Tag Archives: Koris


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

Métronome Le DAC

Link do zapowiedzi: Métronome Le DAC

Opinia 1

Dla większości współczesnych konsumentów oprócz kwestii finansowych, wiadomo – Cena Czyni Cuda, liczy się przede wszystkim integracja. Integracja, czyli mówiąc wprost upakowanie w jednym urządzeniu maksymalnie wielu funkcji i choć jeszcze do niedawna zwykło się mówić, że jak coś jest do wszystkiego, to albo jest to szwajcarski scyzoryk, albo jest do … tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, najwidoczniej postrzeganie owego skomasowania wszelakich, oferowanych przez współczesne zdobycze techniki możliwości w tzw. międzyczasie ewoluowało. W rezultacie lwia część nabywców rozglądając się np. za nawet wysokiej klasy źródłem cyfrowym oczekuje od niego tzw. „wszystkomania”, czyli posługując się marketingową nomenklaturą klasycznego all’in’one. Ma obsługiwać wszystkie dostępne i najlepiej jeszcze niewprowadzone częstotliwości próbkowania i formaty, zapewniać pełną kompatybilność z popularnymi serwisami streamingowymi, grać bezprzewodowo, dać radę wysterować nawet „trudne” słuchawki i najlepiej jeszcze posiadać regulowany stopień wyjściowy, korekcję akustyki, o obsłudze przez smartfon nawet nie wspominając. Czy to źle? Niekoniecznie. Czy coś przez to tracimy? Cóż, odpowiedź na to pytanie jest jeszcze trudniejsza, gdyż przeklikując się przez wielopoziomowe menu i starając się cały ten gąszcz nastaw okiełznać powoli, po drodze, zapominamy o tym co wydawać by się mogło oczywiste – muzyce i jakości jej reprodukcji, która dla nas – audiofilów powinna stanowić swoiste credo. Dlatego też w ramach swoistego detoksu i powrotu do korzeni postanowiliśmy wziąć na redakcyjny tapet urządzenie, które jest li tylko tym, do czego zostało stworzone – przetwornikiem cyfrowo/analogowym i tyle. O czym mowa? O „samodefiniującym” pełnioną funkcję Métronome Le DAC.

Wystarczy nawet pobieżny rzut oka na dzisiejszego gościa, by poczuć, poniekąd wynikające z faktu powszechnej unifikacji, lekkie déjà vu. Dość kanciasta bryła z potężnym prostokątnym wyświetlaczem na masywnej płycie aluminiowego frontu dość jasno wskazuje bowiem na to, że Le DAC swojego rodzeństwa się wyprzeć nie zdoła, gdyż podobieństwo do testowanego przez nas w styczniu AQWO jest oczywiste. Co prawda ekran nie jest dotykowy a wyboru wejść i stosownych nastaw dokonujemy dwoma hebelkowymi przełącznikami usytuowanymi po jego prawej stronie, ale firmowy „klimat” bezsprzecznie został zachowany. Korpus wykonano ze stalowego profilu o grubości 2mm, więc pomimo wagi sięgającej 12 kg Métronome jest nad wyraz sztywną, wręcz pancerną konstrukcją.
Ściana tylna daleka jest od minimalizmu frontu. Nie dość bowiem, że do dyspozycji otrzymujemy wyjścia zarówno w standardzie RCA, jak i XLR, to interfejsy cyfrowe, z wyjątkiem USB, zostały zdublowane, dzięki czemu Le DAC oferuje dwa wejścia optyczne, parę Coaxiali i podobny zestaw AES-EBU. Powyższą wyliczankę zamyka integrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC i masywny włącznik główny. Całość usadowiono na trzech solidnych nóżkach, które w tzw. okamgnieniu – przy użyciu wbudowanych magnesów można uzbroić w płaskie stożki dodatkowo izolując urządzenie od podłoża.
Sercem urządzenia jest kość Asahi Kasei AK4493 zdolna obsłużyć sygnał PCM do 384kHz i DSD do 512 (DSD x8), natomiast w zaskakująco bezkompromisowym zasilaniu znajdziemy aż trzy toroidy zasilające aż dziesięć (!!!) niezależnych linii.

Biorąc pod uwagę iż Le DAC w firmowej hierarchii zajmuje pozycję poniżej AQWO miałem pewne obawy związane z jego walorami sonicznymi. Nie chodzi bynajmniej o to, że mógłby zagrać źle, gdyż bądźmy szczerzy – w chwili obecnej nawet urządzeniom stricte budżetowym nader sporadycznie się to przytrafia, co po prostu wynikające z „niższego stanu” oczywiste kompromisy. Czemu mnie to niepokoiło? Cóż, skoro AQWO pod względem rozdzielczości i prawdomówności ewidentnie stawiał na bezkompromisowość, a Le DAC miałby podążać podobną drogą z nieco ograniczonymi możliwościami, to owa rozdzielczość miała całkiem sporą szansę przerodzić się w chłodną, sterylną wręcz analityczność, a za nią mówiąc wprost niespecjalnie przepadam. Oczywiście AQWO był w stanie pokazać swoje nawet nie tyle humanitarne, co wręcz dobroduszne oblicze, lecz aby taka transformacja się dokonała potrzeba było uaktywnić jego lampowy stopień wyjściowy, którego w Le DAC-u po prostu nie ma.
No to co? Ekipa znad Loary zafundowała nam w ramach odsłuchu golenie, zdejmowanie kamienia z zębów, świecowanie uszu i depilację okolic bikini? I w tym momencie Państwa zaskoczę, tak ja sam zaskoczony zostałem, gdyż nic z powyższych poza-odsłuchowych „atrakcji” miejsca nie miało. W zamian za to Le Dac już od pierwszych taktów oczarował niezwykłą intensywnością i namacalnością reprodukowanego spektaklu. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, to nie było ordynarne podanie wszystkiego „na twarz”, lecz z wielkim smakiem i nie boję się tego słowa, wyrafinowaniem zaproszenie do uczestnictwa w rozgrywającym się na moich oczach (uszach?) spektaklu. I tu kolejna uwaga. Otóż zamiast otaczać, bądź wręcz osaczać słuchacza instrumentarium poprzez wrzucenie go w sam środek orkiestry Le Dac ma swój własny pomysł na granie, co konsekwentnie realizuje. Francuski przetwornik wskazuje miejsca w pierwszych rzędach swojego „wirtualnego teatru”, dzięki czemu nic a nic nie umyka naszej uwadze a jednocześnie mamy okazję docenić skalę i rozmach kreowanej sceny.
A właśnie, skoro o teatrze i scenie mowa to nie odmówiłem sobie przyjemności sięgnięcia po zrealizowany właśnie w takich okolicznościach przyrody „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation, który dzięki obecności Métronome’a zabrzmiał wręcz zjawiskowo. Przekaz został nieco dociążony, dosaturowany na średnicy i delikatnie przyprószony złotem. Całe szczęście mięsistość basu nie oznaczała jego zmulenia i utraty konturów, dzięki czemu całość nie straciła nic z natywnej motoryki. W dodatku Sharon den Adel i pojawiająca się na „Somewhere” Anneke van Giersbergen zmysłowo czarowały bardziej niż zwykle. Granie pod publiczkę a raczej jej męską część? W żadnym wypadku. Odejście od obsesyjnej wierności i transparentności? Cóż, akurat na takie odstępstwa od bezwzględnej neutralności jestem się w stanie zgodzić i to bez jakiegokolwiek żalu, czy wyrzutów sumienia.
Co ciekawe, taka soczystość i kremowość broniła się również na co prawda nastrojowym, jednak bezapelacyjnie progresywnym, pełnym gęstych i mocnych melodii albumie „Beyond the Shrouded Horizon” Steve’a Hacketta. Gitarom nie brakowało oddechu i świeżości a ich solidne „zakorzenienie” na scenie tylko potęgowało uczucie niemożności podniesienia się z fotela przed wybrzmieniem ostatniej, zapisanej podczas sesji nuty. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie odsłuch krążka „Manic Revelations” który sygnuje Pokey LaFarge. Ten wielce udany mariaż new country, bluesa, folku i western swingu nie tylko na pierwszy, lecz i każdy kolejny rzut ucha brzmi jak wykopane gdzieś na strychu zapomniane nagrania z lat 50-ych ubiegłego tysiąclecia. Serio, serio. Nawet wokal Pokey’a ma charakterystyczny „telefoniczny” (mowa o czasach telefonii analogowej i ebonitowych aparatach wyposażonych w „klawiaturę kołową”) nalot. I właśnie o ów nalot w tym momencie chodzi, gdyż nie wiem kompletnie jak, ale nader skutecznie Le DAC był w stanie go nawet nie tyle uanalogowić, co sprawić, że nie był już tak dominujący. Klimat nagrań pozostał nienaruszony, jednak ich pewna groteskowość ustąpiła miejsca artystycznej, w pełni przemyślanej i dawkowanej z umiarem, manierze. Mało? Zależy dla kogo. Ja w każdym razie byłem nie tylko w pełni usatysfakcjonowany, co bardzo miło zaskoczony, a nie muszę chyba dodawać, że lubię, bardzo lubię takie niespodzianki.

No i mamy niezwykle ciekawą sytuację, kiedy to zaledwie otwierający portfolio marki, w dodatku „budżetowy” … (taktyczny przypis) zanim wybuchną Państwo świętym oburzeniem, że Olszewskiemu słońce zaszkodziło, nieśmiało tylko przypomnę, że Métronome zawsze okupował górne półki i z tej perspektywy na Le DAC-a patrzeć należy, przetwornik nic a nic nie robiąc sobie ze starszego, znacznie bardziej utytułowanego rodzeństwa przysłowiowo rozbija bank. Nie dość bowiem, że jak na high-endowe realia jest nader rozsądnie wyceniony, odtwarza wszystko, co tylko cyfrowego na rynku znajdziemy, to jeszcze bez jakichkolwiek podprogowych trików w postaci lamp w torze, bądź bogactwa konfigurowalnych filtrów po prostu gra muzykę i robi to wybornie. I nie wiem, jak dla Państwa, ale dla mnie to wystarczający powód, by jeśli tylko ktoś rozgląda się za … wybitnym DAC-iem wpisać go na listę do odsłuchu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Vive la France! Co mam na myśli? Oczywiście świetną wiadomość, bowiem po ciekawym występie francuskiego odtwarzacza CD/SACD z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego Métronome AQWO tym razem udało nam się pozyskać na testy, co prawda otwierający portfolio marki, jednak już samodzielny DAC tego producenta. Skąd ta radość, gdy w bezpośrednim zderzeniu obydwu konstrukcji dzisiaj zaproponowana do zaopiniowania została funkcyjnie okrojona? Zapewniam, że bardzo dobrze przemyślana, co idealnie udowadniają dzisiejsze, mocno kreujące granie ze źródeł plikowych czasy. Przecież w momencie podjęcia decyzji podążania za plikowymi trendami, dodatkowe, z założenia nieużywane, jednak w produkcji generujące spore koszty dodatki nie mają racji bytu. I to często nie tylko z uwagi na dodatkowe koszty, ale również ze względu na unikanie szkodliwego oddziaływania na siebie kilku urządzeń w jednej obudowie. Oczywiście dzisiejszym tematem nie jest dociekanie, czy tak było w przypadku AQWO. Dla nas ważną jest informacja dla potencjalnego słuchacza muzyki z twardego dysku lub platform streamingowych (oczywiście nie tylko) jak wygląda oferta brzmieniowa tytułowego przetwornika D/A, czyli pochodzącego znad Loary, francuskiego Métronome Le Dac, który w nasze progi zawitał dzięki staraniom stacjonującego w Poznaniu dystrybutora Koris.

Tytułowy DAC w kwestii szerokości, głębokości i wysokości oscyluje w rozmiarach typowych dla tej półki cenowej urządzeń audio. Jego wykonaną z aluminium i stali skrzynkę stanowią zintegrowane w jedną całość boki i górna płaszczyzna jako wykończona lekko zaoblonymi narożnikami, okalająca uzbrojone w układy elektroniczne trzewia kształtka i nieco wystający poza obrys głównego członu obudowy aluminiowy front. Ten ostatni pionowymi frezami podzielono na trzy połacie. Boczne, mniejsze wykończono poprzecznym szczotkowaniem płaszczyzny, zaś centralny, znacznie większy, o gładkiej powierzchni oferuje użytkownikowi czytelny nawet z oddalonego o 4 metry od fotela, mieniący się błękitem, wielofunkcyjny wyświetlacz i usytuowane na jego prawej flance dwa pozwalające poruszać się po menu urządzenia, srebrne przyciski. Jeśli chodzi o zestaw przyłączy, te nie burząc wizualnego spokoju awersu zlokalizowano zna tylnym panelu. Patrząc od lewej strony znajdziemy tam: analogowe wyjścia w standardach RCA/XLR, pojedyncze wejście cyfrowe USB, zdublowane gniazda Toslink, SPDIF, AES/EBU i całkiem na prawej stronie gniazdo zasilania IEC, oraz główny włącznik. Tak prezentujące się urządzenia posadowiono na trzech stopach przy pomocy magnesów uzbrajane w niezbyt ostre kolce. Wieńcząc dzieło informacji technicznych na temat tytułowego Francuza mniemam, iż bardzo istotnym tematem dla potencjalnych użytkowników są jego możliwości obróbki sygnału PCM do 384 kHz i DSD do 512 kHz, co umożliwia od lat stosowany w przetwornikach tej marki japoński chip AK 4493.

