia je w moim odczuciu delikatnie na prawą stronę od punktu zero bezwzględnej neutralności dźwięku. Ową manierę można lekko skorygować odpowiednim okablowaniem i elektroniką, jednak dla prawdziwości moich wywodów jestem zobligowany poinformować, iż piewcy szkoły grania rodem z radia BBC w brzmieniu Two+ nie znajdą ukojenia romantycznej duszy paletą soczystych krągłości. To jest pokaz punktualności, natychmiastowości reakcji na zadany materiał muzyczny, rozmachu w temacie prezentacji głębi i szerokości wirtualnej sceny i zjawiskowego napowietrzenia przekazu. Dlatego też wszelkiego rodzaju muzyka rockowa np. spod znaku „Back In Black” AC/DC, czy free-jazz Johna Zorna „Masada First Live In Sevilla 2000”, lub choćby elektronika „Liminal” zespołu The Acid były wodą na młyn ocenianych paczek. Co to znaczy? Zwyczajnie. Mocne uderzenia na dole były zjawiskiem zarezerwowanym dla najlepszych. Gdy elektroniczna kapela swoją komputerową muzyką miała na celu wprowadzić w życie plan zmiażdżenia moich membran w uszach miękkim, ale gęstym basem, ściany pokoju wyginały się niczym na filmie „Matrix”. Innym razem, gdy free-jazzowi artyści na swojej płycie zapragnęli udowodnić, iż materiał nagrywano podczas koncertu, scena nie dość, że wydawała się nie mieć ograniczeń, to dodatkowo swoim rozmachem i swobodą prezentacji udowadniała, iż nie jest to mały klub, tylko wydarzenie w kubaturze stadionu.
To oznacza, że nasze bohaterki były uniwersalne dla każdego materiału muzycznego? To zależy. Dla sporej grupy tak. Jednak tak po prawdzie w kilku aspektach owa bezkompromisowość przekazu miała swoje reperkusje. Chodzi mi o dość lekkie potraktowanie środka pasma. Owszem, podobnie do reszty podzakresów było naszpikowane informacjami, jednak brakowało nieco nasycenia i plastyki. Niby wszytko wyglądało OK., jednak przyglądając się poszczególnym instrumentom dokładniej, okazywało się, że zbyt lekkie w domenie wypełnienia potraktowanie dźwięku powodowało utratę tak ważnych informacji o wykorzystanym drewnie do wykonania stroika saksofonu, czy pracy pudła rezonansowego wespół ze strunami podczas szybkich przebiegów nutowych solówek kontrabasisty. Oczywiście to tylko przykłady, które sugerują, że kilka osób w podobny sposób, czyli zbyt lekko w nasyceniu może również odebrać wokalizę i brzmienie instrumentów w muzyce baroku, czy nawet klasyce. Jednak uspokajam, to jest mocno narysowana tylko informacja, a nie zarzut jako taki i każdy z potencjalnych zainteresowanych może odebrać to inaczej, a nie zdziwiłbym się, gdyby takie postawienie sprawy było nawet trafieniem w Wasz punk „G”. Reasumując, jeśli jesteście nastawieni na brak ograniczeń w dziedzinie rozmachu ponad wszystko, do czego Goldenear Triton Two+ zostały wręcz stworzone, jestem pewien, że powyższe wywody prawdopodobnie to okażą się pomijalnym, nawet nie problemem, tylko jedną z wielu obecnych na rynku opinii.

Nie wiem, czy powyższy tekst wzbudził w Was obawę, czy zainteresowanie Tritonami. Jednak bez względu na wszystko zapewniam zainteresowanych, to są niepozornie wyglądające, ale za to pełne energii i co ważne ochoty do pokazania częstej nieobliczalności muzyki zespoły głośnikowe. Do tego z racji wizualnego spokoju świetnie wpiszą się w znakomitą większość potencjalnych pomieszczeń. Zatem jeśli tylko nadajecie na raczej stawiających na neutralność i swobodę, niż na słuchanie melancholijnego plumkania falach, nawet niezobowiązujące krótkie spotkanie na własnym podwórku może wywrócić Wasz świat do góry nogami. Czy tak się stanie, naturalnie musicie sprawdzić sami. Ja wiem jedno, gdy tylko wymagał tego materiał muzyczny, była to w pełni kontrolowana jazda bez trzymanki. A chyba o to, czyli unikanie sztampowej przewidywalności w obcowaniu z muzyką chodzi.

Jacek Pazio

Opinia 2

No to się porobiło. Wydawać by się mogło, że uzgadniając z rodzimym dystrybutorem, łódzkim Audiofastem, test wyrobów producenta, który do tej pory jeszcze nie gościł na naszych łamach, wypływać będziemy na zupełnie nieznane nam wody. Tymczasem szybki internetowy research wykazał, że nazwa może i jest dla nas pewnym novum, lecz ludzie za nią stojący już niekoniecznie. Mowa bowiem o amerykańskiej, założonej w 2010 r. przez Sandy’ego Grossa i Dona Givogue marce Goldenear Technology. Ktoś, coś? Jeśli nie, to już naprowadzam Państwa na właściwe tory. Otóż Sandy Gross to współzałożyciel Polk Audio i Definitive Technology a z kolei Don Givogue był współzałożycielem … Definitive Technology. Jakby tego było mało Goldenear Technology od stycznia 2020 jest częścią The Quest Group (TQG) – właściciela AudioQuesta. Krótko mówiąc jakiś „podkład”, bądź jak kto woli punkt wyjścia do dzisiejszego testu mieć powinniśmy, tym bardziej, że w listopadzie 2016 r. mieliśmy okazję poznęcać się nad Polkami LSIM705, zaledwie w zeszłym tygodniu podzieliliśmy się z Państwem wrażeniami z odsłuchów flagowych kolosów Legend L800, natomiast w lutym cieszyliśmy oczy i uszy wielce intrygującymi Definitive Technology Demand D17. A co tym razem wylądowało na soundrebelsowym tapecie? Nie mniej wymykające się łatwej kategoryzacji od swoich poprzedników półaktywne kolumny podłogowe Goldenear Technology Triton Two+, na których recenzję serdecznie zapraszamy.

Nie da się ukryć, iż poprzednie, goszczące u nas, propozycje Polk Audio i Definitive Technology na tyle wysoko ustawiły poprzeczkę oczekiwań pod względem autorskich rozwiązań i mało mainstreamowego podejścia do konstruowania kolumn, że unboxing tytułowych podłogówek przynajmniej początkowo wywołał pewien niedosyt. Generalnie wszystko niby było OK, ale bądźmy szczerzy, tym razem za bardzo nie było na czym oka zawiesić. Jednak przecież jeśli czegoś nie widać, to wcale nie oznacza, że owego czegoś nie ma, bowiem choć korpusy Dwójek szczelnie zakrywają pończochy maskownic warto mieć świadomość, iż producent nie oszczędzał na materiałach i postanowił z niepozornych „słupków” wycisnąć przysłowiowe siódme poty. Na sekcję średnio-wysokotonową składają się bowiem po dwa 4 ½ ’’ mid-woofery MVPP™ z wielołopatkowymi korektor fazy (Mulit-Vaned Phase Plug) poprawiającymi liniowość charakterystyki ich pracy i przypominający konstrukcje AMT (jest to autorska wariacja nt. projektu Oscara Heila) wstęgowy tweeter HVFR™ w układzie d’Appolito. Nie mniej intrygująco przedstawia się … aktywna 1200W i sterowana procesorem DSP sekcja basowa wyposażona w dwa prostokątne (5˝x 9˝) przetworniki wspomagane w umieszczone już na bokach, również prostokątne (7˝ x 10˝) membrany bierne. Jakby tego było mało zwrotnice są w pełni zbalansowane i również tutaj księgowi podobno nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Za to do woli mogli wypowiadać się zatrudnieni w Goldenear inżynierowie mający od 2001 r. do dyspozycji m.in. własną komorę bezechową będącą kopią pomieszczenia znajdującego się w Państwowym Komitecie Badań Naukowych w Ottawie.
Skoro front, podobnie jak i reszta ścian nie dysponuje niczym, co mogłoby złapać za oko, połyskujących dystyngowaną czernią nakładek górnych i cokołów nie biorę pod uwagę, gdyż z odległości kilku metrów ich obecność jest pomijalna, warto rzucić gałką na ścianę tylną. To właśnie tam wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźnych rozmiarów szyld mieszczący nie tylko parę konwencjonalnych zacisków głośnikowych, lecz również wejście RCA LFE, gniazdo zasilające IEC z bezpiecznikiem i pokrętło regulatora natężenia najniższych tonów. A, i jest jeszcze błękitna dioda sygnalizująca stan pracy kolumn, niejako przy okazji generująca „ambientową” poświatę.

Kiedy do mych uszu dobiegły pierwsze dźwięki wygenerowane przez Tritony automatycznie pomyślałem o „Girls Just Want To Have Fun” Cyndi Lauper, bowiem 2+ już od progu oznajmiają donośnym głosem nie tylko to, na co mają ochotę, ale co im się parafrazując nienachalnego intelektualnie przedstawiciela kasty panujacej „po prostu należy”. Dlatego też z każdego utworu, gdzie choćby w tle, dalekim planie tli się odrobina rytmu, ów rytm wyciągną i na nim oprą cały spektakl, natomiast ciężki Rock, czy wielka symfonika to ich naturalne środowisko. Potężne dzieła Mahlera, czy Szostakowicza – na początek gorąco polecam „Shostakovich: Symphonies Nos. 1 & 11 – Khachaturian: Symphony No. 2, „The Bell”” w wykonaniu Houston Symphony Orchestra pod batutą Leopolda Stokowskiego, z pomocą Goldenearów nie tyko wgniotą Was w fotel, ale i zafundują istne trzęsienie ziemi. I tu od razu uwaga – potęga brzmienia, z jakim przyjdzie się Państwu zmierzyć nie będzie miała nic a nic wspólnego z bezkształtną, przypominającą lawinę, bądź falę tsunami przelewająca się przez Wasz pokój odsłuchowy, masą dźwięku, lecz precyzyjnym i niezwykle zróżnicowanym multisegmentowym tworem. Bowiem o ile całościowo tytułowe podłogówki można bezsprzecznie uznać za niezwykle „szybkie” kolumny, to skupiając się li tyko na reprodukowanym przez nie basie śmiało można uznać, iż jest on odpowiednikiem pioruna kulistego zamkniętego w ściśle kontrolowanym, laboratoryjnym środowisku. Jego ilość i wolumen co prawda jesteśmy w stanie precyzyjnie kontrolować z pomocą umieszczonych na tylnych ścianach pokręteł, jednak niezwykle trudno mi wyobrazić sobie sytuację, kiedy komuś udałoby się go zamulić i spowolnić. Po prostu 1200W D-klasowe i pracujące pod kontrolą procesorów DSP sekcje basowe wydają się być nieosiągalnym dla konkurencji połączeniem mocy i brutalności T-Rexa z precyzją i zwinnością kolibra przez co, przynajmniej na początku, możemy nawet nie wiedzieć skąd i z jak niszczycielskim impetem otrzymamy kolejne basowe kopnięcie.
Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że decydując się na tytułowe Tritony, z resztą zgodnie z ich nomenklaturą otrzymujemy li tylko dwa potężne subwoofery i coś tam jeszcze, czyli 2+, gdyż zarówno średnica, jak i góra nie tylko nie wstydzą się swojej obecności, co wręcz podobnie jak dół pasma nader żywiołowo reagują na dedykowane im częstotliwości, co z jednej strony daje wysoki ładunek energetyczny w całym, reprodukowany paśmie, a z drugiej zapewnia świetne zszycie wszystkich przetworników. Jeśli dodamy do tego iście monitorową holografię i umiejętność natychmiastowego „znikania” robi się naprawdę ciekawie. Oczywiście nad taką synergią trzeba w każdym systemie i w każdym pomieszczeniu indywidualnie popracować, bo jak komuś wpadnie do głowy ustawienie aktywnej sekcji basowej na przysłowiowego maxa, to cudów nie ma i nawet wbudowane DSP rzuci ręcznik na ring.
Nie ma się jednak co oszukiwać, że Tritony, dla których żadne metalowe i symfoniczne ekstremum nie jest straszne, równie wybornie wypadają w nastawionych na skupienie i grą ciszą klimatach. Nie oznacza to co prawda, że miłośnicy jazu i kameralistyki nie powinni się nimi zainteresować, jednak przy jazzie 2+ zdecydowanie swobodniej czują się w big-bandach w stylu „We’ve Just Begun” Sinne Eeg & The Danish Radio Big Band, aniżeli „Pavane For A Dead Princess” Steve Kuhn Trio . Podobnie z oszczędną pod względem składu osobowego klasyką, chociaż …to też zależy od kompozycji, gdyż ociekające ozdobnikami i bogactwem alikwot „Les Plaisirs du Louvre, Airs pour la Chambre de Louis XIII” Ensemble Correspondances / Sébastien Daucé zabrzmiało inaczej aniżeli zdążyłem się przyzwyczaić, aczkolwiek sugestywne podkreślenie motoryki i linii basu pokazało powyższe wydawnictwo z nieznanej mi dotąd strony. W dodatku przy tak wyrafinowanym repertuarze doszła do głosu jeszcze jedna cecha amerykańskich kolumn. Otóż nie tracą one nic a nic ze swojej rozdzielczości nawet przy stosunkowo cichym słuchaniu a dzięki płynnej regulacji najniższych składowych również pod względem ilości basu wcale nie musimy godzić się na jakiekolwiek kompromisy. Niemniej warto aspekt zamiłowania dzisiejszych bohaterek do dynamiki mieć na uwadze i o ile akolici growlu, blastów i riffów mają wreszcie szansę złapać gonionego od lat króliczka, to pozostałe grono melomanów musi samo przed sobą odpowiedzieć a pytanie, czy tego typu prezentacja wpisuje się w ich gusta, czy też muszą szukać dalej.

Goldenear Technology Triton Two+ to niezaprzeczalnie intrygujące konstrukcje, które miłośnikom hollywoodzkich superprodukcji, wielkiej symfoniki i ciężkich brzmień pozwolą za niezwykle przystępną cenę osiągnąć iście koncertowe poziomy głośności i rozbijającą w pył rodowe skorupy dynamikę, a jednocześnie, dzięki ponadprzeciętnej rozdzielczości, nawet przy niskich dawkach decybeli wydają się idealną propozycją dla nocnych marków. Krótko mówiąc nie ma co gdybać i wróżyć z fusów, tylko nie tyle umówić się na ich odsłuch, co na prezentację we własnym pomieszczeniu i z własnym systemem.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 20 250 PLN

Dane techniczne
Przetworniki: Dwa prostokątne przetworniki niskotonowe o długiej cewce, 5˝x 9˝
Dwa płaskie, prostokątne radiatory infradźwiękowe, 7˝ x 10˝
Dwa przetworniki nisko/średniotonowe typu MVPP™, 4-1/2″
Przetwornik wysokotonowy High-Velocity Folded Ribbon – HVFR™
Zalecana Moc Wzmacniacza: 20-500 W
Skuteczność: 91 dB
Pasmo Przenoszenia: 16 Hz – 35 kHz
Impedancja: 8 Ω
Wbudowany Wzmacniacz Subwoofera: Sterowany DSP, cyfrowy wzmacniacz ForceField o mocy 1200W
Wymiary (przy zainstalowanej podstawie, bez kolców)S x G x W: 13,33(przód) / 19,05(tył) x 38 cm x 122 cm
Waga: 27.2 kg netto / 33.1 brutto

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

GoldenEar Technology Triton Two+
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeśli zastanawialiście się Państwo do czego zdolny jest współzałożyciel Polk Audio i Definitive Technology Sandy Gross z byłym współwłaścicielem Definitive – Donem Givogue, to spieszymy donieść, iż ww. Dżentelmeni popełnili dość zaskakuje konstrukcje oferujące wysoką skuteczność (91 dB), przyjazną impedancję (8Ω) i … 1200W aktywną sekcję basową. Brzmi ciekawie? A to przecież jedynie unboxing podłogowych kolumn GoldenEar Technology Triton Two+.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Dan D’Agostino Progression Stereo

Link do zapowiedzi: Dan D'Agostino Progression Stereo

Opinia 1

Historia będącego obszarem naszych zainteresowań rynku audio nie raz pokazała, iż obecność wielkich światowych marek nie jest jedynie pokłosiem dożywotnich kooperacji z przez złośliwców nazywanymi domorosłymi „dłubakami”, lecz również wynikiem odejść głównych konstruktorów na tak zwany własny garnuszek, co w dzisiejszym spotkaniu najbardziej nas interesuje.
Co tych ostatnich do takich kroków pcha? Powodów jest wiele. Od będącej wynikiem spowodowanych bessą na rynku zawirowań biznesowych, sprzedaży swojego życiowego dzieła nowemu podmiotowi, po rozejście się z racji nie do końca zbieżnej wizji bytu marki na rynku czy to dwóch wspólników, czy też konstruktora z łożącym grosz na poddane wątpliwości pomysły pracodawcą. Tak się działo i dziać będzie. Kto, co, kiedy? Choć to nie jest myśl przewodnia dzisiejszego spotkania, abym mógł płynnie przejść do clou tematu, dobrym przykładem mojego wywodu jest niestety nieżyjący już Franco Serblin, który wyniósłszy niegdyś włoską markę Sonus faber na ołtarz wielu dozgonnie kochających muzykę melomanów, niemalże u szczytu swojej popularności porzucił wspomnianą ikonę audio i już pod własnym sztandarem powołał do życia równie pozytywnie odbieraną przez rynek manufakturę sygnowaną swoim nazwiskiem. To oczywiście jest najlepiej nam znany i zarazem niezwykle pomocny w zaanonsowaniu dzisiejszego bohatera przykład, bowiem zajmiemy się nie mniej utytułowanym przedstawicielem opisywanych życiowych perypetii. Z kim? Z jeszcze kilka lat temu utożsamianym ze światowym gigantem segmentu audio – amerykańskim Krellem, panem Danem D’Agostino, który w tym rozdaniu testowym zaprezentuje jedną z sygnowanych własnym nazwiskiem konstrukcji w postaci stereofonicznej końcówki mocy Dan D’Agostino Progression Stereo, której wizytę w naszej redakcji zawdzięczamy stacjonującej w Łodzi ekipie Audiofastu.

