Tag Archives: Definitive Technology


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Definitive Technology

Goldenear Technology Triton Two+

Link do zapowiedzi: GoldenEar Technology Triton Two+

Opinia 1

Jeśli w miarę regularnie czytacie nasze zmagania z materią audio, prawdopodobnie pamiętacie moje ostatnie dywagacje na temat poszukiwań ciekawych innowacji przez konstruktorów zespołów głośnikowych. Wówczas takim przedstawicielem okazał się być amerykański Polk Audio z modelem Legend L800. Jednak jak wiadomo, nikt nie ma monopolu na niecodzienne rozwiązania, dlatego też drogę tę obiera wiele gorących głów. Kto? Spokojnie, nie trzeba daleko szukać, bowiem podobne zainteresowania zdradza dostarczona do dzisiejszego testu kolejna marka zza wielkiej wody – Goldenear Technology, reprezentująca podejście do tematu budowy kolumn głośnikowych odmienne od znakomitej większość konkurencji. Co takiego wykombinowali? Na informacje na ten temat oczywiście zapraszam do lektury dalszej części tekstu, zaś w tym akapicie mogę zdradzić tylko, iż będziemy pochylać się nad niepozornie wyglądającymi, za to z wielkim sercem do grania, półaktywnymi kolumnami Goldenear Technology Triton Two+, o przybycie których do naszego OPOS-a zatroszczył się stacjonujący w Łodzi Audiofast.

Już na pierwszy rzut oka widać, że przygoda z tytułowymi Tritonami dla potencjalnego nabywcy będzie oznaczać obcowanie ze smukłymi, o zaoblonych wąskich przednich i tylnych ściankach, skrywającymi rozwiązania techniczne pod nadającymi ekskluzywności projektowi czarnymi maskownicami, rosłymi na około 120 cm wysokości obudowami. Być może fotografie tego nie oddają, jednak zapewniam, iż w kontakcie bezpośrednim te jakże spokojne wizerunkowo tekstylne pokrowce w połączeniu z połyskiem wyposażonej w stabilizujące kolumny wkręcane kolce podstawy i zakrywającą większość część górnej płaszczyzny skrzynki nakładki nadają konstrukcji pewnego rodzaju dostojności. To zaś automatycznie powoduje, że amerykańskie panny są w stanie, wpisać się wizualnie w nawet najbardziej wyszukane designersko warunki lokalowe. Tak wygląda temat aparycji, jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Co takiego umyka naszym oczom? Po pierwsze rozmieszczenie zespołu wysokich (wstęga według własnego projektu) i średnich tonów w układzie D’Apollito, Kolejną ciekawostką są wymuszone niewielką szerokością frontu, napędzane D-klasowymi wzmacniaczami mocy (1200W) dwa zorientowane w pionie prostokątne basowce współpracujące z umieszczonymi na bocznych ściankach membranami biernymi. Zaś wieńcząc dzieło danych technicznych, idąc za informacjami producent należy dorzucić jeszcze zwrotnice o zbalansowanej topologii i na nowo zaprogramowany procesor DSP. Zamykając temat opisu kolumn pozostaje nam do przybliżenia usytuowany w dolnej części pleców panel przyłączeniowy, który realizując spore jak na zespoły głośnikowe zadania uzbrojono w gniazdo zasilania IEC, gniazdo bezpiecznika, pojedyncze zaciski dla przewodów, diodę sygnalizującą działanie sekcji basowej, pokrętło regulacji ilości niskich tonów i terminal RCA dla współpracy kolumn z procesorem kina domowego. Zaskoczeni poziomem mnogości wdrożonych w życie, co prawda znanych w wielu konstrukcjach konkurencji jako pojedyncze implementacje, tutaj zastosowanych w pełnym pakiecie rozwiązań technicznych? Mniemam, iż tak i od razu szczerze przyznam, że ja również. Dlatego tym bardziej pragnąłem skonfrontować ów pomysł z konkretną muzyką, a na wnioski zapraszam do kolejnego akapitu.

