Tag Archives: Berina RC9


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Berina RC9

Gauder Akustik Berlina RC9

Link do zapowiedzi: Gauder Akustik Berlina RC9

Opinia 1

Wydawałoby się, że jak co roku, reglamentujący życiodajne promienie słoneczne okres jesienny jest w stanie przynieść jedynie symptomy depresji. Tymczasem, gdy prześledzicie nasze ostatnie portalowe dokonania, z pewnością zauważycie bardzo ciekawy, przynajmniej dla mnie, trend opiniowania dość drogich zespołów głośnikowych. Tak tak, patrząc na naszą, związaną z kosztownym sprzętem portalową karmę, do sporej ilości zer po przecinku powinienem się już przyzwyczaić. Jednak co innego teoretycznie pokaźna kwota dla pana Kowalskiego, a co innego przekroczenie magicznego progu stu tysięcy euro za set elektroniki, lub parę kolumn. Ktoś jest lekko zaszokowany? Jeśli tak, nie musi się wstydzić, gdyż nawet ja, w swoich decyzjach zakupowych mocno ocierając się o podobne poziomy cenowego szaleństwa, z racji szacunku do oscylujących na takich pułapach konstrukcji, zawsze dostaję pozytywnie wpływającej na ich postrzeganie przysłowiowej gęsiej skórki. Czy to źle? Naturalnie, że nie, gdyż ta, nawet nie tyle pozwala mi, ale wręcz zmusza, do nabrania odpowiedniego dystansu podczas procesu testowego danej konstrukcji. Dystansu mającego jedno zadanie, czyli na ile to możliwe, dotrzeć do zamierzeń konstruktora, które za sprawą tak wycenionego komponentu chciał przekazać potencjalnym klientom. I gdy po kilku latach eksploracji szczytów cenników różnych producentów wydawałoby się, że takie podejście jest dla mnie bułką z masłem, muszę Was zawieść, ponieważ zawsze potrzebuję kilku, a czasem nawet kilkunastu dni, aby spojrzeć na odbyty proces opiniowania z odpowiednim pakietem racjonalnych przemyśleń. Tak też było i tym razem, dlatego też dopiero po kilku tygodniach od internetowej zapowiedzi podjęliśmy się z Marcinem próby ujęcia w jedną, mamy nadzieję, że ciekawą całość, zebranych podczas kilkunastodniowego słuchania wniosków. O czym mowa? Przyznam szczerze, że od dawna ostrzyłem sobie na to zęby, aż po kilku latach się udało i do mojej samotni zawitały zajmujące w portfolio Gauder Akustik drugie miejsce od góry kolumny Berlina RC9, których owocną w ciekawe doznania wizytę zawdzięczam katowickiemu dystrybutorowi RCM.

Krótki ogląd przedstawionych na zdjęciach kolumn wyraźnie daje do zrozumienia, że również ten model zbudowano w formie kanapki z kilkudziesięciu, w poprzecznym przekroju przypominających kształt lutni, wręg z wykończonego w lakierze fortepianowym MDF-u. Naturalnie pomiędzy każdą klepką znajduje się elastyczna warstwa uszczelniająca, a wszytko dla spełnienia odpowiedniej sztywności solidnie skręcono. Front w celu przeciwdziałania szkodliwym dyfrakcjom dźwięku jako płaszczyzna jest nieregularny, co zrealizowano przy pomocy ukazującej różnorodne pory wariacji MDF-u z łupkiem. Ale dla mnie nie wykończenie frontu, lecz jego oferta przetworników jest od dawna spędzającym sen z powiek największym dobrem. O co chodzi? Otóż od zawsze w tej konstrukcji pociągały mnie zastosowane przetworniki niemieckiego Accutona. Ale nie porcelanowe, gdyż możliwości tych, co prawda zaaplikowanych w kilku innych kolumnach, jednak zdążyłem już z grubsza poznać, tylko dwa błyszczące diamenty. Jeden wysokotonowy, a drugi pracujący w paśmie wyższej średnicy. Dlatego jedynie w wyższej, gdyż ze względu na swój rozmiar nie jest w stanie przenieść całego zakresu środka pasma i w tej materii musi wspomagać go porcelana. Jako uzupełnienie dolnych rejestrów także wykorzystano białą „kamionkę”, ale dla spełnienia założeń ich niezbędnej ilości i dobrej jakości zastosowano aż trzy osiemnastki. Zwieńczeniem awersu jest niewielka, ale za to mieniąca się połyskującym srebrem, umieszczona tuż nad podstawą plakietka z nazwą serii „Berlina”. Dotykając tematu miejsca przyłączy okablowania trzeba wspomnieć, iż mamy do dyspozycji podwójne terminale kolumnowe i dla łatwiejszego dopasowania pracy kolumn do zastanego pomieszczenia trzy realizowane zworami opcje pracy sekcji niskotonowej. Ostatnim ważnym elementem opisywanych konstrukcji jest zespolona z nimi za pomocą trzech stożków, jak na typowe standardy stosunkowo gruba, a przez to zwiększająca pozytywnie wpływający na stabilność ciężar kolumn granitowa podstawa.