Jak prezentuje się tytułowy piecyk? Fantastycznie. To jest nie tylko designerski, ale również wykończeniowy majstersztyk. Progression Stereo jest monstrualnie wielki i ciężki, a mimo to w najmniejszym stopniu nie przytłacza użytkownika swoimi gabarytami. Jakim sposobem? Otóż w tym przypadku słowami kluczami są: wizualny spokój, ornamentacyjny minimalizm i swoisty popis umiejętności nadania urządzeniu banalnie brzmiącej, ale w tym przypadku jakże fantastycznie prezentującej się przysłowiowej wisienki na torcie w postaci mieniącego się poświatą przyjemnej zieleni, ze smakiem wykończonego miedzianymi akcentami, umieszczonego na froncie, przypominającego tarczę naręcznego zegarka, dwuwskazówkowego wskaźnika oddawanej mocy. Tak, to jest znak rozpoznawczy wszystkich konstrukcji Dana. Jednak równie ważnym jak ów cyferblat aspektem wizualnym jego oferty jest fakt zwyczajowego unikania jakichkolwiek innych dodatków. Co to oznacza? Biorąc na tapet naszą bohaterkę – końcówkę mocy – optycznie mamy do czynienia ze sporej wielkości monolitem. Jednak dla przełamania efektu monstrualności uzbrojony we wspomniany wskaźnik, wykonany z grubego płata aluminium front, w górnej części wykończono przyjemnym dla oka, płynnie przechodzącym w górną połać obudowy łukiem. Ale to nie koniec zabawy z formą, gdyż również boczne ścianki idąc tropem zjawiskowego postrzegania, będąc radiatorami odprowadzającymi ciepło wytworzone podczas pracy wzmacniacza, nie są typowymi wariacjami gałązek drzew iglastych, tylko bardzo grubymi z pionowo wyfrezowanymi sporej średnicy otworami, blokami aluminium. Przyznam szczerze, ani to nowatorskie, ani szczególnie bizantyjsko wyszukane, ale wespół z resztą projektu jakże spójne wizualnie, a przez to fenomenalne. Kończąc opis układu chłodzenia układów wewnętrznych warto wspomnieć o centralnie umieszczonych na płycie górnej dwóch modułach poprzecznych otworów wentylacyjnych.
Przechodząc do ściany tylnej z uwagi na dość proste zadanie omawianej konstrukcji znajdziemy na niej jedynie gniazdo zasilania – uwaga – w specyfikacji 20A, tuż obok włącznik główny, a także porozrzucane symetrycznie na boki w górnej i dolnej strefie pojedyncze terminale kolumnowe i gniazda wejściowe w standardzie XLR. Jeśli chodzi o proces uruchamiania urządzenia, włącznik inicjujący jego pracę w postaci mikro-switcha znajdziemy od spodu wspomnianego kilka zdań wcześniej wskaźnika na froncie. Tak prezentującą się piękność posadowiono na czterech solidnych stopach.

Jak tytułowa konstrukcja sprawowała się w temacie brzmienia? W telegraficznym skrócie – znakomicie. To było w pełni zaplanowane na przysłowiowej desce kreślarskiej, a potem wdrożone w życie, energetyczne w pełni kontrolujące kolumny, wyraziste w domenie rysowania źródeł pozornych granie. W końcówce Progression Stereo nie znalazłem żadnych niedomówień w stylu braku zdecydowania, barwnej i milusiej gry „do podusi”, czy też nazbyt ostrej, a przez to ofensywnej, bowiem Dan postawił na co prawda unikające obydwu wspomnianych przeciwstawnych stanów, ale na szczęście konkretne, idące drogą neutralności, bez przekraczania granicy przesady, dzięki temu poszukiwane przez wielu melomanów dynamiczne brzmienie. Co to oznacza? Nie uwierzycie, ale po tych kilkunastu dniach zabawy z amerykańską końcówką mocy, mimo osobistego szukania w muzyce nieco większej niż neutralna dawki soczystości, bez najmniejszych problemów, po lekkich korektach kablowych – na początek postawiłbym na sieciówki, gdyż te mocno oddziaływały na finalny efekt dźwiękowy, w momencie poszukiwań byłby to jeden z moich faworytów do potencjalnych przymiarek. Czyli? Na dole pasma było rewelacyjnie twardo i mocno. W środku może nie w estetyce konstrukcji lampowych, ale z dobrym poczuciem wypełnienia. Zaś w górnych rejestrach swobodnie ze wskazaniem na oddech i czytelne oddanie brylujących w tym paśmie artefaktów. Co to oznaczało w konfrontacji z muzyką? Jeśli nie jesteście ortodoksyjnymi lampiarzami lub orędownikami soczystego brzmienia kolumn Harbeth, samo dobro. I nie miał znaczenia nurt muzyczny, gdyż postawienie sprawy na kontrolowaną wyrazistość przekazu pozwalało dziecku Dana bronić się nawet w muzyce dawnej. Owszem, może nie było to tożsame, z pracującą w klasie klasie A konkurencją, lub innymi konstrukcjami stawiającymi na dodatkową szczyptę eufonii w muzyce, ale zapewniam, przy odrobinie większej niż podczas testu pracy konfiguracyjnej – nie chciałem zbytnio odchodzić od zamierzeń konstruktora – byłbym w stanie dostroić zestaw do naprawdę zjawiskowego, co prawda odmiennego od wizji Dana, ale w pełni satysfakcjonującego mnie brzmienia. Co zatem udało się wczarować jedynie przy drobnych ruchach kablowych?
Pierwszym starciem tego testu, była muzyka Claudio Monteverdiego w aranżacji Michela Godarda „A Trace Of Grace”. W efekcie otrzymałem dobrze podane prawie wszelkie – o tym za moment – aspekty. Od mocno rysowanej w kwestii energii, a przez to często u konkurencji lejącej się po podłodze, a w tym przypadku świetnie wykreowanej na szerokiej i głębokiej scenie gitary basowej, przez oddanie specyfiki brzmienia używanego przez Michela serpentu basowego, po wierne pokazanie zwiększającej spektakularność wydarzenia, monstrualnej kubatury goszczącego artystów sanktuarium, wszystko z małym niuansem bez problemu oczami wyobraźni przenosiło mnie do czasu tej sesji nagraniowej. Co mnie lekko może nie uwierało, ale odbiegało od oczekiwań i przyzwyczajeń? Zaznaczam, że konfigurując system po aplikacji końcówki Progression nie szukałem siłowego dostrojenia go do moich preferencji, dlatego też w momencie głośnych barokowych fraz gardłowych brakowało mi nieco nasycenia i gładkości często z pełnych płuc generowanej wokalizy, powodując efekt jego zbyt mocnej wyrazistości. Ale uspokajam, to nie była wada, tylko inne niż moje, być może przez lata lubowania się w tej muzyce lekko przesadzone spojrzenie na ten aspekt, dlatego nie mam najmniejszych podstaw do formowania jakiejkolwiek myśli o przyznaniu żółtej kartki.
Co z innymi rodzajami zapisów nutowych? Proszę bardzo. Pierwszy z brzegu przykład jazzu spod znaku Keitha Jarretta z Garym Peacockiem i Jackiem DeJohnette w koncertowym materiale „Live In Montreux”. Przy znakomitym pokazaniu realiów obecnej w tej produkcji płytowej sceny z wzorowo rozstawionymi na niej nie tylko muzykami, ale również publicznością i do tego świetnym akcentowaniu natychmiastowych zmian tempa w szybszych utworach, ponownie jedyne co gdzieś w podświadomości zaświtało mi w głowie, to chęć usłyszenia więcej pudła rezonansowego kontrabasu. Naturalnie było je słychać, jednak wolałbym więcej tak zwanego „mięsa”. Ale przypominam o moich ukrytych gdzieś w podświadomości preferencjach, po wstawienie w ich miejsce swoich prawdopodobnie przejdziecie nad tym tematem do porządku dziennego. Tak tak, dopuszczam myśl, że mogę się mylić. I tym optymistycznym akcentem będę zbliżać się ku końcowi tej wyprawki. Z premedytacją o wszelkim rocku nie będę się rozwodził, gdyż tak prawdę mówiąc podczas słuchania wielu płyt było jeśli nie znakomicie, to co najmniej bdb i musiałbym pisać kolejne peany. To zaś byłoby niepotrzebnym, bo być może odbieranym jako nadmierna egzaltacja pochwalnym słowotokiem, którego punkt zapalny dzisiejszego spotkania nie potrzebuje.
Po takim obrocie sprawy w kwestii nasycenia wpadła mi w głowę ciekawa myśl, jaką było wykorzystanie stacjonującego u mnie na co dzień przedwzmacniacza liniowego Robert Koda. Efekt? Tak jak się spodziewałem. System został obdarowany tak zwaną kropką nad „i”, co przełożyło się na odczuwalny efekt większego „body” dobiegającej do mnie muzyki, czyli poprawy wyartykułowanych kilka linijek wcześniej niedostatków nasycenia. To naturalnie odbiło się na wspomnianym na początku tekstu poszukiwaniu przez Dana wyrazistości w domenie ostrości rysunku i szybkości narastania sygnału, ale broń boże nie było to szkodliwe, a jedynie zbliżające brzmienie Progression do z pewnością nie tylko moich, ale również Waszych oczekiwań. Czyli jak sugerowałem, wiedzą co i jak jesteśmy w stanie zdziałać cuda.

Nie trzeba specjalnie doszukiwać się mojego pozytywnego zaskoczenia brzmieniem D’Agostino Progression Stereo, gdyż cały powyższy tekst wydaje się być pochwalną pieśnią. Jednak na swoje usprawiedliwienie przypomnę, iż obcujemy z pełnoprawnym przedstawicielem segmentu ekstremalnego High Endu i jeśli dane urządzenie spełnia jego założenia, nie mam najmniejszych obaw o odebranie przez czytelników moich wywodów jako artykułu sponsorowanego. Jeśli mam do czynienia ze świetnym brzmieniem, bez problemu popuszczam wodzę fantazji podczas opisu takiego wydarzenia. Oczywiście nie zapominam przy tym pokazać ważnych dla każdego z nich wiodących cech, co przecież dla wielu potencjalnych zainteresowanych często może być podstawą do decyzji jeśli nie zakupowej, to przynajmniej próbnego starcia na własnym podwórku. Czy to jest oferta dla każdego? Prawie tak. To znaczy? Jedyną grupą nie mającą szans na porozumienie z Amerykańskim piecem są melomani o mocno przesuniętym w dolne zakresy punkcie nasycenia muzyki. Ale to naprawdę muszą być ortodoksi, bowiem może się zdziwicie, ale nawet ja, również szukający wspomnianego dociążenia i soczystości dźwięku z propozycją Dana D’Agostino bez problemu mógłbym cieszyć się każdą przesłuchaną płytą. A to chyba o czymś świadczy.

Jacek Pazio

Opinia 2

Choć będąca przyczyną dzisiejszego spotkania marka jest stosunkowo młodym bytem na ultra high-endowej arenie, trudno odmówić jej przynajmniej dwóch rzeczy. Pierwszej, czyli praktycznie bezgranicznego zaufania nabywców do jej założyciela, oraz drugiej – rozpoznawalności. Wystarczy bowiem raz mieć kontakt z sygnowanym przez nią urządzeniem, by później z łatwością rozpoznać każde kolejne, niezależnie od tego jakie umaszczenie otrzyma. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż oprócz standardowego rudego złota zarezerwowanej dla topowych modeli miedzi, ponadczasowej czerni i surowego srebra aluminium większość pozycji z ciałkiem obfitego portfolio Dan D’Agostino można, oczywiście za odpowiednią opłatą, zamówić niemalże w dowolnie wybranym przez siebie kolorze. To jednak tylko mniej, bądź bardziej istotne dodatki, swoiste tło do elementu wokół którego wszystko się u Amerykanów kręci – przepięknego, wzorowanego na szwajcarskich czasomierzach, a w moich oczach – z mojego, czysto subiektywnego punktu widzenia, stanowiącego niewątpliwy ukłon w kierunku steampunkowego designu, wskazówkowego wyświetlacza przyciągającego wzrok soczystą zielenią iluminacji. Co prawda najniższa – dedykowana kinu domowemu seria Classic jest owego cyklopiego oka, bądź jakiejkolwiek wariacji na jego temat pozbawiona, ale biorąc pod uwagę fakt, iż mówimy o nawet nie tyle wstępie do „pełnokrwistej oferty”, co wielokanałowej przystawce śmiało możemy uznać to za wyjątek potwierdzający regułę. Dlatego też idziemy w zaparte, twierdząc iż przygodę z „zabawkami” pana Dana D’Agostino zaczynamy od na swój sposób oczywistego a zarazem dającego przedsmak tego, co czeka na wyższych półkach modelu – stereofonicznego wzmacniacza mocy Progression Stereo.

Jak sami Państwo widzicie, Progression Stereo prezentuje się wprost obłędnie. łącząc niemalże monolityczny, srebrny aluminiowy korpus z miedzianym pierścieniem okalającym roztaczający zielonkawą poświatę bulajem z widocznym wewnątrz zegarowym mechanizmem wskazówkowym informującym o oddawanej w danym momencie mocy. Na masywnym froncie, oprócz ww. zajmującego honorowe – centralne miejsce, cyferblatu znajdziemy jedynie zlokalizowany w prawym dolnym rogu logotyp producenta i … to by było na tyle, gdyż włącznik sieciowy ukryto na spodzie wzmacniacza mniej więcej w połowie szerokości płata czołowego. Ściany boczne wykonano z masywnych bloków aluminium i zamiast nastroszyć je standardowymi żebrami radiatorów ograniczono się do wykonania przenicowujących je na wylot odwiertów. Z racji oddawanej mocy i powstającego przy tym ciepła wspomniane wymienniki wspomaga perforacja płyty górnej.
Nie mniej minimalistycznie, a przy tym elegancko, Progression Stereo wygląda „od zakrystii”. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem parę wejść XLR, centralnie umieszczone gniazdo zasilania IEC C20 (całe szczęście łódzki Audiofast – dystrybutor marki, oprócz standardowego, ”komputerowego” przewodu zasilającego był tak miły i dorzucił jeszcze zdecydowanie wyższej klasy Synergistic Research Black UEF AC) z ulokowanym tuż obok hebelkowym włącznikiem głównym, oraz pojedyncze i jak na półkę cenową w jakiej operujemy, zaskakująco mało finezyjne terminale głośnikowe. Warto również wspomnieć o obecności we/wyjść dla 12V triggera i trójpozycyjnego hebelka umożliwiającego regulację/wyłączenie natężenia iluminacji frontowego wskaźnika.
Zaglądając do trzewi już na pierwszy rzut oka widać, że Dan raczej nie jest fanem małolitrażowych turladełek, czy też melexopodobnych Tesli, bowiem sercem 300 W Progression (zdolnego oddać 1200 W / 2Ω) jest potężne 3000 VA toroidalne trafo współpracujące z baterią elektrolitów o łącznej pojemności … 400 000 μF. Powód przywołanych przed chwilą motoryzacyjnych analogii nie jest jednak przypadkowy, gdyż podobnie jak w Progression Mono zaimplementowano w nim technologię Super Rail polegającą na swoistym napięciowym „doładowaniu” układu wzmocnienia wstępnego. Co prawda wbrew nazwie prąd do ww. układów doprowadza się standardowymi przewodami (czerwonym i niebieskim) a nie np. miedzianymi szynami, jednak idea samochodowej turbosprężarki pozwoliła w tym przypadku zapewnić pełen potencjał sekcji wyjściowej końcówki mocy, w której pracują po 24 tranzystory Sankena na kanał przymocowane do … i tu robi się jeszcze ciekawiej, ważących po 22 kg radiatorów, w których zamiast standardowego układu wręgowego postawiono na zdecydowanie bardziej łaskawe dla otoczenia (trudniej się o nie pokaleczyć, szczególnie przy przenoszeniu) jedenaście tuneli (na kanał) o kształcie zwężek Venturiego.
Warto też wspomnieć, iż producent oferuje możliwość, oczywiście za drobną, wynoszącą 25 710 PLN, opłatą konwersję stereofonicznej końcówki na mono, co w przypadku chęci przesiadki na monobloki wydaje się wielce atrakcyjnym rozwiązaniem.

