Tag Archives: Bricasti Design


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Bricasti Design

Link do zapowiedzi: Bricasti Design M19 & M11

Opinia 1

Z pewnością nie raz i nie dwa słyszeliście złowrogie zapowiedzi osobników obcujących z muzyką na bazie plików, że format CD nawet nie tyle umiera, co dawno umarł i jeśli jeszcze na rynku jest coś w ofercie, to tylko z racji wyprzedaży magazynowych resztek. Na szczęście są to tak zwane pobożne życzenia, gdyż wielu producentów widząc jeszcze sporo problemów jakościowych muzyki słuchanej na bazie streamu, nawet mając coś z tej strony barykady cały czas nie porzuca poczciwego, przez lata dopracowanego do granic jakościowych możliwości formatu CD. Przykłady takiego podejścia do tematu można by bez końca mnożyć, bowiem uprawia to cała high end-owa elita. A uprawia dlatego, gdyż wie, że jeśli nie zlekceważy się tematu podczas powoływania do życia źródła płyt kompaktowych, pliki zawsze będą krok za nim. I żeby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość, na przysłowiowym pudle zwycięzców zaraz po formacie analogowym w postaci płyty winylowej, jest odtwarzacz CD, a dopiero po nim pliki. Owszem, zawsze znajdzie się jakiś rodzynek z ostatniej pozycji na pudle mogący powalczyć w tym temacie, ale na bazie moich doświadczeń wiem, iż to jedynie pojedyncze przypadki potwierdzające wspomnianą regułę. Czy to oznacza, że jeśli chcemy pozostać w sferze bardzo dobrze odtwarzanych srebrnych krążków, jesteśmy skazani na kredyty hipoteczne pozwalające zorganizować środki na konstrukcje ze szczytów kompaktowego Olimpu? Ależ nic z tych rzeczy, gdyż mimo wspomnianego odtrąbienia przez niektórych śmierci formatu CD, świetne konstrukcje znajdziemy dosłownie na każdym pułapie cenowym z segmentem dla statystycznego Kowalskiego włącznie. A pierwszym z brzegu może być opiniowany dziś, nie najtańszy, ale też nie kosztujący oczu z głowy, dostarczony przez łódzki Audiofast, pochodzący ze Stanów Zjednoczonych zestaw w postaci transportu CD/SACD i przetwornika cyfrowo-analogowego marki Bricasti o symbolach M19 & M11.

Jak prezentują się nasi bohaterowie? Jak widać, producent zastosował unifikację obudów. Zabieg stosunkowo częsty, gdyż z jednej strony zachowujący taki sam wygląd komponentów w teorii mających ze sobą współpracować z często oczekiwanym przez klientów efektem spójności wyglądu, zaś z drugiej to zawsze jest oszczędność w postaci minimalizacji ilości odmiennych podzespołów, które potem chcąc utrzymać płynność produkcji trzeba kosztownie magazynować. Najważniejszą obok unifikacji jednak sprawą jest zaprojektowanie udanej wizualnie obudowy. A te w moim mniemaniu są bardzo przyjazne wzrokowo, gdyż to zawsze sprawdzające się połączenie odcieniu jasnej szarości górnych, wyposażonych w dwa bloki otworów wentylacyjnych górnych połaci z czernią bocznych ścianek oraz wykonanych z grubego płata aluminium frontów. A gdy do tego dodam, że obudowa nie jest jakoś specjalnie wysoka, okaże się, że oprócz udanego zderzenia kolorów, korpusy Bricasti są także zgrabne gabarytowo. Jak wygląda ich wyposażenie manualno-przyłączeniowe? To naturalnie zależy od zakresu działania. Awers transportu CD/SACD podzielono na dwie sekcje. Na lewej widać mieniący się błękitem wyświetlacz, na jego prawej flance sporej średnicy szarą gałkę pozwalającą zmienić numer słuchanego utworu, a pod nimi serię eliptycznych guzików funkcyjnych, zaś na prawej szufladę napędu oraz całkiem z prawej strony okrągły włącznik inicjujący pracę urządzenia wraz z diodą informacyjną o jego stanie. Rewers transportu może się pochwalić trzema rodzajami wyjść sygnału cyfrowego (I2S/DSD, SPDIF, AES/EBU), 2 trigger-ami do spięcia całego systemu w jeden sterowany całościowo układ komponentów oraz zintegrowany w głównym włącznikiem terminal prądowy IEC. Oczywiście będąc uniwersalnym źródłem Bricasti M19 umożliwia odczyt płyt CD i SACD, a w jego sterowaniu pomaga dołączany w komplecie pilot zdalnego sterowania. Jeśli rozprawiamy o przetworniku, w centralnej, lekko zagłębionej w stosunku do bocznych parceli, części frontu został umieszczony pełniący nieco inne funkcje niż transport, zestaw wyświetlacza, gałki i przycisków oraz na prawej stronie identyczny do czytnika płyt włącznik. Kwestie przyłączeniowe natomiast realizuje bateria wejść cyfrowych (LAN, I2S, USB, TOSLINK, AES/EBU, SPDIF, trigger spinający funkcyjnie DAC-a z reszta systemu, wyjścia analogowe XLR oraz RCA i naturalnie pozwalający przyjąć energię elektryczną zestaw włącznika i gniazda zasilania IEC. Wspominając o jego możliwościach odkodowania sygnału cyfrowego porty USB/ETHERNET ogarniają sygnał 44.1 kHz – 384 kHz, DSD 256X Natywne, DoP, wejście SPDIF pracuje w zakresie 44.1 kHz – 192 kHz, DSD 128 i DoP, natomiast TOSLINK radzi sobie od 44.1 kHz – 96 kHz. Wieńcząc opis obydwu komponentów dodam, że przetwornik podobnie do transportu jest wyposażony w pilot zdalnego sterowania.

