Tag Archives: Opera


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Opera

Wizyta w Na Temat Audio

Opinia 1

O tym, że przyszło nam żyć w nad wyraz „ciekawych” czasach nikogo uświadamiać raczej nie trzeba. Pomijając fakt, czy to przez z zupę z nie do końca dogotowanych nietoperzy, przeterminowane środki czystości, czy światowy spisek tajemniczej grupy trzymającej władzę, większość z nas zmuszona została dość drastycznie zmienić własne przyzwyczajenia i podejście do wydawałoby się tak przydatnych na co dzień nawyków, jak planowanie tak dalekiej, jak i najbliższej przyszłości. No bo jak tu sobie zapełniać grafik wyjazdami i eventami, skoro z dnia na dzień wprowadza się lockdowny, zawiesza połączenia lotnicze i odwołuje największe targi i wystawy. Całe szczęście zgodnie z regułą mówiącą, że historia lubi się powtarzać, większość populacji homo sapiens dość szybko opanowała zasady tej gry, ze zdziwieniem konstatując, iż wcale nie musi na nowo wynajdywać koła, bo ktoś, kiedyś już to za nas zrobił. Kto i kiedy? Niejaki Horacy, tak mniej więcej w okolicach … 23 r p.n.e. dzieląc się z ludzkością maksymą „Carpe diem” w nieco dłuższej wersji brzmiącą „carpe diem quam minimum credula postero”, czyli dosłownie „chwytaj dzień (korzystaj z chwili), jak najmniej ufając przyszłości”. Pasuje, prawda? Dlatego też i my nieco zmodyfikowaliśmy metodologię działania z „gospodarki planowej” przechodząc do nieraz nader spontanicznych akcji. Tak też postąpiliśmy w przypadku niniejszej relacji z całkiem niedawno, gdyż 4 maja, otworzonego stołecznego salonu Na Temat Audio. Co prawda nasza wizyta została ustalona z kierownictwem najwyższego szczebla Electronic International Commerce (EIC) – właściciela ww. przybytku audiofilskich rozkoszy, jednakże kwestie natury techniczno – organizacyjnej udało nam się doprecyzować praktycznie podczas jednego roboczego spotkania i dosłownie kilku rozmów telefonicznych, a od pojawienia się pomysłu do jego realizacji nie upłynął nawet tydzień.

Już nawet nie tyle od progu, co przez przeszkloną witrynę, zlokalizowanego pod adresem Woronicza 31, 180 metrowego salonu widać, że Na Temat Audio jest nader namacalnym przykładem dbałości o dosłownie każdy detal zgodnie z zasadą mówiącą, iż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. A akurat w tym przypadku wrażenie jest nad wyraz pozytywne. Akcent położono na oddech, przestrzeń i nieco industrialny miks minimalizmu z elegancją a dostępny w portfolio ww. dystrybutora asortyment (z interesującego nas segmentu wspomnę jedynie o takich markach jak Audio Physic, BAT, Esoteric, Fyne Audio, Opera, Kimber Kable, MoFi, PMC, Synthesis, Tannoy, Trigon, czy Unison Research) rozmieszczono na tyle logicznie, znaczy się z głową i smakiem, że pomimo nad wyraz imponującej kumulacji wszelakiej maści kolumn, wzmacniaczy, przetworników, itp., nie sposób zarzucić projektowi przypadkowości.
Oprócz części stricte ekspozycyjnej gospodarzom udało się wygospodarować również strefę obsługi klienta i „miejsce spotkań”, czyli semi-konferencyjny kącik, gdzie można w komfortowych warunkach usiąść z planami architektonicznymi, katalogami, czy jak to coraz częściej bywa laptopem/tabletem i na spokojnie wszystko zaplanować.
To wszystko można byłoby jednak o kant kuli potłuc, gdyby nie obowiązkowy, przynajmniej z naszego punktu widzenia, element salonu audio z prawdziwego zdarzenia, czyli dedykowany pokój/sala odsłuchowa. Warto bowiem postawić sprawę jasno. Czasy gdy do ściągnięcia klientów i utrzymania na rynku wystarczyły dowolne lokum i pełne półki minęły, i mamy cichą nadzieję, że już nie wrócą. Jeśli bowiem chce się stworzyć grupę lojalnych, czyli wracających klientów, to na miły Bóg wypadałoby traktować ich tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani, czyli na serio i z szacunkiem. Salon audio, jak sama nazwa wskazuje, nie jest, a przynajmniej być nie powinien, centrum spedycyjnym, bądź hurtownią, gdzie liczy się byle więcej, byle szybciej i byle taniej, bo od tego jest internet, lecz miejscem, gdzie potencjalny nabywca może nausznie, w możliwie komfortowych warunkach, przekonać się o słuszności, bądź jej braku, konkretnych konfiguracji.