Będąc do bólu szczerym i bez naciągania faktów mogę powiedzieć, że jeśli dysponujecie odpowiednio rozdzielczym źródłem (nie mylić z rozjaśnionym, bo to nie jest to samo), dopiero przy pomocy tego zestawu kolumn, dzięki diamentowej sekcji średnio-wysokotonowej jesteście w stanie usłyszeć, tutaj pokuszę się nawet o stwierdzenie, prawie wszystkie zawarte w zakresie średnio-wysokotonowym informacje. Naturalnie ręki za to twierdzenie na pieńku nie położę, ale na bazie moich kilkuletnich doświadczeń oświadczam, iż jeszcze nigdy nie słyszałem tak dokładnie oddanych wspomnianych rejestrów. Zestaw kreśli każdą nutę, w dobrym tego słowa znaczeniu, z precyzją skalpela. Ale natychmiast wszystkie znerwicowane dusze chciałbym uspokoić, gdyż dzięki tendencjom mojego zestawu audio delikatnego kolorowania świata, wszystko podane było w estetyce minimalnej słodyczy i zjawiskowej gładkości, co podczas obcowania z muzyką bardzo lubię, a co odpowiednią elektroniką stawiając na neutralność ponad wszystko bardzo łatwo można pod siebie dostroić. Przyznam szczerze, gdzieś w zakamarkach swoich szarych komórek wiedziałem, że testowa konfiguracja mniej więcej w ten sposób, czyli zjawiskowo w kwestii rozdzielczości, a przy tym z delikatną nutą słodyczy wypadnie, ale zawsze do momentu bezpośredniego zderzenia z rzeczywistością mam obawy o niechciane przerysowanie pewnych aspektów dźwięku. Na szczęście w tej odsłonie wszelkie podpunkty wycenionego na 100 k€ dźwięku były zrealizowane na to procent. To był dla mnie okres pławienia się w bezkresie podanych w nieskazitelny sposób fraz nutowych. To było na tyle zjawiskowe, że czasami robiłem sobie dzień wolnego od słuchania, aby nabrać dystansu i spojrzeć na taką prezentację po ochłonięciu. Niestety do samego końca testu nic a nic się nie zmieniało, co dało mi jasno do zrozumienia, że Pan Roland Gauder tym modelem jest w stanie bardzo mocno przyczynić się do złapania przez nas przysłowiowego króliczka. A przecież to nie jest jego ostatnie słowo. O co chodziło z tym spełnianiem podpunktów? Na tym poziomie cenowym i jakościowym o teoretycznie nic specjalnego. Według mnie o bardzo dobre oddanie rozmachu wirtualnej sceny w muzyce baroku. O pokazanie szybkości nurtów free jazzowych, rockowych i elektronicznych. A także wzorową prezentację fantastycznej, ale bardzo ważnej w oddaniu esencji ECM-owskiego jazzu, obecnej pomiędzy poszczególnymi dźwiękami ciszy, czego zawsze wymaga na przykład materiał muzyczny naszego niestety już nieżyjącego mistrza Tomasza Stańki. To znaczy, że wszystko było zbieżne z moim punktem „G”? Naturalnie, że nie. Ale też nie o szukanie problemu w tym momencie chodzi, tylko o przyjęcie do świadomości specyfiki grania głośników ceramicznych. To znaczy? Po prostu dość sztywna membrana nie jest w stanie tak dobrze oddać barwy i specyfiki wybrzmień nie tylko instrumentów drewnianych, ale również bez względu jak to zabrzmi soczystej wokalizy. Ale nie odbierałem tego w domenie żadnego problemu, tylko jako naznaczenie przekazu materiałem na membrany przetworników. Przecież nie można mieć pretensji, że coś gra w zgodzie ze swoimi konotacjami. A co jest w tym najciekawsze, po dosłownie kilku płytach i skierowaniu swoich zmysłów w kierunku pozytywów typu: oddanie szybkości narastania dźwięku, czy konturowości nisko schodzącego basu przestałem zauważać wspomniane aspekty mniejszej ilości drewna w dźwięku instrumentów, czy nasycenia pracy głosów artystów. Kto wie, może dopiero wtedy wszedłem na właściwy tor unikania podkolorowania dźwięku. Jednak bez względu na wszystko zawsze jest coś za coś i jeśli tylko teoretycznie coś innego niż mamy na co dzień tak jak opiniowane Berliny RC9 z łatwością potrafi się obronić, nie szukam na siłę ich potknięć, tylko czerpię z takiego stanu rzeczy wszystko co najlepsze. A zapewniam, było czym się delektować. Czy to koncert zespołu Metallica „S&M” , gdzie bardzo dobrze oddane były mocne riffy gitarowe i energia perkusji, czy pieczołowicie pokazane występy Jordi Savalla w wielkich kubaturach kościelnych, wszystko wybrzmiewało z fantastycznym, bo podpartym fenomenalną rozdzielczością, realizmem. Owszem, czasem, gdy jakimś cudem udało mi się wyrwać ze sterującej moimi zmysłami Gauderowej nirvany, doszukiwałem się posmaku zarezerwowanej dla sznytu instrumentów z drewna pewnej szarości, ale to było siłowym szukaniem dziury w całym, a nie samoczynnym odruchem. Tytułowe dziewiątki nie pozostawiały pola do własnych interpretacji, tylko oferowały swój pogląd na zapisany na srebrnych krążkach, jak pisałem fantastycznie zaprezentowany świat i albo szło się ich drogą, albo całkowicie je odpuszczało. Ba nawet jeśli chciałem je przechytrzyć i jednak poszukać w nich swoich wizji, tak umiejętnie mnie prowadziły, że dopiero po kilkugodzinnym resecie orientowałem się, jak łatwo po raz kolejny wciągnęły mnie w swój znakomicie namalowany świat. I co w tym wszystkim w dobrym tego słowa znaczeniu było dla mnie najgorsze, w podobnym tonie wypadał każdy repertuar. Naturalną koleją rzeczy jeśli miałbym jednak wartościować prawdziwość słuchanej muzy według moich standardów, najlepiej wypadała muzyka buntu w stylu różnorodnego rocka i elektroniki. Jednak nie dlatego, że chodziło o odtwarzanie łomotu i przecinanych świstami sztucznie generowanych tektonicznych tąpnięć, tylko w tych gatunkach ewidentnie słychać było swobodę poruszania się kolumn po aspektach szybkości i energii prezentacji. Ale jak wspominałem, w przypadku muzyki stawiającej na wywoływanie w nas uczucia uduchowienia przekazu pięknie prezentujące się Niemki wyartykułowane niuanse braku posmaku celulozy w odpowiednich momentach nadrabiały prawdziwością oddania wielkości goszczących muzyków kościołów i wręcz punktowe osadzenie muzyków w ich realiach. We wszystkich słuchanych przeze mnie kompilacjach nutowych znajdowałem coś, czego nie słyszałem u siebie. Raz była to realizowana przez diamentowe przetworniki rozdzielczość, innym razem rytmika, jeszcze innym swoboda prezentacji, by na koniec spiąć wszystkie podpunkty w zaskakującą spójność. Ale po raz kolejny zaznaczam, wszystko w ramach pewnej, zarezerwowanej dla ceramicznych głośników, w testowej odsłonie delikatnie przesuniętej w kierunku mojej estetyki grania, czyli miłej estetyce. Czy to dobrze? Jasne, że tak, gdyż nie ma jednego wzorca odtwarzanego dźwięku, a i każdy z nas tę samą prezentację często odbiera na swój sposób. Dlatego w całej zabawie w zaawansowane audio najpiękniejsza jest różnorodność oferty producentów, która na szczęście pozwala nam dobrać konstrukcje do swoich priorytetów.