Zanim przejdę do opisu brzmienia, kilka słów o samym podłączeniu. Oczywiście fakt, iż Tritony Two+ są kolumnami półaktywnymi wymusza na nas doprowadzenie do nich życiodajnej energii z sieci, czego sukces oznajmia mieniąca się błękitem dioda. Po tej czynności podłączamy typowe przewody kolumnowe i w ustawieniu pokrętła ilości basu na godzinie 12-tej – mamy możliwość płynnej regulacji podczas słuchania – odpalamy system. Prawda, że łatwizna? Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak skreślić kilka zdań o brzmieniu smukłych amerykanek.
Jak zagrały? Powiem tak. Zdziwi się ten, kto sądzi, że za niezbyt monstrualnymi gabarytami kolumn kryje się nieśmiałość generowania bezkompromisowej sceny muzycznej. Co to to nie. Już informacja o mocnym wzmacniaczu sekcji basowej sugeruje, iż będziemy świadkami – oczywiście jeśli wymaga tego materiał muzyczny – niczym niekrępowanych sejsmicznych pomruków. A gdy do tego dodamy zdublowaną sekcję średniotonową i oferującą niezliczoną ilość informacji wstęgę, możemy być spokojni, że czego jak czego, ale energii podczas nawet najbardziej ekwilibrystycznych pasaży nutowych z pewnością nam nie zabraknie. Skąd to przekonanie? Oczywiście wyrobione kilkunastodniowymi odsłuchami, które jasno określiły zakres umiejętności opisywanych kolumn. Czy zauważyłem w nich jakieś znaki szczególne? Oczywiście, jak w każdym przypadku. W tym było to mocne postawienie konstruktorów na bezkompromisowość grania w domenie szybkości, lotności i uderzenia dźwięku, co na wykresie neutralności stawia je w moim odczuciu delikatnie na prawą stronę od punktu zero bezwzględnej neutralności dźwięku. Ową manierę można lekko skorygować odpowiednim okablowaniem i elektroniką, jednak dla prawdziwości moich wywodów jestem zobligowany poinformować, iż piewcy szkoły grania rodem z radia BBC w brzmieniu Two+ nie znajdą ukojenia romantycznej duszy paletą soczystych krągłości. To jest pokaz punktualności, natychmiastowości reakcji na zadany materiał muzyczny, rozmachu w temacie prezentacji głębi i szerokości wirtualnej sceny i zjawiskowego napowietrzenia przekazu. Dlatego też wszelkiego rodzaju muzyka rockowa np. spod znaku „Back In Black” AC/DC, czy free-jazz Johna Zorna „Masada First Live In Sevilla 2000”, lub choćby elektronika „Liminal” zespołu The Acid były wodą na młyn ocenianych paczek. Co to znaczy? Zwyczajnie. Mocne uderzenia na dole były zjawiskiem zarezerwowanym dla najlepszych. Gdy elektroniczna kapela swoją komputerową muzyką miała na celu wprowadzić w życie plan zmiażdżenia moich membran w uszach miękkim, ale gęstym basem, ściany pokoju wyginały się niczym na filmie „Matrix”. Innym razem, gdy free-jazzowi artyści na swojej płycie zapragnęli udowodnić, iż materiał nagrywano podczas koncertu, scena nie dość, że wydawała się nie mieć ograniczeń, to dodatkowo swoim rozmachem i swobodą prezentacji udowadniała, iż nie jest to mały klub, tylko wydarzenie w kubaturze stadionu.
To oznacza, że nasze bohaterki były uniwersalne dla każdego materiału muzycznego? To zależy. Dla sporej grupy tak. Jednak tak po prawdzie w kilku aspektach owa bezkompromisowość przekazu miała swoje reperkusje. Chodzi mi o dość lekkie potraktowanie środka pasma. Owszem, podobnie do reszty podzakresów było naszpikowane informacjami, jednak brakowało nieco nasycenia i plastyki. Niby wszytko wyglądało OK., jednak przyglądając się poszczególnym instrumentom dokładniej, okazywało się, że zbyt lekkie w domenie wypełnienia potraktowanie dźwięku powodowało utratę tak ważnych informacji o wykorzystanym drewnie do wykonania stroika saksofonu, czy pracy pudła rezonansowego wespół ze strunami podczas szybkich przebiegów nutowych solówek kontrabasisty. Oczywiście to tylko przykłady, które sugerują, że kilka osób w podobny sposób, czyli zbyt lekko w nasyceniu może również odebrać wokalizę i brzmienie instrumentów w muzyce baroku, czy nawet klasyce. Jednak uspokajam, to jest mocno narysowana tylko informacja, a nie zarzut jako taki i każdy z potencjalnych zainteresowanych może odebrać to inaczej, a nie zdziwiłbym się, gdyby takie postawienie sprawy było nawet trafieniem w Wasz punk „G”. Reasumując, jeśli jesteście nastawieni na brak ograniczeń w dziedzinie rozmachu ponad wszystko, do czego Goldenear Triton Two+ zostały wręcz stworzone, jestem pewien, że powyższe wywody prawdopodobnie to okażą się pomijalnym, nawet nie problemem, tylko jedną z wielu obecnych na rynku opinii.

Nie wiem, czy powyższy tekst wzbudził w Was obawę, czy zainteresowanie Tritonami. Jednak bez względu na wszystko zapewniam zainteresowanych, to są niepozornie wyglądające, ale za to pełne energii i co ważne ochoty do pokazania częstej nieobliczalności muzyki zespoły głośnikowe. Do tego z racji wizualnego spokoju świetnie wpiszą się w znakomitą większość potencjalnych pomieszczeń. Zatem jeśli tylko nadajecie na raczej stawiających na neutralność i swobodę, niż na słuchanie melancholijnego plumkania falach, nawet niezobowiązujące krótkie spotkanie na własnym podwórku może wywrócić Wasz świat do góry nogami. Czy tak się stanie, naturalnie musicie sprawdzić sami. Ja wiem jedno, gdy tylko wymagał tego materiał muzyczny, była to w pełni kontrolowana jazda bez trzymanki. A chyba o to, czyli unikanie sztampowej przewidywalności w obcowaniu z muzyką chodzi.

