Tag Archives: McIntosh MA 12000


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. McIntosh MA 12000

Link do zapowiedzi: McIntosh MA 12000

Opinia 1

To chyba jasne jak słońce, że gdy dociera do nas propozycja przetestowania jakiegoś ciekawego produktu będącej zarzewiem dzisiejszego spotkania amerykańskiej marki, specjalnie nie trzeba nas do tego namawiać. Rzeczony McIntosh, bo oczywiście o nim mowa, bezapelacyjnie od lat jest pełnoprawnym przedstawicielem high end-owego mainstreamu, a takim tuzom się nie odmawia. Tym bardziej, że za każdym razem jest to bardzo ciekawe doświadczenie tak organoleptyczne, jak i soniczne, co sprawia, że relację z testu pisze się na przysłowiowym jednym wdechu. Czy zawsze? Jak na razie tak. A czy taki stan nadal trwa, okaże się podczas przelewania na klawiaturę opinii na temat dostarczonego przez warszawski Hi-Fi Club, na chwilę obecną flagowego hybrydowego wzmacniacza zintegrowanego McIntosh MA 12000. Intrygujące? Myślę, że tak, a zainteresowanych jak wspomniany piecyk wypadł podczas kilkutygodniowym boju, zapraszam na kilka poniższych strof o jego brzmieniu.

Jeśli chodzi o budowę naszego bohatera, wspominałem już, iż jest to oferująca 350W na kanał konstrukcja hybrydowa, w której sekcję przedwzmacniacza oparto na lampach, a wzmocnienie sygnału na rozwiązaniu tranzystorowym. To dość często wykorzystywany przez Amerykanów podział ról, bowiem pozwala połączyć piękno brzmienia szklanych baniek z zapasem mocy wysterowującym nawet najtrudniejsze kolumny. Kreśląc kilka zdań o bryle i wyposażeniu wzmacniacza dość istotnym jest udane połączenie typowej dla konstrukcji lampowych połączenie niskiej platformy nośnej dla podstawowych układów elektrycznych z gęsto upakowaną nadbudową kryjącą resztę wykorzystanych do jego powstania podzespołów. Naturalnie jak to u McIntosha jest standardem, jego bryła może pochwalić się feerią kolorów. W palecie barw znajdziemy czerń wszystkiego co znajduje się w górnej części wzmacniacza, chrom jako wykończenie bocznych ścianek podstawy, srebro będące efektem aplikacji aluminiowych rączek logistycznych na awersie oraz błękit najbardziej kojarzonych z popularnym Mac-em wskaźników wychyłowych oddawanej mocy. Jak wynika z tego zdawkowego opisu, Mac jest jedyny w swoim rodzaju i albo się go kocha, albo nienawidzi. Jednak co w tym wszystkim jest bardzo ciekawe, to fakt bardzo niewielkiej ilości oponentów tego typu wystroju elektroniki, co biorąc pod uwagę od zawsze optowanie mocodawców marki za takim designem, od strony wizerunkowej czyni Jankesa czymś ponadczasowym. A jak MA 12000 prezentuje się w kwestii wyposażenia? Naturalnie jak przystało na flagowca, ma dosłownie wszystko. To zaś oznacza, że oprócz typowej dla wzmacniacza zintegrowanego baterii wejść i wyjść analogowych oraz dedykowanych dla trzech rodzajów obciążenia 8, 4 i 2 Ohm zacisków kolumnowych, mamy w standardzie także znakomity przetwornik cyfrowo-analogowy i rozbudowany, pozwalający dostroić go do używanej wkładki MM/MC poprzez regulatory na froncie przedwzmacniacz gramofonowy. Powiem to bez ogródek, to pełną gębą elektroniczny kombajn w świetnym opakowaniu, co bez dwóch zdań pozwala wpiąć go w najbardziej skomplikowany tor audio. Naturalnie przy tylu dostępnych funkcjach w komplecie startowym dostajemy systemowego pilota zdalnego sterowania.

