Tag Archives: Cronus Magnum III


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Cronus Magnum III

Rogue Audio Cronus Magnum III

Opinia 1

Zacznę nieco filozoficznie od dość oczywistego stwierdzenia, że życie to sztuka ciągłych wyborów. Z jednej strony kuszą nas bowiem bezpieczne krągłości zunifikowanych brył, wszechobecna biel i „ekologiczna” cyfrowość studyjnych apartamentów, by po chwili łapać za oko steampunkowym bogactwem, bursztynową poświatą rozżarzonych lamp, szlachetną patyną i „artystycznym” klimatem tonących w półmroku loftów. Oczywiście najlepiej byłoby prowadzić żywot w dwóch równoległych czasoprzestrzeniach i w zależności od okoliczności i własnego widzimisię przeskakiwać z jednej rzeczywistości do drugiej. Jednak nie ma co się łudzić, takie cuda zapewniają jedynie wysokobudżetowe hollywoodzkie superprodukcje, bądź trafienie kumulacji w Totka, a nam pozostaje bądź to rzut monetą, bądź twarde negocjacje ze Strażniczką Domowego Ogniska odnośnie tego, czy aby nasze wymarzone kolumny nie zaburzą pieczołowicie komponowanego feng shui salonu. Nie da się też być w dwóch miejscach jednocześnie, choć pozornie ledwo odrosłe od ziemi małoletnie pociechy nader skutecznie naginają ową zasadę, i pomimo najszczerszych chęci nie da się wszystkiego, co tylko pojawia się na rynku, bądź chociażby w interesującym nas segmencie, przesłuchać, opisać a gdy tylko nam się spodoba … kupić. Takie życie. Dlatego też nawet usilnie starając się nie wypaść z obiegu co jakiś czas łapiemy się na tym, że coś nam umyka, czegoś może nie tyle nie zauważyliśmy, co w natłoku informacji i ciągłych bodźców nie zatrzymało na tyle naszej atencji, żeby trafić na redakcyjny tapet i pograć przez tydzień, dwa, bądź nawet dłużej. Tak też było w przypadku naszego dzisiejszego gościa, który pomimo świadomości o jego istnieniu krążył na tak odległej orbicie, że dopiero na skutek impulsu – pytania ze strony dystrybutora – łódzkiego Audiofastu, czy przypadkiem pomiędzy jednym a drugim ultra high-endowym uniesieniem nie mielibyśmy ochoty pochylić się nad czymś dla „zwykłych śmiertelników” uznaliśmy, że wskazane byłoby nadrobić nader poważne zaległości w tej materii. Zaległości? Jak najbardziej, gdyż będący bohaterem niniejszej epistoły zintegrowany wzmacniacz lampowy Rogue Audio Cronus Magnum III to już czwarta odsłona amerykańskiego „łobuziaka” (rogue po angielsku oznacza właśnie łobuza). Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy, wiec nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Państwa na kilka wybitnie subiektywnych refleksji o ww. konstrukcji.