Jacek Pazio

Opinia 2

No to się porobiło. Wydawać by się mogło, że uzgadniając z rodzimym dystrybutorem, łódzkim Audiofastem, test wyrobów producenta, który do tej pory jeszcze nie gościł na naszych łamach, wypływać będziemy na zupełnie nieznane nam wody. Tymczasem szybki internetowy research wykazał, że nazwa może i jest dla nas pewnym novum, lecz ludzie za nią stojący już niekoniecznie. Mowa bowiem o amerykańskiej, założonej w 2010 r. przez Sandy’ego Grossa i Dona Givogue marce Goldenear Technology. Ktoś, coś? Jeśli nie, to już naprowadzam Państwa na właściwe tory. Otóż Sandy Gross to współzałożyciel Polk Audio i Definitive Technology a z kolei Don Givogue był współzałożycielem … Definitive Technology. Jakby tego było mało Goldenear Technology od stycznia 2020 jest częścią The Quest Group (TQG) – właściciela AudioQuesta. Krótko mówiąc jakiś „podkład”, bądź jak kto woli punkt wyjścia do dzisiejszego testu mieć powinniśmy, tym bardziej, że w listopadzie 2016 r. mieliśmy okazję poznęcać się nad Polkami LSIM705, zaledwie w zeszłym tygodniu podzieliliśmy się z Państwem wrażeniami z odsłuchów flagowych kolosów Legend L800, natomiast w lutym cieszyliśmy oczy i uszy wielce intrygującymi Definitive Technology Demand D17. A co tym razem wylądowało na soundrebelsowym tapecie? Nie mniej wymykające się łatwej kategoryzacji od swoich poprzedników półaktywne kolumny podłogowe Goldenear Technology Triton Two+, na których recenzję serdecznie zapraszamy.

Nie da się ukryć, iż poprzednie, goszczące u nas, propozycje Polk Audio i Definitive Technology na tyle wysoko ustawiły poprzeczkę oczekiwań pod względem autorskich rozwiązań i mało mainstreamowego podejścia do konstruowania kolumn, że unboxing tytułowych podłogówek przynajmniej początkowo wywołał pewien niedosyt. Generalnie wszystko niby było OK, ale bądźmy szczerzy, tym razem za bardzo nie było na czym oka zawiesić. Jednak przecież jeśli czegoś nie widać, to wcale nie oznacza, że owego czegoś nie ma, bowiem choć korpusy Dwójek szczelnie zakrywają pończochy maskownic warto mieć świadomość, iż producent nie oszczędzał na materiałach i postanowił z niepozornych „słupków” wycisnąć przysłowiowe siódme poty. Na sekcję średnio-wysokotonową składają się bowiem po dwa 4 ½ ’’ mid-woofery MVPP™ z wielołopatkowymi korektor fazy (Mulit-Vaned Phase Plug) poprawiającymi liniowość charakterystyki ich pracy i przypominający konstrukcje AMT (jest to autorska wariacja nt. projektu Oscara Heila) wstęgowy tweeter HVFR™ w układzie d’Appolito. Nie mniej intrygująco przedstawia się … aktywna 1200W i sterowana procesorem DSP sekcja basowa wyposażona w dwa prostokątne (5˝x 9˝) przetworniki wspomagane w umieszczone już na bokach, również prostokątne (7˝ x 10˝) membrany bierne. Jakby tego było mało zwrotnice są w pełni zbalansowane i również tutaj księgowi podobno nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Za to do woli mogli wypowiadać się zatrudnieni w Goldenear inżynierowie mający od 2001 r. do dyspozycji m.in. własną komorę bezechową będącą kopią pomieszczenia znajdującego się w Państwowym Komitecie Badań Naukowych w Ottawie.
Skoro front, podobnie jak i reszta ścian nie dysponuje niczym, co mogłoby złapać za oko, połyskujących dystyngowaną czernią nakładek górnych i cokołów nie biorę pod uwagę, gdyż z odległości kilku metrów ich obecność jest pomijalna, warto rzucić gałką na ścianę tylną. To właśnie tam wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźnych rozmiarów szyld mieszczący nie tylko parę konwencjonalnych zacisków głośnikowych, lecz również wejście RCA LFE, gniazdo zasilające IEC z bezpiecznikiem i pokrętło regulatora natężenia najniższych tonów. A, i jest jeszcze błękitna dioda sygnalizująca stan pracy kolumn, niejako przy okazji generująca „ambientową” poświatę.

Kiedy do mych uszu dobiegły pierwsze dźwięki wygenerowane przez Tritony automatycznie pomyślałem o „Girls Just Want To Have Fun” Cyndi Lauper, bowiem 2+ już od progu oznajmiają donośnym głosem nie tylko to, na co mają ochotę, ale co im się parafrazując nienachalnego intelektualnie przedstawiciela kasty panujacej „po prostu należy”. Dlatego też z każdego utworu, gdzie choćby w tle, dalekim planie tli się odrobina rytmu, ów rytm wyciągną i na nim oprą cały spektakl, natomiast ciężki Rock, czy wielka symfonika to ich naturalne środowisko. Potężne dzieła Mahlera, czy Szostakowicza – na początek gorąco polecam „Shostakovich: Symphonies Nos. 1 & 11 – Khachaturian: Symphony No. 2, „The Bell”” w wykonaniu Houston Symphony Orchestra pod batutą Leopolda Stokowskiego, z pomocą Goldenearów nie tyko wgniotą Was w fotel, ale i zafundują istne trzęsienie ziemi. I tu od razu uwaga – potęga brzmienia, z jakim przyjdzie się Państwu zmierzyć nie będzie miała nic a nic wspólnego z bezkształtną, przypominającą lawinę, bądź falę tsunami przelewająca się przez Wasz pokój odsłuchowy, masą dźwięku, lecz precyzyjnym i niezwykle zróżnicowanym multisegmentowym tworem. Bowiem o ile całościowo tytułowe podłogówki można bezsprzecznie uznać za niezwykle „szybkie” kolumny, to skupiając się li tyko na reprodukowanym przez nie basie śmiało można uznać, iż jest on odpowiednikiem pioruna kulistego zamkniętego w ściśle kontrolowanym, laboratoryjnym środowisku. Jego ilość i wolumen co prawda jesteśmy w stanie precyzyjnie kontrolować z pomocą umieszczonych na tylnych ścianach pokręteł, jednak niezwykle trudno mi wyobrazić sobie sytuację, kiedy komuś udałoby się go zamulić i spowolnić. Po prostu 1200W D-klasowe i pracujące pod kontrolą procesorów DSP sekcje basowe wydają się być nieosiągalnym dla konkurencji połączeniem mocy i brutalności T-Rexa z precyzją i zwinnością kolibra przez co, przynajmniej na początku, możemy nawet nie wiedzieć skąd i z jak niszczycielskim impetem otrzymamy kolejne basowe kopnięcie.
Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że decydując się na tytułowe Tritony, z resztą zgodnie z ich nomenklaturą otrzymujemy li tylko dwa potężne subwoofery i coś tam jeszcze, czyli 2+, gdyż zarówno średnica, jak i góra nie tylko nie wstydzą się swojej obecności, co wręcz podobnie jak dół pasma nader żywiołowo reagują na dedykowane im częstotliwości, co z jednej strony daje wysoki ładunek energetyczny w całym, reprodukowany paśmie, a z drugiej zapewnia świetne zszycie wszystkich przetworników. Jeśli dodamy do tego iście monitorową holografię i umiejętność natychmiastowego „znikania” robi się naprawdę ciekawie. Oczywiście nad taką synergią trzeba w każdym systemie i w każdym pomieszczeniu indywidualnie popracować, bo jak komuś wpadnie do głowy ustawienie aktywnej sekcji basowej na przysłowiowego maxa, to cudów nie ma i nawet wbudowane DSP rzuci ręcznik na ring.
Nie ma się jednak co oszukiwać, że Tritony, dla których żadne metalowe i symfoniczne ekstremum nie jest straszne, równie wybornie wypadają w nastawionych na skupienie i grą ciszą klimatach. Nie oznacza to co prawda, że miłośnicy jazu i kameralistyki nie powinni się nimi zainteresować, jednak przy jazzie 2+ zdecydowanie swobodniej czują się w big-bandach w stylu „We’ve Just Begun” Sinne Eeg & The Danish Radio Big Band, aniżeli „Pavane For A Dead Princess” Steve Kuhn Trio . Podobnie z oszczędną pod względem składu osobowego klasyką, chociaż …to też zależy od kompozycji, gdyż ociekające ozdobnikami i bogactwem alikwot „Les Plaisirs du Louvre, Airs pour la Chambre de Louis XIII” Ensemble Correspondances / Sébastien Daucé zabrzmiało inaczej aniżeli zdążyłem się przyzwyczaić, aczkolwiek sugestywne podkreślenie motoryki i linii basu pokazało powyższe wydawnictwo z nieznanej mi dotąd strony. W dodatku przy tak wyrafinowanym repertuarze doszła do głosu jeszcze jedna cecha amerykańskich kolumn. Otóż nie tracą one nic a nic ze swojej rozdzielczości nawet przy stosunkowo cichym słuchaniu a dzięki płynnej regulacji najniższych składowych również pod względem ilości basu wcale nie musimy godzić się na jakiekolwiek kompromisy. Niemniej warto aspekt zamiłowania dzisiejszych bohaterek do dynamiki mieć na uwadze i o ile akolici growlu, blastów i riffów mają wreszcie szansę złapać gonionego od lat króliczka, to pozostałe grono melomanów musi samo przed sobą odpowiedzieć a pytanie, czy tego typu prezentacja wpisuje się w ich gusta, czy też muszą szukać dalej.

Goldenear Technology Triton Two+ to niezaprzeczalnie intrygujące konstrukcje, które miłośnikom hollywoodzkich superprodukcji, wielkiej symfoniki i ciężkich brzmień pozwolą za niezwykle przystępną cenę osiągnąć iście koncertowe poziomy głośności i rozbijającą w pył rodowe skorupy dynamikę, a jednocześnie, dzięki ponadprzeciętnej rozdzielczości, nawet przy niskich dawkach decybeli wydają się idealną propozycją dla nocnych marków. Krótko mówiąc nie ma co gdybać i wróżyć z fusów, tylko nie tyle umówić się na ich odsłuch, co na prezentację we własnym pomieszczeniu i z własnym systemem.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 20 250 PLN