Co wynikło z testowego mariażu amerykańskiego źródła z moim systemem? Nie powiem, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. A dlatego, że zestaw zapewnił muzyce dobrą podstawę niskich rejestrów, otwartą, nienachalnie, acz wyczuwalnie lekko doświetloną w wyższym zakresie średnicę i zapewniające odpowiednią ilość detali, ale czuwające nad efektem nadinterpretacji przez wspomniane wzmocnienie centrum pasma, minimalnie stonowane najwyższe rejestry. Efekt współpracy wszystkich podzakresów był taki, że dostałem mocne uderzenie żywym, otwartym, ale zarazem nienachalnym dźwiękiem, co zapewniało najważniejsze dla mnie składowe słuchanej muzyki, czyli szybkość narastania sygnału, przez to radość i nieprzewidywalność prezentacji. A na samym początku nie było to takie oczywiste. O co chodzi? Nie będę owijał w bawełnę, tylko wspomnę, iż aplikując testowane źródło w mój tor bałem się zbytniego spokoju. To niestety w dobie krzykliwości sporej grupy konstrukcji w imię pozornego serwowania ilości informacji finalnie będąc zniekształceniami bardzo częste praktyki producentów. Aby się zabezpieczyć, wolą zaproponować coś nadmiernie stonowanego, aby w przypadku trafienia na krzykliwą resztę układanki na samym starcie wypaść, jeśli nie idealnie, to przynajmniej bezpiecznie, by w perspektywie dodatkowego strojenia okablowaniem okazać się urządzeniem z potencjałem. Na szczęście Jankesi nie poszli tą drogą, tylko postawili na rozmach i dobrze rozumianą nieobliczalność, dzięki czemu przez cały okres testu miałem dużo frajdy ze słuchania dosłownie każdego jej rodzaju.
Mocny rock z repertuaru Black Sabbath w postaci płyty „Vol. 4” bez problemu pokazywał prawdziwe „ja” tej formacji. Raz w pozytywnym tego słowa znaczeniu masakrował moje zmysły ostrymi kawałkami z pełnym pakietem zawartej w nich agresji z podobną prezentacją wokalizy włącznie, by za moment w balladzie „Changes” zaczarować moje wnętrze – na tle zwyczajowego krzyku – niekojarzoną z Ozzy-m płynnością zaśpiewanego tekstu, który wspierał hipnotyzujący motyw w zamyśle mający być zagranym przez sekcję smyczków, jednak finalnie podczas sesji nagraniowej po decyzji zespołu zrealizowany przez syntezatory. Spróbujcie wczuć się w ten kawałek, a zrozumienie, o co mi chodzi. Ja przy nim wręcz odlatuję. Jest na tyle mistyczny i głęboko poruszający, że mimo woli podkręcam gałkę głośności do granic wytrzymałości zmysłu słuchu, a mimo to cały czas sprawia mi to przyjemność. Po co wspominam obie twarze tego krążka? Chodzi oczywiście o pokazanie, że wspominane na samym początku lekkie doświetlenie średnicy nie wywołało żadnych reperkusji sonicznych w postaci krzykliwości lub jakiegokolwiek szkodliwych rozjaśnień. Specjalnie wziąłem na tapet tę muzykę, gdyż ona będąc średnio zrealizowana nie wybacza nadmiernego majstrowania przy ożywianiu średnicy i tutaj pokazała palcem, że amerykańskie źródło wyszło ze starcia z przysłowiową tarczą.
A czy duet Bricasti dał radę zaspokoić wymagania bardzo czułej na zbytnią otwartość centrum pasma muzyki jazzowej? W tym przypadku włożyłem do transportu ciężki do dobrego odtworzenia materiał Leszka Możdżera i jego interpretację muzyki filmowej „Kaczmarek by Możdżer”. Dlaczego ciężki? Po pierwsze zestaw musi oddać dostojność fortepianu, po drugie swobodę prezentacji w górnych partiach, a po trzecie dźwięczność w pojedynczych akordów w pełnym zakresie częstotliwościowym. I gdy pierwsze dwie cechy bez problemu przed puszczeniem tej płyty byłem w stanie sobie wyobrazić, to nieco obawiałem się o przywołaną dźwięczność, a dokładnie mówiąc zbytnie, będące cechą zestawu doświetlenie przekazu, a przez to odchudzenie zawieszonych w eterze pojedynczych nut. Jak zatem wypadła ta próba? Do końca nie wiem, jak Amerykanie to zrobili, ale nie odczułem problemu w stylu utraty esencjonalności muzyki, tylko jakby lżejsze podanie, które nie zaburzyło jej wielobarwności. Zjawiskowo płynęła, dzięki czemu podobnie do odtworzeń z mojego pełnego zestawu przez cały czas mnie czarowała. I uderzyła niskimi akordami, i otuliła zjawiskową średnicą, i pobudziła zmysły rozwibrowaniem najwyższych zakresów, co już od drugiego utworu – pierwszy był pewnego rodzaju akomodacją słuchu do zastanej sytuacji – pozwoliło zatracić się w niej bez granic. Byłem tym faktem pozytywnie zaskoczony, bo z racji wspominanej trudności pokazania zawartej w niej intymności nieczęsto ją wykorzystuję, gdy tymczasem zestaw zza wielkiej wody przypomniał mi, jak głęboko potrafi dotknąć mej duszy.

Komu poleciłbym tytułowe dzielone źródło CD? Naturalnie w pierwszej kolejności wszystkim zainteresowanym słuchaniem muzyki. Dla nich pliki, jeśli nawet nie grają gorzej, niestety z braku manualnej celebry są jakby bezduszne. Ale to nie jedyna grupa, której zalecałbym osobistą próbę z zestawem Bricasti. Piję oczywiście do sfrustrowanych piewców streamowania, którzy konfiguracyjnie „boksując” się z materią przez dłuższy czas nie są w stanie osiągnąć przyzwoitego dźwięku. Jak wspominałem we wstępniaku, dobre CD zazwyczaj zagra lepiej od plików przy takich samych nakładach finansowych o większej łatwości zestawienia systemu na bazie poczciwego kompaktu nie wspominając. Wystarczą dobre chęci, aby się o tym przekonać. Jaki będzie tego finał, nie mam pojęcia. Jeśli jednak z prozaicznej przyczyny, znaczy się lenistwa lenistwo i związanym z nim brakiem chęci manualnego obsługiwania procesu doboru repertuaru coś nie zaiskrzy, przynajmniej przekonają się, na jakim etapie jakości są ze swoimi plikograjami. Z moich doświadczeń wynika, że niestety zazwyczaj daleko za kompaktem. A po tym teście wiem, że będzie to spora grupa.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