Pół żartem półserio można stwierdzić, iż Cronus Magnum III swą aparycją nawiązuje do czasów gdy prawdziwi mężczyźni pachnieli koniem, whisky i cygarami, bolidy F1 oklejone były reklamami firm tytoniowych, a do naprawy samochodu wystarczył śrubokręt, młotek i … nożyce do blachy. Najwidoczniej jednak w Stanach taka estetyka ma jakieś uwarunkowania genetyczne a przy tym nie cierpi na brak zainteresowania ze strony nabywców, gdyż równie „męski” design od lat z powodzeniem kultywuje pod kierownictwem … „Tube Chick” czyli EveAnny Manley jedna z najbardziej charakterystycznych marek – Manley Laboratories. W przypadku naszego bohatera sprawa jest prosta – co z oczu, to z serca. Dość płaski, pokryty czarnym lakierem korpus zdobi solidny płat szczotkowanego aluminium na froncie. Znajdziemy na nim, patrząc od lewej, włącznik główny, dość intensywna błękitno-fioletową diodę informująca o pracy wzmacniacza, czujnik IR, centralnie umieszczone gniazdo słuchawkowe 6,3mm, i trzy toczone aluminiowe gałki – dwie mniejsze (selektora źródeł i balansu), i jedną nieco większą – regulację głośności. Oba dolne narożniki okupują nazwa producenta i oznaczenie modelu. Nad wyraz oryginalnie prezentuje się za to płyta górna, gdzie zarówno mniejsze lampy, jak i usytuowane wzdłuż tylnej krawędzi niczym nieosłonięte trafa wpuszczono w korpus. I tak pierwszą linię „okopów” zajmuje drużyna słowackiego JJ-a, czyli pracująca w stopniu wejściowym para podwójnych triod ECC803S (12AX7), w przedwzmacniaczu ECC802S (12AU7), a w stopniu sterującym ECC82(12AU7). Z kolei pracujący w trybie push-pull stopień wyjściowy to już klasyczna kwadra tetrod KT120 rosyjskiego Tung Sola. Z racji braku układu auto-bias na płycie górnej wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźny analogowy wskaźnik prądu spoczynkowego lamp mocy i intuicyjny, ukryty pod zakręcaną klapka, układ kalibracji. Ściana tylna, z racji swojej nad wyraz ograniczonej przestrzeni zawiera tylko to, co konieczne. Obie flanki okupują pojedyncze, dość blisko siebie osadzone, a przez to wymagające uwagi przy aplikacji widełek, terminale głośnikowe Cardasa, przełącznik trybu pracy lamp mocy pomiędzy ultralinearnym i triodowym, cztery pary wejść liniowych z których pierwsza dedykowana jest wkładkom gramofonowym (nie zabrakło oczywiście zacisku uziemienia), i dwie pary wyjść liniowych (stało i zmiennopoziomowe). Wyliczankę zamyka gniazdo zasilania IEC i zakręcana komora bezpiecznika.
I tutaj, korzystając z okazji, pozwolę sobie na kilka uwag natury użytkowej. Chodzi bowiem o to, iż choć producent deklaruje, i de facto zapewnia, obsługę kolumn zarówno 4, jak i 8 Ω, to wzmacniacz fabrycznie dostarczany jest w konfiguracji dedykowanej łatwiejszemu obciążeniu. Jeśli takowe posiadamy, to jesteśmy przynajmniej pół godziny do przodu, jeśli jednak postanowiliśmy Cronusa „ożenić” z 4 Ω to … chciał, nie chciał trzeba będzie dostać się do trzewi wzmacniacza usuwając „zaledwie” 14 śrub mocujących pokrywę górną i zamienić biegnące do terminali głośnikowych stosowne przewody. Nie czas i nie miejsce na dokładne przepisywanie instrukcji obsługi, gdzie cały proces jest nader skrupulatnie – krok po kroku opisany. Jednak od razu Państwa uspokoję – jeśli tylko ktoś nie posiada dwóch lewych kończyn górnych, to spokojnie da sobie z tym radę, a jeśli nie czuje się na siłach, to temat od ręki załatwi dystrybutor. Przedstawicielom pierwszej grupy w ramach podpowiedzi jedynie podam, że 8Ω przewód jest zielony i oznaczony 8-ką a dedykowany 4Ω obciążeniu żółty i oznaczony 4-ką.
Skoro mamy już potocznie mówiąc rozbebeszoną integrę na stole warto skorzystać z okazji i zweryfikować ustawienia zaimplementowanego phonostage’a. Tak, tak, ich również dokonujemy „pod maską”. Jednak tym razem obędzie się bez śrubokręta, gdyż wystarczy wybrać odpowiednią kombinację hebelków w dwóch DIP switchach (S55 i S57) zgodnie z tabelą zamieszczoną w instrukcji. Fabrycznie wzmacniacz dostarczany jest ze wzmocnieniem ustawionym na 45dB i impedancją 47 K. A właśnie, ku pamięci. Ze śrubokrętem, o ile tylko nie szukamy mocnych wrażeń, czyli nie chcemy zbyt szybko zwolnić miejsce na tym ziemskim łez padole, do Roque można podchodzić co najmniej po 30 minutach od jego wyłączenia. Po powyższej rozgrzewce śmiało możemy uznać, że z kalibracją lamp poradzimy już sobie zupełnie bezstresowo, gdyż aby tego dokonać nawet nie trzeba będzie zdejmować pokrywy górnej a jedynie odkręcić (nawet gołymi rękoma) niewielką klapkę usytuowaną tuż za a parą 120-ek obsługujących prawy kanał. Pod nią znajdziemy komorę z dedykowanymi każdej z lamp mocy przełącznikami i odpowiadającymi im potencjometrami. Aby sprawdzić i ewentualnie skorygować ustawienie, należy przestawić przełącznik w pozycję „set”, co powinno „obudzić” znajdujący się na płycie górnej wskaźnik. Zalecana wartość dla wszystkich lamp mocy to około ~ 35 mA, więc jeśli któraś z baniek miałaby inne parametry należy doprowadzić ją do porządku z użyciem schowanego za trafem zasilającym śrubokrętu Vishay. Po dokonaniu korekty przestawiamy przełącznik w pozycję „use”. Zgodnie z zaleceniami producenta powyższą operację przeprowadzamy na włączonym i dobrze rozgrzanym wzmacniaczu, co lepiej wykonywać za dnia i w skupieniu. W przeciwnym razie w powietrzu może być wyczuwalna woń pieczonego kurczaka a my przez kilka dni będziemy ćwiczyli wykonywanie większości czynności drugą, czyli nie tą co zazwyczaj, ręką. Całe szczęście opcjonalnie dostępny jest również dedykowany pilot pozwalający na regulację głośności i wyciszenie, więc nawet jedna ręka powinniśmy sobie z obsługą tytułowego wzmacniacza poradzić.

Tym razem, w części poświęconej brzmieniu dość niestandardowo pozwolę odwołać się na wstępie do … instrukcji obsługi, w której można natrafić na kilka dość oczywistych dla zorientowanych w temacie i zarazem bolesnych dla kablosceptyków informacji w stylu zasadności używania wysokiej klasy okablowania, które mówiąc wprost robi różnicę („Be sure to use high quality interconnect cables – they do make a difference”). Banał? W tym akurat wypadku raczej nader czytelna wskazówka dla wszystkich tych, którzy dokonując zakupu konkretnego urządzenia chcą z niego wycisnąć maksimum możliwości. Piszę o tym z pełną świadomością i w dobrej wierze, gdyż mówiąc zupełnie wprost dawno nie dane mi było używać urządzenia w tak czytelny i bezpardonowy sposób dającego mi do zrozumienia z czym będzie miało ochotę grać, a z czym będzie męczyło się i przy okazji mnie. Co ciekawe, wyszło w „praniu”, że o ile kwestię połączeń sygnałowych udało mi się załatwić praktycznie od razu za pomocą interkonektów Tellurium Q Silver Diamond i głośnikowych Vermöuth Audio Reference, choć akurat tutaj nawet śmiesznie tanie Tellurium Q Blue wypadły nadspodziewanie dobrze, to najwięcej zabawy miałem z przewodem zasilającym. Okazało się bowiem, iż moja dyżurna i z reguły w 99% sprawdzająca się z amplifikacjami najprzeróżniejszej proweniencji Gargantua II działa niczym może nie tyle kotwica, co wielka opona wykorzystywana w treningach wytrzymałościowych, nader zauważalnie spowalniająca przekaz, a z kolei Organic Audio Original odciskał na całości zbyt romantyczną sygnaturę, która może i mogła się podobać, jednak po 100W amerykańskiej lampie oczekiwałem nieco więcej adrenaliny. Finalnie skończyło się na NanoFluxie Furutecha. Kabel zasilający w cenie wzmacniacza? Zdaję sobie sprawę, że to czyste szaleństw, jednak skoro właśnie w takiej konfiguracji Rogue Audio zagrał tak, jak mi się najbardziej podobało, to nie widziałem większego sensu silenia się na „polityczną poprawność” i szukania czegoś tańszego, li tyko w celu sztuki dla sztuki, bądź spolegliwości antykablarskiemu lobby. Nie widzę jednak najmniejszego powodu do nakłaniania kogokolwiek do takich kroków, więc jak ktoś chce, to może użyć nawet odpowiednio zakonfekcjonowanego przewodu od prodiża.

