Tag Archives: power cable


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

WK Audio The Air

Opinia 1

Nie wiem, czy spotkaliście się już z tą lekko złośliwą dla wielu podmiotów z podwórka audio, z ochotą głoszoną przez tropicieli wszelkich oznak audio-woodoo maksymą: „Jak nie masz pomysłu na biznes, rób okablowanie audio. To łatwy i lekki zarobek”. Jeśli nie, to już ją znacie. Czy to prawda? Nie mam najmniejszego pojęcia, w ilu przypadkach zaczynem do podjęcia się tego rodzaju biznesu jest jej pierwszy człon. Osobiście mniemam, że mimo zakładanej szczypty prawdy w każdej plotce tutaj jej udział jest nad wyraz znikomy, Jednak bez względu na wszystko zapewniam, iż druga część również mija się ze stanem rzeczywistym. Skąd to wiem? Od kilku producentów. To są długie godziny pracy poświęcone na projektowanie i realizację odpowiednich spotów setek cienkich drucików. Do tego dochodzi sprawa dobrania stosownego ekranowania, materiałów izolujących, a czasem nawet powiązanej z teoriami fizyki odpowiedniej długości danego kabla. Banał? Bynajmniej, bowiem nawet zastosowanie innego izolatora poszczególnych żył lub inna kolejność ekranowania wykorzystywanymi półproduktami, powoduje znaczące zmiany wpływu danej konstrukcji na wykorzystujący ją system audio. Niestety, jeśli ktoś podchodzi do tego uczciwie, to jest to prawdziwa droga przez mękę. Jaki cel ma powyższy wywód? Bardzo ważny, gdyż dzisiejszym bohaterem będzie od dwóch lat z powodzeniem radzący sobie na rynku okablowania, dzięki własnym doświadczeniom w pełni świadomy wspomnianych problemów, rodzimy producent WK-Audio, który własnym sumptem, do poważnego starcia na naszych łamach dostarczył dwie sieciówki The Air.

Z uwagi na dziwne czasy podrabiania wszystkiego bez żadnych konsekwencji, informacji na temat tytułowego okablowania jest jak na lekarstwo. Z tego co udało mi się dowiedzieć, mamy do czynienia z czystą miedzią OFC, która przed użyciem do produkcji portfolio manufaktury WK-Audio została poddana formowemu procesowi jej uszlachetniania – to jedna z tajemnic produkcyjnych. Wewnątrz mieniącej się błękitem plecionki z PVC znajdują się skręcone według mozolnie opracowywanej geometrii – kolejna tajemnica produkcyjna, osobno izolowane, odseparowane od siebie specjalnymi elementami w strategicznych dla dźwięku miejscach trzy żyły. Te w sumie zaś w kwestii ilości miedzi w danym kablu osiągają wynik na poziomie 13 mm² czystego drutu. Ale to nie koniec ciekawych danych, bowiem w trosce o jak najlepszy sound zasilanego systemu, model The Air jako akcesoria przyłączeniowe wykorzystuje topowe wtyki japońskiej marki Furutech I-E 50 NCF (R) i FI-50 NCF (R). Tak przygotowany dla klienta produkt dla lepszego efektu wizualnego wyposażono w nadające sznytu elegancji metalowe przywieszki z logo marki i nazwą modelu. Natomiast wieńcząc proces zdobywanie serc klienta całość spakowano do ozdobionego wielkim znakiem firmowym brandu drewnianego pudełka.

Mam nadzieję, że na podstawie kilku lat opisywania przez nas podobnych akcesoriów prądowych zdążyliście przyjąć do wiadomości fakt zwyczajowego sznytu grania danej konstrukcji. Raz w grę wchodzi szybkość połączona ze zwartością przekazu, innym razem jego świetnie oddające muzykę wokalną i sakralną, nasycenie. Naturalnie im wyżej wspinamy się w hierarchii jakości dźwięku, tym bardziej obydwa nurty brzmienia się asymilują. Dlatego też w momencie braku oporu z Waszej strony w stosunku do mojego wywodu niemal samoczynnie nasuwa się pytanie typu „Jak na tle opisanych artefaktów sonicznych wypada tytułowy The Air?”. Powiem, że bardzo ciekawie, gdyż może nie w wartościach absolutnych, ale na swój sposób łączy coś obydwu specyfik rysowania świata muzyki. O co chodzi? W momencie wpięcia w mój tor dotychczasowa prezentacja umiejętnie, bo bez oznak szkodliwości jako takiej, została skierowana w stronę lekkiego faworyzowania średnicy. Ale co istotne, nie tej wyższej, co mogłoby skończyć się jej krzykliwością, tylko jej niższych zakresów. Na przełomie z basem stała się znacznie mocniejsza, niemniej jednak dzięki pewnego rodzaju twardości znakomicie unikała poczucia rozlazłości. Była zwarta, a zarazem magiczna. To naturalnie w pierwszej kolejności dopuszczało do głosu wszelkiego rodzaju operującą w tym pasmie wokalizę i bogate instrumentarium. Jednak zaznaczam, mimo odczuwalnego odbioru całości w nieco bliższym polu odsłuchu – zwyczajnie przesiadałem się do bliższego od sceny rzędu z zachowaniem identycznego wektora jej szerokości i nieznacznie mniejszego głębokości jako konsekwencja zbliżenia się do źródła dźwięku, nie odbierałem tego jako balansowania na granicy problemu w odbiorze całości, tylko lekkie przewartościowanie dotychczasowego spojrzenia na rozgrywające się pomiędzy moimi kolumnami wydarzenia. Jednak to nie wszystkie ciekawostki. Jednak to nie wszystkie ciekawostki. Takie postawienie sprawy mówiąc kolokwialnie nie gmerało w dolnych zakresach zbierając je nadmiernie w sobie – było bardzo podobnie do stanu przed aplikacją rzeczonych drutów. Czy to źle? Nic z tych rzeczy. Dla mnie dobrze. Powód? Otóż wprowadzałoby to do dźwięku w pierwszym odczuciu owszem fajną, jednak po kilku godzinach kastrującą muzykę z emocji nadmierną szybkość, a przecież nie o natychmiastowość narastania sygnału tylko w niej chodzi. Ważna jest równowaga pomiędzy masą i atakiem. Co do najwyższych rejestrów, te w pierwszym odczuciu po wzmocnieniu środka stając się mniej wyraziste, po kilkupłytowej akomodacji bez problemu okazały się być równie informacyjnie. Nadal bardzo dobrze pracowały w służbie świetnej prezentacji wspomnianych partii wokalnych i instrumentalnych typu kontrabas, fortepian i wszelkiego rodzaju instrumenty dęte. Jak to wyglądało na przykładach? Weźmy na tapet Dianę Krall, bez znaczenia w której kompilacji płytowej. Wspomniana diwa zawsze nabierała dodatkowej dostojności i energii, jednak bez siłowego tyranizowania towarzyszących jej muzyków. Czyli? Idąc za głoszonymi przed momentem opiniami, nie tylko kontrabas mocnym i zwartym, jednak nadal z informacją o strunach i pudle rezonansowym, dźwiękiem, ani przez moment nie pozwolił sobie na zepchnięcie do dźwiękowej defensywy, ale również fortepian swoją dostojnością w dolnych zakresach i perlistością na górze zawsze był jednym z rozdających karty generatorów rozwibrowanych fal powietrza. To był czysty konsensus kreowania fraz gardłowych z pozwalającymi im świetnie zaistnieć w eterze współtworzącymi soniczną opowieść przyrządami akustycznymi. Coś więcej? Wiecie co? W podobnym tonie wypadała każda muzyka. Dlatego też unikając sztucznego nadmuchiwania tekstu pozostanę przy świetnie oddającej clou tematu w kwestii oferowanego przez opisywane kable dźwięku, przywołanej Dianie Krall. To jest na tyle reprezentatywny przykład, że dalsze rozwodzenie się byłoby szkodliwe dla wiarygodności testu. A tego ani ja, ani potencjalni zainteresowani (czytaj klienci) raczej chcieli by uniknąć . Wystarczy dokładnie pokazać o co chodzi, a dobry produkt obroni się sam, czego notabene rodzimemu producentowi życzę.

Tak tak, to są bardzo ciekawie wypadające kable. Z jednej strony wzmacniają energię najważniejszej dla naszego odbioru muzyki średnicy, zaś z drugiej nie powodują jej przegrzania. Umiejętnie wprowadzają efekt pewnego rodzaju twardości, przez co trzymają ją cały czas w ryzach kontroli, a co za tym idzie dobrej informacyjności. Komu poleciłbym punkt zapalny dzisiejszego spotkania? Teoretycznie wszystkim. Jak to możliwe? Po pierwsze, nawet u mnie, czyli w mocno gęstym systemie pokazały muzykę jedynie w sferze inności, a nie ułomności, co wielu z was może bardzo się spodobać. Zaś po drugie, wszystkie układanki cierpiące na przysłowiową anoreksję – są nader szczupłe w brzmieniu, nawet po niezobowiązującej próbie, w momencie końcowego wypięcia The Air mogą okazać się już nie do słuchania. Czy tak się stanie, niestety zależy li tylko od Waszych decyzji. Ja co mogłem, to zrobiłem, czyli przekładając z polskiego na nasze, w miarę prostymi przykładami jak na spowiedzi opisałem zaistniałe podczas testu sytuacje. Reszta jest w Waszych rękach.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Audio Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

O tym jak istotna jest właściwa i możliwie wysokiej próby konfekcja zdążyliśmy przekonać się już dwukrotnie – podczas poznawania walorów sonicznych wtyków Furutech Fi-50 NCF(R) i jeszcze ciepłego testu Acrolinków 7N-PC6700 Anniversario. Nie inaczej jest i tym razem, choć akurat mamy to szczęście, że przysłowiową pracę domową odrobił za nas sam producent … projektując tytułowy przewód właśnie pod konkretne wtyki i jak się zapewne Państwo domyślają chodzi właśnie o topowe – piezoelektryczne 50-ki Furutecha. Żeby było ciekawiej w procesie projektowym maczał palce sam dystrybutor wspomnianego kablarsko-akcesoryjnego potentata, czyli katowicki RCM, a finalna wersja obiektu naszych dzisiejszych wynurzeń jest bodajże setną inkarnacją pierwotnego projektu. Jeśli dodamy do tego blisko półtoraroczny okres „dojrzewania” śmiało możemy uznać, iż mamy do czynienia z produktem na tyle skończonym, że raczej nie powinniśmy spodziewać się zbyt szybko jego „poprawionej” wersji. A o kim i o czym mowa? O swoistym beniaminku rodzimej sceny Hi-Fi, czyli powstałej zaledwie w 2017 r. plichtowskiej manufakturze WK Audio i jej topowym przewodzie zasilającym The Air.

Jeśli chodzi o walory natury tak estetycznej, jak i użytkowej, to nie da się ukryć, iż The Air prezentuje się nader intrygująco. Dostarczany w nieco „ikeowskiej” (chodzi o naturalność i ekologię a nie żadne pejoratywne skojarzenia), czyli minimalistycznej i wręcz nieco surowej drewnianej skrzynce już podczas pierwszego kontaktu budzi zaufanie swoją wagą, topowymi wtykami Furutecha i … mało komercyjnym podejściem do tematu. O czym mowa? O niezwykle starannym podejściu do tematu detali, na które zwraca się uwagę przy lepszym jego poznaniu. Chodzi przede wszystkim o ozdobną skórzaną szlufkę z nanizaną nań metalową, przypominającą nieco otwieracz do butelek, tabliczką z firmowym logotypem i nazwą modelu, oraz błękitny peszel otulający nieregularny splot ukrytych pod nim wiązek przewodów. Co w tym niekomercyjnego? Cóż, nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że standardem jest stosowanie różnokolorowych termokurczek z firmowymi nadrukami, oraz zewnętrznych izolacji o znormalizowanej – jednorodnej średnicy. Tymczasem The Air wymyka się powyższym standardom – jest na swój sposób sękaty i nieuładzony, pozwalając przy tym namacalnie potwierdzić, iż trzech miedzianych żył biegnących w jego wnętrzu bynajmniej nie ułożono równolegle, lecz zapleciono zgodnie z założoną, firmową geometrią i dodatkowo rozdzielono stosownymi dystanserami. Na tzw. „macanta” można domniemywać, iż opracowanemu przez Witolda Kamińskiego (WK Audio) i Rogera Adamka (RCM) zaplotowi jest zdecydowanie bliżej do przywodzącej na myśl łańcuch DNA helisy, aniżeli do warkoczy Hurricane’ów AudioQuesta.
Jeśli chodzi o detale natury metalurgicznej, to jak już zdążyłem napomknąć w roli konfekcji wystąpiły topowe, piezoelektryczne wtyki Furutech FI-E50 NCF (R) oraz FI-50 NCF (R) a w roli przewodnika wykorzystano polską i włoską miedź OFC o łącznym przekroju wynoszącym aż 13 mm².

Niezależnie jednak od wyglądu, przynajmniej dla większości audiofilów, liczy się przede wszystkim dźwięk i w nieco mniejszym stopniu ergonomia, dlatego też nieco przewrotnie kupię się najpierw właśnie na tym drugim czynniku decydującym, czy dany produkt zostanie w naszym systemie, czy też wróci z powrotem do sklepu. Przy zakupie WK Audio The Air warto bowiem wygospodarować nieco więcej miejsca, gdyż poprzez swoją budowę jego sztywność i podatność na układanie wymaga nieco troski i … wyobraźni przestrzennej. Jeśli zaś chodzi o brzemiennie, to tutaj już żadnych specjalnych wymagań raczej tytułowy przewód nie stawia.
Zarówno z racji rekomendowanej przez producenta ceny, jak i wykorzystanej przez niego konfekcji, WK Audio The Air stał się niejako z automatu sparingpartnerem dla niedawno przez nas opisywanych Acrolinków 7N-PC6700 Anniversario, co z jednej strony w sposób całkowicie oczywisty unaoczniło różnice pomiędzy obiema konstrukcjami a z drugiej tylko potwierdziło, że drogi do osiągnięcia mniej, bądź bardziej audiofilskiej nirwany mogą dość znacząco się różnić. Wystarczy powiedzieć, że o ile japońscy konkurenci postawili na rozdzielczość, drive i świetne połączenie blasku oraz wypełnienia konturów soczystą tkanką, co niejako wydaje się całkiem nieźle charakteryzować brzmienie moich dyżurnych Dynaudio Contour 30, o tyle The Air idzie raczej w kierunku estetyki jakiś czas temu goszczących u mnie, opartych na ceramikach Accutona, Gauderów Cassiano. Chodzi bowiem o pewne skonkretyzowanie i stechnicyzowanie przekazu, gdzie każdy dźwięk ma swoje jasno wyznaczony miejsce i czas, a wszystkie wydarzenia nie tyle mają, co muszą rozgrywać się z iście matematyczną, inżynierską precyzją. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć. To nie chodzi o przypisywane nieumiejętnej aplikacji „porcelanek” matowości i desaturacji przekazu, lecz swoisty, autorski pomysł na dźwięk, gdzie większy nacisk kładziony jest na dźwięk bezpośredni a związana z nim aura pogłosowa jest dodatkiem a nie równoprawnym elementem przekazu. Po prostu nawet najmniejszy detal i niuans stanowią wielce istotny trybik w wielkiej i skomplikowanej maszynerii twórcy a całość musi „chodzić” z dokładnością i precyzją szwajcarskiego chronografu.
Dzięki powyższej sygnaturze wszelakiej maści rock i elektronika brzmiały z odpowiednią dynamiką i wykopem. Wybornie wypadł zarówno Rammstein, jak i The Prodigy, gdzie liczyło się tak uderzenie, jak i trzymanie szaleńczego tempa. Bas był krótki, świetnie zebrany i na swój sposób wręcz żylasty, co jednak nie wpływało na akuratną i nieprzesadzoną w swym nasyceniu średnicę. Nie oznacza to bynajmniej, że innych gatunków The Air już tak dobrze nie trawi, gdyż nawet spokojny i nostalgiczny album „You Want It Darker” Leonarda Cohena zabrzmiał z odpowiednim skupieniem i bez zbytniego podkreślania tempa.
Jedyną grupą, która nieco uważniej powinna przyjrzeć, przysłuchać się topowemu przewodowi WK Audio jest grono miłośników barokowych treli i innych eterycznych uniesień, gdzie klimat tworzą tzw. gra ciszą i długi, powolnie gasnący pogłos, gdyż akurat na tym polu tytułowa sieciówka nad wyraz intensywnie odciska swoje piętno skracając owe artefakty do niezbędnego minimum, co nie wszystkim musi przypaść do gustu.

WK Audio to mała, jednoosobowa manufaktura mająca na razie w swoim portfolio jedynie trzy przewody zasilające. Ma jasno sprecyzowane cele, z pełną świadomością dba o tak podstawowe zagadnienia jak możliwie najwyższej klasy konfekcja i co zaskakujące w dzisiejszych czasach niespecjalnie stara się być w centrum uwagi. Po prostu Pan Witold Kamiński ze stoickim spokojem sukcesywnie wprowadza kolejne modele a The Air jest zwieńczeniem jego blisko dwuletniej działalności. Nie da się przy tym ukryć, że przewód ten ma swój własny charakter, swoje własne DNA i jak to w życiu bywa, żeby przekonać się, czy wpasuje się w czyjeś indywidualne gusta trzeba go po prostu we własnym systemie posłuchać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Producent: WK Audio
Dystrybucja: RCM
Cena: 11 000 PLN/1,5 m

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Argento Flow Master Reference Extreme Power

Opinia 1

Dokonując swoistego remanentu dostępnego na rynku okablowania audio z łatwością można zauważyć, iż część producentów oprócz dbałości o walory soniczne swoich wyrobów z równym pietyzmem podchodzi do zagadnień natury estetycznej. Wystarczy bowiem wspomnieć takie marki jak Fono Acustica, Skogrand, czy ZenSati, by uświadomić sobie , że choć High-End rządzi się swoimi prawami, to niewątpliwie należąc do obszaru dóbr luksusowych dobrze by było, żeby również i tamże obowiązujące reguły gry akceptował. Ludzie, a przynajmniej „normalna” część populacji, mają bowiem to do siebie, że otaczając się wspomnianym luksusem chcą zachować jego spójność i ciągłość jak tylko ich wzrok zdoła sięgnąć. Trudno bowiem wyobrazić sobie sytuację, by do umownej cienkiej czerwonej linii królowały perskie dywany, trawertyn, włoskie meble, etc. a tuż za nią kłębiły się na podłodze „ogrodowe węże” i przewody do betoniarki. Całe szczęście nie wszyscy gustują w bizantyjsko – rustykalnych klimatach, gdyż np. zdecydowanie bliższa jest im industrialna estetyka opuszczonych fabryk i loftów a więc i widok nieco mniej wyrafinowanych, przynajmniej jeśli chodzi o wzornictwo, zewnętrznych peszli i biżuteryjności konfekcji nie wywoła u nich krwawienia gałek ocznych. W końcu przy prowadzonych „na” a nie „w” sufitach i ścianach plątaninach wszelakiej maści przewodów, rur i innych nośników mediów (vide Sailing Poland Yacht Club) kolejny kabelek, czy dwa większej różnicy nie zrobią. Jeśli zachodzicie Państwo w tym momencie w głowę, po cóż tak krążę wokół tematu bądź co bądź nader często goszczącego na naszych łamach okablowania, jak i wplatam wątki natury aranżacji naszej domowej przestrzeni spieszę z wyjaśnieniem, iż czynię to jedynie w ramach przygotowania gruntu pod nasz dzisiejszy, przedpremierowo dostarczony przez katowicki RCM „mroczny obiekt pożądania” a dokładnie przewód zasilający Argento Flow Master Reference Extreme Power.

Jak sami Państwo widzicie wygląd Argento Flow Master Reference Extreme Power w dość znacznym stopniu odbiega od tego, do czego zdążyli przyzwyczaić nas jego konkurenci. Co prawda już (w do niedawna) topowej serii Flow Master Reference interkonekty XLR mogły pochwalić się trzema oddzielnie prowadzonymi przebiegami, jednak z oczywistych względów ich średnice były nieco mniejsze a i śnieżnobiałe koszulki zewnętrze nadawały całości swoistej lekkości i ażurowości. Z dzisiejszymi bohaterami jest zgoła inaczej. Po pierwsze mamy bowiem do czynienia z dwumetrowymi przewodami zasilającymi, a po drugie nieskalana biel ustąpiła miejsca tak eleganckiej, jak i zarazem nieco mrocznej czerni. W dodatku jest to pierwszy model wyposażony we własnego projektu i wykonania wtyki Duńczyków, co nie tylko uniezależnia ich od zewnętrznych dostawców, lecz również a może i przede wszystkim, pozwala w pełni zapanować nad całym procesem produkcji i finalnego „dostrajania” brzmienia własnych wyrobów. W tym momencie, niejako pro forma, pragnąłbym zwrócić uwagę na pewien detal natury konstrukcyjnej. Otóż „ścienny” wtyk sieciowy (024) nie posiada standardowego otworu na obecny w starego typu (tzw. „francuskich”, typ E) gniazdach bolec uziemiający, więc bez gniazd Schuko, jeśli nie w ścianie, to przynajmniej listwie/kondycjonerze, walorów brzmieniowych dzisiejszego gościa raczej nie doświadczymy. A skoro jesteśmy już przy detalach natury konstrukcyjnej, to ekstremalna wersja FMR, podobnie jak jej niżsi urodzeniem zasilający pobratymcy wykonana została z miedzi – srebro w Argento zarezerwowane jest dla sygnałowego i głośnikowego rodzeństwa.
Tuż przed opisem wrażeń nausznych wypadałoby również co nieco wspomnieć o ergonomii dostarczanych w eleganckich, skórzanych etui przewodach, która nie da się ukryć, o ile tylko nie dysponujemy odpowiednio obszernym „zapleczem” za naszym „ołtarzykiem”, jest dość absorbująca. Z racji swojej konstrukcji, czyli trzech niezależnych przebiegów utrzymywanych w stałej odległości przez umieszczone co mniej więcej 20 cm dystansery układanie i zawijanie / zginanie FMR Extreme Power wymaga nieco wprawy, cierpliwości i przede wszystkim miejsca. W dodatku za samymi, podłączanymi Argento urządzeniami warto wygospodarować mniej więcej pół metra, gdyż same przewody od razu po wyjściu z tyku nie są zbyt skore do zginania. A jeśli chodzi o samo ułożenie na podłożu, to zasadnym wydaje się po finalnej implementacji zainteresować się akcesoriami w stylu Boosterów Furutecha, by nie narażać wtyków na niepotrzebne naprężenia.

A jak Argento Flow Master Reference Extreme Power prezentują się pod względem brzmieniowym? Z premedytacją użyłem liczby mnogiej, gdyż dystrybutor marki – katowicki RCM, był na tyle miły, iż dostarczył nam nie pojedynczą sztukę a parkę tytułowych przewodów, by móc użyć ich jednocześnie w źródle i amplifikacji, bądź w przypadku „dzielonek”, co miało miejsce u Jacka, w transporcie i DAC-u, lub przedwzmacniaczu i końcówce. Wracając jednak do walorów sonicznych Argento uczciwie trzeba przyznać, że Duńczycy pojechali po przysłowiowej bandzie i stworzyli iście wyczynowego high-endowca. Co prawda aby pokazać pełnię swoich możliwości FMR Extreme potrzebuje kilku dni na ułożenie i akomodację, gdyż „zimny” – wyjęty prosto z etui, gra na tyle szaro i beznamiętnie, że jedynie fetyszyści tektury falistej i papieru pakowego mogą czuć się usatysfakcjonowani. Wystarczy jednak dać mu pi razy drzwi trzy – cztery doby i zaczyna się stereotypowe i do samego dna wyeksploatowane poznawanie pozornie znanych na pamięć nagrań na nowo. Tak, tak. To nie żart. Duńskie przewody oferują bowiem trudną w pierwszych chwili do absorpcji rozdzielczość wyciągającą na światło dzienne od wieki wieków ukryte w cieniach i półcieniach niuanse i detale. Efekt ten uzyskiwany nie jest jednak na drodze ordynarnego wypychania ich na pierwszy plan, lecz zdecydowanie bardziej mozolnej a przy tym zachowującej prawidłową perspektywę, znanej z fotografii produktowej metody. Otóż pracując nawet na wysokich przysłonach chciał, nie chciał musimy godzić się na dość ograniczoną głębię ostrości, dlatego też, szczególnie przy fotografii biżuterii (poniekąd również tej audiofilskiej, czyli okablowania), produkt – zdjęcie finalne powstaje jako „sklejka” kilku/kilkunastu kadrów, w których punkt ostrości jest przesuwany wzdłuż fotografowanego obiektu. W dodatku całą ww. procedurę FMR Extreme wykonują w tzw. „locie” – bez jakichkolwiek zauważalnych opóźnień a jednocześnie nic a nic nie majstrują tak przy nasyceniu barw, jak i rozmiarach źródeł pozornych. Słyszymy zatem więcej, lecz to co słyszymy nie jest ani powiększane, ani pomniejszane. Jest dokładnie takie, jakie być nie tyle powinno, co po prostu jest – wystarczy bowiem porównać umiejscowienie wokalu na nagraniach drobniutkiej Youn Sun Nah i mierzącego 195 cm Fisha a jeszcze lepiej sięgnąć po koncert „3 Tenorów”.
Sposób prowadzenia i reprodukcji basu w pierwszej chwili może niczego niespodziewających się słuchaczy wprowadzić w lekką konsternację, gdyż jego kontrola w połączeniu z natywną rozdzielczością sprawiają, iż pozornie jest go mniej, choć de facto znacznie więcej. Jednak ów, jak już zdążyłem zaznaczyć pozorny, paradoks ma swoje bardzo proste a zarazem całkiem logiczne wytłumaczenie. Otóż wzorcowa kontrola i równie wyżyłowane zróżnicowanie powodują, iż pozbywamy się wszelakiej maści podbarwień, uśrednień, czy „sklejania” dźwięków a więc ponownie słyszymy więcej, lecz nie w wyniku sztucznej multiplikacji a jedynie oczyszczenia i lepszego wglądu w głąb zakamarków nagrania.
Równie ciekawie prezentowana jest góra pasma, którą pomimo ww. bogactwa detali trudno uznać za ofensywną, nazbyt żywą, czy też absorbującą. A to za sprawą bardzo oszczędnego dozowania, zwyczajowo obecnego, przy wysokorozdzielczych konfiguracjach blasku, który w tym przypadku oznaczałby przekroczenie cienkiej granicy zalecanej zawartości cukru w cukrze.

Nie da się zatem ukryć, iż Argento Flow Master Reference Extreme Power nie „robi” i nie poprawia dźwięku a jedynie sprawia, że wreszcie możemy usłyszeć go takim jakim został nagrany z całym dobrodziejstwem inwentarza z tym związanym. Dlatego też o ile pojawienie się topowego przewodu zasilającego Argento w słodko i stereotypowo „muzykalnie” grających systemach, ze względu na dodanie szczypty kontroli i wejrzenia w głąb spektaklu, może okazać się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, o tyle w już od podstaw nastawionych na rozdzielczość i detaliczność jego obecność wydaje się dość dyskusyjna. Całe szczęście na tych pułapach cenowych decyzji nie podejmuje się korespondencyjnie, lecz po przynajmniej kilkudniowych odsłuchach we własnym systemie, więc prawdopodobieństwo nietrafienia spowodowanego chwilową fascynacją zakupu możemy uznać za bliskie zeru.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Wiadomym jest, iż świat bez względu na dziedzinę naszego życia, cały czas się zmienia. Owszem, według złowieszczych proroctw i to nawet nie tylko ekologów, lecz również sporego sztabu naukowców, niestety na gorsze. Jednakże jeśli na potrzeby dzisiejszego spotkania pominiemy katastroficzne teorie i spojrzymy na owe zmiany z punktu widzenia poprawy jakości życia, okaże się, że z każdym rokiem jest lepiej. Naturalnie z racji ukierunkowania naszego portalu w stronę poświęconą czerpaniu przyjemności z obcowania z muzyką w okowach własnego „M” nie mam zamiaru podchodzić do tematu całościowo, tylko w swoim udowadnianiu prawdziwości postawionej tezy skupię się na mówiąc kolokwialnie naszym podwórku. Co będzie zatem zarzewiem tej potwierdzającej pozytywne aspekty mijającego czasu rozprawki? Otóż rolę nausznego dowodu, że postęp jest niezaprzeczalny, w dzisiejszej odsłonie opiniowania komponentów audio otrzymał duński przewód zasilający Argento Flow Master Reference Extreme Power, którego wizytę w naszych progach zawdzięczamy stacjonującemu w Katowicach RCM-owi.

Próbując nieco przybliżyć naszego bohatera miałem drobne problemy ze skompletowaniem ważnych dla wielu lubujących się w technologicznych zawiłościach osobników informacji. Z czego to wynikało? Powód z jednej strony był prozaiczny, ale za to z drugiej trochę dziwny, bowiem mamy do czynienia z całkowitą nowością, o której jeszcze nie ma nawet najmniejszej wzmianki na stronie producenta. To zaś sugeruje, że po raz kolejny oceniamy coś, o czym nawet szeroko rozumiana branża audio nie ma nawet pojęcia, dlatego też pełny pakiet danych byłby tutaj nie na miejscu. Niestety sytuacja jest nieco inna, dlatego też z tego co udało nam się wyrwać od dystrybutora na temat budowy, to użycie podobnego materiału do starszego modelu, czyli w przeciwieństwie do srebra w kablach sygnałowych tego brandu w tym przypadku wysokooczyszczonej miedzi. Z tego co mi wiadomo, to zasadnicze różnice znajdują się w splocie poszczególnych drucików w każdej żyle i jak zdradzają to fotografie, w sposobie prowadzenia owych przewodników względem siebie. O co chodzi? Otóż starszy/niższy model nie zdradzając (prawdopodobnie jako warkocz) ułożenia żył względem siebie ubrał całość w śnieżnobiałą opalizującą plecionkę. Natomiast w modelu Extreme mamy coś na kształt zaczerpniętych z filmu „Matrix” trzech równolegle poprowadzonych przez specjalne stelaże linii energetycznych. Ostatnią widoczną nowością najmłodszego dziecka Argento jest odejście od wykorzystywania półproduktów konkurencji i obecnie wykonywanie wtyków we własnym zakresie. Niestety na tym kończy się moja wiedza techniczna na temat naszego punktu zainteresowań, dlatego też bez zbędnej celebracji przejdźmy do najważniejszego z punktu widzenia potencjalnego klienta akapitu, czyli kilku zdań o wartościach sonicznych zasilanego owym kablem systemu.

Zawsze, gdy wypowiadam się o jakimkolwiek okablowaniu, mam świadomość, iż wielu z Was może nie jest ortodoksyjnymi przeciwnikami gloryfikowania tego typu produktów audio, ale często patrzycie na takie teksty ze sporym przymrużeniem oka. Dlatego też tak jak wcześniej, tak i w dzisiejszym przypadku wszelkie wychwycone podczas testu informacje postaram się w miarę sprawnie, czyli zwięźle wyartykułować. Co zatem mam do zakomunikowania? Powiem tak. „Zwykły” Flow Master Reference Power ewoluując do wersji Extreme zyskał na rozdzielczości, został delikatnie doładowany energią, ale co ciekawe, nie szuka poklasku w nadmiernym eksponowaniu najwyższych rejestrów. Jednakże nie mam na myśli duszenia dźwięku, co można odebrać jako krok w tył w porównaniu do protoplasty, tylko zwiększając pakiet informacji i siłę ataku poszczególnych dźwięków góra pozostaje nietknięta. Dlatego też, aby nie odebrać tego aspektu jako brak pomysłu konstruktorów na nowe wcielenie witalności prezentacji, aplikując naszego węża o trzech tułowiach powinniście dysponować podobnie jak on rozdzielczym torem audio. Naturalnie to nie jest jakiekolwiek odgórne ograniczenie, gdyż dla kogoś złapaniem Boga za nogi może okazać się sama poprawa prezentacji basu i nadania odpowiedniej szybkości muzyce, ale gdy spełnicie wcześniejszą uwagę, sądzę, że kilka lat poszukiwań nowego okablowania prądowego macie z głowy. Gdzie usłyszałem największą poprawę? Podczas słuchania wszelkiej, mającej na celu wzbudzić w naszym ośrodku mózgowym coś na kształt buntu muzyki rockowej i o dziwo elektronicznej. To był dodatkowy kopniak w pozytywnym tego słowa znaczeniu, co w przypadku rocka poskutkowało odświeżeniem znajomości z dawno nieużywaną do testów grupą Percival Schuttenbach, czy zespołem Metallica, a muzy z komputera Massive Attack i Acid. Zwarcie, atak i energia były wodą na młyn dla wszelakich przejawów mocnego grania i co ważne śpiewania. I nie było znaczenia, czy generatory dźwięku były naturalne, czy syntetyczne, wszystko z wnoszonego przez najnowsze wcielenie topowej linii dobra czerpało pełnymi garściami. A gdzie efekt był mniej spektakularny? Otóż z pewnością nie była to szkoda jako taka dla muzyki, ale zbytnie poganianie dźwięków odbitych od ścian i sklepień kościołów w połączeniu z dodatkowym zdyscyplinowaniu średnicy i niskich tonów nie dało muzyce dawnej wytworzyć w mojej duszy odpowiedniego nastroju zadumy. Czy to źle? Z pewnością nie, ale osobiście wolałbym nieco wolniej i soczyściej, tylko wówczas mogło to być odbierane jako sztuczne kolorowanie świata, co duńscy konstruktorzy już podczas założeń projektowych modelu Extreme skreślili z listy końcowych oczekiwań. Dlatego też nie stawiałbym tego aspektu w jednej linii z jakimikolwiek problemami, tylko określił jako inną wizję przecież bardzo różnie odbieranego przez każdego z nas tego samego świata muzyki.

Czy nasz bohater jest dla wszystkich? Z jednym wyjątkiem teoretycznie tak. Co to za wyjątek? Nic nadzwyczajnego. Po prostu właściciele anorektycznych i już na starcie żylastych konfiguracji powinni uważać, aby dodatkowym pakietem szybkości i zebrania się w sobie muzyki nie popaść w jej nadmierną kanciastość. Jeśli jednak z jakiś niewiadomych powodów coś takiego się wydarzy, nie zwalajcie ewentualnej porażki na Duńczyka, tylko na swoje lekceważenie podobnych do mojej wskazówek. Zabawa w audio jest drogą pełną wilczych dołów i tylko umiejętne lawirowanie pomiędzy nimi daje szansę na pełny sukces. A ten jest w zasięgu ręki wszystkich, których układanki nie mają nic wspólnego z wyżej wymienionymi przypadkami. Zatem jeśli w kwestii wysycenia stoicie do nich w opozycji, macie duże szanse na okraszony wieloma latami zadowolenia soniczny sukces.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Cena: 12 000 €

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Argento Flow Master Reference Extreme Power
artykuł opublikowany / article published in Polish

Nieoficjalnie i w ramach kontrolowanego przecieku, niemalże szeptem chcemy powiedzieć, że właśnie zaczęliśmy wygrzewać coś, czym na swojej stronie nie chwali się nawet sam producent. Panie i Panowie oto Argento Flow Master Reference Extreme Power w całej swej okazałości.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Audioquest Hurricane
artykuł opublikowany / article published in Polish

Pojawienie się na rynku najnowszych przewodów zasilających Audioquesta wywołało reakcję w pełni adekwatną do ich nazwy. Panie i Panowie, oto Audioquest NRG Hurricane.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Audiomica Laboratory Allbit Consequence

Opinia 1

Po dwóch spotkaniach z bezpośrednio operującymi na sygnałach audio przewodami Pearl M1 i Miamen M1, oraz dedykowanym źródłom analogowym Thasso przyszła pora na najbardziej kontrowersyjne wśród audiofilskiego okablowania Audiomica Laboratory „druty” z topowej serii Consequence, czyli zasilające Allbit. Nie znaczy to oczywiście, że niejako na siłę szukamy taniej sensacji, lecz o ile podobnie jak większość świadomych audiofilów wiemy, gdyż weryfikowaliśmy to empirycznie w praktyce, że i elementy zasilające wpływają na finalne brzmienie naszych systemów, tak też doskonale zdajemy sobie sprawę, iż dla części oponentów jest to voodoo w najczystszej postaci. Dlatego też po raz kolejny pragniemy udowodnić, iż system gra tak, jak jego najsłabsze ogniwo i również o kable zasilające warto zabrać. Mając też świeżo w pamięci sygnaturę brzmieniową pozostałych Consequence’ów uznaliśmy, że warto uzupełnić własne doświadczenia o tak naprawdę początek naszych audiofilskich ołtarzyków, czyli o ten przysłowiowy metr, czy też półtora, biegnący od ściany/listwy do urządzeń już z sygnałami audio pracujących.

Obecnie dostępny Allbit Consequence jest już czwartą inkarnacją tego modelu. Pierwsze wersje pojawiły się na rynku w 2011 r. i były oferowane do czerwca 2014, kiedy to światło dzienne ujrzała,produkowana do maja 2015 r. wersja M1, którą to z kolei zastąpiła dostępna do 2017 r.  M2-ka.  Jak przystało na flagowca i pełnokrwistego przedstawiciela królewskiego rodu przewód dostarczany jest w stylowej drewnianej skrzyneczce a na czas transportu wtyki zabezpieczane są siateczkami z tworzywa sztucznego. Owa masywna, rodowana „konfekcja” poddawana jest dwuetapowemu procesowi galwanizacji DCP a na samym przewodzie nie mogło zabraknąć charakterystycznych muf elektrostatycznych Acoustic Points. Co do szczegółów natury technicznej, to przechodząc pod zewnętrzny peszel PET napotkamy ekran z miedzianej plecionki, kolejną warstwę otuliny PET, Spienione PVC i zaizolowanych koszulkami PTFE dwanaście żył o średnicy 12 AWG, po 40 miedzianych (OCC) przewodników każda.
Pomimo zauważalnego ciężaru, jak i sporej średnicy Allbity okazały się nad wyraz wiotkimi i łatwymi w aplikacji przewodami, o czym warto wspomnieć w dobie zamiłowania co poniektórych konkurentów do wzorowania się na dyszlach i prętach zbrojeniowych wprawiających w stan lewitacji co lżejsze komponenty naszych drogocennych zestawów.

Sięgając po topowe, zasilające Audiomici byłem bardzo ciekaw ich wpływu na mój system, bowiem zarówno przewody głośnikowe, jak i interkonekty należące do flagowej serii Consequence stawiały na potęgę i dynamikę brzmienia, to gdzieś tam podświadomie zastanawiałem się, czy i tym razem gorlicki producent poszedł tą samą drogą, czy też postawił na większą zachowawczość. Pierwsza opcja wydawała się co prawda bardziej prawdopodobna, lecz niosła ze sobą zagrożenie zbyt dużej zawartości cukru w cukrze i przesycenia firmowej sygnatury, a z kolei duga mogła powodować zarzut niekonsekwencji. Czyli i tak źle i tak niedobrze. Oczywiście takie podejście jest właściwe dla wiecznych malkontentów i poszukiwaczy teorii spiskowych, bo normalny, o ile za normę uznamy nasze audiofilskie hobby, meloman i miłośnik muzyki reprodukowanej na możliwie wysokim poziomie najpierw słucha a dopiero potem ocenia, czy osiągnięty efekt po pierwsze spełnia jego oczekiwania i po drugie czy wart jest wyasygnowania związanych z jego nabyciem kwot. A jak było z Allbitami, których do testu otrzymaliśmy aż trzy sztuki?
Po nieśpiesznym wygrzaniu i trwającej blisko tydzień akomodacji okazało się jednak, że perłowo-białe pytony Audiomici nie tylko idealnie wpisują się w prezentowaną przez swoje rodzeństwo szkołę grania, co dokładają do niej od siebie małe co nieco. Owym akcentem jest bowiem dociążenie przekazu, które słychać praktycznie od pierwszych taktów. Dlatego też zamiast rozpoczynać od czegoś lekkiego, łatwego i niezobowiązującego plumkania sięgnąłem od razu po patetyczny i spektakularny album „Beloved Antichrist” Theriona. To dość eklektyczne a zarazem nie dla wszystkich lekkostrawne wydawnictwo, gdzie przez ponad trzy godziny rock i metal przeplatają się z czysto operową estetyką a co najważniejsze całość należy przyjmować w jednej dawce, bo dzielenie jej na kilka części bezsprzecznie wytrąca z rytmu i gubi „klimat”. Co prawda swoje najnowsze dzieło Szwedzi podzielili na trzy akty, ale ów podział sugerowałbym wykorzystać co najwyżej na jakąś krótka przerwę poświęconą uzupełnieniu płynów i rozprostowanie kości aniżeli niedzielne zakupy w pobliskiej galerii handlowej. I tutaj od razu uprzedzę, iż owo dociążenie wcale nie oznaczało drastycznego przesunięcia środka ciężkości ku dołowi, lecz globalne zwiększenie wolumenu i gęstości tak przekazu, jak i źródeł pozornych. Ot stały się one bardziej konkretne, zbite, niemalże „napakowane” a jednocześnie nie odnotowałem zbytniego kombinowania z barwą, przez co soprany Chiary Malvestiti, Lori Lewis, Lydii Kjellberg, czy Melissy Verlak wcale nie próbowały zbliżyć się do growlu, jakim z reguły uprzejma była raczyć nas (nomen omen mezzosopranistka) Angela Gossow a jedynie zyskały na soczystości, mięsistości i … kobiecości. Dodatkowo Allbity wprowadzały coś na kształt wewnętrznego spokoju i wynikającej z ich klasy dostojeństwa. Zero podskórnej nerwowości, szklistości, zero pośpiechu, czy rozchwiania emocjonalnego. Ot klasyczna pewność siebie i autorytatywność podejmowanych decyzji właściwa i zarezerwowana wyłącznie dla pełnokrwistego High-Endu.
Podobnie sprawy się miały na syntetyczno – ambientowej składance „The Very Best Of Cafe del Mar Music”, gdzie przez blisko cztery godziny słuchaczy otulał szczelny kokon impresjonistycznych, dźwiękowych plam i dobiegających z najprzeróżniejszych zakątków pokoju odsłuchowego dźwięków. Oczywiście o naturalności brzmień w tym wypadku trudno byłoby mówić, jednak tym, na co z pewnością warto było zwrócić uwagę, było całkowicie czarne tło sprawiające iż oddając się przyjemności obcowania z tak podaną muzyką odpoczywaliśmy nie tylko my, ale i nasze mózgi zwolnione z obowiązku eliminowania ewentualnego „szumu przesuwu” i pozostałych cyfrowych artefaktów, które tym razem po prostu nie występowały. Śmiem wręcz twierdzić, że dominującym podczas odsłuchu odczuciem była … analogowość brzmienia. I jeśli ktoś w tym momencie stwierdzi, że ewidentnie odleciałem i konfabuluję, to spieszę z wyjaśnieniem, iż jest w błędzie, gdyż gorlickie sieciówki odciskały piętno z porównywalną intensywnością co ich sygnałowe rodzeństwo i niezauważanie ich wpływu wynikać może jedynie ze złej woli, zaprzaństwa, bądź poważnej wady słuchu.
Dla świętego spokoju i w celu zweryfikowania jednej drobnostki włączyłem jeszcze „New Moon Daughter” Cassandra Wilson i moje przypuszczenia się potwierdziły. Otóż na nieco przebasowionych nagraniach, jak właśnie to powyższe Audiomici z jednej strony niespecjalnie intensyfikowały realizatorki zamysł a z drugiej, co oczywiste, dalekie były do prób wykonturowania nieco „przewalonego” kontrabasu. Mając w dodatku na uwadze fakt, iż podczas testów w moim systemie pracowały aż trzy Allbity – od ściany do listwy i z listwy do CD i wzmacniacza efekt finalny uznaję za wyborny i tym samym jednoznacznie potwierdzający fakt, iż „przesycić” Audiomicami dźwięku się po prostu nie da.

Z dziką satysfakcją, po blisko dwutygodniowych, nad wyraz intensywnych testach, śmiem twierdzić, iż Audiomica Laboratory Allbit Consequence w pełni zasługuje na miano high-endowego przewodu zasilającego bez najmniejszej tremy mogącego stawać w szranki z zagraniczną, zdecydowanie bardzziej utytułowaną konkurencją. Poczynając od ekskluzywnego opakowania i nieabsorbującej aparycji a skończywszy na fenomenalnie homogenicznym i mocno osadzonym w dole pasma dźwięku wydają się być bardzo ciekawą propozycją dla wszystkich poszukiwaczy niepozbawionych rozdzielczości spokoju i potęgi doznań muzycznych. Jeśli zatem często sięgacie po wielką symfonikę, progresywnego rocka, i to nawet w jego najcięższych odmianach, odsłuch przynajmniej jednego Allbita wydaje się co najmniej oczywisty.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Phasemation EA-500
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5;
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; System Audio Pandion 5
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Prawdopodobnie zwróciliście uwagę na drobny fakt kolejnej, z dzisiejszą włącznie, w dość krótkim czasie recenzji okablowania pochodzącej z Gorlic marki Audiomica Laboratory. Przyczyny? Pierwsza cisnąca się na myśl, to bardzo ciekawie brzmiąca flagowa linia okablowania gramofonowego, którą wraz z Marcinem stosunkowo niedawno mieliśmy okazję zaopiniować. Zaś drugą jest zadziwiająco swobodne poruszanie się tych konstrukcji po międzynarodowych rynkach. Mało tego, powiedziałbym nawet, że będąca zarzewiem naszego spotkania marka zdecydowanie łatwiej rozpoznawalna jest przez międzynarodowy, a niżeli rodzimy audiofilski świat. I wiecie co? Po kilku testowych spotkaniach z ofertą gorlickich konstruktorów nie do końca jestem w stanie ten stan zrozumieć. Owszem, byt danego produktu określa rynek, ale to nie zmienia faktu mojego lekkiego zdziwienia takim stanem rzeczy. Ok, koniec tych prywatnych refleksji. Przecież nie wpadacie na naszą stronę, aby rozczytywać się w gorzkich żalach na temat sytuacji rodzimego rynku audio, tylko w celu zapoznania się z kolejnym, ciekawym produktem jego portfolio, którym w tej odsłonie będzie dostarczone topowe okablowanie prądowe w postaci trzech sztuk Allbit Consequence.

Akapit relacjonujący ogólny wygląd rzeczonych drutów z racji ochrony wielu lat doświadczeń marki w dziedzinie zaprojektowania odpowiedniej konstrukcji wewnętrznej w mojej relacji z placu boju nie będzie obfitował w zbyt szczegółowe dane techniczne. Jednak idąc za informacjami producenta przewodnik wykonano z najczystszej miedzi OCC, a splot opiewa na 12 żył po ok. 3 mm2 każda. Całość konstrukcji przez zakłóceniami elektromagnetycznymi chroni wielodrutowa plecionka. Jak widać na fotografiach, w kwestii koloru producent idzie wytyczoną przez wcześniejsze produkty tej linii drogą wpadającej w srebro jasnej szarości. Jeśli miałbym skreślić kilka słów o łatwości ich układania za jak to często bywa stojącą blisko ściany szafką ze sprzętem, co prawda spotkałem się ze bardziej wiotkimi konstrukcjami, ale i te nie są jakoś specjalnie problematyczne w aplikacji w nawet dość ograniczonych prześwitem warunkach. Przytaczając kilka kolejnych, widocznych gołym okiem obserwacji organoleptycznych, oprócz wspomnianej otulającej całość przewodu jasnej koszulki z obydwu stron zaterminowano go wyśmienicie prezentującymi się, uzbrojonymi w logo producenta połyskującymi srebrem rodowanymi w autorskim dwuetapowym procesie galwanizacji wtykami. Jednak pakiet danych nie byłby pełny, gdybym nie wspomniał o znajdującej się w sąsiedztwie wtyku od strony ściany czarnej baryłce – mufie elektrostatycznej. Co tam znajdziemy, wie jedynie pomysłodawca – Acoustic Ponits. Czary mary? Nie wiem. Jednak bez względu na nazewnictwo najważniejszym jest, że po aplikacji tego “dynksa” kable prezentują tak pożądany przez kochających dobry dźwięk efekt brzmieniowy. I gdy na koniec dodam, że opisane druty przybywają do klienta w podnoszących wyjątkowość produktu drewnianych skrzynkach, okaże się, że marka dba nie tylko o pozytywne wrażenia słuchowe, ale i wzrokowe, na które z doświadczenia wiem, liczy wielu potencjalnych zainteresowanych.

Patrząc na poczynania recenzowanych drutów w dziedzinie ingerencji w końcowy efekt dźwiękowy zasilanej układanki audio należy stwierdzić, iż sieciówki z linii Consequence są bardzo równe sonicznie. To zaś oznacza, że począwszy od dobrze obdarowanego w energię i masę dołu pasma, przez wtórującą mu w wypełnieniu średnicę, po dźwięczne, ale delikatnie dotknięte spokojem górne rejestry przekaz muzyczny jest bardzo spójny. Fakt, jak z powyższej wyliczanki można się domyśleć, całość wypada w estetyce grania barwą, jednak zapewniam, iż brzmi to bardzo spójnie. Ale to nie koniec ciekawych obserwacji, gdyż wyartykułowaną przed momentem litanię artefaktów świat dźwięków z łatwością przekuwa w obdarzony sporymi emocjami przekaz, a to wielu z nas w obcowaniu z muzyką stawia na co najmniej na drugim, jeśli nie na pierwszym miejscu. A co w tym wszystkim jest najciekawsze, przy soczystym graniu nie tracimy zbytnio na czytelności źródeł pozornych w tylnych formacjach. Owszem, może to być pokłosiem delikatnego przybliżenia się wirtualnej sceny o pół kroku w kierunku słuchacza, ale muszę zaznaczyć, że rozmiar jej głębokości nadal pozostaje w dobrych proporcjach, czyli zaliczamy efekt zmiany miejsca obserwacji wydarzeń o jeden, no może dwa rzędy bliżej. I zastrzegam, nie rozpatruję tego jako problem, gdyż znając sporą liczbę zakręconych na punkcie muzy osobników wiem, że co słuchacz, to inne upodobanie co do usadowienia muzyków w stosunku do miejsca odsłuchowego. Jedni lubią bezkresne hektary głębi, a drudzy napawają się zaglądaniem artystom do gardeł. Czyli audiofilski standard. A jak ma się powyższy tekst do realiów życia codziennego? Rozpocznijmy od nieco ukulturalnionego ciężkiego brzmienia, czyli materiału zespołu Metallica z orkiestrą symfoniczną „S&M”. Za sprawą bardzo dobrego operowania masą niskich rejestrów i soczystością średnicy najważniejsze instrumenty w stylu gitar, kontrabasów i co nie dziwi głosu wokalisty tryskały radością oferując w każdym przypadku ścianę fantastycznie wypełnionego energią dźwięku. Gdy do głosu dochodziły ciężkie brzmienia gitar, choć obecnie stawiam na bardziej delikatne w stylu saksofon i klarnet instrumenty, natychmiast na myśl przychodziły mi piękne wspomnienia z ogarniętej buntem, wymuszającej słuchanie takiego rodzaju muzy czasy młodości. Ale to nie jedyna pozytywna składowa tego wydarzenia, gdyż w sukurs przysłowiowym „wiosłom” szła perkusja i nasączona emocjami w tym symfonicznym przypadku unikająca krzyku wokaliza. I gdy zbierzemy te aspekty w jedną całość, nie mogę napisać nic innego, jak wyrazy ukontentowania z tak podanego spektaklu. Temat dobrego odbioru zastosowania okablowania z Gorlic trwał również podczas słuchania muzyki elektronicznej w wykonaniu grupy The Acid „Liminal”. Tam gdzie miało nastąpić trzęsienie ziemi, drżąc w posadach pokój odsłuchowy natychmiast mnie o tym informował. Idźmy dalej. Oprócz samego basu bardzo dobrze wypadał również preparowany głoś wokalisty i o dziwo (dlaczego lekkie zaskoczenie zdradzę za moment) wszelkie nadające nieprzewidywalności temu repertuarowi przestery i świsty. Jednym słowem kolejny co najmniej ciekawy pokaz. Spawy nabrały nieco innego wymiaru, gdy do głosu doszedł stawiający na przeszywaną przeszkadzajkami perkusisty i pełnią solowych popisów kontrabasisty ciszę wycyzelowany realizacyjnie materiał jazzowy Bobo Stenson Trio „Contra La Indecisión”. Spokojnie, nie był to palec Boży dla testowanego okablowania, ale w moim, już na starcie mocno obdarzonym barwą systemie, dodatkowa dawka wypełnienia sprawiła, że kontrabas minimalnie się powiększył, a przez to delikatnie rozmył, a blachy bębniarza nie przezywały przestrzeni między-kolumnowej znanymi mi z codziennych reprodukcji przenikliwie jasnymi iskierkami, tylko nieco szybciej gasnącymi, a przez to mniej błyszczącymi efektami kolorowych fajerwerków. To co prawda była bardzo delikatna korekta wspomnianych artefaktów, ale fakt jest faktem, że ewidentnie słyszalna. Oczywiście całkowicie inną sprawą jest odbiór tych aspektów przez konkretnego słuchacza, jednak dla pełnego zdania relacji z odsłuchów jestem zobligowany o tym wspomnieć.

Kreując końcowe wnioski bez naciągania faktów stwierdzam, że flagowa linia kabli sieciowych pochodzącej z Gorlic polskiej marki Audiomica Laboratory jest bardzo ciekawym materiałem dla wyrafinowanych melomanów. Nie znajdziecie tutaj siłowego promowania swojego punktu widzenia, tylko ofertę delikatnego szlifu systemu w zamierzonym podczas projektowania produktów kierunku. Czym spróbuję obronić tę tezę? Spójrzcie na mój zestaw. Z daleka „śmierdzi” nutą koloru i obfitego basu (papier na środku i basie, a do tego w nienaturalnych dla większości audiofilów rozmiarach – środek 22 cm, bas 48 cm), a mimo to wnoszące swoje trzy grosze w domenie gęstości kable sieciowe w większości materiału potrafiły wyjść ze sparingu z tarczą, co jest przecież rokującym dobre wyniki w innych konfiguracjach sukcesem. Zatem gdzie widziałbym testowane okablowanie? Szczerze? Jakąkolwiek porażkę ze spotkania z Audiomicą mogą zaliczyć jedynie ociężałe układanki. Reszta wypadnie co najmniej dobrze, ale czy na tyle dobrze, żeby pozostać na stałe zależeć będzie od konkretnych przypadków, czyli potrzeb tak zasilanego systemu, jak i samego słuchacza. Zatem do dzieła.

Jacek Pazio

Producent: Audiomica Laboratory
Ceny:
0,5 m=1650 €
1,0 m=1900 €
+ 0,5 m=250 €
opcja (FILTER TFCT)=250 €
opcja (FILTER TFCT + SMART COUPLERS)=400 €

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport Reimyo CDT-777, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Crystal Cable The Ultimate Dream Power

Link do zapowiedzi: Crystal Cable The Ultimate Dream

Opinia 1

Zgodnie z deklaracjami poczynionymi podczas relacji z polskiej premiery przewodów zasilających Siltech Triple Crown & Crystal Cable Ultimate Dream mamy niewątpliwą przyjemność poinformować Państwa, że po dłuższej chwili oczekiwania „słowo ciałem się stało” i pierwsza transza holenderskiej audio-biżuterii zagościła w naszych skromnych progach. Zamiast jednak prowadzić bratobójczy pojedynek i próbować skonfrontować ze sobą oba ww. brzydko mówiąc „druty” postanowiliśmy nieco ostudzić emocje i doskonale zdając sobie sprawę, że nic tak nie podnosi ciśnienia jak właśnie high-endowe przewody zasilające uznaliśmy, że tego typu ekstrema należy dozować z rozwagą i iście aptekarską dokładnością. Dlatego też kierując się troską o serca naszych Drogich Czytelników i zasadami savoir-vivre pierwszeństwo przypadło marce znajdującej się pod opieką Gabi Rijnveld, czyli Crystal Cable i topowym przewodom zasilającym The Ultimate Dream Power, których cztery sztuki dotarły do nas dzięki uprzejmości krakowsko – warszawskiego Nautilusa.

Bynajmniej żadną tajemnicą nie jest, że zarówno za wyrobami Crystal Cable, jak i Siltecha stoi nie kto inny jak Edvin Rijnveld a oba byty prowadzone są równolegle w ramach typowo rodzinnego przedsięwzięcia. Dlatego też, choć produkcja odbywa się w tej samej fabryce w Elst i przestrzeń biurowa w imponującym World Trade Centre w Arnhem jest wspólna, używając marketingowego żargonu ich „target” nieco się różni i nikt nikomu w drogę nie wchodzi a jeśli tylko Klient ostatecznie zdecyduje się na Crystala zamiast Siltecha, bądź na odwrót, to nikt z tego powodu nie będzie rozpaczał, gdyż i tak, i tak wszystko zostanie w rodzinie.
W przeciwieństwie do Triple Crowna, nad którym powinniśmy poznęcać się już za dosłownie chwilę, zasilający Ultimate Dream sprawia zdecydowanie mniej przytłaczające wrażenie. Można wręcz uznać, że ma w sobie coś niezaprzeczalnie jubilerskiego i … kobiecego. Mówiąc prosto z mostu jest po prostu ładny i to urodą nienachalną a jednocześnie jasno dającą do zrozumienia o swojej bezdyskusyjnej ekskluzywności. Podkreśla to już samo opakowanie, które zamiast konwencjonalnego, kartonowego pudełka przybrało formę porytej intrygującym „włosiem” walizeczki. Sam przewód jest dość skomplikowaną a przy tym wiotką plecionką o srebrno-złotym zabarwieniu z umieszczoną od strony odbiornika ozdobną złoto-chromowaną mufą i został zaterminowany modyfikowanymi japońskimi, topowymi wtykami Oyaide z serii F1. Jeśli zaś chodzi o jego budowę wewnętrzną, to w tym wypadku mamy do czynienia z wiązką siedmiu, podwójnie ekranowanych drutów solid-core. Sześć z nich to monokrystaliczne srebro a siódmy – centralnie umieszczony,, jest srebrno-złoty i pełni rolę przewodu masy. Również ich ekranowanie wykonano ze złoconego, monokrystalicznego srebra i z monokrystalicznej, srebrzonej miedzi a jakby było tego mało izolację stanowi podwójna warstwa Kaptonu wraz z PEEK (PolyEtherEtherKetone).

A jak tytułowa biżuteria gra? Bo przecież wbrew pozorom i zdaniu wszystkich tych co nie słyszeli, kontaktu z tym, bądź nawet nie tyle podobnej, co jakiejkolwiek klasy przewodem nigdy nie mieli, ale głoszą prawdy objawione, choć tak po prawdzie wyssane z palucha i to niekoniecznie pierwszej czystości, kable zasilające wpływ na brzmienie urządzeń z ich pomocą zasilanych wpływ mają i basta. Jeśli zatem dobrnęliście Państwo do tego momentu, to znaczy, że zamiast usilnie próbować sobie wmawiać, że coś nie gra, skoro gra, wolicie ufać własnym zmysłom i sami decydować o tym co w waszym torze audio się znajdzie a co nie. I wiecie co? Nie wiem, czy zepsuję komuś niespodziankę, czy nie, ale bez zbędnego stopniowania napięcia śmiem twierdzić, że … Crystal Cable Ultimate Dream znaleźć się powinien. Powodów jest kilka. Po pierwsze pomimo mało imponujących gabarytów, czy też podatności na zginanie porównywalnej do pręta zbrojeniowego, przewód ten swoją żywiołowością, chęcią do grania i dynamiką może wprawić w konsternację niejednego „boa dusiciela” grubości węża strażackiego. W dodatku nie jest to granie bezkształtną, obezwładniającą i niemożliwą do opanowania masą, lecz w pełni kontrolowanym i świetnie zróżnicowanym wolumenem zwartym niczym żelbetowy blok poruszający się z zegarmistrzowską precyzją. Każde uderzenie ma swój atak, właściwą siłę i dokładność sterowanego z serca Pentagonu bojowego drona. Nie dość, że potrafi pojawić się znikąd, to po przeprowadzonym ataku równie błyskawicznie zniknąć. Aby tego doświadczyć najlepiej sięgnąć po coś równie ekstremalnego jak debiutancki krążek supergupy Dead Cross o zaskakującym tytule „Dead Cross” . Obłąkańcze ataki perkusji, za którą zasiadł sam Dave Lombardo i wyrykiwane, niemalże agonalne partie wokalne Mike’a Pattona wraz ze ścianą gitarowych riffów mozolnie tkaną przez basistę Justina Pearsona i gitarzystę Michaela Craina na mniej rozdzielczych przewodach sprawiały dość monotonne wrażenie i po blisko dwudziestu ośmiu minutach, bo tyle właśnie ww. album trwa, można było czuć pewne znużenie. Tymczasem obecność w torze Crystali (jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku podczas testów dysponowaliśmy czterema sztukami) sprawiła, iż całość nie dość, że nabrała niesamowitej szybkości i motoryki, to ukazała wielowarstwowość samych kompozycji i to, co do tej pory wydawało się li tylko monolitycznym, piekielnie brzmiącym łomotem okazało się misternie tkanym hardcore -punkowym i heavy metalowym majstersztykiem. Z jednej strony dźwięk był gęsty i świetnie osadzony na basowym fundamencie a z drugiej trudno było uznać go za przyciemniony, czy zaokrąglony. Jedynie najwyższe składowe, oczyszczone z granulacji mogły wydawać się nieco złagodzone, lecz każdorazowo, po nieco bardziej wnikliwej analizie okazywało się, że to nie zaokrąglenie, bądź ich wycofanie, lecz właśnie oczyszczenie z pasożytniczych artefaktów sprawiało, iż brzmiały one zdecydowanie finezyjniej aniżeli z innym okablowaniem.
Mając jednak na uwadze ciężkostrawność powyższego repertuaru jednostkom dysponującym zdecydowanie delikatniejszym podniebieniem muzycznym sugeruję zaprząc do roli materiału testowego fenomenalny duet Raya Browna z Laurindo Almeidą, czyli wydawnictwo „Moonlight Serenade” i jeśli tylko macie Państwo taką możliwość, to najlepiej na winylu. A czemu właśnie na LP a nie CD, bądź plikach spytacie. Otóż biorąc pod uwagę fakt, iż nagrania dokonano w 1981r. w technologii Direct to Disc, czyli na setkę, z praktycznie z zerową reżyserią dźwięku – efekt finalny zawdzięczamy jedynie odpowiedniemu doborowi i ustawieniu mikrofonów.
Crystale nie tylko nie zaburzają, bądź osłabiają słyszalnej między muzykami więzi i tożsamego dla ich wirtuozerii feelingu, lecz to zjawisko intensyfiują. W dodatku precyzyjnie kreśląc krawędzie instrumentów nie zawieszają ich i nie separują w czarnej otchłani, lecz zachowując atłasowe tło pozwalają wzajemnie się przenikać, wchodzić we wzajemne interakcje. Pozostając w tym samym klimacie i tym samym instrumentarium nie odmówiłem sobie również przyjemności przesłuchania „In New York” Rona Cartera i Joela Xaviera, gdzie kontrabas stanowi już jedynie akompaniament dla gitary, ale nadal czaruje i barwą i swym natywnym wolumenem, więc jeśli tylko szukamy ukojenia od codziennego zgiełku w typowo analogowej i niespiesznej estetyce, to jest to pozycja wręcz dla nas wymarzona.
Mając do czynienia z przewodami, które umownie rzecz ujmując wyszły spod kobiecej ręki nie omieszkałem zweryfikować ich wpływu na sposób reprodukcji wokali należących do płci pięknej i szczerze przyznam było to świetne zwieńczenie mojej przygody z Ulimate Dreamami. Bardzo delikatne dopalenie emocjonalne i dosaturowanie głosów Natalie Cole, Niny Simone, czy nawet Mizuho Lin (udzielającej się w brazylijskiej formacji Semblant m.in. na albumie „Lunar Manifesto”) sprawiły, że panie zrobiły pół, bądź nawet cały krok do przodu i zaczęły śpiewać bardziej dla nas.

Crystal Cable Ultimate Dream Power to jedne z droższych przewodów dostępnych na naszym rynku i choć niby nie wypada, czy wręcz nie należy oceniać „książki po okładce”, to już na pierwszy rzut oka widać, że należą one do elitarnego grona produktów, których posiadaniem mogą szczycić się jedynie najzamożniejsi audiofile. Jednak wysmakowane wzornictwo, szlachetne materiały i typowo jubilerskie oblicze metalurgii nie są sztuką dla sztuki a jedynie sposobem, drogą prowadzącymi do określonego i precyzyjnie zdefiniowanego celu. Celu, którym jest jak najwierniejsza reprodukcja naszej ulubionej muzyki i sprawienie, by wreszcie zabrzmiała ona tak, jakby grana była tylko i wyłącznie dla nas.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz liniowy: Air Tight ATC-2
– Wzmacniacze mocy: Air Tight ATM-2
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Z pozycji zwykłego Kowalskiego, jak również zgodzie z ogólnie obowiązującymi prawami fizyki, dzisiejsze spotkanie ocierać się będzie o zapędy stricte szamańskie. Dlatego też już na stracie informuję, iż wszyscy negujący wpływ różniących się od siebie konstrukcyjnie kabli w systemie audio na jego końcowy efekt soniczny (bez zagłębiania się w temat przenoszonych przez nie sygnałów) proszeni są o znalezienie sobie innego, z ich punktu widzenia znacznie ciekawszego, zajęcia. Powód? Banał, gdyż tym razem na portalową tapetę trafił właśnie set okablowania. Mało tego. Nie chodzi nawet o czasem uważane przez niedowiarków za mogące coś wnieść do dźwięku głośnikowe czy interkonekty. W tym odcinku zderzymy z czystą herezją, czyli z drutami sieciowymi. A żeby tego było mało, będzie to sparing z jednymi z droższych konstrukcji na światowym rynku. I nie chodzi mi w tym momencie o wyjadaczy typu: Siltech, MIT, czy Transparent, tylko markę co prawda z tym pierwszym bardzo spokrewnioną, bo prowadzoną przez żonę wspomnianego holenderskiego producenta, która po osobistej konfrontacji nie wiedzieć czemu, jakimś dziwnym trafem pośród osłuchanych audiofilów mimo ewidentnych zalet dźwiękowych nie jest zaliczana do pierwszej ligi tego typu akcesoriów. Zatem jeśli ta informacja nie spowodowała u Was nieodwracalnie negatywnych skutków w psychice, zapraszam na krótką opowieść o tym, jak cztery pięknie się prezentujące holenderskie kable sieciowe, ukrywające się pod handlowym kryptonimem Crystal Power Cable The Ultimate Dream zmieniły oblicze stacjonującego u mnie japońskiego systemu. Gdy zaproszenie zostało przyjęte, na koniec wstępniaka dodam jeszcze, iż wizytę owego kompletu prądowego do celów testowych zawdzięczamy warszawsko-krakowskiemu dystrybutorowi Nautilus.

Aparycja rzeczonych drutów sieciowych nie pozostawia złudzeń. Walory estetyczne natychmiast sugerują, że rola kobiety w tym projekcie biznesowym nie kończy się jedynie na zarządzaniu, ale w kontrakcie znalazł się również podpunkt związany z dbałością o design. Dlaczego? Ja wiem, wygląd kabli jest nieistotny, gdyż zawsze leżą gdzieś na podłodze za szafką. Tymczasem Pani Gabi Rijnveld będąc właścicielem marki dopilnowała, aby bez względu na często nikłe szanse ich wyeksponowania przez potencjalnego klienta choćby podczas implementacji w tor audio zawsze cieszyły jego oko. A jak wyglądają? Ewidentnie widać to na fotografiach. W ogólnym postrzeganiu przoduje jasna, a przez to napawająca optymizmem kolorystyka. Sam element nośny, czyli niezbyt gruby, skręcony z kilku żył srebrny przewodnik ubrano w eksponującą połysk przewodnika przezroczystą koszulkę. Mało tego, tuż przed wtykiem żeńskim, czyli przed wejściem do odbierającego dawkę energii urządzenia zamontowano wykończony matowym złotem owalny pojemnik, w którym skryto będący tajemnicą firmy układ filtrujący. I gdy do tego dodamy zaprojektowane dla CC, wizualnie podobnie do reszty komponentów, mieniące się srebrem wtyki, mamy coś, co nawet jeśli nie wpłynie na dźwięk (lojalnie ostrzegam, z wydawaniem ostatecznych wyroków zalecam poczekać do końca tekstu), z pewnością poprawi nam samopoczucie. Puentując tę część opisu dodam tylko, iż ostatnim namaszczeniem damską ręką tego produktu są wyściełane wewnątrz aksamitem, a na zewnątrz wykończone mieniącą się odcieniami brązu i ciemnego złota panterką transportowe kuferki. Ale to nie koniec ważnych dla klienta informacji. Niestety, w komplecie otrzymujemy coś, co jest wymogiem ostatnich, nasączonych chęcią nieuczciwego zysku czasów, czyli certyfikat autentyczności towaru w postaci karty magnetycznej. To może wydać się śmieszne, ale w dobie, gdy podrabianie praktycznie wszystkiego jest na porządku dziennym, dobrze byłoby mieć pewność, że zakup komponentu za równowartość średniej klasy samochodu nie jest rosyjską ruletką, tylko zabezpieczoną przed przypadkowością transakcją.

Gdy wpinałem tytułowy zestaw okablowania sieciowego w swój tor, byłem bardzo ciekawy, co takiego może się wydarzyć. Przecież to, co obecnie posiadam, jest pewnego rodzaju serią świadomych, kilkuletnich wyborów i przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc każdy nowy komponent, a tym bardziej ich pakiet powinien wywrócić moją układankę do góry nogami. I wiecie co? Tak się nie stało. Co więcej, sprawa prezentacji dźwięku, a co za tym idzie wirtualnej sceny za sprawą użycia przedstawicieli jednego modelu okablowania dla całego systemu przybrała bardzo pozytywną, bo wprowadzającą dodatkową spójność grania cechę. Cechę, która z jednej strony dzięki będącej znakiem rozpoznawczym tej serii okablowania dawce gładkości dla wszystkich elementów toru audio w wymiarze symboliki nieco temperowała pracę najwyższych rejestrów, ale za to z drugiej w rozgrywające się przede mną wydarzenia muzyczne tchnęła tak bardzo poszukiwany przez kochających muzykę melomanów spokój. To może wydawać się niedorzeczne, teoretycznie zmniejszamy ilość lumenów na scenie, a mimo to w bardzo naładowanym gęstą średnicą zestawie powodujemy wyraźną poprawę jego brzmienia. Niemożliwe? Niestety możliwe, gdyż dzięki zarezerwowanej dla najlepszych rozdzielczości nadal wszystko jest bardzo czytelnie podane. Jeśli tego nie czujecie, sądzę, że jeszcze wszystko przed Wami, gdyż muzyka nie powinna nas napadać efektem „łał”, tylko sprawiać, iż swoją pozorną bezinteresownością bytu międzykolumnowego mimo woli przykuwać naszą uwagę. Wiem, postradałem zmysły, ale dawno mam za sobą systemy reprodukujące rozedrgane w eterze instrumenty. Obecnie stawiam na wyraźny atak, unikający nadmiernej ekscytacji ton i jego swobodne wybrzmienie do samego końca, bez jakichkolwiek fajerwerków wokół wygenerowanej nuty. Ale nie o tym dzisiaj rozprawiamy, dlatego wracamy do tytułowego okablowania. Idźmy dalej. Wspomniana przed momentem praca w sferze prezentacji wysokich tonów nie jest jedynym pozytywnym zabiegiem testowanych drutów, gdyż w sukurs tak postawionej sprawie idzie lekko rozświetlona wyższa średnica, która natychmiast zwiększa uczucie wyraźniejszego i głębszego budowania bardzo obszernej sceny 3D. Aby założeniom ponadprzeciętności przecież nie tanich kabli stało się zadość, całości wykończenia fenomenalnego pomysłu na dźwięk pomaga delikatnie wzmocniony wyższy bas. Ktoś zapyta: „To w systemie z podobnymi artefaktami wpisanymi w kod DNA szczypta wyższego basu jest w stanie jeszcze pomóc? Przecież ten zakres w nadmiarze zazwyczaj jest idealnym zamulaczem”. I tutaj w teorii macie rację, ale w odniesieniu do oferty Crystal Cable się mylicie. Całą obawę o nadmiar dobroci przełomu basu i środka niweluje przecież otwarcie wyższych partii tego drugiego. To sprawia zaś, że mimo tak chwalonego przeze mnie spokoju generowanej muzyki, ta oferuje bardzo przyjemny w odbiorze drive w postaci odczucia większej niż dotychczas energii materializujących się fal dźwiękowych i co ważne bez jakiegokolwiek spowolnienia. Sam miałem problem z zaakceptowaniem tego zjawiska, ale kilkukrotne próby przełączeniowe z różnorodnym materiałem muzycznym za każdym razem jedynie potwierdzały tę nadającą pożądany sznyt dźwięku mojego systemu cechę. Zatem gdy karty zostały rozdane, próba opisania w jednym zdaniu najważniejszych zalet testowanych The Ultimate Dream brzmiałaby następująco: To są zaskakująco gładko grające, a zarazem bardzo energetyczne kable, które w bardzo wyrafinowanych systemach bez jakichkolwiek strat są w stanie wprowadzić daleki od uczucia nudy spokój słuchanej muzyki. Zatem, jak wytłumaczę sprawę nieco większej iskry z posiadanym przeze mnie okablowaniem? Jest lepiej od propozycji testowej? Z pewnością w wartościach bezwzględnych nie, ale to jest mój świadomy wybór, gdyż na chwilę obecną preferuję trochę bardziej błyszczące blachy, co jednak nie przeszkadza mi przyznać wyższości jakości dźwięku produktowi pokazującemu nieco inne oblicze (Crystal Cable) niż osobiście preferuję. Przecież każdy z nas mimo dążenia do prawdy jaką jest przekaz live, przemierza całkowicie inną, sprawiającą mu przyjemność drogę.

Zdaję sobie sprawę, że oceniany dzisiaj zestaw okablowania zasilającego z racji zajmowanej pozycji w cenniku jest ofertą jedynie dla wybranych. Jednak w swej długiej drodze świadomego audiofila nie raz przekonałem się, iż wysoka cena jako taka nie gwarantuje końcowego sukcesu. Tymczasem jestem bardzo rad, że w tym przypadku żądana za produkt niezła sumka jest wprost proporcjonalna do trochę uciekającej konkurencji oferty sonicznej. Czy widziałbym taki zestaw u siebie? Z całą powagą okupionej sporym wydatkiem decyzji odpowiem, że tak, mimo nieco łagodniejszego sznytu bardzo ważnych dla mnie skrajów górnej części pasma. To są niuanse, a nie radykalne różnice, a pełna akceptacja nie byłaby równoznaczna z siłowym przyzwyczajeniem się do tak prezentowanej muzyki, tylko idąc za wyartykułowaną kilka linijek wcześniej teorią szukania piękna w muzyce przekroczeniem kolejnego stopnia wtajemniczenia. Dlatego też wszyscy, którzy są w stanie wyasygnować sugerowaną przez holenderskiego producenta kwotę, bez względu na stan samozadowolenia z tego co posiadają, powinni spróbować zmierzyć się dzisiejszymi bohaterami. Nawet jeśli coś między Wami nie zaiskrzy, gwarantuję bardzo ciekawie spędzony z muzyką w tle czas. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus
Cena: 11 900 € / 1,5 m

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

 

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Furutech DPS-4 English ver.

Opinion 1

Today’s test is the proof for the fact, that you should always have your eyes and ears wide open, as having a mild obsession of following most reviews of various shows and audio events, sometimes we can find some very interesting items. That was the case this time. While reviewing a very worked out photo reportage from CES, prepared by the unmatched guys from My-Hiend, I saw a picture of a small reel of a fiercely pink cable. A small moment of dismay, quick verification of the catalog of a certain manufacturer and despite late hour … pinging the Polish distributor on FB. It turned out, that this pink cable, ideally fitting the image of Barbie, My Little Pony and various other “girls stuff”, was an electrifying novelty, although “smuggled” in with other show attractions. Although it was shown in a “sauté” version, the final instalment is only available with plugs (at least in Poland), and not some run-off-the mill ones, but the top 50-ties (FI-E50 NCF(R) / FI-50 NCF(R). Ladies and Gentlemen behold the Furutech DPS-4.

As you can see on the photos and printing on the external isolation, in the color of Giro d’Italia leader’s shirt, the DPS-4 is the effect of cooperation of Furutech with the metallurgical department of Mitsubishi, and the conductor is made from (Alpha) OCC-DUCC copper. Digging a bit more into the detail, we have here a proprietary combination of ultra-crystalline high purity DUCC copper (Dia Ultra Crystallized Copper) and classic “Furutech” kind Pure Transmission (Alpha) OCC. Some spice is added by the fact, that Mitsubishi is also a supplier of DUCC conductors for a direct competitor of Furutech … Acrolink (for example for the model 7N-PC5500). But let us return to the tested cable. Research has shown, that the Mitsubishi Materials Industries product is characterized with much lesser directionality than OCC. Of course, the whole is subdued to the process of cryogenic treatment and demagnetizing called Alpha Super. In our pink cable, we have 7N purity Alpha-OCC and DUCC copper as conductors. Each of the cable conductors is made from concentric wires and looking from the inside we have 79 wires with 0.18 mm diameter OCC (Right rotate) in the middle 37 wires with the same diameter DUCC (Left rotate) and on the outer layer 42 wires 0.18 mm diameter DUCC (Right rotate). So, we have three conductors with a diameter of 2.75 mm (Approx. Size 11AWG / 4.02 Sq.mm). Insulation inner material is audio grade FEP (Fluoropolymer) with a layer of P.E. on the outside. Conductors prepared in this way are twisted together and divided with cotton distances. Afterwards the whole is wrapped around with a layer of fabric, on which the PVC braid, enriched with nano particles of porcelain and carbon is placed. Copper foil and OFC copper braid were used as shields, on top of which a layer of paper and external PVC coating, in the Rose Red color, were placed. Finally, a 17 mm diameter pink cable is finished.

While looking at the external color we could think the 4 is not a serious product, but when listening such classification would be completely wrong. After plugging in the DPS into the system and playing music, we stop thinking about how the cable looks, as from the first notes we can hear, that we deal here with an exceptional and uncompromised cable, and what is equally important, it polarized the listeners quite significantly. There are people, who will love it with a borderless love, but there will also be some, who will get an allergic reaction or a fury attack. So, what am I talking about? About proper implementation in the sound path, and mostly about the place we will attach it to and the company we give it to work with. Is this weird? For laymen and people who negate the influence of signaling and power cabling on the final sound of the systems maybe yes, but for those who lived through dozens, if not hundreds, changes of cables and gear, this is daily bread and something obvious. Audio is not so far from, for example, the culinary world, where the Dijon mustard goes very well with veil, but is somehow not tasty with a cake, the latter fitting much better to eggnog, which on the other hand does not compose well with veil. The same thing is with Furutech, which should be placed first at the end of the sound path and then step by step moved to the front. The reason for that is in the native, atavistic nature of the tested cable, which offers such incredible resolution, that it “muffles” the elements behind it. So, on one hand you need to make sure the whole system is powered well, on the other, that the devices working directly with sound are good enough, to avoid a kind of “buffer overload”. Of course, you can take a shortcut and … cable the whole system with the tested cables.
But let us return to the mentioned intransigence, and please do not get me wrong – the DPS-4 does not add any information, does not multiply it, it does not mess with the signal, but just eliminates the bottlenecks and allows the attached devices to perform at their best. It is not about the showy hiper-detailness and proning with details taken from the further planes, but about reference resolution. We hear more, but with the rules of plane gradation and the places of virtual sources being upheld. Additionally, this effect is done not by putting more light on the stage but … by making our perception better – our senses get sharper. That, what seemed to be hidden in the half-shadows and dark, we can now see clearly and precisely define, with facture and all construction details inclusive.
What is interesting, this effect is not only observable on typically acoustic material, recorded in orthodox audiophile way, like for example “TARTARINI secondo natura” of the trio consisting of Sigurd Imsen, Tormod Dalen and Hans Knut Sveen, where not only musicians play, but also the silence between the phrases, but also on much more synthetic positions. For example, the quite fresh soundtrack  “John Wick: Chapter 2” may seem a rather ungrateful and low level demonstration material, but having the DPS-4 in the system makes the whole superficial artificialness and plasticity makes place for the three-dimensional, dark installments, where synthetic sounds appear and from time to time the hellish voice of Nostalghia. Incredible impression is made by the bass, which can move from subsonic, and formless, murmurs flowing at the floor to an attack with a contoured, hard and monolithic punch and then disintegrate into atoms and dematerialize in digital noise. When we add to that the typical ambient – limitless space, then it will turn out quickly, that we became lovers of musical genres, we treated to date with a grain of salt, or just as an addition to the watched film.
When we are talking about the precision, creation of mood and playing with silence, I reached for the album “Elegy” Æon Trio, a beautiful album, which was recorded using … Furutech cabling. Minimalistic forms, quite nice, even for the untrained ear, melodic, and most of all, holographic palpability, surprising at this level, make it very difficult to stop listening. It is worth noticing, that each turning on of the music means an automatic exclusion of us listeners from daily activities, and the planned moment of listening can convert into a marathon, not limited in time. A lot of joy is given by the ability of not only differentiating, but a really truthful reproduction of acoustics and size of the recording rooms. Due to that, the reverberation of the room in the Beauforthuis recorded on the “Elegy” is far from the tight studios, and at the same time much less “shaken” than the almost mystical interiors of the Noirlac Abbey, where Michel Godard recorded our reference album “Monteverdi – A Trace of Grace”.

The Furutech DPS-4 is a remarkable cable in all aspects, if not to say exceptional. Not only it frees the potential of the electronics connected to it, but it also can show us, in a merciless way, the elements of our system, which need some extra work. But instead of stigmatizing the anomalies, it just tells us, where to put it, and where to use it with subsequent upgrades. It seems also to be a great addition to the higher positioned, in the company hierarchy, NanoFlux-NCF, with which it can create a true dream team offering above average resolution as well as incredibly addictive musicality.

Marcin Olszewski

System used during this test:
– CD / DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– File players: laptop Lenovo Z70-80 i7 / 16GB RAM / 240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Plato Lite
– Digital sources selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Electrocompaniet ECG 1 + Lyra Delos
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM / MC Phono Pre Amp
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC Digital: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Power distribution board:: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi NCF-50 (R) / FI-50M NCF (R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS (R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

Talking about cabling, considering all pros and cons related to this topic, exposes us (opinion givers) to all kinds of internet hate, on the other, for most audiophiles it means something, they cannot thing about having a synergistic audio system without. And most reviewers, assuming the fact of writing for those people, usually start their review with the history and achievements of the brand, but I, knowing, that the tested brand is a kind of icon for all cabling and audio related accessories, I will look at the tested cable in a different way. What am I talking about? Nothing extraordinary, just the very strong contrast of the external color, very strong pink, which does not allow to pass by it without noticing, and the values being a result of using it. You do not believe me? So, I invite you to read on, as when you see the photographs, it will let you know that I do not throw my words on the wind. I must confess, that a few years ago, when the creator of most of my system (Mr. Kazuo Kiuchi) presented a new line of power cables, with the exterior resembling a poisonous, yellow-black-red snake, I thought, it cannot get any more extravagant. From the perspective of time and experience I am writing about today, I know I was wrong, as this time, also from Japan, something arrived, that destroyed my balance, and I am very open to any kind of visual madness. And here we are arriving at the clou of the opening paragraph. When the colors of mentioned tri-color Harmonix do not have anything to do with its sound (generally it has great timbre, but it concentrates on vividness and weight of the midrange), the tested cable proves, that the sonic foundation it has (about that later) are a kind of representation of its external looks. Ok, I will not dodge you anymore. I have the pleasure to present you the well-known brand Furutech, which introduced to its portfolio a power cable, called DPS-4, which was manufactured with the aid of Mitsubishi. But this is not the end of information related to this novelty. Due to the fact, that the DPS-4 is a product “from spool”, the distributor of the brand – the Katowice based RCM – decided to terminate it with the newest line of plugs from the FI-50 NCF(R) series. You must confess, that this sounds very interesting, so I invite you again to read through the test, not very long, but full of positive impressions.

The paragraph describing what we deal with today, will not be very long. For once, this is just a power cable, and usually (but not always) it is quite resistant to visual glamor, and secondly, already in the introduction I mentioned, it is incredibly pink, and even if we look at it for a long time, we will not find any kind of braid covering it, but just a smooth sheath with information what this cable is imprinted on it. With one word, this is a visual nightmare for people paying attention to the colors in the area behind the audio gear. But this is not all, to kill the patient, due to sonic aspects the distributor was forced to use plugs made from shiny metal and silvery strands, which does not fit the visuals of the cable at all. And you know what? It seems, that this is beyond any kind of acceptance. But after a few weeks of using this coloristic patchjob, with full awareness of esthetic controversy, I am accepting it without problems. And this not only due to the fact of its positive influence on the owned audio gear, but also due to the intrinsic joy I have of knowing to have such a proteus in my solitary confinement. It really works. Please try it for yourself, and you will know, that there is something in it. Either you love it or hate it.

Ok, let us stop joking. This is just a power cord. When I plugged the cable into my system, I was already after having listened to it at the Polish distributors listening room, where it fared very well. However having the experience, that any listening elsewhere, not in my listening room, many times have nothing to do with what I can get from the product at home. So, I did not have any prejudice – if the cable would sound well, then it would be good, if not, it would also be fine. But the tested cable did surprise me, in a positive way. For once it opened up my system, which was already quite informative, what resulted in the increase  of resolution of the midrange and surprisingly smooth lighting of the treble, and secondly, with a minimal increase of upper bass the total bass control was bettered. I played around with that cable for a good dozen days, and after listening to a vast amount of recordings, I am still unable to define the full extent of its interference, as it does everything in such a noble, refined way, that dotting the “i” needs extra time to know it better. But one thing is for sure, my Japanese-Austrian combination, living every note, after I included the DPS-4, showed extra layers of resolution and musicality together with an increase of its freshness. I do not want to write too much, as you might see it as reviewer’s babble, but I assure you, that such interesting effects are reserved for the best. The case is, the things the newest Furutech cable does, happen with cables costing tenths of thousands of zlotys, while the tested cable costs less than eight thousand, and this makes us think. While I do not want to write about specific discs, but I note, that with ancient music I got more information about the attack of the strings of the instruments, more palpability of the presence of the vocalists together with a fantastically balanced saturation of each and every virtual source. For me it was a true bulls-eye, since from years I am trying to (I avoid quick, often deteriorating moves) open the, already fantastic, sound for some of my acquaintances, and after this test, I think I reached a wall I had hidden in some of my expectations. For now I am not fully sure if this is the summit of my expectations, so before the final verdict, I will need to use this configuration for a few weeks. But regardless of my future choices I am happy, that the described representative of the power section does not cause the “wow factor”, which can be dangerous on the long run, but in a very even way it fulfills my expectations, what can be a very good directive for those knowing, what I am writing about. An absolutely obvious thing is a similar influence of the cable on other musical genres, as the described effect was identical with quiet and mad free jazz, not forgetting about others, manifesting the rebellion against the world of its potential lover. This is just a scheme of making sound more vivid, visible in any kind of music, so I am not worried about things you are going to experience. To have something go wrong, you would need to really touch the edges of tonal balance, with your system being overly analytical or slow, and that would mean you have absolutely no idea of how to make your audio system work together in a synergistic way, and I do not expect that from you at all.

Like I said, the first contact was for me quite a challenge for visual acceptance, and the only savior for the DPS-4 was its sound. But listening to the effect of plugging in the Japanese cable into my system, the confirmed will to create a vital musical spectacle, made the color of the cable absolutely negligible, and after a few days I was just enjoying the sound. Where would I recommend the tested cable? Truly? Everywhere. There is only one but. There can be no qualitatively worse cable after it, or the whole effect will be lost. The tested cable should be the last in chain or have an equally capable successor. I know, because I tested that many times. So the only thing left to you is to get used to the color (I assure you, this can be done), and then start worrying about your wallet. But I must warn you, the Furutech DPS-4 does not take captives. I fell.

Jacek Pazio

Distributor: RCM
Price: 7 950 PLN (2 m)

System used in this test:
– CD: ReimyoCDT – 777 + ReimyoDAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Loudspeakers: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
– IC RCA: 聖HIJIRI HGP-RCA “Million”
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. power cable

Furutech DPS-4

Opinia 1

Dzisiejszy test jest niezbitym dowodem na to, że zawsze warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte, które wraz z pewną dość nieszkodliwą obsesją śledzenia większości pojawiających się w sieci relacji z najprzeróżniejszych wystaw i eventów audio owocuje czasem nader ciekawymi znaleziskami. Tak też było i tym razem, gdy przeglądając nader obszerny fotoreportaż z CES przygotowany przez bezkonkurencyjną ekipę MY-HiEND natrafiłam na zdjęcie z dość mocno rzucającym się w oczy, niewielkim zwojem wściekle różowego przewodu. Chwila konsternacji, szybka weryfikacja katalogu pewnego producenta i pomimo dość późnej pory … automatyczna zaczepka na FB polskiego dystrybutora marki. Jak się okazało ten idealnie pasujący do image’u fanów Barbie, My Little Pony i niezliczonego mnóstwa innych „dziewczyńskich” gadgetów kabelek był elektryzującą, choć nieco „przemycaną” wśród innych wystawowych atrakcji nowością, która choć pokazana w wersji sauté finalnie dostępna (przynajmniej w Polsce) jest wyłącznie w konfekcji i to nie byle jakiej bo z użyciem topowych 50-ek (FI-E50 NCF (R) / FI-50 NCF (R)). Panie i Panowie, oto Furutech DPS-4.

Jak widać na powyższych zdjęciach i nadrukach utrzymanej w kolorach koszulki lidera  Giro d’Italia zewnętrznej izolacji DPS-4 to efekt współpracy Furutecha z metalurgicznym odziałem Mitsubishi a w roli przewodnika wykorzystano miedź (Alpha) OCC-DUCC. Zagłębiając się nieco bardziej w detale mamy do czynienia z autorską mieszanką ultra krystalizowanej miedzi o wysokiej czystości DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) i klasycznej „furutechowskiej” Pure Transmission (Alpha) OCC. Pikanterii całej sprawie dodaje też fakt, że Mitsubishi jest również dostawcą przewodników DUCC dla … będącego bezpośrednim i w dodatku lokalnym konkurentem Furutecha … Acrolinka (np. do modelu 7N-PC5500). Wróćmy jednak do bohatera niniejszej recenzji. W wyniku przeprowadzonych badań okazało się, że pierwszy typ przewodnika, czyli produkt Mitsubishi Materials Industries charakteryzuje się zdecydowanie mniejszą kierunkowością aniżeli OCC. Oczywiście całość poddawana jest procesom kriogenizacji i demagnetyzacji w ramach procesu Alpha Super. Jeśli zaś chodzi o samą geometrię i o to, co w naszej różowej landrynce siedzi to tak jak już wspominałem w roli przewodników użyto miedzi Alpha-OCC i DUCC o czystości 7N.  Każda żyła składa się z koncentrycznie ułożonych wiązek przewodów i tak patrząc od środka mamy 79 drucików OCC o średnicy 0.18 mm każdy skręconych w prawo, kolejną warstwę stanowi wiązka 37 żył  o przekroju 0.18 mm z DUCC skręconych w lewo a zewnętrzna to kolejne 42 druciki, również o średnicy 0.18 mm z miedzi DUCC skręcone w prawo. Tym oto sposobem mamy trzy żyły o średnicy  2.75 mm (11AWG / 4.02 mm kwadratowego) w izolacji  FEP (Fluoropolymer), na które z kolei nasunięto warstwę P.E. Tak przygotowane przewody są następnie ze sobą skręcane i przedzielane  bawełnianymi dystansami a następnie owijane warstwą tkaniny na którą nasuwany jest czarny peszel  PVC wzbogacony nano cząsteczkami porcelany i karbonu. W roli ekranu wykorzystano zarówno miedzianą folię, jak i klasyczną miedzianą plecionkę OFC, na którą z kolei powędrowała warstwa papieru a ta z kolei stała się podkładem do zewnętrznej powłoki PVC w kolorze Rose Red. W rezultacie otrzymano wściekle różowe kabliszcze o średnicy 17 mm.

O ile ze względu na kolor zewnętrznej otuliny 4-kę można byłoby uznać za produkt mocno niepoważny, to już skupiając się na brzmieniu taka klasyfikacja okazuje się nie tylko całkowicie bezpodstawna. W momencie wpięcia DPS-a w system i włączeniu muzyki w niebyt zapomnienia odsuwana jest jego szata wzornicza, gdyż już od pierwszych taktów słychać, że mamy do czynienia z przewodem tyle wybitnym, co bezkompromisowym i co równie istotnie wywołującym dość silną polaryzację doznań u swoich odbiorców. Są bowiem tacy, którzy pokochają go miłością bezgraniczną, lecz pewnie i nie zabraknie osób dostających na jego widok ataków szału i silnych reakcji alergicznych. O co chodzi? O właściwą implementację w torze a przede wszystkim o miejsce, w jakim go wepniemy i towarzystwo z jakim przyjdzie mu współpracować. Dziwne? Dla laików i jednostek uparcie negujących wpływ okablowania zarówno sygnałowego, jak i zasilającego na finalne brzmienie systemów może i tak, lecz dla tych którzy nie tylko usłyszeli i uwierzyli, lecz mają na koncie dziesiątki, jeśli nie setki kablowych i sprzętowych roszad to praktycznie chleb powszedni i oczywista oczywistość. W końcu obszar audio wcale tak bardzo nie różni się np. od świata kulinariów, gdzie  musztarda Dijon świetnie sprawdza się z wołowiną a nieco „gryzie się” z tortem bezowym, do którego zdecydowanie lepiej pasuje ajerkoniak niekoniecznie komponujący się z kolei z wołowiną. I tak samo jest z Furutechem, którego na początek najlepiej umieścić na samym końcu toru a następnie sukcesywnie przesuwać w kierunku źródła. Powód takiej metodologii leży w natywnej, atawistycznej naturze tytułowego przewodu, który oferuje tak niewyobrażalną rozdzielczość, że po prostu z reguły „przytyka” kolejne, znajdujące się za nim ogniwa. Z jednej strony trzeba zatem zadbać o odpowiednie zasilanie pozostałych komponentów a z drugiej o same urządzenia bezpośrednio z sygnałem audio pracujące, by ustrzec się umownego „przepełnienia bufora”. Można też pójść na przysłowiowe skróty i zgodnie z zasadą raz a dobrze … cały system okablować ww. przewodami.
Wróćmy jednak do wspomnianej bezkompromisowości i w tym momencie proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – DPS-4 nie dodaje, nie multiplikuje informacji, brzydko mówiąc nie majstruje też w sygnale a jedynie eliminuje wąskie gardła i pozwala podpiętym nim urządzeniom grać na maksimum swoich możliwości. Tu nie chodzi o efekciarską hiper-detaliczność i epatowanie wyciągniętymi z dalszych planów niuansami a o referencyjną wręcz rozdzielczość. Słyszymy bowiem więcej, lecz z zachowaniem reguł gradacji planów i przyporządkowanych im miejsc poszczególnych źródeł pozornych. Dodatkowo efekt ten uzyskujemy nie poprzez rozświetlenie sceny a poprzez … zwiększenie naszych zdolności percepcyjnych – wyostrzenie zmysłów. To, co do tej pory zdawało się być ukryte nie tylko w półcieniach, co wręcz w mroku jesteśmy w stanie z łatwością dostrzec i precyzyjnie zdefiniować z fakturą, oraz wszelkimi zawiłościami konstrukcyjnymi włącznie.
Co ciekawe efekt ten daje się zaobserwować nie tylko na materiale typowo akustycznym i zrealizowanym w iście ortodoksyjnie audiofilskich warunkach, jak dajmy na to „TARTINI secondo natura” tria w składzie Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, gdzie grają nie tylko muzycy, lecz i cisza pomiędzy frazami, co i na zdecydowanie bardziej syntetycznych pozycjach. Przykładowo dość świeża ścieżka dźwiękowa do filmu „John Wick: Chapter 2” może pozornie wydawać się dość niewdzięcznym i zarazem zbyt niskich lotów materiałem demonstracyjnym, lecz pojawienie się w torze DPS-4 sprawia, że cała powierzchowna sztuczność i plastikowość ustępuje miejsca trójwymiarowym, mrocznym instalacjom na których odzywają się wygenerowane syntetycznie dźwięki a od czasu do czasu niepokojąco potępieńczy wokal Nostalghii. Niesamowite wrażenie robi bas, który od snujących się tuż przy ziemi subsonicznych i pozbawionych realnych kształtów pomruków potrafi z tzw. nienacka zaatakować konturowym, twardym i monolitycznym ciosem a następnie rozpaść się na atomy i zdematerializować w cyfrowym szumie. Jeśli dodamy do tego typowo ambientową – bezkresną przestrzeń, to bardzo szybko okaże się, że staliśmy się zagorzałymi fanami gatunków muzycznych, które do tej pory traktowaliśmy z lekkim przymrużeniem oka, bądź jedynie jako dodatek do akurat oglądanych filmów.
Jeśli zaś chodzi o samą precyzję, kreowanie nastroju i wspominaną już grę ciszą, to pozwoliłem sobie sięgnąć po nieprzeciętnej urody album „Elegy” Æon Trio, podczas realizacji którego użyto okablowania … oczywiście Furutecha. Minimalistyczne formy, całkiem miła, nawet dla niewprawionego ucha, melodyka a przede wszystkim zaskakująca na tym poziomie holograficzna namacalność sprawiają, że trudno oderwać się od słuchania. Warto mieć jednak na uwadze fakt, że każdorazowe włączenie muzyki spowoduje automatyczne wyłączenie nas z codziennego harmonogramu standardowych obowiązków a planowana chwila może przeciągnąć się w bliżej nieograniczony ramami czasowymi maraton. Sporo frajdy daje przy okazji umiejętność nie tyko różnicowania, co naprawdę wiernego odwzorowywania akustyki i gabarytów pomieszczeń w jakich dokonywano poszczególnych nagrań.  Dzięki temu pogłos sali w Beauforthuis zarejestrowany na „Elegy”  daleki jest od ciasnych studyjnych pomieszczeń a jednocześnie zdecydowanie mniej „rozedrgany” od niemalże mistycznych wnętrz Opactwa Noirlac, gdzie nagrał będący naszą dyżurną referencją album „Monteverdi – A Trace of Grace” Michel Godard.

Furutech DPS-4 t przewód pod każdym względem wybitny, żeby nie powiedzieć wyczynowy. Nie dość, że uwalnia potencjał drzemiący w podłączonej do niego elektronice, to w bezpardonowy sposób potrafi wskazać elementy naszego toru, nad którymi warto byłoby popracować. Jednak zamiast piętnować ewentualne anomalie jasno daje do zrozumienia, gdzie warto go użyć a wraz z kolejnymi upgrade’ami uzupełniać o kolejne egzemplarze. Wydaje się też być świetnym uzupełnieniem do stojącego nieco wyżej w firmowej hierarchii NanoFluxa-NCF z którym w duecie może  stworzyć prawdziwy dream – team oferując zarówno ponadprzeciętną rozdzielczość, jak i wybitnie uzależniającą muzykalność.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Plato Lite
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Electrocompaniet ECG 1 + Lyra Delos
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Rozprawianie na temat okablowania przy uwzględnieniu wszelkich związanych z tym tematem za i przeciw z jednej strony naraża nas (opiniodawców) na najzacieklejszy internetowy hejt, z drugiej zaś, dla większości populacji audiofilów jest czymś, bez czego nie wyobrażają sobie wstępnego planowania synergicznego zestawienia generującego dźwięk systemu. I gdy większość recenzentów zakładając fakt pisania dla tych zainteresowanych, swój wstępniak opiera najczęściej o historię i osiągnięcia danego brandu, ja wiedząc, iż tytułowa marka jest swoistą ikoną wszelkiego rodzaju okablowania i akcesoriów związanych z szeroko pojętym tematem audio, na będący dzisiejszym bohaterem ubrany w peszel splot „drutów” spojrzę od całkowicie innej strony. O co chodzi? O nic nadzwyczajnego, tylko jego bardzo mocny kontrast kolorystyki zewnętrznej powłoki utrzymanej w tonacji nie dającego przejść do porządku dziennego wściekłego różu z będącymi konsekwencją jego zastosowania wartościami. Nie wierzycie? Zatem zapraszam do lektury tekstu, który już po zapoznaniu się z serią fotografii uzmysłowi Wam, iż w temacie wyglądu nie rzucam słów na wiatr. Powiem szczerze, gdy kilka lat temu twórca lwiej części mojego systemu (Pan Kazuo Kiuchi) wypuścił linię sieciówek mocno przypominających jadowitą, żółto-czarno-czerwoną żmiję, myślałem, iż bardziej ekstrawagancko się nie da. Z perspektywy czasu i dzisiaj opisywanego doświadczenia wiem, iż było to błędne założenie, gdyż tym razem, również z Japonii, zawitało w moje progi coś, co nawet mnie, bardzo otwartego na wszelkie szaleństwa wizualne przedstawiciela homo sapiens, swą nonszalancją barwową z łatwością strąciło z pantałyku. I tutaj dochodzimy do clou rozpoczynającego nasze spotkanie akapitu. Gdy wspomniany trójkolorowy Harmonix swoim ubarwieniem ma się nijak do tego, co wnosi do dźwięku (przy szaleństwie barwowym ogólnie mówiąc skupia się na uplastycznieniu i dociążeniu średnicy), obiekt dzisiejszej rozprawy wyraźnie udowadnia, iż leżące u podstaw jego powstania założenia soniczne (o tym w dalszej części tekstu) są pewnego rodzaju odzwierciedleniem wyglądu zewnętrznego. Ok., nie będę więcej kluczył. Mam przyjemność przedstawić znaną wszystkim czytelnikom japońską markę Furutech, która w ostatnim czasie wprowadziła do swojego portfolio wyprodukowany z pomocą Mitsubishi ukrywający się pod nazwą DPS-4 kabel zasilający. Ale to nie koniec związanego z ową nowością pakietu informacyjnego. Z uwagi na fakt iż DPS-4 jest produktem „ze szpuli”, dystrybutor marki – katowicki RCM, postanowił zaterminować go najnowszą linią wtyków z serii FI-50 NCF(R). Przyznacie, że zapowiada się ciekawie, zatem zapraszam do zapoznania się z niezbyt długim, ale jakże brzemiennym w pozytywne odczucia testem.

Akapit obrazujący, z czym mamy do czynienia, nie będzie zbyt długi. Raz, to jedynie kabel sieciowy i z reguły jest odporny (choć nie zawsze) na większą ekwilibrystykę wizualną, a dwa, już we wstępniaku zaznaczyłem, iż jest obłędnie różowy i nawet po dokładniejszym obejrzeniu nie znajdziemy na nim jakiejkolwiek ekstrawagancji w postaci eksponującej jego okazałość plecionki, tylko gładką, okraszoną stosownymi informacjami kto i dla kogo go wykonał połyskującą otulinę. Jednym słowem koszmar wizualny dla przykładających wielką wagę do spójności kolorystyki w przestrzeni za sprzętowej melomanów wzrokowców. Mało tego. Na dobicie pacjenta los w swej nieprzewidywalności zmusił sonicznie dystrybutora do zastosowania nijak mających się w temacie wizerunkowej kompozycji całości wtyków z połyskującego metalu i srebrzonego włókna. I wiecie co? Wydaje się, że to jest poza granicami możliwości jakiejkolwiek akceptacji. Jednak osobiście po kilku tygodniach używania tego kolorystycznego miszmaszu z pełną świadomością estetycznej kontrowersji produktu, bez problemu łykam to jak pelikan. I nie li tylko z racji jego pozytywnego wpływu dźwiękowego na posiadany zestaw, ale również wzbudzania w mojej świadomości  graniczącej z panicznym śmiechem wewnętrznej radości z posiadania takiego odmieńca w swojej samotni. Naprawdę, to działa. Spróbujcie sami, a przekonacie się, że coś w tym jest. Albo go znienawidzisz, albo pokochasz.

Dobrze, koniec żartów. Nie będę owijał w bawełnę, gdyż to jednak tylko kabel zasilający. Gdy wpinałem ów drut w mój system, byłem już po wstępnych odsłuchach w siedzibie dystrybutora, gdzie muszę przyznać, wypadł bardzo dobrze. Jednak wiedząc z doświadczenia iż wyjazdowe zderzenia z możliwościami jakiegokolwiek produktu często mają się nijak do tego, co udaje się uzyskać u siebie, nie miałem wielkiej napinki na sukces w moich okowach. Ot zaliczyłem zwykłe, a rzekłbym nawet, beznamiętne rozważania: zagra to dobrze, a jak nie, to drugie dobrze. Tymczasem tytułowy przewód zasilający sprawił mi bardzo dużą, pozytywną niespodziankę. Raz, że dodatkowo otworzył witalnie już dotychczas naładowany sporym pakietem informacji dźwięk, przez co otrzymałem zwiększenie rozdzielczości środka pasma i zaskakująco gładkie doświetlenie górnych rejestrów, a dwa, przy minimalnym wzroście udziału wyższego zakresu niskich rejestrów mocniej chwycił je za przysłowiowe gardło. Bawiłem się tym kablem dobrych kilkanaście dni, mimo przesłuchania sporej ilości krążków nadal ciężko mi jest określić pełny zakres jego ingerencji, gdyż wszystko robi w tak szlachetny, czytaj wyrafinowany sposób, że postawienie końcowej kropki nad „i” wymaga pełnego poznania, a na to potrzeba więcej czasu. Ale jedno jest pewne, dotąd celebrująca każdą nutę, użytkowana przeze mnie na co dzień japońsko-austriacka układanka po wpięciu DPS-4 pokazała nowe pokłady rozdzielczości i muzykalności przy sporym zwiększeniu ich świeżości. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, gdyż odbierzecie to jako recenzencki bełkot, ale zapewniam, tak ciekawe efekty zarezerwowane są tylko dla najlepszych. Jednak sęk w tym, że to co robi najnowszy kabel Furutecha zdarza się w przewodach za kilkadziesiąt tysięcy, a my rozmawiamy o drucie za niecałą ósemkę, a to już daje sporo do myślenia. Zamierzenie unikając opisów przy użyciu konkretnych płyt powiem tylko, że w przykładowej muzyce dawnej uzyskałem zwiększenie informacji o ataku strun instrumentów szarpanych, namacalności bytu wokalistów przy fantastycznie wyważonym wysyceniu każdego z wirtualnych źródeł pozornych. Dla mnie był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, gdyż od dawna trochę mozolnie starałem się  (unikam szybkich, często szkodzących w ogólnym rozrachunku ruchów) delikatnie otworzyć dla wielu moich znajomych i tak już fantastyczny dźwięk, a po tym teście wydaje mi się, że chyba doszedłem do założonej gdzieś w zakamarkach moich oczekiwań przysłowiowej ściany. Na chwilę obecną do końca nie wiem jeszcze, czy to jest apogeum moich oczekiwań, dlatego przed ostatecznym werdyktem w takiej konfiguracji muszę pożyć kilka tygodni. Jednak bez względu na przyszłe wybory cieszę się, że opisywany przedstawiciel działu zasilania nie powoduje groźnego na dłuższą metę „łał”, tylko fantastycznie, bo bardzo zrównoważenie realizuje moje oczekiwania, co dla wiedzących o czym piszę jest bardzo ważną wskazówką. Oczywistą sprawą jest fakt podobnego oddziaływania kabla na inne nurty muzyczne, gdyż opisany efekt identycznie wypadał tak w spokojnym, jak i szaleńczym free jazzie, nie zapominając również o gatunkach manifestujących bunt przeciwko światu ich potencjalnego wielbiciela. To jest identycznie wypadający we wszelkich zapisach nutowych schemat pozytywnego ożywienia dźwięku, dlatego jestem dziwnie spokojny o Wasze doświadczenia. Aby coś poszło nie tak, musielibyście mocno ocierać się o skraje równowagi tonalnej, czyli przesadną ociężałość lub analityczności, a to ewidentnie świadczyłoby o braku znajomości tematu synergicznego dobierania zestawu audio, o co w najmniejszym stopniu Was nie podejrzewam.

Tak jak zdążyłem wspomnieć, pierwszy kontakt był dla mnie sporym wyzwaniem dla wzrokowej akceptacji i jedynym ratunkiem dla DPS-4 ki był efekt dźwiękowy. Jednak przysłuchując się skutkom wpięcia japońskiego przewodu w mój tor owa potwierdzona ochotą do kreowania witalnego spektaklu muzycznego nonszalancja barwowa z łatwością odchodziła na całkowicie pomijalny margines decyzyjny, by po kilkudniowym użytkowaniu całkowicie stracić na znaczeniu i nastał czas delektowania się dźwiękiem. Gdzie polecałbym naszego bohatera? Szczerze? Wszędzie. Jest tylko jedno ale. Po nim nie może być gorszego jakościowo drutu, gdyż cała jego moc sprawcza spali na panewce. Dzisiejszy bohater powinien być ostatni przed urządzeniem lub mieć po sobie godnego współpartnera. Wiem, bo sam kilkukrotnie sprawdzałem. Zatem nie pozostaje Wam nic innego, jak najpierw przekonać się do koloru (zapewniam, że się da), a potem martwić się o swój portfel. Ale lojalnie ostrzegam, Furutech DPS-4 nie bierze jeńców. Ja poległem.

Jacek Pazio

Dystrybucja: RCM
Cena:  7950 PLN (2m)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA