Tag Archives: HiFiMAN EF1000 & Susvara


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. HiFiMAN EF1000 & Susvara

HiFiMAN EF1000 & Susvara

Link do zapowiedzi: HiFiMAN EF1000 & Susvara

Opinia 1

Słuchawki, nawet w swych najbardziej wyrafinowanych audiofilsko – high endowych odmianach, jak daleko nie szukając Final Sonorus X, czy Focal Utopia nieodparcie kojarzą się większości populacji z czymś jeśli nawet nie mobilnym w outdoorowym znaczeniu, to przynajmniej „desktopowym”. Ot siedzi sobie przy stoliku jakiś naburmuszony jegomość z nausznikami na czerepie i wygląda jakby uciekł z „Wielkiej gry”. Krótko mówiąc o ile same słuchawki potrafią przyjmować iście poważne rozmiary i wagę, to już dedykowana im amplifikacja niezbyt często wykracza poza na swój sposób ujęte właśnie w ww. wyobrażeniu „nabiurkowym” ramy. Powyższe zjawisko potwierdzają zresztą nasze osobiste doświadczenia począwszy od maluchów ifi, dystyngowanie surowego Coplanda DAC 215, poprzez uroczo pstrego Lebena CS-300F, na imponującej wieży Octave V 16 Single Ended skończywszy, podczas odsłuchów których wyraźnie pięliśmy się w górę, ale cały czas zachowywaliśmy dość rzadko obecny w naszych stacjonarnych eksploracjach zdrowy rozsądek. Najwyższy jednak czas wejść na kolejny poziom zaawansowania i dać upust fantazji, czyli mówiąc wprost pojechać po przysłowiowej bandzie i wziąć na redakcyjny tapet coś, co dla postronnego – vide „normalnego”, czyli nieskażonego „audiophilią nervosą” obserwatora zakrawać będzie na totalny obłęd i ewidentny przerost formy nad treścią. Jeśli zastanawiacie się Państwo co tym razem wpadło nam nie tyle do głowy, co do naszych systemów, to od razu uspokoję, że na ekstrema w stylu wież Woo Audio WA234, bądź też wycenionego na drobne 50 000$ „lotniskowca” HiFiMAN Shangri-La przyjdzie jeszcze czas (przynajmniej mamy taką nadzieję), a na razie, dzięki uprzejmości dystrybutora marki – białostockiego Rafko, udało nam się pozyskać nieco „skromniejszy” (cudzysłów jest w pełni zamierzony) zestaw – wzmacniacz HiFiMAN EF1000 wraz ze słuchawkami Susvara.

Już podczas unboxingu dość wyraźnie było widać, że lekko nie będzie, gdyż tytułowy set słuchawkowy okazał się mówiąc najdelikatniej dość absorbujący od strony logistycznej. Dwa potężne, hermetyczne i praktycznie niezniszczalne case’y PELI™ nie tylko wyglądają poważnie, ale i swoje (po załadowaniu) ważą, dlatego też oba wyposażono nie tylko w kółka, ale i wysuwane rączki, co proszę mi wierzyć na słowo bynajmniej nie jest ekstrawagancją a wyłącznie troską o nasze plecy ze strony producenta. W wyściełanych gęstą i wyciętą pod wymiar gąbką spoczywają jednostka sygnałowa i równie budzący respekt zasilacz. Z racji tego, że dostarczony egzemplarz Susvar był li tylko „demówką” niestety nie mógł pochwalić się równie efektowną „skorupą” i dostarczony został w tzw. „opakowaniu zastępczym”. Wróćmy jednak do amplifikacji.
Moduł sygnałowy prezentuje się nad wyraz elegancko i minimalistycznie zarazem. Delikatnie ścięty po bokach gruby płat aluminiowego frontu wycięto w centrum i w tak powstałym oknie zaimplementowano formatkę z czernionego akrylu, która z kolei stała się bazą dla pokaźnych rozmiarów pokrętła głośności, dwóch niewielkich przycisków odpowiedzialnych za wybór źródła i wyjścia, oraz dwóch gniazd słuchawkowych – dużego Jacka i 4-pinowego XLR-a (obu z blokadami). Gęsto perforowana płyta górna i pełniące rolę ścian bocznych gęsto użebrowane radiatory we wzmacniaczu słuchawkowym wydają się na pierwszy rzut oka przede wszystkim elementami dekoracyjnymi, jednak po zapoznaniu się z osiągami ww. jednostki jasnym staje się, że sytuacja wygląda nieco odmiennie, ale o tym dosłownie za chwilę. Wizja lokalna pleców może wprawiać i wprawia niezorientowanych w lekką konsternację. Okazuje się bowiem, iż oprócz spodziewanych wejść pod postacią trzech par złoconych RCA, z których jedną można przełączyć stosownym guzikiem na XLR i wielopinowych terminali zasilających, znajdziemy tam dwie pary solidnych … gniazd głośnikowych. Niby do podobnego widoku zdążył przyzwyczaić nas zarówno Leben, jak i Octave, jednak każdorazowo spotykaliśmy się z zastrzeżeniem, iż ze względu na dość graniczoną do kilku – kilkunastu Watów moc warto o nich myśleć głównie posiadając dość łatwe do wysterowania i zarazem skuteczne zespoły głośnikowe. Tymczasem EF1000 może pochwalić się porównywalną do ww. konkurencji mocą 20 W w czystej klasie A, tylko że na … wyjściu słuchawkowym, bo już na terminale głośnikowe idzie również w klasie A „drobne” 50 W a w klasie AB 110 przy 8Ω. Wspominałem już, że mówimy o wzmacniaczu słuchawkowym? Jeśli nie, to tylko chciałbym o tej drobnostce Państwu przypomnieć.
Za taki stan rzeczy odpowiadają trzewia, które nie dość, że nader rozsądnie rozdzielono dzięki czemu część odpowiedzialna za zasilanie nie ma szans na „sianie” po wrażliwych na tego typu odziaływanie układach zajmujących się amplifikacją sygnałów audio, to jeszcze potraktowano z odpowiednią atencją. I tak w stopniu wejściowym i napięciowym pracuje sześć Electro Harmonixów 6922 w układzie push-pull, za to stopień wyjściowy powierzono sześciu parom MOSFETów Hitachi.
I w tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję natury użytkowo-ergonomicznej, gdyż przy szukaniu odpowiedniego „lokum” dla EF1000 warto wziąć pod uwagę fakt iż grzeje się on jak diabli. Dlatego też uprzedzając ewentualne pytania i przekreślając tym samym misterne plany od razu zaznaczę, że ustawianie całości na biurku w bezpośrednim sąsiedztwie komputera, oraz Was samych gorąco i to dosłownie odradzam. No chyba, że ktoś mieszka na biegunie zimna i oprócz systemu audio rozgląda się za jakąś farelką. To wtedy jak najbardziej – w pełni zasłużona rekomendacja.
Zasilacz jest nieco węższy i nieco płytszy od swojego sygnałowego towarzysza, co wbrew pozorom okazuje się wielce przydatne, gdyż to w końcu do niego wpinamy przewód zasilający, a te jak już nie raz i nie dwa zdążyliśmy się przekonać nie zawsze wykazują się zbytnią wiotkością, co tym razem nie powinno sprawiać nam większego problemu, gdyż przy wyrównaniu płaszczyzn frontów obu modułów zyskamy na „zapleczu” kilka dodatkowych centymetrów na ewentualną kablarską ekwilibrystykę. Całe szczęście oba przewody dostarczające zasilanie do jednostki głównej są uroczo lejące się przez palce, więc z ich strony żadnych problemów bym się nie spodziewał. Z detali o których wypadałoby wspomnieć masywny aluminiowy front może pochwalić się przyciskiem usypiający/wybudzającym zestaw z trybu stand-by, umieszczoną nad nim diodą i skromnym logotypem z oznaczeniem modelu tuż przy dolnej krawędzi. Ściana tylna również nie wzbudza większych kontrowersji – ot zintegrowane z bezpiecznikiem i włącznikiem głównym gniazdo IEC plus dwa – dla każdego kanału osobne wielopinowe, zakręcane terminale magistrali zasilającej zabezpieczone na czas transportu stosownymi zaślepkami. I tutaj podobnie jak w module sygnałowym producent zadbał o ich przywiązanie do korpusu, dzięki czemu szanse na ich zapodzianie maleją niemalże do zera. W trzewiach zasilacza znajdziemy tylko to co niezbędne i zarazem mile widziane – potężne, konwencjonalne trafo i budzącą respekt baterię ośmiu kondensatorów Elna o pojemności 10 000 µF każdy.
A jak sprawy się mają z samymi Susvarami? Na zachętę powiem tylko tyle, że jeśli komuś do gustu przypadły uderzająco podobne HE1000 przesiadając się na tytułowy model pozuje się jak w przysłowiowym siódmym niebie. Bowiem Susvary są od 1000-ek 30g lżejsze (szkielet wykonany ze stopów metali lekkich) i mają inaczej ukształtowane nie tylko drewniane korpusy, a raczej ich ramki, co również hybrydowe skórzano poliestrowe pady, przez co komfort ich użytkowania dodatkowo wzrósł. Docenią to przede wszystkim użytkownicy okularów – nic nie wgniata zauszników w głowę a nawet duże małżowiny z łatwością mieszczą się wewnątrz. Jak to w przeważającej większości HiFiManów bywa również i tym razem mamy do czynienia z otwartymi konstrukcjami planarnymi, z tą tylko różnicą, iż pełniąca rolę przetwornika, wykonana w nanotechnologii diafragma jest jeszcze cieńsza i pozbawiona nawet najmniejszych mierzalnych zniekształceń, przez co zyskała miano „zero distortion driver”. W dodatku zapewniające jej ruch cewki mają obecnie grubość poniżej jednego … mikrometra i nanoszone są w technice napylania. W dodatku stanowiące resztę „napędu” magnesy wykonano w przypominającej znaną z niewidzialnego bombowca F117 technologii „stealth”, dzięki czemu uzyskano ich pomijalny wpływ na fale dźwiękowe. Równie wiele uwagi poświęcono maskownicom zewnętrznym, które w Susvarach nie są obarczone problemem generowania dyfrakcji dźwięków wydobywających się z pracujących membran a efekt laboratoryjnych prac ochrzczono mianem „window shade”.
I na koniec opisu wrażeń wizualno-technicznych mała ciekawostka. Otóż konstrukcję EF1000 w głównej mierze zawdzięczamy nie tylko samemu właścicielowi i pomysłodawcy HiFiMAN-a, czyli Dr. Fang Bian, lecz jego przyjacielowi operującemu głównie w obszarze DIY – Dehua Liu.

Opis brzmienia zacznę nieco nietypowo, gdyż od konfiguracji EF1000 nie z dostarczonymi wraz z nim Susvarami, lecz z moimi dyżurnymi … kolumnami, czyli Dynaudio Contour 30. Skoro bowiem producent wyposażył go w stosowne wyjścia głośnikowe i dodatkowo podał w danych technicznych nader kuszącą moc 2x50W / 8Ω i to oddawaną w czystej klasie A ciężkim grzechem zaniedbania byłoby na własne uszy nie przekonać się cóż ten uroczy maluch ma do zaoferowania. A jak się okazało ma całkiem sporo, gdyż pomimo gdzieś tam kołaczących się obaw, że to tylko taki substytut, czy to dla picu i do wysokoskutecznych głośników, czy też, żeby było się czym pochwalić w towarzystwie EF1000 okazał się pełnokrwistą integrą śmiało mogącą powalczyć z mniej sfokusowaną na słuchawki konkurencją. W telegraficznym skrócie jego brzmienie śmiało można wpisać w ramy wyznaczane zarówno przez ultra purystycznego Tellurium Q Iridium 20 II, jak i potężną rodzimą końcówkę Abyssound ASX-2000. Chodzi bowiem o ponadprzeciętną i wręcz zachwycającą rozdzielczość sprawiająca, iż większość AB-klasowej konkurencji wypada przy niej szaro, matowo i nijako. Niby w kategoriach bezwzględnych HiFiManowi brakuje nieco impetu i zejścia najniższych składowych, jednak reszta pasma z nawiązką ową umowną ułomność rekompensuje. W dodatku proszę mieć na uwadze, iż nie dość, że punktem odniesienia był mój 300W Bryston to w dodatku powyższe, dotyczące zwiewności basu uwagi formułuję na podstawie odsłuchów nie audiofilskich plumkań a rasowego, metalowego łojenia w stylu „Ballistic, Sadistic” Annihilatora, więc trudno mieć do zdecydowanie słabszego „słuchawkowca” o cokolwiek pretensję. Były za to zachwycająco przestrzenne, pioruńsko szybkie i bezpośrednie, jednak bezpośredniością wynikająca z ich rozdzielczości a nie napastliwości, dzięki czemu z jednej strony byliśmy w stanie usłyszeć dosłownie wszystko, lecz bez jakiegoś musu, zależało to bowiem jedynie od naszej dobrej woli i chęci, bądź jej braku, wniknięcia w strukturę nagrania.

Przesiadka na zdecydowanie mniej skuteczne od moich Dynek 83dB (!!!) Susvary okazała się niejako powtórką z rozrywki, lecz w zauważalnie bardziej wyrafinowanej formie. Nadal bowiem mieliśmy do czynienia z ową niesamowitą rozdzielczością i ogromem kreowanej sceny, lecz podanymi z jeszcze większą precyzją i pietyzmem. Bas za to schodził nieco niżej niż z kolumnami, choć sięgając pamięcią muszę przyznać, że np. podczas ostatniego Audio Video Show z czarno-żółtą ViVa Audio Egoista 845 tytułowe nauszniki zagrały nieco tłustszymi, choć nie tak konturowymi niskimi tonami. Wracając jednak do dzisiejszego zestawu uczciwie muszę przyznać, że dawno nie było mi dane delektować się tak realistycznie zaprezentowanym fortepianem. Zarówno minimalistyczny i melancholijny „Night” Ola Gjeilo, jak i wzbogacony orkiestracjami „Dream Songs: The Essential Joe Hisaishi” sprawiły, że można było zapomnieć o całym świecie. Był tylko jeden warunek. W otoczeniu musiała panować absolutna cisza, gdyż Susvary ze względu na swoją „ażurowość” praktycznie zupełnie nie izolują akustycznie nas od dźwięków z zewnątrz, a przebywających z nami domowników od aktualnie przez nas reprodukowanego repertuaru. Gdy jednak zadbaliśmy o ową ciszę jeden z najtrudniejszych, jeśli nie najtrudniejszy instrument porażał swoją namacalnością i oddaniem realnych wymiarów, co jasno dawało do zrozumienia, że operujemy na najwyższym pułapie słuchawkowego wtajemniczenia. Było słodko a jednocześnie niezwykle rześko, przez co nic a nic się nie zlewało a przy precyzji gradacji planów śmiało można byłoby dokonywać pomiarów wzorcowych. Jednak myliłby się ten, dla którego powyższy opis wskazywałby na zbytnią analityczność. O nie. Tutaj ze świecą można było szukać osuszenia, czy wręcz wyjałowienia dźwięków i zbytniej aseptyczności. Z oczywistych, czysto konstrukcyjnych względów, nie było to tak gęste granie, jak np. z Finali Sonorus X, ale nadal bez najmniejszego uczucia dyskomfortu można było spędzić długie godziny katując narząd słuchu kakofonicznymi poczynaniami Dave’a z ferajną na „Countdown To Extinction” Megadeth. I w tym momencie dochodzimy do chyba największego atutu tytułowych nauszników – umiejętności holograficznego wręcz oddania praktycznie najmniejszych niuansów umożliwiających uznanie ludzkiego głosu za taki jak (niemalże) na żywo. Tylko „żywo” czyli w rozmowie w face 2 face a nie po wzmocnieniu na którymś z koncertów.
Zadajcie sobie Państwo tylko trud posłuchania w kontrowanych warunkach z pomocą ww. seta Mercedes Sosy na „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” , albo nawet panny Krysi u Herbiego na „Possibilities” a w tzw. oka mgnieniu zrozumiecie z czym słuchawkowy High-End powinien się kojarzyć. Uprzedzam jednak lojalnie, iż po takiej sesji większość systemów stacjonarnych zabrzmi płasko, bez wyrazu i na tyle zachowawczo, że dzień-dwa przerwy okażą się koniecznością.

O ile zwykło się mówić, że jak coś jest do wszystkiego, to albo jest to szwajcarski scyzoryk, albo jest do … mniejsza jednak czego, to śmiało można uznać, iż HiFiMAN EF1000 & Susvara są ewidentnym wyjątkiem potwierdzającym ww. regułę. Łączą bowiem w sobie dwa, wydawać by się mogło nie do pogodzenia światy – najwyższych lotów słuchawkowy i nie mniej wyrafinowany stacjonarny. O ile jednak temat słuchawek z udziałem Susvar można uznać za zamknięty, to już przy wyborze odpowiednich dla EF1000 kolumn warto zaszaleć, gdyż poszukiwania rywali godnych tytułowych słuchawek sugerowałbym rozpocząć od pułapu 50-100 kPLN. Mam też cichą nadzieję, że jest to wystarczająca rekomendacja.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Lubicie obcować z muzyką z wykorzystywaniem słuchawek? Spokojnie, to było pytanie retoryczne, bowiem biorąc pod uwagę bardzo mocno rozwijający się rynek tego typu akcesoriów nawet jeśli Wasza odpowiedź będzie przecząca, wszelkiego rodzaju tabelki sprzedaży świadczą dobitnie, iż biorąc pod uwagę populację użytkowników smartfonów i innych przenośnych grajków jesteście w mniejszości. Co z tego wynika? Jak to co. Bardzo odpowiedzialne, bo oferujące szeroką ofertę produktową w praktycznie każdym pułapie cenowym i co za tym idzie jakościowym, przygotowanie producentów tego wycinka rynku audio. To znaczy? Wystarczy prześledzić nasze zmagania z podobnymi konstrukcjami, żeby przekonać się o prawdziwości mojego twierdzenia. A jeśli to dla kogoś nadal mało, myślę, że dobitnym postawieniem kropki nad „i” będzie dzisiejszy test zajmującego drugie miejsce od góry w portfolio marki, kompletnego zestawu od specjalisty w tej dziedzinie amerykańskiej marki HiFiMAN, w postaci słuchawek Susvara z dedykowanym wzmacniaczem EF1000, o pojawienie się którego w naszych progach zadbał stacjonujący w Białymstoku dystrybutor RAFKO.

Tytułowy model otwartych, magnetostatycznych słuchawek Susvara jest rozwinięciem obsypanych nagrodami konstrukcji HE-1000 i Edition X, w którym ewolucję technologiczną przeszły nie tylko ultra cieknie i ultra lekkie membrany przetworników, ale również magnesy – teraz typu „stealth”, wykonane z lekkich stopów maskownice „window shade” i hybrydowe muszle nauszne. Ale to nie wszystko, gdyż może zdjęcia tego nie oddają, ale zapewniam, iż w kontakcie bezpośrednim ze wspomnianymi nausznikami w kwestii wykonania mamy do czynienia z rasowym przedstawicielem klasy premium. Krótko mówiąc, nabywając rzeczony produkt dostajemy nie tylko fenomenalny dźwięk, ale również fantastyczną jakość wykończenia, co przy założeniu nakładania tych zabawek na nasz ośrodek zarządzania ciałem ma niebagatelne znaczenie. Świadczy o tym nie tylko użycie lekkich, zjawiskowo wykończonych w domenie estetyki stopów metali do budowy nauszników i pałąka nagłownego, ale również naturalna skóra padów wokółusznych wespół z pasem sadowiącym całość na głowie, a także drewniane korpusy nausznic.
Po dawce informacji na temat słuchawek przyszedł czas na wzmacniacz EF1000. I tutaj kolejne bardzo dobre wieści, gdyż owa konstrukcja w najmniejszym stopniu nie odbiega jakością wykonania od wyżej opisanych głośniczków na pałąku. W ramach przybliżania danych na temat wspomnianego piecyka słuchawkowego ważną informacją wydaje się być bezkompromisowe podejście do tematu zaspakajania jego potrzeb w zakresie energii elektrycznej i z reguły pozytywnie wpływające na finalny dźwięk wydzielenie przez konstruktorów z jego trzewi osobnego zasilacza. Ale to nie koniec ciekawostek, bowiem rozpoczynając miting opisowy od serca, czyli części wzmacniającej, należy dodać, iż w tym przypadku mamy do czynienia z hybrydową topologią układu, czyli zastosowanie w EF1000 lamp elektronowych. To oczywiście z automatu wymusiło na amerykańskich inżynierach dbałość o bezpieczne i co ważne, skuteczne odprowadzenie z wewnątrz obudowy generowanego ciepła. Dlatego też górna połać średniej wielkości skrzynki została uzbrojona w zajmujące jej całą powierzchnię, poprzecznie zorientowane nieduże otwory wentylacyjne, a boczne ścianki w istocie są sporymi gabarytowo, jak na niezbyt duże urządzenie, radiatorami. Jeśli chodzi o front, ten na tle czerni reszty obudowy wykonano grubego płata, w bocznych parcelach lekko uchylającego się do tyłu, wykończonego w naturalnym kolorze aluminium. W jego centrum wkomponowano prostokątne czarne okienko, na tafli którego patrząc od lewej strony znajdziemy srebrne pokrętło głośności, tuż obok ustawioną w pionie baterię piktogramów informacyjnych o wykorzystywanej funkcji urządzenia (trzy wejścia liniowe, wyjście słuchawkowe i wyjście na zespoły głośnikowe), dwa srebrne guziki wyboru wspomnianych funkcji i dwa wyjścia słuchawkowe (duży Jack i czteropinowy XLR). Przenosząc nas na tylny panel przyłączeniowy w pierwszej kolejności zauważamy trzy wejścia linowe RCA, jedno XLR, dwa wielopinowe terminale łączące urządzenie z zasilaczem i zaskakujące jak na wzmacniacz w głównej mierze słuchawkowy, zaciski kolumnowe. Wieńcząc dzieło przybliżania naszego punktu zainteresowań pozostał nam do opisania dawca energii. Jak można się spodziewać, z racji skrywania jedynie sekcji zasilania dla EF1000 – ki, mimo mniejszych rozmiarów nie odbiega wizualnie od samego wzmacniacza, z tą tylko różnicą, że na awersie oprócz logo marki znajdziemy tylko okrągły włącznik i tuż nad nim diodę informującą nas o inicjacji działania zestawu, a na plecach podobnie do odbiorcy pakietu elektronów dwa wielopinowe złącza prądowe i gniazdo zasilania. Jak przystało na produkt z najwyższej półki, obydwa komponenty spakowano w dwa osobne, pozwalające na bezpieczną logistykę, solidne transportowe kuferki.

Co wydarzyło się podczas testu uzbrojonego w szklane bańki zestawu słuchawkowego? Nie będę się krygował, tylko napiszę, iż same dobre, żeby nie powiedzieć fantastyczne rzeczy. Dźwięk był najwyższej próby. Oczywiście jak każdy produkt audio niósł ze sobą pewnego rodzaju sznyt brzmieniowy, ale zapewniam, to był świetnie spędzony czas przy muzyce. To znaczy? Otóż obcując z tytułowym setem przeniosłem się w bardzo dobrze napowietrzony, unikający siłowego wciskania się w głowę przekaz. Mówiąc kolokwialnie wokół mnie urealniały się hektary nieskończonej przestrzeni w dobrze nasyconej estetyce grania. Czyli? Panowie zza wielkiej wody uzbrajając większość muzy w odpowiednią dawkę masy uniknęli przy tym pogoni za przesadnym, często u konkurencji zalatującym nadwagą, jej nadmiernym dociążeniem, co z jednej strony dało poczucie fajnej lekkości, a z drugiej w bardziej akcentowanych niskimi rejestrami przez muzyków momentach zazwyczaj nie brakowało niezbędnego kopnięcia. Czyli mówiąc krótko, swobodnie, z oddechem i adekwatnym, a nie siłowym wykopem. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że ktoś może woleć nasycenie, a przez to lekkie spowolnienie przekazu ponad wszystko, jednak takich „kwiatków” u Amerykanów nie znajdziecie. Oni postawili na świeżość okalającego nas świata dźwięku, za co po tych kilkunastu dniach zabawy szczerze im dziękuję.
Konkretnie za co? Choćby za wszelkie koncertowe realizacje jazzowe Keitha Jarretta w triach z Charliem Hadenem i Paul-em Motianem lub Garym Peacockiem i Jackem DeJohnette, ze świetnie poukładaną, rysowaną z rozmachem, często będącą zapisem wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat sceną – „Hamburg 72”, czy „Live At Montreux” z 2001 roku. Ale mnie tylko. Również za świetne oddanie barwy oraz masy instrumentów i bardzo bliskie prawdy pokazanie panującej wówczas atmosfery. Tego nie da się odwzorować siłowym kolorowaniem świata, tylko odpowiednim dozowaniem masy, koloru i swobody wybrzmiewania całości w eterze, co zestaw HiFiMAN-a znakomicie wdrożył w życie. Ale to nie wszystko, gdyż w podobnej estetyce odbierałem muzykę wokalną w postaci twórczości bałkańskiej piosenkarki Amiry Medunjanin z krążka „Damar”. Podobnie do jazzowego klasyka, ta pokazująca całkowicie inne instrumentarium i sposób dotarcia do mojej duszy kompilacja również kipiała radością, a przez to zachętą do bezwiednego implementowania kolejnych płyt w CD-ku. To było na tyle naturalne, że zanim się ogarnąłem, okazało się, iż zamiast w celach poznawczych pożonglować kilkoma cięższymi do odtworzenia krążkami, spędziłem w tym przyjemnym letargu jakieś 1.5 godziny.
Na szczęście nie były to po ustawieniu play listy, wiecznie grające pliki i gdy za którymś razem laser odtwarzacza wrócił do stanu spoczynku, na tapet poszła mocna elektronika spod znaku Acid „Liminal”. Efekt? Po części znakomity, a po części jedynie dobry. O co chodzi? Mam nadzieję, że czytając uważnie wiecie do czego będę pił. Zacznę od pozytywów, jakim było pokazanie szybkości zmian rytmu muzyki i jakże częstej jej przenikliwości. To było na najwyższym poziomie. Natomiast jedynym czego mogłoby być więcej, okazały się być świetnie kontrolowane, bez wycieczek do nadwagi, jednak w tym przypadku trochę zbyt zachowawcze niskie rejestry. Owszem, wszystko było, ale dodatkowa szczypta body w tym paśmie wzniosłaby tę prezentację na jeszcze wyższy poziom. A tak było jedynie dobrze. To oczywiście dla celującego w ambitną muzykę zestawu i tak świetny wynik, ale jak to zwykle w życiu bywa, zawsze mamy coś za coś. W tym przypadku za zjawiskowość w odtwarzaniu instrumentów naturalnych oddaliśmy nieco pola na froncie ze sztuczną inteligencją. Nie była to porażka, tylko zdrowy wybór priorytetów, który w moim przypadku był świetnym posunięciem. Do niszczenia sobie słuchu piskami i nadciśnieniem w ukrytych pod słuchawkami uszach można kupić sobie znacznie tańsze zabawki. High End jednak do czegoś zobowiązuje, czego Amerykanie na szczęście konsekwentnie się trzymali.

Na koniec zabawy nie omieszkałem sprawdzić, jak tytułowy, stricte słuchawkowy wzmacniacz spisuje się w starciu z kolumnami. Przecież oddawał 50W w kasie A, co dla wielu zespołów głośnikowych często jest aż nadto. Wynik? Po raz kolejny zaskakujący. Co ważne pozytywnie, gdyż dzięki zastosowaniu w moich paczkach przetworników papierowych muzyka tętniła nieco większą niż słuchawki, a przez to lepiej oddającą realia pudła rezonansowego kontrabasu i majestatyczności fortepianu średnicą. To powód do narzekania na nauszniki? Naturalnie, że nie, gdyż to są inne światy obcowania z muzyką i nigdy nie da się przenieść jednego do drugiego w stosunku jeden do jeden. Zawsze będą różnice. Ważne, że adekwatne do swoich racjonalnych bytów.

Jak widać na załączonym obrazku tekstowym, z punktu widzenia melomana w tej batalii miałem do czynienia z systemem kompletnym. O co mi chodzi? Jak to o co? Przecież w teorii dedykowany głównie do słuchawek wzmacniacz, równie znakomicie poradził sobie z moimi wielgachnymi kolumnami, co w przypadku chęci posiadania obydwu torów audio do słuchania muzyki daje spore oszczędności. Ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Mianowicie chodzi o zjawiskowe spisywanie się tytułowego zestawu w podstawowym zadaniu, jakim było celebrowanie świata dźwięku przy użyciu wybitnych pod względem jakości brzmienia nauszników Susvara. To przecież podstawowy cel bytu odwiedzającej moje progi amerykańskiej myśli technicznej. Czy to jest oferta dla każdego? Już wspominałem. Dla melomanów parających się masowaniem uszu bagnistymi pasażami nutowymi z pewnością nie. Jednak jeśli Wasze postrzeganie piękna muzyki nie jest uzależnione od mocno przesuniętego w dolne rejony poziomu nasycenia dźwięku, po spełnieniu drobnego warunku, jakim jest nieco studząca emocje cena, zestawu HiFiMAN EF1000 + Susvara zdecydowanie powinniście posłuchać. Naprawdę warto. A biorąc pod uwagę występ z kolumnami, nawet podwójnie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Rafko
Cena: 79 797 PLN

Dane techniczne
HiFiMAN Susvara
Pasmo przenoszenia: 6Hz-75kHz
Impedancja: 60 Ω
Skuteczność: 83dB
Waga: 450g (bez przewodu)

HiFiMAN EF1000
Stopień wejściowy: Lampowy układ SRPP (6 szt. 6922)
Moc wyjścia słuchawkowego przy 35Ω: 20 W w czystej klasie A
Moc na wyjściach głośnikowych przy 8Ω obciążeniu: 50 W w czystej klasie A, 110W / klasa A/B
Stosunek sygnał/szum: 108dB
Zakres dynamiki: 111dB
Wymiary
Jednostka główna (G x S x W): 460 x 280 x 170 mm
Zasilacz (G x S x W): 360 x 200 x 170 mm
Waga
Jednostka główna: 13.45 kg
Zasilacz: 11.2 kg