Rozpoczynając opis brzmienia bohatera dzisiejszego spotkania przypomnę, iż testowany niegdyś odtwarzacz CD/SACD AQWO swój niekwestionowany urok muzykalności zawdzięczał zastosowanym w stopniu wyjściowym lampom elektronowym. Tymczasem Le Dac w sobie tylko znany sposób może nie idzie identyczną drogą barwy doprawionej czarem szklanej bańki, ale z pewnością to nadal jest bardzo barwne, a przez to zachęcające słuchacza do wielogodzinnych odsłuchów, pełne oddechu granie. Jak to udało się zrealizować, wiedzą tylko powołujący do życia ów DAC inżynierowie, ja jednak wiem jedno, bohater podąża wybraną przeze mnie na co dzień drogą przez świat muzyki. Jaką? Zwyczajną, po prostu minimalnie przesuniętą tonalnie w stronę nasycenia. To zaś zaowocowało tym, że gdy podczas sesji odsłuchowych w napędzie CD-ka lądowały płyty z wokalizą damską spod znaku Cassandry Wilson w stylu „Glamoured” czy „Traveling Miles”, otrzymywałem niemożliwe do brutalnego przerwania, wręcz intymne, jednak podane ze smakiem wydarzenia muzyczne. Oczywiście równie ważne w tym wszystkim było to, że głos przywołanej divy nie dość, że tętnił pełnią magii, to nie gubił przy tym tak ważnych dla oddania prawdy o tych krążkach informacji o mimice jej twarzy. Oczywiście podobną drogą podążało wykorzystane podczas tych sesji nagraniowych instrumentarium, nieco pogrubiając struny gitary lub zwiększając udział pudła rezonansowego kontrabasu w jego prezentacji, jednakże nie przekraczając przy tym poziomu dobrego smaku w stylu rozlewania się niskich fal dźwiękowych po podłodze. Po takim obrocie sprawy nie było innej możliwości, jak zmierzyć nasz punkt zainteresowania z muzyką rockową, jako przedstawiciela której wybrałem często pojawiającą się u mnie grupę Metallica. W tym przypadku nie było znaczenia, z jakiego okresu jej twórczości krążek pojawił się na tapecie. Zawsze było to dobrze doprawione muzykalnością, do tego zagrane z odpowiednim wigorem przedsięwzięcie soniczne, a jedynym co po trosze odbiegało od słyszanego zazwyczaj wzorca, było przesunięcie barwy talerzy perkusisty ze srebra w stronę lekkiego złota, czyniąc je tym sposobem mniej przenikliwymi. Ale zaznaczam, to było bardzo wyważone pokazanie zapisanego w kodzie DNA przetwornika sposobu na muzykę, a nie siłowa dominacja. Sposobu w którym stopa okazała się być bardziej soczysta, gitary preferujące pokazanie strun jako odrobinę grubsze, a wokal frontmana, dzięki dodatkowej dawce masy, wyraźniej zaznaczał się na tle przecież typowej dla muzyki spod znaku rocka ścianie dźwięku. Ktoś ma z tym problem? Zapewniam, że niepotrzebnie, gdyż odbierałem to jako przyjemnie pokolorowany, aniżeli przysadzisty przekaz, co w przypadku starszych realizacji rockowych kapel z pewnością okaże się ofertą in plus.
Na koniec zmagań testowych nie mogłem zapomnieć o muzyce elektronicznej w wydaniu zespołu Yello z materiałem zatytułowanym „Toy”. Owa grupa swoją dźwiękową agresją z założenia ma niszczyć nam zmysły słuchu. I wiecie co? Owszem, w wydaniu Le Dac słuchana muzyka bez problemu robiła to według założeń artystów. Jednak idąc za wyłanianym w tym teście sznytem grania DAC-a czyniła to w estetyce przyjemnie odbieranego ciepła, a nie przenikliwej do granic wytrzymałości słuchu ostrości. Ale co istotne, mimo nasycania i lekkiego ugładzania wybrzmień poszczególnych źródeł pozornych obywało się to bez nadmiernych tendencji do szkodliwego pogrubiania ich krawędzi. Jak odbierze to ortodoksyjny słuchacz, tego nie wiem, ale sadzę, że nawet jeśli poczuje odejście od wzorca, to zauważy również, iż muza nie nosi oznak zgaszenia, tylko zmianę punktu ciężkości, a to w momencie otwarcia się nawet najbardziej purystycznego odbiorcy na nowe doznania, może okazać się ciekawą opcją choćby w przypadku przyszłych zmian w systemie. Tak więc na ocenę przywołanych przeze mnie elektronicznych zapisów nutowych podczas wyrabiania sobie zdania proszę przyłożyć odpowiedni filtr.

Próbując zachęcić Was do zapoznania się z tytułowym przetwornikiem w pierwszej kolejności przywołam jego umiejętne dozowanie nasycenia dobiegającej do naszych uszu muzyki. To nie jest walka o magię za wszelką cenę, co często kończy się szkodliwym zagęszczeniem dźwięku, tylko podanie go w nieco ocieplonej, nie boję się tego powiedzieć, bardzo przyjemnej odsłonie. Oczywiście francuscy inżynierowie nie zapomnieli przy tym zapewnić muzyce odpowiedniej lotności dobrze definiując jej prezentację w wektorach szerokości i głębokości. Owszem, to nie jest neutralne granie, jednak konia z rzędem temu, kto jasno określi stały dla całej populacji melomanów neutralny punkt ciężkości postrzegania muzyki. Czy to jest produkt dla każdego? W moim odczuciu z jednym wyjątkiem do co najmniej spróbowania, tak. Co to wyjątek? Chyba nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, aby po analizie powyższego testu wywnioskować, iż mam na myśli piewców latającej w eterze oferty popularnych na naszym rynku brandów Wilkinsona i Gillette. Reszta miłośników muzyki ma zielone światło.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA, RCM Sensor 2 MK II

Dystrybucja: Koris
Cena: 25 900 PLN

Dane techniczne
DAC
Rozdzielczość :32 bit / 768 kHz dual mono
Zakres dynamiki : 175 dB
THD+N : -140 dB
Procesor:32 bit / 211 kHz
Wyjścia analogowe
– para RCA: 3 V RMS @0dB – 47 kΩ
– para XLR: 3 V RMS @0 dB – 600 Ω
Stopień wyjściowy: Klasa A
Pasmo przenoszenia : 10 Hz – 20 kHz +/- 0.1 dB
Zakres dynamiki: 123 dB
Wejścia cyfrowe :
– asynchroniczne USB typ B (PCM 32/384, DSD 512)
– 2 x Optyczne Toslink (do 192 kHz)
– 2 x S/P DIF 75 Ω (do 192 kHz)
– 2 x AES-EBU 110 Ω XLR (do 192 kHz)
Zasilanie: 3 toroidalne transformatory, 10 niezależnych linii
Pobór mocy : 35 VA
Wymiary (S x W x G): 425 x 130 x 415 mm
Waga: 12 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

Métronome Le DAC
artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć Le DAC jest zaledwie podstawowym a zarazem zaskakująco przystępnie wycenionym przetwornikiem cyfrowo-analogowym w ofercie Métronome, to raczej nie widać w nim zbytnich oszczędności. Elegancka i solidna obudowa, 3 transformatory toroidalne i kość przetwornika Asahi Kasei AK4493 budzą zaufanie.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

Finite Elemente Carbofibre

Link do zapowiedzi: Finite Elemente Carbofibre

Opinia 1

Wiem, wiem. Nie raz i nie dwa we wstępniakach poruszaliśmy tematykę naszych przyzwyczajeń, oczekiwań i generalnie zachowań im pochodnych. Jednak zagłębiając się w segment szeroko rozumianych platform antywibracyjnych szalenie trudno wyzbyć się wypracowanych przez lata doświadczeń nawyków. Dlatego też mówiąc właśnie o platformach spodziewaliśmy się konstrukcji w swym działaniu opartych na rozwiązaniach masowych. Tymczasem dostarczonym przez poznańską ekipę Korisa dwóm „pizzom” Finite Elemente Carbofibre zdecydowanie bliżej do pneumatycznej Acoustic Revive RAF-48H , czy też naszej redakcyjnej – ażurowej Solid Tech Hybrid, aniżeli masywnym rodzimym Franc Audio Accesories, bądź też THIXAR Silence Plus. To diametralnie inne, aniżeli zazwyczaj spotykane podejście do tematu na tyle nas zaskoczyło, że zamiast dorabiać do niego jakąś autorską ideologię postanowiłem nie rozwlekać wstępniaka, tylko serdecznie zaprosić Państwa do bardziej merytorycznej części naszych dywagacji.

Pierwsze skojarzenia z pizzą okazały się zaskakująco trafne, gdyż podnosząc dostarczone przez kuriera kartony z platformami ze zdziwieniem odkryliśmy, iż będące przedmiotem niniejszej epistoły akcesoria ważą właśnie mniej więcej tyle, co suto udekorowane smakowitymi kąskami włoskie placki. Uwolnienie firmowych kartonów z ochronnej folii tylko zintensyfikowało nasze kulinarne analogie, gdyż białe, niezbyt wysokie pudełka z czerwonymi nadrukami (Unboxing) śmiało mogłaby wykorzystać pobliska włoska jadłodajnia. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. To nie są w żadnym wypadku zarzuty, czy jakaś mniej bądź bardziej zawoalowana forma sarkazmu, lecz najzwyklejsza i to w dodatku na wskroś pozytywna obserwacja, gdyż nie od dziś przecież wiadomo, iż najłatwiej do męskiego serca trafić przez żołądek.
No dobrze, żarty na bok, gdyż zamiast carbonary, capricciosy, czy budzącej niezdrowe emocje hawajskiej z podwójnym serem, dostarczone przez Koris platformy do konsumpcji się nie nadają i to nie tylko przez nas, ale i nawet najbardziej wygłodniałe osobniki Anobium punctatum, czyli Kołatka domowego (przez co poniektórych błędnie nazywanego Kornikiem). Powód takiego stanu rzeczy jest nader oczywisty, gdyż jak sama nazwa wskazuje korpusy Carbofibre wykonano z włókna węglowego, natomiast ich trzewia, zamiast materiałów o wysokiej gęstości wypełnia autorska izolacja polimerowa o strukturze plastra miodu. Różnice natury użytkowej pomiędzy wersjami SD a HD dotyczą nie tylko grubości platform nośnych (23 mm vs. 45 mm), co przede wszystkim ich udźwigu. Platformy SD charakteryzuje bowiem maksymalne obciążenie wynoszące 50 kg, natomiast HD zdolne są przyjąć na swe barki aż 100 kg. Zdublowanie ładowności bardzo łatwo wytłumaczyć, gdyż opcja HD jest niczym innym aniżeli ustawionymi jedna na drugiej warstwami wypełnienia wykorzystywanego w SD odseparowanych od siebie pojedynczą płytą włókna węglowego. Z kolei do cech wspólnych możemy zaliczyć obecność umieszczonej na płaszczyźnie górnej wielce przydatnej poziomicy, oraz użycie takich samych, solidnych i regulowanych w zakresie 10 mm firmowych i budzących zaufanie nóżek. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by w ramach customizacji uzbroić Carbofibre w wyższej klasy stopki, gdyż za dopłatą do wyboru mamy modele Cerabase, Cerapuc i Ceraball. Podobnie jest z wymiarami samych platform, wiec jeśli kogoś naszłaby ochota zafundowania takowego postumentu np. mało normatywnemu gabarytowo Tenorowi 175S HP, to wystarczy tylko przy składaniu zamówienia podać oczekiwaną rozmiarówkę.

Przechodząc do sekcji poświęconej brzmieniu chciałbym zaznaczyć, iż dzięki uprzejmości poznańskiego dystrybutora tytułowymi platformami mieliśmy okazję żonglować przez ponad miesiąc i sprawdzić ich działanie nie tylko pod naszymi dyżurnymi urządzeniami, lecz również m.in. pod goszczącymi u nas w tzw. międzyczasie innymi recenzowanymi wzmacniaczami (m.in. oczekującymi na swoją kolej Chord Electronics Ultima 5 i Accuphase E-800). W moim przypadku obie platformy Finite Elemente ustawiane były zarówno na górnej półce 72 kg stolika Rogoz Audio 4SM, jak i dorównującej mu wagą, wykonanej z litej olchy potężnej komody, gdyż starałem się stworzyć im warunki pracy zgodne zarówno z audiofilskimi, jak i cywilnymi realiami. W tym momencie mam cichą nadzieję, że wybaczą mi Państwo brak sesji porównawczych przeprowadzanych z urządzeniami i platformami ustawianymi bezpośrednio na podłodze, jednak wyszedłem z założenia iż tego typu sytuacje wśród naszych Czytelników bądź to nie występują, bądź mają charakter czysto incydentalny. Ów brak presji czasu i zwiększenie poddanej badaniu populacji sprawiły, iż udało nam się niejako wyeliminować element przypadkowości a powtarzalność obserwacji jedynie potwierdziła nasze wcześniejsze wnioski.
Jakiei? Przewrotnie powiem, że oczywiste, czyli słyszalne i dające się nader łatwo zdefiniować. Ponadto obszar działania platform w głównej mierze skupił się na najbardziej dla ludzkiego słuchu newralgicznym obszarze, czyli średnicy, więc praktycznie po kilku minutach wiadomo było, czy pomysł na brzmienie proponowany przez Finite Elemente wpisuje się w nasze gusta i system, czy też dalej gonimy króliczka. W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję a właściwie uogólnienie, gdyż obie platformy charakteryzowały się takimi samymi cechami, więc śmiało można je stosować wymiennie i tak samo opisywać, z tą tylko różnicą, że niejako odruchowo mając obie na stanie SD wykorzystywałem pod źródłami (świetnie sprawdziła się pod budżetową Audio-Technicą AT-LPW50PB i Thorensem TD 402) a HD pod amplifikacją. Oczywiście spokojnie mógłbym ograniczyć się li tylko do SD, gdyż zarówno waga mojego dyżurnego Brystona, jak i wymienionych kilka linijek wyżej konstrukcji nawet nie zbliżyła się do jej maksymalnej ładowności i jedynie Abyssound ASX-2000 wymagał HD, jednak nie jestem zbyt wielkim fanem stosowania rozwiązań na tzw. „styk” i biorących od uwagę li tylko chwilę obecną a nie ewentualną perspektywę dalszego rozwoju, co niestety w przypadku audio wiąże się z dramatycznym przyrostem masy (kwestię ceny litościwie przemilczę). Wracając jednak do tematu naszych dzisiejszych bohaterek śmiało mogę stwierdzić, iż ich główną, a zarazem wspólną cechą okazało się dążenie do jak największej namacalności wokali i ich odpowiedniego zaplecza instrumentalnego, przez co nawet ewidentnie po macoszemu traktowane przez realizatorów krążki jak „Knights Call” Axela Rudi’ego Pella mogły wreszcie pochwalić się namiastką soczystości. Riffy nabrały mocy i zamiast irytująco brzęczeć zaczynały zalotnie zerkać w kierunku niemalże lampowemu wysyceniu. Oczywiście do poziomu świetnie zrealizowanego a przy tym znacznie brutalniejszego i dostępnego w formacie 24Bit/48kHz metalcore’owego „Incarnate” formacji Killswitch Engage brakowało jeszcze paru lat świetlnych, ale nie da się ukryć, iż pojawienie się w moim systemie Carbofire było krokiem w dobrą stronę. Za to na „Incarnate” proszę tylko rzucić uchem jak misternie budowane są partie basu na „Embrace the Journey…Upraised”, które do tej pory stanowiły tylko jeden z oczywistych elementów tła dla porykiwań Jesse Leacha i riffów Adama Dutkiewicza, który również stoi za produkcją ww. krążka.
Jednak największe wrażenie robił realizm zdecydowanie lepiej zmasterowanych albumów. Mistyczny „Shandai Ya / Stanka” The Mystery Of The Bulgarian Voices z gościnnym udziałem Lisy Gerrard, czy niemalże pierwotny w swej surowości „Skald” Wardruny przykuwały do fotela równie skutecznie co potężna dawka Pankuronium. A właśnie, skoro pojawił się Pavulon, czyli roztwór bromku pankuroniowego, nie sposób nie poruszyć kwestii „plusów dodatnich” i „plusów ujemnych”. Nie raz i nie dwa spotykaliśmy się bowiem z sytuacją, gdy poprawa jednego aspektu powodowała pogorszenie pozostałych. Czyli mówiąc wprost np. zwiększenie wolumenu dźwięku okupione było utratą kontroli nad najniższymi składowymi, a lepsza rozdzielczość pociągała szklistość góry. Tymczasem Finite Elemente postawiło na zdrowy rozsądek, umiar i … maksymę „Primum non nocere”, czyli „po pierwsze nie szkodzić”. I nie szkodzi bowiem wspomnianej trosce o średnicę towarzyszy przyjemne wykonturowanie basu i połączona ze świetnym napowietrzeniem klarowność sopranów. Nie są to jednak zmiany o charakterze rewolucyjnym, czyli burzące dotychczasowy porządek, lecz ewolucyjnym – eksponujące drzemiący w naszym systemie potencjał. Dostajemy zatem, to co znamy i o istnieniu czego mieliśmy poniekąd wiedzę, lecz lepiej, wyraźniej nakreślone. Całe szczęście owa klarowność nie ma nic wspólnego z przerysowaniem, czy też niezbyt naturalnym podbiciem rozpiętości tonalnej w stylu nieudolnego HDR-a. Nawet chłodny, czy wręcz nieco sterylny, album „Vägen” Tingvall Trio bynajmniej nie poszedł w stronę „stockfischowej”, nadnaturalnej hiper rozdzielczości, lecz raczej skupił na energii środka i jego przełomu z basem, pozwalając swobodnie lśnić górze pasma.