Analiza powyższego tekstu jednoznacznie pokazuje, że jeśli stawiacie na obdarzoną bezkresem informacji prawdę o muzyce, powinniście zmierzyć się z tytułowymi Niemkami. Ale weźcie dodatkowo pod uwagę fakt, że ja swoim zestawem co prawda delikatnie, jednak tendencyjnie kierowałem ich ostateczny sznyt w stronę podkolorowania. Wy zaś, chcąc pozostać w sferze neutralności praktycznie nie musicie robić nic, Wystarczy zadbać o to, aby współpracująca z Berlinami RC9 elektronika zbytnio nie wnosiła swoich manier. Myślicie, że to może być problem? Spokojnie. To żaden problem, gdyż opisywane czarne panny w momencie próby naginania faktów przez docelowy zestaw natychmiast pokażą, gdzie w dążeniu do bezkompromisowości popełniliście błąd. Czy są to kolumny dla każdego? Po moich doświadczeniach twierdzę, że jeśli nie szukacie ociekającego estetyką gorącej lampy dźwięku z całą powagą tak. Są podatne na delikatne kreowanie własnego punktu widzenia. Oferują fenomenalny przekaz muzyczny. Aż kipią akceptowalnym dosłownie w każdym pomieszczeniu designem. I gdy zbierzemy te zalety w jedną całość, niestety pozostaje mi wspomnieć o jednej drobnej z punktu widzenia większości zakręconych na punkcie dobrej jakości dźwięku osobników wadzie, jaką z pewnością jest spora cena. Ale natychmiast idąc z pomocą naszym bohaterkom dodam, przecież nikt nie powiedział, że będąc tak blisko złapania przysłowiowego króliczka za ogon cena produktu pozostanie na poziomie serii budżetowej. Niestety jakość kosztuje.