Wróćmy jednak do clue, czyli do tego, jak Cronus Magnum III gra, bądź jak może zagrać. Otóż już od pierwszych taktów słychać jego amerykańskie korzenie. Tutaj nie ma miejsca na eteryczne rozmarzenie, impresjonistyczne plamy i oniryczne niezdecydowanie. Dlatego też, choć małych, kameralnych, barokowych składów, bądź niespiesznego jazzu w stylu „New York Days” dream temu w składzie: Enrico Rava, Stefano Bollani, Mark Turner, Larry Grenadier, Paul Motian, da się słuchać, szczególnie w trybie triodowym, o czym dosłownie za chwilę, to wodą na młyn amerykańskiego lampowca są wszelakie odmiany Rocka. Począwszy od zelektryfikowanych i akustycznych poczynań Whitesnake („Unzipped”), poprzez grunge’owy i szalenie eklektyczny „Superunknown (20th Anniversary)”  Soundgarden, po ekstrema w stylu „World Painted Blood” Slayera każdy riff, uderzenie perkusisty i mocniejsze zaakcentowanie partii wokalnych, dostają takiego kopa jakby jeszcze nikt nie słyszał o nurcie „emo” a za małolitrażową nadal uznawałoby się 3,5 litrową, 253-konną wersję Dodge’a Chargera. Piękne czasy, czysta radość z grania i spontanicznego wyrykiwania wszystkiego tego, co nas nazwijmy to możliwie delikatnie „wytrąca z równowagi”. Liczy się tylko tu i teraz. Emocje górują nad misternym budowaniem przestrzennych instalacji a pierwszy plan nad ewentualnymi ozdobnikami w tle. Nie oznacza to bynajmniej, że Rogue Audio spłaszcza scenę, bądź wszystko gra na jedno kopyto, lecz jedynie wskazówkę, iż jest to piec raczej dla lubiącego od czasu do czasu połomotać melomana i fana cięższych klimatów, aniżeli zmanierowanego audiofila puszczającego w kółko trzy posiadane samplery. Generalnie równowaga tonalna może nie tyle jest przesunięta nieco w dół, co właśnie na przełomie dołu i średnicy skupiona, przez co automatycznie odbieramy przekaz jako niezwykle rytmiczny, o zaraźliwej motoryce i intensywności wskazującej na dodatek substancji psychoaktywnych. W dodatku nawet zazwyczaj nieco chudsze, czy też wręcz irytujące dość natarczywą górą nagrania z amerykańskim piecem w torze dostają nawet nie drugą szanse, co drugą młodość. Zamiast cykać anorektycznymi blachami i popiskiwać chropawymi „końcówkami” riffów wolą przyłożyć średnicą i dokopać basem, co też czynią z wielką ochotą. Proszę się jednak nie martwić o górę, która cały czas jest i odzywa się kiedy trzeba, jednak z roli przewodniej i swoistego wabika w tym wydaniu bliżej jej do przysłowiowej wisienki na torcie i oczywistego zwieńczenia całości a nie dominanty.
Przy nieco spokojniejszym i wyrafinowanym repertuarze warto przestawić Cronus Magnum III w tryb triodowy, dzięki czemu zdejmiemy nieco „nogę z gazu” i oprócz wiatru we włosach (w większości przypadków co najwyżej na klacie) będziemy mieli okazję skupić się na nieco po macoszemu traktowanych do tej pory niuansach, mikro-wybrzmieniach, czy wręcz grze ciszą, więc bez większych obaw można w tym momencie wrócić do „New York Days”, „Same Girl” Youn Sun Nah, czy nawet „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda. Nasz tytułowy „łobuziak” pokaże wtedy nieco więcej ogłady i dobrych manier. Zamiast kopać słuchaczy po nerkach pozwoli w pełni wybrzmieć akustycznemu instrumentarium pod klasztornym sklepieniem, nader wiernie odda gabaryt kontrabasu z zachowaniem równowagi pomiędzy udziałem strun i pudła rezonansowego a nawet pracy ręki muzyka na jego bezprogowej podstrunnicy.

W ramach krótkiego podsumowania śmiało możemy stwierdzić, że Rogue Audio Cronus Magnum III w trybie ultralinearnym gra tak, jak wygląda. Jest mistrzem bezpośredniości i wszędzie tam, gdzie liczy się drajw i wykop odsadza większość konkurentów. Jeśli jednak w jego brzmieniu będziemy chcieli odnaleźć nieco więcej uwagi i skupienia na reprodukowanym materiale, to powinniśmy spróbować jego triodowego oblicza. Eteryczności 300B, bądź 2A3 raczej z niego nie wyciśniemy, jednak sama szansa na dopasowanie jego walorów brzmieniowych do naszego nastroju i konkretnego repertuaru wydaje się nad wyraz kusząca.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity M6 Vinyl; RCM Audio Sensor 2 Mk II; Thrax Trajan
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli coś jest amerykańskie, to z reguły musi być duże i zazwyczaj mocarne. To oczywiście nie jest standardem, ale bardzo często przynajmniej któryś aspekt – nawet w segmencie audio – jest myślą przewodnią produktów pochodzących z tamtego landu. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do punktu zapalnego dzisiejszego spotkania. Powiem więcej, bez naciągania faktów, patrząc na europejską konkurencję, tytułowy Amerykanin swobodnie prezentuje obydwa wyartykułowane przed momentem atrybuty swojego pochodzenia. Może nie w jakiś ekstremalnych wartościach, ale z pewnością mieści się w racjonalnych widełkach. O kim mowa? O pochodzącej zza wielkiej wody marce Rogue Audio, w dostępności której na naszym rynku niestety dobrze orientuje się niezbyt duża grupa melomanów. Jaki jest powód takiej sytuacji, nie mam pojęcia, ale po testowej przygodzie z jednym z jej lampowych wzmacniaczy zintegrowanych trochę się dziwię, gdyż oferując sporą moc, oczywiście jak na konstrukcję lampową, jak i adekwatne gabaryty, ów piecyk nie zagubił tak ważnych dla swojego rodowodu aspektów dźwięku. Dlatego też po kilkunastu dniach przyjemnie spędzonego czasu przy muzyce mam przyjemność zaprosić zainteresowanych na kilka akapitów o opartym o szklane bańki wzmacniaczu z funkcją obsługi słuchawek i phonostage’a Rogue Audio Cronus Magnum III, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się łódzki Audiofast.

Jak pokazują fotografie Cronus Magnum, w kwestii wyglądu jest powieleniem typowego dla tego typu produktów, umieszczenia układów elektrycznych w stosunkowo płaskiej obudowie będącej zarazem platformą dla wyeksponowanych nie tylko w celach wentylacyjnych, ale przede wszystkim designerskich, lamp elektronowych i transformatorów wyjściowych. Rozpoczynając opis budowy od awersu, ten w wyniku znakomitej funkcjonalności testowego egzemplarza na stosunkowo niskiej połaci oferuje użytkownikowi patrząc od lewej strony: okrągły włącznik, mieniącą się błękitem diodę informującą o pracy urządzenia, odbiornik fal z pilota zdalnego sterowania, gniazdo słuchawkowe, selektor wejść (jedno dla przedwzmacniacza gramofonowego i trzy liniowe), gałkę regulacji balansu pomiędzy kanałami i całkiem na prawej flance pokrętło głośności. Górna płaszczyzna, w jej przedniej części jak wspomniałem, jest ostoją dla 5 lamp sterujących i czterech mocy KT120, tuż za nimi w centralnej części okrągłego wskaźnika wychyłowego dla kontroli prądów pracy lamp mocy, dalej wykończonych w czerni trzech transformatorów, zaś za nimi umocowanego w specjalnych chwytakach śrubokręta ze sztucznego tworzywa do regulacji biasu. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, mamy do dyspozycji pojedyncze terminale kolumnowe, trzy wejścia liniowe w standardzie RCA, jedno phono również RCA, zacisk uziemienia, dwie przelotki RCA, gniazdo zasilania i bezpiecznik. Tak prezentujący się wzmacniacz wyposażono w dość prosty, ale za to łatwy w obsłudze, bo spełniający podstawowe funkcje pilot zdalnego sterowania.

