Tag Archives: S-2


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. S-2

Struss S-2

Opinia 1

Im dłużej interesuję się i wygląda na to, że coraz bardziej integruję z branżą audio, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w szeroko rozumianych kręgach Hi-Fi i High- End nie tyko wszyscy się ze sobą znają, lecz stanowią mniej bądź bardziej dosłownie jedną wielką rodzinę. Co prawda stopień wzajemnych relacji znacznie odbiega od tego, co znamy np. ze sceny rockowej, ale spokojnie można byłoby spędzić kilka długich zimowych wieczorów śledząc losy poszczególnych bohaterów. Mamy bowiem do czynienia, nie tylko z wielopokoleniowymi firmami w stylu VPI, czy Wilson Audio, lecz również z bytami równoległymi jak VTL i Manley Labs, czy też Vitus Audio i Alluxity. Nie inaczej jest też na naszym rodzimym podwórku, wystarczy bowiem wspomnieć o znanej od lat marce Struss Audio prowadzonej przez prawdziwego weterana – pana Zdzisława Hrynkiewicza-Strussa, jak i dopiero pracującej na swoje konto i swoją renomę firmie Struss pana Jacka Hrynkiewicza-Strussa – syna ww. pana Zdzisława. Pozwolą Państwo, że faktu zbieżności nazw, z dość oczywistych względów, komentować nie będę, jednak niejako na wstępie jedynie nadmienię, iż powiązania rodzinne spokojnie możemy zostawić na boku, gdyż zdecydowanie istotniejszym, przynajmniej z naszego punktu widzenia, jest oferowany przez owe byty asortyment. I tak, mająca już swoje przysłowiowe pięć minut na naszych łamach Struss Audio zajmuje się wyłącznie zagadnieniami wzmocnienia, co nader namacalnie udowodniła integra DM 250, natomiast Struss skupia się okablowaniu audio i kolumnach. W dodatku, operując na zdecydowanie bardziej przystępnych pułapach cenowych, swoje portfolio podporządkowuje dewizie „najlepszy produkt za rozsądne pieniądze”. Proszę się jednak niepotrzebnie nie stresować, gdyż bynajmniej nie postanowiliśmy brać pod lupę otwierających ofertę łączówek z pułapu 200 – 250 PLN, lecz dzięki uprzejmości producenta mogliśmy przyjrzeć się i przysłuchać jego topowemu przewodowi głośnikowemu o symbolu S-2.

Pomimo rangi flagowca S-2 dostarczany jest w dość skromnym, standardowym kartonowym pudełku a przynajmniej naszą, testową parę przed przeciwnościami losu i trudami podróży dodatkowo chroniły torebki strunowe. Skromne i praktyczne, a zarazem dość jasno dające do zrozumienia posunięcie, że już i tak ograniczony budżet nie jest trwoniony na niemające żadnego wpływu na brzmienie bibeloty. Gwoli przypomnienia z podobnego założenia wyszła Melodika pakując swojego topowego głośnikowca Brown Sugar w foliową „kopertę” podobną do tych, w jakich można nabyć drób z rusztu. No dobrze, żarty na bok.
S-2 ma formę dość wiotkiej taśmy ukrytej wewnątrz eleganckiego, czarnego równie płaskiego warkocza zakończonego plastikowymi puszkami prostopadłościennych splitterów, z których wychodzą żyły dodatnie i ujemne. Na ww. puszkach umieszczono nie tylko logotyp producenta, lecz również trudne do przeoczenia strzałki sygnalizujące kierunkowość przewodu. Całość zaterminowano dość minimalistycznymi, złoconymi wtykami BFA zabezpieczonymi czarnymi i czerwonymi termokurczkami.
Uchylając nieco rąbka tajemnicy i zaglądając pod zewnętrzny peszel odkryjemy, iż owa taśma składa się tak naprawdę z dwunastu, biegnących naprzemiennie dla bieguna dodatniego i ujemnego, przewodów z wysokogatunkowej miedzi OFC o przekroju 0,75 mm² każdy. Zgodnie z materiałami firmowymi S-2 charakteryzują się zarówno niską rezystancją, jak i indukcyjnością, lecz nie znając ich wartości musimy uwierzyć na słowo.