Nie po to jednak odchudzamy domowy budżet o ponad 100 000 PLN, żeby na nowy nabytek jedynie patrzeć, no chyba, że mowa o jakimś dziele sztuki, ale w High-Endzie liczy, a przynajmniej liczyć się powinien, przede wszystkim dźwięk. Dlatego też po ochach i achach dotyczących aparycji z niecierpliwością czekaliśmy na to, co owa blisko 60 kg piękność pokaże po wpięciu w nasz system. Oczywiście chciałbym w tym momencie jedynie zaznaczyć, że krytyczne odsłuchy rozpoczęliśmy dopiero po kilkudniowej akomodacji, podczas której jasnym dla nas się stało, że tytułowa końcówka i tak i tak pełnię swoich możliwości zdolna jest pokazać dopiero po trzech-czterech kwadransach po wybudzeniu z trybu stand-by. A proszę mi wierzyć, że są powody ku temu, by cierpliwie na ową stabilizację termiczno-prądową poczekać. Kiedy bowiem D’Agostino wreszcie się umości, porozciąga i rozgrzeje mięsnie, to czeka nas prawdziwa jazda i to nawet nie rollercoasterem „bez trzymanki”, tylko uczestnictwo w którymś z wyścigów NASCAR, w którym to my kurczowo trzymając kierownicę próbujemy okiełznać pędzącą z oszałamiającą prędkością 750-konną bestię w stylu Chevy Camaro ZL1. Tutaj nie ma miejsca na leniwy i zarazem komfortowy cruising, jazdę na „zimny łokieć” i pogaduchy przez komórkę. O nie. Od pierwszych taktów Progression wymaga od nas stuprocentowego skupienia, angażując bez reszty w reprodukowane wydarzenia muzyczne. Nie wierzycie? No to proponuję posłuchać „Runaljod – Ragnarok” Wardruny, bądź ścieżki dźwiękowej do „The Vikings” autorstwa Trevora Morrisa, by niemalże poczuć w ustach smak słonej bryzy, na ciele ślady stoczonych walk, a w chwilach zwątpienia prosić o mądrość i siłę Odyna. Jeśli nie odnotujecie u siebie powyższych „wirtualnych” artefaktów, to albo z Waszym systemem jest coś bardzo nie w porządku, albo zapomnieliście zastąpić znajdującą się w pudle razem ze wzmacniaczem komputerową sieciówkę czymś adekwatnym do klasy samej amplifikacji, bo czego by o niej nie mówić jest nad wyraz wrażliwa na tego typu detale i nie owijając w bawełnę potrafi strzelić „focha”.
Skupmy się jednak na wspomnianym materiale muzycznym. To nie jest przysłowiowa kraina łagodności i znana z jazu gra ciszą. Tutaj jest szorstko, twardo i po prostu pierwotnie brutalnie, co z jednej strony stawia pewne wyzwania przed samym słuchaczem a z drugiej równie wysoko poprzeczkę oczekiwań zawiesza przed wzmacniaczem. Jakiekolwiek złagodzenie, stonowanie ataku, bądź próba ucywilizowania odwołujących się do naszych atawistycznych pokładów wrażliwości dźwięków wypada nad wyraz mało efektownie i po prostu sztucznie. Dlatego też swoista „żylastość” i bezpardonowość nie tylko dołu, ale i całości słyszalnego spektrum dźwięków sprawia, że dostajemy dokładnie to, co powinniśmy – prawdę i tylko prawdę, niezależnie od tego jaka by ona nie była. Nie oznacza to bynajmniej, iż jesteśmy skazani na swoistą bezdusznie prosektoryjną analityczność, gdyż Progression jest od niej oddalony o całe lata świetlne, lecz zamiast przysłowiowej „buły” uznawanej przez co poniektórych za oznakę muzykalności, otrzymujemy fenomenalną rozdzielczość i właśnie muzykalność, jednak w jej odartej ze zbędnych upiększeń, warstw podkładów, korektorów i innych mazideł odsłonie. Szukając testowanych już na naszych łamach analogii w pierwszej kolejności wskazałbym na oczywisty przykład podobnej estetyki grania w postaci bliźniaczego pod względem osiągów, również 300W Bouldera 1160. To jest dokładnie to samo podejście do tematu, czyli im gorzej, tym lepiej. Co się kryje za tym pozornie będącym samozaprzeczeniem i alogicznym stwierdzeniem? Po pierwsze … logika, lecz właśnie ta mniej oczywista – parakonsystentna a po drugie upór i perfekcjonizm w dążeniu do celu. Jeszcze bardziej zagmatwałem? No to już tłumaczę o co chodzi. Dla większości populacji – tak przedstawicieli homo sapiens, jak i ich radosnej twórczości, w przypadku pojawienia się jakiś nieprzewidzianych trudności i komplikacji logicznym jest znalezienie jakiegoś obejścia – alternatywnej trasy. Natomiast D’Agostino zamiast omijać zawiłości i zagmatwania po prostu się z nimi mierzy a im wyższy pułap trudności napotka, tym większą werwą się wykazuje. Ma bowiem ku temu zarówno umiejętności, jak i możliwości natury technicznej, gdyż tak moc, jak i wydajność prądowa, jakimi dysponuje sprawiają, iż tam, gdzie znaczna część konkurencji rzuca ręcznik na ring on ze stoickim spokojem robi swoje. Mają być istne hektary przestrzeni? Proszę bardzo. Życzą sobie Państwo mrożące w żyłach wilcze ujadanie, albo naruszające strop odgłosy nadchodzącej z oddali burzy? Nie ma najmniejszego problemu. I w tym momencie wypadałoby wspomnieć o aspekcie przestrzennym, gdyż starając się zachować obiektywizm i do minimum ograniczyć cisnące się na klawiaturę superlatywy pojęcia w stylu scena 3D, umiejętność lokalizacji poszczególnych dźwięków we wszystkich trzech wymiarach, czyli oprócz głębokości i wysokości również na odpowiedniej wysokości, w przypadku Progression wydają się czczymi banałami. Najogólniej rzecz ujmując zdolności tytułowej końcówki pod tym względem spokojnie można przyrównać do progresu jaki wniosło pojawienie się w OPOS-ie ustawionych na ISIS-ach dodatkowych, grających nie tyle w sufit, co w potężne kryształy Swarovskiego supertweeterów. W dodatku bez niepotrzebnego prężenia muskułów, prób popisywania się w momentach, gdzie tego typu zachowania niekoniecznie są mile widziane, czy też wprowadzania podskórnej nerwowości. Pełen profesjonalizm i pozostawianie emocji muzyce.
Skoro Progression z zaskakującą łatwością rozprawił się z pagan-folkowymi porykiwaniami postanowiłem pójść o krok dalej i sięgnąłem po mroczną i dość daleką od komercyjnego mainstreamu elektronikę, czyli „The Maze To Nowhere” Lorn i moje dyżurne ekstremum, czyli „BBNG2” formacji BADBADNOTGOOD, na których ilość zarejestrowanych, iście infradźwiękowych, poczynań może wywołać spore zamieszanie w pobliskich ośrodkach badawczych wyposażonych w aktywne sejsmografy. Oba albumy są jednak na tyle „specyficzne”, żeby nie powiedzieć wredne, że bardzo często potrafią zniechęcać bądź to ewidentnym brakiem kontroli a co za tym idzie mało przyjemnym przebasowieniem, bądź obcięciem najniższych składowych i liczenie tym samym na bujną wyobraźnię słuchaczy. Tymczasem Progression trafia w przysłowiowy punkt mając pełną kontrolę nad dołem pasma a jednocześnie nie odchudzając średnicy i nie powodując, że góra zabrzmi zbyt szeleszcząco i szkliście.
A właśnie średnica. W stereotypowo amerykańskim wydaniu powinna być lubieżnie lepka i zjawiskowo oszałamiająca niczym któraś z nieprzyzwoicie podrasowanych w klinikach medycyny estetycznej celebrytek. Tymczasem D’Agostino traktuje ją po swojemu stawiając akcent na holograficzny wręcz realizm, ewentualne zabiegi upiększające pozostawiając reszcie toru. Otrzymujemy dzięki temu świetne różnicowanie nagrań plus coś na kształt obiektywizmu i emocjonalnej transparentności. Tytułowa amplifikacja bowiem wspomniane różnicowanie stosuje li tylko do technicznej jakości i umiejętności muzyków, ocenę ich poczynań pozostawiając odbiorcy. Zyskują na tym twórcy i nagrania na swój sposób intrygujące i nieoczywiście wpisujące się w obowiązujące kanony urody, piękne. Wystarczy bowiem sięgnąć po „Shades Of Black” Kovacs, „Hard Rain” Barb Jungr, bądź „Bad As Me” Toma Waitsa, gdzie nad wyraz charakterystyczne głosy wokalistów, właśnie poprzez swoją oryginalność i wynikającą z „życiowego doświadczenia” szorstkość są bardziej autentyczne i bliższe temu, do czego w całej tej zabawie zwanej High Endem dążymy, czyli dźwięku live.
W podobny sposób traktowane są najwyższe składowe. Instrumenty smyczkowe są szorstkie, o ile tylko realizator nie postanowił, że zamiast kalafonii muzycy powinni używać pozyskiwanego z krzewu Simmondsia Chinensis olejku jojoba, dęciaki potrafią radośnie wwiercać się w nasze synapsy, a blachy od delikatnego, metalicznego szelestu przechodzić do kakofonii bliskiej zrzuceniu rodowych sreber z betonowych schodów. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie niespodziewana … drapieżność elektrycznych gitar, których riffy w większości przypadków są mniej bądź bardziej cywilizowane i tonizowane. W końcu poruszamy się na ultra high-endowym pułapie, więc śmiało można założyć, iż większość potencjalnych nabywców swoje rockowe poszukiwania zakończy na Dire Straits, Eagles i Garym Moorze a chcąc zaznać odrobiny szaleństwa od czasu do czasy włączy The Doors. Tymczasem mając słabość do zdecydowanie mniej mainstreamowych odmian rocka z lubością pławię się w kakofonicznych ekstremach z dziką satysfakcją patrząc jak co poniektóre „legendy” wykładają się na takim repertuarze niczym nieporadna dzieciarnia podczas pierwszej wizyty na lodowisku. Tymczasem Progression bez najmniejszych problemów był w stanie zachować pełną dawkę brutalnej energii w górze pasma nawet na groove metalowym, czyli będącym wielce udanym mariażem melodyjnego death metalu z deathcore, albumie „Orator” The Silenced, jak i nieco bardziej melodyjnym garażowo heavy metalowym, doprawionym szczyptą hardcore punku „Hydrograd” Stone Sour. To był iście bezpardonowy popis możliwości i bezkompromisowego podejścia do tematu amerykańskiej końcówki zbliżony do tego, co może czuć kierowca wspominanego już wcześniej 750-konnego Chevy Camaro ZL1, gdy wskazówka obrotów w najlepsze zadomowi się na czerwonym polu.

Prawdę powiedziawszy nie mam bladego pojęcia, czy pomysł na dźwięk proponowany przez Progression Stereo przypadnie Państwu do gustu, jednak mnie osobiście „podstawowa” końcówka mocy sygnowana przez Dana D’Agostino nawet nie tyle oczarowała, co uzależniła i mówiąc dosadnie rozbiła na atomy. Oferuje bowiem ten sam typ bezkompromisowości i bezpardonowości co mój dyżurny Bryston 4B³, z tą tylko różnicą, że dokonując bezpośredniego porównania wychodzi na to, że Kanadyjczyk zaledwie rozpoczyna i sygnalizuje to, co dopiero amerykański piec jest w stanie oddać i pokazać w pełnej krasie. Krótko mówiąc szach-mat, a teraz pozwolą Państwo, iż z traumą związaną z koniecznością odesłania tytułowego wzmacniacza posiedzę sobie w samotności.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 113 110 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 300 W / 8Ω, 600 W / 4Ω, 1200 W / 2Ω
Pasmo przenoszenia: 1 Hz – 200kHz, -1dB; 20Hz – 20kHz, +/- 0,1dB
Zniekształcenia: 300W @ 8W: 0,15% @ 1kHz
Stosunek sygnał/szum: 105 dB
Wejścia: 2 wejścia XLR
Impedancja wejściowa: 100 kΩ
Impedancja wyjściowa: 0.15 Ω
Wymiary (S x G x W): 45,7 x 50,8 x 19 cm
Waga: 57 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Dan D’Agostino Progression Stereo
artykuł opublikowany / article published in Polish

Kiedy po 30 latach odchodzisz z firmy, którą zakładałeś i zaczynasz praktycznie wszystko od zera wydawać by się mogło, że dobrze to już było. Chyba, że nazywasz się Daniel D’Agostino i wiesz, że właśnie teraz możesz pokazać światu co oznacza termin High-End. Zanim jednak zmierzymy się z samym topem topów, w ramach rozgrzewki postanowiliśmy zaprzyjaźnić się ze „średniopółkową” końcówką mocy – Dan D’Agostino Progression Stereo.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Gryphon Audio Antileon EVO Stereo vs Mephisto Stereo

Opinia 1

O tym, że mężczyźni to duże dzieci słyszeliśmy od naszych Pań nie raz i nie dwa. Do mniej lub bardziej dyskretnych uśmieszków na widok naszej ekscytacji nowymi zabawkami też zdążyliśmy się już przyzwyczaić. W końcu natury nie da się oszukać, więc zamiast dyskutować z faktami lepiej przejść nad nimi do porządku dziennego a zaoszczędzony czas poświęcić na … dalsze kultywowanie naszego hobby. Wprowadzając powyższą ideę w czyn postanowiliśmy z Jackiem urządzić sobie audiofilski dzień „dużego dziecka” i z czysto hedonistycznych pobudek zorganizowaliśmy serię … literacko – spirytystycznych seansów, do udziału w których zaprosiliśmy duńskie inkarnacje mitycznego syna Heraklesa i Prokris (jednej z … pięćdziesięciu Tespiad – córek Tespiosa i Megamedy), oraz jednego z siedmiu wielkich książąt piekieł. Jeśli kogoś powyższa lista gości wprowadziła w lekką konsternację czym prędzej uspokajam, że zalecane przez lekarzy specjalistów medykamenty przyjmujemy regularnie, z konsumpcją szkockich destylatów nie przesadzamy, a pod enigmatycznymi deskrypcjami kryją się mające już na naszych łamach swoje przysłowiowe pięć minut dwa ultra high-endowe, sygnowane przez Gryphon Audio, wzmacniacze mocy – Antileon EVO Stereo i Mephisto Stereo.
Po co komu taka powtórka z rozrywki? Po pierwsze, jak już zdążyłem nadmienić, tym razem jednogłośnie postanowiliśmy zrobić coś ku własnej uciesze, a po drugie bądźmy szczerzy – zrezygnowaliby Państwo z nadarzającej się okazji niezobowiązującego, kilkutygodniowego użytkowania Lamborghini Huracán i Aventador wraz z nieograniczonym dostępem do Autodromo Nazionale di Monza? Ano właśnie. Nam również taka ewentualność nawet nie przeszła przez myśl, więc w momencie, gdy tylko łódzki Audiofast – dystrybutor marki, dał zielone światło a obie końcówki znalazły się w naszym zasięgu czym prędzej się nimi zaopiekowaliśmy.

Ponieważ zarówno kwestie aparycji, natury konstrukcyjnej, jak i finansowej mamy niejako z głowy, gdyż pochyliliśmy się nad nimi w ramach wcześniejszych publikacji, tym razem pozwolę sobie na dość swobodne podejście do tematu i zwrócenie Państwa uwagi na pewne niuanse różniące tytułowe piękności. Jednak z wrodzonej przekory bynajmniej nie mam zamiaru z aptekarską dokładnością dzielić włosa na czworo roztrząsając wyższość oddawanych w czystej klasie A 175W Mephisto nad 150W Antileona, czy też dwudecybelowej (81 vs 83dB) różnicy odstępu od zakłóceń, lecz skupię się na walorach natury nazwijmy to użytkowej. Nie da się bowiem ukryć iż oba Gryphony, choć prezentują się wprost obłędnie, są urządzeniami o dość absorbujących gabarytach i pomimo utrzymania ich brył w ponadczasowej i eleganckiej a przy tym podobno wyszczuplającej czerni warto mieć ten drobiazg na uwadze. I tak, czego może nie widać na naszych wszystkich zdjęciach, Mephisto jest o pięć centymetrów szerszy od Antileona (57 vs 52 cm), osiem centymetrów niższy (26 vs 34 cm) i aż 11 cm krótszy (60 vs 71 cm). Powyższe detale w sposób oczywisty przekładają się również na wagę obu wzmacniaczy i o ile z 84 kg Antileona jeszcze można sobie we dwóch poradzić, o tyle 108 kg Mephisto jest już sporym wyzwaniem logistycznym nawet dla trzech chłopa, gdyż ze względu na wrażliwość akrylowego frontu i ostre krawędzie radiatorów trzeba się z nim obchodzić niezwykle delikatnie.
A właśnie. Nie wiem jak w Państwa oczach, lecz przynajmniej wg. mnie „mniejsza”, choć zdecydowanie bliższym prawdzie określeniem byłoby „mniej duża”, końcówka swym designem nieco bardziej zabiega o atencję odbiorcy. Nie dość bowiem, że jej bryła jest na swój sposób bardziej dynamiczna, czy też dzięki groźnie nastroszonym piórom potężnych radiatorów, wręcz nieco agresywna, to po prostu więcej się tam dzieje. Sugestywnie wysunięty panel sterowania, czy też ozdobione firmowym gryfem monstrualne wieko podprogowo sugerujące rozmiar ukrytego pod nim transformatora nie pozwalają na obojętność. Z kolei iście monolityczna bryła Mephisto wydaje się istną oazą stoickiego (ostatecznego?) spokoju a jedynym akcentem wzorniczym podkreślającym jego potęgę jest przecinająca płytę górną karbowana osłona „wału napędowego” (analogia do napędu na wszystkie koła Lamborghini aż nadto czytelna ;-) ).

Zanim podejmę próbę opisania jak obie mityczne bestie wypadają względem siebie brzmieniowo pragnę podkreślić jedną, acz szalenie istotna kwestię. Chodzi bowiem o to, iż trzeba mieć świadomość pułapu na jakim się poruszamy. Pułapu będącego dla większości nieosiągalnym celem i spędzającym sen z powiek nierealnym marzeniem. Podobnie z resztą jak przewijające się w niniejszej epistole włoskie turladełka. Niezależnie bowiem na które z nich moglibyśmy sobie pozwolić i tak i tak czulibyśmy się jakbyśmy Pana Boga za nogi złapali a zaobserwowane różnice należy rozpatrywać jedynie z perspektywy własnych preferencji i upodobań a nie autorytatywnych sądów co jest lepsze a co gorsze. I tak w tym bratobójczym starciu brzmienie Antileona zaskakuje, gdyż w pierwszej chwili wydaje się, iż niższy model gra dźwiękiem większym i potężniejszym aniżeli starsze rodzeństwo. Jest przy tym może nie zdecydowanie, lecz zauważalnie ciemniejszy i dobrawiony delikatną nutką „lampowego ciepła”. Urzeka organiczną muzykalnością roztaczając wokół siebie aurę sukcesu, zwycięstwa i luksusu. Niczym hollywoodzka gwiazda tu błyśnie okiem, tam olśni uśmiechem, dając jednocześnie jasno do zrozumienia, że pod tym płaszczykiem nienagannych manier drzemie prawdziwa bestia gotowa w każdej chwili rozerwać rywala na strzępy. Coś w stylu marvelowskiego Hulka, jednak egzystującego nie w pulchnym ciele Bruce’a Bannera a co najmniej rozważanego jako następne wcielenie Agenta 007 Idrisa Elby. Świetnie, znaczy się możliwie sugestywnie i namacalnie uniwersalność Antileona pokazywała ścieżka dźwiękowa do „Gladiatora” autorstwa Hansa Zimmera. Eteryczny i oniryczny wstęp („Progeny”) delikatnie pieścił zmysły roztaczając prawdziwe hektary przestrzeni, wraz ze zwiększaniem napięcia i dramatyzmu („The Wheat”), a tym samym rozbudowywania instrumentarium do głosu dochodziła iście zwierzęca dzikość końcówki, której ujście dał epicki „The Battle” z charakterystycznym, wgniatającym w fotel tutti The Lyndhurst Orchestra. Krótko mówiąc pełnia szczęścia zarówno przy tzw. grze ciszą i sennym klimatem, po istną ścianę dźwięku.

Z kolei Mephisto akcent stawia na transparentność dyskretnie usuwając się w cień, udanie starając się wcielać w życie ideę „drutu ze wzmocnieniem”. Jednak jego nieobecność jest tylko pozorna, gdyż świat muzyczny jaki kreuje niebezpiecznie zbliża się do perfekcji a dokładnie perfekcyjnej i absolutnej nad nim … kontroli. Jeśli bowiem podczas odsłuchu Antileona wydawać by się mogło, że przykładowo nad najniższymi składowymi w okolicach czwartej minuty utworu „Tlon” z „Khmer”  Nilsa Pettera Molværa uzyskaliśmy pełnię władzy, to po przesiadce na starszego brata jasnym było, że tylko tak nam się wydawało. Podobnie jest z symfoniką, na której dzięki fenomenalnej rozdzielczości wgląd w strukturę nagrania potrafi w pierwszej chwili oszołomić. Nie dość bowiem, iż jesteśmy w stanie objąć wzrokiem i kolokwialnie mówiąc ogarnąć zmysłami cały aparat wykonawczy, to nagle dostępujemy zaszczytu zrozumienia fenomenu bycia dyrygentem. Jednak nie chodzi bynajmniej li tylko o ekstatyczne wymachiwanie batutą, lecz o zdolność wyekstrahowania z kilkudziesięcioosobowego składu poszczególnych muzyków i ich mniej, bądź bardziej udanych partii. Mephisto udostępnia nam bowiem coś na kształt, posługując się fotograficzną analogią, dźwiękowego „zooma”, którego ogniskową sterujemy według własnych upodobań, czy też potrzeby chwili. Dzięki temu bez większych oporów jesteśmy w stanie nie tylko przebrnąć, co przede wszystkim zrozumieć geniusz kompozycji, które do tej pory, czy to ze względu na ich złożoność, czy też własne uprzedzenia omijaliśmy szerokim łukiem. Weźmy na ten przykład tzw. „współczechę” i nieco mniej melodyjne odłamy jazzu, po które sięgają jedynie co bardziej doświadczeni słuchacze. Nie mówię, żeby od razu rzucać się na jakieś karkołomne kompozycje w stylu „Wölfli-Kantata” Marcusa Creeda, bądź nawet free-jazzowe improwizacje rodem z „Improvised Music New York 1981” dream teamu w składzie Bill Laswell, Sonny Sharrock, Derek Bailey, Fred Frith, John Zorn, lecz na początek w zupełności wystarczy fenomenalny album „Henryk Górecki: Symphony No. 3 (Symphony Of Sorrowful Songs)” w wykonaniu Beth Gibbons (tak, tak, to właśnie ta pani z Portishead) i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod dyr. Krzysztofa Pendereckiego. Chodzi jedynie o fakt przełamania i zanurzenia się w nieco mniej „komercyjnych” dźwiękach, których autentyczność i surowość nie tylko poszerzy nasze muzyczne horyzonty, co udowodni, że piękno niejedno ma imię.
Ponadto sposób prezentacji oferowany przez Mephisto wcale nie polega na dosłownym pokazywaniu palcem, czy też subiektywnej ocenie, na co powinniśmy w danym momencie zwracać uwagę. Gryphon jedynie ze stoickim spokojem serwuje nam pełnię informacji absolutnie nie ingerując tak w sposób, jak też tempo ich przyswajania i miejsce obserwacji. Nie stara się jak Antileon uatrakcyjnić i podkręcić atmosfery nagrania, nie pręży zalotnie muskułów a tym samym też nie próbuje nawet w najmniejszym stopniu pomóc tym realizacjom, które na ową pomoc po cichu pewnie liczą. To tak, jakby z poziomu mistrzowskich drużyn NBA (vide Antileon), czyli i tak będących poza zasięgiem reszty światowego basketu, awansować do jeszcze nieistniejącej ligi, w której „zwykłych” zawodników zastąpią ultra-doskonałe cyborgi, bądź odpowiednio zmutowane „klony” największych gwiazd. Absurd? Utopia? Możliwe, jednak Mephisto, będąc klasą sam dla siebie, stawia na transparentność i obiektywizm, które w jego wydaniu oznaczają po prostu prawdę.

Podsumowując powyższy zbiór wybitnie subiektywnych obserwacji i dygresji z przykrością muszę stwierdzić, iż wybór pomiędzy Antileonem EVO a Mephisto jest równie bolesny i na swój sposób kuriozalny, jak próba wytypowania tej jedynej z kultowego zdjęcia „The Supers” nieodżałowanego Petera Lindbergha. Niby jakbyśmy nie zdecydowali i tak będziemy w przysłowiowym siódmym niebie, jednak żal z niewybrania reszty podświadomie mąci pełnię szczęścia i błogość audiofilskiej nirwany. Całe szczęście pocieszający, przynajmniej z naszego punktu widzenia, jest fakt, iż na podobny dylemat mogą sobie pozwolić jedynie nieliczni szczęśliwcy, chociaż z drugiej strony … zarówno Państwu, jak i sobie samym życzymy tylko takich powodów do zmartwień.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Dzisiejsze wydarzenie nie miało na naszym portalu precedensu. O co chodzi? Otóż nigdy nie zdarzył się przypadek, aby w Soundrebels-owej samotni w jednym czasie pojawiły się dwie topowe konstrukcje jednego brandu. Ale nie w celach czasowego przetrzymania przed odbiorem przez dystrybutora, tylko jako próba zderzenia dwóch spojrzeń na tę samą muzykę przez pryzmat znacznych różnic cenowych, oraz jako skutek minimalnych i całkowicie pozbawionych jakiegokolwiek bytu produkcyjnych kompromisów. Jednakże zapewniam, nie było to szukanie tak zwanej dziury w całym, tylko może zabrzmi to jak czyste szaleństwo, ale akurat w moim przypadku chodziło o weryfikację, czy różnica w cenie pomiędzy stojącą na drugim stopniu podium portfolio marki Gryphon Audio stereofoniczną końcówką mocy Antileon, a tak zwanym numerem jeden, również stereofoniczną końcówką Mephisto, jest wytłumaczalna przyrostem jakości dźwięku. Jaka to kwota? Nie pytajcie, gdyż nie od dzisiaj wiadomo, że bezkompromisowość kosztuje. Jeśli mimo wszystko jesteście ciekawi, owe dane znajdziecie w stosownych testach poszczególnych komponentów. Zatem nie przedłużając tego monologu skupię się jedynie na będących punktem zapalnym dzisiejszego spotkania aspektach.

Idąc za informacjami producenta, Mephisto w ofercie pojawił się jako pierwszy. To był zbierający obecnie żniwo, z założenia pozbawiony ograniczeń finansowych projekt, który mimo siedmioletniego stażu na rynku nadal mówiąc kolokwialnie, psuje konkurencji krew. Niestety z racji, że brak oglądania się na koszty ma swoje reperkusje w cenie komponentu, trochę ratując od lat znany projekt i po trosze łatając znaczną dziurę w cenniku pomiędzy niżej stojącym w tamtym czasie modelem Diablo, kilka lat później została powołana do życia najnowsza odsłona mrocznego weterana – Antileona. To naturalnie zmusiło projektantów do cięcia kosztów w kilku strategicznych dla dźwięku miejscach, jednak nadal miał to być, a po tych kilku już latach istnienia wiemy, iż jest bardzo mocno stojący na straży jakości dźwięku produkt. Skąd to wiem? Na podstawie poczynionych testów. Jednak najbardziej dogłębne testy przedzielone nawet krótkim odstępem czasu są pewnego rodzaju ocenami korespondencyjnymi i nie pozwalają na złapanie najdrobniejszych z niuansów, dlatego też zadbaliśmy, aby na tapecie w jednym czasie pojawiły się obydwie, dla uniknięcia pisania czegoś z pamięci, przełączane w najkrótszym jaki można wygenerować czasie, duńskie konstrukcje.

Jako, że Antileon przybył pierwszy, rozpocznę od niego. Aplikacja numeru dwa z oferty Duńczyków w mój zestaw zaowocowała rzadko spotykaną energią grania całego przekroju pasma. Od najniższych rejestrów, przez środek, po wysokie tony, muzyka aż kipiała soczystością, drajwem i świetną witalnością. Dolny zakres przy pełnej kontroli trząsł moim pomieszczeniem, środek kreował „jak żywych” wokalistów, a wysokie tony nadawały całości zjawiskowej witalności i napowietrzenia. Przyznam szczerze, że sporo sprzętu u siebie przerzuciłem, ale z taką prezentacją spotkałem się tylko kilka razy. To była feeria niezapomnianych przeżyć. I nie było znaczenia, jaką muzykę włożyłem do napędu, bowiem począwszy od elektroniki, przez rock, po jazz i muzykę dawną, wszystkie nurty czerpały z tego śmiało mogę powiedzieć, zjawiska pełnymi garściami. Było mocno podczas sejsmicznych pomruków zespołów typu Massive Attack, jednak z pokazaniem, że ów dźwięk mimo swojej zjawiskowej energii cały czas wibruje, a nie leje się niczym lawa. Muzykalnie i do tego bardzo rozdzielczo na środku w zderzeniu z wszelkiego typu instrumentarium drewnianym i wokalizą – twórczość Jordi Savalla. I jakże fenomenalnie świeżo i swobodnie przy zawieszaniu, tak zawieszaniu, a nie sztucznym kreowaniu skrzących się perkusjonaliów i ogólnej atmosfery wydarzenia muzycznego. Nic tylko siedzieć i słuchać. Tym bardziej, że przytoczone niuanse znacznie poprawiły w domenie namacalności już świetnie wcześniej prezentowaną u mnie wirtualną scenę. Bez zderzenia się sam na sam, to co przeżyłem ciężko jest oddać w tekście, jednak dla uwierzytelnienia przywołanych zjawisk powiem tylko, że pierwszy raz po siedmiu latach w pełni satysfakcjonującego użytkowania końcówki mocy Reimyo, w ośrodku zarządzania ciałem zaiskrzyła mi myśl typu: a może by tak …? To było na tyle zaskakująco pozytywne uderzenie soniczne, że bez oglądania się na konsekwencje dla psychiki oświadczyłem dystrybutorowi, iż na Antileonie moja przygoda z Gryphonem nie może się zakończyć. Takim oto sposobem po kilku tygodniach dotarł dostojny Mephisto. I?