O ile w dużym uproszczeniu i z przymrużeniem oka wzajemne relacje pomiędzy audiofilami i reprezentantami branży pro-audio przypominają nieco sąsiedzkie przepychanki Kargula z Pawlakiem, o tyle już sami wytwórcy dóbr wszelakich obu grupom dedykowanych nie tylko ewentualnych animozji nie podsycają, co traktując wszystkich tak samo serio potrafią pokazać i udowodnić, że cel w obu przypadkach jest ten sam a jest nim nic innego, jak tylko wierność oryginałowi, czyli reprodukcji muzyki „na żywo”. Tym samym, przy odrobinie szczęścia istnieje cień szansy by tak w procesie realizacji, jak i finalnego – domowego odsłuchu korzystać z urządzeń pochodzących z jednej „stajni” a więc niejako na własne potrzeby połączyć oba ww. światy. Z grona marek mających w swych katalogach zarówno produkty audiofilskie, jak i profesjonalne wystarczy tylko wspomnieć np. Amphiona, Brystona, Dynaudio, Focala, czy też sprawcę dzisiejszego zamieszania, czyli amerykańską manufakturę Bricasti Design. Jednak, żeby jeszcze nieco podnieść temperaturę w ramach niniejszego testu skupimy się nie tylko na reprezentancie wszechobecnych DAC-ów, lecz również nad wyraz namacalnie zadającym kłam twierdzeniom o śmierci srebrnych krążków transporcie CD/SACD. Panie i Panowie oto sygnowane przez Bricasti Design transport M19 oraz przetwornik cyfrowo-analogowy M11 Series II R2R w pełnej krasie.

Jak powyższe zdjęcia obrazują tytułowy duet prezentuje się niezwykle atrakcyjnie, gdyż nie dość, że nader udanie łączy srebrzystość korpusów z satynową czernią frontów, to jeszcze dyskretnie odchodzi od oklepanej prostopadłości. Każde z urządzeń jest bowiem uroczo taliowane a ściany przednie zamiast monolitycznych, płaskich płatów bądź to ukształtowano w delikatną falę jak ma to miejsce w przypadku M19-ki, bądź wypchnięto boczne połacie, by w tak powstałej wnęce umieścić centrum sterowania (M11). Jak łatwo zauważyć zarówno transport, jak i przetwornik mogą pochwalić się szalenie czytelnymi dużymi, kolorowymi wyświetlaczami oraz wzbogaconymi o wielofunkcyjne gałki zestawami przycisków funkcyjno-nawigacyjnych. Co ciekawe ich układ nie został zunifikowany, więc ustawiając jedno na drugim nie uzyskamy efektu pełnej, symetrycznej koherencji. Jak się jednak okazuje w tej pozornej niefrasobliwości jest głębszy sens, gdyż operując ww. gałkami nie ma obawy, że zmieniając utwór w CD nieopatrznie przełączymy wejście w DAC-u. Podobnie jest z plecami Amerykanów, gdyż transport dysponuje, pomijając gniazdo sieciowe, jedynie wyjściami cyfrowymi w postaci terminala Ethernet (I2S), koaksjalnego i AES/EBU oraz przelotką triggera a z kolei DAC ma do zaoferowania zdecydowanie szerszy wachlarz przyłączy. Patrząc od lewej do dyspozycji otrzymujemy komplet wyjść analogowych w standardzie RCA i XLR (bliźniaczy zestaw okupuje przeciwległą flankę), zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające, przycisk bezpiecznika, gniazdo triggera, wejścia Ethernet, USB, Toslink, koaksjalne, I2S, AES/EBU i BNC, więc jest w czym wybierać. Jeśli miałbym się do czegoś w tym momencie przyczepić to byłoby to zbyt bliskie sąsiedztwo gniazd zasilających i włączników, gdyż przy stosowaniu przewodów zasilających z „klasycznymi” – okrągłymi i masywnymi wtykami w stylu 50-ek Furutcha dostęp do przełączników jest na tyle problematyczny, że dobrze mieć na podorędziu przedstawicielkę płci pięknej z odpowiednio długimi „szponami”.
Oba urządzenia wyposażono w zgrabne piloty i uzbrojono w specjalnie dla nich zaprojektowane stopy antywibracyjne. Od strony technicznej w obu komponentach z wielką troską potraktowano sekcje zasilania bazując na solidnych, klasycznych toroidach. Ponadto w transporcie sięgnięto po napęd SACD/CD Sound United D&M a w przetworniku, na co z resztą wskazuje jego oznaczenie zamiast którejś z popularnych kości natrafimy na autorski układ R2R.