Dane techniczne
Przetworniki: Dwa prostokątne przetworniki niskotonowe o długiej cewce, 5˝x 9˝
Dwa płaskie, prostokątne radiatory infradźwiękowe, 7˝ x 10˝
Dwa przetworniki nisko/średniotonowe typu MVPP™, 4-1/2″
Przetwornik wysokotonowy High-Velocity Folded Ribbon – HVFR™
Zalecana Moc Wzmacniacza: 20-500 W
Skuteczność: 91 dB
Pasmo Przenoszenia: 16 Hz – 35 kHz
Impedancja: 8 Ω
Wbudowany Wzmacniacz Subwoofera: Sterowany DSP, cyfrowy wzmacniacz ForceField o mocy 1200W
Wymiary (przy zainstalowanej podstawie, bez kolców)S x G x W: 13,33(przód) / 19,05(tył) x 38 cm x 122 cm
Waga: 27.2 kg netto / 33.1 brutto

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Definitive Technology

Definitive Technology Demand D17

Link do zapowiedzi: Definitive Technology Demand D17

Opinia 1

Być może jest to odważna teza, ale jestem przekonany, iż obserwując nasze zmagania z konstrukcjami audio zza wielkiej wody (USA), zdążyliście wyrobić sobie zdanie o pewnego rodzaju megalomanii nie tylko rozmiarowej, ale również cenowej proponujących nam swoją ofertę jankeskich producentów. To zazwyczaj są duże i do tego drogie komponenty, co mocno ogranicza populację stacjonujących w naszym kraju potencjalnych klientów. Niestety tak jest nader często, ale nie zawsze. Co mam na myśli? Otóż okazuje się, że gdy tylko się dobrze poszuka, w nieprzebranej ofercie Amerykanów można wyłuskać coś ciekawego nawet nie tylko dla europejskiego, ale również polskiego statystycznego Kowalskiego. Czyli? I tutaj niespodzianka, gdyż dzięki warszawskiemu dystrybutorowi Horn mam przyjemność zaprosić Was na ciekawy miting z kolumnami Definitive Technology Demand D17. Nie są przesadnie wielkie, ani specjalnie drogie, a mimo to pozostawiły w mej pamięci bardzo ciekawe doznania. Jakie? Po odpowiedź zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Nie będę pytać, co Wy na ten temat sądzicie, gdyż nawet ja byłem zaskoczony, że na pułapie 20 kPLN można zaoferować klientowi tak fantastycznie prezentujące się i do tego świetnie wykonane kolumny. Mamy bowiem do czynienia z osiągającymi około metra wysokości, wykończonymi w białym lakierze fortepianowym, z aluminiowym frontem skrzynkami. Ale to dopiero preludium ciekawych informacji, gdyż poprzeczkę jakości podnosi zestaw głośników w postaci dwóch basowych, jednego średniotonowego z firmowym, przypominającym grzyb z perforowanym kapeluszem, korektorem i przesuniętej na zewnętrzną flankę względem osi wysokotonówki. Spokojnie, to nadal nie koniec dobrych wieści. Otóż z racji bytu opisywanego modelu zespołów głośnikowych konstrukcją zamkniętą, projektanci w celu poprawy projekcji niskich rejestrów w dolnej części bocznych ścianek zaimplementowali dwie (po jednej na stronę) sporej wielkości, wykończone w lakierze obudowy membrany bierne. Tak tak, oszczędności nie były myślą przewodnią tego, przecież na tle wielu innych marek, niezbyt drogiego projektu, co w dzisiejszych czasach wydaje się być dziwne, ale jednak realne. Wieńcząc garść technikaliów dodam jeszcze, że na plecach naszych bohaterek znajdziemy zagłębione w plastikowej kształtce podwójne terminale przyłączeniowe, a całość konstrukcji posadowiono na przykręcanej, nieco szerszej niż obrys dolnej płaszczyzny kolumny, a przez to poprawiającej stabilność, pozwalającej wkręcić dostarczone w komplecie kolce, aluminiowej ramce. Da się zaproponować swoisty „cukierek” bez wkraczania w pułapy ocierające się o szaleństwo cenowe? Jak widać da.

Może jak na początek zabrzmi to nieco dobitnie, ale od pierwszych dźwięków wiedziałem, że to są bardzo dobre konstrukcje. Powód? Otóż bardzo mocno rzutującą na dalszą zabawę z tytułowymi kolumnami obserwacją była zaskakująca spójność przekazu. Ogólna prezentacja szła drogą dobrej masy w dole, gęstej średnicy i świetnie dostrojonych do takiego pomysłu na dźwięk wysokich tonów. Naturalnie w przypływie lekkiej złośliwości można stwierdzić, że tak zestroić kolumny potrafi prawie każdy producent. Jednak w tym przypadku owa spójność ani razu nie dała się wyprowadzić w pole, czyli przekładając na nasze, nie udało mi się złapać kolumn na bolesnym potknięciu typu: rozlewający się po podłodze bas, czy szukające poklasku, swawolnie dążące do dominacji, często początkowo odbierane jako efekt „łał”, jednak w konsekwencji bardzo szkodliwe dla płynności kreowania świata muzyki w naszych domostwach, wysokie tony. A to w moim odczuciu jest wystarczającym pakietem danych, aby obronić wygłoszoną na wstępie tezę. Zgadzacie się? Jeśli tak, zatem dodajcie do tego jeszcze dobre zagospodarowanie wszerz i w głąb wirtualnej sceny muzycznej i wypisz wymaluj mamy ofertę, której nie tylko nie powstydziłby się nawet najbardziej rozpoznawalna światowa elita, ale również dźwięk z którym z przyjemnością obcowałoby wielu z Was. Jakieś konkrety? Proszę bardzo. Weźmy na tapet dla jednych znienawidzonego, bo zbyt często słuchanego, a dla drugich dającego pojęcie o możliwościach testowanych kolumn album „Amused To Death” Rogera Watersa. Cel? Sprawdzenie nie tylko umiejętności znikania kolumn z pokoju, ale również oddania triku z przestawianiem fazy przez Rogera, co po drobnych korektach ustawienia wypadło wręcz znakomicie. Kolejnym, konsekwentnie będącym wodą na młyn D17-ek krążkiem było trio jazzowe Gary’ego Peacocka w kompilacji z 2017 roku „Tangents”. Dobre oddanie uwielbianego przeze mnie kontrabasu nie tylko w domenie równowagi ilości strun i pudła w dźwięku, ale również jego czytelnego rysunku na scenie pokazało, że kolumny oprócz barwy potrafią zapanować nad wyrazistością krawędzi zawieszanego w eterze instrumentu, jego energią i szybkością zmian rytmu. A znawcy tematu zdają sobie sprawę, iż Gary w swoich solowych partiach się nie oszczędza, co przy utracie czytelności jego instrumentalnych ekwilibrystyk mocno uśredniłoby, a przez to zmarnowało jego ciężką, bo okraszoną obolałymi palcami pracę.
Na koniec dla wielu horror, a dla mnie, z racji nie tylko osobistych, ale również masteringowych występów Pata Metheny’ego, świetna pozycja Anny Marii Jopek „Upojenie”. Co pchnęło mnie w ręce naszej artystki? Tak tak, weryfikacja radzenia sobie kolumn z mocno otwartymi już na stole masteringowym wysokimi tonami. Na wielu systemach z uwagi na potężny ładunek sybilantów i solidnego napowietrzenia prezentowanych wydarzeń muzycznych, tego krążka nie da się słuchać. Tymczasem przywoływana na początku, będąca główną zaletą maniera spójnego grania naszych bohaterek pokazała, że owszem, pani Ania nadal starała się pokazać swoje walory przenikania międzykolumnowego eteru, jednak nie była to estetyka ocierająca się o ból, czy nadmierna ofensywność, tylko solidna dawka nadal mocnej i wszechobecnej, ale jednak przyjemnej wokalizy. Niemożliwe? Bynajmniej. Jeśli uda nam się skonfigurować pozbawiony zniekształceń, panujący nad rozbuchaniem wysokich rejestrów tor, wówczas bez najmniejszych problemów jesteśmy w stanie nawet zakochać się w podobnych realizacjach. Ja dzięki swojej układance mam to od dawna. Natomiast Wy jeśli jeszcze macie z tym problem, dzięki tytułowym kolumnom możecie do tego stanu znacznie się przybliżyć.

Postradałem zmysły? Za dwadzieścia tysięcy dostajemy taki dźwięk? Owszem, dostajemy. I to bez oznak szaleństwa z mojej strony. To jest fakt. Naturalnie podczas kwalifikacji moich wniosków należy mierzyć siły na zamiary opisywanych kolumn. Jednak jedno jest pewne. Tak dobrze, bo równo zestrojonych zespołów głośnikowych, z nie oszukujmy się, stosunkowo niskiej półki cenowej, dawno nie miałem przyjemności oceniać. Czy to jest oferta dla każdego? Jeśli nie jesteście zorientowani na przesadną przenikliwość lub nasycenie dźwięku, jak najbardziej tak. Czy każde starcie zakończy się pozostaniem kolumn w nowym domku, tego nie jestem w stanie w stu procentach zapewnić. Jednak bez naciągania faktów oznajmiam, iż będzie to fajnie spędzony, bo pokazujący, iż Amerykanie jak chcą, to potrafią zrobić coś niedrogiego, a dobrze grającego, czas z muzyką w roli głównej.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie wiedzieć czemu własne zainteresowanie marką Definitive Technology mogłem, przynajmniej do niedawna, określić mianem co najwyżej szczątkowego. Niby miałem świadomość jej istnienia i na przestrzeni kilku ostatnich lat nawet co nieco udało mi się nawet z jej oferty posłuchać i opisać, jednak to były działania o charakterze czysto pobocznym i nie mającym z SoundRebels większego związku. Dlatego też nie kryłem zdziwienia, gdy dystrybutor ww. koncernu, czyli stołeczny Horn, zwrócił się do nas z pytaniem, czy nie mielibyśmy ochoty rzucić tak okiem, jak i uchem na jeszcze ciepłą, topową konstrukcję ze szczytowej serii Demand – model D17. Jednak szybka eksploracja amerykańskiego portfolio dość jednoznacznie dała nam do zrozumienia, iż proponowana parka ma nie tylko niewiele wspólnego z wyposażonym w aktywne moduły basowe rodzeństwem z serii BP-9000, co przejawia wyraźnie audiofilskiej aspiracje. W dodatku, to co widzieliśmy, czyli zarówno szata wzornicza (uhonorowana m.in. prestiżową nagrodą iF Design Award), jak i użyte materiały wyceniono na tyle atrakcyjnie, że ciężkim grzechem zaniedbania byłoby nie skorzystać z okazji. Dlatego też po ustaleniu niuansów natury spedycyjnej D17-ki niemalże miesiąc temu wylądowały w naszym OPOS-ie.