Jak MA 12000 zagrał? Najważniejszym było bardzo swobodne prowadzenie kolumn. Dzięki temu nie miał najmniejszych problemów ze znakomitym pokazaniem zabawy muzyków w dobrze zebranym w sobie najniższym zakresie częstotliwościowym, ale także nawet w najbardziej skomplikowanych przebiegach nutowych z utrzymaniem poczucia swobody prezentacji oferującej szerokie i głębokie rozbudowanie wirtualnej sceny. To dla mnie dwie podstawowe składowe poprawnego pokazania muzyki, dlatego są pierwszymi na liście tematami do weryfikacji. Tytułowy Mac nie miał z tym żadnego problemu, pewnie dlatego tak dobrze wypadł również w zapewnieniu przyjemnej dla ucha esencjonalności, przy zachowaniu stosownej rozdzielczości rozwibrowanej średnicy. Co prawda bardzo istotną rolę w temacie ogólnego odbioru odgrywała aplikacja lamp elektronowych, co przekładało się na minimalne ocieplenie, powtarzam ocieplenie, a nie utemperowanie wysokich tonów, jednakże w efekcie były jedynie nieco słodsze od typowego tranzystora nie tracąc przy tym na dźwięczności. I gdy zbierzemy przywołane cechy brzmienia naszego bohatera, chyba nikogo nie zdziwi fakt brylowania podczas testu we wszelkiej maści materiale od barokowego wychwalania „Najwyższego”, przez popisy grania tak zwaną ciszą w jazzie, po rockowy bunt.
Na pierwszy ogień weźmy choćby interpretację twórczości Claudio Monteverdiego przez Johna Pottera z formacją The Dowland Project „Care-charmin Sleep”. Bezproblemowy sposób budowania wielkiej, pozbawionej ograniczeń rozmachu sceny znakomicie pozwalał brylować partiom wokalnym frontmena pod wysoko zawieszonym sklepieniem goszczącej muzyków budowli sakralnej To podstawa tego krążka i byłem rad, że nie zauważyłem najmniejszego ograniczenia tego aspektu ze strony testowo skonfigurowanego systemu. A to nie koniec dobrych wiadomości. Chodzi mianowicie o to, że ów rozmach ciekawie wspomagała sygnowana płynnością lamp elektronowych praca reszty zespołu. Mam na myśli sekcję instrumentalną, która często w takich projektach wykorzystuje konstrukcje z epoki lub ich wierne kopie. Wielbiciele tego rodzaju muzyki ze mną włącznie znakomicie wiedzą, iż to inna brzmieniowa bajka, a ta dzięki sposobowi prezentacji opisywanej integry całkowicie bezwiednie oderwała mnie od rzeczywistości na dobrą godzinę. Na tyle głęboko, że obudził mnie dopiero powrót soczewki lasera do punktu zeru na płycie CD. Jak i kiedy, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że o rzeczywistym świecie przypomniała mi cisza w głośnikach.
Nieco inaczej, jednakże bliźniaczo ciekawie wypadła produkcja rockowa spod znaku Deep Purple w koncertowym wydaniu „Made In Japan”. To niestety niezbyt rewelacyjnie wydany materiał. Jednak nie zawsze jest skazany na porażkę. Chodzi o to, że podczas sesji testowej wespół z umiejętnościami McIntosha w postaci dobrego operowania pełnym energii dolnym zakresem oraz fajnego podkręcenia emocji przez wolne elektrony w żywotnej z tego powodu średnicy, ta teoretycznie skazana na pewnego rodzaju porażkę płyta zagrała bardzo intrygująco. Muzyka nabrała fajnego body, a dźwięczność podgrzanego, na szczęście nie ulepionego zbytnio, tylko raczej tryskającego radością środka spowodowały, że z jednej strony przekaz nabrał przyjemnej dla odbioru ogłady i masy, ale z drugiej nadal oferował niezbędny do pokazania pazura tego typu wydarzeń pakiet nieprzewidywalności. Nareszcie słuchałem tego koncertu z wielką przyjemnością, a nie grymasem na twarzy.
Na koniec kilka słów o znajdującym się na wyposażeniu świetnym brzmieniowo DAC-u. Przyznam szczerze, że byłem pozytywnie zaskoczony. Zazwyczaj jest to li tylko dodatek mający uatrakcyjnić ofertę wzmacniacza, często raczej średniej jakości. Tymczasem ten zastosowany w MA 12000 zagrał z dobrą rozdzielczością i swobodą, a najważniejsze, że bez często uważanej. za analogową, a tak naprawdę mydlącej oczy nadmiernej plastyczności powodującej oddzielającą słuchacza od wydarzeń na scenie mgiełki. Muzyka brzmiała zaskakująco otwarcie i z dużym pakietem płynnie informacji, co w moim odczuciu wielu z Was może skierować w stronę większego udziału plików w kwestii obcowania z muzyką. Osobiście nie jestem jakimś ortodoksyjnym fanem tego rodzaju zabawy, ale jeśli coś streamowanego zabrzmiało nader ciekawie, nie mogłem o tym nie wspomnieć. Jak widać, po radzeniu sobie wzmacniacza z wysterowaniem trudnych kolumn, to kolejny powód do zainteresowania się tą konstrukcją.