Kurczę, jakby to powiedzieć. Nie wiem na co liczyłem. Że zmiany będą na poziomie niuansów, Że nawet jeśli coś będzie znacznie lepiej, to gdzie indziej będzie gorzej. Naturalnie, przecież człowiek w swej próżności szuka jakiś podszytych cichymi marzeniami absurdalnych wytłumaczeń. Cóż oznaczają powyższe wymówki? Nie wiem, czy to jest dobra, czy zła wiadomość, bowiem jej pozytywny lub negatywny wydźwięk zależeć będzie od zasobności Waszego portfela. A przypominam, dopłata jest znaczna. Tak prawdę mówiąc nie interesuje mnie, jak odbierzecie tę opinię, ale z pełną świadomością stwierdzam, iż różnica w cenie pomiędzy obydwoma konstrukcjami jest w pełni uzasadniona. Powód? Prosty. To nie jest kosmetyczne potraktowanie jakości dźwięku, tylko jego całkowite przewartościowanie i to w każdym, powtarzam w każdym aspekcie. Począwszy od rozdzielczości, przez zwiększenie rozmachu budowania sceny, po znaczną poprawę mikro i makrodynamiki, a wszystko przy jeszcze wierniejszym prawdzie oddaniu każdego z podzakresów częstotliwościowych. Bas schodzi znacznie niżej, jest lepiej kontrolowany, co przekłada się na większą dawkę informacji. Środek dzięki plastycznie podanej artykulacji dostaje dodatkowej, tak poszukiwanej przez melomanów tkanki łączącej poszczególne nuty. Zaś najwyższe rejestry kreują nieprzebrane połacie przestrzeni. Jednym słowem, przesiadkę z Antileona na Mephisto można nazwać zjawiskiem, a nie drobną zmianą punktu widzenia. Nie będę w tym przypadku przytraczał konkretnych przykładów płytowych, gdyż mogłoby to być odebrane jako słodzenie i nadmierne nadmuchiwanie tekstu. Powiem tylko tyle, że to słychać już od pierwszego dźwięku. To jest dosłownie uderzenie nowym wymiarem jakości, a nie czarowanie tym, czy innym artefaktem. Czy tak wypada przesiadka u każdego producenta? Nie mam bladego pojęcia, gdyż nie dane nam było czegoś podobnego spróbować. Jeśli się kiedyś wydarzy, nie omieszkamy o tym wspomnieć Tymczasem, jeśli jesteście zainteresowani jedną z dwóch wspomnianych pozycji z oferty marki Gryphon Audio, a z jakiś powodów możecie mieć problem z wygenerowaniem dodatkowej gotówki na topowy model, nie powielajcie moich błędów, gdyż po takiej konfrontacji życie nie będzie już takie jak kiedyś. Zamęczą Was dylematy. Jeśli jednak środki płatnicze NBP nie są tematem spędzającym Wam sen z powiek, Mephisto wydaje się być jedyną droga do osiągnięcia stanu błogości podczas obcowania z muzyką.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Gryphon Audio Mephisto

Link do zapowiedzi: Gryphon Mephisto Stereo

Opnia 1

Nie od dzisiaj wiadomo, iż w żargonie konstruktorów związanych z praktycznie każdą dziedziną naszego życia bardzo popularne jest powiedzenie „lepsze jest wrogiem dobrego”. Naturalnie założenia pchające pomysłodawcę do zmian zazwyczaj związane są z poprawą istniejącego stanu rzeczy, jednak w zderzeniu z prozą życia owa ewolucja często ma się nijak do samej idei zmiany na lepsze w stosunku do stanu wyjściowego. Tak też bardzo często dzieje się na naszym, audio podwórku, gdzie następca konkretnego modelu w imię nieco lepszego wyniku w jednej kwestii potrafi stracić na wielu innych obszarach. I nie ma znaczenia na jakim pułapie cenowym przyjrzymy się temu procederowi, zawsze znajdziemy idealnie wpisujący się w powyższy wywód przypadek. W jakim celu wplatam tę ogólnie znaną prawdę w dzisiejszy tekst? Trochę na przekór zaistniałej sytuacji, bowiem ta recenzencka batalia nie będzie mierzeniem się z próbą poprawiania czegokolwiek, tylko zderzeniem z powstałym jako punkt odniesienia dla stereofonicznych końcówek mocy duńskiej marki, Gryphonem Mephisto. Będzie to też okazja do weryfikacji co i w jakim stopniu inżynierowie wspomnianego brandu poświęcili z wzorca w imię zaproponowania klientom stojącego oczko niżej w portfolio, jednak jak można przekonać się po analizie niedawno przeprowadzonego testu, fantastycznie prezentującego się sonicznie Antileona. Reasumując, na bazie dzisiejszego spotkania przyjrzymy się nie ewolucji – będąca zarzewiem niniejszej recenzji topowa konstrukcja powstała jako pierwsza, tylko sumie drobnych strat w obszarze jakości dźwięku tańszego Antileona w stosunku do opisywanego dzisiaj, nieco wyprzedzając fakty w moim odczuciu w każdym calu fenomenalnego Mephisto. Jak można się domyślić, urządzenie do testu wraz z niezbędną ilością rąk dbających o bezpieczną logistykę zapewnił stacjonujący w Łodzi Audiofast.

Zakładam, iż większość czytelników obserwujących nasz portal już od pierwszego rzutu okiem zorientowała się, że Gryphon Mephisto jest prawdziwym monstrum. 108 kilogramów wagi, przy niebagatelnych wartościach szerokości, wysokości i co najważniejsze głębokości, czyni go potworem sprawiającym problem nie tylko podczas procesu aplikacji w systemie, ale samego miejsca spoczynku. Co prawda z racji przymiarki do swojego zestawu codziennego, po kilkuletnim nabieraniu zaufania do stacjonującego u mnie stolika i niezbędnym wykonaniu znaku krzyża, posadowiłem go na górnej półce. Jednak Was, jako potencjalnych klientów, lojalnie ostrzegam – z Duńczykiem nie ma żartów i lepiej przygotować dla niego miejsce na uzbrojonej w platformę antywibracyjną podłodze.
Przechodząc do opisu wyglądu rozpoczniemy od awersu, który będąc nieco spokojniejszym wizualnie aniżeli u młodszego brata (Antileona) ozdobiono ulokowanymi na bokach dwoma grubymi płatami czernionego akrylu, pomiędzy nimi pionowo użebrowanym panelem z aluminium, a całość przełamano poprzeczną belką z ukrywającymi się w jej centrum nie tylko sensorami uruchamiającymi daną funkcję typu: ON/OF, MUTE, CHECK i trzy rodzaje BIAS’u, ale również kilkoma migającymi podczas uruchamiania końcówki mocy piktogramami typu zgodność fazy i potwierdzenie prawidłowości procesu testu wszelkich sekcji urządzenia przed startem. Lot ptaka nad głównym tematem dnia odkrywa przed nami zajmujące całe połacie bocznych ścianek, do tego głębokie radiatory – urządzenie podczas wykorzystywania największego podkładu biasu dla tranzystorów wyjściowych znacznie się nagrzewa, a także przedzielone wertykalnie lekko użebrowanym półwalcem, oferujące podłużne otwory wentylacyjne dla zawartej we wnętrzu elektroniki wykonane w technice drapanego aluminium dwa płaty górnej części obudowy.
Tył spełniając zadania typowej końcówki mocy oprócz solidnych rączek ułatwiających proces przenoszenia proponuje nam jedynie symetrycznie rozlokowane – konstrukcja pełne dual mono, co przy purystycznym podejściu konstruktorów wymusza na posiadaczu użycie dwóch kabli zasilających – pojedyncze wejścia liniowe XLR, również jeden komplet terminali kolumnowych i w odpowiedzi na konstrukcję dwóch wzmacniaczy w jednej obudowie podwojone włączniki główne, dwa gniazda bezpieczników i tyleż samo gniazd zasilania. Tak prezentujący się przedmiot pożądania przez wielu melomanów spoczywa na czterech solidnych stopach. Ok. Tak Mephisto wygląda, jednak nie mniej intrygująco prezentująsię jego trzewia. Oczywiście z racji dostępności wszystkiego w sieci od ręki nie będę przelewał na klawiaturę pełnego pakietu danych, tylko odsyłając po dokładne dane na stronę dystrybutora przywołam na tapet kilka najważniejszych atutów. Jakich? Pierwszym i w moim odczuciu w tym przypadku najistotniejszym jest praca w zdecydowanej większości mocy w klasie „A”. Kolejnym jest brak globalnego sprzężenia zwrotnego. Następnym przy oddaniu mocy w tak zwanym piku na poziomie 6 000W przy 0.5 Ohm na kanał, oferta normalnej pracy to 175W/8 Ohm na kanał. I na tych kilku punktach zakończę moją wyliczankę. Powód? Znający się choćby zdawkowo na rzeczy miłośnicy muzyki zrozumieją, iż mamy do czynienia z produktem z wysoko postawioną technologiczną poprzeczką. Jednak zapewniam wszystkich zainteresowanych nieznających meandrów tego typu rozwiązań, nie są to jedyne atuty rzeczonej konstrukcji, bowiem idąc za informacjami producenta założona już podczas procesu projektowania wyjątkowość produktu pod każdym względem od wyglądu, przez jakość wykonania, po bezkompromisowy dźwięk, zmusiła go do wykonania całości przy użyciu spełniających najwyższe standardy specjalnie wyselekcjonowanych podzespołów.

Będąc konsekwentnym w oddaniu pełnego pakietu istotnych dla Was danych na temat Mephisto nie mogę nie odnieść się do akapitu rozbiegowego i wspominanego w nim Antileona. Jak wynika z niedawno opublikowanego testu, młodszy brat grał zjawiskowo, czyli swobodnym, z dobrym timingiem, barwą, masą i pełnym pakietem informacji dźwiękiem. To było bardzo rzadko występujące u mnie zjawisko. I bez znaczenia był fakt posiadania łatwych do wysterowania kolumn, bowiem zazwyczaj mimo wyśmienitych wyników całości prezentacji, konkurencji brakowało kropki nad „i” w domenie basu. Tymczasem Antileon nad wszystkim wydawał się panować bez najmniejszych problemów i grał zjawiskowo w każdym aspekcie. Dlaczego w poprzednim zdaniu mimo świetności opisanych występów padł zwrot „wydawał się”? Otóż jak to zwykle bywa, nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Co to oznacza w przypadku porównywanych końcówek mocy? Otóż gdybym miał obrazowo opisać sposób prezentacji słabszego piecyka, powiedziałbym, iż Antileon przy całej fantastyczności jawił się w moich oczach jak kogucik. Do czego piję? Otóż zawsze szukał okazji, aby mnie do siebie przekonywać. Raz pociągnął trochę dłużej bas, by innym razem z tylko znanych mu powodów mocniej zaświecić w górze pasma. To naturalnie w konsekwencji odbierałem jako fantastyczne artefakty soniczne, ale było to usilne szukanie mojego poklasku, za co zazwyczaj w duchu go chwaliłem, jednak co dla niektórych mogło być powodem do kręcenia nosem. Tymczasem Mephisto pokazał to wszystko w sposób znacznie bardziej wyrafinowany. Bas schodził niżej, przy o dziwo jeszcze lepszej kontroli, średnica okazała się być nieco masywniejsza, ale ze znanych tylko konstruktorom przyczyn bardziej informacyjna, a najwyższe rejestry w przypisany najlepszym konstrukcjom sposób mimo unikania szukania poklasku wyskakującymi z kapelusza ćwierkaniami, dawały pokaz niedoścignionej maestrii w zakresie rozdzielczości i napowietrzenia przekazu. Reasumując grał ciemniej, a przez to bardziej dumnie, jednak znacznie wyraziściej, z lepszą kontrolą, a przez to z większą klasą od młodszego brata. Robił to na tyle zjawiskowo, że mimo niechętnego odkrywania swoich słabych kart jestem w stanie stwierdzić, iż bez najmniejszego problemu obnażał ograniczenia moich kolumn w reprodukcji basu. Jednak nie uwypuklał ich braków – wszystko wypadało fenomenalniej, tylko przy odpowiednim materiale muzycznym wręcz pokazywał palcem, na jakie kompromisy zdecydowali się austriaccy producenci moich ISIS-ów w walce o ich wysoką skuteczność, czyli ustalenie maksymalnego poziomu zejścia kolumn w dolnym zakresie. Ale zapewniam, takiej muzy jest niewiele, dlatego też dla mnie nie miało to najmniejszego znaczenia,

A jak tajemniczy Mephisto wypadał z konkretnymi przykładami muzycznymi? Ów przegląd rozpocznijmy od najnowszego krążka Adama Bałdycha „Sacrum Profanum”. Zwyczajowo dla tego artysty mamy aranżacje jazzowe za to z dużym udziałem kolokwialnie mówiąc świetnie obsługiwanych przez niego skrzypiec. Jednak nie barwa skrzypiec, czy innego instrumentarium z ich bardzo czytelną lokalizacją na scenie były czarnym koniem tego materiału. Otóż dotychczasowe kilkunastokrotne odtworzenia tej płyty, wkomponowany w otwierający tę kompilację utwór wielki bęben pokazywały jako bliżej nieokreśloną feerię pomruków ze znikomym pakietem danych o ich przyczynie. Tymczasem punkt zapalny naszego spotkania przy muzyce nie dość, że pokazał krotność i z jaką częstotliwością bębniarz walił w membranę bębniszcza, to jeszcze przybliżył mi materiał osnuwający pałkę i zjawiskowo pokazał owe ataki pałki na membranę jako w pełni kontrolowane, a przez to ciekawie rozebrane na pojedyncze fale dźwiękowe artefakty. Zapewniam Was, tę prezentację pierwszy raz odebrałem jako muzyczne zjawisko, a nie jako nadającą nagraniu mistyczności perkusyjną przeszkadzajkę. Kolejnym przykładem umiejętności przybliżania słuchacza do absolutu była twórczość znanej z moich tekstów Koreanki Youn Sun Nah z płyty „Lento”. Z tej pozycji również wybiorę pierwszy kawałek, bowiem tak fenomenalnie naszpikowanego informacjami mimiki twarzy i gardła artystki, przy uniknięciu najmniejszego przerysowania ich w odbiorze dotychczas nie udało mi się usłyszeć. Gdy zaistniała taka potrzeba, piękna diva czarowała mnie fenomenalną soczystością każdej frazy, by za moment wyposażonym w najdrobniejszy niuans dźwiękowy, będącym wariacją harfy instrumentem, zostać brutalnie smagniętym wyrazistym szarpnięciem jednej ze z jego strun. To było połączenie wody z ogniem, czyli na przemian otulanie mnie gładkością, soczystością i namacalnością wokalu z ostrą kreską bardzo długo wybrzmiewających w czasie, wyrazistych w domenie krawędzi strunowych alikwot. A to tylko przedbiegi oferowanego przez Duńczyka soundu, gdyż w przeciwieństwie do wielu piecyków konkurencji znakomicie radził sobie również w ciężkiej muzie i elektronice. Nie było znaczenia, czy mierzyłem się z rasowym metalem spod znaku Slayera, czy Metallicy, wszystko podane było na tacy. Nagrania studyjne przy pełnej kontroli i znakomitej czytelności każdego z podzakresów bez najmniejszego problemu potrafiły pokazać wizję realizatora w kwestii wyimaginowanej w jego głowie lokalizacji artystów pomiędzy kolumnami, zaś płyty stricte koncertowe wykorzystując najważniejszy atut opiniowanej końcówki mocy w postaci kreowania bezkresnej głębi z trudem mieściły się w moim, przecież sporym pomieszczeniu. Nie znalazłem płyty, która zabrzmiałaby w inny niż fantastyczny sposób. Podobnie było z muzą elektroniczną, z tą tylko różnicą, że ta z racji generowania sztucznych, często nieosiągalnych dla zwykłego instrumentu niskich poziomów basu, czasem pokazywała wspomniane przeze mnie wcześniej ograniczenia kolumn. Ale i w tym przypadku były to sporadyczne dźwięki, które notabene tak jak wszystkie wyszczególnione w tekście aspekty udowadniały fantastyczność grania wzmocnienia z Danii, a nie braki w jego zejściu. Owszem, sztucznie, czyli przedłużając bas można byłoby coś w tej materii powalczyć, jednak to byłoby ze szkodą dla jego szybkości i rozdzielczości, na co nie mogli pójść tworzący wzorzec dźwięku dla marki duńscy konstruktorzy Mephisto.