Finite Elemente Carbofibre nie naprawią popełnionych przez nas w trakcie konfigurowania systemu błędów i nie sprawią, że to, co do tej pory grać nie chciało nagle zacznie zachwycać. O nie, jeśli ktoś liczył na cud, to przykro mi, ale pomylił adres. Ode mnie bowiem tego nie usłyszy. Jednak tytułowe, niemieckie platformy świetnie sprawdzą się wszędzie tam, gdzie niby wszystko jest OK., jednak brakuje ostatniego szlifu, muśnięcia pędzlem i zamknięcia tematu. A jeśli dodamy do tego ich dyskretną elegancję, niezwykłą uniwersalność, oraz łatwość w wypoziomowaniu nawet na mocno nierównych powierzchniach (10 mm dla każdej z nóg to naprawdę sporo), to jeśli tylko szukacie Państwo wysokiej klasy, solidnych podstaw dla Waszej elektroniki, to sugerowałbym zainteresować się dzisiejszymi obiektami naszej redakcyjnej wiwisekcji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Accuphase E-800
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Chord Electronics Ultima 5, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

To, że w celu uzyskania maksimum jakości dźwięku każdej układanki audio niezbędne jest dopracowanie najdrobniejszych jej szczegółów, nie boję się tego powiedzieć, wie praktycznie każdy, nawet okazjonalnie słuchający muzyki osobnik homo sapiens. Mało tego. Mniemam, iż ów przedstawiciel wie również, że nie mówię w tym momencie jedynie o elektronice, kolumnach, czy okablowaniu, ale także o często po macoszemu traktowanych, z pozoru prozaicznych, jednak bardzo istotnych w końcowym rozrachunku brzmieniowym dodatkach w postaci wszelkiego rodzaju akcesoriów antywibracyjnych. Myślicie, że na tym temat się kończy? Bynajmniej, gdyż zapewniam, wielu z nich zdając sobie sprawę z rangi tematu, bardzo często stosuje własne, znacznie tańsze od markowych producentów, jednak obciążone wieloma niewiadomymi rozwiązania. Jaki cel ma powyższy wywód? Bardzo istotny, bowiem wspomniane, wykonywane własnym sumptem pomysły na odsprzęgnięcie urządzeń elektronicznych od niezbyt stabilnego podłoża zazwyczaj dają przypadkowe wyniki soniczne, co ostateczne zmienia brzmienie zestawu, jednak nie zawsze na lepsze. Jaka zatem jest na to rada? Bardzo prosta. Spróbować skorzystać z naszych opisów ze spotkań z podobnymi ustrojami. Jednak nie dlatego, że ktoś nam za owe opinie w taki czy inny sposób się odwdzięczył, tylko dlatego, że w naszych tekstach znajdziecie konkretne kierunki zmian po zastosowaniu przybliżanego w danym teście produktu. A to już nie jest jedynie studiowanie przez Was internetowych opinii dla tak zwanego sportu, tylko znając potrzeby swojego zestawu i wypunktowany konkretny wpływ produktu na dźwięk, ewidentne skrócenie drogi dojścia do melomańskiej mety, czyli przekładając z polskiego na nasze, złapanie przysłowiowego audiofilskiego króliczka. Mam rację? Jeśli się ze mną zgadzacie, lub chociaż nie negujecie, nie pozostaje mi nic innego, jak z wielką przyjemnością zaprosić zainteresowanych do lektury testu dwóch bliźniaczych, jednak przeznaczonych dla innych obciążeń, pochodzących zza naszej zachodniej granicy (Niemiec) platform antywibracyjnych Finite Elemente Carbofibre SD i HD, których dystrybucją na naszym rynku zajmuje się poznański Koris.

Analiza załączonych fotografii, sugeruje, że w przypadku tytułowych platform mamy do czynienia z dwoma kawałkami ładnie wykończonych desek – cienkiej i grubej – posadowionych na równie atrakcyjnych stopkach. Jednak zapewniam Was, temat ma się zgoła inaczej. Otóż w obydwu przypadkach producent po wieloletnich doświadczeniach tym razem postanowił postawić na pracującą na rzecz dobrego dźwięku technologiczną nowoczesność i korpus wykonał z włókna węglowego, a przestrzeń roboczą pomiędzy wspomnianymi blatami wypełnił rdzeniem o strukturze plastra miodu. To zaś sprawiło, że opisywane Carbofibre z jednej strony są zaskakująco lekkie, a z drugiej potrafią unieść nawet 100 kilogramowe urządzenie. Ale to nie koniec ciekawych wieści, gdyż na życzenie klienta standardowo aplikowane do podstaw, wykonane z wysokiej jakości stali nierdzewnej stopy możemy zastąpić bardziej zaawansowanymi, firmowymi konstrukcjami Cerabase, Cerapuc i Ceraball. I jakby tego byłoby mało, z informacji prasowych wynika, iż producent jest w stanie zrealizować każdy zamówiony przez klienta wymiar podstawy. Zaś zwieńczeniem dbałości wytwórcy o jakość oferty jest wyposażenie obydwu platform w poziomnice ułatwiające idealną aplikację ich na docelowym podłożu. Tak wygląda temat wspólnych technikaliów. Pozostało wspomnieć o różnicach obydwu modeli. Otóż jak dokumentują fotografie, podstawową różnicą jest ich grubość. O co chodzi? Otóż mniej obciążalna platforma w swych trzewiach wykorzystuje pojedynczy rdzeń imitujący plaster miodu, a grubsza dwa przedzielone dodatkowym blatem z włókna węglowego. To zaś automatycznie przekłada się na podwojenie nośności z 50 – model SD – do 100 kilogramów – HD. Banalne? Być może, jednak zapewniam, każda z nich inaczej wpływa na ten sam unoszony komponent audio. Jak? Po takie informacje zapraszam do kolejnego akapitu.

Zanim przejdę do konkretów, kilka wyjaśnień. Dla łatwiejszego uzyskania wyników cały test przebiegł w trzech odsłonach. Pierwsza odbyła się na wręcz pokazującym palcem sposób grania końcówki mocy angielskiej marki Chord Electronics Ultima 5 twardym granicie. Kolejna na cieńszej SD, a wieńcząca całość testu na grubszej platformie Finite Elemente Carbifibre HD. Powód? Chciałem prześledzić ewaluowanie sygnatury, bowiem wiadomym jest, że im bardziej odsprzęgniemy dane urządzenie od podłoża, tym lepiej dla generowanego przez nie dźwięku. Naturalnie nieobliczalność konfiguracyjna nie zawsze to potwierdza, jednak biorąc pod uwagę stosunkowo rzadkie przypadki, będących skutkiem takich aplikacji, wpadek sonicznych, można nad takim twierdzeniem przejść do porządku dziennego. Co zatem wydarzyło się w konkretnych konfiguracjach? Już zdradzam.

Jeśli chodzi o występ na granicie, dźwięk był szybki, raczej stawiał na atak i natychmiastowość reakcji elektroniki na zapisane na płytach muzyczne pasaże. Niestety całość prezentacji może nie cierpiała na brak nasycenia i związanym z tego typu przypadłościami studzeniem emocji, to jednak w materiale barokowym i wszelkiego rodzaju popisach wokalnych brakowało mi intymności. Przecież muzyka to nie zawsze pogoń za wyczynowością oddania impulsu muzycznego, tylko odpowiednie trafienie w punkt pomiędzy atakiem, energią, nasyceniem i wybrzmieniami, co w przypadku zastosowania twardego kamienia delikatnie mówiąc szwankowało.

Kolejne podejście to platforma SD. Wynik? Cóż, witamy w świecie większej magii. Nagle pojawiły się alikwoty pozwalające znacznie łatwiej rozpoznać, że w danym momencie śpiewa ciemnoskóra diwa, a nie przebieraniec z programu „Twoja twarz brzmi znajomo” – z całym szacunkiem dla artystów biorących udział we wspomnianym przedsięwzięciu. Ogólna prezentacja nabrała tak oczekiwanego przeze mnie body. Dostałem więcej energii z pudeł rezonansowych instrumentów strunowych i co dla mnie bardzo ważne, saksofon pokazał, z jakiego materiału wykonano jego stroik. Jednak to nie wszystkie ciekawe obserwacje. Może to wydać się dziwne, ale muzyka ani trochę nie zwolniła, tylko dostała nadającego jej muzykalności zastrzyk energii i nasycenia, co w wartościach bezwzględnych znacznie zbliżyło prezentację systemu do wspomnianej wcześniej równowagi poszczególnych składowych przekazu. Co ja mówię, dla wielu z Was to byłoby już trafieniem z tematem w punkt. Jednak jak to w życiu bywa, nigdy nie jest tak, że nie da się lepiej. Co mam na myśli? Wyjaśnienie w kolejnym akapicie.

Na koniec wszelkie problemy rozwiązała platforma w specyfikacji HD. Co to były za problemy? Niby wcześniej było ok, jednak cały czas brakowało mi w dźwięku przyjemnej w odbiorze pulsacyjności. Niby oferował dobrą wagę i wybrzmienia, jednak nie emanował życiodajnym tętnem. Owszem, dawało się już zatopić w muzyce bez ograniczeń, jednak co z tego, gdy w znanych od podszewki nagraniach zarezerwowana dla najlepszych reprodukcji magia nadal nie do końca się nie urealniała, tylko była na wyciągnięcie ręki. A bez tego nici z zaprzedania duszy diabłu, o co w naszej zabawie w zaawansowane audio chodzi. Na szczęście ten aspekt jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestał istnieć w momencie wykorzystania do testu podstawy odsprzęgającej końcówkę mocy podwójną inkarnacją plastra miodu. To było oczywiście pogłębienie zmian poprzedniczki, jednak tym razem niskie i średnie rejestry oprócz wagi i masy niosły ze sobą dodatkowo coś na kształt przyjemnej krągłości. Nie mułu, czy buły, tylko jeśli to była stopa perkusji, to oprócz samego szybkiego kopnięcia dźwięk powodował w moich uszach odpowiednie ciśnienie akustyczne. Po prostu wyraźnie odczuwałem falę powodowaną wyginaniem się naciągniętej na stelaż bębna membrany. W takim tonie wypadał również odbiór wszelkich instrumentów strunowych, dęciaków z gardłowymi włącznie. To zaś już bez dwóch zdań pozwalało oderwać się od rzeczywistości i przenieść się nie tylko w czasy Cludio Monteverdiego z jego twórczością kościelną, ale również koncertowej Metalliki z jej wpisanym w kod DNA muzycznym buntem. Niemożliwe? Zapewniam, że jak najbardziej możliwe. Jak pisałem, wystarczy odpowiednio zrównoważyć poszczególne składowe dźwięku, co znakomicie zbilansowała platforma HD. Czy były starty w innym materiale? Nic z tych rzeczy. Nawet elektronika oprócz znakomitej masy odwdzięczała się zjawiskowymi pokazami przenikliwości, gdyż platforma nie ograniczała dynamiki i napowietrzenia przekazu. Gdy wymagał tego materiał, niewiele brakowało do niekontrolowanego odklejania się klepek od podłogi, zaś podczas zaplanowanych przez muzyków prób skruszenia szkliwa na zębach w trosce o swoją klawiaturę musiałem bardzo pilnować się, aby nie otwierać ust. Przekaz przez cały oprócz pełnego spektrum związanych z muzykalnością aspektów niczym kameleon potrafił przekształcić się w maszynę do robienia krzywdy słuchaczowi. I to wszystko dzięki odpowiedniemu wygaszeniu szkodliwych dla pracy urządzenia drgań podłoża. Cuda? Nic z tych rzeczy, zwyczajna fizyka.

Zaskoczeni aż tak pozytywnym obrotem spraw po wdrożeniu w życie teoretycznie znanych przez wszystkich prawd? Mam nadzieję, że nie. Jednak zaznaczam, że akurat w moim podejściu aplauz pełnej sali zebrała bardziej zaawansowana technicznie platforma było wynikiem takich, a nie innych potrzeb testowej układanki audio. Być może, ba jestem pewien, iż wielu z Was całkowicie zadowoli ta konstrukcyjnie prostsza. Dlatego też wspominałem we wstępniaku, iż celem studiowania naszych zmagań z materią audio nie jest formowanie ostatecznej decyzji, tylko poznawanie ewentualnych wyników aplikacyjnych. Naturalnie nie zaszkodzi sprawdzić wielu opcji, jednak zdobyta na podstawie podobnych opisów wiedza znacznie skraca proces nie tylko układania listy odsłuchowej, ale również wyboru jej bohaterów. Na tym kończę ten platformowy miting i mam nadzieję, że zachęciłem Was do spotkania sam na sam z tytułowym, nie oszukujmy się, zbierającym wiele pozytywnych opinii na świecie producentem. Z którym modelem Finite Elemente Carbofibre będzie Wam po drodze nie ma pojęcia. Jednak stawiam skrzynkę jabłek przeciwko skrzynce gruszek, że jeśli szukacie przyjemnego nasycenia dźwięku, pożyczonej nawet na niezobowiązujące odsłuchy, jakiejkolwiek platformy tego producenta prawdopodobnie już nie oddacie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, Chord Electronics Ultima 5
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Koris
Ceny:
Finite Elemente CARBOFIBRE SD (CF01 – 450 x 400 x 23 mm / CF02 – 500 x 475 x 23 mm): 5 890 PLN
Finite Elemente CARBOFIBRE HD (CFHD01 – 450 x 400 x 45 mm / CFHD02 – 500 x 475 x 45 mm): 7 890 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

SOtM sNH-10G + sCLK-EX & SPS-500

O ile po teście switcha Silent Angel Bonn N8 pojawiły się głosy, dziwnym trafem pochodzące od osób niemających nawet okazjonalnej styczności z obiektem dyskusji, iż modyfikacje wprowadzone przez ekipę Thunder Data są nazwijmy to delikatnie niewystarczające i niesatysfakcjonujące pod względem ewentualnej poprawy parametrów pracy głównych obwodów (zastosowanie li tylko niewielkiej płytki z pojedynczym zegarem TCXO), o brzmieniu nawet nie wspominając, postanowiłem niejako na własną rękę zgłębić wskazaną przez krytycznych interlokutorów domenę. Jednak nie gdybając i wnioskując co najwyżej na podstawie dostępnych w Internecie zdjęć, a wyłącznie empirycznych doznań, czyli biorąc na redakcyjny tapet kolejny, tym razem zdecydowanie bardziej zaawansowany switch. Z pomocą przyszedł poznański Koris, który pomimo coronavirusowej pandemii i globalnego lockoutu niemalże z dnia na dzień dostarczył nam nie tylko wielce zaawansowany „przełącznik sieciowy”, lecz również dołożył do niego dedykowany, solidny zasilacz. Cóż zatem znalazło się w ekspresowo przesłanym zestawie? Switch SOtM sNH-10G + sCLK-EX i zasilacz SPS-500, co w sumie dało „pakiet naprawczy” mojej domowej sieci Ethernet za bagatela 10 kPLN. A jeśli dodamy do tego zapewnione przez Audio Center Poland (Wireworld Chroma 8 i Starlight 8), Audiomica Laboratory (Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence) i Voice (3 sztuki Cardas Audio Clear Network) okablowanie Ethernet to pół żartem, pół serio można uznać, iż przysłowiowe zera i jedynki powinny czuć się u mnie dopieszczone niczym podczas wizyty w którymś z zamorskich kurortów spa. To wszystko jednak na razie tylko teoria, gdyż sensowność powyższych zabiegów wykaże, bądź nie, dopiero część praktyczna, na którą serdecznie zapraszam.

Jednak zanim skupimy się na brzmieniu warto chociaż przez chwilę przyjrzeć się naszym dzisiejszym gościom. I już na pierwszy rzut oka widać, iż SOtM sNH-10G + sCLK-EX reprezentuje zdecydowanie inna kategorię rozmiarową aniżeli poprzednio przez nas testowany Bonn N8. Tym razem bowiem trapezoidalny, rozszerzający się ku górze aluminiowy korpus wpisuje się w tzw. segment midi, stanowiąc wielce kuszącą propozycję dla posiadaczy elektroniki Auralica, bądź Lumina (w celach czysto poglądowych zamieściłem trzy zdjęcia SOtM-a na Luminie U1 Mini). Solidny aluminiowy płat frontu ozdobiony dyskretnym złotym szyldem z logotypem marki w lewym górnym rogu, dostępny jest w srebrnej i czarnej wersji kolorystycznej, natomiast reszta obudowy niezmiennie pozostaje smolistoczarna. Co ciekawe zarówno płyta górna jak front i plecy są zaskakująco ażurowe a pochyłe ściany boczne całkiem udanie imitują rolę radiatorów. Oczywiście nic nie wskazuje na to, by ukryte wewnątrz trzewia potrzebowały aż tak wydajnego chłodzenia, ale uczciwie trzeba przyznać, że projekt plastyczny producentowi wyszedł nad wyraz intrygująco. A efekt jest jeszcze lepszy, gdy z pomocą hebelkowego przełącznika umiejscowionego na ścianie tylnej zadbamy o stosowną iluminację, czyli o uaktywnienie dwukolorowych diod informujących o statusie i połączeniu poszczególnych portów. Na zakrystii oprócz ww. przełącznika znajdziemy gniazdo zasilacza (w standardzie jest zwykły wtyczkowy, jednak ze zrozumiałych względów przez lwią część testów korzystałem z dobrodziejstw SPS-500) osiem portów Ethernet RJ-45 i dwa SFP, co wyraźnie wskazuje na bezpośrednią konkurencję dla podobnie wycenionego Melco S100. I tu od razu ważna uwaga. Otóż sNH-10G, podobnie do właśnie wspomnianego Japończyka, nie jest przepakowanym w fikuśną obudowę „cywilnym” switchem, a raczej jego trzewiami z dodanym modułem zegara i filtrami, lecz własną – autorską platformą opracowaną z myślą o zastosowaniach audio. Własna baza, czyli możliwość wykorzystania w pełni powierzchni płytki drukowanej sprawiła, że poszczególne komponenty nie muszą być ściśnięte w jednym miejscu, lecz spokojnie da się je odsunąć od siebie na tyle, by uniknąć ewentualnych interferencji. Wszystkie gniazda zostały od siebie odseparowane, szczególny nacisk położono na aktywne układy redukcji szumu i zakłóceń mogących wpłynąć na pracę m.in. zegara. Również poszczególne komponenty dobierano pod względem ich właściwości niskoszumowych, jak i zapewnienia producent ich wzajemnej synergii. A właśnie, skoro o synergii mowa. Wydawać by się mogło, że obecność portów SFP, podobnie jak w topowych modelach streamerów, powinna wskazywać na wyższość połączeń optycznych. Tymczasem konstruktorzy SOtM do powyższego zagadnienia podchodzą zdroworozsądkowo uważając, iż poczciwa transmisja z udziałem portów RJ-45, oczywiście z użyciem odpowiedniej klasy okablowania, nadal może zapewnić wyższą jakość dźwięku.
Jak sama nomenklatura dostarczonego na testy egzemplarza wskazuje został on wyposażony w dodatkowy moduł zegara sCLK-EX, przy czym ów moduł swymi gabarytami znacznie przekracza to, co nader często możemy znaleźć w bądź co bądź porządnych DACach – własny, ultra precyzyjny zegar oferujący cztery osobne wyjścia, szeroki wybór tak częstotliwości pracy, jak i napięć z jakimi może pracować a nawet (jako opcja) możliwość podpięcia zewnętrznego master-clocka. Wszystkich zainteresowanych bardziej szczegółowymi technikaliami odsyłam do nad wyraz szczegółowe instrukcji obsługi, gdzie wszystko, włączenie z samodzielnym montażem zostało wyczerpująco wyjaśnione.

Z ciekawostek natury użytkowej warto wspomnieć, iż podczas testów życiodajną energię do SPS-500 dostarczałem wydawać by się mogło wiotkim i mało absorbującym przewodem zasilającym Organic Audio Power z wtykiem od strony urządzenia uzbrojonym w pierścień Furutech CF-080 Damping Ring. Okazało się jednak, iż skandynawski przewód , pomimo obecności gumowych nóżek w „podwoziu” SOtM-a z łatwością przesuwał zasilacz zarówno po chropawej półce mojego dyżurnego stolika Rogoz Audio 4SM, jak i po ustawieniu całości na platformie Franc Audio Accessories Wood Block Slim, oraz Finite Elemente Carbofibre. Wspominam o tym, gdyż wypada ową, wynikającą z dość śladowej wagi zasilacza, cechę mieć na uwadze i bądź dobrać odpowiednie okablowanie, bądź po prostu dociążyć sam zasilacz.

No to chwila prawdy – zastępujemy Music Angela zestawem SOtM i … jest różnica, w dodatku oczywista i w pełni definiowalna. Tytułowy bohater działa bowiem nieco inaczej aniżeli jego niepozorny poprzednik. Zamiast na dynamice i rozciągnięciu pasma skupia się bowiem na jej analogowości. Z sNH-10G dźwięk staje się bowiem właśnie w stereotypowy dla miłośników czarnej płyty bardziej krągły, wysycony, organiczny. Weźmy na ten przykład fenomenalny „Mirror” kwartetu Charlesa Lloyda, na którym oprócz frontmana dącego w saksofon tenorowy i altowy możemy usłyszeć Jasona Morana przy fortepianie, kontrabas Reubena Rogersa oraz Erica Harlanda za perkusją. Powyższa zmiana estetyki nie powoduje jednak utraty powietrza, gdyż jego udział pozostaje bez zmian a jedynie sugestywną ewolucję, że się tak fotograficznie wyrażę „plastyki obrazu”. Jakbyśmy z pełnoklatkowego „body” przesiedli się na średni format. Czyli widzimy to samo a jednak odbiór całości jest nieco inny. Wraz z powyższymi obserwacjami nie sposób pominąć kwestii jakiegoś wewnętrznego spokoju, niemalże balansującego pomiędzy nonszalancją a letnim rozleniwieniem i pewnością siebie, czy wręcz kompletnego braku pośpiechu. Coś podobnego doskonale z autopsji znają użytkownicy starszych odtwarzaczy i transportów płyt C.E.C.-a. Niby timing i drajw są jak należy, utwory trwają co do sekundy tyle samo, co na innych odtwarzaczach a nie sposób nie odnotować, że pozbawione podskórnej nerwowości płyną swoim własnym tempem. W dodatku faktura dźwięków i instrumentów jest tak realistyczna, że momentalnie przestawiamy się z trybu analizy w tryb syntezy i dobiegającą z głośników zaczynamy chłonąć całym sobą. To samo mamy tutaj i wcale nie trzeba posiłkować się utrzymanymi właśnie w takich, spacerowych tempach jazzowymi standardami, lecz równie świetnie sprawdzą się bardziej skoczne synth – funkowo – rockowe pozycje w stylu „Return to Wherever” kanadyjskiej formacji TWRP (Tupper Ware Remix Party) najlepiej czującej się w klimatach będących szalenie udanym miksem twórczości Weather Report i Daft Punk. Pozornie zdehumanizowanym, syntetycznym i przetworzonym dźwiękom nagle jest bliżej homogeniczności starych Hammondów i Moogów aniżeli współczesnych, ultra precyzyjnych syntezatorom a wokale robią się „czarne” – w pozytywnym sensie tego słowa.
I jeszcze jedna ciekawostka świadcząca o wręcz obsesyjnej trosce producenta o jak najwyższą jakość dźwięku. Otóż znajdujący się na tylnej ściance przełącznik w swym górnym położeniu zapewnia pełną iluminację i aktywność switcha, w środkowym wyłącza całość a w dolnym uaktywnia urządzenie, lecz z wyłączonymi diodami. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż szczególnie przy cichych, wymagających skupienia nagraniach w stylu już wspominanego wcześniej „Mirror” Charlesa Lloyda SOtM z wyłączoną iluminacją … grał lepiej – z lepszą rozdzielczością, dając swobodniejszy wgląd w nagranie i bardziej realistycznie definiując źródła pozorne. Nie oznacza to bynajmniej, że z włączonymi diodami było źle, niemniej jednak, gdy lokalna sieć działa jak należy i w tzw. międzyczasie nic przy niej nie majstrujemy, to dla własnego spokoju sugerowałbym kilka prób z wygaszona iluminacją – mała rzecz a po prostu gra jest warta świeczki.

No i się zrobiło ciekawie. Trzeci switch i trzecie, w dodatku zauważalnie inne od tego, co proponowali poprzednicy, podejście do tematu grania z lokalnej sieci. Niby tylko zwykły „przełącznik”, lub jak kto woli rozgałęziacz a jego obecność jest w pełni weryfikowalna i słyszalna w systemie. SOtM sNH-10G + sCLK-EX stawia bowiem na iście organiczną spójność i analogową mięsistość, więc jeśli tylko w Państwa systemach plikom brakuje nieco krągłości i wypełnienia, to powinniście przyjąć go z szeroko otwartymi ramionami.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC: Chord DAVE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³, Chord Electronics Étude, Chord Electronics Ultima 5, Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Cardas Clear Reflection
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Finite Elemente Carbofibre SD & HD
– Stopy antywibracyjne: Finite Elemente Cerabase compact, Cerapuc, Ceraball
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+, Wireworld Chroma 8 + Starlight 8, Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence, Cardas Audio Clear Network
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Dystrybucja: Koris
Ceny
SOtM sNH-10G + sCLK-EX: 7 290 PLN
SOtM SPS-500: 2 390 PLN

Dane techniczne
SOtM sNH-10G + sCLK-EX
– Złącza: 8 szt. RJ-45, 2 szt. SFP 10/100/1000 Mbps
– Diody LED:
Zasilania
10 wskazujących status połączenia
10 wskazujących aktywność
– Obsługiwane standardy sieciowe
EEE 802.3 10Base-T Ethernet,
IEEE 802.3u 100Base-TX Fast Ethernet,
IEEE 802.3u 100Base-FX 100Mbps over fiber optic,
IEEE 802.3ab 1000Base-T Gigabit Ethernet,
IEEE 802.3z 1000Base-T 1 Gbps over fiber optic,
IEEE 802.3x
Napięcie wejściowe : 9Vdc (przy CLK-EX opcjonalne 6.5Vdc ~ 8.5Vdc lub 12Vdc)
Wymiary (S x W x G): 296 x 50 x 211 mm
Waga: < 2 kg

SOtM SPS-500
Moc wyjściowa DC
Napięcie: 7Vdc, 9Vdc, 12Vdc, 19Vdc do wyboru
Tolerancja napięcia: ± 10%
Ograniczenie prądu: 5A @ 7Vdc, 9Vdc, 12Vdc; 3.3A @ 19Vdc
Tolerancja prądu: ± 10%
Maksymalna moc wyjściowa:
55W przy 120VAC
50 W przy 110 VAC
45 W przy 100 VAC
Wymiary (S x W x G): 106 x 48 x 230 (mm)
Waga:< 2 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

finite elemente Cera family
artykuł opublikowany / article published in Polish

Po raz kolejny zmiana dystrybutora sprawiła, że to, co do tej pory dziwnym zbiegiem okoliczności nie miało do nas po drodze, tym razem trafia w iście ekspresowym tempie i w szerokim wyborze. Znaczy się zmiany finite elemente wyszły na dobre, a nam do recenzji poznański Koris dostarczył do testów wesołą antywibracyjną gromadkę Cera family, czyli Cerabase compact, Cerapuc i Ceraball.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

Finite Elemente Carbofibre
artykuł opublikowany / article published in Polish

Do tej pory mieliśmy do czynienia z platformami antywibracyjnymi opierającymi swoje działanie na masie. Tym razem poznański Koris postanowił nieco zmienić zasady gry i dostarczył nam dwie zaskakująco lekkie platformy Finite Elemente – pojedynczą CARBOFIBRE° SD o udźwigu 50 kg i podwójną – CARBOFIBRE° HD zdolną przyjąć na swe barki 100 kg ciężar.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

EMM Labs DV2 & NS1

Link do zapowiedzi: EMM Labs NS1 & DV2

Opinia 1

Hi-Fi a szczególnie jego ekstremum, czyli High-End, to obszary, w których bardzo często w pomiarach porównawczych żadnych różnic nie widać, a na tzw. „ucho” są równie oczywiste jak te między beczącym jak zarzynana owca Martyniukiem a Pavarottim. Krótko mówiąc z jednej strony usłyszeć znaczy uwierzyć a z drugiej jest to niepodważalny dowód na to, że jeśli czegoś nie można zmierzyć/zobaczyć to wcale nie oznacza, że owego czegoś nie ma, czyli owo coś nie istnieje. Jednym ze sztandarowych przykładów z naszego podwórka jest obecny w powszechnej świadomości jitter. O ile jednak nikt przy zdrowych zmysłach obecnie jego istnienia nie neguje, to warto mieć świadomość, iż w momencie przypadającej na początek lat 80-ych ubiegłego wieku cyfrowej rewolucji digitalizacja miała być nie tylko lekiem na całe zło, lecz i swoistym absolutem najwyższej jakości. Problem w tym, że cyfryzacja analogowych dźwięków w praktyce wcale nie okazała się taka prosta, łatwa i przyjemna. Tak samo stosowanie różnych przetworników konwertujących sygnał cyfrowy do zjadliwej dla amplifikacji postaci analogowej powodowało słyszalne (dla ówczesnych audiofilów) i znaczące różnice brzmieniowe, choć część twardogłowych inżynierów uparcie broniła stanowiska, że cyfra to cyfra i oprócz umownych zer i jedynek nic więcej tam nie ma. I pewnie ów czysto akademicki spór trwałby nadal w najlepsze, gdyby na scenie pro-audio nie pojawił się niejaki Ed Meitner, który nie dość, że autorytatywnie stwierdził, iż jednak jest tam „coś” jeszcze, to w dodatku owo „coś” ma wybitnie degradujący wpływ na to, co słyszymy, więc primo, wypadałoby to nazwać, secundo zmierzyć i tertio oczywiście wyeliminować. Jak postanowił, tak zrobił i tym oto sposobem powstał LIM Detector, służący pomiarom, owego „czegoś” czyli jittera i C-Lock – układ służący jego eliminacji. Po co o tym wszystkim piszę? Oczywiście nie bez powodu, gdyż dzięki uprzejmości ekipy poznańskiego Korisu przez ostatnie kilka tygodni mieliśmy niekłamaną przyjemność gościć w naszych redakcyjnych systemach dwa sygnowane przez założoną w 1998 roku, właśnie przez Eda Meitnera, kanadyjską manufakturę EMM Labs urządzenia – topowy przetwornik cyfrowo-analogowy DV2 i streamer, choć po prawdzie ze względu na brak wyjść analogowych nieco bliższym obowiązującej nomenklaturze określeniem byłby … transport plików NS1.

Jak na li tylko przetwornik DV2 jest zaskakująco duży, tzn. może źle się wyraziłem. Za duży można bowiem uznać zajmujący na półce ponad 84 cm Wadax Atlantis REFERENCE DAC a DV2 po prostu posiada standardowe gabaryty pełnowymiarowego komponentu audio, czyli około 44 cm szerokości, 40 cm głębokości i 16 cm wysokości. Wystarczy jednak rzut oka na portfolio EMM Labs, by wszystko stało się oczywiste. Po prostu w ramach daleko posuniętej unifikacji, a tym samym optymalizacji kosztów własnych – cały korpus wykonano z anodowanego na czarno, bądź srebrno aluminium, więc nie jest to „budżetowa” blaszana wytłoczka, takie same obudowy wykorzystują również pozbawiony regulacji głośności przetwornik DA2 V2, transport CD/SACD TX2, oraz przedwzmacniacz liniowy PRE. Przechodząc do detali i skupiając się na płycie frontowej warto zwrócić uwagę na idealne połączenie minimalizmu formy z wręcz wzorową ergonomią i intuicyjnością obsługi, co jasno wynika z coraz rzadziej spotykanej umiejętności łączenia tego co najlepsze w High-Endzie i obszarze pro-audio. Jednak ad rem. Front podzielono optycznie na trzy części – dwie srebrne skrajne flanki z których lewą zdobi jedynie firmowy logotyp i dyskretny włącznik standby a prawą potężna gałka głośności i wyfrezowany symbol modelu. Za to środkowa -utrzymana w satynowej czerni wstawka to już domena kilkuwierszowego wyświetlacza oraz umieszczonych pod nim pięciu zgrabnie spasowanych frontem przycisków funkcyjno-nawigacyjnych.
Ściana tylna, na której króluje czerń, przedstawia się równie elegancko i logicznie. Jej górną część zajmują interfejsy wejściowe, oraz komunikacyjne a dolną wyjściowe. I tak, do dyspozycji otrzymujemy patrząc od lewej wejście AES/EBU, dwa koaksjalne, dwa optyczne TOSLINK, USB, firmowe EMM OptiLink, oraz firmową magistralę komunikacyjną RS-232 i serwisowe USB. Wyjścia analogowe są zdublowane – w postaci szeroko rozstawionych gniazd RCA i XLR. Powyższą wyliczankę kończy zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo IEC.
Zagłębiając się w lekturze instrukcji obsługi i danych technicznych można poczuć się niemalże jakbyśmy przeglądali skład wybitnie niezalecanych przez dietetyków chipsów, bądź innego, wysoko – przetworzonego stymulanta naszych kubków smakowych. Oczywiście zamiast przysłowiowej tablicy Mendelejewa mamy tym razem do czynienia z równie imponującą listą firmowych rozwiązań. Nie wierzycie? No to proszę uprzejmie: MDAC2™, VControl™, MDAT2™, MFAST™, MCLK2™. W dodatku wypadałoby ową listę nie tylko zapamiętać, ale i zrozumieć, gdyż stanowi ona swoiste credo Eda Meitnera, bowiem w DV2 próżno szukać popularnych, ogólnodostępnych kości przetworników. Zamiast nich zastosowano autorskie rozwiązanie MDAC2™, czyli pierwszy w pełni dyskretny jednobitowy DAC o wewnętrznej częstotliwości porównania 1024fs (16xDSD). Oznacza to, że zarówno sygnały PCM, jak i DSD są bądź konwertowane, bądź upsamplowane do 6xDSD. Z kolei za symbolem VControl™ kryje się wysokiej rozdzielczości cyfrowa regulacja głośności oferująca 24-bitową rozdzielczość przy maksymalnej wartości 100 a 14-bitową przy minimum. Zgodnie z zaleceniami producenta warto operować w zakresie powyżej 50-60, co przekłada się na 18-19-bitową rozdzielczość. Idąc dalej mamy MDAT2™ – najnowszą odsłonę Meitner Digital Audio Translator – przekładając na nasze kanadyjską wersję DSP. Natomiast MFAST™ niezwykle silnie związany jest z MCLK2™, gdyż pierwszy jest wysokiej prędkości/wydajności asynchronicznym układem eliminującym jitter a drugi autorskim zegarem całkowicie ów jitter pomijającym w procesie konwersji. Do tego warto dodać pełną galwaniczną izolację gniazda USB zdolnego obsłużyć nie tylko sygnał PCM 24bit/192kHz, jak pozostałe interfejsy wejściowe, lecz również 2xDSD, DXD (352/384 kHz) i MQA®. A i jeszcze jeden drobiazg – zasilacz jest impulsowy, lecz szczelnie ekranowany – zamknięty w ciągnącym się przez całą długość obudowy tunelu. Wraz z DAC-iem otrzymujemy równie solidnie wykonany co jednostka centralna pilot zdalnego sterowania plus będący niezwykle miła niespodzianką wysokiej klasy przewód zasilający Kimber Base PK14.

Zdecydowanie mniej imponująco przedstawia się dostarczone wraz z tytułowym DAC-iem źródło, czyli streamer, lub jak kto woli transport NS1. Przy gabarytach 28x27x6 cm i wadze 5 kg śmiało można go traktować jako oczywistą konkurencję dla Lumina U1 Mini, choć swoją solidnością aluminiowego korpusu znacznie nad skośnookim sparingpartnerem kanadyjski maluch góruje. A tak po prawdzie jest to odpowiedź Eda Meitnera na pojawienie się na rynku dCS Network Bridge. Jego front też został podzielony na trzy sekcje, choć tym razem zabrakło czernionego środkowego płata. Brakuje też spodziewanego wyświetlacza, zamiast którego rolę komunikacji ze światem zewnętrznym powierzono trzem niewielkim diodom informującym o stanie pracy urządzenia. Ściana tylna, ze względu na dość ograniczoną powierzchnię zawiera jedynie to, co konieczne, czyli patrząc od lewej mamy sekcję wyjść cyfrowych w postaci AES/EBU, Toslink SPDIF i EMM Optilink, port USB do podłączenia zewnętrznej pamięci masowej, wejścia Ethernet (RJ45), USB type A dla modułu WiFi, oraz magistralę RS 232 do komunikacji z DV2. Mając do dyspozycji dwa urządzenia EMM Labs warto spiąć je właśnie po EMM Optilink, gdyż połączenie to oferuje pełną izolację galwaniczną, co w związku z brakiem w NS1 wyjścia USB wydaje się jednym z rozsądniejszych rozwiązań, tym bardziej, że stosowny przewód połączeniowy, a raczej przewody (DV2 z NS1 spinamy nie tylko pomarańczową łączówką optyczną, lecz również po RS232) znajdują się na wyposażeniu. NS1 bez najmniejszych problemów radzi sobie z sygnałami PCM 24-bit/192kHz i DSD64, MQA®, plikami AAC, AIFF, ALAC, FLAC, MP3, WAV, WMA i co chyba kluczowe w dzisiejszych czasach również serwisami streamingowymi Tidal, Qobuz, Spotify, Deezer i vTuner. Ponadto może pełnić rolę endpointa Roona, choć podczas testów zamiast z ww. Roona korzystaliśmy z dedykowanej, dostępnej zarówno na iOSa, jak i Androida aplikacji mConnect.

Dysponując tak wysokiej klasy przetwornikiem, bo nie ma co się oszukiwać, że NS1 nie jest czymkolwiek więcej aniżeli tylko miłym, acz na swój sposób dość oczywistym dodatkiem do DV2 jednogłośnie z Jackiem uznaliśmy, że ostatnią rzeczą jakiej nam potrzeba to … pośpiech. Dlatego też tytułowemu duetowi poświęciliśmy niemalże miesiąc, by zupełnie bezstresowo się u nas rozgościł, a my sami byśmy mogli przejść nad jego obecnością do porządku dziennego, czyli by emocje wynikające z ekscytacji nowością podczas wydawania finalnego werdyktu miały jak najmniejsze znaczenie. Pomijając jednak etap obowiązkowej akomodacji jasnym było, iż oferta EMM Labs reprezentuje diametralnie inne podejście do tematu kreowania spektaklu muzycznego tak od rozświetlonej rozdzielczości dCSa Jacka, jak i lampowej soczystości mojej 35-ki Ayona. Stawia bowiem na w firmowy sposób zdefiniowaną, wręcz organiczną, gładkość i pewnego rodzaju przyciemnienie. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. To nie jest różnica jak między czernią i bielą, czy yin i yang, lecz na potrzeby niniejszej recenzji autorskie i w pełni subiektywne, a przy tym świadomie wyolbrzymienie niuansów. Rozumiecie Państwo o co chodzi? O operowanie na poziomie mikro a nie makro. Niemniej jednak, jeśli ktoś mając na stanie powyższe trzy konstrukcje uznałby, że cyfra to cyfra i wszystkie grają tak samo, oznaczałoby to trzy opcje – albo reszta jego toru woła o pomstę do nieba, albo on sam ma poważne problemy natury foniatryczno-laryngologicznej, albo zachodzą oba powyższe czynniki jednocześnie. Chodzi bowiem o to, że EMM preferując na swój sposób stonowane naświetlenie sceny oferuje jednocześnie niezwykłą rozdzielczość i detaliczność, odwołując się do fotograficznej analogii, tak w światłach (co oczywiste, gdyż unikamy tzw. przepaleń), jak i w cieniach. Dzięki temu jesteśmy w stanie czerpać przyjemność zarówno z muzykalnych acz wybitnie audiofilskich realizacji sygnowanych przez 2L – nieustannie zachwycający a zarazem mroczny album „Tomba sonora” Stemmeklang/ Kristin Bolstad, rozświetlone smyczkowymi trelami „The Tube Only Night Music” wydawnictwo TACET-a, po niemalże pornograficzną dosłowność każdego dźwięku serii „Closer to the Music” (1, 2, 3, 4, 5) Stockfischa. Jednym, a raczej dwoma słowami pełna uniwersalność. Jednak owa uniwersalność w przypadku EMM Labs wcale nie oznacza uśredniania, czy nie daj Boże grania wszystkiego na jedno kopyto, vide firmową modłę, a dbałość o niuanse, melodyjny „core” i niezależnie jak głęboko zakopany timing. Pomimo bowiem wspomnianej gładkości i krągłości Kanadyjczycy nie zapominają o aspektach dynamicznych i emocjonalnych. O ile jednak z audiofilskich smętów nie zawsze da się coś takiego wykrzesać, to już z bardziej komercyjnych pozycji tytułowy duet jest w stanie w tzw. okamgnieniu wygenerować prawdziwą apokaliptyczną nawałnicę dźwięków. Weźmy na ten przykład thrashowy, a więc szalenie daleki od łagodności, „Countdown To Extinction” Megadeth. I w tym momencie pozwolę sobie przenieść Państwa uwagę z DV2 na NS1, gdyż niezbyt często tak w naszych, jak i branżowych publikacjach pojawia się kwestia różnicowania nagrań. I bynajmniej nie chodzi w tym momencie o kwestie porównywania różnych albumów a tej samej pozycji wydawniczej, lecz dostępnej nawet nie na różnych nośnikach, co nazwijmy to umownie platformach. I tak, wydawać by się mogło, iż piskliwie pokrzykujący Dave z ferajną z Tidala w jakości HiFi brzmi co najmniej wybornie. I tak też jest w rzeczywistości, o ile za punkt odniesienia uznamy przebasowioną i pozbawioną oddechu wersję dostępną na Spotify. Wystarczy jednak sięgnąć po zdigitalizowany własnym sumptem, wydany na 24k złocie, sygnowany przez MFSL (UDCD 765) krążek CD a cały nasz dobry nastrój rozsypie się jak przysłowiowy domek z kart. Niby to ten sam album, ale nie da się ukryć, że po prostu wszystkiego jest więcej a całość brzmi bezdyskusyjnie lepiej – bardziej realistycznie i naturalnie. Atak ma impet, którego krawędziami jesteśmy wstanie ogolić się wcale nie gorzej aniżeli odziedziczoną po dziadku brzytwą a gradacja planów dalece wykracza poza możliwości naszego wzroku. I to wszystko jesteśmy w stanie stwierdzić za pomocą dość nikczemnej postury plikograja. Plikograja, którego pomijając i wchodząc na DV2 z wysokiej klasy transportu CD/SACD (vide Jacka C.E.C.) jesteśmy w stanie usłyszeć jeszcze więcej. Sytuację ratują oczywiście „gęste” pliki, których dostępność obecnie zdecydowanie przewyższa ofertę fizycznych nośników SACD, jednak w tym momencie dochodzimy do drugiej kwestii. Otóż warto pamiętać, iż NS1 nie dysponuje wyjściem USB zapewniającym obecnie najszerszy wachlarz obsługiwanych częstotliwości i formatów a tym samym ma nieco ograniczone możliwości współpracy nie tylko z DV2, lecz i przetwornikami firm trzecich. Wspominam o tym fakcie nie przez podobno wrodzoną złośliwość, lecz jedynie na podstawie bezpośredniego porównania z Luminem U1 Mini, który grając wespół z DV2 właśnie po USB, był w stanie z dokładnie tych samych nagrań wycisnąć nieco więcej niżeli NS1 po OptiLinku.

Nie wiem, czy zwrócili Państwo uwagę, ale EMM Labs DV2 idealnie wpisał się w wyznawaną w SoundRebels ideę, iż najlepsze efekty brzmieniowe można osiągnąć stosując możliwie purystyczny, pozbawiony zbędnych elementów tor audio, czyli eliminując elementy, które w nim egzystować mogą, aczkolwiek wcale nie muszą. I tak zarówno u Jacka, jak i u mnie DV2 zastąpił nasze dyżurne, wyposażone w regulowane stopnie wyjściowe przetworniki / źródła cyfrowe, współpracując bezpośrednio ze stereofonicznymi końcówkami mocy (Gryphon Mephisto i Bryston 4B³). Jeśli w tym momencie zastanawiacie się, czy w tym szaleństwie jest metoda, to śmiem twierdzić, iż bezdyskusyjnie tak. Po prostu eliminacja kolejnych połączeń przewodowych, a więc ominiecie oczywistego wpływu okablowania tak sygnałowego, jak i zasilającego, o całej masie czynnych i biernych elementów ukrytych wewnątrz zewnętrznego przedwzmacniacza nie wspominając, procentują bardziej realistycznym i rozdzielczym brzmieniem o naturalnej, nieskrepowanej dynamice tak w skali mikro, jak i makro. A że EMM Labs gra w tonacji nieco innej niż nasze dyżurne urządzenia, to tylko dowód na to, że Ed Meitner obrał własną drogę do osiągnięcia upragnionego celu. I chwała mu za to, bo to co robi DV2 wespół z NS1 zasługuje na w pełni szczere uznanie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

To, że rynek audio mocno forsuje temat słuchania muzyki z plików wie każdy, nie boję się tego powiedzieć, nawet początkujący meloman. Praktycznie nie ma brandu, który w swoim portfolio jeśli nie oferuje pełnoprawnego streamera lub wielofunkcyjnego urządzenia z takowym na pokładzie, to proponuje przynajmniej pozwalający obsłużyć wszelkiego rodzaju sygnały cyfrowe, przetwornik cyfrowo-analogowy. Naturalnie piszę o ekstremalnie minimalistycznych ofertach, bowiem na dzień dzisiejszy każdy chcący liczyć się na rynku podmiot powinien zaspakajać każdą zachciankę klienta na wielu poziomach zaawansowania jakości dźwięku. I nie ma znaczenia, o jakim pułapie cenowym rozprawiamy, gdyż od popularnego Hi-Fi po ekstremalny High-End posiadanie tego typu zabawek jest obecnie pewnego rodzaju koniecznością. Co wspólnego z tematem plików ma dzisiejsze spotkanie? Otóż za sprawą poznańskiego Korisa na gościnne występy do naszej redakcji dotarły dwa bardzo ciekawe komponenty. Co prawda głównym rozgrywającym jest najnowsze wcielenie iście high end-owego, topowego przetwornika cyfrowo-analogowego kanadyjskiej marki Emm Labs DV2, to jednak ważnym uzupełnieniem będzie także kilka informacji na temat ich również pachnącego nowością streamera NS1. Zainteresowani? Jeśli tak, to zapraszam na kilka poniższych akapitów.

Opis obydwu konstrukcji rozpocznę od DAC-a. Jego aparycja z pozoru jest niezbyt radosna, bowiem przypomina coś na kształt monotonnego, sporych rozmiarów jak na przetwornik D/A monolitu. Jednak zapewniam, to jest właśnie jego atut. Powód? Po pierwsze – brak ostrych kantów znacznie uprzyjemnia odbiór wzrokowy. A po drugie – minimalistyczne wyposażenie frontu i dobór szaro-czarnej kolorystyki sprawiają, że projekt nie jest przeładowany wizualnie, a przez to jest w stanie wpisać się w wystrój nawet najbardziej wyszukanego estetycznie pomieszczenia. Przednią ściankę podzielono na trzy części. Dwie zewnętrzne są w kolorze całej skrzynki, czyli w przyjemnej jasnej szarości. Lewą w górnym rogu ozdobiono jedynie wyfrezowanym logo marki. Natomiast prawą oprócz podobnie wykonanego w dolnej połaci oznaczenia modelu, okupuje dodatkowo sporej wielkości, nieprzytłaczająca wizualnie projektu wielofunkcyjna gałka. Jednak to nie koniec oferty awersu, gdyż na zorientowanej w jego centrum czarnej połaci, patrząc od góry producent zaaplikował czytelny, błękitny wyświetlacz i tuż pod nim serię pozwalających poruszać się po menu pięciu prostokątnych przycisków. Jeśli chodzi plecy DV2-ki, te idąc drogą obsługi wszystkiego, co obecnie w domenie sygnałów oferuje rynek audio, uzbrojono w wejścia cyfrowe typu: AES/EBU, COAX, TOSLINK, USB i firmowy EMM OPTILINK, wyjścia analogowe XLR/RCA, kilka terminali serwisowych i zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania. Miłym dodatkiem ze strony producenta jest dostarczany w komplecie startowym pilot zdalnego sterowania, sygnowany oznaczeniem Emm Labs kabel sieciowy od potentata tego kawałka tortu firmy Kimber Kable i zatermionowany zakręcanymi minizłączkami kabelek światłowodowy do firmowego podłączenia przetwornika ze streamerem. Jak to zwykle bywa, tak i w tym przypadku z racji możliwości przeczytania wszystkiego na stronie producenta nie będę nadmiernie uzewnętrzniał się na temat najgłębszych technikaliów omawianego DAC-ka i przytoczę jedynie najważniejsze z punktu użytkowania. Pierwsza ważną informacją jest obsługa sygnałów do 24 bitów / 195 kHz PCM i DSD podczas wykorzystania wszystkich dostępnych wejść. Kolejną jest bezproblemowa praca z protokołami DSD i DXD (352/385 kHz) oraz MQA przez portal USB. I na koniec bardzo ważna dla użytkowników kochających minimalizm, umożliwiająca rezygnację z przedwzmacniacza liniowego, cyfrowa regulacja głośności. Naturalnie to jest jedynie wycinek niesionego przez DV2 dobra, jednak jak wspomniałem, postanowiłem przywołać moim zdaniem jedynie najważniejsze tematy.
Streamer NS1 w odróżnieniu od przetwornika, żeby nie powiedzieć minimalistyczny, rozmiarowo jest znacznie bardziej kompaktowy. To okazuje się być również monolitycznie wyglądająca, jasnoszara, jednak w tym przypadku pozbawiona jakichkolwiek manipulatorów, mała skrzynka. Jej niski front za pomocą pionowych nacięć, również podzielono na trzy części, z tą tylko różnicą, że gdy w przypadku zewnętrznych dostajemy powielenie motywów z DAC-a, to w środkowej znajdziemy jedynie trzy diody informujące o stanie urządzenia i pod nimi wykonany w tej samej technice co nazwa firmy i modelu napis przybliżający pomysłodawcę owych komponentów „meitner design”. Tylny panel przyłączeniowy mimo swoich niewielkich rozmiarów jest w pełni przygotowany do współpracy z każdym potencjalnym systemem i oferuje wyjścia cyfrowe typu: AES/EBU, TOSLINK i firmowy EMM OPTILINK, wejście USB dla dysku zewnętrznego, wejścia sieciowe: LAN, USB (dla modułu WiFi), UNITLINK, a także gniazdo zasilania. Jak z powyższego pakietu danych wynika, NS1-ką nie da się sterować manualnie, dlatego też do tego celu wykorzystujemy co prawda bez przymusu, ale najlepiej uzbrojony w aplikację ROON telefon, laptop lub iPad.

Nie będę udawał wszechwiedzącego, dlatego przyznam się szczerze, iż wpinając tytułowy przetwornik D/A w posiadany tor audio, nie miałem wiedzy, czego tak naprawdę się spodziewać. Nigdy nie udało mi się spotkać z tą konstrukcją na ubitym polu – oczywiście pomijając kilkanaście często bardzo niereprezentatywnych minut na jesiennej wystawie AVS 2019, dlatego też moje myśli nie były skażone jakimikolwiek domysłami. Owszem, biorąc udział w kilku forach tematycznych czytałem o jego świetnych występach, jednak co innego przeczytać o czymś, a co innego doświadczyć na własnym podwórku. I wiecie co? Z perspektywy spędzonego z tą konstrukcją czasu jestem rad, że po pierwsze – wreszcie udało mi się z nią zapoznać, a po drugie – potwierdziła krążące w sieci pozytywne opinie. Jakie? Że jest świetna. To znaczy? Oferuje wiele bardzo dobrych cech sonicznych. Począwszy od znakomitej rozdzielczości, przez odpowiednią wagę i oddech przekazu, zarezerwowane dla najlepszych budowanie szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny, po dodanie do wszystkich tych składowych z mojego punktu widzenia, przyjemnie odbieranej plastyki. Ale nie w sensie ograniczenia rozmachu wybrzmień instrumentów z perkusjonaliami włącznie, tylko nadania muzyce pierwiastka nieszkodliwej gładkości, a przez to namacalności. Czyli przekładając z polskiego na nasze, było w dobrym tego słowa znaczeniu gęsto, przy tym zaskakująco swobodnie, z rozmachem w domenie budowania planów i świetnie zawieszenie całości w wymiarze 3D. Co to oznaczało w realiach różnych kompilacji płytowych? Żeby nie było łatwo, na początek zaserwowałem Kanadyjczykowi starcie z Johnem Zornem i jego projektem Masada „First Live 1993”. To jest bardzo zróżnicowane z naciskiem w wielu kawałkach na energetykę i szybkość, bo z pogranicza free jazzu granie, z którym DV2 poradził sobie znakomicie. Gdy wymagał tego materiał, muzyka tętniła wymaganą dla tego krążka nie tylko energią jako taką, ale również szybkością jej różnicowania. To były na przemian wolne i szybkie pasaże z fantastycznym udziałem znakomitego instrumentarium i jakiekolwiek spowalnianie przekazu położyłoby całość na przysłowiowe łopatki. Tymczasem Emm Labs mimo dobrej masy i wspomnianej szczypty gładkości nie zwolnił tempa nawet na moment. Mało tego, Dzięki sznytowi nasycenia i gładkości dobiegającej z kolumn muzyki nie tylko nie miał żadnych problemów, ale wręcz znakomicie podkreślał różnice w brzmieniu pomiędzy często spierającymi się między sobą na scenie saksofonem frontmana i trąbką jednego z jego współgraczy. Banał? Bynajmniej, gdyż w swej zabawie miałem kilka przypadków, gdzie czasem krzykliwość, a innym razem przesycenie, testowo skonfigurowanego systemu zacierało różnice między tymi dwoma teoretycznie wykonanymi z blachy, jednak odmiennie generującymi dźwięk instrumentami. W tym podejściu i saksofon i trąbka bez problemu emanowały swoimi atutami – sax drewnem w stroiku, a trąbka przenikliwością. W drugim starciu Emm Labs zmierzył się ze znaną z czarująco śpiewanych ballad Dianą Krall „The Look Of Love”. Efekt? Po dobrym występie z mocnym brzmieniem przewidywalnie pozytywny, jednak do wspomnianego czaru głosu artystki doszła dobra lokalizacja w tle towarzyszącej jej na tej płycie formacji klasycznej, na co przy wyborze repertuaru bardzo liczyłem i się nie zawiodłem.
Wieńcząc dzieło opiniowania w napędzie CD-ka wylądowała muza elektroniczna spod znaku Massive Attack „Protection”. Jaki był cel tego przedsięwzięcia? Otóż zapragnąłem przekonać się, czy ogólnie słyszalna gładkość dźwięku nie przeszkadzała w oddaniu jego zamierzonej bardzo często przez muzyka przenikliwości. I wiecie co, było bardzo dobrze, bowiem na wstępie wspomniana rozdzielczość nie pozwoliła nawet na najmniejsze uśrednianie owych artefaktów. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że być może kilka systemów będące solą takiej muzy piski pokazałoby bardziej ofensywnie, jednak stawiam skrzynkę jabłek przeciwko siatce gruszek, iż w większości przypadków byłoby to raczej pokłosie wprowadzania do muzyki pakietu zniekształceń, a nie większej swobody w oddaniu witalności dźwięku. Tak tak, bardzo często ów znakomity wynik w drażnieniu naszego słuchu jest efektem zniekształceń, na co przedstawiciel segmentu High End nie ma prawa sobie pozwolić, a co jak widać po analizie tego tekstu, testowany DAC Emm Labs DV2 znakomicie wdrażał w życie.

Powoli zbliżając się ku końcowi tej opowieści skreślę kilka zdań o drugim urządzeniu testu, czyli firmowym streamerze NS1. Na początek wielkie podziękowania za trud dystrybutora w uruchomieniu pozwalającemu na przeprowadzenie tego starcia w mojej pozbawionej sieci komputerowej samotni. Niestety na chwilę obecną z racji zazwyczaj mniej angażującego grania plików od słuchania tego samego materiału z płyty CD, nie jestem emocjonalnie przygotowany na stawianie tego typu, pozwalających obcować z muzyką akcesoriów i wykupywanie abonamentu platformy streamingowej, dlatego też jeśli mam posłuchać czegoś z Tidala i tym podobnych przybytków, a nie twardego dysku, ten proces ceduję na dystrybutora, co jak widać, kolejny raz udało się zapiąć na ostatni guzik. Jak wypadł ów niepozorny gabarytowo „plikograj”? Naturalnie był bliźniaczym powieleniem oferty brzmieniowej przed momentem ocenianego przetwornika DV2, z tą tylko różnicą, że nieco bardziej słychać było pracę nad większą krągłością przekazu, minimalnie tonizując jego witalność. Skąd takie wnioski? Ten komponent konfrontowałem w dwóch konfiguracjach z dwoma różnymi źródłami. Pierwsze starcie było walką z moim odtwarzaczem płyt kompaktowych CEC TL0 3.0, zaś na drugie udałem się do mekki Marcina, gdzie sparingpartnerem był streamer Lumin U1 Mini. Naturalnie zalecam brać poprawkę na dość przypadkowe testowe konfiguracje, ale w obydwu przypadkach przywołane ugładzanie dźwięku było pierwszym, co rzucało się w uszy. Jednak proszę nie wyrywać sobie włosów z głowy, gdyż tak Marcin, jak i ja, mamy dość soczyście grające kolumny, a mimo w najmniejszym stopniu to nie był to zwalisty, a jedynie mocniej podkręcony w domenie nasycenia i mniejszej przenikliwości przekaz. Zatem należy podejrzewać, że naprawdę niewielkim nakładem pracy – oczywiście w momencie takiej potrzeby – jesteśmy w stanie ten efekt nawet jeśli nie zlikwidować, to przynajmniej zminimalizować. Wszystko zależy do zastanego środowiska, upodobań miłośnika muzyki i jego determinacji w osiągnięciu celu.

Mam nadzieję, że wszelkie wychwycone aspekty brzmienia obydwu komponentów udało mi się w miarę strawnie przekazać. Dlaczego tak się ubezpieczam? Otóż to są na tyle świetne urządzenia – w szczególności flagowy przetwornik cyfrowo/analogowy, że pominięcie nawet najdrobniejszego niuansu byłoby dla nich krzywdzące. A to tylko jedna strona medalu, gdyż jeśli ja czegoś nie wskażę, wówczas potencjalny nabywca może się daną konstrukcją nie zainteresować. Dlatego też liczę, że z tej walki o prawdę wyszedłem z tarczą. Czy to są konstrukcje dla wszystkich? Myślę, że jak najbardziej, gdyż swoje atrybuty plastyki i gładkości aplikują stosunkowo delikatnie, co w przypadku chęci korekcji brzmienia łatwo da się skorygować. Wystarczy mieć trochę wiedzy i wszystko jest możliwe. Czy jest haczyk? Naturalnie, jak to w segmencie High End-u bywa, pewnym problemem może być zasobność portfela potencjalnego nabywcy w banknoty NBP. Jednak jeśli nie jest to dla Was temat tabu, moim zdaniem podczas poszukiwań czy to DAC-a, czy streamera, nie możecie zapomnieć o testowanym dzisiaj duecie marki Emm Labs DV2 i NS1.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Koris
Ceny
EMM Labs DV2: 147 900 PLN
EMM Labs NS1: 22 900 PLN

Dane techniczne
EMM Labs DV2
Wejścia cyfrowe:
– EMM OptiLink (CD, SACD) dedykowane źródłom EMM Labs
– AES/EBU: 24-bit/192kHz i DSD
– 2 x S/PDIF Coax: 24-bit/192kHz i DSD
– 2 x TosLink: 24-bit/192kHz i DSD
– USB: 2xDSD, DXD (352/384kHz), MQA, 24-bit/192kHz
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Złącza serwisowe:: USB – upgrade oprogramowania, RS-232 – sterowanie/komunikacja
Impedancja wyjściowa: 300 Ω XLR, 150 Ω RCA
Napięcie wyjściowe (High/Low): 7.0/5.0V XLR, 3.5/2.5V RCA
Pobór mocy: 30 W max
Wymiary (S x G x W) : 438 x 400 x 161 mm
Waga: 17.2kg
Wersje kolorystyczne: srebrna, czarna

EMM Labs NS1
Obsługiwane format audio: AAC, AIFF, ALAC, FLAC, MP3, WAV, WMA
Obsługiwane serwisy streamingowe: Tidal, Qobuz, Spotify, Deezer, vTuner
Wsparcie dla: MQA®, DSD (DFF, DSF), UPNP/DLNA, Roon Ready / Roon End Point
Wejścia: Ethernet (RJ45), 2x USB type A
Wyjścia cyfrowe: EMM Optilink, AES/EBU, TOSLINK SPDIF
Pobór mocy: 10 W
Wymiary (S x G x W): 280 x 268 x 60mm
Waga: 5kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

Métronome AQWO

Link do zapowiedzi: Métronome AQWO

Opinia 1

Wbrew co i rusz rozpowszechnianym przez „życzliwych” pogłoskom o rychłej śmierci srebrnych krążków sytuacja na rynku Hi-Fi i High-End wydaje się temu przeczyć. Zamiast bowiem wzorem operującej na budżetowych pułapach hipermarketowej braci zwijać żagle i w owczym pędzie odcinać się od przeszłości grubą kreską, stawiając wszystko na jedną kartę – pliki, większość „wysokopółkowych” graczy nie tylko zachowuje stoicki spokój, co z żelazną konsekwencją rozwija swe portfolio cyfrowych odtwarzaczy fizycznych nośników. Do powyższego grona zalicza się również francuski Métronome, który w maju 2018 r – na monachijskim High Endzie zaprezentował szerszemu gronu swój najnowszy „dyskofon”. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż AQWO, bo tak właśnie został ochrzczony ów odtwarzacz, oprócz standardowych płyt CD, jako pierwszy w historii marki, jest również zdolny poradzić sobie z „gęstymi” krążkami SACD. Rychło w czas, jak na ponad dwadzieścia lat od wprowadzenia praktycznie martwego obecnie formatu, nieprawdaż? Zanim jednak zaczniemy pukać się z politowaniem w czoło, warto zastanowić się do jakiego odbiorcy Métronome kieruje swój najnowszy odtwarzacz. Czy jest nim przeciętny zjadacz chleba zadowalający się darmowym Spotify w dalekiej od naszych wymagań jakości, czy wysmakowany audiofil i meloman uparcie dążący do upragnionej nirwany? Jeśli znacie Państwo odpowiedź na powyższe pytanie, to doskonale wiecie, że takim, w pewnym sensie, dziwakom jak my – audiofile, żadna nisza niestraszna. Przeżyliśmy „upadek” czarnej płyty, odtrącenie taśm, więc i dalsze wymieranie gatunków przetrwamy, a że przy okazji zostaniemy zepchnięci do kolejnej niszy, prawdę powiedziawszy zaskakująco mało nas interesuje. Liczy się za to fakt, że czy to z pomocą tytułowego Métronome AQWO, czy podobnych mu urządzeń mamy wolność wyboru czego – jakiego formatu i w jakiej jakości słuchamy. Jeśli zastanawiacie się zatem cóż też smakowitego wysmażyli francuscy mistrzowie audiofilskiej kuchni molekularnej serdecznie zapraszam na nasze redakcyjne trzy po trzy.

Nie wiem, jak z Państwa punktu widzenia, lecz z mojej perspektywy i przez pryzmat lat spędzonych na odsłuchiwaniu, fotografowaniu a czasem i pożądaniu najprzeróżniejszych urządzeń z segmentu Hi-Fi i High-End już na pierwszy rzut oka Métronome AQWO zdradza swoje pochodzenie. Chodzi bowiem o to, że ma w sobie coś z na swój sposób kultowych odtwarzaczy Micromegi z serii Stage. Oczywiście sam układ frontu, czy nawet typ mechanizmu (top-loader vs zwykła szuflada) wykluczają bliźniacze podobieństwo, ale swoista kanciastość i surowość formy wydają się natywne dla produktów znad Loary. Jeśli jednak ktoś niespecjalnie ma ochotę na audiofilskie ekshumacje dawno zapomnianych przez nowożytnych odbiorców modeli spieszę donieść, że rezydująca nieopodal Tuluzy (Z.A. Garrigue Longue) ekipa R&D przyłożyła się nie tylko do trzewi, lecz również designu tytułowego odtwarzacza. A właśnie – w niniejszej recenzji pozwolę sobie na pewien myślowy skrót i AQWO określać będę mianem odtwarzacza, choć de facto mamy do czynienia z klasycznym przykładem 2w1, gdzie oprócz obsługi srebrnych krążków otrzymujemy pełnoprawny przetwornik D/A, czyli DAC. Jednak ad rem. Front wykonano z masywnego płata anodowanego aluminium, w którego centrum wkomponowano imponujący 6,5” kolorowy, dotykowy wyświetlacz o ultra-panoramicznych, iście kinowych proporcjach 21:9. Jego obecność w sposób totalny, czyli do zera, zredukowała obecność standardowych przycisków. Na płycie górnej znajdziemy za to manualnie przesuwaną pokrywę ukrytego w niewielkiej niecce transportu CD/SACD wykonywanego na zamówienie przez D&M. Na wyposażeniu znajduje się stosowny, stabilizowany siłą niewielkich magnesów docisk z tworzywa Delrin® (Polyoxymethylene POM produkowany przez koncern DuPont). Miłą niespodzianką dla nocnych marków jest błękitna dioda oświetlająca komorę napędu, co szalenie ułatwia operowanie płytami nawet przy pełnym zaciemnieniu pomieszczenia odsłuchowego.
Nad wyraz atrakcyjnie prezentuje się również ściana tylna naszego dzisiejszego gościa, na której oprócz masywnego włącznika głównego i zintegrowanego z bezpiecznikiem gniazda IEC znajdziemy logicznie rozplanowane poszczególne bloki interfejsów. I tak górna linia przypadła w udziale wyjściom cyfrowym – HDMI pełniącemu rolę magistrali I²S dla sygnałów SACD, AES/EBU, koaksjalnemu i Toslink. Poniżej w równym rządku przycupnęły zdublowane gniazda AES/EBU, koaksjal i Toslink wspomagane koniecznym do obsługi najwyższych gęstości sygnałów portem USB. Domenę analogową reprezentują dwa duety gniazd RCA i XLR.
Sercem odtwarzacza jest para przetworników AKM AK4497 z referencyjnej serii Velvet Sound Verita zdolna obsłużyć zarówno sygnały PCM 768 kHz/32-bit, jak i DSD512. Oprócz tego w stopniu wyjściowym może, bo wcale nie musi – po pierwsze jest opcjonalna a po drugie aktywowana z poziomu panelu głównego – poprzez kliknięcie stosownej ikony, para lamp JAN6922. Z dodatków dostępnych po kliknięciu na widocznym na frontowym ekranie logotypie otrzymujemy dostęp do predefiniowanych dla wykorzystywanych przetworników sześciu cyfrowych filtrów: Sharp/Slow/Super-Slow, Short Delay Sharp/Slow i Low Dispersion Short Delay roll-offs. Od razu uprzedzę fakty i zaznaczę, iż jednostki cierpiące na nerwicę natręctw z pewnością mogą popaść w dylematy rodem „osiołkowi w żłobie dano”, lecz większość użytkowników po nausznej weryfikacji na ulubionych nagraniach, powyższego wachlarza charakterystyk z pewnością wybierze swoją ulubioną, ustawi ją i zapomni o temacie. Nie będę nawet zgadywał która z nich przypadnie Państwu najbardziej do gustu, więc powiem – i tak, i tak będziecie musieli sami tę pracę domową odrobić a im szybciej się za nią weźmiecie, tym szybciej przestaniecie zaprzątać sobie nią głowę.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli do brzmienia, które jak przystało na rasowy high – endowy multiformatowiec, a za taki z pewnością możemy uznać AQWO, już od pierwszych taktów jasno daje do zrozumienia, że żarty się skończyły i nikt tutaj jeńców brać nie zamierza. Mocny wstęp? I bardzo dobrze, bo taki właśnie miał być, gdyż decydując się na Métronome’a powinniśmy mieć świadomość, że jego rolą nie jest poprawianie, czy też maskowanie zarówno błędów popełnionych przez nas samych – przy konfiguracji systemu, w którym przyszło mu grać, jak i tych mających miejsce w trakcie sesji nagraniowych. Jeśli coś takiego miało miejsce możecie być Państwo pewni, że francuski odtwarzacz nie omieszka Was o tym poinformować.
Jeśli nie wiecie do czego piję pozwolę posłużyć się przykładem opartym na dalekiej od audiofilskich wzorców twórczości formacji Megadeth. Włączmy najpierw „współczesny”, bo datowany zaledwie na 2013 r. album „Super Collider”. I? Nie, to nie Państwa sprzęt się popsuł, ten krążek tak właśnie brzmi – cienko jak zadek węża i płasko jak anorektyczna modelka na wybiegu któregoś projektującego z myślą o wieszakach nienawidzącego kobiet frustrata. Wystarczy jednak zmienić wsad na sygnowany przez MFSL „Countdown To Extinction”, by pozostając w tej samej thrash metalowej estetyce odkryć, iż w tej jakże pozornej kakofonii drzemie oczywista głębia, trójwymiarowość i … wyrafinowanie. Wniosek wydaje się oczywisty – powodem początkowego niesmaku wcale nie był wybór kontrowersyjnego, przynajmniej jak na recenzenckie realia gatunku muzycznego, lecz de facto jakość (a raczej jej brak) samej realizacji. Czy uprawnionym jest zatem obwinianie odtwarzacza za taki a nie inny efekt prezentacji? Oczywiście powyższe pytanie ma charakter czysto merytoryczny, gdyż chociaż już Sofokles w „Antygonie” stwierdził, iż „Nikt nie kocha posłańca, który przynosi złe wieści”, to akurat w naszym przypadku sprawa wydaje się całkowicie jasna i klarowna – otrzymujemy prawdę taką, jaka ona jest. Niezależnie od tego, jaka by ona nie była.
Métronome gra bowiem niezwykle rozdzielczym a jednocześnie czystym, gładkim dźwiękiem, lecz niespecjalnie toleruje sytuacje, gdy serwowana mu strawa sprawia, że nie może powyższych cech przekazać dalej. Wije się wtedy jak piskorz męcząc zarówno się, jak i słuchaczy. Delikatne ukojenie, obydwu stronom, czyli tak odtwarzaczowi, jak i odbiorcom przynosi uaktywnienie lampowego stopnia wyjściowego, choć proszę nie spodziewać się po nim nie wiadomo jakich cudów, bo z próżnego to i AQWO nie naleje. Ot, średnica dostaje lekki zastrzyk saturacji i mięsistości, lecz zarówno krótki, twardy i piekielnie szybko kopiący bas, oraz krystaliczna góra nie tyle pozostają na swoich miejscach, co nigdzie się nie wybierają. Niemniej jednak była to opcja, z której korzystałem nad wyraz często.
Wystarczy jednak sięgnąć po zarejestrowany w belgijskim Galaxy materiał „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna bądź którekolwiek z przewijających się w naszych recenzjach nagrań sygnowanych przez 2L, jak daleko nie szukając diametralnie różne od powyższego „Tomba sonora” Stemmeklang / Kristin Bolstad, by odkryć drugie, zdecydowanie bardziej łaskawe oblicze francuskiego dyskofonu. Métronome zamiast piętnować wady zaczyna skupiać się na eksploracji wszelakiej maści smaczków, detali i niuansów dających wielce namacalne wyobrażenie tak o warunkach akustycznych pomieszczeń, w których konkretnych nagrań dokonano, jak i samej aury otaczającej muzyków i wokalistów. Z niezwykłą swobodą i zaangażowaniem tka misterną pajęczynę dźwięków zawieszonych w smolisto czarnej otchłani sprawiając, że podczas odsłuchu czas nie tyle się zatrzymuje, co płynie całkowicie niezależnie od otaczającego nas bezrefleksyjnego pędu. To muzyka nadaje tempo a nie kolejne deadline’y wyznaczane w globalnych korporacjach.
A właśnie – timing, czyli zagadnienie, które w przypadku Métronome’a wydaje się może nieoczywiste, jednak to właśnie ono jest tutaj kluczowe. Co ciekawe jego sedno wcale nie leży w jakiejś zaraźliwej motoryce niepozwalającej spokojnie usiedzieć w miejscu, co mam niejako na co dzień dzięki obecności w swym dyżurnym torze Ayona CD-35, lecz zagnieżdżone jest na nieco głębszych pokładach wrażliwości. Sięga bowiem mikrodynamiki i to właśnie tam kreuje szkielet, na jakim budowana jest cała narracja przekazu. Jeśli jednak obawiacie się Państwo zbyt „kruchej” struktury, to spieszę Was uspokoić, że zupełnie niepotrzebnie, bowiem nawet power metalowe albumy japońskiej formacji GALNERYUS „Into The Purgatory”, oraz nieco starszy, pochodzący z 2012 r „Angel of Salvation” z epickim czternastominutowym utworem tytułowym z tematem przewodnim opartym na „Koncercie skrzypcowym D-dur op.35” Czajkowskiego w sposób całkowicie jednoznaczny pokazują, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Po prostu francuski odtwarzacz spektakl buduje od szczegółu do ogółu i jeśli się z tym faktem pogodzimy nie powinniśmy mieć dalszych wątpliwości co do jego umiejętności radzenia sobie nawet w tak ekstremalnych, jak powyższe sytuacjach.