A skoro już o wierze mowa, to grając w otwarte karty – deklarację o klasie „Top High-End!” pozwolę sobie włożyć pomiędzy bajki z mchu i paproci, bądź uznać za przedwczesny żart primaaprilisowy. I bynajmniej nie piszę tego z (podobno wrodzonej) złośliwości, a jedynie starając się zawczasu przekłuć pompowany balonik marketingowego samozachwytu. Powód? Dość oczywisty, bowiem jeśli miałbym zaliczyć S-2 do owego topu, to zasadnym byłoby porównanie go do Siltechów Triple Crown, Skograndów Beethoven, czy też in-akustików Reference LS-4004 AIR Pure Silver, a proszę, tym razem mi uwierzyć na sowo, że ani Państwu, ani tym bardziej producentowi, o takiej epickiej, utrzymanej w konwencji gore „masakrze piłą mechaniczną” niezbyt miło by się czytało. Dlatego też proponuję nieco spuścić z tonu, zejść na ziemię i uznać, de facto zgodnie z rzeczywistością, iż poruszać będziemy się na pułapie zdroworozsądkowego Hi-Fi, gdzie ceny poszczególnych komponentów niezbyt często zapuszczają się w rejony powyżej 3-5 kPLN.
Mając zatem już nieco urealnione oczekiwania śmiało mogę stwierdzić, że Struss S-2 gra z niewymuszoną swobodą i pozornie zaskakującą liniowością. Czemu pozornie? Otóż podczas testów kilkukrotnie z panem Jackiem rozmawiałem i praktycznie za każdym razem w naszych dywagacjach przewijał się temat „grania” kabli, którego to grania podwarszawski producent starał się unikać. Bowiem na podstawie wieloletnich obserwacji doszedł do wniosku, iż przewodów niczego nie zabierających jest na rynku całkiem sporo, za to tych dorzucających od siebie do sygnału źródłowego już zastraszająca większość. Dlatego też za punkt honoru postawił sobie skonstruować „druty” pozbawione obu ww. przypadłości. I stąd właśnie owe pozorne zaskoczenie, gdyż właśnie w początkowych sektorach Hi-Fi wytwórcy dwoją się i troją, by ich przewody właśnie „grały” wyróżniając się tym samym na tle konkurencji. Oczywiście w tym szaleństwie jest całkiem nieźle sprawdzająca się w praktyce metoda leczenia Dżumy Cholerą, czyli niwelowania jednych wad drugimi. A Strus tego nie robi. On nie maskuje, nie naprawia, ale też nie piętnuje i nie wywleka na światło dzienne schowanych po kątach brudów. Ot, przesyła sygnał ze wzmocnienia do kolumn i tyle. Poprzestając na tym, teoretycznie moglibyśmy uznać, że mamy do czynienia z prawdziwie high-endową transparentnością. Moglibyśmy, gdyby nie fakt, iż poza podobnie wycenionymi sparring-partnerami istnieje prawdziwy bezlik przewodów robiących to nie tyle inaczej, co po prostu lepiej. Ale po kolei.
Oczywiście liniowość jest jak najbardziej pożądana i stanowi świetny punkt wyjścia, będąc swoistym synonimem uniwersalności, a więc zwiększając szanse na wpasowanie się w praktycznie każdy system. Dzięki temu wpinając S-2 w nasz tor nie musimy obawiać się jakiejś drastycznej zmiany jego charakteru, chyba że do tej pory graliśmy na jakiś mocno podkolorowującym i modelującym brzmienie okablowaniu. Bas nie zacznie dudnić a góra ciąć na oślep niczym pijany samuraj, co początkowo może powodować jedynie wzruszenie ramion na taką „nijakość”, jednak powrót do bardziej odciskających swą sygnaturę konkurentów bardzo szybko da nam odpowiedź, gdzie tak naprawdę leży prawda. Co ciekawe, brak podkolorowań wcale nudy nie oznacza, gdyż należy pochwalić S-2ki za dobry timing i równie satysfakcjonujące różnicowanie dźwięków w całym reprodukowanym paśmie. W dodatku do głosu dochodzi sugestywna wierność materiałowi źródłowemu, przez co na przykładzie „The Very Best of the Doors” The Doors bez trudu można zrozumieć, czemu wszelakiej maści składanki cierpią na brak ewidentny realizacyjnej spójności. A że kończyny bezwiednie zaczynają podrygiwać w rytm klubowych beatów, to już zupełnie inna bajka.
Na nieco mniej przetworzonym materiale akustycznym, czyli naszym dyżurnym „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda ogniskowanie źródeł pozornych nie pozostawia niedosytu a i klimat samego nagrania w sakralnych wnętrzach został zachowany w niezbyt naruszonej formie. Jedyne o czym czuję się w obowiązku wspomnieć, to pewna redukcja głębokości samej sceny i ograniczenie aury pogłosowej, przez co „wirtualna” kubatura sali w Opactwie Noirlac przybrała nieco bardziej „kameralną” postać. Proszę się jednak zbytnio nad powyższym faktem nie roztkliwiać, gdyż wynikł on z bezpośredniego porównania z moim dyżurnym Vermöuthem Reference, który operuje na „nieco wyższych” pułapach cenowych.
Tytułowe przewody również dość oszczędnie operują saturacją i uatrakcyjniającym przekaz wypchnięciem średnicy, przez co początkowo mogą wydawać się dość zdystansowane. Jednak im dłużej będziemy z ich pomocą słuchać ulubionych i znanych niemalże na pamięć płyt, tym bardziej utwierdzać się będziemy w przekonaniu, że właśnie w tej zachowawczości tkwi może nie cały, jednak z pewnością znaczna część jego uroku. Chodzi bowiem o to, iż S-2 wszystkich traktuje dokładnie tak samo – nikogo nie faworyzuje i nikogo nie deprecjonuje, przez co z łatwością będziemy w stanie śledzić nie tylko zachodzące na przestrzeni dziesięcioleci zmiany w sile i barwie głosu Franka Sinatry („Ultimate Sinatra: The Centennial Collection”), lecz równeż sukcesywne rozgrzewanie się strun głosowych Sharon den Adel podczas koncertowego nagrania „An Acoustic Night At The Theatre” Within Temptation.