Wiem, rozpisałem się na maxa. Ale gdy zderzam się z czymś wyznaczającym dotychczas nieosiągalne standardy, nie mogę inaczej podejść do tematu, jak zdać czytelnikom pełną emocji relację z odsłuchów. Tak tak, pełną emocji, czego ewidentnym dowodem jest wielokrotne używanie superlatyw, a nie pozbawionych głębszych uczuć – bez względu jak to odbierzecie – przymiotników. Czy przedstawiona w powyższych akapitach stereofoniczna końcówka mocy Gryphon Mephisto jest dla każdego melomana? Bez najmniejszych oporów powiem tak. Powód? Na tle Antileona jest do bólu równa, nieco ciemniejsza, ale bardziej rozdzielcza, co czyni ją pewnego rodzaju pewniakiem w praktycznie każdej konfiguracji. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż na tym pułapie cenowym do głosu dochodzą naprawdę drobne niuanse, co w przypadku prób na własnym podwórku może być ewentualnym powodem do decyzji innej niż zakupowa. Ale z pełną odpowiedzialnością zapewniam Was, spędzony z Mephisto czas nie tylko w moim przypadku, ale również w Waszym pozostanie czymś, czego próżno spodziewać się u wielu konkurentów, a sama decyzja zakupu lub rezygnacji będzie pokłosiem oczekiwań nie tylko Waszych, ale również posiadanej układanki, na co Duńczyk nie ma już wpływu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kiedy recenzowaliśmy Antileona wydawało nam się, że złapaliśmy samego Pana Boga za nogi i śmiało mogę przyznać, że w 100% mieliśmy rację. Rację odnośnie tego, że jedynie nam się wydawało, gdyż po prostu i najzwyczajniej w świecie brakowało nam odpowiedniego punktu odniesienia. Okazało się bowiem, iż pomimo pławienia się w nieraz ekstremalnych odmętach High-Endu, cały czas może nie tyle ślizgaliśmy się po powierzchni, co nie zdawaliśmy sobie sprawy, co tak naprawdę owa referencja powinna znaczyć. Kolejne odsłuchy, wystawy i testy podnosiły poprzeczkę naszych oczekiwań, budowały bazę doświadczeń i poniekąd ugruntowywały naszą wiarygodność (nietrudno przecież popaść w zachwyt nad czymś z pułapu 50 kPLN mając do tej pory doświadczenie jedynie z budżetowymi urządzeniami), jednak cały czas brakowało przysłowiowej kropki nad „i”, czegoś co moglibyśmy jednogłośnie z Jackiem uznać za swoistą referencję i punkt odniesienia dla dalszych eksploracji. Całe szczęście błysk w oku dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, po tym jak skomplementowaliśmy Antileona miał swój ciąg dalszy i tym oto sposobem, po nieco ponad trzech miesiącach, mamy przyjemność zaprezentować Państwu nasze refleksje związane z eksploatacją topowego stereofonicznego wzmacniacza mocy Gryphon Audio Mephisto. Serdecznie zatem zapraszamy na pierwszy polski test tej duńskiej referencji.

Odkąd sięgam pamięcią, przynajmniej jeśli chodzi o elektronikę, zarówno pod wodzą Flemminga Erika Rasmussena, jak i obecnie, Gryphony dostępne były (bodajże jedynie z wyjątkiem Head Amplifiera z 1987r) i są, podobnie jak w swej początkowej fazie produkcji Tin Lizzy w jedynie słusznym kolorze. Wszystkim nieobeznanym w arkanach motoryzacji winien jestem wyjaśnienie, iż przydomek „Tin Lizzie” (blaszana Elżbietka) nosił legendarny Ford T, który zgodnie z mottem Henry’ego Forda „dostępny jest w każdym kolorze, pod warunkiem że będzie to kolor czarny”. I tak też jest z Mephisto, z jednym drobnym wyjątkiem, o czym dosłownie za chwilę.
Niby zwykło się mawiać, że czarny wyszczupla, lecz nie da się ukryć iż korpus tytułowej końcówki mocy jest po prostu monstrualny i jakby się nie starać będzie absorbować uwagę swoją obecnością. Jednak w przeciwieństwie do Antileona tym razem jego konstruktorzy już nie silili się na designerskie smaczki w postaci ozdobnego wieka trafa, czy misternie wkomponowanego we front trapezoidalnego panelu sterowania. O nie, Mephisto to prawdziwa, dzika bestia, która jedynie dziwny zbiegiem okoliczności opuściła laboratorium w Ry, gdzie pełniła pozornie niewdzięczną rolę aparatury badawczej. Jej front, zgodnie z odwieczną tradycją zdobią masywne płaty czernionego akrylu, które tym razem przedzielono pionowym grzebieniem radiatorów a prawdopodobnie dla zachowania firmowej spójności, wzorem Diablo 300, ekran i stosowne sensory umieszczono na poprzecznej masywnej aluminiowej sztabie z precyzyjnie wkomponowanym kolejnym płatem akrylu skrywającym wspomniane interfejsy. Za jedyną wzorniczą ekstrawagancję można uznać biegnący przez środek pokrywy górnej swoisty „wał”, bądź coś na kształt sklepienia tunelu rozdzielającego dwa całkowicie niezależne moduły prawego i lewego kanału. Ściany boczne zastąpiono potężnymi radiatorami, co biorąc pod uwagę oddawaną w czystej klasie A przez 40 wysokoprądowych tranzystorów moc 175W na kanał nie powinno dziwić.
Przechodząc na zaplecze napotykamy wspomniany na wstępie wyjątek od reguły, czyli nie czarny a satynowo – srebrny płat aluminium mieszczący szalenie przydatne przy przenoszeniu i przestawianiu tytułowego, bagatela 108 kg monstrum, uchwyty pomiędzy którymi umieszczono wejścia sygnału XLR i pojedyncze, przepięknie wykonane, masywne zakręcane terminale głośnikowe. Dół „zakrystii” przypadł natomiast dwóm włącznikom głównym z dedykowanymi śluzami bezpieczników i gniazdami zasilania IEC. Całości dopełniają terminale triggera.
Mam cichą nadzieję, iż konieczność użycia dwóch przewodów zasilających nie wprowadziła Państwa w konsternację, gdyż jak już zdążyłem nadmienić w trzewiach Mephisto zaimplementowano dwa całkowicie niezależne, pracujące w klasie A, bez sprzężenia zwrotnego bloki wzmocnienia. W dodatku owe dekoracyjne, biegnące przez środek pokrywy górnej wybrzuszenie nie jest bynajmniej sklepieniem tunelu wspomagającego chłodzenie, lecz schronieniem dla ośmiu głównych kondensatorów o łącznej pojemności 500 000 µF, oraz częściowo potężnych dwóch traf, które podczas spoczynku zadowalają się „zaledwie” 700W pobieranymi z gniazdka. A właśnie. Przed próbami uszczęśliwienia Gryphona jakimiś uzdatniaczem prądu warto, chociażby z przyzwoitości, zerknąć do instrukcji obsługi, gdzie Duńczycy takie działania szczerze odradzają, gdyż ze świecą szukać takowych rozwiązań, które nie limitowałyby dynamiki przy chwilowych poborach mocy rzędu 2650W. Stawiając się jednak na miejscu typowego „Janusza”, który nie dość, że nie czyta, i to nie tylko instrukcji, co czegokolwiek i zawsze wie lepiej, spróbowaliśmy Mephisto wpiąć nie tyle w kondycjoner, co w pozornie transparentną listwę i tak szybko jak go wpinaliśmy, z takim samym entuzjazmem powracaliśmy do zakończonej boxem Furutecha linii poprowadzonej prosto z tablicy.

Skoro niejako mimochodem poruszyłem tematykę dotyczącą walorów sonicznych dzisiejszego gościa, już na samym wstępie czuję się w obowiązku posypać głowę popiołem i dokonać w pełni zrozumiałej samokrytyki. Okazuje się bowiem, że to, co oferował Antileon nie jest celem / absolutem, a jedynie wstępem do tegoż. Bezlitosna apodyktyczność i wydawać by się mogło, że bezdyskusyjna kontrola stanowią jedynie przedsmak do tego, co jest w stanie zaoferować Mepihsto. Antileon dźwięk na swój sposób podkręcał, uatrakcyjniał i dopalał energetycznie, przez co nie da się ukryć przekaz zyskiwał na atrakcyjności. Jednak przesiadka na wyższy model duńskiej amplifikacji dość boleśnie pokazuje, że to wszystko, co wydawało się referencją było jedynie preludium do niej, gdyż prawdziwej referencji po prostu … nie słychać. Tak, tak mili Państwo, Mephisto w torze, w którym się pojawia dokonuje swoistej dematerializacji stając się przysłowiowym „drutem ze wzmocnieniem”. Z jego pomocą z dzieciną łatwością jesteśmy w stanie określić manierę źródła, zastosowanego okablowania, czy też charakter kolumn, a nawet jakość dostępnego w danym momencie prądu, jeśli zaś chodzi o samo wzmocnienie, to poza tym, do czego Gryphon został stworzony trudno przyłapać go na czymkolwiek innym. Wbrew pozorom góra wcale nie jest bardziej rozdzielcza aniżeli być powinna, średnica nie stała się lepiej zrozumiała i komunikatywna, czy też nie przybyło najniższych składowych. Wszystkie owe aspekty cały czas tam były, jednak zniwelowaniu uległ element je limitujący. Bowiem warto uświadomić sobie pewien dość istotny fakt. Otóż zarówno w Hi-Fi, jak i High-Endzie ideą nadrzędną jest dążenie do ideału, którym jest muzyka na żywo, czyli im lepiej – bliżej owemu ideałowi, tym degradacja wprowadzana przez tor audio powinna być mniejsza. I właśnie obecność w torze Mephisto można uznać za … pomijalną.
Okazuje się bowiem, iż pomimo iście absurdalnej mocy 1400 W i pełnej stabilności przy 1Ω obciążeniu Gryphon równie świetnie, co przy awangardowym black metalowym „True North” Borknagar sprawdzał się na minimalistycznych i odartych z wszelakich ozdobników surowych nagraniach w stylu „Tomba sonora” Stemmeklang, czy „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen. To swoisty amalgamat wszystkich znanych ludzkości zalet technik reprodukcyjnych. Mamy bowiem do czynienia z iście triodową holografią przekazu, planarną przestrzennością i tranzystorowo-D-klasowym basem zdecydowanie schodzącym poniżej umownych 20 Hz. Z takim samym pietyzmem oddawane są bowiem niuanse skrzypcowych treli w niewielkiej kaplicy i eteryczne wokalizy w kamiennym grobowcu, co iście zwierzęcy growl przebijający się przez ścianę gitarowych riffów.
Kreowanie przestrzeni przez Gryphona również wymyka się jednoznacznym ocenom, gdyż wprost proporcjonalnie zleży ono od materiału źródłowego a nie samej amplifikacji. Skoro bowiem podczas jednej sesji odsłuchowej jesteśmy w stanie przenosić się pomiędzy Muzeum Emanuela Vigelanda w Oslo a dajmy na to Opactwem Noirlac (gdzie zarejestrowano m.in. „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda), gdzie niby w obu przypadkach mamy do czynienia z kamiennymi ścianami, jednak różnica pomiędzy nimi jest oczywista. W pierwszej sytuacji panujący tamże mrok, rozświetlony jedynie niewielkimi lampkami, daje się niemalże pokroić a w drugiej aż widać drobinki kurzu wirujące w promieniach wpadającego przez wykute w grubych murach okna słońca.
Tak samo koncertowa rejestracja „MTV Unplugged” Kasi Kowalskiej z Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku w sposób całkowicie oczywisty zawierała diametralnie różny materiał dotyczący akustyki wnętrza od „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation z Muziekcentrum Frits Philips w Eindhoven. Tak samo było z nagraniami studyjnymi, gdzie pomimo faktu wykorzystania podobnych technik realizacyjnych każda z ekip korzystała z własnych, wypracowanych rozwiązań i „presetów”. Taka obsesyjna wręcz wierność oryginałowi ma jednak też drugą, niekoniecznie pozytywną stronę medalu. Wystarczy bowiem sięgnąć po dowolną składankę, bądź dość przypadkowo skleconą playlistę by poczuć się jak na kolejce górskiej z lekkimi zawrotami głowy i niestrawnością. Nie wiem, jak Państwo, ale osobiście w tego typu muzycznych „bajaderkach” niespecjalnie gustuję a Mephisto skutecznie do nich mnie po raz kolejny zniechęcił.
Dochodzimy w tym momencie co clue, czyli do tego, o czym wspomniałem już w wcześniej. Otóż Mephisto, będąc aparaturą sensu stricte laboratoryjną miał być z założenia na wskroś transparentny i wzorcowo liniowy, co nie da się ukryć mu się udało. Jednak w „jego brzmieniu” (pojęcie czysto teoretyczne i pomocnicze, skoro właśnie ustaliliśmy, że nijakiej sygnatury nie posiada) próżno szukać kojarzonego z laboratorium osuszenia, czy emocjonalnego wyjałowienia. Dzięki czemu uzyskaliśmy pełen wgląd w nagranie takim, jakim zostało ono stworzone. Tylko tyle i aż tyle.

Gryphon Audio Mephisto jest irracjonalnie wielki, piekielnie ciężki i boleśnie drogi. Jednak nie sposób mieć o to do niego pretensji, gdyż będąc klasą samą dla siebie i niedoścignionym wzorem dla konkurencji po prostu może sobie na to pozwolić. Nie dość, że drzemie w nim pierwotna moc, przez co zdolny jest wysterować praktycznie dowolne, osiągalne na światowych rynkach, konstrukcje głośnikowe, to możemy żywić przekonanie graniczące z pewnością, że efekt finalny jego działalności przekroczy nasze najśmielsze oczekiwania. W dodatku będąc uosobieniem jakże znienawidzonego przez znaczną część populacji ultra High-Endu, gdzie typowe voodoo miesza się ze zwykłą ściemą i pozycjonowaniem li tylko poprzez cenę a nie walory brzmieniowe, wydaje się być urzeczywistnieniem faustowskiej (pojawiającej się również w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa) maksymy, iż „wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni.” Jest bowiem najczystszej krwi absolutem podającym prawdę o naszych ukochanych nagraniach na kruczoczarnej tacy, a że absolutem nazwanym ku czci upadłego anioła … Cóż, najwidoczniej Najwyższy wcale nie ma monopolu na doskonałość.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 238 000 PLN

Dane techniczne
Moc RMS: Czysta klasa A (2 x 175 W/8Ω), 2 x 350 W/4Ω, 2x 700 W/2Ω, 2x 1400 W/1Ω
Moc szczytowa: 6000W przy 0,5 Ω / kanał
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Odstęp od zakłóceń nieważony w paśmie 20Hz-20kHz: < -80dB
Odstęp od zakłóceń średnio-ważony: < -83dB
Dynamika: 111dB
Poziom zniekształceń (THD+N): < 0,06% przy 50W, < 1% przy 175W / 8Ω
Czułość wejściowa: 1,055V
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia: 0-400 kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Impedancja wyjściowa: < 0,025Ω
Wejścia: para pozłacanych gniazd XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy w stanie gotowości: < 1W
Pobór mocy w stanie jałowym: 700W na kanał (bias wysoki), 250W na kanał (bias średni), 100W na kanał (bias niski)
Pobór mocy maksymalny: 2650 W na kanał
Pojemność kondensatorów: 250 000 µF na kanał
Rodzaj wtyczki zasilania: 2 gniazda 15A C13 – po jednym na kanał
Wymiary (S x W x G): 52 x 34 x 71 cm
Waga: 108 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Gryphon Mephisto Stereo
artykuł opublikowany / article published in Polish

Dni coraz krótsze, mrok coraz szybciej rozpoczyna swoje panowanie a u nas właśnie rozgościł się przybyły prosto z Danii … upadły anioł, jeden z siedmiu wielkich książąt piekła i postać, która najdelikatniej rzecz biorąc za światłem nie przepada  – sam Mephisto. Gryphon Mephisto Stereo. Odarty z ochronnej skrzyni dumnie pręży swe kruczoczarne 108 kg cielsko kusząc 175W w klasie A, a jednocześnie budząc respekt dzierżoną w swych krwawych, gryfich pazurach niszczycielską mocą 1400W (przy 1Ω)

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. audiofast

Gryphon Audio Antileon EVO Stereo

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio Antileon EVO Stereo

Opinia 1

Nie sądzę, aby ktoś próbował oponować, gdy postawię tezę, iż będąca naszym punktem zainteresowań, niezwykle wymagająca od towarzyszących komponentów, pochodząca z Danii marka Gryphon Audio, idąc za nazwą jednego z oferowanych modeli, jest swoistym diabłem wcielonym. Dla mnie to oczywistość, jednak obecnych, lub potencjalnych użytkowników pragnę natychmiast uspokoić, bowiem wspomniane określenie w mojej wypowiedzi ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Dlaczego? Otóż nie jest sztuką nabyć łatwy w aplikacji, zazwyczaj soczysty, w pierwszej kolejności stawiający na spokój, czy to lampowy, czy nawet tranzystorowy, milusi w odbiorze produkt. Bez specjalnej, wynikającej z eksploracji ekscytacji zatopić się w owym przyjemnym, jednak na dłuższą metę często nudą dźwięku. Sztuką jest powalczyć o wynik soniczny finalnej konfiguracji, która w pierwszej chwili nawet delikatnie balansując na granicy naszych przyzwyczajeń w stylu zbytniej dosłowności, po niedługim czasie okazuje się gwarantem naszpikowanej zaskakującymi zjawiskowymi alikwotami radości z obcowania z muzyką i brakiem chęci dalszych zmian. Bynajmniej nie neguję pierwszej grupy miłośników muzyki, gdyż sam do niej niegdyś należałem, tylko pokazuję, że są dwa nurty poszukiwań pomysłu na dźwięk w naszych samotniach. Jednak jak to zwykle w życiu bywa, jest jeden mały haczyk, jakim jest świadomość własnych oczekiwań i wiedza, jak dany cel osiągnąć. Jaki przekaz ma powyższy wywód? Bardzo jasny. Otóż postaram się przybliżyć Wam, co czeka potencjalnego zainteresowanego w przypadku wpięcia w swój tor audio, będącej starszym rodzeństwem testowanego na naszych łamach wzmacniacza zintegrowanego Diablo 300, końcówki mocy Gryphon Audio Antileon EVO Stereo, których dystrybucji na naszym rynku podjął się łódzki Audiofast.