A jak tytułowy duet gra? Z jednej strony niejednoznacznie a z drugiej … spodziewanie, bowiem warto mieć świadomość jego studyjnego rodowodu. Mamy bowiem do czynienia z niezwykłą liniowością przekazu, lecz bez studyjnej antyseptyczności, czyli dostajemy potężną porcję muzyki a nie bezlik niekoniecznie ze sobą powiązanych dźwięków, z których nasz umysł rozpaczliwie próbować będzie ulepić jakąś znośną całość. Co ciekawe prawdomówność i rzetelność w trzymaniu się faktów nie powoduje bezlitosności różnicowania przekazu i to nie tylko na dobrze zrealizowanych krążkach, lecz i takich, które najdelikatniej rzecz ujmując można byłoby określić mianem „produkcji garażowych”. Oczywiście perełki w stylu „Tomba sonora” w wykonaniu Stemmeklang i Kristin Bolstad, czy też „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena porażają realizmem i głębią sceny, gdyż ta wbrew pozorom aby być namacalną wcale nie musi być wypychana do przodu, i w tym wypadku nie jest, podobnie z resztą jak i przesadnego dosaturowania u Amerykanów nie uświadczymy. Jest akuratnie, prawdziwie, więc bez dopalenia czy dosłodzenia, ale też i bez smagania sybilantami. I w tym momencie dochodzimy do nagrań, które zazwyczaj właśnie przez ułomności realizacyjne zalegają zakamarki audiofilskich regałów i z tygodnia na tydzień obrastają coraz grubszą warstwą kurzu, czyli umownie nazwijmy je „niegodnymi” audiofilskich maszynerii. Tymczasem nawet sięgając po „Giants & Monsters” Helloween może nie doświadczymy iście trójwymiarowej holografii, ale po pierwsze scena będzie miała co najmniej dwa-trzy plany a po drugie i poniekąd najważniejsze blachy wreszcie przestaną brzmieć jakby ktoś je sklecił z kapsli po mleku (kiedyś mleko sprzedawano w szklanych butelkach z kapslami z grubej folii aluminiowej) i pokażą coś na kształt rozdzielczości. Znaczy się krążek zabrzmi co najmniej akceptowalnie, a to nie lada sukces. Cuda? Nic z tych rzeczy, po prostu Bricasti potrafią przebić się przez warstwę rdzy, garażowego brudu i patyny, by dotrzeć do źródła prawdy i pokazać poszczególne partie instrumentalne takimi jakimi one rzeczywiście są. Dlatego też bez większych obaw oprócz długowłosych szarpidrutów podczas testów M19 z M11 pozwalałem sobie sięgać po takie pozycje jak pulsujące orientalnymi rytmami „٣ (Trois)” Acid Arab, gdzie pozorna monotonia jest właśnie wyłącznie domeną pozorów, przez które jeśli tylko będziemy w stanie się przebić dotrzemy do fantastycznego bogactwa dźwięków i nieoczywistych melodii rozbrzmiewających wokół nas a nie tylko dobiegających z głośników. A właśnie, Bricasti doskonale radzą sobie z odrywaniem dźwięków od kolumn, więc jeśli tylko nagranie samo z siebie nie klei się do membran, to możemy mieć pewność, że swoboda z jaką opuści drajwery przynajmniej początkowo będzie dla nas sporym zaskoczeniem. Przy elektronice w stylu ww. Acid Arab, czy też tej serwowanej przez Ganja White Night na np. „Sprouted” da się zauważyć, iż amerykański duet stawia kontrolę oraz zróżnicowanie najniższych składowych ponad nieskrępowanie ich wolumenu, czy też iście infradźwiękowe zejścia. Dlatego też warto skierować na niego uwagę w systemach, gdzie basu jest na granicy dobrego smaku, bądź też jego jakość i kontrola wymagają pewnych działań naprawczych. Wystarczy tylko wyjść z niego (duetu) porządnymi XLR-ami i poprawa powinna być bezdyskusyjna.

W ramach podsumowania do tematu dzisiejszych bohaterów pozwolę sobie podejść nieco niekonwencjonalnie, bowiem poszukiwaczom kompletnego cyfrowego źródła rekomendowałbym najpierw testy/zakup przetwornika Bricasti Design M11 Series II R2R a dopiero po oswojeniu się z jego wspomnianą liniowością i prawdomównością sięgnięcie po transport M19. Czemu tak a nie na odwrót? Cóż niby powinno zaczynać się od samego początku – miejsca narodzin sygnału, ale śmiem twierdzić, że w tym konkretnym przypadku możliwość własnousznej weryfikacji możliwości i transparentności amerykańskiego przetwornika da okazję potencjalnym nabywcom do zdobycia potrzebnego bagażu doświadczeń by w drugiej turze docenić równie onieśmielające wyrafinowanie napędu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by wziąć na testy i po nich zostawić, pełen set i nie zaprzątać sobie głowy stopniowaniem przyjemności, jednak decyzję pozostawię Państwu już na sam koniec sugerując jedynie zadbanie o odpowiednio wysokiej próby okablowanie tak sygnałowe, jak i zasilające, gdyż w całej swej prawdomówności i szczerości Bricasti nie mają w zwyczaju ukrywać poczynionych ich kosztem oszczędności.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Bricasti Design
Ceny
Bricasti Design M19: 50 430 PLN
Bricasti Design M11: 63 040 PLN; opcja Roon Ready + 5040 PLN; opcja I2S + 2 520 PLN

Dane techniczne
Bricasti Design M19
Wyjścia cyfrowe/; XLR: AES/EBU; SPDIF (Opcjonalnie coax lub BNC); I2S (RJ45)
Częstotliwość próbkowania: 44,1 kHz lub DSD 64fs Native
Pobór mocy: 15 W
Wymiary (S x G x W): 43.2 x 31.7 x 11.4 cm
Waga: 9 kg

Bricasti Design M11
Wejścia cyfrowe: AES/EBU 24, BNC, Coax, Optyczne, USB
Max. częstotliwości próbkowania: 192 kHz (AES, SPDIF); 96 kHz (Toslink); PCM 384 kHz, DSD256 natywne lub DoP (USB); 384 kHz PCM, DSD128 natywnie oraz DoP (opcjonalnie Ethernet)
Jitter: 8 ps przy 48 kHz / 6 ps przy 96 kHz
Wyjścia analogowe: para XLR; para RCA
Impedancja wyjściowa: 40 Ω
Poziom wyjściowy: +13,5 dBm lub +10 dBm (przełączane wewnętrznie)
Konwersja D/A: 20-bitowa, typu drabinkowego
Pasmo przenoszenia (@44,1 kHz): 10 Hz – 20 kHz, +0 dB / –0,2 dB
Zakres dynamiki: >120 dB (ważone krzywą A)
THD+N (@1 kHz): 0,0020% przy 0 dBFS
Pobór mocy: 28 W (6 W w trybie czuwania)
Wymiary (S x G x W): 43,18 × 30,48 × 11,43 cm
Waga: 6,80 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Bricasti Design

artykuł opublikowany / article published in Polish

Najwyższa pora na kolejną markę, która dziwnym zbiegiem okoliczności dawno u nas nie gościła, czyli Bricasti Design i sygnowany przez nią duet – transport CD/SACD M19 i przetwornik cyfrowo-analogowy M11.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Bricasti Design

Opinia 1

Pomimo co jakiś czas rozdmuchiwanych mniej bądź bardziej urojonych animozji pomiędzy środowiskami pro-audio i High-End proza życia wygląda zgoła inaczej. O ile bowiem ktoś jest w czymś dobry, znaczy się jest w stanie zaoferować produkt po prostu wartościowy, skończony i broniący się pod względem brzmieniowym, to już tylko od niego (wytwórcy, nie produktu) zależy, czy dostosuje jego funkcjonalność do wymagań obu ww. grup odbiorców. Oczywiście o ile część wytwórców woli jednak skupić się na konkretnym rynku starając się osiągnąć na nim tak odpowiednią renomę, jak i specjalizację, to są też tacy, którzy z powodzeniem dosiadłszy się do obu stolików odkroili sobie po sporym kawałku z każdego z tortów. Wystarczy tylko zerknąć jak właśnie w takim modelu biznesowym radzą sobie Amphion, Bryston, PMC, czy też nasz dzisiejszy gość. W dodatku gość od dawien dawna egzystujący i mający w pełni zasłużone miejsce w świadomości oraz sercach najbardziej wymagających odbiorców po obu stronach barykady – Bricasti Design. I to właśnie z jego, zaskakująco bogatego portfolio obejmującego jedną profesjonalną i dwie konsumenckie serie produktowe – Classic i prestiżową Platinum, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu pozyskaliśmy na testy przetwornik cyfrowo-analogowy M3H.