Czy będący naszym dzisiejszym oczkiem w głowie, pochodzący z USA wzmacniacz zintegrowany to na tyle ciekawa propozycja, że jest w stanie zaspokoić oczekiwania pełnej populacji melomanów? Być może zabrzmi to nader zuchwale, ale jeśli nie mamy wyimaginowanych, w wartościach bezwzględnych i oderwanych od wizji poprawnego grania oczekiwań, jak najbardziej. Bez problemu nakarmi odpowiednią dawką prądu zdecydowaną większość zespołów głośnikowych. Zadba, aby muzyka nie kaleczyła, ale także nie powodowała efektu ADHD. A jako przystawkę zaproponuje nabywcy wkroczenie w świat słuchania ulubionego materiału na bazie sieciowego streamu lub zgromadzonych na dysku lokalnych plików. Czy moja teoria ma szansę sprawdzenia się, pokażą osobiste próby. Jednak jestem dziwnie spokojny, że nawet jeśli coś między Wami nie zaiskrzy, na długo pozostanie w Waszej pamięci. A to dlatego, że zderzycie się z solidną, za sprawą zastosowania szklanych baniek muzykalnie grającą i w pakiecie bycia flagową konstrukcją bogato wyposażoną w dodatkowe funkcje (DAC, phonostage) sekcją wzmacniającą. Po prostu z rasowym McIntosh-em.

Jacek Pazio

Opinia 2

Skoro od marcowej recenzji zjawiskowych monobloków MC3500 Mk II upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby nasze kręgosłupy zdążyły się zregenerować, to kiedy tylko ekipa stołecznego Hi-Fi Club-u niezobowiązująco spytała się czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty tym razem rzucić okiem i uchem na sygnowaną przez McIntosh-a integrę, z bezrefleksyjną radością i nieświadomi następstw na ową propozycję ochoczo przystaliśmy. Nie mieliśmy bowiem świadomości, że czeka na nas nie lada wyzwanie natury logistycznej, gdyż zaprzeczająca jakimkolwiek przejawom kompaktowości integracja w amerykańskim wydaniu oznaczała ponad 60 kg karton o rozmiarach ledwo pozwalających przesmyknąć go przez 90 cm futrynę. Jeśli zastanawiacie się Państwo co tym razem pojawiło się w naszym OPOS-ie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na spotkanie z topową super-integrą McIntosh MA 12000.