Dlatego też, po kurtuazyjnej wymianie uprzejmości ze stacjonującą na Woronicza ekipą i krótkiej sesji zdjęciowej części ekspozycyjnej czym prędzej skierowaliśmy się z Jackiem właśnie do samego serca Na Temat Audio, czyli poddanej wstępnej adaptacji akustycznej 38 metrowej sali odsłuchowej, w której czekał na nas zapobiegliwie przygotowany i od kilku godzin pracujący system w skład którego weszły:
– odtwarzacz Unison Research Unico Due CD
– przedwzmacniacz BAT VK-23SE
– końcówka mocy BAT VK-56SE
– kolumny Fyne Audio F1.10
– interkonekty Kimber Kable Selekt XLR KS1116
– przewody głośnikowe Kimber Kable Carbon 18XL
– przewód zasilający Kimber Kable PK10 Palladian (końcówka)
– przewód zasilający 2x Kimber Kable PK14 Palladian (źródła)

Zapowiada się ciekawie? Zdecydowanie i proszę mi wierzyć, że tak właśnie było, gdyż w minioną środę wreszcie mogliśmy w zdecydowanie bardziej komfortowych, aniżeli wystawowych, warunkach bez jakiegokolwiek pośpiechu i kręcących się nad głową zwiedzających, za to z filiżanką aromatycznej kawy w ręku, posłuchać nad wyraz intrygujących F1.10 i to na własnym, a nie przypadkowym repertuarze. W ramach rozgrzewki i pozwalającego pokrótce zapoznać się z akustyką goszczącego nas pomieszczenia włączyliśmy „Soulmotion” duetu Nataša Mirković – De Ro, Nenad Vasilic. Ot, akustyczny minimalizm, czyli wokal + kontrabas w którym Fyne Audio odnalazły się wprost wybornie nader wiernie oddając zarówno ekspresję wokalistki, jak i realny gabaryt kontrabasu, umiejętnie balansując pomiędzy dynamiką szarpanych strun a pracą pudła rezonansowego. Niejako przy okazji wyszło na jaw, iż angielskie kolumny są niezwykle kierunkowe, przez co zajęcia miejsca w zaskakująco wąskim sweet spocie jest krytyczne dla poznania pełni ich możliwości. Za to dzięki swej „rurowej” posturze są w stanie w tzw. okamgnieniu, wzorem najlepszych monitorów, całkowicie zniknąć na generowanej przez siebie scenie dźwiękowej.
Delikatne rozbudowanie aparatu wykonawczego i dodanie nieco syntetycznych wtrąceń, czyli zmiana materiału źródłowego na „Immersion” Youn Sun Nah pokazało, że i z okołojazzową elektroniką przepięknie wykonanym podłogówką jest jak najbardziej po drodze. Namacalność wokalu była wręcz porażająca a drobna Koreanka po prostu zmaterializowała się na Woronicza, dając prawdziwy popis swoich umiejętności na bądź co bądź dość komercyjnym na tle jej dotychczasowego dorobku materiale.
No dobrze, kurtuazja kurtuazją, ale nie samym plumkaniem człowiek żyje, więc chcąc nieco ożywić atmosferę sięgnęliśmy po „Under The Fragmented Sky” Lunatic Soul. Prog rockowe brzmienia, kolejny poziom zagmatwania i … nadal trudno było się do czegoś przyczepić.

I w tym momencie można byłoby zakończyć niniejszą relację, gdyby na stół nie wjechało (i to dosłownie) drugie danie. Jakie? Nad wyraz imponujące, bowiem 75 W, lampową końcówkę BAT-a zastąpił 300W, tranzystorowy model VK-655SE a Fyne Audio ustąpiły miejsca potężnym Tannoy Kingdom Royal Carbon. Efekt? Najdelikatniej rzecz ujmując piorunujący, bowiem zadziałało jedno z głównych praw fizyki, czyli „duży może więcej”. Po prostu pewnych, wynikających ze średnicy przetworników i objętości obudowy właściwości oszukać, czy też nagiąć się nie da i to ewidentnie po zmianie ww. elementów salonowego systemu było słychać. Dźwięk zyskał na swobodzie, wolumenie i dynamice, dzięki czemu bez najmniejszych obaw można było grać, i to głośno, nie tylko wymieniony przed chwilą solowy projekt Mariusza Dudy, lecz również prog-metalowy epicki „Distance Over Time” Dream Theater. Przyrost masy i skali dźwięku nie spowodował jednak sztucznego napompowania źródeł pozornych, więc i wcześniejszy – tak kameralny, jak i jazzowy repertuar nie tylko nie musiał godzić się na kompromisy, co wręcz pokazał swoje nieco inne, lecz równie atrakcyjne oblicze. Może nie było już tej monitorowej holografii, lecz wspomniana swoboda i niczym nieskrępowana dynamika tak w skali mikro, jak i makro idąca w parze z natywną dla Tannoyów „papierową” manierą prezentacji nader skutecznie zniechęcała nas do dalszej żonglerki płytami, o zakończeniu odsłuchu nawet nie wspominając. To był dźwięk szalenie homogeniczny, kompletny i na swój sposób skończony. Czy dla wszystkich, to już zupełnie inna bajka i to abstrahując od wstępnej selekcji poprzez cenę a jedynie o właściwą każdej z marek firmowej sygnaturę. Nie sposób jednak było nie zauważyć, iż właśnie taki, nawet nieco anachroniczny dla miłośników iście „kosmicznych” technologii zamkniętych w designerskich wiotkich „słupkach”, punkt widzenia ma swój niezaprzeczalny urok.

Mam cichą nadzieję, iż powyższa, w oczywisty sposób ograniczona ze względów czasowych i organizacyjnych (w końcu to nasza pierwsza wizyta, więc tak naprawdę mowa li tylko o wstępnym rekonesansie) relacja z jednej strony stanie się dla Państwa impulsem do odwiedzin tytułowego salonu a z drugiej jest niezbitym dowodem na to, że Na Temat Audio przebojem wdarło się do czołówki architektonicznych wizytówek „audiofilskiej Ligi Mistrzów” największych graczy na naszym rynku. Nie ma bowiem co się oszukiwać i zaklinać rzeczywistości, tylko trzeba uczciwie trzeba przyznać, że z takim „parkiem maszynowym” i taką salą odsłuchową (a przecież do jej finalnego stadium jeszcze trochę brakuje) Na Temat Audio śmiało może walczyć o najbardziej wymagającą klientelę z katowicką kwaterą główną RCM-u, sąsiadującymi z nią apartamentami SoundClubu, wrocławską willą Art and Voice / Sztuka i głos, czy krakowską siedzibą Nautilusa włącznie. Nie muszę chyba dodawać, że im większa i bardziej mordercza konkurencja, tym lepiej dla szukających upragnionej audiofilskiej nirwany klientów.

Serdecznie dziękując za zaproszenie i gościnę właścicielowi oraz ekipie Na Temat Audio nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć im niekończącego się pasma sukcesów i powodzenia w dalszym rozwoju tak oferty, jak i samego salonu.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Może zabrzmi to trochę dziwnie, ale dzisiejszą, owocną w dwa świetne starcia soniczne, relację rozpocznę od świetnej dla nas – czytaj melomanów i audiofilów, informacji. Otóż na przekór zazwyczaj sprawdzającym się w codziennym życiu, raczej niekwestionowanym prawdom, mimo ciężkiego okresu dla praktycznie każdej branży, choć raz przysłowiowy wiatr nie wieje nam w oczy. Oczywiście mam na myśli nasze, na tle całej populacji homo sapiens, bardzo elitarne hobby, które za sprawą co chwila pojawiających się na mapie Polski nowych salonów audio, znacznie ułatwia dostęp do interesującego nas sprzętu. Tak tak, może ręki pod topór nie położę, ale jestem w stanie podnieść tezę, iż obecnie przeżywamy pewnego rodzaju boom – nie mylić z „baby boom”, który okazał się być spektakularną porażką – na takie przybytki. Jak to zwykle bywa, rozmach poszczególnych przedsięwzięć naturalną koleją rzeczy jest różny, jednak bez względu na jego rozmiar, w momencie otrzymania zaproszenia do odwiedzenia tego typu oazy audio, z niekłamaną przyjemnością ustalamy z zainteresowanym podmiotem termin, aby się w niej pojawić. Taki też zaczyn miała dzisiaj opisywana soundrebelsowa eskapada. Zaproszenie na kawkę, krótka, bo jedynie kilkugodzinna, ku mojemu zaskoczeniu swobodna rozmowa i temat wchodzi na tapet. Co zatem jest clou dzisiejszej relacji? Spokojnie mogę stwierdzić, że jeden z głównych graczy na rynku – EIC ze swoim najnowszym projektem dla miłośników dobrej jakości dźwięku zatytułowanym „Na Temat Audio” z siedzibą przy ulicy Woronicza 31 w Warszawie.