Próbując przybliżyć aparycję i tajniki obsługi tytułowej końcówki mocy w kwestii wyglądu nie mogę użyć innego przymiotnika jak odważny. Przesadzam? Bynajmniej. Nasza bohaterka wymyka się bowiem jakimkolwiek normom i standardom. Charakteryzuje ją na tyle wyrazisty design, że pokusiłbym się o stwierdzenie, iż można założyć wystąpienie przypadków, gdy w momencie podejmowania decyzji zakupu nabywca Antileona będzie miał problemy z oswojeniem się z jego mocno agresywnym , jednak w moim odczuciu nadającym mu wyrazistości, wyglądem. Tak tak, użyte we wstępniaku określenie marki jako diabła w tym przypadku pasuje idealnie. Patrząc nań do frontu mamy do czynienia z dwoma okalającymi go od zewnątrz grubymi płatami czernionego akrylu, a w jego centrum na tle przedzielonych przyozdobionym pionowymi frezami półwalcem wąskich płaszczyzn znajdziemy nadbudowaną na nim wariację zaokrąglonego na krawędziach trapezu z kilkoma skrytymi pod czarnym akrylowym filtrem kolorowymi piktogramami i tuż pod nimi podświetlanymi przyciskami funkcyjnymi. Ale zaznaczam, to nie są delikatne akcenty, tylko solidne bryły, które z resztą obudowy okazują się być bardzo spójnym, a po dłuższym obcowaniu z urządzeniem, niezwykle ciekawym pomysłem wzorniczym. Co mam na myśli pisząc o spójności z kolejnymi akcentami obudowy? Otóż patrząc na naszą końcówkę z lotu ptaka pierwszym co rzuca się w oczy, są monstrualnie użebrowane radiatory, które z racji oddawania dużych mocy (150W/8 Ω) w czystej klasie „A” całkowicie zastąpiły konwencjonalne ściany boczne. Ale, ale. To nie koniec fajerwerków, bowiem płaszczyzna pomiędzy owymi wymiennikami ciepła jest jeszcze ciekawsza, gdyż oprócz zajmującej sporą część ażurowej perforacji, znajdziemy mówiąc żartobliwie swoiste lądowisko dla dronów, czyli ni mniej nie więcej, tylko ozdobione logiem marki miejsce schronienia pary 1500 W transformatorów. Jeśli chodzi o temat awersu, ten nieco ułatwiając proces logistyki na bokach uzbrojono w dwa uchwyty i pomiędzy nimi, z racji osobnego zasilania każdej z sekcji wzmacniania sygnału (dual mono z transformatorami włącznie) dwa gniazda zasilania IEC, tuż obok nich niezbędne włączniki główne, przepiękne, acz tylko pojedyncze terminale kolumnowe i wejścia analogowe w standardzie XLR. Tak fantastycznie prezentującego się Gryphona Antileon EVO Stereo posadowiono na czterech dźwigających 85 kilogramów, okrągłych stopach i dla celów transportowych spakowano w solidną drewnianą skrzynię.

Jak wspominałem w poprzednim akapicie, w przypadku Antileona EVO Stereo mamy do czynienia z piecem stawiającym na czystą klasę „A”. Co ważne, konstruktorzy w tej kwestii poszli tak daleko, że podobnie do najlepszych konstrukcji lampowych zaproponowali użytkownikowi wybór prądu podkładu dla tranzystorów mocy – tak zwany BIAS (niski, średni i wysoki). Naturalnie, w zależności od wyboru trybu pracy wzmacniacza, niesie to ze sobą następstwa natury energetycznej, jednak z racji skazanej na porażkę konfrontacji kosztów zakupu rzeczonego pieca z wydatkami na prąd na poziomie kilkudziesięciu złotych więcej miesięcznie w moim odczuciu owa propozycja ma całkowicie inny, aniżeli pozory szukania oszczędności, cel. Jaki? Otóż w odpowiedzi na wykorzystanie danego BIAS-u dźwięk dość pozytywnie ewoluuje. To naturalnie nie są zmiany typu dzień i noc, tylko idąc od najniższego podkładu ku górze doznajemy lekkiego otwarcia się, a co za tym idzie przyspieszenia, a także zebrania w sobie w domenie konturu, słyszanego dźwięku. Czyli w standardzie zyskujemy dodatkowe trzy opcje kreowania końcowego wyniku sonicznego naszego muzycznego konglomeratu. Zbędna rzecz? Zapewniam, że nie. Dlaczego? To proste. Nawet jeśli będąc purystycznymi audiofilami na co dzień nie będziecie z tego korzystać, w momencie pewnego rodzaju znudzenia posiadanym dźwiękiem możecie go z łatwością przemodelować. Skorzystacie, dobrze, nie skorzystacie drugie dobrze. Ważne, że jest i nie degraduje dźwięku. Od zawsze idąc drogą bez najmniejszych kompromisów – obecne źródło razem z zegarami zewnętrznymi składa się z czterech kostek, podczas testu korzystałem z maximum oferowanej jakości brzmienia Antileona. Co z tego wynikło? Nie uwierzycie, gdyż ten uważany za bezdusznego, bo stawiającego na przejrzystość i szybkość ponad wszystko diabeł, pokazał dobitnie, na czym polega fenomenalne zaaplikowana klasa „A”. Ale nie uważana za piękną z racji wprowadzania niedoścignionej dla większości konstrukcji tak zwanej „eufonii” budowanego pomiędzy kolumnami spektaklu, tylko oprócz fantastycznego kreowania sceny 3D tchnienia w każdy aspekt dźwięku od górnego, przez środkowy, po najniższy rejestr odpowiedniego dla odtwarzanej muzyki ładunku energii. Po prostu każdy podzakres zaczął tętnić dotychczas niespotykanym nawet podczas wykorzystania mocnych pieców innych marek życiem, uwalniając w każdej częstotliwości efekt na kształt znacznie silniejszego pulsu. Ale nie uśredniającego przekaz bulgotu, tylko pozwalającej wybrzmieć z większym wolumenem eksplozji każdej nucie. A co najciekawsze, przy takim postawieniu sprawy, Gryphon nie zapomniał o najważniejszej swojej cesze, jaką jest bezkompromisowa rozdzielczość, sprawiając, że obok zjawiskowego pulsu muzyki w pakiecie zyskałem świetne oddanie czerni tła i witalności wirtualnej sceny. Dźwięk z moich kolumn nadal był dość ciemny – taki jak lubię, jednak biorąc wszystko co najlepsze z wymienionych cech wzmacniacza zyskał na energii tak basu, jak i środka, mogąc pochwalić się przy tym nie tylko zjawiskowym rysowaniem ostrych krawędzi źródeł pozornych, ale również dzięki pozbawionemu zniekształceń sygnałowi, zaprosił muzyków do mojego pokoju. Jednak nie w odczuciu przybliżenia kreowanej sceny do miejsca odsłuchu – ta bez powiększania instrumentów, idąc w sukurs wymienianym przed momentem pozytywnym odczuciom, zyskała na rozmachu w zakresie szerokości i głębokości, tylko oczekiwanej od zawsze ich namacalności, czyli ciężkiego do zrealizowania dla sporej grupy konkurencji trzeciego wymiaru wydarzeń muzycznych. Niemożliwe? Mówiąc szczerze, do momentu wpięcia w tor Antileona też tak myślałem. A że od jakiegoś czasu postanowiłem nigdy nie mówić nigdy, teraz nie muszę niczego odszczekiwać, tylko z przyjemnością przelewam doznania na klawiaturę. Jak wszystkie wypisane plusy wypadły podczas zderzenia z materiałem muzycznym? Nie będę jednak opisywać konkretnych płyt z osobna, z czego bez dwóch zdań wyszłaby niebezpieczna dla mojej reputacji laurka, lecz skreślę jedno, ale nie zwięzłe – mogłoby nie zawrzeć niezbędnych informacji, tylko wielokrotnie złożone zdanie. Otóż począwszy od słuchanej przeze mnie stosunkowo rzadko muzyki elektronicznej, w której główny akcent położony jest na najniższe, powodujące arytmię serca siedzącej piętro wyżej mojej żony, oddające energię zbliżoną do trzęsień ziemi rejestry, przez wywołującą ciarki na plecach „Lamentującą Nimfę” Claudio Monteverdiego w wykonaniu solistki zespołu Jordi Savalla średnicę, po zjawiskowo świecące, ale nie kłujące w ucho i nawet w najmniejszym stopniu nie męczące, bo pozbawione zniekształceń wysokie tony, wszystko było tak jak wcześniej, tylko lepiej. Co to znaczy? Sam nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale od dawna na co dzień mając odbierany przeze mnie jako bardzo dobry dźwięk, od jakiegoś czasu drobnymi zmianami w systemie starałem się kroczyć drogą, którą podczas testu w dużej mierze pokazał mi Duński piec. Dlatego padło stwierdzenie „to samo tylko lepiej”. Żadnego drugiego dna. Co z tą opinią zrobicie, zależeć będzie od Was. Ja tylko zdałem relację jak na spowiedzi i bez naciągania faktów podpisuję się pod tym tekstem obydwoma rękami.

Szczerze powiedziawszy, w najbardziej optymistycznych snach nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy podczas testu Antileona Evo Stereo w moim zestawie. Powód? Test mniejszego brata – Diablo 300 niósł ze sobą pakiet niewiedzy, w którą stronę pójdzie druga od góry końcówka mocy. W duchu bałem się, że po aplikacji „Antka” w mój tor jeszcze mocniej niż z diabłem zbierze w sobie bas i co ma często miejsce odchudzi średnicę, przy okazji podkreślając mogącą wówczas zamęczyć mnie otwartość wysokich tonów. Już wówczas było na granicy przyjemnego przyswajania muzyki. Żywo, szybko, otwarcie, ale mimo hołdowania gęstemu graniu jeszcze bardzo ciekawie. Tymczasem postawiona w Antileonie na pierwszym miejscu specyfika obróbki sygnału audio w klasie „A”, z jednej strony znacznie podciągnęła aspekty brzmienia Diablo, ale z drugiej za sprawą magii niestety bardzo stratnej w swej pracy klasie dźwięku napełniła poszczególne zakresy częstotliwości dawką energii, gęstości i co ważne zapewniła muzyce odpowiednią szybkość narastania. Czy to końcówka dla wszystkich? Ręki w zastaw nie oddam, ale jeśli Waszym celem nie jest zbliżanie jakości uzyskanej w domu fonii do krzykliwości powodującej pękanie szkliwa na zębach, tudzież uzyskania efektu latających w pokoju żyletek, nie widzę przeciwskazań w podejściu testowym żadnego z potencjalnych zainteresowanych. To jest rasowy przedstawiciel ekstremalnego High Endu i jedyne co może zaważyć na końcowym wyniku, to niezgrywający się z soniczną ofertą Gryphona mocny rys posiadanego zestawu. Wówczas może okazać się, że zwyczajnie im nie po drodze. Ale i w takim przypadku mam pewną napawającą optymizmem informację. Zobaczcie z jak gęstym zestawem Antileon zderzył się podczas testu, a mimo to bez najmniejszego problemu wyszedł z tego z tarczą. Lepszej rekomendacji nie widzę.

Jacek Pazio

Opinia 2

Podobnie jak w obrębie wierzeń, przesądów, mitologii i baśni od zarania dziejów pojawiały się mityczne postaci i stworzenia o dość pogmatwanej proweniencji, tak i w audio części producentów, dzięki legendarnym wręcz urządzeniom, udało się zyskać status kultowych. Takie swoiste wyznaczniki nieosiągalnych dla zwykłych śmiertelników przejawów absolutu na tyle głęboko wrosły w naszą audiofilską rzeczywistość, że nawet jednostki, którym nie dane było dostąpić zaszczytu choćby rzucenia okiem i uchem na owe Święte Grale, niejako podświadomie nie tylko z nimi porównują inne – konkurencyjne rozwiązania, co do owych ideałów uparcie dążą. Do tegoż, niezwykle hermetycznego, grona z pewnością można zaliczyć duńskiego Gryphona, który dziwnym zbiegiem okoliczności niejako z automatu był, jest i mam cichą nadzieję, jeszcze długo będzie, umieszczał w panteonie gwiazd praktycznie wszystkie wprowadzane na rynek urządzenia.
W dodatku warto wspomnieć, iż to właśnie Gryphon, za sterami którego stał niezwykle charyzmatyczny Flemming E. Rasmussen, odważył się jako pierwszy ultra-highendowy gracz zaprezentować światu tzw. superintegrę – Diablo, której aktualną inkarnację oznaczoną symbolem 300 ponad trzy lata temu mieliśmy szaloną przyjemność testować. I to właśnie Diablo 300 był w moim przypadku swoistym triggerem pozwalającym na metaforycznie uwolnienie się od „piętna” Antileona. Tak, tak mili Państwo – piętna, bowiem dziwnym zrządzeniem losu od blisko dwóch dekad ilekroć nadarzała się okazja kontaktu z tytułową duńską marką każdorazowo sercem prezentowanego systemu był owy Antileon a porównywanie z nim czegokolwiek zlokalizowanego poniżej jego pozycji kończyło się zazwyczaj wzruszeniem ramion. Nie da się jednak ukryć, iż wspomnienia mają to do siebie, że wraz z upływem czasu ulegają podświadomym podkolorowaniom i zabiegom upiększającym. Dlatego też zasadnym wydaje się możliwie regularnie weryfikować owe zachowane w pamięci artefakty z nieraz wcale nie taką różową rzeczywistością i właśnie z tego powodu, dzięki uprzejmości rodzimego dystrybutora marki – łódzkiego Audiofastu, mogliśmy ową weryfikację przeprowadzić we własnych ośmiu (OPOS jest oktagonem) kątach. Panie i Panowie oto Gryphon Audio Antileon EVO Stereo.