Już pierwszy kontakt – podczas unboxingu, z Definitive Technology Demand D17 jasno dał nam do zrozumienia, że żarty się skończyły, a Amerykanie, wzorem swoich sąsiadów z Paradignma, ewidentnie mają chrapkę na kawałek tortu z górnej półki. Wykonaną z MDFu obudowę pokryto pięcioma warstwami lakieru i wypolerowano na wysoki, „fortepianowy”, połysk. Za to front zdobi solidny, zachodzący na boki płat aluminium pod którym zamontowano nader imponującą baterię przetworników. Zanim jednak przejdę do standardowej wyliczanki pragnąłbym zwrócić Państwa uwagę na pewien detal natury użytkowej. Otóż w związku z faktem delikatnego przesunięcia poza oś symetrii umieszczonego w niewielkiej soczewce 1” tweetera z hartowanego aluminium, kolumny są wyraźnie oznaczone jako prawa i lewa (ustawiamy je tak, by wysokotonowce znajdowały się bliżej zewnętrznych krawędzi). Poniżej wygospodarowano miejsce dla nie mniej absorbującego 6.5″ (16.5 cm) średniotonowca BDSS™ z membraną z polimeru mineralnego, w którego centrum zamiast standardowej nakładki przeciwpyłowej, bądź stożkopodobnego korektora fazy, znalazł się wielce frapujący „grzybek” stanowiący charakterystyczny element układu „Double Surround” i technologii Linear Response Waveguide™ zapewniających lepszą liniowość pracy, większy skok samej membrany a z niuansów mniej teoretycznych a bardziej słyszalnych owocuje to poszerzeniem pasma przenoszenia zarówno w osi, jak i poza nią, oraz większą naturalnością reprodukowanego materiału. Tuż pod nim rozgościła się para 6.5″ (16.5 cm) basowców o membranach z włókna węglowego, które z kolei wspomagają przeniesione na ściany boczne dwie – po jednej na stronę, 10″ (25 cm) membrany bierne. Zlokalizowane blisko podłogi podwójne, wkomponowane w plastikowy profil, standardowej jakości (czyt. jest dość ciasno) gniazda głośnikowe akceptują zarówno widełki, jak i banany, jednak z wiadomych powodów, zdecydowanie większy komfort psychiczny dają banany.
Kolumny przed ustawieniem należy uzbroić w aluminiowe, ramkowe cokoły, w które wkręca się bądź to nóżki, bądź stożkowate kolce i voilà. Tzn. na wyposażeniu znajdują się jeszcze maskownice, ale ponieważ ich wpływ na brzmienie kolumn w 99,99% przypadków trudno określić mianem pozytywnego pozwoliliśmy sobie zostawić je w kartonach.

Chociaż w instrukcji obsługi producent uznaje, że 17-kom wystarczy dystans zaledwie 30 cm zarówno z boku, jak i z tyłu od ścian docelowego pomieszczenia, z czego niewątpliwie skwapliwie skorzystałaby większość Pań domu, o ile tylko szczęśliwi nabywcy raczyliby je o tym fakcie poinformować (w co śmiem wątpić), to biorąc pod uwagę ich 10” membrany bierne, jak i zdrowy rozsądek daliśmy goszczącym w OPOS-ie kolumnom zdecydowanie więcej miejsca. Jak z resztą widać na zdjęciach ustawiliśmy je przed naszymi dyżurnymi ISIS-ami i z nieukrywaną ciekawością wpięliśmy w nasz redakcyjny tor audio. Zanim jednak przejdę do meritum pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą właśnie systemu a dokładnie amplifikacji z jaką przyszło Demandom pracować. Otóż dziwnym zbiegiem okoliczności Hornowi udało się trafić z dostawą w okno czasowe, w którym postanowiliśmy z Jackiem urządzić sobie nie tyle audiofilskie wakacje, co swoiste, kojące skołatane nerwy sanatorium, w którym rolę wywołujących jednoznacznie pozytywne myśli rehabilitantek przejęły dwie duńskie bestie, czyli Gryphony Antileon EVO Stereo i Mephisto Stereo. Piszę o tym, by uświadomić Państwu pewien szczegół, bądź nawet dwa. Otóż śmiało możemy założyć, że szanse by ktoś posiadający któryś z powyższych wzmacniaczy zainteresował się tytułowymi kolumnami są równie nikłe jak prawdopodobieństwo trafienia kumulacji w Totka, lecz z drugiej strony z takimi spawarkami w torze Definitive Technology dawały z siebie więcej aniżeli ktokolwiek, z lwią częścią ich konstruktorów włącznie, byłby w stanie przypuszczać.

Jednak z powodu fabrycznej nowości dostarczonych na testy egzemplarzy z werdyktem dotyczącym ich walorów brzmieniowych musieliśmy się na kilka dni wstrzymać. Całe szczęście okres akomodacji przebiegł nadspodziewanie szybko, a i to, co w czasie wygrzewania dobiegało naszych uszu budziło przeważnie pozytywne odczucia. Czemu przeważnie? Cóż, proszę tylko popatrzeć na zastosowane przetworniki – to wyłącznie twarde i sztywne materiały, którym z natury niezbyt po drodze z miękkością swoich jedwabnych, bądź celulozowych krewniaków, więc po prostu trzeba dać im czas na to, by ich zawieszenia i układy magnetyczne się najzwyczajniej w świecie rozruszały. Proszę jednak dać im kilka dni popracować na niezobowiązujących „obrotach” a dopiero potem krytycznie słuchać. Po takiej właśnie rozgrzewce pierwsze skojarzenia jakie nasunęły mi dobiegające z kolumn dźwięki były wspomnienia pozostałe po Paradigmach Persona 3F. Ot świetne połączenie wyrafinowanej rozdzielczości z zaraźliwą wręcz motoryką, przy jednoczesnym braku antyseptycznej analityczności. Krótko mówiąc gładko, rozdzielczo i muzykalnie.
Analizę poszczególnych podzakresów reprodukowanego pasma zacznę od dołu, gdyż widok dwóch wooferów wspomaganych dwiema membranami biernymi może budzić u części z Państwa całkowicie zrozumiałe obawy. Od razu spieszę z uspokajającymi wiadomościami. D17-ki oferują bowiem bezsprzecznie konturowy, acz świetnie nasycony bas, który schodząc zaskakująco nisko, jak na tak nazwijmy to „kompaktowe” podłogówki, cechuje niezwykła motoryka i wypełnienie. Dostajemy bowiem nie tylko obrys, ale i krwistą, tętniącą życiem i zróżnicowaną tkankę. Nawet na wielkiej symfonice – „”PRINCESS MONONOKE” Suite” pochodzącej albumu „Dream Songs: The Essential Joe Hisaishi” Joe Hisaishi zachowywana była pełna selektywność i czytelność dalszych planów a szerokość i głębokość sceny dźwiękowej w zupełności spełniała koncertowe realia.
Określenie średnicy inaczej aniżeli holograficznej i magnetycznej zarazem byłoby z mojej strony czystą złośliwością, gdyż, to co Definitive Technology zrobiło z m.in. albumem „Wallflower” Diany Krall w pełni zasługuje na szczere i w pełni zasłużone komplementy. Wokalistka została „podana” blisko, niemalże intymnie, jednak praktycznie całą uwagę skupiał na sobie jej głos a nie cielesna postać. Chociaż może inaczej. Jej obecność było fizycznie czuć, jednak czar dotyczył w 99% jej głosu. Wysyconego, eufonicznego i na wskroś organicznego, coś jakby w studiu Diana śpiewała do mikrofonu Nordic Audio Labs, który wyszedł spod palców Martina Kantoli. To taka uzależniająca jedwabistość bez zbędnego przesaturowania i utraty rozdzielczości. Nie wiem, czy to efekt siedzącego w centrum średniotonowca „grzybka”, ale na tym pułapie cenowym to iście mistrzowski poziom.
No i na deser została góra, którą śmiało można nazwać odważną, perlistą i krystalicznie czystą. Zero podkolorowań, nieprzyjemnego podkreślania sybilantów, ale też bez oznak łagodzenia wszelakiej natywnej szorstkości materiału źródłowego. Nawet wydany przez Linna na SACD album „Notes From A Hebridean Island” Williama Jacksona & Mackenzie, gdzie najwyższych składowych jest na tyle dużo, że po odsłuchu całości nieraz korciło mnie do zrobienia sobie krótkiej przerwy, „wszedł” na tyle gładko, że tym razem, z racji wyeliminowania nawet najmniejszych oznak ofensywności, poważnie zastanawiałem się nad powtórzeniem seansu.

Nie ukrywam, że Definitive Technology Demand D17 okazały się zaskakująco miłą niespodzianką. Nie dość bowiem, że pochodzą od producenta mówiąc otwarcie niezbyt kojarzącego się ze stricte audiofilskimi konstrukcjami, to w dodatku zapuszczającego się w rejony wydawać by się mogło całkowicie dla niego obce. Tymczasem D17-ki bez najmniejszej tremy wchodzą na salony i śmiało można stwierdzić, iż jest to ich naturalne środowisko.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Cena: 21 998 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 38 Hz – 24 000 Hz
Impedancja znamionowa: 4 Ω
Skuteczność: 87 dB
Zastosowanie przetworniki:
– 1″ (2.5 cm) aluminiowa kopułka wysokotonowa
– 6.50″ (16.5 cm) średniotonowy
– 2 x 6.50″ (16.5 cm) niskotonowe
– 2 x 10″ (25 cm) membrany bierne
Zalecana moc wzmacniacza: 30 – 300 W
Wymiary (W x S x G): 105.61 x 18.41 x 30.40 cm (bez cokołów), 109.85 x 25.84 x 37.39 cm (z cokołami)
Waga: 29.1 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Definitive Technology

Definitive Technology Demand D17
artykuł opublikowany / article published in Polish

W ramach zachowania równowagi, po „hajendach”, przyda się spotkanie z propozycją znajdującą się w zdecydowanie bardziej realnym zasięgu. Okazuje się jednak, iż nawet poniżej 30 kPLN wcale nie trzeba iść na kompromis tak pod względem designu, jak i brzmienia – Definitive Technology Demand D17.

cdn. …