Métronome AQWO to odtwarzacz/DAC grający ze swoimi odbiorcami w otwarte karty. Już od pierwszych taktów jasno daje do zrozumienia, że zdecydowanie bardziej komfortowo czuje się z dobrymi realizacjami i prawdziwymi muzykami z krwi i kości, aniżeli nagraniami popełnionymi byle jak i przez byle kogo. Nie oznacza to bynajmniej, iż powinni się nim zainteresować jedynie legendarni „trzypłytowi audiofile”, gdyż już mój – w pełni świadomy, wybór materiału testowego pokazuje, że i ekstremalne odmiany ciężkiego Rocka mu niestraszne. Jednak mając na uwadze jego bezkompromisowe podejście w dążeniu do prawdy, jaka by ona nie była, warto uwzględnić to przy konfiguracji systemu w jakim przyjdzie mu pracować i z umiarem dozować ukierunkowane na analityczność komponenty.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Choć nasza zabawa w opiniowanie sprzętu audio opiera się o dość swobodny dobór urządzeń, dziwnym trafem jakoś nie po drodze nam z konstrukcjami znad Loary. Co prawda po dogłębnej analizie naszego testowego portfolio, okaże się, iż jednak kilka zderzeń z francuskimi wyrobami spod znaku Triangle’a, Focala, czy Davis Acoustics przez ostatnie sześć lat udało nam się zaliczyć, jednak prawdę mówiąc, pomijając ostatnio oceniany zestaw Jadis, jest to kropla w morzu potencjalnych możliwości. Co jest tego przyczyną niestety nie jestem w stanie zdiagnozować, jednak bez względu na wspomniany trend mam dzisiaj dla Was dobrą informację. Otóż nieco zagęszczając harmonogram testów urządzeń z regionu zamieszkałego przez smakoszy winniczków, mam przyjemność zaprosić wszystkich zainteresowanych na spotkanie z Métronome AQWO – idącym trochę pod prąd obecnej modzie na pliki francuskim 2w1 – odtwarzaczem płyt CD/SACD z funkcją DAC-a. Zaskoczeni, że ktoś nadal oferuje źródła oparte o srebrne krążki? Ja w najmniejszym stopniu nie. Ba, jestem z takiego podejścia do tematu wielce kontent a w celach porządkowych podobnych sobie akolitów fizycznych nośników informuję, iż wspomnianą tytułową zabawkę dystrybuuje i naturalnie dostarczył to testu stacjonujący w Poznaniu Koris.

W przypadku tytułowego odtwarzacza Métronome’a mamy do czynienia z unikającą wizualnego rozgłosu prostotą bryłą. Jednak minimalistyczny design nie wynika z „optymalizacji kosztów własnych”, czyli oszczędnościach w obszarze wzornictwa przemysłowego, lecz jest pochodną jego głównych założeń konstrukcyjnych. Warto bowiem nadmienić, iż AQWO jest klasycznym top loaderem, w którym płyty aplikujemy od góry – do dedykowanej komory, a nie przy pomocy usytuowanej na froncie zwyczajowej szuflady, czy też ostatnimi czasy modnej szczeliny. To zaś przed potencjalnym użytkownikiem stawia wymagania typu: zapewnienie CD-kowi odpowiedniej odległości od znajdującej się nad nim potencjalnej półki z innym komponentem, lub posadowienie go na zazwyczaj będącej najważniejszym miejscem audiofilskiego ołtarza szczytowej platformie nośnej naszego stolika. Idąc dalej tropem technikaliów nie mogę nie wspomnieć o kilku istotnych dla wielu miłośników muzyki zaletach Métronome’a. Otóż oprócz obsługi przywołanych formatów CD i SACD, Francuz oferuje dodatkowo dostęp do wewnętrznego przetwornika cyfrowo-analogowego, możliwość wyboru jednego z sześciu filtrów dekodujących odczytany z płyty cyfrowy sygnał, a także ku zadowoleniu wielu piewców szczypty słodyczy w brzmieniu swoich układanek możliwość wykorzystania podczas słuchania muzyki wariantu wyjścia sygnału analogowego przez stopień lampowy. Tak, tak, jednym ruchem czy to ręki na zlokalizowanym na froncie wielkim wyświetlaczu dotykowym, czy za pomocą dostarczonego w komplecie pilota, jesteśmy w stanie mocno zmienić brzmienie generowanego materiału. To znaczy? O tym za moment. Najpierw wieńcząc akapit techniczny dodam jeszcze, iż powyższe funkcjonalności wymusiły na konstruktorach wygospodarowanie na awersie urządzenia sporej oferty przyłączy. I tak patrząc od lewej strony znajdziemy na nim włącznik główny, gniazdo zasilania, podwojone wejścia cyfrowe: AES/EBU, SPDIF i TOSLINK, pojedyncze wyjścia cyfrowe SACD (HDMI I²S), AES/EBU, SPDIF i TOSLINK, a także pojedyncze wyjścia liniowe XLR i RCA. Tak uzbrojony wielofunkcyjny kombajn posadowiono na trzech zaaplikowanych w celach jak najlepszej eliminacji szkodliwych wibracji podłoża stopach.

Rozpoczynając przybliżanie pomysłu francuskiej myśli technicznej na pokazanie świata muzyki przypomnę, iż AQWO w swych układach elektrycznych oferuje dwa wyjścia sygnału. Tak tak, piję do stopnia lampowego. Otóż na co dzień obcując z dość gęstym systemem audio, na początek nie omieszkałem sprawdzić, czy posmak szklanych baniek w fonii nie spowoduje zbytniej ilości cukru w cukrze. I wiecie co? Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, iż owszem, Métronome przesunął sznyt brzmienia mojego zestawu w kierunku lampowej eufonii, jednak zrobił to na tyle umiejętnie, że prawie cały test przebiegł z wykorzystaniem wspomnianego analogowego dodatku. Dlaczego nie cały? O tym za moment. Jak zatem wyglądał przekaz w zdecydowanej większości procesu opiniowania? Znakomicie. Fajna plastyka, która oczywiście delikatnie gładząc ostrość kreski rysującej wirtualne byty, nie powodowała sprawiającego na dłuższą metę zbytniego uśredniania muzycznych opowieści. Było gładko, ale gdy wymagał tego materiał z werwą. Co ciekawe, szczypta lampy powodowała delikatne zaciemnienie na scenie, co w zaskakujący sposób dobrze oddawało jej rozbudowaną głębię. A gdy na koniec dodam, iż dzięki wspomnianej pracy w zakresie nasycenia i barwy odtwarzacz świetnie prezentował się w domenie energii średnicy, okaże się, że w tych korporacyjnych, nastawionych na pęd ku karierze bez oglądania się za siebie czasach, jest jednym z nielicznych urządzeń na rynku naprawdę pozwalających odprężyć się przy ukochanych płytach. W takim duchu wypadała większość testowych pozycji płytowych typu Paul Bley z Garym Peacockiem i Paulem Motianem w kompilacji „When Will The Blues Leave”, czy Buddy Guy z materiałem „Skin Deep”. Świetne oddanie wszelkiego rodzaju opartego o prace w średnim zakresie częstotliwości instrumentarium, czyli monumentalny fortepian, pełen barwy, energii i oczywiście z informacją o strunie i pudle kontrabas, powodowało, że w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi wspomniane lekkie zaokrąglenie krawędzi dźwięku z wyjścia lampowego. Po prostu zanurzałem się w tej twórczości bez prób wybierania co lepszych kawałków, tylko słuchałem od przysłowiowej deski do deski. Owszem, atak był lekko kulturalniejszy, jednak na przekór potencjalnym przewidywaniom nie posiadał oznak ospałości. Podobnie zniewalał mnie wywołany do tablicy Buddy Guy. Jednak w tym przypadku muzyk do zaczarowania mojej bardzo wyczulonej na zbytnie uśrednienie przekazu duszy melomana używał swojego głosu. Oczywiście w całej jego muzycznej opowieści niebagatelną rolę odgrywała również obsada instrumentalna, jednak z racji potencjalnego powtarzania pochwał zaczerpniętych z trio Paula Bley’a wspominam tylko o frontmanie.
Naturalnie to są tylko tak na szybko przywołane do tablicy, najlepiej wypadające około jazzowe i bluesowe przykłady, gdyż w podobnym tonie wybrzmiewał również dobrze nagrany rock. Dlaczego tylko dobrze nagrany? I tutaj w mojej ocenie umiejętności sonicznych przedstawiciela Francji dochodzimy do drugiego „ja” testowanego odtwarzacza. Mianowicie w swej złośliwości postanowiłem zderzyć go z materiałem grupy Slayer. Jak wieść gminna niesie, panowie nie przebierając w słowach mają gdzieś jakość realizacji swoich popisów, co często natychmiast okazuje się być jeśli nie niesłuchalne, to przynajmniej zmusza okopanego w postanowieniu przebrnięcia przez lubiany materiał słuchacza, do decyzji walki o jakiekolwiek zrozumienie rozgrywających się w jego pokoju wydarzeń scenicznych. Co mam na myśli? W najprostszych słowach w zdecydowanej większości fan danego zespołu odczytuje intencje artystów z dostarczonej w etui płyty książeczki, lub sam dopowiada sobie wykrzyczane kwestie wokalne i zlane w jedną papkę interwały instrumentalne. I niestety w poprawie odbioru tego typu orgii zazwyczaj nie pomaga nic. Jednak określenie zazwyczaj nie oznacza nigdy, Co mam na myśli? Oczywiście w odruchu ratunku przed bólem uszu postanowiłem zrezygnować z lampowego stopnia wyjściowego. Efekt? No nie, nie zrobiło się bajecznie niczym realizacje rodem z masteringu XRCD24 oficyny JVC, ale ku mojemu zaskoczeniu muzyka nagle zdawała się być zrozumiała i nawet w pewien sposób porywająca. Przy okazji ostrzejsza w brzmieniu, ale przecież w takim duchu powstawała, dlatego nawet jeśli to nie była moja codzienna bajka, z nutką przyjemności, dla potwierdzenia zauważonej poprawy odtwarzania muzyki buntu zapodałem sobie kilka zrealizowanych w podobnym tonie srebrnych krążków. Jednak przypominam, to był margines moich doświadczeń, jednak w momencie takiej odmiany słabo wydanych nagrań nie mogłem o tym nie wspomnieć, a co dla Was może okazać się ważnym elementem procesu zakupu.

Jak się okazuje, mnie najbardziej przypadła do gustu opcja malowania świata nutką lamp próżniowych. Jednak ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu w pierwszym kontakcie zbyt neutralna prezentacja bez szklanych baniek w torze, w obszernym dziale muzycznym – słabo zrealizowany rock – okazała się być, jeśli nie niezbędna, to co najmniej bardzo przydatna. Która twarz Métronome’a AQWO przypadnie Wam do gustu, okaże się podczas osobistych zderzeń. Ja po tych kilkunastu dniach zabawy z francuskim odtwarzaczem mogę powiedzieć jedno. Będące głównym bohaterem testu w dobrym tego słowa znaczeniu dwulicowe źródło, nie dość, że w znakomitej większości pozwoli Wam odprężyć się przy muzyce bez oglądania się na pędzący dookoła świat, w momencie chęci obudzenia się z tego co prawda przyjemnego, to jednak nie mogącego trwać wiecznie letargu, nawet przy użyciu słabego materiału muzycznego zrobi to w dobrym jakościowo stylu. A to potrafią nieliczni.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15. Vitus Audio SL-103
– końcówka mocy: Vitus Audio SS-103
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Koris
Cena: 12 800 € + 1 070 € lampowy stopień wyjściowy

Dane techniczne
Napęd: wykonywany na zamówienie SACD D&M z dociskiem z Delrin®
Rozdzielczość przetwornika: 32 bits / 384 kHz dual mono
Wejścia cyfrowe:
– asynchroniczne USB typ B (32/384)
– S/P DIF 75 Ω RCA x2
– AES-EBU 110 Ω XLR x2
– Optyczne Toslink x2
Wyjścia cyfrowe:
– I²S HDMI
– S/P DIF 75 Ω RCA
– AES-EBU 110 Ω XLR
– Optyczne Toslink
Wyjścia analogowe:
– para RCA: 1.4/2.5/3 V RMS @0dB – 47 kΩ
– para XLR: 1.4/2.5/3 V RMS @0dB – 600 Ω
– opcjonalne wyjście lampowe z dedykowanej płytki
Pobór mocy: 40 VA
Wymiary (S x W x G): 425 x 130 x 415 mm
Waga: 15 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Koris

Métronome AQWO
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak widać na załączonych zdjęciach szumne zapowiedzi dotyczące śmierci srebrnych krążków okazały się mocno przedwczesne, gdyż płyty CD niespecjalnie same z siebie chcą zejść z ringu, a i producenci po chwilowym zastoju co i rusz wypuszczają nowe odtwarzacze. Do powyższego grona z pewnością można zaliczyć  Métronome, który to oferuje wielce zaawansowany, zintegrowany z DAC-iem odtwarzacz CD/SACD o łatwo wpadającej w oko i ucho nazwie AQWO.

cdn. ….