Gwoli wyjaśnienia M3 jest podstawowym i jak łatwo się domyślić może nie najtańszym, co najmniej „kosztownym” spośród amerykańskiego rodzeństwa przetwornikiem. Ponad nim mamy bowiem jeszcze M1, M12 (czyli poniekąd M3-kę z wejściami analogowymi) i M21 a ceny kształtują się od ok. 30kPLN za podstawową wersję naszego dzisiejszego bohatera do ponad 80kPLN za M12/M21. Sam zaś, dostarczony na testy egzemplarz nie był bynajmniej „gołą podstawką”, lecz najlepiej doposażoną opcją – ze zbalansowanym wzmacniaczem słuchawkowym, którego obecność łatwo rozpoznać po stosownych wyjściach (i postfiksie H), wejściem sieciowym i … pilotem, za którego producent również wymaga stosownej (2 520 PLN) dopłaty.
Przechodząc do meritum i skupiając się na aparycji M3 od razu widać, iż pomimo dumnie głoszonych deklaracji o tym, że „produkty są wytwarzane zgodnie z tradycją „starego świata” w klasycznym ceglanym budynku młyna w Massachusetts w USA” próżno doszukiwać się w designie M3-ki jakichkolwiek steampunkowych akcentów łączących minione artefakty z postapokaliptycznymi wizjami przyszłości, czy też mówiąc wprost garażowej surowości potwierdzającej rękodzielniczy model wytwórczy. W zamian za to otrzymujemy na swój sposób minimalistyczny a zarazem iście pancerny i szalenie funkcjonalny dość płaski aluminiowy korpus wykonany nie z jak to zazwyczaj bywa giętych a frezowanych na CNC z litych bloków profili. Całość jest anodowana na czarno i srebrno a stosowne oznaczenia i napisy nanoszone (wytrawiane) są laserowo. I tak, patrząc en face lewy górny narożnik satynowo – czarnego frontu zajmuje oznaczenie modelu w sąsiedztwie którego umieszczono, niestety niezaślepione (jak daleko nie szukając w Boulderze 812), wyjścia słuchawkowe w standardzie XLR i TRS. Tuż obok znalazła się już pełna deskrypcja roli / funkcji jaką przypisano urządzeniu a pod nią szalenie czytelny czarno – czerwony wyświetlacz informujący nie tylko o m.in. wybranym wejściu (nazwy można zmienić z poziomu menu frontowego – po dłuższym przytrzymaniu przycisku input), poziomie głośności, odtwarzanym sygnale, zainstalowanej wersji oprogramowania, lecz również … temperaturze trzewi. Intensywność jego iluminacji można oczywiście regulować (w trzech krokach), bądź jeśli ktoś woli nic nie stoi na przeszkodzie, by go całkowicie wygasić. Idąc dalej napotkamy solidną, toczoną aluminiowa gałkę odpowiedzialną za regulację głośności i nawigację po menu, oraz sześć ustawionych po trzy w dwóch kolumnach eliptycznych przycisków funkcyjnych odpowiedzialnych za wybór źródła, tryb regulacji głośności (Level), zdefiniowanie poziomu wzmocnienia (Reference), wyświetlanie odtwarzanego formatu (Status), regulacja balansu i Mute. Prawy górny narożnik przypadł z kolei, tym razem okrągłemu (?) przyciskowi usypiania/wybudzania DAC-a.
Podobnie jak podzielona na dwie części płyta górna ściany boczne są delikatnie ponacinane zapewniając swobodną cyrkulację powietrza chłodzącego wydzielające zauważalne ilości ciepła trzewia. Ściana tylna prezentuje się równie mało kontrowersyjnie. Co prawda zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC niespecjalnie sprzyja posiadaczom audiofilskich przewodów zakonfekcjonowanych „tłustymi” wtykami (z pomocą przychodzi niezasłaniający włącznika slim-fit-owy Furutech Powerflux CI5 NCF), ale dalej jest już tylko lepiej i bez kontrowersji, czyli komora bezpiecznika, gniazdo triggera i rozbudowana sekcja interfejsów cyfrowych obejmująca wejścia Ethernet, USB, optyczne, koaksjalne i AES/EBU. Wyjść analogowych też nie poskąpiono, więc możemy cieszyć się zarówno z obecności gniazd RCA, jak i XLR. Jak więc widać, przynajmniej jeśli chodzi o funkcjonalność mamy do czynienia z minimalistyczną odmianą tzw. network-DAC-a (czyli de facto możemy mówić o „rendererze” mediów /endpoincie), która może nie ma startu do wszystkomających Auraliców (vide Vega G2.2), ale uczciwie trzeba nadmienić, iż zarówno w pełni wspiera Roon-a, jak i bezproblemowo dogaduje się z Audirvāną, jak i JRiver Media Center.