Jacek Pazio

Opinia 2

Są konstrukcje na swój sposób wyjątkowe, elektryzujące samym faktem istnienia i wywołujące przyspieszone bicie serca u zastępów ich wiernych, acz doskonale zdających sobie sprawę z platonicznego charakteru takiego związku, akolitów. Do elitarnego grona takich właśnie obiektów kultu spokojnie możemy zaliczyć flagowy model niemieckiej manufaktury Gauder Akustik, czyli Berlina RC-11. Strzeliste, imponujące i na tyle nazwijmy to delikatnie „absorbujące finansowo”, że w momencie ich debiutu na polskim rynku, przy ich zakupie można było liczyć na nad wyraz miły „gratis” w postaci … BMW i nie mówimy w tym momencie o resoraku, tylko prawdziwym turladełku. Jednak abstrahując od samej ceny 11-ek warto przy okazji pamiętać, iż nawet po weryfikacji stanu konta – czując się na siłach ich zakupu, musimy jeszcze mieć na uwadze pewien drobny szczegół, czyli gdzie i jak te ponad dwumetrowej wysokości i ważące po ponad 200 kg niemieckie piękności ustawić. I w tym momencie pomocną dłoń wyciąga do nas sam konstruktor, który postanowił ideę swoich flagowców przybrać w zdecydowanie łatwiejszy do aplikacji w większości pomieszczeń model RC9.