Nie ma co się oszukiwać, bowiem załączone fotografie jasno dają do zrozumienia, iż ten projekt nawet prze moment nie szedł na skróty. Począwszy od aranżacji sali odsłuchowej przez okalające ją połacie wystawowe, idealnie wpisujące się w obecne trendy wykończenia wnętrz umeblowanie, po sięgający szczytów ofert wielu producentów asortyment, mamy do czynienia z bezkompromisowym podejściem do tematu swoistego potomka, z przekąsem można by rzec, popularnego w czasach komuny „ZURTU”. Od pierwszego spojrzenia widać przemyślane rozstawienie oferty, a nie zwyczajowe wystawienie na światło dzienne posiadanych stanów magazynowych. To zaś sprawia, że mimo bardzo rozbudowanego portfolio opisywanego sklepu nie mamy poczucia przytłoczenia ilością propozycji, tylko umiejętne nie tylko zaspokajanie, ale również kreowanie naszego pożądania.
Przykład? Pierwszy z brzegu zestaw gdzieś na ścianie, maleńkich kolumienek Fine Audio ze wzmacniaczem Unison Research. Niby wbrew zaleceniom animatorów sprzedaży z sieci spożywczych dyskontów, wrzucone poza zasięgiem skierowanego na wprost wzroku, ale świetnie korelująca rozmiarowa aparycja i pewnego rodzaju wspólny mianownik w postaci zjawiskowych faktur zastosowanego do wykonania poszczególnych komponentów drewna, nie pozwalają przejść obok bez choćby zdawkowego napawania się ich nietuzinkowością. Inny? Proszę bardzo. Z pozoru niepozorny, ale za sprawą ognistej czerwieni , natychmiast łapiący za oko zestaw CD plus wzmacniacz zintegrowany serii ROMA włoskiego Syntchesisa powieszony na innej ścianie. Efekt wręcz bliźniaczy. Jednak zapewniam, że nie o samą kolorystykę chodzi. Myślą przewodnią tego salonu jest gra bryłami, kolorami i co bardzo istotne nie tylko z punktu widzenia samych pracowników podczas aplikacji na życzenie klienta danego urządzenia w tor, ale również dla potencjalnego zainteresowanego, umiejętne, czyli umożliwiające łatwy dostęp i przy okazji wydobycie najlepszych cech wizualnych każdego z produktów, rozplanowanie ich ekspozycji. Zazwyczaj mamy ściany bliżej niekreślonych składowisk elektroniki na przemian z kolumnami, co z jednej strony tworzy totalny chaos, a z drugiej czasem zniechęca człowieka do jakichkolwiek prób znalezienia interesującej go oferty. Na szczęście w tym przypadku wszystko zostało na tyle dobrze przemyślane, że nawet zwykłe oczekiwanie na przygotowanie kolejnej konfiguracji do odsłuchu okazało się przyjemnym spacerkiem po zaskakująco dużym – mówię to w oparciu o znane dobrze znane mi salony innych pierwszoligowych dystrybutorów – obiekcie z kawką w ręku bez jakichkolwiek obaw o spowodowanie potencjalnych szkód. Pozornie jest luźno, ale o dziwo od strony oferty bogato, a przy tym całość jest świetnie wyeksponowana.

Idąc za seriami fotografii, oprócz samej prezentacji oferty salonu gołym okiem widać, iż mieliśmy okazję zmierzyć się z dwoma ciekawymi konfiguracjami sprzętowymi. To oczywiście z racji nieznajomości zastanego terenu nie nosiło znamion krytycznego testu, ale wbrew pozorom pozwoliło nam wyrobić sobie wstępny pogląd na temat będących głównymi bohaterami, zespołów głośnikowych. Co ciekawe, obie konstrukcje poniekąd wyszły spod ręki tego samego zespołu konstruktorskiego, gdyż od niedawna goszczące w dystrybucji EIC kolumny Fyne Audio swój byt zawdzięczają inżynierom niegdyś pracującym w będącej ich konkurencją stajni Tannoy. Naturalnie w ocenie zastanych zjawisk dźwiękowych należy wziąć pod uwagę całkowicie inną ligę sparingpartnerek – odmienne gabaryty i znacząca, a przez to przekładająca się na zaawansowanie techniczne, różnica w cenie, ale bez najmniejszych obaw o drukowanie meczu powiem, iż każda z konstrukcji miała oczywiście coś ciekawego do zaprezentowania.

Na pierwszy ogień poszły bardzo interesujące nas w kwestii potencjalnego testu podłogówki Fyne Audio. Z uwagi na drobiazgowość Marcina nie będę uprawiał kolejnej wnikliwej wyliczanki sprzętowej, tylko zaznaczę, że jako źródło posłużył CD Unison Research, zaś rolę przedwzmacniacza i końcówki mocy pełnili przedstawiciele amerykańskiego BAT-a z popularnymi „diabełkami” w tle. Efekt? Znakomity. Szybkość, atak, mikrodynamika i świetna prezentacja wirtualnej sceny. A to wszystko przyprawione lekkim posmakiem użytego do wykonania membran głośników papieru. Jednak myliłby się ten, kto sądzi, że na dłuższą metę było to męczące doznanie, gdyż wspomniane aspekty brzmienia były zjawiskowe w odniesieniu do podobnie skonstruowanej konkurencji z moimi dawnymi kolumnami ISIS włącznie, a nie do orędowników przekazu magafonowego. To była feeria poszukiwanych przez melomanów smaczków, jednak na tyle strawnie podana, że proces wyłuskiwania owych artefaktów lub pochłaniania muzyki w całości bez rozdrabniania jej na poszczególne molekuły, niesiony potrzebami danej chwili ustalał sam słuchacz. Osobiście napawałem się całością przekazu z chwilowymi odskokami w stronę sprawdzania artykulacji najcichszych informacji. To jest mój przez lata wyrobiony sposób obcowania z muzyką, na co również w tym przypadku bez najmniejszych problemów mogłem sobie pozwolić. Dla mnie był to bardzo ciekawy, a przez to dobrze rokujący na przyszłość występ.

Kolejna konfiguracja opierała się o monstrualne Tannoy’e zasilane tym razem tranzystorową końcówką BAT-a. Po dobrej prezentacji mniejszych gabarytowo Fyne Audio trochę tego starcia się obawiałem. Jednak był to strach pozbawiony podstaw, gdyż jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta sama muzyka dostała zastrzyku większej swobody. Przekaz również determinował papier membran przetworników, ale przy tym był lepiej osadzony w masie, a przez to również nasyceniu, ale bez oznak nadwagi, co przełożyło się na większy realizm i bezpośredniość dobiegającej do nas muzyki. Ktoś powie, że duży zawsze może więcej. I zapewniam, iż będzie miał rację, tylko nie zawsze to więcej przekłada się na lepiej. Tymczasem w tym przypadku spokojnie można mówić o lepszym jakościowo występie jako całość. Owszem, nieco wolniejszym i z mniej akcentującym atak od poprzedniego zestawu, ale za to ze świetnym zacięciem do podania nam bliższego prawdzie świata. Jednak uprzedzam, znacznie mniejsze Fyne Audio w swojej wadze były znakomite. Będąc dwu lub trzykrotnie mniejszymi konstrukcjami w kwestii energii i rozmachu prezentacji nie mogły dotrzymać kroku Tannoy’om, ale za to pokazały kilka znakomitych aspektów, w których olbrzymy były tylko dobre. Niestety zawsze mamy coś za coś, dlatego ostateczny wybór zależy od oczekiwań potencjalnego nabywcy i oczywiście na równi kubatury posiadanego pomieszczenia wraz z konfiguracyjnymi potrzebami posiadanego zestawu audio. Analizując obydwie sesje odsłuchowe stwierdzam, że podczas docelowego wyboru pośród jednej z opisywanych konfiguracji miałbym lekki zgryz. Co prawda Tannoy’e grały mocniejszym, a przez to bardziej realnym dźwiękiem, ale za to figlarne Fyne Audio pokazały świetny pazur. Na szczęście nie stoję przed takim dylematem, dlatego też oceniając obie konstrukcje jako udane, chętnie zmierzę się z nimi na moich warunkach, czyli w soundrebelsowym OPOS-ie (Oficjalnym Pokoju Odsłuchowym SoundRebels).

Jak można się domyślić, spędzone w salonie „Na Temat Audio” ponad trzy godziny okazały się być dla nas miłym dla ucha i oczu doznaniem. Co krok, to może nie zachwyt – to jednak nie był paryski Luwr, lecz pełne pozytywnego zaskoczenia przyklaśnięcie dystrybutorowi za pomysł na zjawiskowy salon audio. A to dopiero przedsmak tego, co był w stanie swoją ofertą sprzętową zaproponować w dedykowanym pokoju odsłuchowym. Czy pojawię się tam po raz kolejny? Jeśli będę w okolicy choćby przelotem, z pewnością tak. Nawet jeśli nie w charakterze kupca, to przynajmniej na kawkę jako dobry duch świetnie zorganizowanej nie tylko od strony zaopatrzenia, ale również przygotowania do spełniania każdej konfiguracyjnej zachcianki, rzadko spotykanej na naszym rynku w takim standardzie mekki melomana. Dlatego też mając na uwadze kolejne wizyty, dodatkowo niesiony opisanymi powyżej pozytywnymi emocjami, mocno trzymam kciuki za to przedsięwzięcie i już teraz zapowiadam się na przyszłość.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Opera

„Straszny dwór”

Opinia 1

Wbrew obiegowym opiniom, stereotypom, czy wręcz złośliwym oszczerstwom cały ten tzw. High-End, któremu tyle miejsca poświęcamy na łamach SoundRebels nie jest wcale celem samym w sobie, lecz jedynie drogą do osiągnięcia czegoś, czego tak naprawdę osiągnąć się nie da. Mowa oczywiście o odwzorowaniu muzyki na żywo, spektaklu rozgrywającego się przed naszymi oczami i artystami z krwi i kości stojącymi niemalże na wyciagnięcie ręki. Sprzęt bowiem, niezależnie jak wyrafinowany, daje li tylko namiastkę tego, co tak naprawdę jest niepowtarzalne, gdyż dzieje się raz – tu i teraz, a ewentualnie dokonywana w jego trakcie rejestracja jest mniej bądź bardziej upośledzoną próbą możliwie wiernej archiwizacji. Dlatego też operujący na high-endowych pułapach wytwórcy dwoją się i troją, by owa namiastka była jak najbliższa temu, co tak naprawdę wydarzyło się przed mikrofonem, temu co dane było usłyszeć jedynie nielicznym – podczas konkretnego przedstawienia, sesji nagraniowej, czy koncertu. Uparcie dążą do stworzenia swoistego wehikułu czasu umożliwiającego przeniesienie słuchacza „tam i wtedy”, co jest zdecydowanie trudniejszym zadaniem aniżeli sprawienie, aby dane wydarzenie wpasowane zostało w nasze realia lokalowe. Krótko mówiąc to my mamy być tam a nie oni – muzycy u nas, gdyż to my mamy zbliżyć się do prawdy chwili w jakiej dane zdarzenie muzyczne miało miejsce, a nie nawet kilku – kilkunastoosobowy skład ma się zmieścić pomiędzy biblioteczką a kredensem z rodowymi skorupami okalającymi nasz system grający. Dlatego też chcąc mieć jasność jak ów cel wygląda i ileż jeszcze wspomnianemu High-Endowi do niego brakuje, warto sobie od czasu do czasu taki terapeutyczny seans sprawić i z muzyką na żywo możliwie blisko poobcować.
O ile jednak w sezonie wiosenno-letnio-jesiennym okazji ku temu jest tak naprawdę bez liku i jeśli tylko ochoty i czasu staje, to praktycznie kilka razy w tygodniu, bez większego wysiłku, można znaleźć interesujący spektakl, koncert, czy nawet niezobowiązujący, plenerowy jam, to już w porze deszczowej, niegdyś zwanej zimą, lepiej rozejrzeć się za czymś o zdecydowanie bardziej „zadaszonym” charakterze. Wychodząc z powyższego założenia i korzystając z uprzejmości Organizatorów w miniony piątek mieliśmy przyjemność uczestniczyć w próbie medialnej „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki wystawianej na deskach Polskiej Opery Królewskiej.