Duńczycy od lat przyzwyczaili nas do tego, że ich urządzenia mają szatę wzorniczą na widok której nawet czarne serce Lorda Vadera zatrzepotałoby niczym u pryszczatego podlotka. To nad wyraz charakterystyczne – bezsprzecznie drapieżne połączenie kruczoczarnego akrylu i szczotkowanego, anodowanego aluminium. Zamiast jednak jednolitych tafli i spokojnych przebiegów Gryphon stawia na swoistego rodzaju instalacje przestrzenne, w których masywne 40 mm bloki akrylu przeplatają się z industrialnymi aluminiowymi profilami i szczerzącymi zęby monstrualnymi radiatorami. I tak, patrząc na front, który pomimo najszczerszych chęci trudno nazwać ścianą, mamy wychylające się poza obręb płatów akrylu radiatory i centralnie umieszczoną, wystającą nieco poza bryłę końcówki, wyspę z wyświetlaczem, podświetlonym na czerwono logotypem i sześcioma niewielkimi przyciskami. Płytę górną zdobi kolejne firmowe logo umieszczone na „talerzu” imitującym pokrywę transformatora i gęsta perforacja zapewniająca cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy. Ścian bocznych de facto nie ma, gdyż ich miejsce zajęły potężne grzebienie radiatorów, które choć niewątpliwie atrakcyjne wizualnie, pełnią głównie rolę funkcjonalną – odprowadzają generowane przez przymocowane do nich … 80 (na kanał!!!) tranzystorów ciepło. A jest go naprawdę sporo, gdyż warto mieć świadomość iż Gryphon na wszelakiej maści przejawy ekologii i oszczędności w audio (klasa D, zasilacze impulsowe itp.) patrzy podobnie jak miłośnik klasycznych muscle carów na jednolitrowe, trzycylindrowe popierdółki udające samochody. Znaczy się z obrzydzeniem. Mamy zatem do czynienia z prawdziwą A-klasową, całkowicie zbalansowaną końcówką mocy do zasilania której potrzebować będziemy nie jednego a dwóch przewodów zasilających (my zdecydowaliśmy się na parkę Furutechów NanoFlux-NCF). I tym oto sposobem znaleźliśmy się na zapleczu, gdzie pomimo blisko 60 cm (dokładnie 57) szerokości miejsca wcale nie jest tak wiele. Wynika to z faktu, iż prawie połowę powierzchni zajmują radiatory a swoje trzy grosze dorzucają konieczne przy 84 kg wagi uchwyty. Dlatego też na ścianie tylnej znajdziemy jedynie parę wejść XLR, pojedyncze, acz szalenie masywne i wygodne, terminale głośnikowe, dwa włączniki główne i takiż sam zestaw gniazd zasilających IEC wraz z odpowiadającym im dekielkami bezpieczników. Całość dopełnia terminal Green Bias (dedykowany przedwzmacniaczom Gryphona wyposażonymi w taki sam układ) i wejście triggera.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to trudno nie zauważyć dwóch solidnie odizolowanych od obudowy i oczywiście szczelnie ekranowanych 1500W transformatorów toroidalnych, współpracujących z baterią kondensatorów o imponującej pojemności 670 000 µF. Stopień wejściowy oparto na podwójnych J-FETach a o stopniu wyjściowym już wspominałem, więc jedynie nadmienię, że wewnątrz połączeń kablowych jest jak na lekarstwo i tak po prawdzie widać je jedynie przy kondensatorach i terminalach sygnałowych. No i jeszcze jedno – moc. Otóż Antileon EVO zdolny jest oddać w klasie A pierwsze 150W. A czemu piszę, że pierwsze? Ponieważ jego moc wraz ze spadkiem impedancji sukcesywnie rośnie osiągając 1 200 W przy 1 Ω i … 5 000 W/0,25 Ω. Jeśli zatem komuś przyjdzie do głowy zamiast głośników użyć stołów bilardowych, to proszę bardzo.
Z drobiazgów natury użytkowej pozwolę sobie jedynie zwrócić uwagę na dwa detale. Pierwszy dotyczący terminali głośnikowych zlokalizowanych bezpośrednio nad gniazdami zasilającymi i przy sztywnych, zakończonych widłami przewodach głośnikowych, oraz odpowiednio masywnych zasilających, trzeba będzie się nieco nagimnastykować, żeby ów kablowy galimatias ogarnąć. I drugi, wynikający z zastosowania czarnego akrylu, który pyli się i palcuje niemalże od samego patrzenia, więc przejawiający objawy nerwicy natręctw miłośnicy sterylnej czystości powinni zapobiegliwie wcześniej zaopatrzyć się w klimatyzację z zaawansowaną filtracją przeciwpyłową, bądź mając poważą wadę wzroku tuż przed odsłuchem po prostu zdejmować okulary.

Pół żartem, pół serio przechodząc do opisu walorów sonicznych Antileona śmiało można stwierdzić, iż są one pochodną widocznego na pokrywie jego transformatorów i frontu logotypu. Zgodnie bowiem z obowiązującą symboliką gryfom, czyli nad wyraz charakterystycznym stworom – lwom z orlimi skrzydłami (i czasami oślimi uszami) przypisywano takie cechy jak szybkość (orzeł), siłę (lew) i czujność (ośle uszy) a jeśli chodzi o te mniej pozytywne, to również wspominano czasem o zachłanności. Czyli wszystko pasuje jak ulał. Mamy bowiem do czynienia z niepodrabialnym mixem pierwotnej i dzikiej potęgi oraz niszczycielskiej mocy z piekielną wręcz zwinnością. Śmiem wręcz twierdzić, iż nie jest to krzyżówka lwa z orłem, lecz trzynastotonowego rekina wielorybiego z wygłodniałą piranią. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą zachłanność, to chyba 5 kW maksymalnego zapotrzebowania na prąd inaczej zinterpretować się nie da. W dodatku wypadałoby choćby słowem wspomnieć o pierwiastku nie tyle kobiecości, co kameleona, gdy w zależności od wybranego ustawienia biasu charakter brzmienia końcówki dość zauważalnie się zmienia, więc żonglując pomiędzy L, M i H spokojnie jesteśmy w stanie dopasować sposób prezentacji tak do repertuaru, jak i własnych oczekiwań. Operujemy bowiem w zakresie od estetyki niemalże lampowego wysycenia i karmelowej lepkości (Bias H – 100% klasa A) po noszącą znamiona wyczynowości koncertową, prawdziwą jazdę bez trzymanki na pełnej mocy (L – dostępna pełna moc w klasie AB). Oczywiście osoby niezdecydowane, przynajmniej na początku znajomości ze skrzydlatym lwem, spokojnie mogą dozować sobie doznania w uniwersalnym trybie M udostępniającym pierwsze 50 W w klasie A, a pozostałe (ze 175 W) już w AB. Czyli, przynajmniej teoretycznie, do „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena wystarczy tryb H lub nawet M a do wielkiej symfoniki w stylu „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalypticy i porządnego łojenia („Lateralus” TOOL) lepiej do końca otworzyć przepustnicę i wybrać L? Niby tak, jednak nie zaszkodzi pójść nieco pod prąd i spróbować wybrać jeden tryb, kombinowanie i przełączanie ograniczając do minimum. Przykładowo może się okazać, że zamiast pierwotnej mocy zdecydowanie bliżej nam do swoistej krainy może nie tyle łagodności co … organiczności i uzależniającego od pierwszej „działki” wszechobecnego, na wskroś analogowego spokoju. To taka swoista (smocza?) pewność siebie, że nic się nie musi a co najwyżej można i nic nikomu udowadniać nie trzeba. A czemu dosłownie chwilę temu przemyciłem w powyższych peanach „analogowość”? Cóż, nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach stosunkowo łato i przy tym tanio można osiągnąć imponujące moce. Ot dowolny układ Ice-Power, czy Hypexa, firmowy, bądź jakikolwiek inny, moduł zasilający (najlepiej impulsowy) i voilà – mamy przysłowiową „spawarkę”. Niestety to, co na papierze wygląda świetnie w rzeczywistości wypada co najwyżej po japońsku, czyli „jako-tako” i o ile na pułapie Hi-Fi jeszcze ma szansę się obronić, o tyle nawet nie tyle wkraczając, co zbliżając się do terytorium High-Endu, staje się przysłowiowym chłopcem do bicia i workiem treningowym dla graczy w stylu Gryphona. Chodzi bowiem o to, że nie sztuką jest ową dużą moc uzyskać, lecz warto pamiętać jeszcze by nią właściwie operować i przy okazji nie zapomnieć o takim „drobiazgu” jak wydajność prądowa. I właśnie od owej wydajności prądowej tak naprawdę zależy finalne brzmienie a nie od napięcia. A Antileon, jak i jego pozostałe rodzeństwo, jest wzmacniaczem wybitnie wysokoprądowym. Generuje zatem dźwięk nie tylko duży i dynamiczny, ale również świetnie zdefiniowany i wielowarstwowy. To nie jest wydmuszka, kinowe dekoracje, gdzie za imponującą fasadą są tylko ażurowe rusztowania, lecz solidna konstrukcja zdolna wytrzymać niejedną nawałnicę, czy trzęsienie ziemi.
A właśnie skoro o następstwach ruchów tektonicznych mowa, nie mogłem odmówić sobie przyjemności przesłuchania na Antileonie pełniącego w naszej redakcji dość niewdzięczną rolę KaOwca (tym razem nie oznacza to od skrótowca KO czyli instruktora kulturalno-oświatowego, lecz nokaut – ang. knockout, KO ) albumu „Khmer” Nilsa Pettera Molværa. Jest to bowiem niezwykle wymagające połączenie naturalnego instrumentarium – m.in. dęciaków, z syntetycznymi, zapuszczającymi się do najgłębszych lochów Hadesu, iście infradźwiękowymi wstawkami, które mówiąc delikatnie potrafią rozłożyć spore grono utytułowanych konstrukcji na łopatki. Co ciekawe większość delikwentów bądź rzuca ręcznik na ring, bądź rozpaczliwie udaje, że poniżej pewnych częstotliwości nic a nic tam nie ma, już w okolicach czwartej minuty utworu „Tlon”. Tymczasem tytułowy Gryphon ową morderczą „ścieżkę zdrowia” potraktował niczym leniwy niedzielny spacer z babcią po Łazienkach Królewskich. Zero jakiejkolwiek nerwowości, prężenia muskułów i chęci zwrócenia na siebie uwagi. Oczywiście dotyczy to grania w czystej klasie A, bo przesiadka na tryb L nieco podnosi poziom adrenaliny szczerząc co jakiś czas śnieżnobiały uśmiech wynikający ze świadomości o własnej zajebistości. Bas schodząc niesamowicie nisko cały czas pozostawał w pełni kontrolowany i zachowywał zarówno swoje świetnie zdefiniowane kontury, jak i fakturę. Był przy tym przyjemnie ciemny, odpowiednio mroczny i całkowicie pozbawiony suchości, przez co stanowił oczywiste rozwinięcie podobnie atrakcyjnej i wysyconej średnicy a zarazem idealnie równoważył odważną i otwartą górę. Drut ze wzmocnieniem? Nie tym razem – Gryphona w torze słychać i co ciekawe nie sposób mieć do niego o to pretensję, gdyż tak po prawdzie to nie jego a nasza wina, że akurat wybraliśmy taki a nie inny tryb pracy. W dodatku bardzo szybko przyjdzie nam zmierzyć się ze świadomością, że wynikający z konkretnej nastawy charakter prezentacji Antileona nie jest jego manierą, czy sygnaturą a jedynie odzwierciedleniem naszych indywidualnych preferencji i nieraz głęboko skrywanej próżności. Ot słyszymy to, co tak naprawdę chcemy usłyszeć – taki audiofilski odpowiednik „lustereczko powiedz przecie …”. I nie jest to bynajmniej zarzut a jedynie stwierdzenie empirycznie doświadczonego faktu. Dlatego też im szybciej przejdziemy nad nim do porządku dziennego, tym lepiej, dzięki czemu zamiast szukać dziury w całym będziemy mogli bez zbędnych wyrzutów sumienia cieszyć się fenomenalnym i niejako uszytym dla nas na miarę dźwiękiem.
A czy Antileon EVO ma jakieś własne preferencje i upodobania? Szczerze powiem, że po blisko miesięcznym użytkowaniu niczego takiego nie zauważyłem. Oczywiście dla ortodoksyjnych miłośników SET-ów opartych o lampy 300B i 2A3 tytułowy Duńczyk wszystko robi nie tak, jednak podchodząc do tematu zdroworozsądkowo, nie sposób przypiąć mu jakiejkolwiek łatki. Chociaż … no dobrze. Na upartego można uznać, że tytułowa końcówka jednak nieco czaruje i sprawia, że reprodukowane przez nią dźwięki nie dość, że nieco szybciej ewoluują do postaci finalnej zwanej muzyką, jak i stają się nieco bardziej atrakcyjne aniżeli ma to miejsce w rzeczywistości. Ma to jednak swoje dobre strony, gdyż nawet tak wycyzelowane, dopieszczone a przez to niestety nieco zbyt sterylne nagania jak np. „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolella zyskują na … normalności. Normalności a nie realizmie? Dokładnie tak, gdyż jak to w przypadku większości audiofilskich krążków bywa cierpią one na swoisty nadrealizm objawiający się czymś na miarę gombrowiczowskiego gwałtu przez uszy. Gryphon w tym momencie ściąga wodze i ową zbytnią poufałość ze słuchaczem, z pakowaniem języka do ucha włącznie, doprowadza właśnie do stanu normalności. Czyli sytuacji, gdy wreszcie wyciągamy głowę z pudła gitary i zasiadamy na widowni.
Z kolei komercyjne pozycje w stylu „Trav’lin’ Light” Queen Latifah są delikatnie podkręcane. Wokal staje się bardziej sexy, bardziej intymny, zmysłowy a obecne w tle instrumentarium dostaje niejako w prezencie dodatkowe oświetlenie i mikrofony. Nie oznacza to jednak, że dalsze plany są przybliżane, a tym samym scena ulega spłyceniu. O nie. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie odwrotnym efektem. Chodzi bowiem o poprawę rozdzielczości dalszych planów, a co za tym idzie lepszy w nie wgląd, przy jednoczesnym uatrakcyjnieniu wydarzeń pierwszoplanowych. Czy jest neutralnie? Raczej … naturalnie i organicznie, przez co zamiast każdorazowo walczyć z materią i „prawdą nagrania” otrzymujemy dźwięk na wskroś luksusowy i wysublimowany, w którym nie pozostaje nam nic innego jak tylko się zanurzyć i dać się ukołysać, bądź porwać i skotłować, gdy z głośników zamiast zmysłowej wokalistki i swingującego ensemble’u zacznie się na nas wydzierać Nergal ze swoją ferajną prezentując z pełną brutalnością walory brzmieniowe „I Loved You at Your Darkest”.

No i stało się. Demony przeszłości powróciły ze zdwojoną intensywnością i po raz kolejny wypaliły żywym ogniem swoje krwawe piętno na mojej psychice. Nie da się bowiem obok ostatniej inkarnacji Gryphona Antileon EVO Stereo przejść obojętnie i nie da się zapomnieć jego bezwzględnej dominacji nad torem audio w którym przyjdzie mu grać. Dlatego też na wszystko proszę Państwa, że jeśli tylko nie planujecie zmian w posiadanych zestawach i przy okazji nie dysponujecie stosowną kwotą lepiej nawet nie zbliżajcie się do Antileona. Po co popadać w audiofilską odmianę traumy, nad wyraz boleśnie uświadamiając sobie, że przeważająca większość konkurencji tytułowego Duńczyka gra bez emocji i dynamiki. To jednak nie koniec złych wiadomości. Wiecie czemu? Bo przecież Antileon nie jest wcale ostatnim słowem ekipy Gryphona i tuż za horyzontem, ze stoickim spokojem, cały czas czeka upadły anioł … Mephisto.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS VIVALDI DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Boulder 1110
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Boulder 1160
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
Step-up Thrax Trajan
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 153 380 PLN

Dane techniczne:
Moc RMS: Czysta klasa A 2 x 150 W, 2 x 175 W/8 Ω, 2 x 1 200 W/1 Ω, 2 x 5 000 W/0,25 Ω
Moc szczytowa: 5 000 W
Ustawienia prądu podkładu: 3 nastawy prądu podkładu: wysoki, średni i niski lub BIAS automatyczny poprzez układ Green Bias
Odstęp od zakłóceń nieważony w paśmie 20Hz-20kHz: < -78dB
Odstęp od zakłóceń średnio-ważony: < -81dB
Dynamika: 111 dB
Poziom zniekształceń (THD+N): < 0,06% przy 50 W, < 1% przy 150 W / 8 Ω
Czułość wejściowa: 0,975 V
Wzmocnienie: +31dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 350 kHz
Separacja kanałów: nieskończona
Impedancja wejściowa: 20 kΩ
Impedancja wyjściowa: <0,04 Ω
Wejścia: 1 x pozłacane gniazdo XLR, gniazdo triggera 12V
Wyjścia: 2 pary pozłacanych terminali głośnikowych
Pobór mocy w stanie gotowości: < 0,5 W
Pobór mocy w stanie jałowym: 500 W na kanał (bias wysoki), 175 W na kanał (bias średni), 75 W na kanał (bias niski)
Pobór mocy maksymalny: 2 500 W na kanał
Pojemność kondensatorów: 670 000 µF
Rodzaj wtyczki zasilania: 2 x 15A C15/C13
Wymiary (S x W x G): 57 x 26 x 60 cm
Waga: 84 kg