Tag Archives: NuPrime


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. NuPrime

NuPrime Omnia SW-8

O ile tzw. rebranding, czy też repacking mają bezsprzecznie pejoratywny wydźwięk, to uczciwie trzeba stwierdzić, iż historia zna również zdecydowanie mniej „kreatywne” w stosunku do nabywcy działania producentów. W końcu nie wszyscy ograniczają się do przepakowywania trzewi budżetowego „dawcy” w bardziej markowe wdzianko i winszowania sobie niemoralnych, patrząc na wkład własny, kwot, jak daleko nie szukając Goldmund (odtwarzacz Eidos 18 zaskakująco przypominający Pioneera DV-300), MBL (odtwarzacz CDP2, czyli tak naprawdę Marantz CD6000 OSE), Micromega (streamer WM-10 bazujący na apple’owskim Airport Express) YBA (odtwarzacz Initial CD korzystający pełnymi garściami z potencjału Harman Kardon HD750/HD755), czy Moon, któremu „przydarzyło” się przepakowanie Denona AVR-2808 i oferowanie jako CP-8 za „nieco zbyt optymistycznie skalkulowaną” kwotę.
Weźmy na ten przykład Brystona BDP-π, gdzie Kanadyjczycy bez dorabiania zbędnej ideologii otwarcie przyznają, iż bazują na modułach Raspberry Pi® i HifiBerry® a płaci się za obudowę, złożenie wszystkiego za przeproszeniem „do kupy” i support. Krótko mówiąc wiemy co siedzi w środku i to my, świadomie decydujemy, czy wchodzimy w taki układ i godzimy się na takie warunki gry, czy też nie. Podobnym podejściem do tematu wykazał się nasz dzisiejszy gość, który, przynajmniej do tej pory bazował na własnych, autorskich rozwiązaniach. Trudno jednak nie przyznać racji wytwórcy, który w obszarach, w których czuje się pewnie i ma ugruntowaną pozycję robi swoje, jednak tam, gdzie dopiero prowadzi rekonesans, bądź też stawia pierwsze kroki, zamiast wyważać już otwarte drzwi korzysta z know-how specjalistów, którzy poniekąd zjedli na tym zęby. O kim mowa? O reprezentowanej w Polsce przez białostockie Rafko marce NuPrime i niedawno wprowadzonym do jej nader bogatego portfolio 8-portowego switcha 100/1000 Base-T Omnia SW-8 będącego nieco zmodyfikowaną wersją goszczącego już jakiś czas temu na naszych łamach i od tamtej pory w moim systemie,produkowanego przez Thunder Data Co. Ltd. modelu Silent Angela Bonn N8.

Na czym ww. modyfikacje polegają widać już od progu, czyli przy wypakowywaniu. Mowa oczywiście o zdecydowanie solidniejszej a zarazem zauważalnie bardziej designerskiej (mniej „technicznej”?) obudowie. Zamiast giętych, nomen omen całkiem solidnych, blach Bonna N8 mamy do czynienia z iście monolitycznym aluminiowym korpusem o eleganckim, satynowym połysku. Kolejnym, już mniej oczywistym, znaczy się zauważalnym gołym okiem, modem jest upgrade sekcji zasilającej. Wróćmy jednak do aparycji, która bynajmniej nie skłania do wstydliwego ukrywania urządzenia gdzieś w głębi szafki. Na ścianie przedniej wskazujące na stan połączenia poszczególnych portów, zasilanie i ewentualne błędy komunikacji mikro diody ukryto w adekwatnych ich rozmiarom otworach, dzięki czemu nawet podczas wieczorno-nocnych odsłuchów, o ile tylko nie usiądziemy dokładnie na wprost Omni, nie będziemy narażeni na efekt mini kolorofonu. Płytę górną zdobi centralnie umieszczony firmowy logotyp a na ścianie tylnej znajdziemy osiem portów Ethernet i gniazdo dedykowane zewnętrznemu zasilaczowi. Całość usadowiono na czterech niewielkich gumowych nóżkach stanowiących zarazem maskowanie śrub, którymi przykręcono płytę dolną switcha do jego korpusu.
O samych trzewiach, z oczywistych względów, zbytnio rozpisywać się nie będę a wszystkich zainteresowanych odsyłam do testu „dawcy” kluczowych organów, vide płyty głównej. Z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę jedynie o sercu tytułowego switcha, czyli ultra precyzyjnym zegarze TCXO o dokładności 0.1 ppm wspomaganym dwoma dedykowanymi izolatorami szumów dla głównego zasilania i parą dla głównego zegara, oraz specjalną folią Silent Angel Noise Absorber (SANA). Zewnętrzny, wtyczkowy zasilacz wydaje się, iż pozostał bez jakichkolwiek zmian, aczkolwiek zarówno jego, jak i samego switcha ze względu na nader utrudniony dostęp do wnętrza nie rozbebeszałem.

Jeśli zastanawiacie się Państwo, czy warto wyasygnować dodatkowe 450 PLN-ów i zamiast protoplasty pokusić się o zakup bohatera niniejszej epistoły to … nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury a przechodząc od razu do meritum i rozwiewając ewentualne wątpliwości wszystkim niecierpliwym pragnę obwieścić, iż zestawiając w bratobójczym pojedynku 1:1 Silent Angela Bonn N8 i NuPrime Omnia SW-8 ten drugi zagra … lepiej. Mam nadzieję, że wszyscy odbiorcy oczekujący prostych i jednoznacznych odpowiedzi są powyższym werdyktem usatysfakcjonowani. Dziękuję, to by było na tyle, do zobaczenia i usłyszenia.

A teraz wersja „dla chętnych”, czyli niemających problemów ze zrozumieniem i interpretacją na własne potrzeby moich, nieco bardziej kwiecistych i metaforycznych dywagacji. W dodatku wersja nie dość, że niejednoznaczna, co naszpikowana „ale” niczym bożonarodzeniowy makowiec bakaliami. Chodzi bowiem o to, że NuPrime od Silent Angela, oba sauté, „zagra” lepiej co wydaje się oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż Omnię charakteryzuje zdecydowanie solidniejsza i mniej podatna na wibracje obudowa. Zaowocuje to lepszą stabilnością sceny, precyzją ogniskowania źródeł pozornych i pewniejszą kreską jaką będą one kreślone. Jednak dysponując wspomnianą, stanowiącą różnicę cen ww. konstrukcji, kwotą i inwestując ją w stosowne akcesoria antywibracyjne, jak daleko nie szukając Silent Angel S28 i/lub jakiś docisk, osiągniemy taki sam, jeśli nawet nie lepszy rezultat. Czyli mamy pierwsze „ale”. Podobnie sprawy będą się miały z okablowaniem (w budżecie zmieści się np. Atlas Equator Streaming, bądź Wireworld Chroma 8), gdzie przesunięcie części funduszy odwdzięczy się zauważalną poprawą walorów sonicznych. I jest drugie „ale”. Z kolei wszystkie powyższe działania o ile efekt brzmieniowy niezaprzeczalnie poprawią, to nijak na walory natury estetycznej nie wpłyną, no chyba, że ktoś za 450 PLN-ów będzie w stanie sobie w garażu, bądź u zaprzyjaźnionego ślusarza stosowną, czyli równie cieszącą oko i solidną, co w Omni skorupę z bloku aluminium „wystrugać”.
Zakładając jednak, czysto hipotetycznie, że dylemat dotyczy wyboru pomiędzy gigabitowymi odsłonami „cywilnych” konkurentów w stylu Netgeara 8p GS108GE, czy TP-Linka 8p TL-SG108E a naszym dzisiejszym bohaterem, to śmiało można uznać, iż takowego generalnie nie ma, bo to tak jakby uparcie stawiać w wyścigach F1 na zeszłoroczny model Williamsa z Kubicą za kierownicą, zamiast na Mercedesa z Hamiltonem. Niby można, pytanie tylko po co. Nu Prime charakteryzuje się bowiem bez porównania lepszą rozdzielczością, dynamiką i wyrafinowaniem, czyli de facto jest lepszy pod każdym względem.
Aby to usłyszeć wcale nie trzeba posiłkować się jakimiś ultra dynamicznymi, zapuszczającymi się w ekstrema ludzkiej i sprzętowej tolerancji dokonaniami. W zupełności wystarczy możliwie dobrze nagrane i zagrane naturalne instrumentarium w stylu „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band (Live At Danish Radio Concert Hall, Copenhagen / 2010)”. Proszę tylko zwrócić uwagę ileż „planktonu” słychać w pozornie leniwym „Paint It Black”, jak fenomenalnie różnorodne tło dla gitarowych solówek stanowią radiowi symfonicy a przy tym jak realistycznie oddany został dystans dzielący nobliwego perkusistę Stonesów od gitarzysty – Pera Gade’a, z którym prowadzi niezwykły muzyczny dialog. Zaskakującym jest tez fakt, jak świetnie „zgrywa” się całość, choć sam koncert poprzedzony został zaledwie czterema dniami prób.
Z kolei na „The Dead Don’t Dream” Verneri’ego Pohjola trąbka leadera jest może nie tyle gładsza, bo wyraźnie słychać pracę ustnika, co pozbawiona irytującej granulacji. Również kontrabas Anttiego Lötjönena zyskuje na definicji i z impresjonistycznej plamy ewoluuje do w pełni realistycznej bryły z wyraźnie zdefiniowanym gryfem, pudłem i strunami. Jeśli dodamy do tego iście wirtuozerską, odpowiedzialną za klimat albumu obsługę perkusjonaliów (Mika Kallio) nietrudno dojść do wniosku, że jeden odsłuch ww. wydawnictwa, to zdecydowanie zbyt mało, by do końca poznać drzemiący w nim potencjał.

Czy da się jeszcze lepiej? Oczywiście że tak, co nad wyraz boleśnie uświadomiły nam testy Telegärtnera M12 SWITCH GOLD. Jednak „złotą referencję” wspominam jeszcze z jednego powodu. Otóż wraz z nią otrzymaliśmy wtenczas również dedykowany zasilacz JCAT OPTIMO 3 DUO, który zrobił na nas na tyle duże wrażenie, że gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja czym prędzej pozyskaliśmy na testy stosowny odpowiednik „dogadujący” się zarówno z Bonnem N8, jak i bazującymi na nim „klonami”. Mowa oczywiście o sygnowanym przez Silent Angela zasilaczu Forester F1, który dał Omni takiego „kopa”, że sam Chuck Norris by się nie powstydził. Dynamika, tak w skali mikro, jak i makro osiągnęła zupełnie inny poziom energetyczny, jednak nie poprzez sztuczne podbicie skrajów, czy też zwiększenie tempa a finalnie nerwowość i bezrefleksyjny pęd, lecz na poziomie nazwijmy to „momentu obrotowego”. Dźwięki zbierały się szybciej, bardziej „zerojedynkowo”, czyli pojawiały się i znikały natychmiast – bez „stanów nieustalonych”, zbędnych podchodów i pozostawiania smug za sobą. Kipiący energią progresywnie art-rockowy album „Civilisation” Southern Empire odwdzięczył się jeszcze bardziej angażującym brzmieniem i lepszą selektywnością nawet najbardziej zagmatwanych aranżacji.
Zamiast jednak iść po przysłowiowej bandzie i niemalże podwajać wartość infrastruktury sieciowej można równie dobrze, niejako na początek, zainwestować niespełna 270 PLN w stopki Silent Angel S28 i tym samym nieco dosaturować średnicę switcha dodatkowo, bardziej dokładnie zaczerniając tło. Warto bowiem pamiętać, że zakup SW-8 nie jest finałem a jedynie wstępem do dalszej zabawy na zdecydowanie wyższym, aniżeli do tej pory poziomie.

Dla postronnego, niezorientowanego obserwatora, bądź przedstawiciela uzurpujących sobie zasadność egzystencji w audiofilskich szeregach kablo-, prądo- i co tam jeszcze sceptyków, czyli muzycznie zorientowanych płaskoziemców, niniejszy test mógłby uchodzić za klasyczne „odgrzewanie kotleta”. Tymczasem, jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach i NuPrime Omnia SW-8, choć bazuje na platformie znanej z Silent Angela Bonn N8, ze względu na swoją zdecydowanie solidniejszą obudowę gra po prostu lepiej od swojego protoplasty. O aspektach natury estetycznej nawet nie wspominam, bo każdy ma własne priorytety i upodobania, więc sam decyduje co jest dla niego kluczowe i przy okazji ile warte. Dla mnie osobiście jest to propozycja warta głębszego zastanowienia i o ile tylko budżet na to pozwala stanowi nad wyraz atrakcyjną alternatywę dla swojego „dawcy organów” i tym samym głównego konkurenta.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Rafko
Cena: 2 195 PLN

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2;Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. NuPrime

NuPrime IDA-16

Opinia 1

Kiedy testowaliśmy dzielony zestaw pre/power DAC-10H + ST-10 po cichu śmialiśmy się z Jackiem, że jakby ustawić oba elementy obok siebie, to i tak sumarycznie nie przekroczyłyby gabarytów konwencjonalnego komponentu audio. Najwidoczniej z podobnym pomysłem musiał nosić się sam producent, gdyż nawet nie minęły dwa miesiące a dziwnym zbiegiem okoliczności zostaliśmy uszczęśliwieni przez rodzimego dystrybutora marki NuPrime – białostockie Rafko, właśnie taką zintegrowaną „sklejką” w postaci flagowego wzmacniacza zintegrowanego wiadomego producenta o jakże wpadającej w ucho nazwie IDA-16.

Podejrzewam, iż większość z Państwa, słysząc o flagowym, pochodzącym zza oceanu, modelu, spodziewała się czegoś zdecydowanie bardziej spektakularnego i absorbującego tak pod względem gabarytowym, jak i wzorniczym. Tymczasem producenci 16-ki poruszając się po orbicie rozmiarówki zbliżonej do tej zarezerwowanej dla lifestyle’owych naleśników Devialeta bądź Wadii postanowili pewne rzeczy zrobić po swojemu i zamiast konsultacji ze sztabem projektantów sztuki użytkowej posłużyli się sprawdzonymi, przywodzącymi na myśl wybitnie militarne rozwiązania „kanonami piękna”. W związku z powyższym zamiast finezji „ciekłego metalu”, bądź po prostu budzącej zainteresowanie i łapiącej za oko bryły otrzymujemy mocno utylitarny, grubo ciosany monolit, który choć w oczach męskiej części populacji z pewnością znajdzie uznanie ze względu na swoją solidność, to już przedstawicielki płci pięknej raczej nie zatrzymają na nim wzroku dłużej aniżeli będzie to konieczne. Mniejsza jednak z tym. NuPrime jaki jest każdy widzi i to od konkretnego odbiorcy a nie od naszego marudzenia będzie zależało, czy zagości w danym systemie. Jak sami Państwo widzicie na przypominającym przód statku kosmicznego którejś z inkarnacji Lorda Vadera froncie brakuje standardowych i niejako spodziewanych w przypadku wzmacniaczy zintegrowanych pokręteł. Ich funkcje przejęły dwie sekcje (po trzy w każdej) przycisków, z których lewa odpowiada za wybór źródła i włączenie/uśpienie urządzenia a prawa za regulację głośności i wyciszenie. Na dwie części podzielony został również ukryty za perforacją ścianki wyświetlacz, którego lewy moduł przekazuje informacje dotyczące wybranego źródła a prawy o natężeniu siły głosu (każde ze źródeł regulowane jest niezależnie), oraz o parametrach dostarczanych sygnałów cyfrowych.
Równie niekonwencjonalnie potraktowano ścianę tylną, gdzie oprócz standardowego, zintegrowanego z włącznikiem głównym i zaślepką bezpiecznika gniazdem zasilającym IEC wygospodarowano miejsce na złącze RS-232, pojedyncze, dość pośledniej jakości terminale głośnikowe, wyjście analogowe i cyfrowe (bardzo miła niespodzianka), oraz sekcję wejść. I w tym momencie dochodzimy do clue, gdyż interfejsy gotowe przyjąć sygnał audio prezentują się cokolwiek osobliwie. Od razu uprzedzę, że wcale nie chodzi o jakieś egzotyczne gniazda i terminale dedykowane jakimś bliżej nieokreślonym, hermetycznym protokołom, lecz o ich może nie tyle ilość, bo ona papierze możliwość podpięcia sześciu źródeł prezentuje się całkiem normalnie, co równowagę (a raczej jej brak) pomiędzy domeną analogową a cyfrową. Jeśli bowiem nieco uważniej przyjrzymy się sekcji wejściowej okaże się iż wejście analogowe jest tylko jedno a resztę listy szczelnie wypełniają dwa wejścia optyczne, dwa koaksjalne i oczywiście, nieodzowne w dzisiejszych czasach, USB zdolne obsłużyć nie tylko sygnały PCM do 24 bit/384 kHz, lecz i DSD i to do 11,2 MHz). Krótko mówiąc IDA-16 dość jasno definiuje grono swoich docelowych odbiorców – to miłośnicy odmienianej przez wszystkie przypadki cyfry a jeśli już pojawia się w otoczeniu coś z analogu, to para RCA w pełni powinna spełnić ich nader skromne pod tym względzie oczekiwania. W komplecie znajdziemy również stylowy pilot o heksagonalnym przekroju z intuicyjnie rozmieszczonymi na krawędziach przyciskami.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to … zacznijmy od samej obudowy. Jak się okazuje jej pancerny wygląd wcale nie jest li tylko zabiegiem czysto stylistycznym, lecz jej iście czołgowa solidność ma zadanie ochronę przed zakłóceniami EMI/RFI i co ciekawe nie chodzi o ochronę owych trzewi, lecz głównie o nienarażanie na zgubny dla całego otoczenia wpływ ID-y, która źródłem takowych artefaktów niestety jest. Powodem takiego stanu rzeczy, i w tym momencie zabieramy się za właściwą wiwisekcję, jest po pierwsze zasilanie integry oparte w znacznej mierze na zasilaczu impulsowym a po drugie pracujący w klasie D stopień wyjściowy przełączający się przy 600 kHz. Patrząc na interfejsy wyjściowe nie dziwi fakt, iż sercem dzisiejszego gościa jest układ przetwornika cyfrowo-analogowego ESS 9018K2M SABRE32 współpracujący z obsługującym wejścia S/PDIF odbiornikiem AKM AK4113 i dedykowaną dla portu USB kością XMOS. W sekcji analogowej znajdziemy bufor oparty na popularnym układzie Burr-Brown OPA2134, oraz tłumik MUES72320 firmy New Japan Radio.

