Tag Archives: Islay


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Islay

Salon Alkoholi Mocnych

Po blisko dwóch latach absencji jako lajtowo podchodzący do tematu alkoholu VIP-owski fotoreporter (ostatnie dwie odsłony zaliczyłem incognito) po odwiedzeniu odbywającego się w dniu 12.10 2017r. już po raz siódmy Salonu Alkoholi Mocnych postanowiłem wskrzesić tę dla wielu kochających wykwintne trunki melomanów mającą już kilka odsłon na naszym portalu świecką tradycję drażnienia Waszych kubków smakowych niestety tylko moimi organoleptycznymi przygodami. Jednak w tym roku moją pyszność mam lojalne prawo trochę usprawiedliwić. Powód? Gdy podczas poprzednich relacji kreślone przygody miały miejsce na prezentacjach zamkniętych, to w tym roku po zmianie formuły po raz pierwszy cała dystrybuowana przez salony M&P śmietanka alkoholowego świata była dostępna dla wszystkich zainteresowanych. Jedyny warunek to zakup stosownego biletu (70 złotych), który raz, że uprawniał do spróbowania wszystkiego co stało na stoliku do co najmniej średniej półki cenowej, a dwa przy wyjściu z imprezy otrzymywało się upominek w postaci oscylującej w cenie biletu szkockiej Whisky Highland Baron. Czyli ni mniej, ni więcej wszystko odbyło się za tak zwaną darmochę, a jedynym kosztem dla dumnych degustatorów była taryfa, a dla posiadaczy węża w kieszeni bilet na tramwaj. Jeśli ktoś nie był na tej imprezie, kwestię kasty do której się zalicza określi podczas kolejnej, wiosennej odsłony festiwalu sieci salonów M&P.

Zanim rozpocznę, a nie będę zaprzeczał, że przyjemne dla mnie pastwienie się nad Wami, wyjaśnię temat pojawiających się na sporej ilości butelek karteczek z cenami. Żeby była jasność, to nie jest wartość całej flaszki, tylko stawka za dawkę 25ml jej zawartości. I niech nie przerażą Was kwoty nawet 100 złotych, gdyż należy wziąć pod uwagę, że owe trunki miały czasem po 40 lat, a koszt flakonika 0.7l na półce sklepowej oscylował nawet wokół kilku tysięcy złotych. Niestety, tak jak w naszym hobby, wszystko co legitymuje się najwyższą jakością jest drogie, ale przewaga takich spotkań nad zabawą w audio jest taka, że jeśli ktoś jest fanatykiem danej rozlewni bez możliwości zakupu całej butelki, za sprawą podobnych akcji ma szansę spróbować tego zamkniętego w szkle absolutu dla kubków smakowych. Z pewnością jesteście ciekawi, czy ja za coś zapłaciłem? Przyznam szczerze, że z własnej kieszeni nie. Ale jak w którymś wcześniejszym artykule wspominałem, u gospodarza tej imprezy zdążyłem już nabyć tyle trunkw, że w dowodzie pewnego rodzaju wdzięczności otrzymałem okrągłą sumkę stu „Pawlino-złotówek”, które ze względu na mnogość oferty nie za bardzo widziałem jak spożytkować. I wiecie co, gdy tak łaziłem po wystawie i cyzelowałem, gdzie wykonać pierwszy strzał, dość przypadkowo padło na zapłacenie 25 zł. za próbkę 20-to letniego BARBEITO dla bardzo miłej, ale jak na standardy tego typu imprez starszej pary. Myślicie, że było szkoda? Bynajmniej. Ich radość i co ważniejsze zaskoczenie, że ktoś idący na alkoholowy spęd jest w stanie częścią swojego przydziału obdarować innych, była dla mnie przyjemnością, a nadmiar tego, cała akcja zakończyła się rasowym selfie z uradowaną panią. Ok., wystarczy tego pompowania balonika dobrotliwości, przejdźmy do konkretów.

Akapit dotyczący samych wrażeń narządów zmysłu niestety z racji zabicia kubków smakowych i powonienia już po kilku stolikach jest niemożliwy do dociekliwego rozwinięcia, ale jedno mogę Wam obiecać na pewno, dobór słów, określeń, metafor i wyszukanych smaków jest idealnie sprawdzającym się w moich wypocinach na temat sprzętu audio. Naturalnie nie ma mowy o jak to czasem w związanych z naszym hobby periodykach branżowych da się przeczytać walcowaniu konkurencji, tylko praktykowane jest szukanie innych, ale całkowicie porównywalnych informacyjnie, tłumaczonych sposobem dojrzewania, kupażowania i zastosowanymi do leżakowania beczkami po rozmaitych odmianach win zwrotów. Nie wiem, czy piliście bardzo dymnego szkockiego Kilchomana. Torf, dym i spora moc maltretują kubki smakowe i receptory nosowe już od samego zbliżenia kieliszka do naszego ośrodka sterowania ciałem (mam na myśli głowę), a panowie z obsługi jak z rękawa sypią frazami o dającym się wyczuć smaku i zapachu cytrusów, czekolady, wędzonej ryby, podkładów kolejowych, kawy, przypalanych śliwek i co często przyprawia i mnie o uśmiech na twarzy woń spalonego PlayStation. Szczerze powiedziawszy kreatywność w opisywaniu doznań po łyku tego dla wielu osobników mieniących się znawcami Whisky trudnego trunku nie ma granic. I zapewniam Was, jeśli nie bywacie na naturalnie mniejszych, dotyczących poszczególnych destylarni prezentacjach, wiele tracicie. Spróbujcie choćby raz na taką się wybrać, a zapewniam, gdy zaliczycie organoleptycznie coś, czego nigdy wcześniej z racji zalatywania trupem lub smołą nigdy nie próbowaliście, podczas wprowadzania w tajniki doznań jakie powinniście mówiąc kolokwialnie zaliczyć będziecie zrywać boki ze śmiechu. Zapewniam ze stuprocentową gwarancją.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym podziękować organizatorom zaproszenie na kolejną, według mnie udaną, bo otwierającą się na nowych smakoszy edycję Salonu Alkoholi Mocnych. Co prawda nie zaglądałem w księgi przychodów i rozchodów, ale sądzę, że choćby z racji poznawania tak wyrafinowanego alkoholu przez zdecydowanie większą klientelę jest to dobry kierunek działań. Według mnie tak trzymać. Jeśli chodzi zaś o Was, czyli czytelników naszego portalu chcę przeprosić za brak wgryzania się w poszczególne marki i opisy konkretnych destylatów. Jak wspominałem, jest tego zbyt wiele i nawet zdawkowe powąchanie i pojedyncze przepłukanie jamy ustnej po kilku pozycjach bez względu na ich smakowe wyrafinowanie powoduje upośledzenie ważnych dla tego rodzaju opisów zmysłów. Niemniej jednak przyznam, że poświęcony na odwiedziny opisywanego festiwalu czas spędziłem przy rewelacyjnych na zimowe wieczory PORTO, przyprawowych Absyntach, leżakowanych w beczkach po Cherry i innych odmianach czerwonych win, różnorodnych Whisky, czy Burbonach, pochodzących z całego świata rumach, koniakach, likierach i straszącej trupią czaszką, ale bardzo delikatnej w smaku wódce Head. Nie wiem, może narażę się organizatorom, ale puentą tego spotkania niech będzie szczere, samoczynnie cisnące się na usta o powystawowym poranku wyznanie: „Dla mojego ducha od początku do końca była to uczta, ale dla narządów odpowiedzialnych za gromadzenie doznań katorga”, czego tak prawdę mówiąc wszystkim czytelnikom serdecznie życzę.

Jacek Pazio