Jak dowodzi powyższy materiał dowodowy, nasz bohater miał dwie odsłony testowe. Pierwsza była próbą wysterowania ciężkich w tej materii, duńskich Dynaudio Consequence, a druga znacznie łatwiejszych, z pochodzenia litewskich Audiosolutions Virtuoso S. Naturalnie owe zderzenia w pełni usprawiedliwiała oddawana moc wzmacniacza na poziomie 100W, która przy dobrze zaaplikowanym zasilaniu we wzmacniaczu lampowym zazwyczaj jest w stanie zdziałać praktycznie cuda. I muszę powiedzieć, że nic a nic się nie myliłem. Owszem, na tle codziennie wykorzystywanego do karmienia Dynek sygnałem Gryphona Mephisto dźwięk był słabszej próby, ale zapewniam, wstydu nie było. Powiem więcej, byłem pod wrażeniem walki jak równy z równym bez najmniejszych oznak próby rzucenia białego ręcznika na ring. To zaś spowodowało, że gdy w tor wpiąłem błękitne Litwinki, było naprawdę zjawiskowo. Może nie z czarem królewskiej lampy 300B, ale w dźwięku cały czas słychać było sygnaturę zamkniętej w szklanym słoiku próżni. Jak to wypadło? Jak wspomniałem, to był mocny wzmacniacz, dlatego też na pierwszy ogień poszła muzyka heavymetalowa spod znaku „Killers” Iron Maiden. Oczywiście nie muszę nikogo przekonywać, iż tytułowy Rogue Audio czuł się w tym materiale jak ryba w wodzie. Ostre gitarowe riffy, mocny wokal, a wszystko bezpardonowo przecinane zajawkami bębniarza spowodowały, że na moment cofnąłem się w czasie. Niestety nie miałem wówczas długich włosów, nie byłem popersem, ani punkiem, a mimo to z podniesionym czołem mogę powiedzieć, że to jedna z kapel mojej młodości i to co wyczyniał amerykański specjalista od wzmocnienia sygnału audio, było pierwszej próby. Jednym słowem, zaliczyłem dobre, bo ostre heavymetalowe łojenie. Łojenie o tyle ciekawe, że z racji upływu czasu, a przez to rozwoju obrazującej jej elektroniki, znacznie lepiej odtworzone. Podobnie sprawy miały się z hardrockiem typu „Back In Black” AC/DC, jak również elektroniką naszego czołowego artysty lat 80-tych Marka Bilińskiego, który notabene obecnie z dużą pieczołowitością, aby nie przesadzić, odświeża swoją dyskografię na czarnej płycie. Cronus Magnum III za każdym nie miał najmniejszych problemów w oddaniu energii muzyki, jej zamierzonej przenikliwości i co istotne dobrej szybkości, co znacznie podnosiło jej realizm. To był świetny występ testowanego wzmacniacza.