Proszę się jednak zbytnio nie ekscytować i jeszcze nie kombinować jakby tu 9-ki wstawić do dwudziestometrowego pokoju, bo nieco mniejsze i nieco łatwiejsze w ustawieniu w przypadku Gauderów wcale nie oznacza małych i łatwych. Jak sami Państwo widzicie nawet w naszym, blisko czterdziestometrowym, oktagonalny OPOS-ie Berliny zwracają na siebie uwagę, a proszę mi wierzyć, na razie jedynie na słowo, że grają one dźwiękiem zdecydowanie większym, aniżeli wskazywałyby na to ich gabaryty. Dlatego też spokojnie możemy uznać, iż dolną granicą metrażu przy jakim warto się nimi zainteresować jest właśnie 40 metrów i to jedynie w przypadku solidnej adaptacji akustycznej.
Zanim jednak przejdziemy do analizy walorów brzmieniowych tytułowych kolumn warto, choć przez chwilę, skupić się na tym, cóż tam w nich ciekawego siedzi. A siedzi całkiem sporo, gdyż oprócz czterech, jakże charakterystycznych dla konstrukcji sygnowanych przez dr.Rolanda Gaudera, porcelanowych Accutonów jest jeszcze małe diamentowe co nieco. Jednak po kolei. Za reprodukcję dołu odpowiadają trzy ceramiczne 18-ki, które na średnicy uzupełnia kolejny, również 18 cm mid-woofer, a ten z kolei przekazuje pałeczkę 50 mm, już diamentowemu średniotonowcowi uzupełnionemu kolejnym diamentowym drajwerem, czyli 20 mm tweeterem. Ta jakże imponująca bateria przetworników wymaga oczywiście stosownej oprawy, więc zamiast konwencjonalnej „skrzynki” obudowy kolumn wykonano z 50 mm, wycinanych na obrabiarkach CNC, wręg z pokrytego lakierem fortepianowym MDF-u, które w celu redukcji pasożytniczych rezonansów przełożono dodatkowo 3 mm plastrami miękkiego absorbera. Ten blisko półtorametrowy sandwich na całej swej wysokości skręcony jest za pośrednictwem długich śrub a całość ustawiono na trzech masywnych stożkach i granitowej podstawie.
Nie mniej intrygująco przedstawia się ściana tylna, która choć poprzez zbliżony do kształtu lutni obrys kolumn ma postać iście szczątkową, to jednak udało się umieścić na niej, tuż przy podstawie, panel przyłączeniowy z podwójnymi terminalami głośnikowymi WBT i pozwalającą na dopasowanie do zastanych warunków lokalowych trójpozycyjną regulację najniższych składowych w zakresie +/- 1,5 dB. Skoro jesteśmy przy terminalach wielkim nietaktem z naszej strony byłoby pominiecie faktów dotyczących tego, co kryje się za nimi a co niejako bezpośrednio wpływa nie tylko na brzmienie, lecz również na dobór zdolnej prawidłowo wysterować tytułowe kolumny elektroniki. O co chodzi? O iście bezkompromisowe podejście do tematu, czyli z upodobaniem stosowane w Gauderach zwrotnice o bardzo stromym, bo wynoszącym ponad 50dB/oktawę, nachyleniu i ich symetryczną budowę. Oznacza to ni mniej ni więcej, że lepiej zawczasu zaopatrzyć się w solidną amplifikację, bo bez niej może być najdelikatniej rzecz mówiąc nieciekawie i nie są to jedynie jakieś marketingowe „kocopały”, tylko potwierdzone empirycznie fakty. Nie raz i nie dwa bowiem zdarzało się np. podczas monachijskiego High Endu, gdy podobnież high-endowa elektronika mająca współpracować z Gauderami po kilku godzinach grania dostawała nie tylko zadyszki, lecz i zdarzało się, że ostentacyjnie rzucała ręcznik na ring, po prostu się wyłączając.
Całe szczęście u nas takich anomalii nie było, gdyż po pierwsze kubatura redakcyjnego OPOS-a jest zdecydowanie mniejsza od sal monachijskiej wystawy, a po drugie nie musząc „przekrzykiwać” się z grającymi za ścianą sąsiadami operowaliśmy na zupełnie innych poziomach głośności. I w tym momencie dochodzimy do clue niniejszej epistoły, czyli do brzmienia 9-ek. Od razu zaznaczę, że długo biłem się z myślami czy poniższy fragment tekstu zamieścić, czy też asekuracyjnie, w ramach ostatecznej korekty go pominąć, jednak koniec końców uznałem, że trzeba być uczciwym zarówno wobec samego siebie, jak i naszych Czytelników. Mam bowiem na myśli jeden z najbardziej wyświechtanych i zdewaluowanych frazesów, jakie stosuje się podczas opisywania najprzeróżniejszych urządzeń i akcesoriów. Mowa o swoistym poznawaniu własnej, znanej niemalże na pamięć, płytoteki od nowa. Z pewnością wielokrotnie spotkaliście się Państwo z takim stwierdzeniem i jak mniemam zdążyliście się już na nie uodpornić. Pech jednak w tym, że z Gauderami RC9 nabiera ono zupełnie nowej świeżości i naprawdę znaczy to, co znaczyć powinno. W pierwszej bowiem chwili, gdy siadamy przed wygrzanymi 9-kami, mamy nieodparte wrażenie, iż ilość dostarczanych przez nie informacji jest może nie tyle przesadzona, bo przecież same z siebie kolumny nic dodać nie mogą, co raczej nieco przytłaczająca. Zaczynamy słyszeć detale i niuanse, których istnienia mogliśmy się do tej pory jedynie domyślać i zgadywać, że gdzieś tam w muzycznych odmętach egzystują, a tymczasem z niemieckimi kolumnami w torze są one widoczne jak na dłoni i bezsprzecznie obecne. Ot tak, po prostu. Efekt ten można porównać do etapu, który większość z nas przechodzi w swoim życiu, gdy najpierw wmawiamy sobie, że cały czas mamy iście sokoli wzrok, tylko … ręce robią się nam za krótkie, bądź złośliwi wydawcy stosują coraz mniejszą czcionkę, by koniec końców pójść do okulisty, potem do optyka, dobrać sobie okulary i już ze szkłami na nosie zorientować się ileż to detali przez ostatnie lata nam umykało. Szukając bardziej muzycznych analogii posłużę się jednym z najlepiej znanych dzieł, czyli … „Czterema porami roku” Vivaldiego. Otóż większość dostępnych na rynku konstrukcji brzmi jak „Le quarto stagioni” sir Yehudi Menuhina z Camerata Lysy, natomiast Gaudery to mistrzowskie wykonanie „Vivaldi: The Four Seasons” Giuliano Carmignoli i Venice Baroque Orchestra. Niby ten sam utwór, niby ten sam zapis nutowy a u Carmignoli słychać po wielokroć więcej, a czy lepiej to już zależy od naszych, wybitnie subiektywnych preferencji. Nie da się bowiem ukryć, ze zarówno na wspomnianych poczynaniach Venice Baroque Orchestra, jak i z Gauderami mamy do czynienia z pewną wirtuozerią i wyczynowością, gdzie nie ma zbyt wiele miejsca na obojętność i brak zaangażowania. Tutaj jest gra na 100-kę, gdzie każdy, łącznie ze słuchaczem, daje z siebie wszystko. Nie liczcie zatem Państwo, że włączycie RC9-ki, które będą sobie „plumkały” w tle, a Wy zajmiecie się codzienną krzątaniną. Nic z tych rzeczy. One nie tyle potrzebują Waszej atencji, co wręcz jej żądają. Chociaż nie, to nie tak. One wcale o nią nie zabiegają, lecz to my, sami z siebie po ich usłyszeniu dokonujemy swoistego przewartościowania priorytetów. Zamiast bowiem traktować je jako li tylko dodatek, jedną ze składowych planu dnia rezerwujemy specjalnie dla nich czas, w którym liczy się wyłącznie kontakt z muzyką. Intensywność doznań, jakie Berliny nam serwują porównać można do uczestnictwa w koncercie, spektaklu, więc logicznym jest, iż tak jak siedząc na widowni nie zajmujemy się przeglądaniem mediów społecznościowych, czy też wymianą korespondencji ze znajomymi, tak też i podczas odsłuchu Gauderów robić tego nie będziemy. Powiem nawet więcej. Otóż podczas sesji odsłuchowych nie dane mi było czynić zwyczajowych notatek, gdyż po pierwsze i tak się nie mogłem na nich w satysfakcjonującym stopniu skupić a po drugie gdzieś podświadomie czułem, że po prostu nie wypada.
Powodem takiego stanu rzeczy jest oczywiście nieosiągalna dla większości przetworników rozdzielczość oferowana przez zaimplementowany w RC9-kach diamentowy duet Accutona. Proszę tylko nie mylić rozdzielczości z analitycznością, czy wręcz laboratoryjnym chłodem, gdyż w tym przypadku mamy do czynienia z fenomenalną transparentnością i to transparentnością doprawioną odrobiną słodyczy, przez co słysząc więcej aniżeli dotychczas, odbieramy to w kategoriach jednoznacznie pozytywnych. Całe szczęście nie ma w tym zwiększeniu docierających do nas informacji nawet najmniejszego śladu granulacji, czy ofensywności, przez co po kilkugodzinnej sesji nie czuć zmęczenia a jedynie niedosyt dalszych wrażeń. Co istotne, wraz z fajerwerkami na średnicy i górze nie brakuje też odpowiednio sugestywnych i zapierających dech w piersiach atrakcji w niższej średnicy i basie. Wystarczy bowiem włączyć obfitujący w iście infradźwiękowe pasaże „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, by autorytatywnie stwierdzić, że 9-ki pod tym względem nie mają żadnych, ale to absolutnie żadnych ograniczeń, wypadając tym samym bardziej spektakularnie od RC8-ek, i jeśli tylko wymagają tego okoliczności, czyli reprodukowany przez nie materiał, to potrafią zagrać z iście niszczycielską siłą i rozmachem. A właśnie, wspominałem o tym, że Gaudery wydają się generować dźwięk większy aniżeli wskazywałyby na to ich gabaryty. Otóż to wcale nie chodzi o to, że one cokolwiek powiększają, czy wyolbrzymiają, bo tak nie jest. Źródła pozorne są dokładnie takie, jak w rzeczywistości, dlatego też słuchając „Jazz at the Pawnshop” Arne Domnérusa czujemy się jakbyśmy siedzieli przy jednym ze stolików sztokholmskiego PUB-u i obserwowali poczynania jazzowego kwartetu wspomaganego wibrafonem Larsa Erstranda a nie na Stadionie Wembley podczas pamiętnego koncertu Queen. Tu chodzi właśnie o to, że gdy najdzie nas ochota na właśnie takie stadionowe live’y, to możemy mieć pewność, że otoczą nas dziesiątki tysięcy rozwrzeszczanych gardeł a scena będzie miała ładnych kilkadziesiąt metrów szerokości. Bez przeskalowywania, prób wpasowania stadionowych realiów w kilkudziesięciometrowy pokój i innych sztuczek. Posługując się audiofilskimi słowami – kuczami spokojnie możemy stwierdzić, iż tym razem mamy do czynienia ze zjawiskiem przenoszenia słuchacza do miejsca rejestracji danego wydarzenia aniżeli przenoszenia muzyków do naszego zupełnie nieprzystosowanego do tych celów lokum. Nie wierzycie? No to wszystkim niedowiarkom polecam „The Wrong Side Of Heaven And The Righteous Side Of Hell, Volume 1” Five Finger Death Punch a dokładnie „Purgatory (Tales from the Pit)” – drugi, koncertowy krążek tego wydawnictwa. Takiego ładunku energii z pewnością długo nie zapomnicie a przy okazji sami będziecie mogli ocenić, jak się mają realia do opowieści, jakoby na high-endowym sprzęcie nie dało się słuchać ciężkiego metalu.

