Tag Archives: Roon


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Roon

Melco N1Z/2EX-H60

Link do zapowiedzi: Melco N1Z/2EX-H60

Opinia 1

Tak jak zgodnie z ludową mądrością apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak my, po spotkaniu z „budżetową biblioteką muzyczną” (zanim podniesie się krzyk od razu przypomnę, iż poruszamy się w segmencie High-End, więc granica owej „budżetowości” jest dość umowna) Melco N1A/2EX poczuliśmy wewnętrzny imperatyw dalszej eksploracji japońskiego portfolio. Nie chcąc jednak od razu siadać do deseru, czyli topowego modelu, po wielce smakowitej, „przystawce” na danie główne wyznaczyliśmy usytuowany w rodzinnej hierarchii oczko wyżej, ponad dwukrotnie droższy, model o nie mniej niemożliwym do zapamiętania oznaczeniu N1Z/2EX-H60. Stopniując sobie doznania obserwujemy tym samym powolny, acz sukcesywny wzrost rozpoznawalności tytułowej marki wśród rodzimych, zorientowanych plikowo konsumentów, którzy w dążeniu do upragnionej nirwany poszukują zaawansowanych rozwiązań z tzw. górnej półki. Jeśli zatem jesteście Państwo ciekawi co też zmieniło się w pomyśle na dźwięk ww. „biblioteki” w porównaniu do jej niższego stanem poprzednika nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was na kilka, czysto subiektywnych obserwacji i refleksji.

Uczciwie trzeba przyznać, że pomimo nad wyraz akceptowalnych gabarytów N1Z/2EX-H60 prezentuje się nad wyraz poważnie i elegancko. Masywna obudowa z satynowych, grubych aluminiowych płyt już na pierwszy rzut oka jasno daje do zrozumienia, że może i pieniądze nie grają, jednak dysponując odpowiednim budżetem śmiało można zapomnieć o irytujących na dłuższą metę kompromisach i oszczędnościach. Już N1A/2EX był zrobiony bardziej niż tylko OK., jednak przy tytułowym modelu konstruktorzy poszli o krok, bądź nawet dwa dalej, bowiem front ma grubość 7 mm (!!!) a pozostałe ściany i płyta górna 5 mm. W centrum ściany przedniej umieszczono niskoszumowy monochromatyczny wyświetlacz OLED, na lewej flance firmowy logotyp i mechaniczny włącznik główny z błękitną dioda wskazującą na status urządzenia. Z kolei na prawej połówce wygospodarowano miejsce na cztery przyciski zapewniające w pełni komfortową i intuicyjną nawigację tak po menu, jak i obsługę w trybie odtwarzacza. Prawy górny narożnik przypadł w udziale szyldowi informującemu o przynależności tytułowego modelu do nowej serii EX. W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż spotkałem się z opinią, iż w dzisiejszych – opartych na wszelakiej maści apkach, smartfonach, tabletach i GUI-ach, czasach manualna – mechaniczna obsługa jakichkolwiek urządzeń z poziomu ich frontu jest najdelikatniej rzecz ujmując anachronizmem. Cóż … można i tak, jednak pozwolę sobie mieć zgoła odmienne zdanie, gdyż akurat w tym przypadku Melco spokojnie obsłużymy nie tylko nie mając pod ręką żadnego z powyższych atrybutów przynależności do grona „smartfonowych zombie”, co nawet bez komputera, internetu i lokalnej sieci intranet. Ot tak, po prostu – jak to drzewiej bywało. Jeśli tylko zasilimy jego dwa 3 TB dyski ulubionymi albumami, to dosłownie kilkoma kliknięciami zapewnimy sobie muzyczne doznania w starym, dobrym stylu. Fanaberia? Bynajmniej, bowiem nawet kultywujący bezprzyciskową tradycję Lumin całkiem niedawno poszedł po rozum do głowy i nieśmiało, bo nieśmiało, jednak zaczął sondować rynek pod kątem wprowadzenia do swojej oferty … pilota zdalnego sterowania a konkurencyjny Auralic od samego początku ani myślał z przycisków rezygnować.