Jak sami Państwo widzicie zachwycające, z niezwykłym pietyzmem odrestaurowane, kameralne wnętrza Teatru Królewskiego w Starej Oranżerii w Łazienkach Królewskich to miejsce tyleż niezwykłe, co dość nowe na stołecznej operowej mapie. Abstrahując od działalności w czasach stanisławowskich, Polska Opera Królewska to byt powołany do życia zaledwie 1 sierpnia 2017 roku a zarazem najmłodsza, trzynasta scena operowa w Polsce. Jej zespół stanowią głównie artyści, którzy po zawirowaniach związanych z dość radykalną – o blisko150 osób, redukcją składu Warszawskiej Opery Kameralnej znaleźli nowy dom. Jednak nie o polityce personalnej będziemy rozprawiać.
Biorąc pod uwagę, iż był to prywatny teatr króla Stanisława Augusta, wspomniana przeze mnie dosłownie przed chwilą kameralność objawia się dość niewielkim metrażem. Zbliżoną kształtem do kwadratu o boku około 15 metrów i dziesięciometrowej wysokości scenę od zbliżonej rozmiarami widowni oddzielają dwie pary kolumn i kanał dla orkiestry.
Sam kanał orkiestrowy pomieścić może zaledwie 25 osób, lecz biorąc pod uwagę repertuar na jakim skupia się POK, czyli krajowe i światowe dzieła powstałe od baroku po wczesny romantyzm, ów pozornie dość niewielki skład wydaje się całkiem wystarczający. Widownię na ponad 200 osób, z rzędami amfiteatralnie ustawionych ławek na parterze i dziewięcioma lożami na piętrze, okalają podwojone korynckie pilastry. W dalszym planie są trzy, usytuowane na wprost sceny, loże przeznaczone niegdyś dla króla i jego rodziny.
Pół żartem pół serio można domniemywać, iż stali bywalcy Teatru Wielkiego po przekroczeniu progu POK mogą poczuć lekką klaustrofobię, lecz już kilka wizyt w bydgoskiej Opera Nova powinno wystarczyć, by wizyta w Starej Oranżerii nie nosiła znamion próby zamknięcia w nazbyt ciasnym do operowych celów pomieszczeniu. Warto bowiem podkreślić niewątpliwe zalety takiej kameralności – ograniczając bowiem rozbuchaną scenografię, oraz „pojemność” zarówno sceny, jak i widowni skracamy automatycznie dystans dzielący muzyków i śpiewaków od widza a tym samym intensyfikujemy doznania właściwe czynnemu uczestnictwu w danym spektaklu, czego siedząc kilkadziesiąt metrów od sceny, np. w Teatrze Wielkim, doświadczyć w żaden sposób się nie uda.

Przejdźmy do clue, czyli samej próby generalnej „Strasznego dworu”, w której to mieliśmy niewątpliwą przyjemność uczestniczyć. Z oczywistych względów samej fabuły spektaklu streszczać nie będę, gdyż po cichu liczę, iż większość naszych Czytelników ze „Strasznym Dworem” kontakt miała nie tylko w postaci streszczenia/bryku, jak to obecnie jest „w modzie”, lecz wersji pełnej – w ramach lektury szkolnej, a może również widziała na deskach operowych, bądź chociażby w TV. Jeśli natomiast ktoś jeszcze z niewiadomych mi przyczyn z twórczością Moniuszki przyjemności nie miał, bądź też w świat opery dopiero wkroczyć zamierza, to … teraz jest właśnie ku temu najlepszy moment.
Minimalistyczna, iście symboliczna, scenografia autorstwa Ryszarda Peryta (będącego również reżyserem) nie odwracała uwagi ani od właściwej akcji, ani od kostiumów, za które z kolei odpowiedzialna była Marlena Skoneczko. Prawdę jednak powiedziawszy nawet, gdyby jakimś cudem udało się na stanisławowskiej scenie ustawić dekoracje z samej La Scali, czy Metropolitan Opera, to i tak gwarantuję, że nawet osoby o śladowej wrażliwości muzycznej miałyby problem ze skupieniem się na nich, a nie na obecnych w danym momencie bohaterach opery Moniuszki. Od dawien dawna śmiem bowiem twierdzić, iż sopranami Polska stoi i piątkowy wieczór, nie umniejszając zasług i umiejętności męskiej części zespołu (o której dosłownie za chwilę), był tego najlepszym przykładem. Obsadzone w rolach Hanny i Jadwigi (córek Miecznika) Gabriela Kamińska i Monika Ledzion-Porczyńska zachwycały siłą emisji, swobodą głosów i wielce naturalnym ruchem scenicznym. Każde ich wejście było niczym misterium, krystalicznie czyste, jedwabiście gładkie i co istotne całkowicie pozbawione nad wyraz nielubianego przeze mnie tremolo – tego siłowego ratowania się „pseudo wibratem”, głosy godne były szczerej owacji.
Na wielkie uznanie zasługują też partie – barytonowa Miecznika (Adama Kruszewskiego), oraz basowe – Skołuby (Remigiusza Łukomskiego) – nieśmiertelna „aria z kurantem” i Zbigniewa (Wojciecha Gierlacha). O patiach tenorowych, choć wypadły wielce poprawnie, szczególnie Sylwester Smulczyński w roli Damazego, wypowiadać się nie będę, gdyż na nieszczęście lokalnych talentów wychowałem się na twórczości Pavarottiego i Domingo, więc … naprawdę trudno pod naszą szerokością geograficzną szukać ich następców. Niemniej jednak cały spektakl wypadł nad wyraz spójnie tak pod względem technicznym, jak i przede wszystkim artystycznym, więc opuszczając mury Starej Oranżerii i pogrążone w mroku Łazienki Królewskie ani przez moment nie czuliśmy niedosytu, bądź komplementując poszczególne role nie uważaliśmy za stosowne dodawać wielce wymownego „ale …”.

Inicjatywę Dyrekcji Polskiej Opery Królewskiej, by na próby, w tym generalne – jak niniejsza, wpuszczać przedstawicieli prasy uważam za przysłowiowy strzał w dziesiątkę i za to należą się jej w pełni zasłużone brawa. Orkiestra i wokaliści dokonują bowiem wtenczas ostatecznych poprawek, kamerzyści i fotografowie, bez większych obaw o komfort publiczności, mogą spokojnie rejestrować materiał, a dzięki temu widzowie – już podczas komercyjnych spektakli, nie muszą być raczeni klapnięciami migawek i innymi związanymi ze standardowymi reporterskimi obowiązkami niedogodnościami. Jednym słowem i wilk syty i owca cała, za co serdecznie Organizatorom całego przedsięwzięcia jeszcze raz dziękujemy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Jak mniemam, wszyscy znakomicie orientujecie się, że jesteśmy prawie na mecie jubileuszowego roku odzyskania przez Polskę niepodległości. To zaś sprawia, że ostatnie 365 dni w ramach ogólnopolskich obchodów tego święta było wręcz naszpikowane wieloma nadającymi temu wydarzeniu dostojności imprezami, spektaklami teatralnymi, czy choćby wyśmienitymi koncertami muzycznymi. Niestety czas nieubłaganie szybko mija i gdy wydawałoby się, że już nic w materii uświetniania tego historycznego wydarzenia do nadchodzącego za kilka dni sylwestra nie ma szans w życiu naszego portalu się wydarzyć, nagle otrzymaliśmy brzemienne w skutkach – w postaci dzisiejszej relacji, zaproszenie na piątkową próbę opery „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki w reżyserii Ryszarda Peryta. Tak tak, dosłownie rzutem na przysłowiową taśmę udało nam się obejrzeć przedpremierową, bo oficjalnie uznawaną za medialną próbę generalną inscenizację tego znanego wszystkim patriotycznego dzieła. Ale to nie jest jedyny smaczek tego wydarzenia, gdyż całość przedsięwzięcia zlokalizowano nie na deskach zazwyczaj przejmującego pałeczkę przy takich okazjach Teatru Narodowego lub innego tego typu kulturalnego przybytku, tylko na niegdyś niedostępnej, a od nieco ponad roku otwartej dla publiczności jako Polska Opera Królewska scenie teatralnej w Starej Pomarańczarni w warszawskich Łazienkach Królewskich. Zaskoczeni? Jeśli tak, to zapraszam na kilka krótkich akapitów na temat artystycznych wydarzeń z tego wieczoru.

Prawdopodobnie pytaniem „Co jest tematem tej opery?” zdecydowaną większość z Was śmiertelnie bym obraził. Niestety zdając sobie sprawę, że nawet w naszym, z racji obcowania z wysublimowanym audio, wyedukowanym gronie czytelników zawsze może znaleźć się osobnik swą życiową karmę kierujący w jedynie słuszną stronę odsłuchiwania wszelkiego rodzaju urządzeń i okablowania, jestem wręcz zmuszony do choćby krótkiego streszczenia tego spektaklu, co postaram się zamknąć w dwóch, no może trzech zdaniach. Dlaczego tak oszczędnie? Otóż znający dzieło czytelnik podczas kolejnej lektury tych samych informacji prawdopodobnie by się nudził, a potencjalny zainteresowany w dogłębnej analizie operowego przekazu zawsze może posiłkować się internetem, lub stosownymi opracowaniami. Ja mam jedynie, w telegraficznym skrócie, przybliżyć temat mojej relacji.
Dla zmylenia okupującej w czasach powstania „Strasznego Dworu” porozbiorową Polskę carskiej cenzury sprawa opiera się o stosunkowo przyziemne stosunki damsko męskie. Mianowicie ni mniej ni więcej, powracający z wojskowej służby zaprawieni w bojach dwaj młodzieńcy postanowili pozostać w tak fantastycznie odbieranym przez nich wolnym stanie. Tymczasem w wyniku wizyty u bardzo dobrego znajomego swojego ojca młodzieńcy w starciu z przygotowanymi do wydania za mąż pięknymi córkami owego przyjaciela, w tym przypadku gospodarza domu, w swym postanowieniu pozostania kawalerem zaczynają się łamać. Przyznacie, że historia jest banalna. Jednak jak to w życiu bywa, diabeł tkwi w szczegółach, gdyż Stanisław Moniuszko tak umiejętnie ubrał tą przygodę w ornamentykę polskości, że już po trzech przedstawieniach spektakl zdjęto z afisza, co tym bardziej uczyniło go ponadczasowym dziełem narodowym. To zaś sprawia, że niewyobrażalnym jest choćby raz nie obejrzeć tej opery na własne oczy. Ale nie przed telewizorem w adaptacji filmowej, tylko w bezpośrednim kontakcie z artystami, gdyż taka percepcja wizualizuje to dzieło w naszej świadomości w całkowicie inny sposób.

Ok. Było trochę historii, teraz o samym spektaklu. Z racji tzw. ograniczeń natury lokalowej w przypadku Polskiej Opery Królewskiej nie mamy do czynienia z przypisanymi wielkim teatrom pełną rozmachu scenografią, wielkim zespołem wokalno – instrumentalnym, tylko umiejętnym cyzelowaniem niezbędnych do przekazania zamierzeń autora aspektów muzyczno – scenicznych. To zaś oznacza okrojoną do minimum, jednak w konsekwencji wyśmienicie wypadającą orkiestrę, wydawałoby się bardzo skromną, acz pokazującą najważniejsze cechy polskości scenografię i nieco ograniczoną populację występujących na scenie artystów. Sadzę, że Marcin w swej solidności zamieści stosowne informacje na temat wszystkich mających swój udział w tej piątkowej prezentacji artystów, dlatego też z racji mojego codziennego pławienia się w muzyce dawnej moje największe uznanie kieruję w stronę roli sopranowych. Zdaję sobie sprawę, że role męskie również wzniosły się na swoje wyżyny, ale nie chcąc nikogo urazić wspominam jedynie o tym, co na podstawie dłuższego osłuchania z podobnym repertuarem mogę w miarę racjonalnie ocenić. Wracając do samego przestawienia na tle wcześniejszych kontaktów z operą „Straszny Dwór” na zdecydowanie większych scenach ze spokojem ducha mogę powiedzieć, że ani przez moment nie odczułem jakichkolwiek braków tak merytorycznego ducha, jak i oprawy wizualno – muzycznej. To był majstersztyk w najczystszej postaci. A przecież trzeba przypomnieć, że to była jeszcze próba przed oficjalnym startem, co przy wiedzy, że trening czyni mistrzem pozwala sądzić, iż w kolejnych odsłonach kurtyny artyści w swej maestrii wzniosą się o co najmniej oczko wyżej, czego z całego serca im i wszystkim zaangażowanym w to narodowe przedsięwzięcie życzę.

Nie wiem, czy tak bardzo mocno okrojoną relacją udało mi się namówić Was do obejrzenia tego spektaklu. Jednak jeśli macie w sobie ducha patriotyzmu i przy tym nawet nie kochacie, ale choćby lubicie takie wydarzenia operowe, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której z przyczyn typu „już kiedyś to widziałem”, rezygnujecie z zapewnienia sobie fantastycznego spotkania z polską kulturą. Dlaczego? Przecież to proste, a dla wyjaśnienia posłużę się przyczynami z naszego podwórka. Każdy audiofil wie, że co urządzenie audio, to całkowicie inna prezentacja muzyki, co tak prawdą mówiąc staje się jego życiową karmą. Tymczasem w przypadku opisywanego przeze mnie artystycznego tworu mamy do czynienia ze zdecydowanie większą ilością zmiennych od goszczącej artystów sceny teatralnej, składu muzyków i samych artystów. Ato według mnie wszystkich miłośników szeroko pojętej sztuki wręcz zmusza do osobistej konfrontacji najnowszego wcielenia będącej tematem tego słowotoku opery Stanisława Moniuszki „Straszny Dwór” z oglądanymi wcześniej inkarnacjami. Toż to audiofilska propozycja w najczystszej postaci. Tak więc nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek absencji żadnego z Was. Ostrzegam, będę sprawdzał listę obecności.

Jacek Pazio