Od strony technicznej M3 może pochwalić się całkiem ciekawą topologią, bowiem tuż za gniazdami wejściowymi następuje selekcja w module MDx – dla sygnałów PCM przewidziana jest para przetworników Analog Devices 1955 (po jednym na kanał) pracujących pod kontrolą zegara taktowanego metodą DDS (bezpośredniej syntezy cyfrowej), która eliminuje jitter zegara do praktycznie niezmierzonych poziomów. Z kolei sygnały DSD konwertowane są w autorskim, jednobitowym przetworniku Bricasti. Regulacja głośności jest w pełni zbalansowana odbywa się z pomocą dwóch kości PGA2320I, dzięki czemu nie tracimy nic z profitów jakie daje nam w pełni symetryczny tor sygnałowy tytułowego przetwornika. Również opcjonalny układ wzmacniacza słuchawkowego nie jest przysłowiowym scalakiem, bądź „odczepem” wyjść liniowych, lecz składają się na niego dwa moduły M4 Headphone (każdy z parą wzmacniaczy LME49600). Równie serio potraktowano zasilanie oparte na dwóch tradycyjnych – toroidalnych transformatorach Powertonix, z których jeden ma pod swoja opieka układy analogowe a drugi cyfrowe i jedyne do czego można byłoby się przyczepić, to brak zapewniających ich ekranowanie „puszek”.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu zakładam, że podobnie jak i ja w trakcie testów zastanawiacie się Państwo w którą stronę podążył nasz dzisiejszy gość. No bo w końcu ma profesjonalne konotacje, więc z powodzeniem mógłby pójść w nieco pozbawioną emocji chłodną rzetelność znaną m.in. ze starszych konstrukcji Antelope Audio, czy też z racji pochodzenia właściwy i mniej, bądź bardziej zasłużenie przypisywany konstrukcjom zza wielkiej wody stereotypowy, iście hollywoodzki rozmach. Tymczasem od pierwszych taktów „Beyond The Black” Bricasti M3H zagrał zaskakująco liniowo, kulturalnie i rzekłbym wręcz wyrafinowanie i elegancko. Czyli co? Próbuję w jakieś krągłe słówka ubrać ewidentne zamulenie i po-pawulonowe zwiotczenie? Absolutnie nie. Chodzi raczej o pozbycie się zaburzającego zdolność racjonalnego postrzegania rzeczywistości bagażu zupełnie błędnych oczekiwań i skojarzeń wynikających m.in. ze wspomnianej działalności na rynku pro-audio, czy też kraju w jakim przyszło mu się narodzić. M3-ka łączy ze sobą pozorne przeciwieństwa, czyli zarówno naturalność z neutralnością, żywiołową dynamikę z wyrafinowaniem, jak i świetną rozdzielczość z urzekającą koherencją przekazu. W efekcie takiego zespolenia ognia z wodą początkowo możemy czuć się lekko skonfundowani, gdyż o ile brak laboratoryjnego chłodu większość z nas bezdyskusyjnie uzna za oczywistą zaletę, to jednak wysupłując ponad 30kPLN na przetwornik z pewnością oczekiwać będziemy trudnego do zdefiniowania „czegoś”, co nas złapie za ucho, serce, czy co tam kto lubi. Tymczasem Bricasti niczym nadnaturalnym nas nie skusi, nie porazi i nie weźmie w jasyr. Będzie za to robił to, do czego został stworzony – skrupulatnie zamieniał zera i jedynki na kojące nasze zmysły dźwięki. Jednak w jego przypadku kluczowym jest nie co, a jak to robi. A robi nad wyraz rzetelnie i z poszanowaniem inteligencji odbiorcy. Zamiast bowiem usilnie zabiegać o jego atencję wzorem pociesznego kłapoucha ze Shreka ponadnaturalnie eksponując jakieś dalszoplanowe stukoty, bądź podbijać zazwyczaj chowające się za plecami innych podzakresy z iście stoickim spokojem dąży do tego, by oddać wszystkie zapisane w materiale źródłowym informacje takimi, jakie one w rzeczywistości są – nie ingerując czy to w ich wolumen, czy intensywność i gabaryt. Mamy zatem na ww. wydawnictwie właściwy symfonicznemu metalowi rozmach i spektakularne spiętrzenia dźwięków, jednak pierwszoplanową rolę odgrywa blisko i wręcz zmysłowo podany wokal Jennifer Haben, który brzmi na wskroś analogowo i holograficznie. Nie jest bowiem ani zbyt sklejony z towarzyszącym mu instrumentarium przez co uniknięto spłycenia sceny, jak i „wycięty skalpelem”, więc nie ma mowy o efekcie wklejenia w obcy ekosystem wzorem nieumiejętnego posługiwania się Photoshopem. Słowem wszystko jest na swoim miejscu a w dodatku fakt, iż owe wszystko słyszymy nie oznacza epatowania zmuszającą słuchacza do wzmożonej analizy hiperdetalicznością. W dodatku jak na dłoni widać (choć raczej słychać, tylko jak może być coś słychać na dłoni – nie mylić z posłuchem np. dłoni karzącej – wymierzającej tzw. „plaskacza”), że ekipa z Monachium sumienniej przyłożyła się do pracy w studiu od daleko nie szukając Szwedów z Therion na jeszcze pachnącym tłocznią „Leviathan III”, którzy w im gęstsze aranżacje się zapuszczali, tym sromotniej przegrywali walkę z kompresją i czytelnością dalszych planów. A Bricasti o owym fakcie raczył był informować, lecz nie piętnując wiadomych anomalii z wrodzonej złośliwości, tylko dając pełen obraz sytuacji ocenę pozostawiając odbiorcy.
Z kolei na nagranych w XVII w. Bach Church w Arnstadt (Turyngia/Niemcy) „Bach Motets” Solomon’s Knot o ile polifonia ośmiu wokalistów jest w pełni czytelna i bez trudu można z niej wyodrębnić poszczególne partie, to już sama akustyka i przynajmniej podświadomie spodziewany pogłos protestanckiej świątyni Bricasti serwuje dość oszczędnie. Jakby nie chciał odwracać uwagi słuchaczy od głównego wątku spektaklu i tego, co dzieje się wewnątrz kręgu, w którym stoją bohaterowie ww. wydawnictwa. I coś w takim sfocusowaniu się na meritum jest, bowiem eksponowana jest czytelność przekazywanych treści, oraz drzemiący w nich ładunek emocjonalny nader udanie akcentowany artykulacją wokalistów. Oczywiście, jeśli komuś w takiej prezentacji brakować będzie powietrza, to zamiast mieć pretensję do naszego gościa zawsze może poszukać realizacji, gdzie pogłos będzie dłuższy i wyraźniejszy, bo trudno mieć pretensę do urządzenia mówiącego/grającego prawdę, że nie pokazuje czegoś, czego de facto w danym nagraniu może nie tyle nie ma, co jest w takich a nie innych proporcjach.

Pół żartem, pół serio mógłbym powiedzieć, że Bricasti M3H jest niczym pozornie rodzinne combi z napędem 4×4, które nie dość, że klei się do drogi jak wypluta guma do butów, to jeszcze dzięki 3l/250KM silnikowi jest w stanie z wrodzonym wdziękiem i bez ogłuszającego ryku płynnie zostawić w tyle nerwowo strzelające rozwierconymi tłumikami Hot hatch-e. Jeśli zatem poszukujecie Państwo przetwornika mogącego sprawdzić się również w roli przedwzmacniacza, wzmacniacza słuchawkowego i od biedy również czegoś na wzór streamera, grającego to, co jest w nutach a nie to mu się wydaje, że tam się znalazło, to nasz dzisiejszy gość Powinien spełnić Wasze oczekiwania. Nie oczekujcie jednak po nim nie wiadomo jakich fajerwerków, bo te nie dość, że kosztowne i na dłuższą metę irytujące, to jeszcze nawet w noc sylwestrową wychodzą z mody. A zdrowy rozsądek i prawda są zawsze w cenie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold, Meze 99 Neo, Stax SR-L700MK2, Focal Utopia 2022
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Przy tak dużym natężeniu naszych poczynań testowych fakt pierwszego bliższego spotkania z tak rozpoznawalną przez świat miłośników kochających muzykę amerykańską marką wielu z Was może nieco dziwić. Co było tego przyczyną, nie do końca jesteśmy w stanie wytypować. Niemniej jednak moim zdaniem bez względu na wszystko myślą przewodnią dzisiejszego spotkania jest przysłowie ”Co się odwlecze, to nie uciecze”, gdyż w końcu przyszedł czas i na nią. Kogo? Oczywiście pochodzącego zza wielkiej wody, czyli Stanów Zjednoczonych specjalistę od wszelakich źródeł cyfrowych Bricasti. Znacie? Spokojnie, to pytanie retoryczne, bowiem nasz bohater jest bardzo rozpoznawalny, co nie raz udowadniały mi kuluarowe rozmowy ze znajomymi podczas wszelkich prezentacji lub wystaw audio. Co konkretnie trafiło na pierwszy ogień na nasz tapet? Naturalnie dostarczony przez łódzki Audiofast przetwornik cyfrowo-analogowy Bricasti M3H. Znacie? Tak? Nie? Tak naprawdę nie ma to znaczenia, bowiem myślę, że w obecnych czasach temat konwersji jest nader ciekawym i nikogo specjalnie nie trzeba zapraszać do lektury poniższego testu.

Idąc za serią fotografii od pierwszego momentu widać, iż nasz punkt zainteresowania jest niezbyt wysokim, jednak w kwestii reszty gabarytów osiągającym typowe rozmiary dla elektroniki z segmentu Hi-Fi urządzeniem. Szkoda, że taki skromny? Moim zdaniem niekoniecznie, gdyż jak to często bywa u konkurencji, nie szuka poklasku zbytnio nadmuchaną, zazwyczaj mającą zrobić jedynie ogólne wizualne wrażenie, za to wewnątrz często pustą obudową, tylko rozsądnie zaoszczędzone wydatki prawdopodobnie stara się przekuć w finalne brzmienie. A, że jest DAC-iem i w testowej wersji również wzmacniaczem słuchawkowym a dzięki regulacji sygnału wyjściowego, pozwalającym zrezygnować z typowego przedwzmacniacza liniowego, lepiej, że zbędnie wydane na aparycję środki zostały przekierowane na brzmienie. Zanim jednak o możliwościach sonicznych, kilka zdań o wyglądzie i wyposażeniu przyłączeniowym. Otóż M3-ka bazuje na dwu-kolorowości – czerni frontu, bocznych ścianek i tylnego panelu oraz srebrze górnej części obudowy wespół z manipulatorami zlokalizowanymi na awersie. Ten ostatni w swym nienachalnym bogactwie proponuje nam wielki, czytelny, bo piktogramowy wyświetlacz – czerwonokrwiste kropki na kruczoczarnym tle, z jego lewej strony dwa standardy wyjść słuchawkowych, a na prawej najpierw wielką gałkę wzmocnienia, tuż obok sześć eliptycznych guzików funkcyjnych, zaś całkiem na prawej flance okrągły włącznik pobudzający urządzenie do życia. Jeśli chodzi plecy, znajdziemy na nich 5 wejść cyfrowych: AES/EBU, SPDIF, LAN, USB, TOSLINK, zestaw gniazd sygnału analogowego RCA/XLR, trigger oraz zespolone z włącznikiem głównym gniazdo zasilania IEC. Ofertę uzupełnia zgrabny pilot zdalnego sterowania. Co oferuje w kwestii obsługiwanych formatów, oraz modeli filtracji obsługiwanego sygnału? Jak to możona się domyślić, dlatego nie chcąc zbędnie rozwadniać tekstu, po dokładne informacje zaintersowanych kieruję do stosownej tabelko pod zwyczajowo zamieszczanej pod naszymi tekstami tabelki.

Myślę, że kreśląc kilka strof na temat tytułowego Bricasti M3 nie będę odosobniony w teorii, iż główny kierunek działania sektora inżynierskiego tego podmiotu to muzykalność. Jednak nie przez bezmyślne pompowanie finalnie uśrednionej informacyjnie średnicy, tylko nadanie jej nuty esencjonalności z dbałością o niezbędny do pokazania zamierzeń artystów pakiet rozdzielczości. Naturalnie wiadomym jest, że nie samą średnicą człowiek żyje, dlatego chcąc zachować spójność przekazu zadbano również o może nie utemperowanie wysokich tonów, bo nadal są odpowiednio dźwięczne, ale trzymanie ich w ryzach, czyli zamierzone pozbawienie możliwości szkodliwego wychodzenia przed szereg. To wbrew pozorom bardzo ważne, gdyż jeśli puścimy wodzę fantazji i damy im wolną rękę, wyjdzie nam dźwiękowa karykatura, a na to znający się na rzeczy Jankesi nie mieli zamiaru pozwolić. A co z basem? Sposób prezentacji tego zakresu również jest pochodną firmowego spojrzenia na muzykę, czyli jest pełny i energetyczny, jednak daleki od ostrości rysowania skalpelem, a raczej ołówkiem o twardości B. Jak odbierzecie wartość miękkości wspomnianego ołówka, to zależeć będzie od oczekiwań i do czego jesteście przyzwyczajeni, jednak fakt jest faktem, że M3-ka stawia raczej na fajne zebraną masę, aniżeli na twarde, krótkie kopnięcie. Ale zaznaczam, to nie jest jakakolwiek pochodna braku wiedzy, tylko konsekwentne podążanie drogą przywołanej na samym początku, z jednej strony bezpiecznej, ale z drugiej bez oznak nudy muzykalności. Muzykalności, w połączeniu z dobrze budowaną wirtualną sceną w wektorach szerokości i głębokości pozwalającej na słuchanie muzyki bez metaforycznego końca, a jedynymi bodźcami zmuszającymi nas do odciągnięcia od procesu obcowania z nią są tak prozaiczne tematy związane z naszym bytem, jak zrozumiałe rozprostowanie zastałych kości, tudzież pozwalająca na egzystencję na tym ziemskim padole wyprawa do pracy. Jak to możliwe?
Na początek woda na młyn opisywanej konstrukcji w postaci najnowszej produkcji Macieja Obary pod skrzydłami oficyny ECM „Frozen Silence”. Po zapoznaniu się z tym wydawnictwem jasnym stało się, że brak pogoni za wyczynowością testowanego DAC-a było bardzo dobrym ruchem. Ogólna plastyka fajnie podkreślona nienachalnymi wysokimi tonami oraz podparta pełnym, acz dobrze rysowanym basem spowodowały, że natychmiast zakupiłem ten materiał na czarnym placku. Lubię takie z jednej strony niezobowiązujące, ale z drugiej pełne swobody płyty i jeśli najpierw muzycy, a potem system potrafi mnie tym zaczarować, co w tym przypadku stało się przy pomocy traktowanego przeze mnie jako narzędzie do testowania srebrnego krążka, nie ma odwrotu, muszę mieć to na winylu. Jaki jest z tego wniosek? Mam nadzieję, że czytelny, czyli przy wykorzystaniu wyartykułowanych kilka linijek wyżej zalet umiejętne pokazanie istotnych niuansów tej produkcji płytowej, z których najważniejszymi są: brak pogoni za wyczynowością, dzięki temu utrzymanie ducha intymności oraz dzięki oddaniu dobrej barwy i dźwięczności instrumentów świetna namacalność tego wydarzenia scenicznego. Jakiekolwiek kombinowanie nadinterpretacją podzakresów wyszłoby tej muzyce tak zwanym bokiem, a tak dostałem świetną, będącą przedstawicielem uwielbianego nurtu muzycznego, przedświąteczną, jazzową opowieść.
A jak wyglądała druga strony barykady? Otóż owszem, w poczynaniach przykładowego Rammsteina z jego płytą „Zeit” czasem przydałoby się więcej agresji w górze, jednak powiem tak. Osobiście taki stan rzeczy określiłbym rozsądnym wyborem, gdyż oprócz wyciskania z muzyki dla ducha tak zwanych siódmych potów – przypominam omawiany jazz, w tej podszytej buntem i wyczynowością jedynie lekko łagodził jej rozmach w niszczeniu naszych narządów słuchu, jednak w żadnym przypadku nie zabijając ogólnych zamierzeń mocnego uderzenia. To ostatnie, dzięki solidnej energii średnicy i dolnego zakresu bez problemu potrafiło przestawiać moje ściany. Jak komuś będzie mało, poszuka gdzie indziej. Jednak jeśli ktoś nie słucha tego typu szaleństwa na co dzień, a jedynie w roli okazjonalnej pobudki zastałych szarych komórek, jakiegokolwiek tematu potencjalnych braków nie będzie. Tak więc na zdrowy rozsądek również i tę prezentację zaliczyłbym do udanych. Może nie wybitnych, bo z prozaicznych przyczyn w postaci założeń konstruktorskich nie było na to szans, ale ciekawych i naszpikowanych mocnymi wrażeniami.

Gdzie klasyfikowałbym nasz punkt zapalny? W pierwszej kolejności myślę, że wszędzie tam, gdzie poszukujemy świetnego oddania barw, esencjonalności naturalnych instrumentów i dzięki temu ich namacalności. Jednak nie jest to jedyna opcja, gdyż reszta potencjalnych zestawów również ma szansę na fajny feedback soniczny. Czasem będzie to oczekiwana szczypta plastyki, innym razem krzta niezbędnego spokoju, ale jedno jest pewne, ze strony Bricasti M3 nigdy nie zaznacie nachalności i nerwowości. Jak widać, to fajne, bo mające wiele oczekiwanych przez melomanów cech urządzenie, które jeśli jesteście na rozstaju konfiguracyjnych dróg, w mojej opinii w pełni warte jest zaproszenia na testy do siebie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Bricasti Design

Ceny
M3 DAC: 30 260 PLN
M3R opcja zdalnego sterowania dla M3: 2 520 PLN
M3H dopłata za wyjście słuchawkowe: 2 520 PLN
M3 network Roon Ready (opcja): 2 520 PLN
M3 opcja I2S (zamiennie z network): 5 040 PLN

Dane techniczne
Wejścia cyfrowe
– AES/EBU, Coax (SPDIF): 44.1 – 192kHz, DSD 64fs (DoP)
– Toslink: 44.1- 96kHz
– USB: 44.1 – 384kHz, DSD 64 – 256Fs (Natywne, DoP)
– Ethernet: 44.1 – 384kHz, DSD 64- 128Fs (Natywne)
Przetwornik: 2 x Analog Devices 1955 PCM 24 bit delta sigma 8x oversampling DAC, NDSD pure 1 bit @ DSD
Filtry cyfrowe PCM: 9 filtrów Linear Phase filters, 6 filtrów Minimum Phase
Jitter: 8 psec @ 48k / 6psec @ 96k
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Impedancja wyjściowa: 40 Ω
Pasmo przenoszenia @44,1k: 10 Hz – 20 kHz +0 dB, -0,2 dB
Zakres dynamiczny: >120dB średnio-ważony
Zniekształcenia THD+N @ 1k: 0.0008% @ 0dbfs / 0.0004% @-30dbfs
Wyjścia słuchawkowe (opcja): 4 pin XLR, TRS
Impedancja wyjściowa: <500 Ω
Max. napięcie wyjściowe <1% THD: 8.8V lub >100mW/600 Ω
Odstęp sygnał/szum: 116.3db
Zniekształcenia THD: 0.00025%
Pobór mocy: 20W
Wymiary (S x G x W): 36 x 28 x 6cm (bez stopek)
Waga: 5 kg