Pół żartem pół serio można w ramach podsumowania niniejszej recenzji stwierdzić, że naszą wspólną zabawę z Jackiem w nieraz niezwykle lapidarne próby opisania najprzeróżniejszych konstrukcji głośnikowych od tej chwili spokojnie będziemy w stanie podzielić na tę przed i tę po Gauderach Berlina RC9. Nie da się powiem ukryć iż 9-ki są na tyle referencyjne, że nie dość, że podniosły poprzeczkę naszych oczekiwań na pułap, który niezwykle trudno będzie przeskoczyć, to jednocześnie stały się swoistym punktem odniesienia. Czy jest to zatem propozycja dla wszystkich, oczywiście wszystkich tych, którzy nie dość, że mogą sobie pozwolić na wydatek rzędu 100 k€, to mają jeszcze odpowiednie warunki lokalowo – sprzętowe, by je ugościć? O ile tylko będą w stanie podołać ilości dostarczanych przez Gaudery informacji, to tak. Jednak w pierwszej kolejności o ich zakupie powinny pomyśleć wszelakiej maści studia nagraniowe i masteringowe, bo właśnie na 9-kach pracujący tam ludzie będą w stanie usłyszeć wszystko, dosłownie wszystko, co zostało zarejestrowane, i miejmy cichą nadzieję tego nie zepsuć.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Cena: 431 000 PLN

Dane techniczne
Głośnik niskotonowy: 3 x 180 mm ceramiczny
Głośnik średnio-niskotonowy: 1 x 180 mm ceramiczny
Głośnik średniotonowy: 1 x 50 mm diamentowy
Głośnik wysokotonowy: 1 x 20 mm diamentowy
Częstotliwość podziału: 150 / 1000 / 6000 Hz
Impedancja: 4 Ω
Moc sinusoidalna: 340 W
Moc muzyczna: 750 W
Wymiary (W x S x G): 145 x 34 x 61 cm
Waga z podstawą: 102 kg
Gwarancja: 20 lat