Idźmy jednak dalej, czyli na ścianę tylną, gdzie patrząc od lewej napotkamy cztery porty USB, z czego pierwszy dedykowany jest połączeniu z USB DAC-iem, kolejny (opisany jako USB 3.0) obsługuje zarówno pamięci masowe, jak i zewnętrzne napędy optyczne (m.in. Melco D100), trzeci (Expansion) umożliwia rozszerzenie wbudowanej pamięci o zewnętrzne dyski i pamięci masowe USB a czwarty przewidziano do backupu zawartości zaimplementowanych w trzewiach Melco dwóch 3TB dysków. Interfejsy sieciowe reprezentują dwa ethernetowe porty RJ45 – LAN do wpięcia w domową sieć i Player, jak sama nazwa wskazuje do podłączenia z zewnętrznym transportem plików w stylu ww. Ariesa, czy Lumina U1 Mini. Miłym dodatkiem jest ich dodatkowa funkcjonalność, czyli pełnienie roli tzw. „przelotki” z jednoczesnym „kondycjonowaniem” – uzdatnianiem przepuszczanych przez nie sygnałów. Wybiegając nieco przed szereg jedynie wspomnę, iż efekt może nie jest tak spektakularny jak przy użyciu Melco S100, bądź nawet Silent Angela, jednak ewidentnie słyszalny i zmierzający w dobrym kierunku – uplastycznienia i pozbawienia dźwięku podskórnej nerwowości.
No to jeszcze rzut gałką do trzewi, gdzie centralną komorę szczelnie wypełnia brązowy laminat płyty głównej za którym, za dodatkowym przepierzeniem umieszczono dwa 2,5” konwencjonalne 3TB dyski Toshiby (MQ03ABB300) o prędkości obrotowej 5400. Jest to czterotalerzowy model, którego premiera miała miejsce w styczniu a na sklepowe półki trafił w maju … 2015 r. (przypadł mu wtedy tytuł „najpojemniejszego 2,5” HDD na świecie), więc śmiało można uznać iż ewentualne choroby wieku dziecięcego ma już dawno za sobą. Niby chcąc zapewnić sobie całkowicie bezszelestną pracę miło byłoby po zdjęciu pokrywy zobaczyć w ich miejscu np. dwa SSD-ki WD 3,84TB U.2 PCIe NVMe Gold, jednak sugeruję zejść na ziemię i spojrzeć prawdzie w oczy – nikt przy zdrowych zmysłach nie przeznaczyłby 30% własnych nakładów li tylko na magazyn danych. Grunt, że ww. talerzówek zupełnie nie słychać a szaleńcom przykładającym ucho do obudowy, bądź osłuchujących ją z użyciem stetoskopu sugeruję zmianę hobby, bądź przyjmowanej codziennie kombinacji leków. Fabrycznie pracują one w trybie RAID0 udostępniając pełnię swojej łącznej 6TB przestrzeni, jednak dmuchając na zimne i zabezpieczając się przed utratą danych z poziomu menu można przestawić je w RAID1 redukując przestrzeń o połowę, lecz mając „w razie czego” kopię bezpieczeństwa w przypadku „padu” jednego z dysków. Zasilanie podzielono na dwa ulokowane wzdłuż ścian bocznych moduły – jeden dedykowany zasilaniu dysków a drugi pozostałej elektroniki. Co ciekawe, tak porty Ethernet, jak i „funkcyjne” USB zamontowano bezpośrednio na płycie, natomiast port dedykowany transmisji audio przesunięto do komory zasilacza a wewnętrzne połączenia zrealizowano za pomocą krótkiej łączówki (pole do popisu dla domorosłych tuningowców?).
Jak już zdążyłem nadmienić Melco daje się z powodzeniem obsługiwać „z palca”, lecz z oczywistych względów producent nie zapomniał o dedykowanej aplikacji dzięki której nie tylko podepniemy pod zgromadzone na zewnętrznych i wewnętrznych dyskach plikozbiory popularne serwisy streamingowe (Tidal, Qobuz), rozgłośnie radiowe (vTuner), i coś, bez czego podobno (osobiście śmiem wątpić, jednak zdaję sobie sprawę, iż w tym osądzie jestem osamotniony) już żyć się nie da, czyli Roona – jako Roon Endpoint. A co do życia, to owa apka, czyli MELCO Music HD działa wyłącznie na iPadach, więc warto uwzględnić ten fakt w planach zakupowych, o ile takowego „pilota” na stanie już nie posiadamy.
Jeśli zaś chodzi o funkcjonalność, to N1Z/2EX-H60 może pracować zarówno jako konwencjonalny NAS, transport plików z wewnętrznych i sieciowych dysków/streamer (w tym granie z „chmury”) dla zewnętrznego USB DACa, jak też i purystyczny – autonomiczny transport w trybie Direct (z odcięciem od sieci Ethernet w celu minimalizacji ewentualnych interferencji). Jak się okazało, przynajmniej u Jacka, odpowiednio „zatankowany” Melco świetnie sprawdził się właśnie w takim – pozbawionym dostępu z zewnątrz systemie idealnie wkomponowując się w mozolnie konfigurowany zestaw osobnika nader nieufnie podchodzącego do wszelakiej maści plikograjów.
Z kolei u mnie, gdzie z pełną świadomością staram się eliminować obecność mniej bądź bardziej dedykowanych audio komputerów, które jak nie szumią, to śmiecą w sieci, niebyt estetycznie się prezentują i mówiąc wprost kojarzą się z niemalże garażową dłubaniną z czasów studenckich, na rzecz właśnie rozwiązań sieciowych, czy to w postaci „cywilnych”, ogólnodostępnych NAS-ów w stylu QNAP, Synology, WD, etc., czy zastosowań audiofilom dedykowanym w stylu Lumina L1, Soundgenica HDL-RAS2T, bądź wspomnianego już wcześniej Melco N1A/2EX. Nie dość bowiem że traktuję je jako li tylko magazyny, czy jak to Melco nazywa „cyfrowe biblioteki muzyczne”, to nie tyle z przekory, co na podstawie empirycznych doświadczeń grzecznie, acz stanowczo dziękuję za pośrednictwo tak w obsłudze, jak i w odtwarzaniu interesującego mnie kontentu już nawet nie tyle aplikacjom, co platformom w stylu wspomnianego Roona. Niemniej jednak staram się zrozumieć tę część populacji, która pozbawiona możliwości coniedzielnego dłubactwa przy samochodzie pod blokiem próbuje ów atawistyczny pociąg przenieść na niwę audio, jednak mi osobiście szkoda na to czasu i zdecydowanie większą satysfakcję daje mi obcowanie z produktami nazwijmy je umownie „komercyjnymi” a więc przynajmniej z założenia skończonymi i charakteryzującymi się spełnianiem jeśli nie wszystkich, to przynajmniej większości zachcianek nawet najbardziej marudnej klienteli. Co przekłada się między innymi na gotowość do użycia już po kilku minutach od wniesienia takowego ustrojstwa do domu.

I taki właśnie jest Melco N1Z/2EX-H60 – wyciągnięty z kartonu i wpięty w moją domową sieć od razu karnie się zameldował jako kolejny serwer UPnP pracujący pod kontrolą Twonky Media Server (przestawienie na MinimServer to zaledwie kilka kliknięć w menu i wszystko robi się samo – z pobraniem i instalacją włącznie). Zapełnianie wewnętrznych dysków również przebiegło całkowicie bezproblemowo i to zarówno po USB (Melco zasysa z nich wszystko jak leci, więc jeśli nie będziemy o tym pamiętali, to po imporcie warto pokasować zbędne „niemuzyczne” katalogi), jak i po „skrętce”.
No to gramy, jednak gramy na dwa sposoby, oczywiście nie jednocześnie, jednak traktując Melco zarówno jako „audiofilską” odmianę NAS-a – czerpiąc z jego zasobów za pośrednictwem Lumina U1 Mini via znajdujący się po drodze switch Silent Angela, jak i w pełni funkcjonalny transport cyfrowych dóbr wszelakich podpięty bezpośrednio pod wejście USB w moim dyżurnym Ayonie CD-35. W tym momencie pozwolę sobie na kolejną dygresję, bądź nawet uwagę natury oczywistej, dla wszystkich tych, którzy jednak coś już w życiu z plików usłyszeli a zarazem przyjacielską radę dla dopiero wkraczających w świat streamingu akolitów wysokiej klasy brzmienia. Otóż tak samo jak przy jakichkolwiek innych, czy to cyfrowych, czy analogowych połączeniach jakość i sygnatura brzmieniowa okablowania determinuje efekt końcowy, tak samo do tematu należy podejść w przypadku urządzeń typu tytułowe Melco. Niby zagra spięty nawet najpodlejszą skrętką, bądź po kablu od przysłowiowej drukarki, lecz jeszcze raz i do znudzenia będę powtarzał – sam fakt zadziałania w High-Endzie nie oznacz sukcesu i końca drogi, lecz jest li tylko punktem wyjścia do dalszych, zazwyczaj mozolnych, poszukiwań optymalnej synergii wewnątrz kreowanego przez nas muzycznego ekosystemu. Dlatego też jeśli ktoś uważa, iż to tylko „zera i jedynki” to nie dość, że wychodzi na zwykłego ignoranta, to w dodatku sam sobie robi kuku automatycznie podcinając skrzydła i skazując się na co najwyżej ślizganie po powierzchni potencjału drzemiącego w posiadanych przez siebie komponentach. I nie piszę tego ze złośliwości, czy przekory a jedynie na skutek własnousznych obserwacji, co zresztą znalazło potwierdzenie podczas niniejszego testu.
Okazało się bowiem, iż eksploatowane przeze mnie na co dzień (domyślnie z powodzeniem i spełnieniem pokładanych w nich nadziei oraz oczekiwań) przewody USB, czyli Fidata HFU2 i Vermöuth Audio Reference USB, oraz Ethernet – Audiomica Laboratory Anort Consequence po kilku dniach prób i iście alpejskich kombinacji okazały się zbyt gęste i wysycone, przez co z Melco dawały nad wyraz miły i dojrzały obraz dźwiękowy, jednak gdzieś po drodze zacieraniu i osłabianiu ulegały niewielkie niuanse, otaczający muzyków „plankton” składający się z lśniących w świetle reflektorów drobinek kurzu i mikrodynamika. Do relaksu po całym dniu walki z materią taki sposób prezentacji wydawał się wręcz wymarzony i o ile tyko komuś zależy na pewnym zagęszczeniu, homogenizacji efektu finalnego to gorąco i szczerze takie połączenie mu rekomenduję. Osobiście jednak preferuję nieco lepszy wgląd w strukturę nagrania a z racji nader często eksplorowanych dość ekstremalnych odmian metalu również i złagodzenie dynamiki niespecjalnie wpisuje się w moje gusta. Dlatego też mając na podorędziu nieco bardziej „otwarty” i wręcz nawet nieco zadziorny zestaw okablowania czym prędzej przystąpiłem do małych roszad. I tak, z czekającym na swoje przysłowiowe pięć minut na naszych łamach WestminsterLab USB Standard osiągnąłem fenomenalną otwartość, rozdzielczość i liniowość prezentacji, jednak przysłowiową wisienką na torcie (nie mylić z truskawką lansowaną przez jednego z rodzimych, emerytowanych kopaczy) okazał się niezbyt wygodny w aplikacji, wykonany ze srebrnych drutów zalanych jakimś tajemnym mazidłem włoski, już bodajże nieprodukowany Goldenote (obecnie Gold Note) Firenze Silver. Ot, delikatne zaakcentowanie konturów, muśnięcie srebrem góry i z rozmysłem przeprowadzone „zebranie” dołu poskutkowało moją pełną akceptacją dla osiągniętych rezultatów.
Na otwierającym album „Hunt” Amaroka utworze „Anonymous” przestrzeni i powietrza było tyle, że spokojnie z jego pomocą można byłoby leczyć ciężkie przypadki klaustrofobii a szczekający w dalszym planie pies odszedł jeszcze dalej niż zazwyczaj. Jeśli dodamy do tego fenomenalną rozdzielczość przeszkadzajek i namacalność ciepłego głosu Michała Wojtasa, to śmiało można uznać, iż bez trudu będziemy sobie wytłumaczyć inwestycję blisko 26 kPLN w tytułową „cyfrową bibliotekę muzyczną”. Z drugiej strony warto nadmienić, iż w porównaniu do podstawowego N1A/2EX starsze rodzeństwo gra dźwiękiem nie tylko dojrzalszym, co przede wszystkim gęstszym i nieco ciemniejszym, przy czym wymaga bardziej uważnego, przemyślanego doboru okablowania, gdyż bez tego możemy po prostu nie tyle nawet nie wykorzystać, co wręcz nie mieć świadomości drzemiącego w nim potencjału. Do tego jednak potrzebny jest czas, spokój, wrodzona dociekliwość i poniekąd doświadczenie, a nie hurtowe przesłuchiwanie Melco gdzieś tam w biegu, niejako przy okazji i pomiędzy innymi urządzeniami przez dwa-trzy dni. Warto bowiem pamiętać, że Hi-Fi a High-End w szczególności to nie wyścigi a świadomy odsłuch to nie randka w ciemno i niezobowiązujące igraszki na jedną noc. Chcesz poznać dane urządzenie – poświęć mu tydzień, dwa, bądź nawet więcej. Pobądź z nim, wręcz doprowadź do stanu znudzenia i dopiero wtedy będziesz wiedział jak się z nim dogadać. A z N1A/2EX dogadać można się zdecydowanie szybciej niż N1Z/2EX-H60. Tylko tyle i aż tyle.
Podobnie sprawy się miały z połączeniem ethernetowym – z użyciem zewnętrznego transportu. O ile topowy Anort Audiomici dawał niezwykły rozmach i iście hollywoodzką spektakularność, to z Melco taka masa i ogrom doznań na dłuższą metę okazały się nieco zbyt męczące, przytłaczające. Tak jak zapierające dech w piersiach efekty specjalne są składową obowiązkową wszelkich filmów akcji, to film złożony wyłącznie z nich już euforii wśród widzów pewnie by nie wzbudził. Dlatego też pozwoliłem sobie nieco przykręcić kurek z adrenaliną i sięgnąłem po nieco bardziej wyważony w prezentacji swych walorów Artoc Ultra Reference. Dzięki temu zarówno eteryczno – oniryczny „Healing Is A Miracle” Julianny Barwick, jak i idealny na wieczór z lampką wina, bądź szklaneczką wysokooktanowego szkockiego destylatu z ukochanym blond „Termoforkiem”, znaczy się Strażniczką domowego ogniska, u boku album „Hotel Souza” Karen Souzy pozwoliły na niczym niezmąconą ucztę muzyczną, w której gładkość i soczystość dźwięku szły w parze z obezwładniającą wręcz muzykalnością i niepozostawiającą zbyt wiele wyobraźni rozdzielczością. Cały myk polegał bowiem na tym, że słuchacz na dzień dobry dostawał niezwykle koherentną i spójną całość. W pełni zdefiniowany, pozornie zamknięty w „bańce” sceny byt. Byt atrakcyjny i cieszący zmysły, jednak kluczem do sukcesu jest właśnie owe pozorne zamknięcie, które jest tylko … pozorne – dla niezainteresowanych tematem. A my zainteresowani jesteśmy, więc gdy tylko owe pozory rozwiejemy (całkiem niezła metafora odpowiedniego doboru okablowania) przekroczymy tym samym umowny Rubikon i powrotu do tego, co wcześniej już nie będzie. Bogactwo smaków, niuansów i całkowicie swobodny, naturalny wgląd w nawet najdalsze plany stanie się faktem. Nie wierzycie Państwo? Cóż, najwidoczniej jeszcze nie wiecie jakie perełki aranżacyjne kryje pozornie „snująca” się za wokalistką orkiestracja w „I Heard It Through the Grapevine”, czy wyrafinowana i minimalistyczna gra perkusisty Stonesów na „Charlie Watts Meets The Danish Radio Big Band”. Każdy dźwięk ma swoje ściśle określony czas i miejsce, jednak nie sposób uznać tego porządku za chłodną, matematyczną kalkulację, lecz raczej za efekt swoistego flow , nici wzajemnego rozumienia się bez słów łączącego biorących udział w projekcie muzyków. Królują bowiem niewymuszoność i radość z grania dla samego grania – dzielenia się własną pasją ze słuchaczami a nie bolesne, sztuczne silenie się na wyimaginowany artyzm.
Zaraz, zaraz my tu sobie gadu gadu a do tej pory ani słowa nie było o jakiś zwyczajowych u mnie porykiwaniach. Najwyższy czas zatem owe niedopatrzenie naprawić. Jednak wyrafinowanie i szlachetność brzmienia Melcko okazało się na tyle deprymujące, iż zamiast iście zwierzęcych porykiwań jakiś wydzierganych młodzieńców uprawiających „symfoniczny, postapokaliptyczny, kruszący renifery, obrażający Chrystusa, ekstremalny wojenno pogański fennoskandyjski metal” sięgnąłem po całkiem skoczny „Fortress” Alter Bridge. Niech Was tylko nie zmyli otwierające album akustyczne, „latynoskie” gitarowe solo na „Cry of Achilles”, gdyż już po chwili przez nasz pokój odsłuchowy powinna przetoczyć się istna lawina ciężkich riffów i potężne uderzenia perkusji. I tak będzie, a przynajmniej powinno być, do końca – arogancja miesza się tu z bezczelną pewnością siebie i świadomością trafności obranej drogi, gdzie rockowa jazda bez trzymanki nie daje chwili wytchnienia a wysoki, mocny głos Mylesa Kennedy’ego kąsa z równą zajadłością, co przestery, z których Mark Tremoti tka palące żywym ogniem riffy. Ktoś wspominał o jakimś złagodzeniu i osłabieniu ataku? Cóż, najwidoczniej nie odrobił pracy domowej i w roli przewodu zasilającego użył zwykłej komputerówki, a trzeba wiedzieć, że Melco takich aktów dywersji nie tylko nie lubi, co reaguje na nie mocno alergicznie popadając w ciężką anemię. Ze swojej strony jedynie podpowiem, że N1Z/2EX-H60 lubi się m.in. z Furutechami i to nawet tymi niezbyt drogimi, choć lepiej nie oszczędzać zbytnio na konfekcji i jeśli jest taka możliwość wybierać wtyki rodowane a nie złocone.
Niejako na koniec pozwolę sobie rozwiać jeszcze jedną, „wisząca w powietrzu” wątpliwość. Otóż pomimo roztaczania swojego niezaprzeczalnego uroku N1Z/2EX-H60 bynajmniej nie jest audiofilskim odpowiednikiem dobrotliwej seniorki rodu – miłej zawsze i wszędzie. O nie, różnicowanie jakości nagrań w jego wydaniu jest po prostu czymś całkowicie oczywistym. Może nie pastwi się nad każdym potknięciem, bądź zastosowaną w studiu drogą na skróty, ale potrafi kulturalnie acz stanowczo wskazać owe kiksy, oraz co zdecydowanie bardziej istotne docenić odpowiednio dopracowaną realizację. Patrząc z perspektywy czasu śmiem twierdzić, że japoński plikograj wprost ubóstwia nagrania sygnowane przez Norwegów z 2L. Czy to mroczna i podniosła „Tomba sonora” , czy skrzący się alikwotami „Tartini Secondo Natura” potrafiły wprawić w zakłopotanie nawet pozycje sygnowane przez Linna, Reference Recordings czy MoFi. Podobną synergię zauważyłem z klasyką wydawaną przez Tacet, gdzie ponadprzeciętna rozdzielczość wcale nie oznacza bezdusznej analityczności a słychać nawet rodzaj kalafonii, jaką muzycy pociągnęli smyczki.

Z premedytacją nie napiszę w tym miejscu, że Melco N1Z/2EX-H60 to cyfrowa biblioteka muzyczna dla wszystkich, gdyż nią nie jest. Po pierwsze z racji w pełni adekwatnej do reprezentowanej klasy brzmienia i wykonania ceny a po drugie właśnie owego brzmienia. Tak jak trudno przekonać miłośnika słodkich win deserowych i rozcieńczonych Colą niezobowiązujących blendów do lampki wytrawnego, intensywnie tanicznego urugwajskiego Tannata, czy degustacji szklaneczki dymno-jodynowego Laphroaiga, tak i organicznie dojrzała sygnatura Melco nie przypadnie do gustu akolitom analityczności i laboratoryjnego chłodu. Jeśli jednak wiecie Państwo czego w muzyce i tym samym w brzmieniu Waszych systemów szukacie a pomysł na dźwięk, który starałem się „pokrótce” w niniejszej epistole scharakteryzować niesie ze sobą choć cień nadziei na wpasowanie się w ową misterną układankę, to dajcie mu szansę dłużej niż przez kwadrans, bądź dwa pograć a może się okazać, że to będzie koniec Waszych poszukiwań.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Z japońską marką Melco już kilka miesięcy temu miałem niewątpliwą przyjemność się zapoznać. Jej wynik w kwestii sonicznej z łatwością można przypomnieć sobie przy użyciu wyszukiwarki  na naszym portalu. Pokrótce przybliżając tamten test, był przyjemnie spędzony przy dobrze osadzonej w barwie i przy tym swobodnie wybrzmiewającej muzyce, czas. Jednak to, co w przypadku ww. konstrukcji było bardzo istotne, z mojego, dość niezobowiązującego punktu widzenia, to fakt, iż jakość oferowanej muzyki była jedną z dwóch ważnych składowych sukcesu tamtej konstrukcji. Co mam na myśli? To właśnie zdradzę w poniższym tekście, w którym spróbuję przybliżyć Wam kolejną, stojącą oczko wyżej w cenniku odsłonę pochodzącego z kraju kwitnącej wiśni serwera plików z możliwością streamowania muzyki Melco N1Z/2EX-H60, o którego występ na naszych łamach zadbał stacjonujący w Czechach, ale za to bardzo prężnie działający na naszym rynku dystrybutor 4HIGHEND s.r.o.

Podobnie jak poprzednik tytułowy serwer plików jest stosunkowo płaskim, teraz jedynie nieco węższym, bo osiągającym szerokość dawnej wieży MIDI prostopadłościanem. Obudowę skrywającą szczelnie wypełniające ją układy elektryczne – dla zainteresowanych wspomnę jedynie o aplikacji dwóch dysków HDD o pojemności 3TB każdy – wykonano z wykończonego w satynie aluminium. Front unikając przeładowania wizualnego – choć w moim odczuciu dodatkowe wejście USB na awersie u poprzednika również niczego nie zaburzało, a pozwalało na natychmiastowe wykorzystanie danych z przenośnego pendrive’u – patrząc od lewej oferuje użytkownikowi okrągły włącznik, tuż obok mieniącą się jasnym błękitem diodę sygnalizującą pracę urządzenia, w centrum czytelny, również kreujący błękitne pakiety informacji, wielofunkcyjny wyświetlacz i na prawej flance znakomicie sprawdzające się podczas szybkiego uruchamiania urządzenia bez odpalania rodem z NASA komputerowych aplikacji, cztery okrągłe guziki manualnej obsługi. Wykończone w czerni plecy H-60-ki spełniając kilka funkcji serwują nam solidną dawkę terminali przyłączeniowych. Pierwszy to wykorzystywane podczas pracy tej konstrukcji jako źródło, złącze oznaczone jako USB DAC. Oprócz niego mamy do dyspozycji 3 kolejne, naturalnie zwiększające funkcjonalność konstrukcji tego typu wejścia oznaczone jako USB 3.0, EXPANSION, BACKUP, dwa gniazda LAN, typowy dla japońskich urządzeń zacisk uziemienia i gniazdo zasilania IEC. Tak prezentujący się, nie oszukujmy się, świetnie wyglądający komponent posadowiono na czterech miękko wyściełanych stopach.

Jak to zwykle bywa, testowy przeskok o poziom wyżej w cenniku jakiegokolwiek producenta ustawia kolejne starcie w sytuacji bezwarunkowego, choćby zdawkowego, ale jednak, odniesienia się do poprzednika. Dlatego też chcąc nie chcąc pójdę tym tropem również dzisiaj, czyli spróbuję pokazać dzisiejszy model na tle przecierającego szlaki na naszych łamach modelu MELCO N1A/2EX. Jak pamiętacie, już wówczas okazało się, iż granie z plików da się ogarnąć na bardzo ciekawym, przynajmniej dla mnie, poziomie jakości. I nie chodzi mi w tym momencie o zawartość basu w basie, ilości środka pasma w danej prezentacji, czy zjawiskowość wysokich rejestrów. Na chwilę obecną największym problemem tego typu konstrukcji w odniesieniu do moich oczekiwań jest wyczuwalny brak swobody wybrzmiewania muzyki. Owszem, teoretycznie wszystko bywa na miejscu. Przekaz emanuje fajnym body, mocnym niskim rejestrem i naturalnie wspierającymi całość niezłymi wysokimi tonami. Jednak to wszystko cierpi z powodu braku oddechu, co przekłada się na jego lekkie zawoalowanie, często odbierane jako pożądana plastyka, a czasem nawet sznyt analogowości. Tymczasem jest to ewidentny brak rozdzielczości. Oczywiście mówię o subiektywnym, bardzo ogólnym, ale również bardzo wnikliwym postrzeganiu odbioru podobnych urządzeń, gdyż każde ma nieco inne oblicze. Dlatego pierwszym aspektem jaki weryfikuję w starciu z tego typu konstrukcjami jest sprawdzenie, jak radzi sobie we wspomnianej przed momentem materii. I tu dochodzimy do najważniejszego punktu tego testu, bowiem na tle zaskakująco dobrze radzącego sobie z witalnością prezentacji poprzednika, dzisiaj oceniany model N1Z/2EX-H60 przy znacznie gładszym i soczystszym, a przez to jeszcze bardziej namacalnym dźwięku w domenie jego swobody podczas testu konsekwentnie podążał drogą NA1-ki.
Przywołując muzykę z pierwszego zderzenia z tą marką, od lat młodości uwielbiana przeze mnie grupa AC/DC nic a nic nie tracąc na świeżości w tym podejściu pokazała znacznie większy pazur bardzo ważnej dla jej postrzegania przez fanów wokalistyki i ciekawszy poziom energii naturalnie nieodzownych dla tej formacji gitar. I zapewniam, muzyka nie straciła przy tym na ataku i wyrazistości, gdyż wspomniana metamorfoza nasycająca i energetyzująca dźwięk nie dotknęła wyrazistości górnych rejestrów. Owszem, na tle dawnego odsłuchu poczułem lekkie ugładzenie międzykolumnowej projekcji, ale to było efektem zmniejszenia zniekształceń w stosunku do poprzednika, a nie utraty rozdzielczości. W podobnym tonie wypadała praktycznie każda po raz kolejny słuchana płyta. Czy to naszpikowana wyrazistymi przesunięciami fazowymi płyta „Amused To Death” Rogera Watersa, wszelkiego rodzaju twórczość wokalna Cassandry Wilson, Diany Krall i im podobnych, za każdym razem słychać było niesiony przez wyższy model pakiet dobrze osadzonych w barwie, ale nieograniczających transparentności brzmienia systemu, aspektów podnoszących jakość odbioru tego samego repertuaru. Jednak będąc do końca szczerym nie mogę przemilczeć faktu, iż zanim osiągnąłem opisany poziom wyrafinowania, nie obyło się bez zwyczajowej żonglerki kablami sygnałowymi USB. Miałem do wyboru praktycznie 4 sztuki. Włoskiego ogiera ze stajni Goldenote Firenze Silver, Japończyka Fidata HFU2, przedstawiciela Hong Kongu Westmisterlab i Indonezyjskiego Vermöuth Audio Reference USB. Oczywiście każdy z nich stawiał na nieco inne aspekty. Jednak muszę stwierdzić, iż Włoch i przybysz z Hong Kongu szły pawie łeb w łeb. W wyniku prób i błędów do idealnej synergii na cały proces testowy z tej dwójki zatrudniłem Europejczyka, gdyż oprócz odpowiedniej ilości powietrza na wirtualnej scenie świetnie dopieszczał bardzo ważne dla mnie niuanse typu ostrość krawędzi dźwięku i jego wyrazistość prezentacji, ale co istotne, bez efektu nadpobudliwości. To pokazuje, że nawet na polu kabli cyfrowych jest sporo pracy domowej do odrobienia, gdyż dosłownie najdrobniejszy szczegół może zniweczyć włożony przez konstruktorów w dany produkt intelektualny wysiłek. Mnie biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia udało się zdać ten egzamin wzorowo. A zapewniam, to nie jest takie oczywiste lub w wielu przypadkach nawet nie do osiągnięcia, czego dowodem jest cała masa nie tylko osobistych, ale również zasłyszanych na wystawach i u znajomych porażek z urządzeniami wypadającymi jako terminujące oddech w generowanej muzyki. Na szczęście Japończycy z Melco wiedzą, o co w projekcji bliskiej naturze muzyki chodzi i tytułowym modelem ku mojemu i pewnie nie tylko mojemu zadowoleniu, po odpowiednim dobraniu galanterii kablowej z powodzeniem wdrożyli to w życie.

Jestem rad, że wyższy model z portfolio marki Melco N1Z/2EX-H60 nie okazał się być zwyczajowym odcinaniem kuponów, tylko zaoferował z łatwością wyczuwalny progres jakości generowanego dźwięku. Progres, dlatego, gdyż poszedł w dobrą, bo na tle poprzednika lekko doprawiającą muzykę szczyptą nasycenia i gładkości, stronę. Naturalnie nie obyło się bez dopieszczenia systemu odpowiednim okablowaniem. Jednak najważniejsze, że do testu zestaw był optymalnie skonfigurowany. Czy to jest produkt dla każdego? A jakże. I mówię to ja, na chwilę obecną człowiek lekko stroniący od tego typu zabawek audio. Powód? Idąc za sygnałami z poprzednich akapitów są dwa. I to bardzo istotne. Pierwszym jest świetne, bo zostawiające w tyle sporą grupę konkurentów brzmienie. Natomiast drugim wręcz dziecinna łatwość natychmiastowej obsługi dosłownie palcem. Bez specjalnego procesu na wzór odpalania statku kosmicznego, czyli uruchamiania komputerów, specjalnych aplikacji, serwerów, i wielu innych atrybutów zaawansowanego pliko-maniaka. Po prostu włączasz serwer jednym guzikiem i jak dziecko z przysłowiowego palca, dosłownie w kilka sekund odpalasz ukochaną muzę. Czego chcieć więcej od przyjaznego użytkownikowi źródła plikowego?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: 4HIGHEND s.r.o.
Cena: 25 900 PLN

Dane techniczne
Obsługa plików (w trybie serwer): DSF, DFF, FLAC, WAV, ALAC, AIFF, AAC, MP3, WMA, OGG, LPCM
Obsługa plików (w trybie odtwarzacz): DSF, DFF, FLAC, WAV, ALAC, AIFF, AAC
Częstotliwość próbkowania (serwer): 44.1K, 48K, 88.2K, 96K, 176K, 192K, 384K, 2.8M, 5.6M, 11.3M
Częstotliwość próbkowania (odtwarzacz): 44.1K, 48K, 88.2K, 96K, 176K, 192K, 384K, 2.8M, 5.6M, 11.3M
Bit Rate: 16-32 bit (PCM), 1bit (DSD)
Media Server: Twonky Media Server, MinimServer
Porty: LAN (1000BASE-T), Player (1000BASE-T), Backup (USB 3.0), Expansion (USB 3.0, Rear Panel), USB 3.0, USB-DAC (USB 2.0)
Zasilanie: 30 W x 2 (oddzielne dla dysków i układów logicznych)
Wbudowane dyski twarde: 2 x 3TB
Wymiary (S x W x G): 350 x 65 x 370 mm
Waga: 8.1 kg