Tag Archives: przewód zasilający


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewód zasilający

WK Audio The Air

Opinia 1

Nie wiem, czy spotkaliście się już z tą lekko złośliwą dla wielu podmiotów z podwórka audio, z ochotą głoszoną przez tropicieli wszelkich oznak audio-woodoo maksymą: „Jak nie masz pomysłu na biznes, rób okablowanie audio. To łatwy i lekki zarobek”. Jeśli nie, to już ją znacie. Czy to prawda? Nie mam najmniejszego pojęcia, w ilu przypadkach zaczynem do podjęcia się tego rodzaju biznesu jest jej pierwszy człon. Osobiście mniemam, że mimo zakładanej szczypty prawdy w każdej plotce tutaj jej udział jest nad wyraz znikomy, Jednak bez względu na wszystko zapewniam, iż druga część również mija się ze stanem rzeczywistym. Skąd to wiem? Od kilku producentów. To są długie godziny pracy poświęcone na projektowanie i realizację odpowiednich spotów setek cienkich drucików. Do tego dochodzi sprawa dobrania stosownego ekranowania, materiałów izolujących, a czasem nawet powiązanej z teoriami fizyki odpowiedniej długości danego kabla. Banał? Bynajmniej, bowiem nawet zastosowanie innego izolatora poszczególnych żył lub inna kolejność ekranowania wykorzystywanymi półproduktami, powoduje znaczące zmiany wpływu danej konstrukcji na wykorzystujący ją system audio. Niestety, jeśli ktoś podchodzi do tego uczciwie, to jest to prawdziwa droga przez mękę. Jaki cel ma powyższy wywód? Bardzo ważny, gdyż dzisiejszym bohaterem będzie od dwóch lat z powodzeniem radzący sobie na rynku okablowania, dzięki własnym doświadczeniom w pełni świadomy wspomnianych problemów, rodzimy producent WK-Audio, który własnym sumptem, do poważnego starcia na naszych łamach dostarczył dwie sieciówki The Air.

Z uwagi na dziwne czasy podrabiania wszystkiego bez żadnych konsekwencji, informacji na temat tytułowego okablowania jest jak na lekarstwo. Z tego co udało mi się dowiedzieć, mamy do czynienia z czystą miedzią OFC, która przed użyciem do produkcji portfolio manufaktury WK-Audio została poddana formowemu procesowi jej uszlachetniania – to jedna z tajemnic produkcyjnych. Wewnątrz mieniącej się błękitem plecionki z PVC znajdują się skręcone według mozolnie opracowywanej geometrii – kolejna tajemnica produkcyjna, osobno izolowane, odseparowane od siebie specjalnymi elementami w strategicznych dla dźwięku miejscach trzy żyły. Te w sumie zaś w kwestii ilości miedzi w danym kablu osiągają wynik na poziomie 13 mm² czystego drutu. Ale to nie koniec ciekawych danych, bowiem w trosce o jak najlepszy sound zasilanego systemu, model The Air jako akcesoria przyłączeniowe wykorzystuje topowe wtyki japońskiej marki Furutech I-E 50 NCF (R) i FI-50 NCF (R). Tak przygotowany dla klienta produkt dla lepszego efektu wizualnego wyposażono w nadające sznytu elegancji metalowe przywieszki z logo marki i nazwą modelu. Natomiast wieńcząc proces zdobywanie serc klienta całość spakowano do ozdobionego wielkim znakiem firmowym brandu drewnianego pudełka.

Mam nadzieję, że na podstawie kilku lat opisywania przez nas podobnych akcesoriów prądowych zdążyliście przyjąć do wiadomości fakt zwyczajowego sznytu grania danej konstrukcji. Raz w grę wchodzi szybkość połączona ze zwartością przekazu, innym razem jego świetnie oddające muzykę wokalną i sakralną, nasycenie. Naturalnie im wyżej wspinamy się w hierarchii jakości dźwięku, tym bardziej obydwa nurty brzmienia się asymilują. Dlatego też w momencie braku oporu z Waszej strony w stosunku do mojego wywodu niemal samoczynnie nasuwa się pytanie typu „Jak na tle opisanych artefaktów sonicznych wypada tytułowy The Air?”. Powiem, że bardzo ciekawie, gdyż może nie w wartościach absolutnych, ale na swój sposób łączy coś obydwu specyfik rysowania świata muzyki. O co chodzi? W momencie wpięcia w mój tor dotychczasowa prezentacja umiejętnie, bo bez oznak szkodliwości jako takiej, została skierowana w stronę lekkiego faworyzowania średnicy. Ale co istotne, nie tej wyższej, co mogłoby skończyć się jej krzykliwością, tylko jej niższych zakresów. Na przełomie z basem stała się znacznie mocniejsza, niemniej jednak dzięki pewnego rodzaju twardości znakomicie unikała poczucia rozlazłości. Była zwarta, a zarazem magiczna. To naturalnie w pierwszej kolejności dopuszczało do głosu wszelkiego rodzaju operującą w tym pasmie wokalizę i bogate instrumentarium. Jednak zaznaczam, mimo odczuwalnego odbioru całości w nieco bliższym polu odsłuchu – zwyczajnie przesiadałem się do bliższego od sceny rzędu z zachowaniem identycznego wektora jej szerokości i nieznacznie mniejszego głębokości jako konsekwencja zbliżenia się do źródła dźwięku, nie odbierałem tego jako balansowania na granicy problemu w odbiorze całości, tylko lekkie przewartościowanie dotychczasowego spojrzenia na rozgrywające się pomiędzy moimi kolumnami wydarzenia. Jednak to nie wszystkie ciekawostki. Jednak to nie wszystkie ciekawostki. Takie postawienie sprawy mówiąc kolokwialnie nie gmerało w dolnych zakresach zbierając je nadmiernie w sobie – było bardzo podobnie do stanu przed aplikacją rzeczonych drutów. Czy to źle? Nic z tych rzeczy. Dla mnie dobrze. Powód? Otóż wprowadzałoby to do dźwięku w pierwszym odczuciu owszem fajną, jednak po kilku godzinach kastrującą muzykę z emocji nadmierną szybkość, a przecież nie o natychmiastowość narastania sygnału tylko w niej chodzi. Ważna jest równowaga pomiędzy masą i atakiem. Co do najwyższych rejestrów, te w pierwszym odczuciu po wzmocnieniu środka stając się mniej wyraziste, po kilkupłytowej akomodacji bez problemu okazały się być równie informacyjnie. Nadal bardzo dobrze pracowały w służbie świetnej prezentacji wspomnianych partii wokalnych i instrumentalnych typu kontrabas, fortepian i wszelkiego rodzaju instrumenty dęte. Jak to wyglądało na przykładach? Weźmy na tapet Dianę Krall, bez znaczenia w której kompilacji płytowej. Wspomniana diwa zawsze nabierała dodatkowej dostojności i energii, jednak bez siłowego tyranizowania towarzyszących jej muzyków. Czyli? Idąc za głoszonymi przed momentem opiniami, nie tylko kontrabas mocnym i zwartym, jednak nadal z informacją o strunach i pudle rezonansowym, dźwiękiem, ani przez moment nie pozwolił sobie na zepchnięcie do dźwiękowej defensywy, ale również fortepian swoją dostojnością w dolnych zakresach i perlistością na górze zawsze był jednym z rozdających karty generatorów rozwibrowanych fal powietrza. To był czysty konsensus kreowania fraz gardłowych z pozwalającymi im świetnie zaistnieć w eterze współtworzącymi soniczną opowieść przyrządami akustycznymi. Coś więcej? Wiecie co? W podobnym tonie wypadała każda muzyka. Dlatego też unikając sztucznego nadmuchiwania tekstu pozostanę przy świetnie oddającej clou tematu w kwestii oferowanego przez opisywane kable dźwięku, przywołanej Dianie Krall. To jest na tyle reprezentatywny przykład, że dalsze rozwodzenie się byłoby szkodliwe dla wiarygodności testu. A tego ani ja, ani potencjalni zainteresowani (czytaj klienci) raczej chcieli by uniknąć . Wystarczy dokładnie pokazać o co chodzi, a dobry produkt obroni się sam, czego notabene rodzimemu producentowi życzę.

Tak tak, to są bardzo ciekawie wypadające kable. Z jednej strony wzmacniają energię najważniejszej dla naszego odbioru muzyki średnicy, zaś z drugiej nie powodują jej przegrzania. Umiejętnie wprowadzają efekt pewnego rodzaju twardości, przez co trzymają ją cały czas w ryzach kontroli, a co za tym idzie dobrej informacyjności. Komu poleciłbym punkt zapalny dzisiejszego spotkania? Teoretycznie wszystkim. Jak to możliwe? Po pierwsze, nawet u mnie, czyli w mocno gęstym systemie pokazały muzykę jedynie w sferze inności, a nie ułomności, co wielu z was może bardzo się spodobać. Zaś po drugie, wszystkie układanki cierpiące na przysłowiową anoreksję – są nader szczupłe w brzmieniu, nawet po niezobowiązującej próbie, w momencie końcowego wypięcia The Air mogą okazać się już nie do słuchania. Czy tak się stanie, niestety zależy li tylko od Waszych decyzji. Ja co mogłem, to zrobiłem, czyli przekładając z polskiego na nasze, w miarę prostymi przykładami jak na spowiedzi opisałem zaistniałe podczas testu sytuacje. Reszta jest w Waszych rękach.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Gryphon Audio Antileon EVO Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

O tym jak istotna jest właściwa i możliwie wysokiej próby konfekcja zdążyliśmy przekonać się już dwukrotnie – podczas poznawania walorów sonicznych wtyków Furutech Fi-50 NCF(R) i jeszcze ciepłego testu Acrolinków 7N-PC6700 Anniversario. Nie inaczej jest i tym razem, choć akurat mamy to szczęście, że przysłowiową pracę domową odrobił za nas sam producent … projektując tytułowy przewód właśnie pod konkretne wtyki i jak się zapewne Państwo domyślają chodzi właśnie o topowe – piezoelektryczne 50-ki Furutecha. Żeby było ciekawiej w procesie projektowym maczał palce sam dystrybutor wspomnianego kablarsko-akcesoryjnego potentata, czyli katowicki RCM, a finalna wersja obiektu naszych dzisiejszych wynurzeń jest bodajże setną inkarnacją pierwotnego projektu. Jeśli dodamy do tego blisko półtoraroczny okres „dojrzewania” śmiało możemy uznać, iż mamy do czynienia z produktem na tyle skończonym, że raczej nie powinniśmy spodziewać się zbyt szybko jego „poprawionej” wersji. A o kim i o czym mowa? O swoistym beniaminku rodzimej sceny Hi-Fi, czyli powstałej zaledwie w 2017 r. plichtowskiej manufakturze WK Audio i jej topowym przewodzie zasilającym The Air.

Jeśli chodzi o walory natury tak estetycznej, jak i użytkowej, to nie da się ukryć, iż The Air prezentuje się nader intrygująco. Dostarczany w nieco „ikeowskiej” (chodzi o naturalność i ekologię a nie żadne pejoratywne skojarzenia), czyli minimalistycznej i wręcz nieco surowej drewnianej skrzynce już podczas pierwszego kontaktu budzi zaufanie swoją wagą, topowymi wtykami Furutecha i … mało komercyjnym podejściem do tematu. O czym mowa? O niezwykle starannym podejściu do tematu detali, na które zwraca się uwagę przy lepszym jego poznaniu. Chodzi przede wszystkim o ozdobną skórzaną szlufkę z nanizaną nań metalową, przypominającą nieco otwieracz do butelek, tabliczką z firmowym logotypem i nazwą modelu, oraz błękitny peszel otulający nieregularny splot ukrytych pod nim wiązek przewodów. Co w tym niekomercyjnego? Cóż, nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że standardem jest stosowanie różnokolorowych termokurczek z firmowymi nadrukami, oraz zewnętrznych izolacji o znormalizowanej – jednorodnej średnicy. Tymczasem The Air wymyka się powyższym standardom – jest na swój sposób sękaty i nieuładzony, pozwalając przy tym namacalnie potwierdzić, iż trzech miedzianych żył biegnących w jego wnętrzu bynajmniej nie ułożono równolegle, lecz zapleciono zgodnie z założoną, firmową geometrią i dodatkowo rozdzielono stosownymi dystanserami. Na tzw. „macanta” można domniemywać, iż opracowanemu przez Witolda Kamińskiego (WK Audio) i Rogera Adamka (RCM) zaplotowi jest zdecydowanie bliżej do przywodzącej na myśl łańcuch DNA helisy, aniżeli do warkoczy Hurricane’ów AudioQuesta.
Jeśli chodzi o detale natury metalurgicznej, to jak już zdążyłem napomknąć w roli konfekcji wystąpiły topowe, piezoelektryczne wtyki Furutech FI-E50 NCF (R) oraz FI-50 NCF (R) a w roli przewodnika wykorzystano polską i włoską miedź OFC o łącznym przekroju wynoszącym aż 13 mm².

Niezależnie jednak od wyglądu, przynajmniej dla większości audiofilów, liczy się przede wszystkim dźwięk i w nieco mniejszym stopniu ergonomia, dlatego też nieco przewrotnie kupię się najpierw właśnie na tym drugim czynniku decydującym, czy dany produkt zostanie w naszym systemie, czy też wróci z powrotem do sklepu. Przy zakupie WK Audio The Air warto bowiem wygospodarować nieco więcej miejsca, gdyż poprzez swoją budowę jego sztywność i podatność na układanie wymaga nieco troski i … wyobraźni przestrzennej. Jeśli zaś chodzi o brzemiennie, to tutaj już żadnych specjalnych wymagań raczej tytułowy przewód nie stawia.
Zarówno z racji rekomendowanej przez producenta ceny, jak i wykorzystanej przez niego konfekcji, WK Audio The Air stał się niejako z automatu sparingpartnerem dla niedawno przez nas opisywanych Acrolinków 7N-PC6700 Anniversario, co z jednej strony w sposób całkowicie oczywisty unaoczniło różnice pomiędzy obiema konstrukcjami a z drugiej tylko potwierdziło, że drogi do osiągnięcia mniej, bądź bardziej audiofilskiej nirwany mogą dość znacząco się różnić. Wystarczy powiedzieć, że o ile japońscy konkurenci postawili na rozdzielczość, drive i świetne połączenie blasku oraz wypełnienia konturów soczystą tkanką, co niejako wydaje się całkiem nieźle charakteryzować brzmienie moich dyżurnych Dynaudio Contour 30, o tyle The Air idzie raczej w kierunku estetyki jakiś czas temu goszczących u mnie, opartych na ceramikach Accutona, Gauderów Cassiano. Chodzi bowiem o pewne skonkretyzowanie i stechnicyzowanie przekazu, gdzie każdy dźwięk ma swoje jasno wyznaczony miejsce i czas, a wszystkie wydarzenia nie tyle mają, co muszą rozgrywać się z iście matematyczną, inżynierską precyzją. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć. To nie chodzi o przypisywane nieumiejętnej aplikacji „porcelanek” matowości i desaturacji przekazu, lecz swoisty, autorski pomysł na dźwięk, gdzie większy nacisk kładziony jest na dźwięk bezpośredni a związana z nim aura pogłosowa jest dodatkiem a nie równoprawnym elementem przekazu. Po prostu nawet najmniejszy detal i niuans stanowią wielce istotny trybik w wielkiej i skomplikowanej maszynerii twórcy a całość musi „chodzić” z dokładnością i precyzją szwajcarskiego chronografu.
Dzięki powyższej sygnaturze wszelakiej maści rock i elektronika brzmiały z odpowiednią dynamiką i wykopem. Wybornie wypadł zarówno Rammstein, jak i The Prodigy, gdzie liczyło się tak uderzenie, jak i trzymanie szaleńczego tempa. Bas był krótki, świetnie zebrany i na swój sposób wręcz żylasty, co jednak nie wpływało na akuratną i nieprzesadzoną w swym nasyceniu średnicę. Nie oznacza to bynajmniej, że innych gatunków The Air już tak dobrze nie trawi, gdyż nawet spokojny i nostalgiczny album „You Want It Darker” Leonarda Cohena zabrzmiał z odpowiednim skupieniem i bez zbytniego podkreślania tempa.
Jedyną grupą, która nieco uważniej powinna przyjrzeć, przysłuchać się topowemu przewodowi WK Audio jest grono miłośników barokowych treli i innych eterycznych uniesień, gdzie klimat tworzą tzw. gra ciszą i długi, powolnie gasnący pogłos, gdyż akurat na tym polu tytułowa sieciówka nad wyraz intensywnie odciska swoje piętno skracając owe artefakty do niezbędnego minimum, co nie wszystkim musi przypaść do gustu.

WK Audio to mała, jednoosobowa manufaktura mająca na razie w swoim portfolio jedynie trzy przewody zasilające. Ma jasno sprecyzowane cele, z pełną świadomością dba o tak podstawowe zagadnienia jak możliwie najwyższej klasy konfekcja i co zaskakujące w dzisiejszych czasach niespecjalnie stara się być w centrum uwagi. Po prostu Pan Witold Kamiński ze stoickim spokojem sukcesywnie wprowadza kolejne modele a The Air jest zwieńczeniem jego blisko dwuletniej działalności. Nie da się przy tym ukryć, że przewód ten ma swój własny charakter, swoje własne DNA i jak to w życiu bywa, żeby przekonać się, czy wpasuje się w czyjeś indywidualne gusta trzeba go po prostu we własnym systemie posłuchać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Producent: WK Audio
Dystrybucja: RCM
Cena: 11 000 PLN/1,5 m

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewód zasilający

Vermöuth Audio Reference Power Cord

Opinia 1

Kontynuując eksplorację zagadnień natury energetycznej w dzisiejszej recenzji pochylimy się nad kolejnym akcesorium niezbędnym do pracy większości urządzeń elektrycznych. Mowa oczywiście o przewodzie zasilającym, lecz nie byle jakim, czyli zwykłym „komputerowym” – dorzucanym do pudełka przez producenta wraz z odtwarzaczem Blu-Ray, TV, czy też innym ustrojstwem, a dedykowanym do zastosowań audio i stworzonym nie tylko na podstawie pomiarów, ale może przede wszystkim odsłuchów. O ile bowiem dla większości nieskażonych audiophilią nervosą przewody można podzielić na takie, które działają i takie, które tego nie robią, to już dla (słyszących i świadomych) wyznawców Hi-Fi i High-Endu sam fakt działania, czyli de facto przewodzenia, nie jest sukcesem samym w sobie a jedynie punktem wyjścia do dalszych poszukiwań i mozolnych eksperymentów. Taką właśnie drogę przebył Hendry Ramli, dzięki któremu to po raz kolejny mogliśmy wziąć na redakcyjny warsztat przedstawiciela indonezyjskiej manufaktury Vermöuth Audio – topowy przewód zasilający Reference Power Cord.

Podobnie jak poprzednio u nas recenzowane, należące do serii Reference interkonekty RCA i XLR również i tytułowy przewód, choć zaprojektowany przez Hendry’ego Ramli – założyciela i na chwilę obecną jednoosobowy podmiot gospodarczy Vermöuth Audio, swój początek ma w firmie Wanlung Taiwan – jednym z czterech producentów przewodników OCC na świecie. A same zaś Reference’y składają się ze skręconych z 39 przewodów OCC o różnej średnicy linek o łącznej średnicy 10 AWG owiniętych wokół rurek PE (Air Tubes) wypełnionych powietrzem. Całość znajduje się w aluminiowo-mylarowym płaszczu i jest dodatkowo chroniona plecionym ekranem, a na który z kolei naciągana jest firmowa biała, opalizująca plecionka PVC z pojedynczą czarną nitką. Wtyki to pochodzące od Furutecha modele FI-28 / FI-38 poddane autorskim modyfikacjom i wyposażone w charakterystyczne korpusy z włókna węglowego. Przewody dostarczane są w eleganckich a zarazem skromnych tekturowych pudełkach a przed trudami podróży mogącymi skończyć się niepotrzebnymi otarciami zabezpiecza je płócienny woreczek. W komplecie nie brakuje też stosownego certyfikatu autentyczności.

Przechodząc do części dotyczącej brzmienia wspomnę jedynie na wstępie, iż otrzymany na testy egzemplarz był fabrycznie nowy, więc przez blisko dwa tygodnie pozwoliłem mu spokojnie zaakomodować się w moim systemie, by dopiero po takiej rozgrzewce zacząć go traktować bez taryfy ulgowej. Jeśli zaś chodzi o konkrety, to Vermöuth Audio Reference Power Cord reprezentuje zaskakujące, acz niewątpliwie nad wyraz udane … paradoksalne połączenie pewnego przyciemnienia przy jednoczesnym wzroście rozdzielczości. Zauważacie Państwo tę oczywistą sprzeczność? Jak to możliwe, że suwak z jasnością wędruje w lewo a ilość zauważalnych niuansów i mikrodetali wzrasta? Cóż w Hi-Fi a w szczególności High-Endzie teoria ma to do siebie, iż nie zawsze idzie w parze nie tylko z praktyką, lecz i rzeczywistością, więc zamiast niepotrzebnie głowić się jak takie zjawisko w ogóle jest możliwe sugeruję po jego doświadczeniu po prostu przejść nad nim do porządku dziennego. W dodatku ów efekt nie jest osiągany na drodze nazwijmy ją w uproszczeniu „noktowizyjnej”, gdzie uzyskany obraz może i pokazuje więcej aniżeli egipskie ciemności, lecz niestety obarczony jest niewątpliwą wadą monochromatyczności. Tymczasem zasilającemu Vermöuth-owi nie sposób zarzucić nawet najmniejszych oznak desaturacji a więc mamy w tym przypadku do czynienia z efektem zbliżonym do zastosowania ultra jasnego szkła i wysokoczułej matrycy a i to też nie do końca. Czemu? Otóż przy pełnym otworze w jasnych obiektywach głębia ostrości jest iście „papierowa” (kilkumilimetrowa) a i matryce na wysokim ISO niestety szumią. Za to indonezyjski przewód charakteryzują nie tylko świetny wgląd w głąb sceny muzycznej i co za tym idzie również z gradacją planów nie ma najmniejszych problemów, co niezwykła precyzja w kreowaniu źródeł pozornych wraz z definicją tkanki je wypełniającej i samych konturów.
Co ciekawe, aby tego doświadczyć wcale nie trzeba przekopywać audiofilskie i wymuskane do granic przyzwoitości katalogi Fonè, czy Fim Records, gdyż nawet „komercyjny” album „Fortress” zaskakująco mało popularnej wśród złotouchych formacji Alter Bridge był w stanie pokazać wszystko to, o czym przed chwilą wspominałem. Bas był niezwykle zwarty i schodził w rejony, gdzie nawet Lucyfer woli nie zapuszczać się bez latarki, jednak nawet na moment nie tracił nic a nic z kontroli i zróżnicowania. W pierwszej chwili może więc wydawać się Państwu, iż jest najniższych składowych nieco mniej niż u konkurencji, lecz już w bezpośrednim porównaniu cała prawda powinna wyjść na jaw. Równie pozytywnie zaskakują misternie tkane z gitarowych riffów górne partie, gdzie blask idzie w parze z rozdzielczością i krystaliczną wręcz czystością.
Oczywiście na nieco bardziej wyrafinowanym a przy tym niezelektryfikowanym repertuarze, jak dajmy na to „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen owe niuanse słychać jeszcze lepiej. Aura otaczająca muzyków da się niemalże kroić, wszechobecny spokój już po kilku taktach udziela się również słuchaczom a soczyste i zarazem chropawe barwy użytych podczas sesji nagraniowej instrumentów zapadają w pamięć równie głęboko, jak pierwsza (udana) randka. Szukając umownych, łatwiej rozpoznawalnych dla szerszego grona odbiorców, kablarskich punktów odniesienia śmiem twierdzić, iż pozorne przyciemnienie Vermöutha wydaje się mieć w sobie sporo gęstości znanej mi z 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO, choć już pod względem rozdzielczości bliżej mu do flagowego Furutecha NanoFlux-NCF. Całkiem nobilitujące towarzystwo, nie sądzicie?

Vermöuth Audio Reference Power Cord jest kolejnym przykładem na to, że chcieć znaczy móc i aby zaistnieć na rynku ze stricte high-endowym produktem wystarczy mieć pomysł, wiedzę, by go zrealizować i znaleźć solidnego podwykonawcę dysponującego odpowiednio wyrafinowaną technologią. Warto bowiem pamiętać, iż Vermöuth Audio to tak naprawdę jedynie Hendry Ramli, który uparcie dążąc do wytyczonego sobie celu jest w tym miejscu, w którym jest a o jego przewodach robi się coraz głośniej. Oby więcej takich pasjonatów a High-End po okresie korporacyjnych konsolidacji odzyska nie tylko ludzką twarz, lecz i równie „ludzkie” ceny. Czego zarówno Państwu, jak i sobie szczerze życzę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Jestem święcie przekonany, że kilka tygodni temu, czyli przed pojawieniem się na naszym portalu recenzji okablowania sygnałowego RCA&XLR  Vermöuth Audio Reference słowo „Indonezja” kojarzyło Wam się jedynie z egzotyczną destynacją wakacyjnych podróży. Tymczasem jak wynika z przywoływanego powyższego mitingu, stacjonuje tam marka oferująca fantastycznie wypadające w relacji cena/jakość okablowanie systemów audio. Genezy początków naszej współpracy z tym egzotycznym z naszego punktu widzenia producentem z racji dokładnego wyjaśnienia w poprzednim teście nie będę dzisiaj po raz kolejny przybliżał, tylko z niekłamaną satysfakcją zapraszam wszystkich zainteresowanych na kilka zdań o właściwościach sonicznych kabla zasilającego Vermöuth Audio Reference Power Cord, który po niemałych akrobacjach natury logistycznej wreszcie zawitał w naszych skromnych progach.

Jak doskonale zdradzają to fotografie, w przypadku kabla zasilającego mamy do czynienia z bardzo podobnym wyglądem do sygnałówek. To oznacza, że pakiet splecionych według własnej specyfikacji cienkich drucików o różnej średnicy i przekroju z miedzi UPOCC ubrano w mieniącą się delikatnie opalizującą bielą, dodatkowo przystrojoną krzyżującym się szarym ściegiem, plecionkę. Zaś kwintesencją podobieństwa wizualnego są stosunkowo długie w odniesieniu do konkurencji, ale za to własnej konstrukcji, oparte o włókno węglowe w konstrukcji korpusów wtyki FI-28 / FI-38 Furutecha. Co w dobie tendencji usztywniania wszelkiego okablowania zewnętrznymi izolatorami wydaje się być ważne, to z racji utrzymania przyzwoitej giętkości Power Corda daje się go zaaplikować w nawet najcięższych warunkach lokalowych, a z autopsji wiem, że taki akcent dla wielu melomanów z przysłowiowego M3 jest nie do przecenienia. Tak prezentujący się kabel ubrany jest w ekologiczny lniany woreczek i wraz z gwarantującym bezpieczeństwo zakupu certyfikatem pakowany jest w zgrabne kartonowe pudełko.

Pewnie sporą grupę z Was zaskoczę, ale według moich obserwacji akapit opisu wpływu na dźwięk opiniowanej konstrukcji w stosunku do drutów sygnałowych postawi na nieco inne aspekty brzmienia. Jednak nie wywróci wcześniejszych dóbr do góry nogami, tylko przy podobnym ogólnym sznycie wprowadzi drobne korekty. Jakie? Otóż po wpięciu Power Corda w mój tor delikatnej przemianie uległ najniższy zakres. Nadal był energetyczny, ale wyraźnie zebrał się w sobie, co przy utrzymaniu dobrego napowietrzenia wirtualnej sceny spowodowało lepszy timing generowanej muzyki. Nie muszę chyba bronić tezy, że bardzo zyskały na tym wszelkiego rodzaju gatunki typu mocny rock spod znaku Percival Schuttenbach, czy free jazz Johna Zorna. Jednak jak to w życiu bywa, zawsze jest coś za coś i może nie niestety, ale jestem zobowiązany wspomnieć, iż wykonturowanie basu bez dotykania środka pasma spowodowało skierowanie brzmienia mojej pokolorowanej układanki w stronę neutralności. Jednakże uspokajam wszystkich wietrzących zdradę stanu użytkowników kabli tej marki, iż to są delikatne, a przez to nieszkodzące ogólnej prezentacji ruchy, czego idealnym potwierdzeniem jest brak efektów ubocznych podczas delektowania się ulubionym repertuarem dla ducha, którego przedstawicielami w moim życiu są wszelcy twórcy muzyki kościelnej z Claudio Monteverdim na czele. Czyli co? Da się pogodzić szybkość i niekończące się wybrzmienia? A jakże. Przynajmniej przy użyciu okablowania Vermöuth Audio. Jak to możliwe? Słowem kluczem jest oddech budowanych między kolumnami wydarzeń. Indonezyjczyk przy dobrym wysyceniu i zwartym basie potrafił utrzymać swobodę zawieszania poszczególnych dźwięków w eterze, co kiedy wymagał tego materiał, przekładało się granie z werwą, ale w momencie stawiania na celebrowanie poszczególnej nuty nie tłamsiło jej ofensywnie nadchodzącym kolejnym akordem. Nie wiem, w jaki sposób udało im się to połączyć, ale tak odbieram te kilkanaście dni zabawy z raz wpiętym w przedwzmacniacz liniowy, a raz w końcówkę mocy, pochodzącym z Indonezji, ziejącym prądem białym wężem Reference Power Cord.

Analiza powyższego tekstu rysuje bardzo jasne wnioski. W przypadku okablowania sieciowego Vermöuth Audio Reference Power Cord mamy do czynienia z nieco innym niż druty sygnałowe, ale nadal w bardzo podobnej estetyce sposobem grania. Konsekwentnie odczuwamy sporo oddechu w dobiegającej do naszych organów przyswajania fonii muzyce, a jedynym wprowadzającym korekty aspektem jest odczuwane jako mniejszy udział środka pasma w przekazie delikatne skrócenie się basu. Jednak jak pokazują wyartykułowane niuanse, subiektywny odbiór nic a nic na tym nie traci. Owszem, delikatnie przesuwa się punkt ciężkości. Jednakże ogólna przyjemność z delektowania się wybrzmieniami przy lepszym timingu całości prezentacji sprawia, że nawet w momencie początkowego odbierania tego jako inny, to w wartościach bezwzględnych okazuje się być znacznie prawdziwszym dla większości melomanów punktem widzenia, a nie siłowym przeciąganiem słuchacza na swoją stronę. Niemożliwe? Niestety ostateczna weryfikacja, do której szczerze zachęcam, należy do Was.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: Vermöuth Audio
Cena: 1 300 $ /1,2 m + 180$ za dodatkowe 30 cm.

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewód zasilający

Audioquest Hurricane
artykuł opublikowany / article published in Polish

Pojawienie się na rynku najnowszych przewodów zasilających Audioquesta wywołało reakcję w pełni adekwatną do ich nazwy. Panie i Panowie, oto Audioquest NRG Hurricane.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewód zasilający

Audiomica Laboratory Allbit Consequence

Opinia 1

Po dwóch spotkaniach z bezpośrednio operującymi na sygnałach audio przewodami Pearl M1 i Miamen M1, oraz dedykowanym źródłom analogowym Thasso przyszła pora na najbardziej kontrowersyjne wśród audiofilskiego okablowania Audiomica Laboratory „druty” z topowej serii Consequence, czyli zasilające Allbit. Nie znaczy to oczywiście, że niejako na siłę szukamy taniej sensacji, lecz o ile podobnie jak większość świadomych audiofilów wiemy, gdyż weryfikowaliśmy to empirycznie w praktyce, że i elementy zasilające wpływają na finalne brzmienie naszych systemów, tak też doskonale zdajemy sobie sprawę, iż dla części oponentów jest to voodoo w najczystszej postaci. Dlatego też po raz kolejny pragniemy udowodnić, iż system gra tak, jak jego najsłabsze ogniwo i również o kable zasilające warto zabrać. Mając też świeżo w pamięci sygnaturę brzmieniową pozostałych Consequence’ów uznaliśmy, że warto uzupełnić własne doświadczenia o tak naprawdę początek naszych audiofilskich ołtarzyków, czyli o ten przysłowiowy metr, czy też półtora, biegnący od ściany/listwy do urządzeń już z sygnałami audio pracujących.

Obecnie dostępny Allbit Consequence jest już czwartą inkarnacją tego modelu. Pierwsze wersje pojawiły się na rynku w 2011 r. i były oferowane do czerwca 2014, kiedy to światło dzienne ujrzała,produkowana do maja 2015 r. wersja M1, którą to z kolei zastąpiła dostępna do 2017 r.  M2-ka.  Jak przystało na flagowca i pełnokrwistego przedstawiciela królewskiego rodu przewód dostarczany jest w stylowej drewnianej skrzyneczce a na czas transportu wtyki zabezpieczane są siateczkami z tworzywa sztucznego. Owa masywna, rodowana „konfekcja” poddawana jest dwuetapowemu procesowi galwanizacji DCP a na samym przewodzie nie mogło zabraknąć charakterystycznych muf elektrostatycznych Acoustic Points. Co do szczegółów natury technicznej, to przechodząc pod zewnętrzny peszel PET napotkamy ekran z miedzianej plecionki, kolejną warstwę otuliny PET, Spienione PVC i zaizolowanych koszulkami PTFE dwanaście żył o średnicy 12 AWG, po 40 miedzianych (OCC) przewodników każda.
Pomimo zauważalnego ciężaru, jak i sporej średnicy Allbity okazały się nad wyraz wiotkimi i łatwymi w aplikacji przewodami, o czym warto wspomnieć w dobie zamiłowania co poniektórych konkurentów do wzorowania się na dyszlach i prętach zbrojeniowych wprawiających w stan lewitacji co lżejsze komponenty naszych drogocennych zestawów.

Sięgając po topowe, zasilające Audiomici byłem bardzo ciekaw ich wpływu na mój system, bowiem zarówno przewody głośnikowe, jak i interkonekty należące do flagowej serii Consequence stawiały na potęgę i dynamikę brzmienia, to gdzieś tam podświadomie zastanawiałem się, czy i tym razem gorlicki producent poszedł tą samą drogą, czy też postawił na większą zachowawczość. Pierwsza opcja wydawała się co prawda bardziej prawdopodobna, lecz niosła ze sobą zagrożenie zbyt dużej zawartości cukru w cukrze i przesycenia firmowej sygnatury, a z kolei duga mogła powodować zarzut niekonsekwencji. Czyli i tak źle i tak niedobrze. Oczywiście takie podejście jest właściwe dla wiecznych malkontentów i poszukiwaczy teorii spiskowych, bo normalny, o ile za normę uznamy nasze audiofilskie hobby, meloman i miłośnik muzyki reprodukowanej na możliwie wysokim poziomie najpierw słucha a dopiero potem ocenia, czy osiągnięty efekt po pierwsze spełnia jego oczekiwania i po drugie czy wart jest wyasygnowania związanych z jego nabyciem kwot. A jak było z Allbitami, których do testu otrzymaliśmy aż trzy sztuki?
Po nieśpiesznym wygrzaniu i trwającej blisko tydzień akomodacji okazało się jednak, że perłowo-białe pytony Audiomici nie tylko idealnie wpisują się w prezentowaną przez swoje rodzeństwo szkołę grania, co dokładają do niej od siebie małe co nieco. Owym akcentem jest bowiem dociążenie przekazu, które słychać praktycznie od pierwszych taktów. Dlatego też zamiast rozpoczynać od czegoś lekkiego, łatwego i niezobowiązującego plumkania sięgnąłem od razu po patetyczny i spektakularny album „Beloved Antichrist” Theriona. To dość eklektyczne a zarazem nie dla wszystkich lekkostrawne wydawnictwo, gdzie przez ponad trzy godziny rock i metal przeplatają się z czysto operową estetyką a co najważniejsze całość należy przyjmować w jednej dawce, bo dzielenie jej na kilka części bezsprzecznie wytrąca z rytmu i gubi „klimat”. Co prawda swoje najnowsze dzieło Szwedzi podzielili na trzy akty, ale ów podział sugerowałbym wykorzystać co najwyżej na jakąś krótka przerwę poświęconą uzupełnieniu płynów i rozprostowanie kości aniżeli niedzielne zakupy w pobliskiej galerii handlowej. I tutaj od razu uprzedzę, iż owo dociążenie wcale nie oznaczało drastycznego przesunięcia środka ciężkości ku dołowi, lecz globalne zwiększenie wolumenu i gęstości tak przekazu, jak i źródeł pozornych. Ot stały się one bardziej konkretne, zbite, niemalże „napakowane” a jednocześnie nie odnotowałem zbytniego kombinowania z barwą, przez co soprany Chiary Malvestiti, Lori Lewis, Lydii Kjellberg, czy Melissy Verlak wcale nie próbowały zbliżyć się do growlu, jakim z reguły uprzejma była raczyć nas (nomen omen mezzosopranistka) Angela Gossow a jedynie zyskały na soczystości, mięsistości i … kobiecości. Dodatkowo Allbity wprowadzały coś na kształt wewnętrznego spokoju i wynikającej z ich klasy dostojeństwa. Zero podskórnej nerwowości, szklistości, zero pośpiechu, czy rozchwiania emocjonalnego. Ot klasyczna pewność siebie i autorytatywność podejmowanych decyzji właściwa i zarezerwowana wyłącznie dla pełnokrwistego High-Endu.
Podobnie sprawy się miały na syntetyczno – ambientowej składance „The Very Best Of Cafe del Mar Music”, gdzie przez blisko cztery godziny słuchaczy otulał szczelny kokon impresjonistycznych, dźwiękowych plam i dobiegających z najprzeróżniejszych zakątków pokoju odsłuchowego dźwięków. Oczywiście o naturalności brzmień w tym wypadku trudno byłoby mówić, jednak tym, na co z pewnością warto było zwrócić uwagę, było całkowicie czarne tło sprawiające iż oddając się przyjemności obcowania z tak podaną muzyką odpoczywaliśmy nie tylko my, ale i nasze mózgi zwolnione z obowiązku eliminowania ewentualnego „szumu przesuwu” i pozostałych cyfrowych artefaktów, które tym razem po prostu nie występowały. Śmiem wręcz twierdzić, że dominującym podczas odsłuchu odczuciem była … analogowość brzmienia. I jeśli ktoś w tym momencie stwierdzi, że ewidentnie odleciałem i konfabuluję, to spieszę z wyjaśnieniem, iż jest w błędzie, gdyż gorlickie sieciówki odciskały piętno z porównywalną intensywnością co ich sygnałowe rodzeństwo i niezauważanie ich wpływu wynikać może jedynie ze złej woli, zaprzaństwa, bądź poważnej wady słuchu.
Dla świętego spokoju i w celu zweryfikowania jednej drobnostki włączyłem jeszcze „New Moon Daughter” Cassandra Wilson i moje przypuszczenia się potwierdziły. Otóż na nieco przebasowionych nagraniach, jak właśnie to powyższe Audiomici z jednej strony niespecjalnie intensyfikowały realizatorki zamysł a z drugiej, co oczywiste, dalekie były do prób wykonturowania nieco „przewalonego” kontrabasu. Mając w dodatku na uwadze fakt, iż podczas testów w moim systemie pracowały aż trzy Allbity – od ściany do listwy i z listwy do CD i wzmacniacza efekt finalny uznaję za wyborny i tym samym jednoznacznie potwierdzający fakt, iż „przesycić” Audiomicami dźwięku się po prostu nie da.

Z dziką satysfakcją, po blisko dwutygodniowych, nad wyraz intensywnych testach, śmiem twierdzić, iż Audiomica Laboratory Allbit Consequence w pełni zasługuje na miano high-endowego przewodu zasilającego bez najmniejszej tremy mogącego stawać w szranki z zagraniczną, zdecydowanie bardzziej utytułowaną konkurencją. Poczynając od ekskluzywnego opakowania i nieabsorbującej aparycji a skończywszy na fenomenalnie homogenicznym i mocno osadzonym w dole pasma dźwięku wydają się być bardzo ciekawą propozycją dla wszystkich poszukiwaczy niepozbawionych rozdzielczości spokoju i potęgi doznań muzycznych. Jeśli zatem często sięgacie po wielką symfonikę, progresywnego rocka, i to nawet w jego najcięższych odmianach, odsłuch przynajmniej jednego Allbita wydaje się co najmniej oczywisty.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Phasemation EA-500
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5;
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; System Audio Pandion 5
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Prawdopodobnie zwróciliście uwagę na drobny fakt kolejnej, z dzisiejszą włącznie, w dość krótkim czasie recenzji okablowania pochodzącej z Gorlic marki Audiomica Laboratory. Przyczyny? Pierwsza cisnąca się na myśl, to bardzo ciekawie brzmiąca flagowa linia okablowania gramofonowego, którą wraz z Marcinem stosunkowo niedawno mieliśmy okazję zaopiniować. Zaś drugą jest zadziwiająco swobodne poruszanie się tych konstrukcji po międzynarodowych rynkach. Mało tego, powiedziałbym nawet, że będąca zarzewiem naszego spotkania marka zdecydowanie łatwiej rozpoznawalna jest przez międzynarodowy, a niżeli rodzimy audiofilski świat. I wiecie co? Po kilku testowych spotkaniach z ofertą gorlickich konstruktorów nie do końca jestem w stanie ten stan zrozumieć. Owszem, byt danego produktu określa rynek, ale to nie zmienia faktu mojego lekkiego zdziwienia takim stanem rzeczy. Ok, koniec tych prywatnych refleksji. Przecież nie wpadacie na naszą stronę, aby rozczytywać się w gorzkich żalach na temat sytuacji rodzimego rynku audio, tylko w celu zapoznania się z kolejnym, ciekawym produktem jego portfolio, którym w tej odsłonie będzie dostarczone topowe okablowanie prądowe w postaci trzech sztuk Allbit Consequence.

Akapit relacjonujący ogólny wygląd rzeczonych drutów z racji ochrony wielu lat doświadczeń marki w dziedzinie zaprojektowania odpowiedniej konstrukcji wewnętrznej w mojej relacji z placu boju nie będzie obfitował w zbyt szczegółowe dane techniczne. Jednak idąc za informacjami producenta przewodnik wykonano z najczystszej miedzi OCC, a splot opiewa na 12 żył po ok. 3 mm2 każda. Całość konstrukcji przez zakłóceniami elektromagnetycznymi chroni wielodrutowa plecionka. Jak widać na fotografiach, w kwestii koloru producent idzie wytyczoną przez wcześniejsze produkty tej linii drogą wpadającej w srebro jasnej szarości. Jeśli miałbym skreślić kilka słów o łatwości ich układania za jak to często bywa stojącą blisko ściany szafką ze sprzętem, co prawda spotkałem się ze bardziej wiotkimi konstrukcjami, ale i te nie są jakoś specjalnie problematyczne w aplikacji w nawet dość ograniczonych prześwitem warunkach. Przytaczając kilka kolejnych, widocznych gołym okiem obserwacji organoleptycznych, oprócz wspomnianej otulającej całość przewodu jasnej koszulki z obydwu stron zaterminowano go wyśmienicie prezentującymi się, uzbrojonymi w logo producenta połyskującymi srebrem rodowanymi w autorskim dwuetapowym procesie galwanizacji wtykami. Jednak pakiet danych nie byłby pełny, gdybym nie wspomniał o znajdującej się w sąsiedztwie wtyku od strony ściany czarnej baryłce – mufie elektrostatycznej. Co tam znajdziemy, wie jedynie pomysłodawca – Acoustic Ponits. Czary mary? Nie wiem. Jednak bez względu na nazewnictwo najważniejszym jest, że po aplikacji tego “dynksa” kable prezentują tak pożądany przez kochających dobry dźwięk efekt brzmieniowy. I gdy na koniec dodam, że opisane druty przybywają do klienta w podnoszących wyjątkowość produktu drewnianych skrzynkach, okaże się, że marka dba nie tylko o pozytywne wrażenia słuchowe, ale i wzrokowe, na które z doświadczenia wiem, liczy wielu potencjalnych zainteresowanych.

Patrząc na poczynania recenzowanych drutów w dziedzinie ingerencji w końcowy efekt dźwiękowy zasilanej układanki audio należy stwierdzić, iż sieciówki z linii Consequence są bardzo równe sonicznie. To zaś oznacza, że począwszy od dobrze obdarowanego w energię i masę dołu pasma, przez wtórującą mu w wypełnieniu średnicę, po dźwięczne, ale delikatnie dotknięte spokojem górne rejestry przekaz muzyczny jest bardzo spójny. Fakt, jak z powyższej wyliczanki można się domyśleć, całość wypada w estetyce grania barwą, jednak zapewniam, iż brzmi to bardzo spójnie. Ale to nie koniec ciekawych obserwacji, gdyż wyartykułowaną przed momentem litanię artefaktów świat dźwięków z łatwością przekuwa w obdarzony sporymi emocjami przekaz, a to wielu z nas w obcowaniu z muzyką stawia na co najmniej na drugim, jeśli nie na pierwszym miejscu. A co w tym wszystkim jest najciekawsze, przy soczystym graniu nie tracimy zbytnio na czytelności źródeł pozornych w tylnych formacjach. Owszem, może to być pokłosiem delikatnego przybliżenia się wirtualnej sceny o pół kroku w kierunku słuchacza, ale muszę zaznaczyć, że rozmiar jej głębokości nadal pozostaje w dobrych proporcjach, czyli zaliczamy efekt zmiany miejsca obserwacji wydarzeń o jeden, no może dwa rzędy bliżej. I zastrzegam, nie rozpatruję tego jako problem, gdyż znając sporą liczbę zakręconych na punkcie muzy osobników wiem, że co słuchacz, to inne upodobanie co do usadowienia muzyków w stosunku do miejsca odsłuchowego. Jedni lubią bezkresne hektary głębi, a drudzy napawają się zaglądaniem artystom do gardeł. Czyli audiofilski standard. A jak ma się powyższy tekst do realiów życia codziennego? Rozpocznijmy od nieco ukulturalnionego ciężkiego brzmienia, czyli materiału zespołu Metallica z orkiestrą symfoniczną „S&M”. Za sprawą bardzo dobrego operowania masą niskich rejestrów i soczystością średnicy najważniejsze instrumenty w stylu gitar, kontrabasów i co nie dziwi głosu wokalisty tryskały radością oferując w każdym przypadku ścianę fantastycznie wypełnionego energią dźwięku. Gdy do głosu dochodziły ciężkie brzmienia gitar, choć obecnie stawiam na bardziej delikatne w stylu saksofon i klarnet instrumenty, natychmiast na myśl przychodziły mi piękne wspomnienia z ogarniętej buntem, wymuszającej słuchanie takiego rodzaju muzy czasy młodości. Ale to nie jedyna pozytywna składowa tego wydarzenia, gdyż w sukurs przysłowiowym „wiosłom” szła perkusja i nasączona emocjami w tym symfonicznym przypadku unikająca krzyku wokaliza. I gdy zbierzemy te aspekty w jedną całość, nie mogę napisać nic innego, jak wyrazy ukontentowania z tak podanego spektaklu. Temat dobrego odbioru zastosowania okablowania z Gorlic trwał również podczas słuchania muzyki elektronicznej w wykonaniu grupy The Acid „Liminal”. Tam gdzie miało nastąpić trzęsienie ziemi, drżąc w posadach pokój odsłuchowy natychmiast mnie o tym informował. Idźmy dalej. Oprócz samego basu bardzo dobrze wypadał również preparowany głoś wokalisty i o dziwo (dlaczego lekkie zaskoczenie zdradzę za moment) wszelkie nadające nieprzewidywalności temu repertuarowi przestery i świsty. Jednym słowem kolejny co najmniej ciekawy pokaz. Spawy nabrały nieco innego wymiaru, gdy do głosu doszedł stawiający na przeszywaną przeszkadzajkami perkusisty i pełnią solowych popisów kontrabasisty ciszę wycyzelowany realizacyjnie materiał jazzowy Bobo Stenson Trio „Contra La Indecisión”. Spokojnie, nie był to palec Boży dla testowanego okablowania, ale w moim, już na starcie mocno obdarzonym barwą systemie, dodatkowa dawka wypełnienia sprawiła, że kontrabas minimalnie się powiększył, a przez to delikatnie rozmył, a blachy bębniarza nie przezywały przestrzeni między-kolumnowej znanymi mi z codziennych reprodukcji przenikliwie jasnymi iskierkami, tylko nieco szybciej gasnącymi, a przez to mniej błyszczącymi efektami kolorowych fajerwerków. To co prawda była bardzo delikatna korekta wspomnianych artefaktów, ale fakt jest faktem, że ewidentnie słyszalna. Oczywiście całkowicie inną sprawą jest odbiór tych aspektów przez konkretnego słuchacza, jednak dla pełnego zdania relacji z odsłuchów jestem zobligowany o tym wspomnieć.

Kreując końcowe wnioski bez naciągania faktów stwierdzam, że flagowa linia kabli sieciowych pochodzącej z Gorlic polskiej marki Audiomica Laboratory jest bardzo ciekawym materiałem dla wyrafinowanych melomanów. Nie znajdziecie tutaj siłowego promowania swojego punktu widzenia, tylko ofertę delikatnego szlifu systemu w zamierzonym podczas projektowania produktów kierunku. Czym spróbuję obronić tę tezę? Spójrzcie na mój zestaw. Z daleka „śmierdzi” nutą koloru i obfitego basu (papier na środku i basie, a do tego w nienaturalnych dla większości audiofilów rozmiarach – środek 22 cm, bas 48 cm), a mimo to wnoszące swoje trzy grosze w domenie gęstości kable sieciowe w większości materiału potrafiły wyjść ze sparingu z tarczą, co jest przecież rokującym dobre wyniki w innych konfiguracjach sukcesem. Zatem gdzie widziałbym testowane okablowanie? Szczerze? Jakąkolwiek porażkę ze spotkania z Audiomicą mogą zaliczyć jedynie ociężałe układanki. Reszta wypadnie co najmniej dobrze, ale czy na tyle dobrze, żeby pozostać na stałe zależeć będzie od konkretnych przypadków, czyli potrzeb tak zasilanego systemu, jak i samego słuchacza. Zatem do dzieła.

Jacek Pazio

Producent: Audiomica Laboratory
Ceny:
0,5 m=1650 €
1,0 m=1900 €
+ 0,5 m=250 €
opcja (FILTER TFCT)=250 €
opcja (FILTER TFCT + SMART COUPLERS)=400 €

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport Reimyo CDT-777, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewód zasilający

Furutech DPS-4

Opinia 1

Dzisiejszy test jest niezbitym dowodem na to, że zawsze warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte, które wraz z pewną dość nieszkodliwą obsesją śledzenia większości pojawiających się w sieci relacji z najprzeróżniejszych wystaw i eventów audio owocuje czasem nader ciekawymi znaleziskami. Tak też było i tym razem, gdy przeglądając nader obszerny fotoreportaż z CES przygotowany przez bezkonkurencyjną ekipę MY-HiEND natrafiłam na zdjęcie z dość mocno rzucającym się w oczy, niewielkim zwojem wściekle różowego przewodu. Chwila konsternacji, szybka weryfikacja katalogu pewnego producenta i pomimo dość późnej pory … automatyczna zaczepka na FB polskiego dystrybutora marki. Jak się okazało ten idealnie pasujący do image’u fanów Barbie, My Little Pony i niezliczonego mnóstwa innych „dziewczyńskich” gadgetów kabelek był elektryzującą, choć nieco „przemycaną” wśród innych wystawowych atrakcji nowością, która choć pokazana w wersji sauté finalnie dostępna (przynajmniej w Polsce) jest wyłącznie w konfekcji i to nie byle jakiej bo z użyciem topowych 50-ek (FI-E50 NCF (R) / FI-50 NCF (R)). Panie i Panowie, oto Furutech DPS-4.

Jak widać na powyższych zdjęciach i nadrukach utrzymanej w kolorach koszulki lidera  Giro d’Italia zewnętrznej izolacji DPS-4 to efekt współpracy Furutecha z metalurgicznym odziałem Mitsubishi a w roli przewodnika wykorzystano miedź (Alpha) OCC-DUCC. Zagłębiając się nieco bardziej w detale mamy do czynienia z autorską mieszanką ultra krystalizowanej miedzi o wysokiej czystości DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) i klasycznej „furutechowskiej” Pure Transmission (Alpha) OCC. Pikanterii całej sprawie dodaje też fakt, że Mitsubishi jest również dostawcą przewodników DUCC dla … będącego bezpośrednim i w dodatku lokalnym konkurentem Furutecha … Acrolinka (np. do modelu 7N-PC5500). Wróćmy jednak do bohatera niniejszej recenzji. W wyniku przeprowadzonych badań okazało się, że pierwszy typ przewodnika, czyli produkt Mitsubishi Materials Industries charakteryzuje się zdecydowanie mniejszą kierunkowością aniżeli OCC. Oczywiście całość poddawana jest procesom kriogenizacji i demagnetyzacji w ramach procesu Alpha Super. Jeśli zaś chodzi o samą geometrię i o to, co w naszej różowej landrynce siedzi to tak jak już wspominałem w roli przewodników użyto miedzi Alpha-OCC i DUCC o czystości 7N.  Każda żyła składa się z koncentrycznie ułożonych wiązek przewodów i tak patrząc od środka mamy 79 drucików OCC o średnicy 0.18 mm każdy skręconych w prawo, kolejną warstwę stanowi wiązka 37 żył  o przekroju 0.18 mm z DUCC skręconych w lewo a zewnętrzna to kolejne 42 druciki, również o średnicy 0.18 mm z miedzi DUCC skręcone w prawo. Tym oto sposobem mamy trzy żyły o średnicy  2.75 mm (11AWG / 4.02 mm kwadratowego) w izolacji  FEP (Fluoropolymer), na które z kolei nasunięto warstwę P.E. Tak przygotowane przewody są następnie ze sobą skręcane i przedzielane  bawełnianymi dystansami a następnie owijane warstwą tkaniny na którą nasuwany jest czarny peszel  PVC wzbogacony nano cząsteczkami porcelany i karbonu. W roli ekranu wykorzystano zarówno miedzianą folię, jak i klasyczną miedzianą plecionkę OFC, na którą z kolei powędrowała warstwa papieru a ta z kolei stała się podkładem do zewnętrznej powłoki PVC w kolorze Rose Red. W rezultacie otrzymano wściekle różowe kabliszcze o średnicy 17 mm.

O ile ze względu na kolor zewnętrznej otuliny 4-kę można byłoby uznać za produkt mocno niepoważny, to już skupiając się na brzmieniu taka klasyfikacja okazuje się nie tylko całkowicie bezpodstawna. W momencie wpięcia DPS-a w system i włączeniu muzyki w niebyt zapomnienia odsuwana jest jego szata wzornicza, gdyż już od pierwszych taktów słychać, że mamy do czynienia z przewodem tyle wybitnym, co bezkompromisowym i co równie istotnie wywołującym dość silną polaryzację doznań u swoich odbiorców. Są bowiem tacy, którzy pokochają go miłością bezgraniczną, lecz pewnie i nie zabraknie osób dostających na jego widok ataków szału i silnych reakcji alergicznych. O co chodzi? O właściwą implementację w torze a przede wszystkim o miejsce, w jakim go wepniemy i towarzystwo z jakim przyjdzie mu współpracować. Dziwne? Dla laików i jednostek uparcie negujących wpływ okablowania zarówno sygnałowego, jak i zasilającego na finalne brzmienie systemów może i tak, lecz dla tych którzy nie tylko usłyszeli i uwierzyli, lecz mają na koncie dziesiątki, jeśli nie setki kablowych i sprzętowych roszad to praktycznie chleb powszedni i oczywista oczywistość. W końcu obszar audio wcale tak bardzo nie różni się np. od świata kulinariów, gdzie  musztarda Dijon świetnie sprawdza się z wołowiną a nieco „gryzie się” z tortem bezowym, do którego zdecydowanie lepiej pasuje ajerkoniak niekoniecznie komponujący się z kolei z wołowiną. I tak samo jest z Furutechem, którego na początek najlepiej umieścić na samym końcu toru a następnie sukcesywnie przesuwać w kierunku źródła. Powód takiej metodologii leży w natywnej, atawistycznej naturze tytułowego przewodu, który oferuje tak niewyobrażalną rozdzielczość, że po prostu z reguły „przytyka” kolejne, znajdujące się za nim ogniwa. Z jednej strony trzeba zatem zadbać o odpowiednie zasilanie pozostałych komponentów a z drugiej o same urządzenia bezpośrednio z sygnałem audio pracujące, by ustrzec się umownego „przepełnienia bufora”. Można też pójść na przysłowiowe skróty i zgodnie z zasadą raz a dobrze … cały system okablować ww. przewodami.
Wróćmy jednak do wspomnianej bezkompromisowości i w tym momencie proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – DPS-4 nie dodaje, nie multiplikuje informacji, brzydko mówiąc nie majstruje też w sygnale a jedynie eliminuje wąskie gardła i pozwala podpiętym nim urządzeniom grać na maksimum swoich możliwości. Tu nie chodzi o efekciarską hiper-detaliczność i epatowanie wyciągniętymi z dalszych planów niuansami a o referencyjną wręcz rozdzielczość. Słyszymy bowiem więcej, lecz z zachowaniem reguł gradacji planów i przyporządkowanych im miejsc poszczególnych źródeł pozornych. Dodatkowo efekt ten uzyskujemy nie poprzez rozświetlenie sceny a poprzez … zwiększenie naszych zdolności percepcyjnych – wyostrzenie zmysłów. To, co do tej pory zdawało się być ukryte nie tylko w półcieniach, co wręcz w mroku jesteśmy w stanie z łatwością dostrzec i precyzyjnie zdefiniować z fakturą, oraz wszelkimi zawiłościami konstrukcyjnymi włącznie.
Co ciekawe efekt ten daje się zaobserwować nie tylko na materiale typowo akustycznym i zrealizowanym w iście ortodoksyjnie audiofilskich warunkach, jak dajmy na to „TARTINI secondo natura” tria w składzie Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, gdzie grają nie tylko muzycy, lecz i cisza pomiędzy frazami, co i na zdecydowanie bardziej syntetycznych pozycjach. Przykładowo dość świeża ścieżka dźwiękowa do filmu „John Wick: Chapter 2” może pozornie wydawać się dość niewdzięcznym i zarazem zbyt niskich lotów materiałem demonstracyjnym, lecz pojawienie się w torze DPS-4 sprawia, że cała powierzchowna sztuczność i plastikowość ustępuje miejsca trójwymiarowym, mrocznym instalacjom na których odzywają się wygenerowane syntetycznie dźwięki a od czasu do czasu niepokojąco potępieńczy wokal Nostalghii. Niesamowite wrażenie robi bas, który od snujących się tuż przy ziemi subsonicznych i pozbawionych realnych kształtów pomruków potrafi z tzw. nienacka zaatakować konturowym, twardym i monolitycznym ciosem a następnie rozpaść się na atomy i zdematerializować w cyfrowym szumie. Jeśli dodamy do tego typowo ambientową – bezkresną przestrzeń, to bardzo szybko okaże się, że staliśmy się zagorzałymi fanami gatunków muzycznych, które do tej pory traktowaliśmy z lekkim przymrużeniem oka, bądź jedynie jako dodatek do akurat oglądanych filmów.
Jeśli zaś chodzi o samą precyzję, kreowanie nastroju i wspominaną już grę ciszą, to pozwoliłem sobie sięgnąć po nieprzeciętnej urody album „Elegy” Æon Trio, podczas realizacji którego użyto okablowania … oczywiście Furutecha. Minimalistyczne formy, całkiem miła, nawet dla niewprawionego ucha, melodyka a przede wszystkim zaskakująca na tym poziomie holograficzna namacalność sprawiają, że trudno oderwać się od słuchania. Warto mieć jednak na uwadze fakt, że każdorazowe włączenie muzyki spowoduje automatyczne wyłączenie nas z codziennego harmonogramu standardowych obowiązków a planowana chwila może przeciągnąć się w bliżej nieograniczony ramami czasowymi maraton. Sporo frajdy daje przy okazji umiejętność nie tyko różnicowania, co naprawdę wiernego odwzorowywania akustyki i gabarytów pomieszczeń w jakich dokonywano poszczególnych nagrań.  Dzięki temu pogłos sali w Beauforthuis zarejestrowany na „Elegy”  daleki jest od ciasnych studyjnych pomieszczeń a jednocześnie zdecydowanie mniej „rozedrgany” od niemalże mistycznych wnętrz Opactwa Noirlac, gdzie nagrał będący naszą dyżurną referencją album „Monteverdi – A Trace of Grace” Michel Godard.

Furutech DPS-4 t przewód pod każdym względem wybitny, żeby nie powiedzieć wyczynowy. Nie dość, że uwalnia potencjał drzemiący w podłączonej do niego elektronice, to w bezpardonowy sposób potrafi wskazać elementy naszego toru, nad którymi warto byłoby popracować. Jednak zamiast piętnować ewentualne anomalie jasno daje do zrozumienia, gdzie warto go użyć a wraz z kolejnymi upgrade’ami uzupełniać o kolejne egzemplarze. Wydaje się też być świetnym uzupełnieniem do stojącego nieco wyżej w firmowej hierarchii NanoFluxa-NCF z którym w duecie może  stworzyć prawdziwy dream – team oferując zarówno ponadprzeciętną rozdzielczość, jak i wybitnie uzależniającą muzykalność.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Plato Lite
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Electrocompaniet ECG 1 + Lyra Delos
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Rozprawianie na temat okablowania przy uwzględnieniu wszelkich związanych z tym tematem za i przeciw z jednej strony naraża nas (opiniodawców) na najzacieklejszy internetowy hejt, z drugiej zaś, dla większości populacji audiofilów jest czymś, bez czego nie wyobrażają sobie wstępnego planowania synergicznego zestawienia generującego dźwięk systemu. I gdy większość recenzentów zakładając fakt pisania dla tych zainteresowanych, swój wstępniak opiera najczęściej o historię i osiągnięcia danego brandu, ja wiedząc, iż tytułowa marka jest swoistą ikoną wszelkiego rodzaju okablowania i akcesoriów związanych z szeroko pojętym tematem audio, na będący dzisiejszym bohaterem ubrany w peszel splot „drutów” spojrzę od całkowicie innej strony. O co chodzi? O nic nadzwyczajnego, tylko jego bardzo mocny kontrast kolorystyki zewnętrznej powłoki utrzymanej w tonacji nie dającego przejść do porządku dziennego wściekłego różu z będącymi konsekwencją jego zastosowania wartościami. Nie wierzycie? Zatem zapraszam do lektury tekstu, który już po zapoznaniu się z serią fotografii uzmysłowi Wam, iż w temacie wyglądu nie rzucam słów na wiatr. Powiem szczerze, gdy kilka lat temu twórca lwiej części mojego systemu (Pan Kazuo Kiuchi) wypuścił linię sieciówek mocno przypominających jadowitą, żółto-czarno-czerwoną żmiję, myślałem, iż bardziej ekstrawagancko się nie da. Z perspektywy czasu i dzisiaj opisywanego doświadczenia wiem, iż było to błędne założenie, gdyż tym razem, również z Japonii, zawitało w moje progi coś, co nawet mnie, bardzo otwartego na wszelkie szaleństwa wizualne przedstawiciela homo sapiens, swą nonszalancją barwową z łatwością strąciło z pantałyku. I tutaj dochodzimy do clou rozpoczynającego nasze spotkanie akapitu. Gdy wspomniany trójkolorowy Harmonix swoim ubarwieniem ma się nijak do tego, co wnosi do dźwięku (przy szaleństwie barwowym ogólnie mówiąc skupia się na uplastycznieniu i dociążeniu średnicy), obiekt dzisiejszej rozprawy wyraźnie udowadnia, iż leżące u podstaw jego powstania założenia soniczne (o tym w dalszej części tekstu) są pewnego rodzaju odzwierciedleniem wyglądu zewnętrznego. Ok., nie będę więcej kluczył. Mam przyjemność przedstawić znaną wszystkim czytelnikom japońską markę Furutech, która w ostatnim czasie wprowadziła do swojego portfolio wyprodukowany z pomocą Mitsubishi ukrywający się pod nazwą DPS-4 kabel zasilający. Ale to nie koniec związanego z ową nowością pakietu informacyjnego. Z uwagi na fakt iż DPS-4 jest produktem „ze szpuli”, dystrybutor marki – katowicki RCM, postanowił zaterminować go najnowszą linią wtyków z serii FI-50 NCF(R). Przyznacie, że zapowiada się ciekawie, zatem zapraszam do zapoznania się z niezbyt długim, ale jakże brzemiennym w pozytywne odczucia testem.

Akapit obrazujący, z czym mamy do czynienia, nie będzie zbyt długi. Raz, to jedynie kabel sieciowy i z reguły jest odporny (choć nie zawsze) na większą ekwilibrystykę wizualną, a dwa, już we wstępniaku zaznaczyłem, iż jest obłędnie różowy i nawet po dokładniejszym obejrzeniu nie znajdziemy na nim jakiejkolwiek ekstrawagancji w postaci eksponującej jego okazałość plecionki, tylko gładką, okraszoną stosownymi informacjami kto i dla kogo go wykonał połyskującą otulinę. Jednym słowem koszmar wizualny dla przykładających wielką wagę do spójności kolorystyki w przestrzeni za sprzętowej melomanów wzrokowców. Mało tego. Na dobicie pacjenta los w swej nieprzewidywalności zmusił sonicznie dystrybutora do zastosowania nijak mających się w temacie wizerunkowej kompozycji całości wtyków z połyskującego metalu i srebrzonego włókna. I wiecie co? Wydaje się, że to jest poza granicami możliwości jakiejkolwiek akceptacji. Jednak osobiście po kilku tygodniach używania tego kolorystycznego miszmaszu z pełną świadomością estetycznej kontrowersji produktu, bez problemu łykam to jak pelikan. I nie li tylko z racji jego pozytywnego wpływu dźwiękowego na posiadany zestaw, ale również wzbudzania w mojej świadomości  graniczącej z panicznym śmiechem wewnętrznej radości z posiadania takiego odmieńca w swojej samotni. Naprawdę, to działa. Spróbujcie sami, a przekonacie się, że coś w tym jest. Albo go znienawidzisz, albo pokochasz.

Dobrze, koniec żartów. Nie będę owijał w bawełnę, gdyż to jednak tylko kabel zasilający. Gdy wpinałem ów drut w mój system, byłem już po wstępnych odsłuchach w siedzibie dystrybutora, gdzie muszę przyznać, wypadł bardzo dobrze. Jednak wiedząc z doświadczenia iż wyjazdowe zderzenia z możliwościami jakiegokolwiek produktu często mają się nijak do tego, co udaje się uzyskać u siebie, nie miałem wielkiej napinki na sukces w moich okowach. Ot zaliczyłem zwykłe, a rzekłbym nawet, beznamiętne rozważania: zagra to dobrze, a jak nie, to drugie dobrze. Tymczasem tytułowy przewód zasilający sprawił mi bardzo dużą, pozytywną niespodziankę. Raz, że dodatkowo otworzył witalnie już dotychczas naładowany sporym pakietem informacji dźwięk, przez co otrzymałem zwiększenie rozdzielczości środka pasma i zaskakująco gładkie doświetlenie górnych rejestrów, a dwa, przy minimalnym wzroście udziału wyższego zakresu niskich rejestrów mocniej chwycił je za przysłowiowe gardło. Bawiłem się tym kablem dobrych kilkanaście dni, mimo przesłuchania sporej ilości krążków nadal ciężko mi jest określić pełny zakres jego ingerencji, gdyż wszystko robi w tak szlachetny, czytaj wyrafinowany sposób, że postawienie końcowej kropki nad „i” wymaga pełnego poznania, a na to potrzeba więcej czasu. Ale jedno jest pewne, dotąd celebrująca każdą nutę, użytkowana przeze mnie na co dzień japońsko-austriacka układanka po wpięciu DPS-4 pokazała nowe pokłady rozdzielczości i muzykalności przy sporym zwiększeniu ich świeżości. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, gdyż odbierzecie to jako recenzencki bełkot, ale zapewniam, tak ciekawe efekty zarezerwowane są tylko dla najlepszych. Jednak sęk w tym, że to co robi najnowszy kabel Furutecha zdarza się w przewodach za kilkadziesiąt tysięcy, a my rozmawiamy o drucie za niecałą ósemkę, a to już daje sporo do myślenia. Zamierzenie unikając opisów przy użyciu konkretnych płyt powiem tylko, że w przykładowej muzyce dawnej uzyskałem zwiększenie informacji o ataku strun instrumentów szarpanych, namacalności bytu wokalistów przy fantastycznie wyważonym wysyceniu każdego z wirtualnych źródeł pozornych. Dla mnie był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, gdyż od dawna trochę mozolnie starałem się  (unikam szybkich, często szkodzących w ogólnym rozrachunku ruchów) delikatnie otworzyć dla wielu moich znajomych i tak już fantastyczny dźwięk, a po tym teście wydaje mi się, że chyba doszedłem do założonej gdzieś w zakamarkach moich oczekiwań przysłowiowej ściany. Na chwilę obecną do końca nie wiem jeszcze, czy to jest apogeum moich oczekiwań, dlatego przed ostatecznym werdyktem w takiej konfiguracji muszę pożyć kilka tygodni. Jednak bez względu na przyszłe wybory cieszę się, że opisywany przedstawiciel działu zasilania nie powoduje groźnego na dłuższą metę „łał”, tylko fantastycznie, bo bardzo zrównoważenie realizuje moje oczekiwania, co dla wiedzących o czym piszę jest bardzo ważną wskazówką. Oczywistą sprawą jest fakt podobnego oddziaływania kabla na inne nurty muzyczne, gdyż opisany efekt identycznie wypadał tak w spokojnym, jak i szaleńczym free jazzie, nie zapominając również o gatunkach manifestujących bunt przeciwko światu ich potencjalnego wielbiciela. To jest identycznie wypadający we wszelkich zapisach nutowych schemat pozytywnego ożywienia dźwięku, dlatego jestem dziwnie spokojny o Wasze doświadczenia. Aby coś poszło nie tak, musielibyście mocno ocierać się o skraje równowagi tonalnej, czyli przesadną ociężałość lub analityczności, a to ewidentnie świadczyłoby o braku znajomości tematu synergicznego dobierania zestawu audio, o co w najmniejszym stopniu Was nie podejrzewam.

Tak jak zdążyłem wspomnieć, pierwszy kontakt był dla mnie sporym wyzwaniem dla wzrokowej akceptacji i jedynym ratunkiem dla DPS-4 ki był efekt dźwiękowy. Jednak przysłuchując się skutkom wpięcia japońskiego przewodu w mój tor owa potwierdzona ochotą do kreowania witalnego spektaklu muzycznego nonszalancja barwowa z łatwością odchodziła na całkowicie pomijalny margines decyzyjny, by po kilkudniowym użytkowaniu całkowicie stracić na znaczeniu i nastał czas delektowania się dźwiękiem. Gdzie polecałbym naszego bohatera? Szczerze? Wszędzie. Jest tylko jedno ale. Po nim nie może być gorszego jakościowo drutu, gdyż cała jego moc sprawcza spali na panewce. Dzisiejszy bohater powinien być ostatni przed urządzeniem lub mieć po sobie godnego współpartnera. Wiem, bo sam kilkukrotnie sprawdzałem. Zatem nie pozostaje Wam nic innego, jak najpierw przekonać się do koloru (zapewniam, że się da), a potem martwić się o swój portfel. Ale lojalnie ostrzegam, Furutech DPS-4 nie bierze jeńców. Ja poległem.

Jacek Pazio

Dystrybucja: RCM
Cena:  7950 PLN (2m)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

 

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. przewód zasilający

Transparent XL Power Cord
artykuł opublikowany / article published in Polish

Wiedząc jaką popularnością cieszą się recenzje przewodów zasilających specjalnie dla Was zaczynamy wygrzewać uroczą parkę amerykańskich Transparent XL Power Cord.

cdn…