Nie, żeby źle, ale nieco inaczej wypadał repertuar podszyty sporą dawką emocji związanych z uduchowieniem muzyki. Naturalnie nic strasznego się nie działo, było gładko, z fajnym smakiem i z energią, tylko czasem zbyt dosadnie. Nie zawsze żołnierskie granie, a takie właśnie było drogą do sukcesu wzmacniacza w muzyce buntu, sprawdza się w każdej sytuacji. Oczywiście powinno być zgodne z zaplanowanym przez muzyków rytmem, jednak zbyt dosłowne traktowanie natychmiastowości następowania po sobie kolejnych dźwięków minimalnie skracało wybrzmienia poprzednich i na tle bliskich prawdy wzmacniaczy ze znacznie wyższych półek cenowych, paradoksalnie było zbyt poprawnie, czyli po przetłumaczeniu na język melomana, minimalnie zbyt technicznie. Bardzo dobrze, dla tego poziomu cenowego, ale gdy w ciężkich brzmieniach w wartościach bezwzględnych praca naszego bohatera była zjawiskowa, to w muzyce dla ducha dobra plus. Najlepiej było to słychać w repertuarze nagrywanym w kubaturach kościelnych, gdzie współpracujące z instrumentami echo często jest clou całej prezentacji, a przez zbyt szybkie akcentowanie kolejnej frazy, poprzednia nie miała szans samoczynnie do końca wygasnąć gdzieś w czeluściach wysokich wież. Można było nieco upłynnić to okablowaniem lub nawet zmianą źródła i wówczas temat dla wielu miłośników tego rodzaju muzy prawdopodobnie przestanie istnieć. Jednak dla pełnego obrazu, jak wzmacniacz prezentuje się na tle różnych stylów w tej samej konfiguracji, nie mogłem o tym nie wspomnieć. To zaś. nie jest dla niego żadną ujmą, tylko pokazaniem palcem, co i jak, a dla Was w przypadku prób, już na starcie wyartykułowanym drogowskazem na co zwrócić uwagę. Ja okiełznałem temat zmianą łączówki na bardziej nasyconą. Zrobiło się soczyściej, a przez to bardziej kolorowo i nieco wolniej, co utemperowało zapędy wzmacniacza do natychmiastowego serwowania kolejnych dźwięków, pozwalając w ten sposób każdemu wisieć w eterze, ile zapragnie, co natychmiast poprawiło naturalność odbioru, budowanie głębi i namacalności. Co zrobicie Wy, zależeć będzie od posiadanego zestawu i wyniku sparowania go z Rogue Audio. Jednakże zalecam spokój, bowiem nawet owa mocna prezentacja nie obfituje w latające w eterze żyletki. Przecież mamy do czynienia z popularnie zwanym lampiakiem, a jak wspominałem we wstępniaku, przez cały czas w muzyce da się wyczuć posmak szklanych baniek, co już na starcie czyni go z założenia przyjemnym w odbiorze.

Próbując opisać naszego bohatera w kilku żołnierskich słowach, jedno jest pewne, miałem do czynienia z piecem potrafiącym stawić czoło nawet największym wyzwaniom. To zaś sprawia, że w momencie prób na własnym organizmie to tylko od Was zależeć będzie – mam na myśli odpowiednią konfigurację, jak się zaprezentuje. U mnie wpięty w zastaną układankę preferował mocne granie. Jednak już po drobnej roszadzie kablowej potrafił z powodzeniem zmierzyć się z muzyką dawną. Jednak bez względu na wszystko w moim odczuciu Rogue Audio Cronus Magnum III nie po to oferuje moc na poziomie 100W z lampy, żeby używać go do plumkania. Owszem, po lekkim posłodzeniu jego największych zalet spokojnie się da. Jednak fakt jest faktem, iż jego środowiskiem naturalnym bez dwóch zdań jest w pełni kontrolowana, a przez to świetnie zaprezentowana rockowa i jej podobna jazda bez trzymanki. A to we wzmacniaczach lampowych jest nie do przecenienia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence, Audiosolutions Virtuoso S
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 18 540 PLN; opcjonalnie: 920 PLN pilot, 1 160 PLN osłona na lampy

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x100 W (Ultralinear), 2 x 55 W (Triode)
Pasmo przenoszenia:5Hz –30 kHz +/-1dB
ZniekształceniaTHD: < 0.1%
Przedwzmacniacz phono:
MM: 44 dB +/- 0.1 dB 20Hz – 20KHz
MC: 60 dB +/-1dB 20Hz –20KHz
Wzmacniacz słuchawkowy: 1W
Wejścia: 4 pary wejść (phono, line, 1,2,3)
Wyjścia: 4 i 8 Ω
Zastosowane lampy:2 x 12AX7, 3 x 12AU7, 4 x KT120
Wymiary (S x G x W): 45.7 cm x 43 cm x 14 cm
Waga: 25 kg