Najwyższa pora na podsumowanie, w ramach którego jeszcze raz podkreślę, że pomimo dość zagadkowych prób pozycjonowania przewodów głośnikowych Struss S-2 jako „Top High-End” lepiej kierować się zdrowym rozsądkiem i własnym słuchem, aniżeli marketingiem rodem z rodzimych serwisów aukcyjnych. Jeśli bowiem zignorujemy owe, trudne do zrozumienia, aspiracje okaże się, że S-2 to świetne rozwiązanie dla wszystkich szukających zdroworozsądkowo wycenionych i rzetelnie, bez zbytniego upiększania – vide neutralnie, grających przewodów głośnikowych klasy Hi-Fi.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Pewnie zdążyliście zauważyć, iż dzisiejszy test jest kolejnym z co jakiś czas wykonywanych ukłonów w stosunku do rodzimych producentów z segmentu audio. Co to oznacza? Nic nadzwyczajnego. Otóż patrząc na cenę opiniowanego produktu teoretycznie nie z racji naszego snobizmu, tylko z założenia poświęcania z trudem wygospodarowanego wolnego czasu – przypominam, iż to jest nasza dodatkowe zajęcie – ofercie raczej z tak zwanego segmentu premium, przez co tytułowy kabel głośnikowy nie miałby szans na pojawienie się na naszych łamach. Dlatego też w przypadku bohatera dzisiejszej rozprawki głównym graczem nie była cena, tylko proweniencja i naturalnie zapowiadająca ciekawy wynik soniczny rozmowa telefoniczna ze wspomnianym producentem. O kim mowa? Może zabrzmi to nieco dziwnie, ale w tym podejściu testowym zmierzymy się z kojarzącym się z dostarczycielem testowanego niedawno na naszych łamach wzmacniacza Struss Audio DM 250, jednak bez dodatku „Audio” w nazwie marki, czyli stacjonującą w Warszawie, młodszą pokoleniowo, produkującą okablowanie i zespoły głośnikowe manufakturą Struss, która biorąc na swe barki logistykę produktu dostarczyła do zaopiniowania flagowy kabel głośnikowy S-2.

Jak sugeruje cena prezentowanej konstrukcji, mamy do czynienia z tak zwanym segmentem budżetowym. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, iż w przypadku modelu S-2 nie możemy pokusić się o próby testowe ze znacznie wyższym segmentem elektroniki, gdyż nie jest to domowym sumptem zakonfekcjonowany i ubrany w ładne wdzianko, zakupiony w Castoramie kabel z tak zwanego metra, tylko pełnia realizacji autorskich założeń projektowych konstruktora. Tak po krótce idąc za informacjami ze strony internetowej w przypadku rzeczonego okablowania mamy do czynienia z walką o odpowiednie korelowanie ze sobą trzech parametrów: indukcyjności, rezystancji i pojemności. W czym swój znaczny udział ma zastosowana jako przewodnik czysta miedź, naprzemienne ułożenie biegunowe dwóch żył w formie złożonej z dwunastu drucików taśmy i wysokiej jakości izolacja poszczególnych przebiegów żył. A dokładniej? Niestety, to jest być, albo nie być każdego producenta, dlatego też w przypadku zainteresowania bardziej szczegółowymi informacjami zalecam kontakt z właścicielem opisywanego przybytku audio. Zakładam, iż skończy się to jedynie ciekawą pogadanką, jednak jeśli ktoś żywi chęć nabycia tego lub innego modelu okablowania marki Struss, taka przeprowadzona z pomysłodawcą użytkowanego przez siebie produktu rozmowa zawsze będzie miłym akcentem. Wieńcząc akapit znaną mi dawką technikaliów, dodam jedynie, iż kabel jest kierunkowy, co sugeruje strzałka usytuowana na każdej, dzielącej pełen przebieg kabla na dwa bieguny (plus, minus) tuż przy terminalach kolumn i wzmacniacza, prostokątnej skuwce. Zaś dla celów estetycznych i pokusiłbym się o tezę, że również sonicznych zewnętrzny oplot wykonano z opalizującej materiałowej plecionki.

Jak wypadł tytułowy bohater? Przyznam, że zaskakująco ciekawie. Mianowicie chodzi o fakt bardzo równego potraktowania całego pasma akustycznego. Żadnego chadzania samopas poszczególnych podzakresów, tylko realizacja założonego w fazie projektowej dobrego nasycenia dźwięku. Co to oznaczało w zderzeniu z muzyką? Począwszy od dołu otrzymałem mocną podstawę basową, w środku fajne nasycenie, a na górze dopełniające całość prezentacji nieprzesadnie naświetlające przekaz wysokie tony. Wszystko skrojone na miarę i dobrze przemyślane, bowiem nie zaburzało realiów kreowania satysfakcjonującej w szerz i głąb wirtualnej sceny. Naturalnie postawienie na solidny punkt ciężkości muzyki i trzymanie na wodzy, czyli umiejętne dozowane najwyższych rejestrów sprawiło, że rozgrywające się w moim pokoju wydarzenia sceniczne odbywały się prze nieco przygaszonym świetle. Jednak uspokajam, ów zabieg równego prowadzenia pasma w całym zakresie był wartością nadrzędną, a sam sznyt sugerował jedynie celowanie konstruktora w nieco jaśniej, aniżeli mój punkt odniesienia, grające zestawy. A przecież nie od dzisiaj wiadomo, że gro układanek z tak zwanego segmentu Hi-Fi często gra albo na pograniczu nerwowości, albo nawet krzykliwości. Przesadzam? Niestety nie. Zapewniam, jestem daleki od obrażania kogokolwiek, jednak z doświadczenia wiem, iż taka, czyli nastawiona na ilość informacji bez oglądania się na ograniczanie zniekształceń elektronika obecnie jest przez producentów bardzo hołubiona. A to w przypadku niezbyt szczęśliwego dopasowania poszczególnych komponentów nierzadko okazuje się być prostą drogą do nadpobudliwości systemu, zamiast zbliżania się do prawdy odtwarzanej muzyki.
I wówczas przychodzi z pomocą kabel Struss S-2 charakteryzujący się nasyceniem i fajną barwą. Nawet u mnie ewidentnie było to czuć. Owszem, muzyka dostała dodatkowej szczypty wypełnienia, co naturalną koleją rzeczy pogrubiło kreskę rysującą obraz źródeł pozornych i jak wspomniałem wprowadziło efekt lekkiego ograniczenia naświetlenia słuchanego przedstawienia, jednak biorąc pod uwagę zależność jakość/cena, był to dobry kompromis. Kompromis z którym podczas testu o dziwo wiele pozycji płytowych nawet u mnie nie miało jakiegoś dramatycznego problemu, gdyż bezczelnie czerpało z niego co najlepsze. Oczywiście w głównej mierze mam na myśli muzykę wokalną, ale bez najmniejszych problemów zaliczyłbym do tego zbioru nawet słabo zrealizowany rock. Powód? Po prostu przedstawiany dzisiaj kabel ograniczał smaganie moich uszu zniekształceniami w wątpliwej jakości realizacjach, co jawiło się jako bezwiednie oczekiwany, pokazujący piękno muzyki, ukulturalniający balsam. Tak tak, takiej muzy wbrew pozorom jest sporo. A co z resztą? Powiem tak. Jedynym, no może dwoma nurtami, które z racji pracy kabla nad wypełnieniem i mocną kontrolą wybrzmiewania górnego zakresu, w moim zestawieniu czuły ewidentne ograniczenia, były elektronika i nagrywane w wielkich kubaturach kościelnych pieśni sakralne. Jak to możliwe w przypadku mojego wspominania dobrych występów wokalnych? W pierwszym przypadku sztuczne twory bardzo często z założenia mają prawie ranić uszy słuchacza, do czego S-2 z premedytacją nie dopuszczał. Zaś w drugim, za sprawą ukulturalniania dźwięku przez kabel – walka o spójność przekazu, lekko zacierały się bardzo istotne dla podobnych realizacji artefakty typu mające swój udział w odbiorze muzyki echo goszczących artystów kościołów. Ale zaznaczam, rozmawiamy o produkcie przeznaczonym do innego segmentu cenowego i znacznie jaśniej grającego, co pozwala sądzić, że albo u siebie w ogóle nic nie zauważycie, a jeśli nawet coś z zasłyszanych przeze mnie aspektów usłyszycie, będzie to objaw na granicy percepcji. Powód? Słowo klucz, to rozdzielczość. Jednak wyjaśniam, rozdzielczość nie ma nic wspólnego z rozjaśnieniem, z czym akurat Struss Loudspeaker Cable S-2 aplikując dawkę wypełnienia znakomicie sobie poradzą.

Jak wynika z powyższego testu, wpinając flagowe kable kolumnowe marki Struss musimy liczyć się z ich sznytem grania. To w większości przypadków powinno być co najmniej ciekawym doświadczeniem, jednak należy pamiętać, iż stawiają na tchnięcie w system szczypty spokoju. Zatem, czy są jakieś przeciwwskazania? Jak zawsze. Są nawet na poziomie cenowej stratosfery, zatem dlaczego miało by ich nie być na tym pułapie. Jakie? W tym przypadku uważałbym na ożenek S-2 ze zbyt ociężałymi zestawami. Mój również nie jest anorektyczną soniczną baletnicą, jednak poradził sobie w starciu, gdyż jest rozdzielczy. Niestety tańsze mogą tego nie udźwignąć. Jednak w takim przypadku nie będzie to wina naszego bohatera, tylko słabej wiedzy posiadacza docelowej konfiguracji. Zatem reasumując, jeśli Wasze przez lata dobierane układanki odznaczają się nie tylko zbytnią lekkością, ale nawet oscylują na poziomie odbieranej jako idealna neutralności, po aplikacji flagowego kabla głośnikowego S-2, mogą nabrać zaskakująco fajnego barwowo, być może od lat oczekiwanego w duchu feelingu. Zaintrygowani? Jedno jest pewne, w przypadku próby na własnym podwórku nic nie tracicie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: Struss
Cena: 2 500 PLN / 2 x 3m