Styl a raczej stylówka McIntosha od lat pozostaje niezmienna, momentalnie rozpoznawalna i hołdująca iście bizantyjskiemu przepychowi oraz idei, że od przybytku głowa nie boli, czyli to, co cała konkurencja jak tylko może wstydliwie ukrywa na kolejnych pod-poziomach menu u Amerykanów ekshibicjonistycznie trafia na pierwszą linię, dostaje własną gałkę, przełącznik, bądź wyświetlacz, więc fronty większości modeli sygnowanych charakterystycznym zielono podświetlonym logotypem przypominają połączenie panelu sterowania stacji kosmicznej Mir z iluminacją godną dożywających swych ostatnich dni w przydrożnych jadłodajniach jukebox-ów Wurlitzera (dla niewtajemniczonych mowa o szafach grających). Jedni to kochają, inni zniesmaczeni odwracają wzrok, więc na obojętność i neutralność raczej nie ma tu miejsca. Przechodząc jednak do konkretów, czyli do aparycji naszego majestatycznego gościa przyznam się, iż bez chwili wahania mógłbym zapisać się do fanklubu wiernych akolitów amerykańskiej myśli technicznej w McIntoshowym wydaniu. MA 12000 jest bowiem nawet nie naładowany, co wręcz,niczym babciny keks bakaliami, przeładowany wszystkim tym za co Mac-i albo się kocha, albo nienawidzi. Mamy zatem zestaw obowiązkowy, czyli chronioną solidnymi uchwytami imponującą taflę czernionego szkła z dwoma błękitnie podświetlonymi oknami wskazówkowych wskaźników oddawanej mocy, pomiędzy nimi niewiele mniejszy bulaj przez który z oko łapie kwadra skąpanych w kryptonitowej poświacie podwójnych triod 12AX7a (po dwie na kanał), piętro niżej również zielono podświetlony firmowy logotyp z oznaczeniem modelu a następnie okupujące flanki dwa duże (lewe odpowiedzialne za wybór wejścia i prawe – regulacji głośności) retro pokrętła spinające optyczną klamrą rządek ośmiu mniejszych reprezentujących sekcję … equalizacji. Parter z kolei zarezerwowano dla niewielkiego wyświetlacza ułatwiającego nawigację po menu i informującego m.in. o głośności, wybranym źródle i parametrach reprodukowanego sygnału, po którego lewej stronie umieszczono wejście słuchawkowe i parę przełączników wyjąć a po prawej bliźniaczą klawiszologię służącą aktywacji sekcji korektora, wyciszeniu i uśpieniu/wybudzeniu urządzenia.
Równie dynamiczna optycznie jest wielosekcyjna płyta górna, gdyż poza umieszczonym wewnątrz ozdobnego aluminiowego pierścienia logotypem i oznaczeniami modelu producent był łaskaw wyspowiadać się na niej nie tylko z większości danych technicznych i dostępnych funkcji, lecz i schematu znaczącej części trzewi. Co ciekawe nawet pionowe pióra masywnych radiatorów nie są prostymi blachami, lecz ukształtowano je na kształt monogramu marki, co w połączeniu z lustrzanym pasem podstawy nadaje całości industrialnej elegancji.
Nawet pobieżny rzut oka na plecy naszego gościa może niewtajemniczonych w audiofilskie arkana obserwatorów przyprawić o zawroty głowy i palpitację serca, gdyż pod względem bogactwa przyłączy MA 12000 śmiało może konkurować z niejednym wielokanałowym amplitunerem. Wzdłuż bocznych krawędzi pysznią się ociekające złotem terminale głośnikowe z odczepami dla 2, 4 i 8 Ω obciążenia pomiędzy którymi zaimplementowano sekcję najnowszego przetwornika cyfrowo-analogowego DA2 z parą wejść optycznych, parą koaksjalnych, gniazdem firmowej magistrali MCT (kompatybilna z transportami SACD/CD MCT500, MCT80), USB-B i HDMI ARC. Poza ww. ramką znalazły się za to port serwisowy USB i interfejsy komunikacyjne, w tym triggera, IR, itp.. Piętro niżej rozlokowano parę wyjść i dwie pary wejść zbalansowanych, by dopiero na najniższym poziomie dać upust istnej gorączce złota obejmującej gniazdo zasilające IEC, komorę bezpiecznika, parę stałopoziomowych wyjść liniowych, spięte firmowymi zworami we/wyjścia z sekcji pre/power, osiem (!!) par wejść RCA, dwa zaciski uziemienia i w sekcji phonostage’a po parze wejść RCA dedykowanych wkładkom MM/MC. Na wyposażeniu nie zabrakło też firmowego pilota, choć uczciwie trzeba przyznać, że Amerykanie potraktowali ów temat nieco po macoszemu decydując się na mało wyrafinowany OEM-owy sterownik równie dobrze mogący znaleźć się w kartonie z odbiornikiem TV, bądź mainstreamowym amplitunerem.
Przybliżając nieco kryjące się w trzewiach technikalia warto wspomnieć, iż ww. wyjście słuchawkowe dopieszczono układem HXD (Headphone Crossfeed Director) odpowiedzialnym za „symulowanie” odsłuchu kolumnowego. Z kolei DA2 oparto na pracującej w trybie Quad Balanced (poczwórnie symetrycznym) 8-kanałowej, 32-bitowej kości ESS SABRE 9028Pro. Miłym dodatkiem jest fakt, iż przetwornik poza natywną obsługą DXD 32-bit/384kHz i DSD512 akceptuje również wielokanałowe sygnały Dolby® i DTS® konwertując je do wersji stereofonicznej. Na wyjściu nie mogło oczywiście zabraknąć firmowych autotransformerów a moc dla wszystkich obsługiwanych impedancji ustalono na poziomie 350W na kanał.

Już od pierwszych taktów „For Those That Wish To Exist” Architects słychać, że MA 12000 jest przedstawicielem najnowszego pokolenia amerykańskich krążowników. Swoją pozycję buduje bowiem na mikro dynamice, rozdzielczości i swobodzie artykulacji oraz ponadprzeciętnej przestrzenności przekazu, zapas mocy wykorzystując jedynie wtedy, gdy rzeczywiście jest on potrzebny a nie do bezrefleksyjnego ich napinania i strojenia groźnych min, jak to czasem zdarzało się jego protoplastom. Szczególnie wyraźnie, czy wręcz boleśnie można tego doświadczyć przy nieskażonych loudness war nagraniach operujących pełną skalą dynamiki, bowiem tytułowa integra prędkością narastania reprodukowanych dźwięków z powodzeniem może konkurować ze startującymi na ¼ mili dragsterami. Robi to jednak w sposób całkowicie naturalny, niemalże z nonszalancją, ot tak. Bez konieczności nabierania rozpędu – startuje z miejsca i w miejscu się zatrzymuje, więc odsłuch odzwierzęcych porykiwań i metalcore’owej kakofonii potrafi zdrowo wytrząść. Ale właśnie o to, dokładnie o realizm i w pełni namacalną bezpardonowość, w tej muzyce chodzi i to z zapierającą dech w piersiach intensywnością otrzymujemy. W dodatku krystaliczna czystość, brak zniekształceń i zarazem zupełne niezainteresowanie podkreślania sybilantów, czy chropowatości sprawiają, że odruchowo zwiększamy do niemalże koncertowych poziomów głośność, o czym przekonujemy się na końcu nagrania, bądź gdy sąsiadom zza ściany kończy się cierpliwość. Trudno jednak nie dać upustu muzycznym żądzom skoro tytułowa integra z łatwością wypełnia dźwiękami dowolną kubaturę.
A właśnie – przestrzeń, przestrzeń, którą McIntosh nie tylko kreuje, lecz przede wszystkim traktuje w sposób unikalny i wyjątkowy. Nie problem bowiem do granic przyzwoitości, bądź nawet poza nie, rozdmuchać gabaryty sceny rozrzucając na niej źródła pozorne, życząc słuchaczom dobrej zabawy w przy ich lokalizacji i próbie zbudowania wzajemnych korelacji, co zazwyczaj serwuje nam budżetowa elektronika aspirująca do miana audiofilsko ukierunkowanej. MA 12000 robi jednak coś diametralnie innego, bowiem z jednej strony z łatwością buduje potężne, wieloplanowe, momentami wręcz przytłaczające swą epicką spektakularnością, spektakle w stylu „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalyptici, by z drugiej być w stanie oddać tak pogłos, jak i istny bezgłos, otchłań absolutnej czerni otaczającej solistę podczas jego samotnych zmagań z repertuarem, jak daleko nie szukając i nie zmieniając instrumentarium „Bach: Cello Suites” Andrzeja Bauera. Jednak niezależnie od dystansu dzielącego poszczególnych muzyków i zagęszczenia generowanych przez nich dźwięków, bądź nawet, a może wręcz przede wszystkim ich braku powstała cisza ma w pełni definiowalną fakturę i konsystencję. Wykonawcy nie znajdują się zatem w próżni, lecz otacza ich pełne migocących w świetle reflektorów drobinek kurzu powietrze, aura pogłosowa sprawiające ich zakotwiczenie w trójwymiarowej przestrzeni. I tu kolejny, świadczący o klasie amplifikacji niuans, czyli naturalność wygaszania dźwięków – kontrola nad pogłosem, których intensywność i czas trwania nie są narzucaną przez urządzenie stałą, swoistą manierą, lecz w pełni odwzorowują intencje realizatorów nagrań, indywidualną i unikalną cechą. Proszę tylko porównać wspomniane dosłownie przed chwilą „Bach: Cello Suites” z naszymi dyżurnymi referencjami, czyli zrealizowaną w zabytkowym cysterskim opactwie Noirlac „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, bądź nagranym w jednym z najcichszych w Europie studiu Galaxy w Mol, w Belgii „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna, by doświadczyć niezwykłej wierności faktom a tym samym odwzorowaniu okoliczności przyrody, w jakich poszczególnych realizacji dokonano. I tu od razu pozwolę sobie na małą dygresję, bowiem zaimplementowany w MA 12000 moduł przetwornika nie jest li tylko „protezą”, wymuszonym przez rynkowe realia nieco po macoszemu potraktowanym dodatkiem pozwalającym, ku uciesze nieskażonych audiophilią nervosą domowników, podpiąć TV, lecz pełnoprawnym wejściem na miarę pozostałych interfejsów liniowych, bądź reprezentującego domenę analogową phonostage’a. Ba, śmiem wręcz twierdzić, iż jeśli nie planujecie Państwo na zewnętrzy przetwornik przeznaczyć co najmniej kilkunastu – dwudziestu kilku tysięcy, to z powodzeniem możecie sobie taki zakup darować i zamiast tego posiadane źródło cyfrowe (streamer/transport CD/SACD) dopieścić odpowiednio wysokiej klasy okablowaniem korzystając z dobrodziejstw inwentarza na pokładzie tytułowej super-integry się znajdujących. Warto również podkreślić, iż McIntosh oba moduły aplikuje sam z siebie, niejako w gratisie, co wcale nie jest takie oczywiste, gdyż daleko nie szukając chcąc podobnie doposażyć Diablo 333 Gryphon każe sobie za takie „ekstrawagancje” słono dopłacać. Serio, serio. W dodatku odpadnie konieczność mozolnego doboru okablowania a jak wiadomo na tym pułapie zaawansowania, to nie są budżetowe „bibeloty”. Z resztą nie ma co prowadzić czysto akademickich dysput, tylko przekonać się na własne uszy, co też uczyniliśmy z powodzeniem wpinając w zadek MAC-a z pomocą łączówki ZenSati sILENzIO USB nasz dyżurny transport Lumïn U2 Mini .

Może i swą aparycją McIntosh MA 12000 przywodzi na myśl zapomniany rekwizyt z „Blade Runner-a”, jednak jego brzmienie jest całkowicie pozbawione jakichkolwiek kontrowersji i zarazem bezsprzecznie high-endowe. Amerykańska super integra oferuje bowiem niezwykłą mieszankę koherencji, organicznej gładkości, onieśmielającej rozdzielczości i zapierającej dech w piersiach dynamiki oraz przestrzenności. Czyli mówiąc wprost gra muzykę. I to tę przez wielkie „M”, znaczy się każdą i wszędzie a jeśli tylko pozwolimy jej grać na zgodnych z pierwowzorem poziomach głośności, to śmiem twierdzić, że ta pozornie bolesna dla domowego budżetu inwestycja powinna zwrócić się dosłownie po kilku sezonach koncertowych, o ile tylko nie ograniczamy się do uczestnictwa w darmowych Koncertach Chopinowskich w Łazienkach Królewskich i Jazzu na Starówce.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 84 500 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 350 W / 2,4,8 Ω
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 100kHz
Zniekształcenia THD: 0.03% (sekcja przedwzmacniacza); 0.005% (stopień wyjściowy)
Czułość wejściowa: 600 mV (XLR); 300mV (RCA); 3.0mV (phono MM); 0.30mV (phono MC); 1.7V (power amp)
Impedancja wejściowa 44kΩ (XLR); 22kΩ (RCA)
Odstęp sygnał/szum: 95dB (liniowe); 114dB (power amp); 77dB (phono MM); 75dB (phono MC)
Współczynnik tłumienia: >40
Max. napięcie wyjściowe: 16 V (XLR); 8V (RCA)
Wejścia analogowe: 2 pary XLR; 6 par RCA; para RCA (phono MM); para RCA (phono MC)
Wejścia cyfrowe: 2 x Coax.; 2 x Optyczne (max.24-bit/192kHz); USB (PCM 32-bit/384kHz, DSD512, DXD384kHz); MCT (16-bit/44.1kHz, DSD64); HDM ARC (max.24-bit/192kHz)
Wyjścia analogowe: para XLR (regulowane), para RCA (regulowane), para RCA (stałonapięciowe); słuchawkowe
Pobór mocy: <0.25 W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 44.5 x 24 x 50.2 cm
Waga: 48.9 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. McIntosh MA 12000

artykuł opublikowany / article published in Polish

Może nie jest to największy i najcięższy wzmacniacz zintegrowany jaki świat widział, ale … w pełni zasługuje na miano super-integry. Panie i Panowie, oto McIntosh MA 12000.

cdn. …