O ile w przypadku wspominanego wcześniej zestawu z mikrusem ST-10 w roli wzmocnienia zaskoczenie wolumenem i dynamiką generowanego dźwięku można było określić jako totalne, to tym razem oczekiwania jeszcze przed wpięciem 16-ki w tor zapobiegliwie ustawiłem na dość wysokim poziomie. W końcu 25% wzrost mocy i nieco większy budżet powinny przynieś wymierne, a co najważniejsze pozytywne rezultaty. I … przynoszą. Jednak wbrew pozorom niezaprzeczalnie wyższa klasa, finezja generowanego dźwięku nie jest pochodną dalszego wzrostu dynamiki, co mogłoby wypaść już dość karykaturalnie, co skupieniu się na niuansach i pewnym wyrafinowaniu. Do głosu dochodzi bowiem gładkość i słodycz najwyższych rejestrów, której wtóruje przyjemna krągłość średnicy oparta na firmowym, sprężystym i piekielnie nisko schodzącym basie. W rezultacie NuPrime od pierwszych taktów całkiem sugestywnie czaruje swą „analogowością” a jednocześnie dość pobłażliwie traktuje nie do końca referencyjny materiał, jakim go nakarmimy. Przykładowo, nawet składankowo – kinowa kompilacja „Fifty Shades Freed”, niemająca nawet najmniejszych szans na miano audiofilskiej, nie raziła i nie odstręczała swą plastikowością. Uwaga słuchacza skierowana została ku jej pulsującemu rytmowi, chwytliwym (lub jeśli ktoś woli bliższe prawdy, to sugerowałbym określenie „prostym”) melodiom i generalnie bezpiecznej, nieangażującej lekkostrawności. Ot taki niezobowiązujący sposób na wypełnienie wnętrza dźwiękiem.
Wystarczyło jednak sięgnąć po naturalne instrumentarium, piękny kobiecy głos i rola NuPrime’a okazywała się niebagatelna. Na „Carry My Heart” Indry Rios-Moore docenić należy starania amerykańskiej integry do oddania klimatu nagrania, wzajemnych interakcji zachodzących pomiędzy muzykami i trzymaniu się realizmu dotyczącego odwzorowania nasycenia barw. Chodzi bowiem o to, iż znaczna część obecnych na rynku D-klasowych konstrukcji, chcąc możliwie najdalej odejść od stereotypowej, przypisywanej im suchości popada w wyraźną przesadę i zapędza się z saturacją i temperaturą barwową, serwując landrynkowy ulepek. Tymczasem IDA-16 jest pod tym względem jeśli nie zachowawczy, to z pewnością wyważony, lecz jeśli pragniemy nieco go emocjonalnie „podkręcić” nic nie stoi na przeszkodzie, aby takich iście kosmetycznych zmian dokonać za pomocą odpowiednio dobranego okablowania. Równowaga utrzymana jest również pomiędzy konturowością a wypełnieniem muzyczną tkanką źródeł pozornych, przez co kontrabas ma odpowiedni wolumen i jasno określone miejsce na wirtualnej scenie. Jeśli zaś chodzi o niuanse i porównanie z droższymi konstrukcjami, to uczciwie trzeba przyznać, iż na polu rozdzielczości dzisiejszy bohater „nieco” ustępuje np. niedawno przez nas testowanemu Brystonowi 4B³, czy też właśnie wygrzewanej topowej integrze … Accuphase E-650. Powyższych sparingpartnerów podałem jednak nie po to, by zgodnie z naszą narodową tradycją, delikwenta zmieszać z błotem i potem (brudnym) paluchem wytykać jego wady, lecz po to, aby jasno dać do zrozumienia, iż można lepiej, lecz za to lepiej trzeba zapłacić „nieco” więcej aniżeli za NuPrime’a. Dlatego też nad faktem iż wspomniany kontrabas grał z przewagą pudła a sama praca strun osiągała czytelność głównie w wyższych rejestrach wypada uznać za całkiem rozsądny kompromis i przejść nad tym faktem do porządku dziennego.
W dodatku trudno spodziewać się od nabywców tegoż wzmacniacza iż będą dzielili przysłowiowy włos na czworo i wertowali swoją pliko/płyto-tekę w poszukiwaniu takich problematycznych nagrań. Wystarczy bowiem sięgnąć po prog-rockowy, monumentalny repertuar w stylu „Shrine Of New Generation Slaves” Riverside by dać się porwać wartkiemu nurtowi muzycznych wydarzeń. Tutaj nie ma zbyt wiele czasu na kontemplację, za to potężne gitarowe riffy i iście „floydowska” estetyka sprawiają, że aż korci by pokręcić, znaczy się przeklikać, głośność o oczko, bądź dwa wyżej. Dopiero wtedy słychać, że deklarowane przez producenta Waty nie są li tylko … deklarowane, lecz jak najbardziej realne i że prędzej ogłuchniemy, bądź będący w pobliżu patrol służb mundurowych zrobi nam „wjazd na kwadrat”, aniżeli zmusimy wzmacniacz do kapitulacji.
I jeszcze jedno – choć w 16-ce królują wejścia cyfrowe i zaimplementowany DAC oferuje wysoce satysfakcjonującą jakość dźwięku, to pojedyncze wejście analogowe wcale nie zostało dodane jedynie z przyzwoitości, gdyż z odpowiednio wysokiej klasy źródłem nie tylko, używając potocznego żargonu, daje radę, lecz potrafi zaoferować dalszą poprawę efektu finalnego.

Nie da się ukryć, że NuPrime swoim integrowanym flagowcem bardzo wyraźnie puszcza oko do wszystkich posiadaczy obfitujących we wszelakie źródła cyfrowe systemów. Dzięki IDA-16 będą Oni w stanie wreszcie ogarnąć cały ten przysłowiowy bajzel, a możliwość odrębnej regulacji głośności dla każdego z nich (źródeł, nie posiadaczy) tylko ułatwi całą procedurę aplikacyjną. Pod względem brzmieniowym tytułowa integra również nie rozczarowuje i jeśli tylko szukamy relatywnie niedrogiego, a przy tym mocnego wzmacniacza odsłuch NuPrime’a wydaje się nie tyle rozsądny, co wręcz konieczny.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5, Accuphase E-650
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

W dobie wszechogarniającej nas już nie tyle mody, co pewnego rodzaju cywilizacyjnego obowiązku przygotowania każdego osobnika homo sapiens do uznania plików jako pełnoprawnego nośnika sygnału audio, po ostatnio ukazujących się na naszym portalu recenzjach jak na dłoni widać, że nie pozostajemy z tym tematem w tyle. Przykłady? O nie, znalezienie ich to Wasza działka. Ja tylko wspomnę, iż zdecydowana większość urządzeń i nie mam na myśli jedynie źródeł sygnału, ale również komponenty go wzmacniające, ma w swych układach elektrycznych obsługujące pełną gamę protokołów przetworniki cyfrowo-analogowe. A co jest w tym wszystkim znamienne, byt wspomnianych DAC-ów według konstruktorów coraz częściej staje się nieodzowny w coraz droższych konstrukcjach. Nie żebym z tego powodu bardzo narzekał, jednak osobiście lubię, gdy cały intelektualny wkład inżynierów skupionych wokół danego projektu skierowany jest ku idealnemu dopracowaniu każdej funkcji, co w przypadku tak zwanych „wszystkomających kombajnów” często jest mocno uwarunkowane końcową ceną urządzenia. Zatem nasuwa się pytanie typu: „Czy mam z takim stanem rzeczy jakiś problem?”. Naturalnie, że nie, czego ewidentnym potwierdzeniem jest dzisiejsze spotkanie z bardzo mocno idącą drogą nowoczesności konstrukcją (o tym w dalszej części testu), czyli wzmacniaczem zintegrowanym z funkcją wewnętrznego DAC-a IDA-16 amerykańskiej marki NuPrime, o którego wizytę w mojej samotni zadbał białostocki dystrybutor RAFKO.

Akapit przybliżający bohatera dzisiejszego spotkania chciałbym rozpocząć od rozwinięcia informacji na temat jego pozycjonowania w sferze audiofilskiej nowoczesności. O co chodzi? Prawdopodobnie się zdziwicie, ale na chwilę obecną do tego typu określenia według moich i nie tylko standardów nadal zalicza się zaprzęgnięta w tej konstrukcji do zasilania urządzenia cechująca się wysoką wydajnością oparta o zasilacze impulsowe klasa „D”. Dlaczego wysnułem taką teorię? To oczywiste. Mimo wielu zalet wspomniana odmiana zaspokajania urządzeń audio w niezbędny pakiet energii nie jest jeszcze bardzo rozpowszechniona, dlatego też wielu ortodoksyjnych audiofilów uważa ją za rodzaj eksperymentu. Owszem bardzo dobrze rokującego, ale nadal eksperymentu. Ale nie o tym dzisiaj rozprawiamy, dlatego też idąc tropem nowoczesności, a przy tym wymieniając zaimplementowane jej aspekty w tytułowym NuPrime nie możemy również przemilczeć aplikacji obsługującego wszelkie protokoły przesyłu w pełnej palecie gęstości plików cyfrowych z DSD włącznie nowoczesnego przetwornika D/A. To jak wspominałem we wstępniaku, w dzisiejszych czasach, mimo jeszcze wzrastającego trendu, dla wielu potencjalnych użytkowników nieodzowny w komponentach audio standard, dlatego też podobnie do sporej liczby producentów z Europy również nasi Amerykanie nie poskąpili dobra w tej materii. I gdy przeanalizujemy dotychczasowe dane na temat dążenia do wyznaczania szlaków przez IDA-16-kę, okaże się, że aby być do końca konsekwentnym, pomysłodawcy naszego obiektu zainteresowań, w trosce o spójność pomysłu od wyposażenia po wygląd zasięgnęli pomocy designerów i całość skomplikowanej elektroniki spakowali w bardzo skromną, ale za to mówiącą wszystko na temat docelowego klienta, kreśloną ostrymi krawędziami aluminiową obudowę. W kontakcie organoleptycznym zderzamy się ze stosunkowo niską, jednak osiągającą typową dla większości komponentów szerokość audio skrzynką, której front przy pomocy kilku skośnych płaszczyzn przypomina coś na kształt klina. Aby nie łamać pomysłu na spójność prezentacji wzrokowej również umieszczone na jednej z płaszczyzn awersu przyciski funkcyjne są cienkimi, skośnie zaaplikowanymi pręcikami, a wszelkie informacje o stanie urządzenia wyświetlane są za pomocą piktogramowych wyświetlaczy. Zapewne nikt z Was nie będzie specjalnie zdziwiony, gdy powiem, że ów front na tle reszty monolitycznego korpusu jest jedyną wizualną ekstrawagancją, dlatego też szybkim krokiem zbliżając się do końca tego akapitu streszczę ofertę awersu Jankesa. A patrząc od lewej znajdziemy na nim: zintegrowany z gniazdem bezpiecznika i głównym włącznikiem terminal sieciowy, przełącznik wykorzystywanej sieci (110/230V), gniazdo komunikacyjne RS232, dość wąsko rozstawione pojedyncze terminale kolumnowe, wyjście optyczne dla sygnału cyfrowego i RCA dla analogowego, jedno wejście liniowe RCA, po dwa optyczne i SPDIF, a także USB dla sygnału DSD. Przyznacie, że jak na takie maleństwo wzmacniacz został uzbrojony po zęby. Ale to nie wszystko, gdyż w pakiecie startowym producent przewidział wykorzystującego bryłę graniastosłupa designerskiego pilota. I to nazywa się pełne poszanowania podejście do klienta.

Kreśląc bardzo zgrubną opinię na temat prezentowanego przez testowaną integrę NuPrime’a dźwięku bez najmniejszych oporów jestem w stanie stwierdzić, iż żądana za ten bardzo bogato wyposażony wzmacniacz kwota jest w pełni adekwatna do efektu sonicznego. Clou programu jest bardzo energetyczny przekaz, który co prawda w starciu z kilkukrotnie droższym zestawem odniesienia naturalną koleją rzeczy wykazał kilka mankamentów, ale nie oszukujmy się, rozmawiamy o produkcie dla ludzi dopiero wspinających się po audiofilskiej drabince, a nie o szczycie inżynierskich możliwości naszej populacji. A gdyby ktoś nadal raczył narzekać, przypominam, iż na pokładzie znajdziemy godną pozazdroszczenia przez wielu konkurentów w tej cenie ofertę obsługi wszelkiej maści sygnałów cyfrowych. Ok., wystarczy lawirowania wokół tematu, przechodzimy do rzeczy. Jak po doświadczeniach z konstrukcjami tego producenta można było się wstępnie spodziewać, występ Amerykanina zaowocował bardzo zwartym zakresem niskotonowym. Nieco mniej widowiskowym w domenie wielowarstwowości, ale wszelkie obracające się w tym pasmie instrumenty ani razu nie zostały zostawione samopas. Przez cały czas bas brylował w obfitości, ale jednocześnie był w pełni kontrolowany, co chyba jest siłą napędową prac nad wyartykułowanym we wstępniaku jako powiew nowoczesności zasilaniem. Kierując swoje spostrzeżenia ku środkowi pasma również tutaj znalazłem kilka fajnych niuansów, z których jednym z ważniejszych był nadal gładki, ale bardziej doświetlony jej wyższy zakres. Dlaczego będąc wielbicielem gęstego pasma średniotonowego chwalę zjawisko jego rozjaśnienia? Otóż słowem kluczem są delikatnie stonowane wysokie tony. Nie są zgaszone, ale też nie błyszczą jak potrafią robić to konstrukcje oparte o staromodne dla niektórych orędowników nowoczesności transformatory kształtkowe lub toroidalne. Ale uprzedzając marudzenie malkontentów dodam, nie jest to jakaś niewybaczalna wada tylko sznyt grania, gdyż wolę takie postawienie sprawy, czyli przy dobrym operowaniu wzmacniacza w dole pasma i doświetlonej średnicy, spiąć całość gładką górą, niż co prawda bardzo efektowne, ale na dłuższą metę męczące konturowe śrubowanie każdego z podzakresów. Zapewniam, efekt „łał” tak skonfigurowanego systemu zemści się szybciej, niż myślicie, dlatego, zdając sobie z tego sprawę, konstruktorzy zza wielkiej wody woleli postawić na dłuższe przyzwyczajanie się do ich spokojnego pomysłu na dźwięk, niż bezpardonowym ranieniem uszu potencjalnych klientów stracić ich już po kilku godzinach słuchania. Jak zatem wypadła wzmacniana przez NuPrime’a muzyka? A jakże, ciekawie. Jedno jednak jest pewne, oferowane przez naszego bohatera możliwości pokazania świata muzyki raczej faworyzują cięższe gatunki. Oczywistym jest, że produkcje typu muzyka dawna, czy jazz również pokażą się z niezłej strony, ale już free jazz, czy rock we wszystkich odmianach będą tytułowym wzmocnieniem bardziej ukontentowane. Gdzie tkwi clou tematu? Chodzi o prezentację co prawda mocnej, ale niezbyt rozdzielczej podstawy basowej i nieunikającej zbytniego rozpasania wysokich tonów ich lekka stagnacja. W czym problem? Po prostu, gdy projekty młodzieżowego buntu w stylu znanego z wcześniejszych recenzji Percival Schuttenbach „Svantevit” nie potrzebują zbytniego dzielenie włosa na czworo, to już w muzyce sakralnej z jej smaczkami dotyczącymi akustyki klasztorów w połączeniu z wycyzelowaną wokalizą wręcz tego wymagają. Ale jak wspomniałem, biorąc pod uwagę z jakim segmentem audio mamy do czynienia, nie szukałbym w moim raporcie ze sparingu testowego drugiego dna, tylko przyjął wszelkie informacje jako ciekawą, zważywszy na cenę i wyposażenie ofertę. Ok. To co takiego doskwierało mi np. w jazzie? Otóż nie ułatwiając zadania amerykańskiej myśli technicznej w napędzie japońskiego CEC-a wylądował Tomasz Stańko z wykorzystującą ciszę jako główną myśl przewodnią kompilacją „Lontano” . Niby wszystko, co jest zapisane na płycie uwolniło się pomiędzy moimi kolumnami, ale przez cały czas czułem, że zawsze mieniące się milionem odcieni niczym iskierki z ogniska blachy perkusji zbyt szybko gasły. I co tylko to? No nie do końca, gdyż przerzuciwszy obserwacje na sam dół pasma, przy dobrym oddaniu masy bębnów perkusji przywołam nieco bardziej uśrednioną w estetyce wielobarwności pracę kontrabasu. Czepiam się? naturalnie, ale tylko po to, abyście zrozumieli, o co w tym pomyśle na dźwięk chodzi. A samą jego jakość będąc bezstronnym musicie odnieść do swoich systemów, sonicznego wyedukowania i miejsca w szyku pośród potencjalnej konkurencji. A co w takim razie było wodą na młyn gęstszych nurtów muzycznych? To samo, co szkodziło w oddaniu eteryczności poprzednich, czyli masa stopy perkusji plus mocne riffy nisko grających gitar zdawały się wręcz dziękować za panowanie nad konturem przekazu przez wzmacniacz. A jak z wysokimi tonami? Pewnie się zdziwicie, ale te, przy z furią wyśpiewywanych frazach wokalnych nie pozwalając zdominować materiału talerzami bębniarza umożliwiały wybrzmieć każdej wyśpiewanej sentencji. Ktoś jest ciekawy, jak wyglądało budowanie wirtualnego świata? Przyznam, że było dobrze, może nie zanotowałem hektarów głębi, ale to co pokazała płyta Tomka Stańki w kwestii jej rozplanowania w zupełności oddawało zamierzenia masteringowca. Może za sprawą rozjaśnionej średnicy wydarzenia wydawały się odbywać nieco bliżej, ale cały czas z zachowaniem gradacji pomiędzy formacjami, co przy wartości komponentu było bezwzględnym punktem dodatnim.

Jak wierni czytelnicy zdążyli się zapewne zorientować, dzisiejsze spotkanie było kolejnym sparingiem z propozycją amerykańskiego NuPrime’a. To nadal żywe, naładowane pełnymi kontroli niskimi rejestrami z gładkimi wysokimi tonami granie. Naturalnie zaaplikowana w zasilaniu impulsówka i pracujący w klasie „D” stopień wyjściowy odciskają swój sznyt na efekcie finalnym, ale na szczęście robią to w dyskretny sposób, dlatego podczas wspinania się po szczebelkach drabinki zwanej pogonią za króliczkiem tych przysłowiowych trzech groszy w brzmieniu zestawu z NuPrimem prawdopodobnie możecie nie zauważyć. Jednak abstrahując od Waszej znajomości tematu mogę powiedzieć jedno, za taką kasę ciężko będzie znaleźć coś, co zagra zdecydowanie lepiej. A przy ewentualnej konfrontacji nie należy zapominać o wielofunkcyjności urządzenia. Dlaczego? Nie pisałem tego w akapicie merytorycznym, ale jeśli nie do końca przypadłyby Wam do gustu przytoczone przeze mnie aspekty typu skutkująca wstrzemięźliwością przekazu nadmierna gładkość wysokich tonów, wystarczy skorzystać z opartego na kości SABRE wewnętrznego przetwornika, a zapisany na płytach kompaktowych i plikach muzycznych świat dostanie dodatkowego oddechu i świeżości. Oczywiście lekkim kosztem muzykalności, ale jak wiadomo, każdy z nas ma w tym aspekcie swój punkt „G”, dlatego też nie rozsądzam, co jest złe, a co dobre, tylko podaję do wiadomości, że macie wybór. A taka oferta jest chyba wystarczającym bodźcem, aby będąc na etapie zmian w systemie nie przegapić IDA-16-ki NuPrime’a w podczas tworzenia listy potencjalnych konstrukcji do posłuchania.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Rafko
Cena: 8 975 PLN

Dane techniczne:
Przetwornik DAC: ESS 9018K2M SABRE32
Wejścia:
Cyfrowe: 1 x USB (24 bit/384 kHz PCM, 11,2 MHz DSD); 2 x Coax S/PDIF (24 bit/192 kHz), 2 x Optyczne S/PDIF (24 bit/192 kHz)
Analogowe: para RCA
Wyjścia: Optyczne (24 bit/192 kHz), para RCA
Moc wyjściowa: 2 x 200 W (8 i 4 Ω)
Moc wyjściowa w szczycie: 400 W
Zniekształcenia THD+N: 0.004%
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 80kHz
Wymiary (W x S x G): 6,5 x 43,2 x 38,1 cm
Waga: 7,2 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. NuPrime

NuPrime DAC-10H + ST-10

Opinia 1

Przez blisko sześć lat, ależ ten czas gna, prowadzenia SoundRebels nie tylko wydawało nam się z Jackiem, lecz byliśmy wręcz autentycznie przekonani, iż pomimo nieustającej ofensywy „ekologicznych” i wysokowydajnych, pracujących w klasie D, układów wzmacniających całkiem nieźle się przed nimi broniliśmy. Jesteśmy przecież starzy, zmanierowani, mamy swoje przyzwyczajenia (i uprzedzenia), więc po cóż dystrybutorzy, doskonale znając nasz wysoce ambiwalentny stosunek do owych rozwiązań mieliby nas uszczęśliwiać na siłę. Przecież to nie tylko wbrew logice, lecz i ich własnym interesom. A tak obowiązuje obustronny układ o nieagresji – Wy nie drażnicie, my się nie pastwimy i wszyscy są zadowoleni. Traf jednak chciał, że nierozłącznie kojarzący się z wszelakiej maści remanentami, podsumowaniami i rachunkami sumienia lat ubiegłych styczeń skłonił nas właśnie do takiego remanentu podkusił i czarno na białym wyszło, że te wszystkie nasze fochy i kręcenie nosem nie na wiele się zdały, gdyż zupełnym mimochodem i niepostrzeżenie na naszym koncie znalazło się, lekko licząc aż dziewięć, mogących pochwalić się pracującymi w klasie D stopniami wyjściowymi urządzeń. Nie wierzycie Państwo? My również nie mogliśmy się z tym pogodzić, ale liczby nie kłamią. Wszystko rozpoczął Auralic z monoblokami Merak, potem pojawił lifestyle’owy Roksan Oxygene, dość niepozorna,przynajmniej na tle starszego rodzeństwa, końcówka Classe Sigma AMP2, dwaj przybysze ze Szwecji, czyli Primare A34.2 i A60, płaska niczym opłatek Wadia Intuition 01 PowerDac, minimalistyczny Lumin M1, gabinetowy SPEC RSA-717 EX a na koniec chromowany sandwich, czyli Devialet Expert 440 Pro. Jakby tego było mało białostockie Rafko wpadło na dość, przynajmniej pozornie, karkołomny pomysł, żeby do powyższej listy D-klasowych specjałów dorzucić co nieco od siebie i to w dodatku pod postacią zestawu reprezentującego zaledwie dolne rejony naszych zainteresowań. Szaleńcy? Bardzo możliwe, ale skoro sami za tak całkiem normalnych się nie uważamy uznaliśmy, że trzeba dać im szansę i wzięliśmy na warsztat nad wyraz kompaktowy, i to nie tylko wg. amerykańskiej rozmiarówki, zestaw, na obecną chwilę nazwijmy go umownie pre+power NuPrime DAC-10H + ST-10.

Jak już zdążyłem nadmienić zarówno NuPrime DAC-10H, jak i towarzysząca mu stereofoniczna końcówka mocy ST-10 najdelikatniej rzecz ujmując do największych nie należą. Ustawione obok siebie zajmują bowiem tyle miejsca, co standardowych gabarytów urządzenie, o ile tylko mamy do czynienia z zastępstwem w wersji slim, bo NuPrime’y również i za wysokie się są – ot mało imponujące 6 cm wszystkiego. Mamy zatem dwa podłużne, nieco futurystycznej, lub jak kto woli militarno – kosmicznej urody korpusy (jakby ktoś wzorował się na modernistycznej Bibliotece Publicznej Seattle, tylko zamiast szkła użył pokrytego farbą maskującą aluminium a następnie całość sprasował), z których jeden pełni rolę amplifikacji a drugi przetwornika, przedwzmacniacza, oraz wzmacniacza słuchawkowego i to właśnie jemu przyjrzymy się w pierwszej kolejności.
Zanim jednak przejdziemy do opiewania walorów wizualnych i brzmieniowych dzisiejszych bohaterów pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą historii samej marki, bo nie tylko nazwa, ale i projekt plastyczny osobom nieco dłużej zajmującym się tematyką audio powinny wydawać się dziwnie znajome. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż za NuPrime stoi nie kto inny, tylko pan Jason Lim, który w 2005 r. był założycielem NuForce. Jak to jednak w biznesie bywa nie wszystko zawsze idzie tak, jak powinno i w 2014 pan Lim zmuszony był sprzedać swoją firmę Optomie. Jednak najwidoczniej już wtedy miał dokładnie opracowany awaryjny plan B, gdyż Optoma przejęła nazwę i część know-how natomiast prawa do najbardziej interesujących, przynajmniej z naszego punktu widzenia, patentów i projektów dotyczących rozwiązań audio opartych na układach impulsowych pan Lim raczył był zostawić sobie. Dzięki temu i części starego zespołu bardzo szybko powołał do życia nowy byt – właśnie NuPrime’a.
Wracając jednak do naszego DAC-10H bez nawet cienia złośliwości można stwierdzić, iż z im większej odległości będziemy na niego patrzyli, tym bardziej może nam się podobać, lub jak kto woli niepodobać mniej. Stanowiący Jego panel przedni kanciasto i asymetrycznie, przynajmniej w płaszczyźnie poziomej, wyciosany masywny blok aluminium zdobi w centralnej części firmowe logo, po którego lewej stronie mamy wyjście słuchawkowe 6.3 mm a z prawej … również wyjście słuchawkowe, lecz tym razem zbalansowane – w standardzie XLR-4. W większości przypadków byłby to powód do pochwał i komplementów, lecz w NuPrime’ie ktoś wpadł na pomysł, by zamiast znormalizować średnice obu otworów, w których oba gniazda się znajdują, zachowując tym samym optyczną równowagę, lewy oczodół zlecił mniejszy od prawego i dla podkreślenia owej asymetrii otoczył je wypolerowanymi (chromowanymi?) pierścieniami. W rezultacie powstało coś, co ma jedno oczko bardziej … Całe szczęście interfejs komunikacyjny już takich kontrowersji nie budzi, gdyż diodowy wyświetlacz ukryto w mikro otworach, przez co odczyt z jednej strony możliwy jest praktycznie wyłącznie na wprost, ale za to nie ma problemów z irytującą iluminacją podczas wieczorno – nocnych odsłuchów. Nader komfortową a co najważniejsze intuicyjną obsługę zapewnia ustawiony wzdłuż swoistego dziubka rządek przycisków odpowiedzialnych za wybór źródła, regulację głośności i tryb pracy sekcji przedwzmacniacza – niskie/wysokie wzmocnienie.
Ściana tylna, ze względu na swoją niezbyt pokaźną powierzchnię wydaje się nieco zatłoczona, ale uczciwie trzeba przyznać, że producentowi udało zachować się na niej iście wzorowy porządek. Patrząc od lewej jest tam zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, wyjście triggera i sekcja cyfrowa obejmująca po dwie pary wejść koaksjalnych i optycznych obsługujących sygnały PCM 24 bit/192 kHz, pojedyncze USB zdolne obsłużyć 24/384 kHz i DSD256, oraz dwie pary analogowych wejść RCA. Sekcja wyjściowa obejmuje za to po parze gniazd RCA i XLR.
Jedną z charakterystycznych cech NuForce’ów było to, że pomimo wiary w możliwości układów impulsowych pan Lim pozostawał wierny konwencjonalnym rozwiązaniom zasilania i tak też jest i tym razem. Za dostawy energii odpowiada zatem wyposażony w niezależne dla poszczególnych sekcji odczepy transformator toroidalny. Sercem układu jest pracujący w konfiguracji stereofonicznej 8-kanałowy przetwornik cyfrowo – analogowy ESS Sabre ES9018 współpracujący z interfejsem USB XMOS a regulacja głośności odbywa się, całe szczęście, w domenie analogowej – w 99 krokach po 0,5 dB i odpowiada za nią scalona drabinka JRC 72320 z prestiżowej linii Muses. I jeszcze jedno – głośność dla każdego z wejść ustawiamy osobno, więc wreszcie można skompensować sobie różnice pomiędzy poszczególnymi źródłami. Na wyposażeniu znajduje się też solidny pilot zdalnego sterownia.
Ze stereofoniczną końcówką mocy ST-10 będzie zdecydowanie mniej roboty, gdyż na prawym skraju jej frontu znajdziemy jedynie niewielką błękitną diodę informującą o stanie pracy a na przeciwległym końcu zlicowany przycisk wybudzania/usypiania. Jest jeszcze centralnie umieszczony logotyp, ale to oczywista oczywistość. Zdecydowanie ciekawiej przedstawia się ściana tylna, gdzie mamy powtórkę z rozrywki, jeśli chodzi o doprowadzenie zasilania, ale już terminale głośnikowe mogą się spodobać ze względu na swą solidność i zdolność przyjęcia praktycznie dowolnej konfekcji. Niestety pierwszy zachwyt i entuzjazm mijają w momencie próby podpięcia do nich przewodów zakończonych masywnymi widłami, gdyż niewielka wysokość urządzenia i ich skośny rozstaw zmusza do wykonywania dość karkołomnych ekwilibrystyk mogących zapewnić nie tylko stabilne połączenie, ale i możliwość wpięcia w sąsiadujące z terminalami głośnikowymi wejścia XLR stosownych interkonektów. Oczywiście miłośnicy RCA nie będą mieli takich problemów, bo akurat te gniazda są zdecydowanie dalej. Aha. Warto uważać na hebelkowy przełącznik wejść, który też się tam wraz z portem triggera znalazł.
Za głównego winowajcę 5 kg. wagi ST-10 można uznać pokaźnych rozmiarów transformator toroidalny z niezależnymi odczepami dla obu kanałów, w których pracują 150 W D-klasowe końcówki mocy, do których sygnał dostarczany jest w formie zbalansowanej, więc jeśli tylko istnieje ku temu możliwość lepiej grać po XLR-ach.

Po części poświęconej wyglądowi i budowie warto byłoby w końcu przejść do akapitu poświęconemu brzmieniu i to też właśnie czynię, z jedną drobną dygresja. Otóż w materiałach informacyjno – reklamowych polski dystrybutor łaskaw jest podawać iż ST-10 jest urządzeniem pracującym w klasie A+D, co najogólniej rzecz biorąc jest li tylko zgrabnym zabiegiem czysto marketingowym, wynikającym ze świadomych działań samego producenta, który chcąc nadać finalnemu brzmieniu wspomnianej końcówki odpowiednio „audiofilskiego” wypełnienia i analogowości wzmocnił drugą harmoniczną (H2). Powyższa dygresja pojawiła się tutaj jednak nie bez przyczyny, gdyż pokazuje pewne podprogowe działania mające niejako już na starcie ustawić wynik spotkania poprzez skupienie uwagi słuchacza na konkretnych składowych dźwięku. Całe szczęście mając na koncie odsłuchy i recenzje niejednego D-klasowca a jednocześnie będąc przedstawicielem bajkopisarskiego obozu recenzentów śmiało mogę powiedzieć, że bajerować to my, ale nie nas. Tym bardziej, że przynajmniej jak dla mnie wewnątrz urządzeń elektrony mogą nosić nawet krasnoludki, byleby tylko dochodzący z kolumn dźwięk spełniał moje własne normy jakościowe. A to, co zaprezentował duet NuPrime jak najbardziej je spełniał. Powiem nawet więcej. Jak na tak niepozorne pudełeczka skala, dynamika i rozmach dźwięku spokojnie można było uznać za odwrotnie proporcjonalne do gabarytów elektroniki je generującej. To całkiem nieźle wpisujące się w stereotypy „amerykańskie granie” z wykopem i spontanicznością, gdzie nikt specjalnie nie dzieli włosa na czworo, za to gdy zaczyna się zabawa, to aż wióry lecą. Pomijając, przynajmniej na razie bas, z którym D-klasowe wzmacniacze zawsze, no może prawie zawsze, dobrze sobie radziły, to w przypadku NuPrime’ów bardzo sympatycznie wypada również średnica i góra pasma. To właśnie tutaj wkracza do akcji wspomniana we wstępnej dygresji druga harmoniczna i robi efekt „technicoloru”. Całość prezentowana jest dzięki temu w nieco bardziej pastelowych – kinowych, aniżeli nakazywałyby sztywne ramy neutralności, barwach, ale bez przekraczania cienkiej czerwonej linii, za którą kontury tracą swoje krawędzie a scena dźwiękowa zaczyna przypominać alkoholowo-narkotyczne urojenia będącej w nieustającym ciągu zapomnianej przez Boga i ludzi gwiazdy rocka. Tutaj raczej chodzi o zaakcentowanie aspektu barw i konsystencji, mięsistości poszczególnych źródeł pozornych aniżeli bezwzględnego wciskania ich w nakrochmalone szablony. Dzięki temu słychać to, co trzeba a jednocześnie nawet na bardziej analitycznych, chłodniejszych nagraniach nie jesteśmy atakowani ciągłymi sybilantami a efekty przestrzenne i jakże kochany przez audiofilów „oddech” pozostają nienaruszone. Taka estetyka świetnie sprawdzała się na koncertowym albumie „Farat” Anny Marii Jopek, gdzie po pierwsze sama wokalistka nieco litościwiej postanowiła potraktować nasz zmysł słuchu a po drugie towarzyszące tej rejestracji oklaski przestały brzmieć aż tak szeleszcząco, niczym rzęsisty deszcz padający na sztywny brezent.
Z kolei chropawym, bluesowym riffom i równie szorstkiemu wokalowi Tinsley’a Ellisa na „Winning Hand” udało się zachować właściwą sobie granulację i nikt nie próbował niczego ugładzać, przyczesywać i polerować. Za to współczynnik przytupywania należy określić mianem wybornego. Bas był krótki, sprężysty, trójwymiarowy i jak na tę cenę wykazywał zaskakujące zróżnicowanie wybrzmień. Niby nie wybijał się przed szereg, ale też i nie odpuszczał nawet najmniejszej okazji, by dać znać, że czuwa i cały czas jest na swoim miejscu. Dlatego też warto od czasu do czasu dać mu się wyszaleć i włączyć coś w stylu jubileuszowej składanki „100% Scooter (25 Years Wild & Wicked)” Scootera a jeśli wolimy nieco mniej dyskotekową estetykę, to dajmy na to „Anastasis” Dead Can Dance. Dzięki temu wszyscy, może z wyjątkiem sąsiadów, będą szczęśliwi a nam odpadnie problem odkurzania membran głośników.

W ramach swoistego, podyktowanego najzwyklejszą ludzką ciekawością, eksperymentu postanowiłem sprawdzić jak oba NuPrime’y sprawują się solo i jak się miało okazać, to był bardzo dobry pomysł. Po pierwsze sam DAC-10H jasno dał do zrozumienia, że nie brak mu ani analityczności, ani rozdzielczości a im wyższej jakości materiał mu dostarczymy, tym więcej na jego wyjściach będziemy w stanie uzyskać i co ciekawe owa uwaga dotyczy nie tylko wejść cyfrowych, lecz i analogowych, które wcale nie znalazły się na jego plecach przez przypadek. Oczywiście DSD po USB górował nad resztą, ale przepaści nie było. Jeśli zaś chodzi o ST-10, to podpięta pod mojego dyżurnego Ayona CD-35 pokazała, że potrafi zagrać jeszcze lepiej aniżeli w firmowym duecie a oprócz świetnego basu może pochwalić się też równie intrygującą, nieco wypchniętą średnicą, a i na górze, przy odpowiednio dobranym okablowaniu można mówić o blasku.
Tylko jedna uwaga – oba urządzenia są może nie tyle wrażliwe, co po prostu potrafią się odwdzięczyć za dobre kable i to nie tylko sygnałowe, ale i zasilające, więc od razu uprzedzam, że nie warto na nich oszczędzać.

Choć tytułowy zestaw NuPrime DAC-10H + ST-10 wydaje się być dość niecodzienną, jak na nasze standardy, propozycją to uczciwie trzeba przyznać, że te amerykańskie maluchy dzielnie się broniły i kontakt z nimi wcale nie okazał się karą za grzechy i smutnym obowiązkiem. Wręcz przeciwnie, gdyż niezbyt przez nas hołubiona kasa D, w wydaniu serwowanym przez pana Jasona Lima, ma do zaoferowania zaskakująco szeroki wachlarz zalet a biorąc pod uwagę nad wyraz korzystną relację jakości do ceny może okazać się świetnym rozwiązaniem wszędzie tam, gdzie warunki lokalowe wykluczają potężne i rozbudowane instalacje audio a zarazem przyda się mocny i stawiający na drajw system. Warto też pamiętać o możliwościach samego DAC-10H, który dzięki dopracowanej i wydajnej prądowo sekcji wzmacniacza słuchawkowego powinien spełnić oczekiwania większości spędzających długie godziny w swych drogocennych nausznikach melomanów.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; McIntosh MA 8900
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Analizując dotychczasowe zachowanie rynku audio co najmniej jedna, a jestem pewny, iż zgodzicie się ze mną, że spokojnie możemy mówić o dwóch idących z duchem czasów, mocno rozpychających się w ówczesnych realiach obcowania z muzyką nurtach. Jakich? Pierwszy to używanie wszelkiego rodzaju odtwarzaczy plików audio w roli pełnoprawnych źródeł dźwięku, a drugim zastosowanie bardzo wydajnej klasy “D” w naszych zabawkach. I gdy szerzej popatrzymy na faktyczny udział każdego z wymienionych tematów w naszym hobby, okaże się, że gdy słuchanie muzyki z plików jest już normalnością, to wspomniany sposób generowania mocy komponentów audio będąc od dawna w natarciu i przez lata zbierając spore pokłosie sukcesów cały czas walczy o pełnoprawny byt w ich trzewiach. W jakim celu w ten sposób rozpocząłem nasze dzisiejsze spotkanie? Otóż tym razem na recenzencką tapetę trafił hołdujący minimalizacji strat energii elektrycznej przez maksymalizację wydajności układów stpni wyjściowych (klasa D) zestaw amerykańskiej marki NuPrime w postaci przetwornika cyfrowo analogowego DAC-10H i stereofonicznej końcówki mocy ST-10. Puentując rozbiegówkę jestem zobligowany dodać, iż opiekę nad tytułową marką na naszym rynku sprawuje białostocki dystrybutor Rafko.

Spoglądając na projekt plastyczny naszych bohaterów ewidentnie widać, że temat designu bez specjalnego naciągania faktów ręka w rękę idzie z duchem nowoczesności. Na czym opieram to twierdzenie? Po pierwsze, otrzymujemy wpisującą się w oczekiwania nowoczesnych domostw minimalizację otulających elektronikę obudów, a po drugie, mimo owej, jak na dzisiejsze standardy audio dla wymagających audiofilów, miniaturowości urządzenia są bardzo bogato wyposażone. Kreśląc kilka zdań bliższego opisu każdego z komponentów należy zeznać, iż obydwa, z drobnymi – określającymi aplikację odpowiednich terminali funkcyjnych różnicami, wykorzystują taką samą obudowę. Obcując bliżej z przetwornikiem cyfrowo-analogowym oferującym również funkcję przedwzmacniacza liniowego i wzmacniacza słuchawkowego – DAC-10H zauważamy niewielką skrzynkę z frontem w kształcie zogniskowanego w poziomie przysłowiowego klina. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że rozmiar w kwestii wyposażenia tego maleństwa miał jakikolwiek negatywnie determinujący wpływ. Otóż na przywołanym, wydawałoby się skromnym awersie znajdziemy usadowione na zewnętrznych flankach górnej płaszczyzny klina dwa wejścia słuchawkowe (jedno w standardzie Jack, a drugie wielopinowego XLR-a), a pomiędzy nimi mieniące się niebieską poświatą piktogramy wykorzystywanego wejścia i obsługiwanej przez przetwornik cyfrowy częstotliwości próbkowania z poziomem głośności. Ale to nie koniec wyliczanki, gdyż na dolnej płaszczyźnie frontowego szpica konstruktorzy zmieścili dodatkowo serię przycisków do manualnego sterowania tą z racji obsługi gęstych formatów skomplikowaną centralką zarządzania sygnałami audio. Krótki research pleców udowadnia determinację pomysłodawców w dążeniu do maksymalizacji funkcji patrząc od lewej strony oferuje: zintegrowane w głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania, dwa wejścia liniowe RCA, kilka sztuk terminali wejść cyfrowych (2 x COAX, 2 x OPTICAL i jedno USB), by na prawej zlokalizować po jednym wyjściu liniowym RCA i XLR. Wieńcząc pakiet danych na temat DAC-10H wszelkich piewców lenistwa natychmiast uspokajam, nie obawiajcie się, w trosce o wygodnickich w komplecie startowym producent przewidział równie odlotowego wizualnie pilota zdalnego sterowania.
Próbując przerzucić Wasze myśli na stereofoniczną końcówkę mocy potwierdzam, piecyk wykorzystuje bliźniacze opakowanie. Jedynymi, wymuszonymi nieco inną funkcjonalnością różnicami na froncie są: z lewej strony włącznik inicjujący działanie, a z prawej niebieska dioda informacyjna o stanie gotowości do użytkowania i na panelu tylnym ponownie przedstawiając ofertę od lewej: identyczne do przetwornika zintegrowane gniazdo zasilania, pojedyncze zaciski kolumnowe i na prawym skrzydle rozdzielone hebelkowym włącznikiem wyboru wejścia liniowe XLR i RCA. Reasumując wszystkie zawarte w tym akapicie informacje, z szacunkiem należy przyznać, marka w sferze wyposażenia naszych bohaterów stanęła na wysokości zadania.

Co prawda rzadko tak bywa, ale opiniowanie dzisiejszego zestawu miało bardzo płynny przebieg. O co chodzi? Niby o nic specjalnego, ale gdy zazwyczaj dostarczone do redakcji komponenty raz podłączone grają ze sobą przez cały okres testu, w tym podejściu z racji wielofunkcyjności DAC-10H i chęci sprawdzenia zalet końcówki mocy ST-10 w popisie solowym poszczególne części układanki zaliczyły występy również w pojedynkę. Rozpoczynając jednak przelewanie opinii na klawiaturę od pełnego seta głównym spostrzeżeniem jakie nasuwa się po kilkudniowym obcowaniu z wykorzystaniem wewnętrznego przetwornika D/A Nuprime’a jest duża ochota do pokazania naszpikowanego sporą ilością informacji świata muzyki. W stosunku do punktu odniesienia Amerykanin przesunął tonację przekazu o opół oczka wyżej, a jak się można spodziewać, taki zabieg spowodował, że muzyka dostała dodatkową dawkę witalności. Naturalnie momentami przekaz muzyczny nie oferował już tak bardzo lubianej przeze mnie erotyki w zasługujących na podobne odczucia nurtach muzycznych, ale należy też wziąć pod uwagę, iż jestem nieco sfokusowany na ocierający się o mocne poczucie intymności świat dźwięków, co dla wielu potencjalnych zainteresowanych może być pewnego rodzaju wskazówką co do raczej bliższego neutralnemu poziomu barwowego pracujących w tandemie naszych bohaterów. Ale gdy mogłoby się wydawać, że takie ustanowienie punktu “G” preferowanego przez NuPrime’a dźwięku w mojej opinii nie będzie w stanie zebrać jakichkolwiek ciekawych opinii (choć w odniesieniu do ceny zestawu w żadnym wypadku nie można mówić o jakimkolwiek problemie, tylko sznycie grania), jak to zwykle bywa, gdy set oddał nieco co prawda miłej dla ucha, ale mogącej spowodować przegrzanie wydobywających się z kolumn dźwięków, gęstości przekazu, w zamian zyskał bardzo dużo w zakresie szybkości i zwartości dźwięku. Co ważne, to zebranie się w sobie dźwięku w stosunku do wzorca nie odbiło się kolącym uszy przejaskrawieniem przekazu, tylko otworzeniem wyższego środka i minimalnym wzrostem danych w zakresie najwyższych tonów, a mimo to nadal z przyjemnością pławiłem się w już nieco żywszych, ale nadal okraszonych nutą krągłości krawędzi zapisach nutowych. Mało tego, nic a nic nie straciła na tym budowana szeroko i głęboko wirtualna scena muzyczna.
Tak wyglądała pierwsza część testu. W kolejnym kroku w konfiguracji zestawu zmieniłem sygnał źródłowy i zamiast karmienia DAC-10H ciągami zer i jedynek podałem mu protokół analogowy miedzianymi kablami RCA Hijiri. Efekt? Cóż, dla mnie, a z pewnością dla wielu z Was zaskakująco pozytywny, gdyż dźwięk nabrał nieco gęstości, przez co całość prezentacji bardzo zbliżyła się do moich preferencji. Niczym kameleon produkty zza wielkiej wody pokazały, że gdy tylko odpowiednio przyłożymy się do doboru reszty toru, jesteśmy w stanie zrealizować swoje oczekiwania soniczne. I przyznam szczerze, w takim połączeniu przebiegła zdecydowana większość testu. Muzyka w zależności od stawianych akcentów jednym razem w przypadku jazzu i repertuaru barokowego czarowała miłą barwą i unikaniem wyostrzenia górnych rejestrów, by w przypadku ostrej jazdy bez trzymanki (wszelkiego rodzaju rock i elektronika) powściągając zapędy nadpobudliwości opisywany duet potrafił ciekawie wyeksponować ważne dla rocka ciężkie brzmienie gitar lub rodem z komputera mocne modulacje sztucznych dźwięków. I gdy czasem w tej mocniejszej odmianie dźwięków zapragnąłem pojechać na max’a, szybkim ruchem wykorzystywałem możliwości stawiającego na większy wgląd w naganie, a przez to delikatne podkręcenie wyrazistości wbudowanego DAC-a. Fantastyczne nie sądzicie? Na koniec zabawy jako główna niewiadoma wystąpiła sama końcówka mocy. I tutaj największe pozytywne zaskoczenie. Temat przesuwania tonacji muzyki zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nagle zaczęło się sprawiające zaskakująco wiele przyjemności żonglowanie płytami. Zwartość minimalnie zaokrąglonego w stosunku do ponad dziesięciokrotnie droższego pieca (Reimyo) basu plus minimalnie mniej soczysta średnica, a wszystko doświetlone tylko delikatnie zaokrąglonymi wysokimi rejestrami pokazały, że za relatywnie małe pieniądze możemy otrzymać dźwięk, którego często próżno szukać u zdecydowanie droższej konkurencji. A przecież to jest nadal walcząca o równouprawnienie w sprzęcie audio klasa “D”. Wydaje się to być niemożliwe, ale to najprawdziwsza prawda.

Relacjonowana dzisiaj przygoda potwierdziła jedną, ale za to bardzo ważną prawdę o audio. Jaką? Przecież wszyscy spotkaliśmy się z tezą, że coś taniego nie może dobrze zagrać. Tymczasem wychwycone podczas testu niuanse wyraźnie pokazały, że owszem, bez odpowiedniego podejścia do tematu końcowy efekt może wypaść różnie, ale gdy tylko zadbamy o najdrobniejsze szczegóły, jesteśmy w stanie wejść na poziom dźwięku zarezerwowany dla nielicznych. Ale ale. Bez względu na prawdziwość skreślonych przed momentem dwóch zdań o jednym nie możemy zapomnieć. O czym? Chodzi o dobrze skonstruowane, a przez to mogące pokazać na co je stać produkty audio. A takimi w tym przypadku okazały się pochodzące od amerykańskiego producenta NuPrime DAC-10H i ST-10. Bez ich możliwości sonicznych i konfiguracyjnych nie osiągnąłbym zapisanego w tej opowieści zadowolenia ze słuchanej muzy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że rozprawiamy o zabawkach dla zwykłego Kowalskiego, co pokazuje wyraźny progres tego typu naszpikowanych funkcyjną ofertą urządzeń. Dlatego reasumując podniesione w tekście punkty jedno mogę powiedzieć na pewno, jak tak dalej pójdzie, systemy podążające drogą tytułowego Nuprime’a są bardzo bliskie zawojowania audiofilskiego świata. Nie wierzycie? Potwierdzenie tego stanu rzeczy wydaje się być proste, wystarczy zapoznać się z możliwościami opiniowanych dzisiaj komponentów, a to już Wasza działka. Ja tylko sprawdziłem, czy warto i czego można się spodziewać.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Rafko
Ceny:
NuPrime DAC-10H: 7 995 PLN
NuPrime ST-10: 7 275 PLN

Dane techniczne
NuPrime DAC-10H
Moc ciągła (RMS): 4 W
Przetwornik DAC: SABRE32 Reference ES9018K2M
Procesor sygnału: FPGA
Zniekształcenia THD: <0.0003 %
Pasmo przenoszenia: 10 – 80.000 Hz
Separacja kanałów: 93 dB
Wejścia cyfrowe: 2 optyczne, 2 koaksjalne, USB
Wejścia analogowe: 2 pary RCA
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Wyjście słuchawkowe: 6.3mm duży jack, XLR
Zużycie prądu: 14W
Wymiary (W x S x G): 5.9 x 21.5 x 38.3 cm
Waga: 4.8 kg

NuPrime ST-10
Moc ciągła (RMS): 2 x 150 W
Klasa wzmacniacza: D
Stosunek sygnał/szum: 110 dB
Pasmo przenoszenia: 0 – 60.000Hz
Impedancja wejściowa: 23.500 Ω
Wzmocnienie: 28 dB
Wymiary (W x S x G): 5.9 x 21.5 x 39.4 cm
Waga: 5kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA