Opinia 1
Od niepamiętnych czasów ludzkość trapiły nie tylko wojny, plagi i inne boże dopusty, lecz również czysto egzystencjalne pytania w stylu sławnego „być, albo nie być”, co było pierwsze jajko czy kura, pomidorowa z ryżem, czy makaronem, bądź chociażby z naszego, audiofilskiego podwórka czy wybrać lampę, czy tranzystor. O ile jednak większość z powyższych dylematów nadal pozostaje bez odpowiedzi, to jeśli chodzi o rozterki złotouchych, to śmiem twierdzić, że bohater dzisiejszego spotkania ma spore szanse stać się ich nader skutecznym i zarazem ostatecznym rozwiązaniem. Mówiąc bowiem wprost na pytanie lampa czy tranzystor nasz tytułowy kombajn, czyli topowy odtwarzacz/przetwornik cyfrowo-analogowy McIntosh MCD12000 udziela odpowiedzi … „Tak”. No, ale jak? A tak, jak dajmy na to w większości dobrych lodziarni, gdzie zamawiając jedną porcję, znaczy się kulkę można dostać dwa dowolne smaki. Czyli mówiąc wprost dostarczony dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu amerykański flagowiec oferuje zarówno lampowe, jak i tranzystorowe wyjścia i tylko od naszego widzimisię zależeć będzie z których w danym momencie będziemy korzystali. Brzmi nie tyle intrygująco, co jak spełnienie marzeń cierpiących na rozdwojenie jaźni niezdecydowanych co do własnych upodobań audiofilów? Jeśli tak, to serdecznie zapraszam na ciąg dalszy.
O aparycji McIntoshy można napisać zarówno sążniste epopeje, jak i po prostu stwierdzić, że tak naprawdę od 1949 r. niewiele się zmieniło, więc wystarczy tylko w naszym audio-światku nazwę marki i wszyscy doskonale wiedzą czego się spodziewać. Jednak uczciwie trzeba przyznać, iż zarówno w przypadku niedawno u nas goszczącej superintegry MA 12000, jak i tytułowego źródła Amerykanie postanowili pojechać po przysłowiowej bandzie i dać swym nabywcom dosłownie wszystko, czego dusza zapragnie i co sprawia, że nie sposób pomylić McIntosh-a z jakąkolwiek inną firmą. Mamy zatem potężną bryłę z imponującą szklaną taflą frontu uzbrojonego w masywne aluminiowe uchwyty. Do tego jej, znaczy się tafli, górną część zajmują trzy łapiące za oko okna – centralne z „wystawką” podświetlonych podczas startu na pomarańczowo a w trakcie pracy na zielono lamp oraz parę bocznych z charakterystyczną niebieską iluminacją i obowiązkowymi „wycieraczkami” informującymi o poziomie sygnału wyjściowego. Schodząc poziom niżej napotkamy obowiązkowy, podświetlony na zielono firmowy logotyp a pod nim wąską szufladę napędu, na której wysokości po lewej ulokowano pokrętło odpowiedzialne za … zarządzanie iluminacją a po prawej bliźniacze – selektor wejść. Najniższe piętro zajmują centralny, zaskakująco skromny wyświetlacz oraz dwa zestawy po cztery przyciski funkcyjno / nawigacyjne. I tu od razu uwaga natury użytkowej. Otóż będący wszechstronnie utalentowanym multi-formatowcem MCD12000 zdolnym poradzić sobie nie tylko z klasycznymi płytami CD, lecz również CD-R/RW, SACD i DVD-R za każdym razem, gdy dostawał do otworzenia hybrydowy krążek startował od warstwy CD, więc lojalnie uprzedzam, że aby dostać się do „gęstego” trzeba manualnie przełączać go na warstwę SACD. Przełączenie to łatwo zauważyć, gdyż na ekranie pojawiają się m.in. informacje dot. tytułów utworów, które na warstwie CD są zazwyczaj niedostępne.
Płytę górną zdobi imponujący diagram przebiegu sygnału i gęsta perforacja w części tylnej. Z racji dostępnej powierzchni plecy prezentują się wybornie. Obie flanki górnej, czernionej części okupują zdublowane – oferujące „tranzystorowy” i „lampowy” sygnał wyjścia RCA i XLR a pomiędzy nimi wygospodarowano miejsce na sekcję serwisową (wejście USB i interfejsy komunikacyjne i triggera) oraz cyfrową z parą wejść optycznych, parą koaksjalnych, AES/EBU, USB i magistralą MCT do podłączenia firmowego transportu. Z kolei polerowany, srebrny dolny pas to już królestwo wyjść cyfrowych (optyczne i koaksjalne), oraz trójbolcowego gniazda zasilającego (wymiana bezpiecznika wymaga rozkręcenia urządzenia).
Ewidentnym przykładem dziwnej jak na słynący z dbania o najmniejsze detale High-End niefrasobliwości a zarazem przerostu formy nad treścią jest niestety pilot zdalnego sterowania, który nie dość, że jakością wykonania plastikowego korpusu przywodzi na myśl ergonomiczne koszmarki dołączane do hipermarketowych mini wież / budżetowych telewizorów, to jeszcze bezlik zupełnie zbędnych przycisków (np. do sterowania … projektorem) najdelikatniej rzecz ujmując nie ułatwia obsługi. Z resztą w podobny koszmarek wyposażona była topowa integra MA 12000, więc swoją drogą nie ma się czego czepiać, choć … dziwi fakt, iż nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, by do akcesoryjnej, opcjonalnej oferty nie dodać jakiegoś adekwatnego posturze, designowi i jakości wykonania topowych modeli równie atrakcyjnego pilota, bądź wzorem np. Meridiana swoistego centrum zarządzania firmowym ekosystemem z czernionego szkła i satynowego aluminium, z wiadomym logotypem a może i błękitnym ekranem.
Wracając do meritum i zapuszczając żurawia do trzewi MCD12000 natrafimy na dość szczelnie wypełniającą całkiem pokaźną kubaturę obudowy wielopiętrową kombinację płytek drukowanych oraz nie mniej imponującą liczbę najróżniejszych połączeń taśmowo-kablowych. Ów pozorny galimatias jasno daje do zrozumienia, iż McIntosh postawił na topologię modułową, co z jednej strony ułatwia i przyspiesza działania serwisowe a z drugiej reprezentuje niejako „otwartą” na ewentualne przyszłe upgrade’y architekturę. Wystarczy bowiem w sytuacji, gdy sama aktualizacja oprogramowania nie da szans na dalszy rozwój wypiąć starą płytkę i zastąpić ją nową. W sekcji cyfrowej zdolnej obsłużyć, chyba wszelkie formaty srebrnych krążków (no dobrze, poza Laser Discami) i PCM/DXD 32 bity/384 kHz oraz DSD512 pracują dwie – po jednej na kanał, kości ESS Sabre ES9038PRO. Z kolei w zasilaniu znajdziemy solidny, acz nieprzesadzony, klasyczny transformator z rdzeniem R i odrębnymi odczepami dla sekcji cyfrowej i analogowej. I właśnie ona, znaczy się sekcja analogowa zwraca uwagę, gdyż jej stopień wyjściowy został zdublowany, bowiem użytkownicy otrzymują do wyboru nie tylko wyjścia w formacie RCA i XLR, lecz również możliwość skorzystania z sygnału tranzystorowego, jak i lampowego. W drugim przypadku sygnał przechodzi przez zestaw dwóch 12AT7 i dwóch 12AX7A (po jednej na kanał).
Teoretycznie, podobnie jak w akapicie poświęconym aparycji, przechodząc do części dotyczącej brzmienia mógłbym ograniczyć się do sugestii, że MCD12000 gra jak typowy McIntosh, bądź, że gra tak, jak wygląda i śmiem twierdzić, że znaczna część obeznanych w temacie czytelników doskonale wiedziałaby o co chodzi. Ba, śmiem twierdzić, że w swych przypuszczeniach i wyobrażeniach mogliby być zaskakująco blisko, jeśli nie całej, to przynajmniej … połowy prawdy. Warto bowiem pamiętać, że tym razem mamy do czynienia nie tylko z uniwersalnym odtwarzaczem/DAC-iem, gdyż niezależnie od tego, czy gramy ze źródeł zewnętrznych, czy pokładowego transportu brzmieniowa koherencja jest zachowana, co lampowymi i tranzystorowymi stopniami wyjściowymi, a te, choć wykazują w pełni zrozumiały, poniekąd firmowy, zestaw cech wspólnych również w wyraźny sposób się od siebie różnią. Zamiast jednak ortodoksyjnie rozgraniczać oba sposoby / technologie amplifikacji a tym samym niejako dublować wierszówkę w ramach dzisiejszego spotkania postaram się raczej skupić się na niuansach je wyróżniających w kontekście konkretnych przykładów muzycznych, gdyż dysponując dwiema parami takich samych łączówek z powodzeniem można było przełączać się „w locie” pomiędzy lampowymi i tranzystorowymi wyjściami (wybierając stosowne wejście w preampie/integrze) a tym samych dokonywać możliwie miarodajnych porównań nie podnosząc czterech liter z kanapy.
Pierwsze takty „Memory” Palomy Dineli Chesky z „tranów” i … niby czuć McIntoshową „ciepłą” sygnaturę, ale nie jako dominantę, lecz raczej smakową nutę, szczyptę aromatycznej curry sprawiającej, że całość smakuje intensywniej, bardziej wyraziście a nie jest po prostu jednowymiarowo słona czy ostra. Do tego dźwięk dobiegający z głośników jest obszerny i nieskrępowany w swym wolumenie. Z premedytacją nie użyłem określenia „duży”, gdyż mogłoby to sugerować powiększanie źródeł pozornych, a MCD12000 zachowując pełną zgodność z naturą tego nie robi. Paloma pozostaje zatem drobną posturą, acz dysponującą potężnym głosem wokalistką a nie sięgającą głową chmur Statuą Wolności. Na scenie panuje wzorowy porządek a dynamika jest po prostu wyborna, szczególnie, że jej ponadprzeciętne walory docenić można już od mikroskali, by płynnie przejść do doznań w skali makro, jakie są w stanie zapewnić wielkie składy symfoniczne w stylu „Holst: The Planets” w wykonaniu Berliner Philharmoniker pod batutą Herberta von Karajana. Natychmiastowość tutti jest błyskawiczna a jednocześnie nawet przy największych spiętrzeniach dźwięków zachowana jest wzorcowa rozdzielczość prezentacji wraz z niezwykłą stabilnością gradacji planów trzymającą w karbach aparat wykonawczy.
Skoro przy opisie sygnatury wyjść tranzystorowych posłużyłem się metaforą z curry, to idąc tym tropem lampowe porównałbym do dodatku mleczka kokosowego dyskretnie zagęszczającego konsystencję i nadającego jej wyrafinowanej słodyczy oraz rozkosznej jedwabistości. Nie oznacza to bynajmniej, iż korzystając z dobrodziejstw zalotnie roztaczających kryptonitową poświatę podwójnych triod skazani jesteśmy na lepką i na dłuższą metę mdlącą słodycz, gdyż jest to jedynie nieco inne spojrzenie – z innej perspektywy na dokładnie te same fakty, tę samą potrawę. Robi się po prostu nieco gęściej na przełomie wyższego basu i niższej średnicy, góra nawet nie tyle łagodnieje, co zaakcentowany zostaje w niej pierwiastek „magiczności” a całość finalnie zyskuje na atrakcyjności. I o ile na przed chwilą wylistowanej symfonice wspomniana magiczność jedynie intensyfikuje wyrafinowanie i maestrię „wykonu” (jakże siermiężnie brzmi to słowo), o tyle np. na zauważalnie brutalniejszym wsadzie muzycznym, jak chociażby „Parasomnia” Dream Theater, bądź „Ascension” Paradise Lost owa kokosowa mleczność ewidentnie robi robotę tonizując zazwyczaj szorstkie i poszarpane górne skraje pasma. W rezultacie ciężkie odmiany metalu brzmią jeszcze ciężej, intensywniej i z większym wygarem, co poniekąd potwierdza fakt, że lampy i ostre gitarowe łojenie lubią się z wzajemnością. Oczywiście, jeśli ktoś jest fanem klinicznego industrialu w stylu „Aggression Continuum” Fear Factory to owe ucywilizowanie może nie przypaść mu do gustu i czym prędzej wróci do tranzystorowej pikantności, jednak tutaj nie ma musu, lecz jedynie wybór a to na tle oferującej bilet li tylko w jedną stronę konkurencji robi kolosalną różnicę.
Nie zdziwiłbym się, gdyby za decyzją o zakupie McIntosha MCD12000 wcale nie stało jego „wszystkomanie”, rozbudowana sekcja przetwornika i czytający praktycznie wszystkie rodzaje srebrnych krążków napęd, bądź nawet możliwość żonglerki pomiędzy tranzystorowymi i lampowymi wyjściami, lecz jedyny w swoim rodzaju design. Jeśli jednak choć na chwilę zapomnimy o jego aparycji i skupimy się na brzmieniu, a dokładnie jego jakości, to pomijając ww., będące pochodną wykorzystanych lamp bądź tranzystorów, niuanse uczciwie trzeba przyznać, że tytułowy odtwarzacz oferuje niezwykle angażujący sposób prezentacji reprodukowanej przez siebie muzyki. Gra z rozmachem, swobodą i typowo amerykańską spontanicznością, która nie pozwala na chłodną obojętność. Dlatego podobnie jak w przypadku jego aparycji można go jedynie kochać bądź nienawidzić. I nie wiem jak Państwo, ale ja wpisuję się na pierwszą z wymienionych list.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Znana wszystkim maksyma „kto stoi w miejscu, tak naprawdę się cofa” nie pozostawia złudzeń, że nawet w przypadku chwilowego przekonania o dobrnięciu do przysłowiowej mety ze swoją ofertą, nawet nie to, że nie można, ale wręcz nie wolno spocząć na laurach i zacząć odcinać kupony. To prędzej, czy później się zemści prześcignięciem przez konkurencję i finalnie plajtą, dlatego cały czas trzeba próbować rozwijać z pozoru skończone projekty. Z drugiej strony maksyma „lepsze jest wrogiem dobrego” nieco studzi niezbędny do działań zapał, ale nie oszukujmy się, świat i oczekiwania żyjących w nim osobników homo sapiens idą do przodu i w kwestii kreatywności nie wolno spuścić z tonu. Takim też tropem podąża będący zarzewiem dzisiejszego spotkania brand zza wielkiej wody. Naturalnie mowa o nierozerwalnie kojarzonym z High End-em, pochodzącym ze Stanów Zjednoczonych McIntosh-u. Co tym razem zmajstrował? Otóż miło jest mi oznajmić, iż dzięki uprzejmości warszawskiego Hi-Fi Club-u w nasze progi trafiło uzupełnienie niedawno testowanej superintegry MA-12000, czyli zadający kłam plotkom o śmierci odczytu muzyki ze srebrnego krążka odtwarzacz SACD/CD McIntosh MCD-12000.
Jak wygląda popularny Mac wiedzą wszyscy. Jego projekt wizualny od samego początku jest czymś na zasadzie „kochaj albo rzuć”, gdyż gołym okiem widać, iż w kwestii aplikacji zabiegów estetycznych jest na bogato. Zawsze mamy do czynienia z połączeniem wielu kolorów od czerni, przez srebro, błękit, zieleń, pomarańcz, po brąz. Mówiąc o mariażu czerni ze srebrem, mam na myśli zazwyczaj metalowe składowe głównej obudowy. Przywołując kolejną korelację czerni tym razem z błękitem, odcieniem pomarańczy oraz zielenią mówię o szklanym, ozdobionym wskaźnikami wychyłowymi, okienkiem ze szklanymi bańkami i wielozadaniowym wyświetlaczem froncie. Zaś spokojny odcień brązu znajdziemy w wykończeniu górnego panelu pokrywającego urządzenie. A to tylko główne atrakcje, gdyż wspomniany awers aby sprostać zadaniom obsługi rozbudowanego funkcyjnie źródła bez pilota zdalnego sterowania, wyposażono w serię oznaczonych zielonymi opisami przycisków oraz współpracującymi z nimi dwoma czarno-srebrnymi gałkami regulacyjnymi, w celach utrwalenia w naszej głowie z czym mamy do czynienia, ozdobiono podświetlanym logo marki z symbolem urządzenia oraz w ramach ułatwienia logistyki nielekkiego Amerykanina uzbrojono w wielkie pionowe srebrne rączki. Jak pisałem, u Mac-a sporo się dzieje. Jednak na tyle przyswajalnie dla zmysłu wzroku, że aby nie dać się tym oczarować, trzeba być naprawdę wizualnym purystą. Sam uważam się za umiarkowanego i bez najmniejszego problemu taki wygląd kupuję. Mając za sobą przywołanie ogólnego wyglądu czas na kilka zdań o jego możliwościach współpracy z zastanym środowiskiem sprzętowym, czyli przybliżenie wyposażenia tylnego panelu. Jak widać na zdjęciach, nasz bohater ma się czym pochwalić. A ma dlatego, że nie tylko potrafi oddać sygnał analogowy z protokołu SACD i CD, ale również wysłać na zewnątrz jego wersję cyfrową, a także przyjąć sygnał zerojedynkowy przetwornik D/A. A i to nie wszytko, gdyż w trosce o zapewnienie pełnego zadowolenia potencjalnego klienta MCD-12000 sygnał analogowy potrafi oddać w dwóch rodzajach. Jeden przez tranzystorowe, a drugi lampowe wyjście, co jak wiadomo daje bardzo duże pole do finalnego strojenia naszych systemów bez kombinowania z okablowaniem. Chcemy bardziej wyraziście, wykorzystujemy wyjścia oparte o krzem, pragniemy nieco bajkowo, wykorzystujemy lampy. Proste, ale jakże przydatne i ułatwiające życie w naszej zabawie. Jak powyższa wyliczanka jest zrealizowana? Oczywiście mamy do dyspozycji wejścia cyfrowe w standardach USB, AES/EBU, COAXIAL, OPTICAL, wyjścia cyfrowe SPDIF oraz OPTICAL, dedykowane dla wyjść tranzystorowych i lampowych wyjścia analogowe XLR i RCA. Naturalnie na plecach urządzenia znajdziemy jeszcze kilka wejść serwisowych i niezbędne do zaopatrzenia go w energię elektryczną gniazdo zasilania IEC. Jak to zawsze jest standardem, nasz McIntosh w komplecie startowym oferuje użytkownikowi systemowego pilota zdalnego sterowania.
Co zaproponował opisywany Jankes? Oczywiście z uwagi na dwa sposoby oddawania finalnego sygnału dwa wcielenia. Ale spokojnie, nie złe i dobre, tylko bardziej lub mniej w dobrym znaczeniu słowa agresywne. A najciekawsze w tym wszystkim było to, że w obu wersjach był to rasowy, a jedynie nieco inaczej akcentujący swój punkt widzenia na muzykę Mac. Z uwagi na moje optowanie za nieco bardziej wyrazistą prezentacją test rozpocząłem od wersji tranzystorowej. Ta zaproponowała dobrze wypadającą w kwestii równouprawnienia poszczególnych zakresów projekcję słuchanego materiału. Cechowało ją stosowne dla potrzeb zejście dolnego zakresu, znakomite nasycenie średnicy i swobodnie, a przez to dobrze podkreślające rozmach wizualizowania wirtualnej sceny wysokie tony. Jednak co w tym sposobie grania było nie tylko fajne, ale tak naprawdę tożsame z amerykańską szkołą grania, to konsekwentne unikanie zbytniej ostrości rysunku źródeł pozornych. Były odpowiednio czytelne i pokazujące niezbędne dla danego bytu aspekty wyrazistości, jednak cały czas czuć było dbałość urządzenia o przyjemność obcowania z nimi. Bez podążania za nadmiernym przerysowaniem o zbliżaniu się do tak zwanej krwi z uszu nie wspominając. Jednym słowem mimo nadawania jej przewidzianego przez muzyków prawdziwego „ja” – mam na myśli pakiet agresji – muzyka sprawiał przyjemność raczej serwowaniem fajnej, ale nienudnej płynności, aniżeli kaleczeniem uszu. I muszę przyznać, że mimo tradycyjnego brzmienia materiału SACD w estetyce mocniejszego udziału miękkości i soczystości od wersji CD, wspomniana estetyka podania obydwu wersji kodowania ani razu nie zbliżała się do poziomu ocierania się o zbytnie upiększanie świata muzyki. Z autopsji wiem, że ogólne przesłodzenie dla wielu melomanów czasem nawet może być fajne, jednak zapewniam na chwilę, gdyż po czasie staje się zwyczajnie nudne. W tym przypadku taki stan był mi obcy i ważne, że jak wspomniałem, w obu cyfrowych wersjach, mimo faktu znacznie pełniejszego już na starcie dźwięku z formatu SACD. Takie cechy, jak drive, szybkie zmiany tempa i dzięki temu fajny timing bez problemu okazywały się być na porządku dziennym. Oczywiście z nieco innymi akcentami muzykalności i rozbudowania wirtualnej sceny (większa głębia) w przypadku SACD, niż z formatu CD, ale tylko innymi, a nie gorzej wypadającymi. A co stało się po zmianie wyjścia na to wykorzystujące wolne elektrony? Otóż w rozumieniu pozytywnym kolejny raz byłem zaskoczony. Mimo ewidentnego przesunięcia punktu nasycenia i gładkości w stronę większego udziału owych aspektów w projekcji muzyki, co w zrozumiały sposób kreowało mocniejsze uczucie wyciągania na wierzch zawartego w niej piękna, najważniejszą słyszalną i będącą ewidentnym działaniem in plus tej wersji odtwarzacza cechą było zjawiskowe rozwibrowanie dźwięku. To efekt działania udanie zaaplikowanej lampy, która w tym przypadku moim zdaniem zwracając na siebie uwagę świetnie odciągała zmysł słuchu od zmiany poziomu ilości muzyki w muzyce. Gdyby producentowi nie udał się ten zabieg, przekaz mógłby wypaść jako zbyt „ulany”, a tak naturalną koleją rzeczy podryfował w stronę melomanów z duszą romantyka, ale nie stał się nudny, bo zbyt przewidywalny.
Co na tak różne podejście do tematu miała do powiedzenia słuchana podczas sesji testowych muzyka? Ta barokowa choćby spod znaku Jordi Savalla „Villancocos Danzas Criollas 1550-1570” błyszczała bez względu na użyte wyjście. Oczywiście do duszy bardziej trafiała lampowa wersja, gdyż szklane bańki zwiększały pewnego rodzaju uduchowienie podania, a przez to namacalność odbioru zawartego w muzyce sacrum o bogatszym w artefakty związane oddaniem kubatury kościelnej, w jakiej ją nagrywano nie wspominając. Takie aspekty jak barwa, dźwięczność i rozwibrowanie było niedostępne dla wersji tranzystorowej, co chciał nie chciał automatycznie zmusiło mnie do kolokwialnie mówiąc odszczekania w duchu przekonania, iż lampowa prezentacja nie jest dla twardzieli, za jakiego się uważam i odbębnienie całego krążka w takim wydaniu. To naturalnie nie oznacza, że wersja bez lamp nie była dobra. Zapewniam, wypadła z jak najlepszej strony, jednak różne gatunki muzyczne i sposób ich realizacji w czasie odtwarzania preferują odmienne rozwiązania techniczne, a gdy wspomniany Jordi Savall w każdym aspekcie lepiej brzmiał z lampą w torze, nie kruszyłem kopii próbując udowadniać moje dotychczasowe, lekko antylampowe przekonania, tylko zatopiłem się w tych nie tylko znakomicie zrealizowanych masteringowo, ale też zjawiskowo brzmiących barokowych frazach.
Z innej muzycznej beczki na tapet trafił zespół folk-metalowy The HU z płytą „The Gereg”. To jest jazda bez trzymanki. Nasiąknięta nutką wschodu, jednak w wydaniu dla osobników charakteryzujących się syndromem ADHD. Podobnie do poprzedniego materiału świetnie zrealizowana, jednakże tym razem potrzebująca wspierania innych akcentów sonicznych. Mowa o ataku, utrzymaniu tempa oraz sprostaniu szybkim zmianom energii o różnym poziomie esencjonalności impulsu. Jak pewnie się domyślacie, tutaj lampa nie miała szans z tranem. Ale nie żeby rzuciła tak ręcznik, bo użyte w tym nagraniu instrumentarium wypadało z nią wręcz zjawiskowo. Niestety nie ma się co oszukiwać, w starciu z będącymi znakami szczególnymi tej muzy w postaci nieprzewidywalności wydarzeń, siłą uderzenia dźwiękiem oraz zapewnienia środków sonicznych będących w stanie pokazać intencjonalnie wpisaną w nią przez muzyków drapieżność i pazur nie dawała czasem rady. Było fajnie, ale tylko fajnie, a powinien być ogień. Ten zaś dostałem w wersji z wyjścia tranzystorowego. Owszem, w estetyce zawsze płynnie brzmiącego McIntosha, ale natychmiast zapewniam, bez jakiegokolwiek naciągania faktów biorąc poprawkę na ów firmowy sznyt było to trafienie w przysłowiowy punkt „G” tego rodzaju twórczości. Ogólnie bardzo energetycznie i efektownie, gdyż mocno w dole, soczyście w środku i dźwięcznie w górze, dzięki czemu system bez problemu z pełną ekspresją przestawiało ściany. Na to wkładając do napędu ten krążek zawsze się czeka, i to finalnie dostałem.
Komu poleciłbym ożenek z tytułowym zródłem McIntosh MCD -12000? Jak wynika z powyższego opisu, mówimy o źródle raczej stawiającym na wszechobecną nutkę muzykalności. Nie oznacza to, że nie potrafi pokazać pazura, jednak znając oczekiwania ekstremistów w tej materii oczekujących rozdrabniania przysłowiowego włosa na czworo wiem, że Amerykanin na to nie pójdzie. Zapewni magię i dobrze rozumianą dosadność podania materiału, ale w swym działaniu nie przekroczy dobrego smaku. Za to jednak zdroworozsądkowo podchodzącemu do tematu prezentacji słuchaczowi zapewni dwa pomysły na wizualizowanie ulubionych płyt. Chodzi oczywiście o neutralną wersję tranzystorową i nieco podgrzewającą emocje lampową. Obie są mistrzyniami w swoim stylu, jednak to do słuchacza należeć będzie, którą wykorzysta. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nabywca nie jest skazany na jedną z nich, tylko szybką zmianą konfiguracji podłączenia do systemu wybiera najlepszą dla rodzaju słuchanej muzyki. Mało? Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to w pełni satysfakcjonująca nawet najbardziej wymagającego odbiorcę oferta, której w takim wydaniu jakościowym naprawdę próżno szukać u konkurencji.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory, Inc.
Cena: 69 500 PLN
Dane techniczne
Obsługiwane dyski: SACD, CD, CD-R/RW, DVD-R
Obsługiwane formaty plików: AAC, AIFF, ALAC, DSD (max DSD128); FLAC, MP3, WAV (max. 24-bit/192kHz), WMA
Napięcie wyjściowe: 2.0Vrms (RCA); 4.0Vrms (XLR)
Impedancja wyjściowa: 600 Ω
Pasmo przenoszenia: 4Hz to 40kHz, +0.5, -2dB (SACD); 4Hz to 20kHz, ±0.5dB (CD)
Odstęp sygnał/szum: 110dB
Dynamika: > 100dB
Zniekształcenia THD: 0.003% @ 1000Hz
Separacja kanałów: > 98dB (1,000Hz)
Zastosowane lampy: 2 x 12AT7; 2 x 12AX7A
Wyjścia analogowe: 2 pary RCA (tranzystorowe, lampowe); 2 pary XLR (tranzystorowe, lampowe)
Wejścia cyfrowe: 2 x Coax, AES/EBU, 2 x optyczne (24-bit/192kHz); USB (PCM/DXD 32-bit/384kHz, DSD512); MCT
Wyjścia cyfrowe: Coax, optyczne (24-bit/192kHz)
Pobór mocy: <0.5 W (standby)
Wymiary (S x W x G): 44.45 x 19.4 x 48.3 cm
Waga: 14.7 kg
Opinia 1
Pamiętacie Państwo ten fragment „Chłopaki nie płaczą” kiedy Fred (Cezary Pazura) z Gruchą (Mirosław Zbrojewicz) „wbijają” na Warsztaty Kompozytorskie Muzyki Współczesnej? Dla ułatwienia dodam, że to właśnie stamtąd pochodzą sławne cytaty o „paszporcie Polsatu” i „znajomym Piaska”. A graną przez Halinę Kowalską w serialu „Alternatywy 4” śpiewaczkę Elżbietę Kolińską-Kubiak? Jeśli tak, to dzisiejsza propozycja wręcz idealnie wpisuje się w powyższe ramy. Ok, może nieco dramatyzuję i przesadzam jakbym skończył ogrodnictwo a nie technologię drewna, ale lojalnie uprzedzam, że najnowsze wydawnictwo Michała Bryły, czyli „Roma Cantata & 3 Songs” Artura Banaszkiewicza najdelikatniej rzecz ujmując do najłatwiejszych repertuarów nie należy. Jak się bowiem okazuje, wbrew swemu tytułowi, „Kantata romska” nie tylko niezbyt wpisuje się kanon tzw. world music, lecz zaskakująco intensywnie romansuje z, jak już powyżej nieco żartobliwie zaanonsowałem, … muzyką współczesną.
Zakładam, że po takim wstępie część czytelników dalszą lekturę sobie odpuściła a ci, co pozostali zachodzą w głowę jak na tle dotychczasowych, lapidarnie opisywanych na naszych łamach, stricte klasycznych wydawnictw pozycjonuje się tytułowe. Jak łatwo się domyślić odpowiedź na powyższe dylematy będzie niejednoznaczna i zależna od perspektywy, punktu widzenia i osłuchania. Jeśli bowiem na „Roma Cantata & 3 Songs” spojrzymy poprzez pryzmat realizacji, to bez większych problemów przyjdzie nam stwierdzić, iż mamy do czynienia z ewidentnym przykładem ewolucji Michała Bryły w roli realizatora i producenta, bowiem przedmiotowy, hybrydowy krążek SACD brzmi po prostu fenomenalnie i choć jego (krążka, nie Michała) poprzednikom nie sposób było cokolwiek zarzucić, to tutaj ewidentnie słychać nie dość, że więcej, to i lepiej. To szalenie udane połączenie naturalnych barw, realnych gabarytów brył i fenomenalnej – oczywistej, acz zarazem nienachalnej rozdzielczości. Uwagę zwraca niezwykle realistyczne kreowanie bryły fortepianu, precyzja ogniskowania źródeł pozornych i coś, co do tej pory na nagraniach, w których maczał palce Michał było z większą, bądź mniejszą intensywnością jedynie sygnalizowane. Mowa o niby oczywistej, acz czasem nieco po macoszemu traktowanej, aurze pogłosowej i powietrzu otaczającym tak instrumentarium, jak i wokalistów. A tu ów niuans został potraktowany z równym pietyzmem co pozostałe składowe, więc tak kubaturę, jak i naturalną akustykę miejsca realizacji mamy w pełni dostępną i odczuwalną. W rezultacie, zamiast kameralistycznej miniatury otrzymujemy prawdziwy spektakl swą skalą i ekspresją znacząco wykraczający poza standardowe, adekwatne aparatowi wykonawczemu ramy. Wokale Justyny Reczeniedi i Krzysztofa Zimnego brzmią niezwykle realistycznie, czysto i intensywnie, a gdy w tle odzywa się Chór Kameralny Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, to robi się wręcz epicko. Spora w tym zasługa samego miejsca nagrania, które zostało dokonane w auli Szkoły Muzycznej im. Juliusza Zarębskiego w Inowrocławiu, gdzie stanął koncertowy Stainway D274, za którym zasiadł Witold Kawalec. Nie bez znaczenia jest również „omikrofonowanie” całości, gdzie oprócz znanego z wcześniejszych nagrań Decca Tree pojawiły się podpatrzone w Abbey Road rozstawione w talii fortepianu trzy mikrofony (LCR).
Jeśli chodzi o samą realizację, to tutaj wszystko jest po staremu, czyli całość przez Hapi Mk II Premium trafiała do stacji DAW Anubis Premium a montaż i mastering materiału 384 kHz DXD odbył się w Pyramix Premium.
Odrębnym tematem jest aspekt muzyczny „Roma Cantata & 3 Songs”, który śmiem twierdzić poprzeczkę wymagań w stosunku do odbiorcy zawiesza na najwyższym, przynajmniej na tle wcześniejszych realizacji, poziomie. Nie ukrywa tego z resztą sam Michał Bryła jasno zaznaczając, że choć interpretacja z złożenia przystępnych ogółowi utworów nie jest zbyt karkołomnym przedsięwzięciem, to już zaproponowana przez ich autora – Artura Banaszkiewicza, aranżacja należy do wybitnie „ambitnych i twórczych”. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż wysłuchanie od pierwszej do ostatniej nuty tytułowego albumu jest zadaniem tyleż intensywnym, co wyczerpującym. Nie da się bowiem ww., krążka włączyć w tle, niejako przy okazji i mimochodem, gdyż łowiąc uchem pojedyncze, oderwane od prowadzonej narracji dźwięki i frazy natychmiast traci się wątek i kontekst. W dodatku natywna złożoność melodyczno-kompozycyjna, przynajmniej na moje – nad wyraz okazjonalnie karmione tego typu repertuarem ucho, praktycznie wyklucza orientację i możność umiejscowienia danego fragmentu w wykonawczej linii czasu, co z automatu, podobnie jak w „Chińczyku” (dla niewtajemniczonych – gra planszowa) skazuje odbiorcę do powrotu na linię startu i rozpoczęcie zmagań od nowa. Nie jest to bowiem materiał w oczywisty i czytelny dla ogółu sposób odwołujący się do powszechnie kojarzonej romskiej estetyki, nie ma w sobie nic, bądź prawie nic z jej „śpiewnej ludyczności” przypominając bardziej proces złożenia jej na nowo po uprzednim rozbiciu na atomy. Nikt jednak nie obiecywał, że żywot audiofila-melomana będzie składał się z samych „lekkostrawności”, dlatego też, jeśli macie Państwo ochotę wyjść poza własną strefę komfortu i zmierzyć się z wyzwaniem wymagającym intelektualnego wysiłku a zarazem poszerzającym muzyczne horyzonty, to tytułowy album wydaje się idealną propozycją.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Jak zapewne stali czytelnicy naszych przygód z zabawkami audio zdążyli się zorientować, nie samą elektroniką Soundrebels żyje. Oczywiście mam na myśli co jakiś czas pojawiające się na naszych łamach opisy dostarczonych do redakcji płyt. Raz trudniejszych, raz łatwiejszych w odbiorze, bo znacznie bliższych naszym muzycznym gustom, jednak ważne, że oprócz uprawiania pisaniny o elektronice, staramy się pokazać coś ze świata muzyki. Jak sugeruje tytuł spotkania, tak też będzie tym razem. Co dokładnie okaże się tematem? Moim zdaniem już sama okładka sugeruje stałego bywalca naszego działu muzycznego, czyli Michała Bryły i jego oficyny wydawniczej Prelude Classics. Znaczy się bytu, który poza niezwykle przemyślanym doborem wsadu merytorycznego, czyli z jego punktu widzenia sięgania po najbardziej wartościową, bo pozwalającą sięgnąć do głębi duszy słuchacza muzykę klasyczną, bardzo dba o jakość masteringu materiału muzycznego oraz oprawę graficzną. To począwszy od wspomnianej selekcji materiału, przez dobór artystów, po finalne powołanie do życia konkretnego krążka zawsze i w każdym aspekcie jest majstersztyk, co dla wielu odbiorców okazuje się być gwarantem dobrej zabawy przy muzyce nawet w momencie zakupu w ciemno. Tak tak, pan Michał zdążył się już dorobić takich fanów. Co tym razem trafiło na redakcyjny tapet? Otóż będzie to ciekawe zderzenie fortepianu solo z frazami wokalnymi na bazie tekstów Dominika Górnego w opracowaniu Artura Banaszkiewicza zatytułowane „Roma Cantata”. Naturalnie inicjacją pomysłu oraz jego realizacją zajął się wspomniany już mocodawca wydawnictwa Prelude Classics pan Michał Bryła.
Gdy dotarliśmy do opisu zawartości twórczej tytułowego krążka, bez ogródek mogę powiedzieć, iż w konsekwencji pełnego skupienia się na słuchanym materiale, nie jest to lekka i łatwa pozycja. Powodem takiego stanu rzeczy jest pewnego rodzaju instrumentalny minimalizm, który co jakiś czas przełamuje seria wokalnych, raz sopranowych – Justyna Reczeniedi, innym razem tenorowych – Krzysztof Zimny, a czasem chóralnych – tutaj lista jest długa i znajdziecie ją w materiałach zawartych w książeczce z płytą, na tle dostojnego fortepianu wykonywanych w estetyce dziwnej lekkości pieśni na kształt operowych recytatyw. Zdaję sobie sprawę, że to jest od samego początku będący zarzewiem powstania tej płyty autorski pomysł, jednak moim zdaniem wspominana przed momentem trudność zrozumienia tego krążka tkwi właśnie w tym zderzeniu dwóch całkowicie inaczej brzmiących światów. Prowadzony dostojnie, z pięknym frazowaniem przez Witolda Kawalca fortepian znakomicie rozdaje karty, jednak, gdy do gry wchodzą wspomniane partie wokalne, jesteśmy świadkami bardzo dużego kontrastu estetycznego oraz energetycznego. To dla mnie było na tyle sugestywne, że mimowolnie odciągało moje zmysły od śledzenia popisów pana Witolda. Być może taki był zamysł, aby zróżnicować poziom zaangażowania słuchacza w poszczególne składowe całości projektu, jednak osobiście nie do końca to kupowałem. Pomimo, iż często słucham muzyki free i kolokwialnie mówiąc dla wielu tak jak free-jazz niezrozumiałej „współczechy” – i jeśli chcecie zrozumieć, o czym mówię zderzcie pieśń Bogurodzica z filmu Krzyżacy z jej interpretacją według Wojciecha Kilara, wówczas zrozumiecie o czym piszę, nie jestem wielkim znawcą tego rodzaju twórczości i mogę nie do końca rozumieć zamysł aranżera. Jednak, jeśli już podjąłem się napisać kilka zdań o tej pozycji płytowej, postanowiłem wspomnieć, dlaczego nie jest łatwa. I zapewniam, nie ma w tym krztyny złośliwości z mojej strony. Na dowód tego chciałem zauważyć, iż określenie „nie jest łatwa” nie oznacza braku jakichkolwiek pozytywnych akcentów. W tym przypadku jest wręcz przeciwnie. O co chodzi? Otóż zaciekawił mnie pewien aspekt w tej realizacji. Chodzi mianowicie o główny punkt programu, jakim jest fortepian. Nawet solo załatwiłby mi świetną zabawę przez cały krążek. A powodem była ciekawa, niejednorodna, często mocnymi akordami pokazująca fajny pazur, a przez to daleka od nudy nawet dla niezbyt często obcującego z pojedynczym instrumentem słuchacza partytura, bezproblemowe panowanie nad instrumentem, umiejętne zebranie jego pracy przez mikrofony i na koniec mastering. Jak wiadomo, bez jakichkolwiek obaw o swoją reputację zawsze przyznaję, iż jestem po trosze melomanem i po trosze audiofilem, dlatego ten z pozoru jak pisałem niełatwy krążek mimo niezrozumienia do końca zamierzeń aranżera, finalnie odbieram jako warty każdej spędzonej podczas jego słuchania minuty. To było na tyle pozytywnie zaskakujące doznanie, że bez problemu jestem w stanie polecić go każdemu z Was. I to z dwóch powodów. Pierwszym był odbiór emocjonalny – przywołane popisy wokalne koniec końców w niczym nie przeszkadzały w ukazaniu majestatu atrybutu Witolda Kawalca, zaś drugim pozwalająca używać tej płyty jako tester swoich zestawów audio, perfekcyjna realizatorska praca Michała Bryły. Praca za każdym razem od początku do końca wykonywana z największym pietyzmem, co sprawia, że nawet w momencie niejednoznacznych odczuć emocjonalnych warto jest mieć jej wynik w swojej kolekcji.
Jak wynika z powyższego opisu, tytułowa płyta w moim odczuciu miała dwa oblicza. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie złe i dobre, tylko prawdopodobnie nie do końca dla mnie zrozumiałe i dobre. To zaś sprawia, że choćby dla wyrobienia sobie własnego zdania powinniście nabyć ten krążek do prywatnej kolekcji. Powód opisałem chyba dość jasno, czyli jeśli nawet nie trafi do Was całość autorskiego projektu, z pewnością zakochacie się w grze i realizacji fortepianu. A chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż odległości brzmienia naszych konfiguracji od prawdy w wartościach bezwzględnych nie weryfikujemy przy użyciu muzyki elektronicznej, tylko wykorzystując naturalne instrumenty, z których zarejestrowany przez Michała Bryłę fortepian z uwagi na rozpiętość i złożoność brzmienia jest jednym z najtrudniejszych do wiernego odtworzenia, a tym samym jednym z najważniejszych. Choćby dlatego w moim mniemaniu warto kupić ten krążek o wspieraniu polskiej myśli artystycznej nie wspominając.
Jacek Pazio
Opinia 1
Pół żartem, pół serio i zarazem zgodnie z tradycją mógłbym z lekkim przymrużeniem oka stwierdzić, że kiedy otrzymaliśmy kolejną propozycję pochylenia się nad najnowszym wydawnictwem pochodzącym z prowadzonej przez pana Michała Bryłę oficyny Prelude Classics chyba po raz pierwszy widząc może nie tyle tytuł, co autorów kompozycji poczułem już nie tremę, co wręcz ulgę. Mówiąc wprost widniejące na okładce nazwiska jasno wskazywały, iż tym razem, przynajmniej w teorii, powinniśmy poruszać się w obszarach zdecydowanie mniej niszowych aniżeli poprzednio. Jak się jednak miało okazać były to tylko pozory, gdyż Meccore String Quartet zamiast po twórczość sławniejszego z Wieniawskich – Henryka, na co z resztą wskazywałby tytuł, sięgnął po dorobek zdecydowanie mniej „ogranego” Józefa. Jakby tego było mało na „Souvenir de Posen” trafiły zaskakująco rzadko wykonywany Kwartet smyczkowy a-moll op. 32 Józefa Wieniawskiego oraz będące światową premierą fonograficzną Wariacje i Fuga F-dur na kwartet smyczkowy Ignacego Jana Paderewskiego. Dwie ostatnie kompozycje nie dość, że światło dzienne ujrzały dopiero w latach 80-ych ubiegłego wieku, to opracowane zostały samodzielnie przez artystów z Meccore String Quartet właśnie na potrzeby niniejszego nagrania. I tu od razu smaczek dla freaków wszelakich tego typu niuansów, gdyż w nagraniu wykorzystano wyjątkowy instrument – skrzypce Charlesa François Ganda z 1846 roku – jeden z instrumentów Henryka Wieniawskiego, na których zagrał pierwszy skrzypek – Wojciech Koprowski. Z kolei reszta zespołu pozostała przy swoich „zwykłych” współczesnych reprodukcjach wykonanych przez Krzysztofa Krupę (co z resztą można podejrzeć na YouTube).
Nie będę ukrywał, że wkraczam na dość niepewny grunt, gdyż w kameralistyce z przełomu XIX i XX wieku czuję się zdecydowanie mniej pewnie aniżeli np. w historii skandynawskiego black metalu, niemniej jednak uczciwie muszę przyznać, iż właśnie daleki od klasycznego mainstreamu i powszechności repertuar jest największym atutem tytułowego albumu. Otrzymujemy bowiem zaskakująco świeże i pasjonujące nieco ponad trzy kwadranse prawdziwej muzycznej uczty podczas której dość niepozorny liczebnie ansambl nader udanie wypełnia scenę bogactwem misternie tkanych dźwięków. Co ciekawe nie sposób nie odnieść wrażenia, że wolumen dobiegających naszych uszu fraz z powodzeniem mógłby pochodzić ze zdecydowanie poważniejszego aparatu wykonawczego. Oczywiście nie usłyszymy tu potężnego tutti i fali uderzeniowej godnej wielkiej symfoniki, ale już dynamika w skali mikro jest wielce satysfakcjonująca a i brak najniższych składowych nie doskwiera. Uwagę słuchaczy kradnie bowiem atrakcyjna melodyka i logika narracji, panujący pomiędzy muzykami flow i ewidentne stawianie na aspekt opartej na wirtuozerii muzykalności a nie karkołomnych popisach sprawiających, że zamiast spójne całości otrzymujemy pełne nerwowości pojedynki. O nie, tu Meccore String Quartet stanowi jeden, choć szalenie złożony to grający do jednej bramki organizm, więc całość prezentacji tak dla ucha, jak i oka jest koherentną całością.
Jeśli zaś chodzi o jakość nagrania, to śmiem twierdzić, iż Prelude Classics, czyli de facto jednoosobowy projekt Michała Bryły, w pełni zasługuje na miano oficyny o stricte audiofilskim zacięciu i zarazem profilu zgodnym z tym, do czego zdążył przyzwyczaić melomanów m.in. nasz rodzimy DUX (przynajmniej na początku swojej działalności), czy też prowadzony przez Andreasa Spreera TACET. Czyli po pierwsze wydawnictw skupionych wyłącznie na klasyce, a po drugie nagrań wyjątkowych pod względem repertuarowym oraz oferowanych w referencyjnej jakości i co ciekawe nie tylko w postaci klasycznych płyt CD, lecz również hybrydowych nośników SACD i oczywiście plików wysokiej rozdzielczości. Krótko mówiąc realizacja „Souvenir de Posen” Meccore String Quartet zachwyca głębią dźwięku i dojrzałością barw użytego instrumentarium. Kwartet prezentowany jest z wyraźnego dystansu, lecz nie z asekuracyjnego oddalenia powodującego dodatkowo wielce niepożądany efekt przeskalowania źródeł pozornych przypominający znaną z fotografii dioramę, lecz jedynie zdolność zaprezentowania całego składu we właściwym mu entourage’u i z pełnym spectrum pogłosowym. Uniknięto tym samym zbytniej antyseptyczności i „studyjności” przez co każdego z muzyków otacza podkreślająca realizm aura pogłosowa. Na wielkie brawa zasługuje również precyzja z jaką definiowane są źródła pozorne i generalnie rozdzielczość, bezpośredniość, bynajmniej niewykluczające urzekającej naturalności całej prezentacji. Śmiało można założyć, że spora w tym zasługa zarówno realizacji dokonanej w DXD 352,8 kHz / 24 bit bezpośrednio na stacji DAW oraz omikrofonowania w technice Decca Tree. Na potrzeby nagrania użyto pary kardioidalnych, stereofonicznych mikrofonów CM4 oraz omnipolarnego Omni1 szwedzkiej manufaktury Line Audio Design.
Jak unaocznia powyższa sesja zdjęciowa poza hybrydą SACD otrzymaliśmy również wypalony w studiu „złoty CDR” i śmiem twierdzić, iż o ile dysponując wcześniej eksploatowanym przez lata odtwarzaczem „gęste” krążki akceptującym, czyli Ayonem CD-35 (Preamp + Signature) pewnie poza własną strefę komfortu, czyli warstwę SACD bym nie wychodził, to mając na stanie klasyczny, oparty na CDM2 Pro odtwarzacz Vitus Audio SCD-025 Mk.II już takowych „odsprzętowych” preferencji nie miałem a sparring obu nośników nabrał zaskakujących rumieńców. Okazało się bowiem, że choć warstwa CD z hybrydowego nośnika oferowała lepsza rozdzielczość, precyzję i wyraźniejsze „napowietrzenie”, o tyle ociekający 24-karatowym złotem CDR brzmiał bardziej … analogowo i koherentnie. Jakby niższą rozdzielczość rekompensował większym stężeniem „muzyki w muzyce”.
W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie stwierdzić, iż „Souvenir de Posen” Meccore String Quartet jest albumem, który przez ostatnie tygodnie gościł w moim odtwarzaczu nie tylko z racji czysto recenzenckich obowiązków, lecz również, choć po prawdzie powinienem użyć stwierdzenia „przede wszystkim” z czysto hedonistycznych pobudek – dla mojej osobistej przyjemności. Oferuje bowiem ponadprzeciętną jakość dźwięku i odkrywa przed słuchaczem nieznany szerszemu odbiorcy szalenie angażujący repertuar. Dlatego też niezależnie od tego, czy gustujecie Państwo w takich klimatach, czy też klasyka znajduje się poza Waszą strefą komfortu, chociażby z ciekawości rzućcie na tytułowy album uchem. A jeśli w nie wpadnie, to śmiem twierdzić, że sięgać będziecie po niego z zaskakującą regularnością. No i jest jeszcze mały bonus – z jego pomocą z łatwością zweryfikujecie, czy dany system / urządzenie jest w stanie oddać prawdziwe brzmienie smyczków, bo te na „Souvenir de Posen” nader udanie łączą natywną chropawość z ciemną, karmelową słodyczą i głębią będącą sygnaturą najlepszych lutników i … realizatorów nagrań.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy okazjonalnie uzupełnianego działu muzycznego sprawcę dzisiejszego zamieszania dobrze znają. To rodzima, jednoosobowa oficyna wydawnicza skupiona na muzyce kameralnej, której znakiem rozpoznawczym oprócz przykładania najwyższej wagi do wirtuozerii wykonania każdego zarejestrowanego materiału, jest referencyjna jakość dźwięku. I nie mam na myśli li tylko dobrej realizacji w najbardziej popularnym formacie 16/44, ale również wersji SACD oraz gęstych plików. Mało tego, jeszcze większą ciekawostką jest dostarczanie tytułowego materiału w wypalonej na złocie wersji CDR. Jak widać, mocodawca projektu nie pozostawia niczego przypadkowi. Co tym razem trafiło do naszej redakcji? Otóż formacja Meccore String Quartet pod egidą oficyny Prelude Classics w ramach projektu „Souvenir de Posen” podjęła próbę przybliżenia twórczości naszych rodaków – Józefa Wieniawskiego i Ignacego Paderewskiego. Jak im to wyszło, naturalnie dowiecie się w kolejnym akapicie.
Jak wspomniałem, tym razem pomysłodawca projektu postawił na Polaków. I poszedł w tym działaniu bez jakiegokolwiek oglądania się na półśrodki, bowiem do nagrania tego materiału użyto kopii instrumentów dawnych i na ile pozwoliły możliwości pozyskania takowych, również oryginałów. Co z tego wynikło sonicznie? Po pierwsze przemówiła do mnie sam repertuar. Jego dobór sprawiał, że nawet okazjonalny odsłuch wręcz zachęcał do zapoznania się z całym materiałem za jednym podejściem. Dzięki ciekawemu przetasowaniu szybszych i wolniejszych utworów, znakomitemu wykonaniu oraz wyśmienitej realizacji ani przez moment nie odczuwałem efektu znudzenia danym motywem muzycznym. Za sprawą znakomitej pracy wykonawców wespół z nietuzinkowym brzmieniem użytych instrumentów przekaz epatuje emocjonalnością, zaś dzięki pracy realizatora i jego umiejętnym rozrzuceniu artystycznych bytów po wirtualnej scenie jest zjawiskowo namacalny. Pełen oddechu, dobrze wyważony w domenie esencjonalności i barwy, dzięki temu na tyle ciekawy, że omawiany krążek przesłuchałem kilkukrotnie. I to z wypiekami na twarzy. To naprawdę bardzo udana muzycznie i realizacyjnie płyta, dlatego z wielką przyjemnością na koniec, czyli po serii kilku odtworzeń z rzędu podjąłem próbę weryfikacji jej brzmienia nie na wytłoczonym krążku SACD, tylko jako wypalony CDR. Efekt? Nie wiem, jak odbiorą to melomani bez zacięcia audiofilskiego, ale CDR pokazał więcej body, niestety kosztem swobody prezentacji i blasku na górze. Niby osadzenie w masie, a przez to energia instrumentów wpłynęła nawet przyjemnie na wynik odsłuchu, jednak w wartościach bezwzględnych przekaz stracił na mikrodynamice. Nie dramatycznie, jednak ewidentnie słyszalnie, jednak na tyle wyraźnie, że osobiście wolałem wersję tłoczoną. Ale zalecam spokój, gdyż po pierwsze wielu z Was choćby z powodu bagatelizowania tematu maksymalizacji jakości brzmienia słuchanej muzyki może tego nie wyłapać, a po drugie w najmniejszym stopniu nie wpływa to na fenomenalny odbiór całości materiału. A przecież najważniejsza jest muzyka. A ta zapewniam, broni się doborem utworów, wykonaniem i realizacją. To zaś bez najmniejszego naciągania faktów skłania mnie do polecenia tego tytułu dosłownie wszystkim. I z racji uwiecznienia ciekawej interpretacji twórczości rodzimych muzyków i gwarancji przeżycia chwil pełnych duchowych emocji podczas kontaktu z fajną muzyką.
Jacek Pazio
Pół żartem pół serio śmiało możemy stwierdzić, że na audiofilskie wydawnictwa ze szczególnym uwzględnieniem samplerów mamy najdelikatniej rzecz ujmując ciężką alergię. Cóż bowiem z tego, iż od strony realizacyjnej są klasa same dla siebie skoro z zarejestrowanych na nich wymuskanych i wycyzelowanych dźwięków nijak muzyki ulepić się nie da. Krótko mówiąc równie dobrze i z równą przyjemnością można byłoby delektować się szumem różowym, białym, bądź weryfikować pasmo przenoszenia testowanych systemów mozolnie przedzierając się przez ścieżki z poszczególnymi częstotliwościami. Niby można, pytanie tylko po co, gdyż ze słuchaniem, o czerpaniu przyjemności nawet nie wspominając (poza jednostkami o zapędach masochistycznych) mowy raczej być nie może. Co gorsza wszelakiej maści targi, wystawy i prezentacje nader skutecznie obrzydziły większości z nas eksploatowane tamże na niespotykaną skalę takie utwory jak „Hotel California” Eagles, „Keith Don’t Go” Nilsa Lofgrena, czy „No Sanctuary Here” Chrisa Jonesa bez którego nie sposób sobie wyobrazić jakikolwiek audiofilski spęd. Doszło do tego, że podobne reakcje zaczęły wywoływać same wytwórnie, czego najlepszym przykładem stał się Stockfisch-Records zyskując pozycję niekwestionowanego króla tego typu wydawnictw. Czasy jednak się zmieniają i wbrew pozorom, co w ramach niniejszej recenzji postaram się udowodnić, wcale nie na gorsze. Okazuje się bowiem, że nawet tak pozornie wyspecjalizowany label potrafi zrobić coś zupełnie niespodziewanego i rozszerzyć swoje portfolio o serię diametralnie inną od dotychczasowego profilu. Serię, gdzie oczywiście kwestia jakości realizacji, oprawy dźwiękowej i generalnie technikaliów nadal jest krytyczna, jednakże na pierwszy plan wysuwa się sama muzyka i to w jakże dalekim od audiofilskich – studyjnych wzorców koncertowym formacie. Jeśli zatem już na pamięć znacie Państwo „Belafonte: At Carnegie Hall” Harry’ego Belafonte to najwyższy czas zainteresować się piątą częścią serii Analog pearls, czyli dwupłytowym albumem „Live in Hamburg 1981” Benny’ego Goodmana, który znajdziecie w ofercie kojarzonego głównie z high-endowymi urządzeniami Nautilusa.
Niniejsze wydawnictwo to rejestracja jednego z ostatnich koncertów Benny’ego Goodmana. Sam występ odbył się w ramach „Niedzielnych Koncertów” NDR w Hamburg Congress Centre 9 grudnia 1981 i został zarejestrowany przez Güntera Paulera na własnej konstrukcji 7-kanałowym mikserze podpiętym pod szpulowy rejestrator Nagra IV-S. Na program koncertu złożyły się zarówno nieśmiertelne evergreeny, jak „Oh, Lady Be Good” czy „Sing, Sing, Sing (With A Swing)”, jak i propozycje nieco mniej popularne wśród okazjonalnych słuchaczy swingu i jazzu. Co ciekawe nobliwy „Król swingu” zamiast klasycznego i w pełni mu należnego występu w stylu „One man show” postawił nie tylko na integrację całego zespołu, co wręcz promocję towarzyszących mu młodych muzyków. Gorąco polecę Państwu uwadze fenomenalne improwizacje na „The Days Of Wine and Roses” , gdzie trio Claes Crona (fortepian), Mads Vinding (kontrabas) i Bjarne Rostvold (bębny) jadą po przysłowiowej bandzie wywołując nad wyraz żywiołowy aplauz publiczności. Proszę tylko się nie obawiać, to nie jest freejazowy jam, gdzie jedynie muzycy mają przekonanie, iż panują nad dziejącym się na scenie rozgardiaszem, lecz eleganckie i utrzymane w akceptowalnej przez ogół odbiorców melodyce własne propozycje autorskich interpretacji poszczególnych partii instrumentalnych. Śmiem wręcz twierdzić, że „Live in Hamburg 1981” śmiało można uznać za całkiem bezpieczny wstęp do jazzu dla wszystkich tych, którzy nie do końca są przekonani, czy akurat taki repertuar przypadnie im do gustu a jednocześnie czują nieodpartą chęć zaznajomienia się choćby z kilkoma „żelaznymi” standardami.
A jak „Live in Hamburg 1981” wypada pod względem realizacyjnym? Bez owijania w bawełnę … zupełnie nie po stockfischowemu. Zamiast kreślonych z iście laserową precyzją konturów mamy bowiem w pełni realistyczną sceniczną prezentację z właściwym jej ruchem, dynamiką i naturalnością sylwetek obecnych na niej muzyków. Krawędzie instrumentów nie są wyostrzone niczym brzytwy a miotełki muskające werbel i blachy nie przybierają swymi rozmiarami ogrodowych grabi. Wszystko podane jest z właściwej perspektywy, jednak z racji dość niewielkiego składu trudno mówić o jakichkolwiek problemach z ogarnięciem dziejącej się na deskach CCH Hamburg akcji. Każdy ma swoje miejsce, każdy wie co i kiedy ma robić a całość działa jak w szwajcarskim, albo japońskim chronometrze. Jednak oprócz fenomenalnego timingu równie istotna jest wierność z jaką oddano fakturę i barwy a przede wszystkim właściwe gabaryty poszczególnych instrumentów. Bez przekłamywania, bez podkręcania saturacji, czy pompowania brył wszystko jest akuratne. W dodatku podane w typowo „analogowej” estetyce. Brzmienie klarnetu Goodmana jest głębokie, soczyste i krągłe a przy tym niezwykle intensywne. Nie chowa się za fortepianem, bądź sekcją rytmiczną, lecz prowadzi i zachęca pozostałych instrumentalistów do dialogu.
Nie jestem zatem do końca przekonany czy jest to typowo audiofilski album, jednak prawdę powiedziawszy zupełnie mnie to nie interesuje, gdyż słucha się go z niesłabnącym zaangażowaniem od pierwszej do ostatniej nuty a wraz z jej wybrzmieniem czuje się nieodpartą chęć ponownego wciśnięcia „Play”.
Warto również nadmienić, iż tytułowy album oprócz Tidala dostępny jest również w fizycznej postaci – w formacie cyfrowym – jako hybrydowe, podwójne wydawnictwo CD/SACD, jak i klasyczne, również dwupłytowe 180g tłoczenie LP. W dodatku w cenach, które nawet w najmniejszym stopniu nie nadwyrężą naszego domowego budżetu. Z tego co zauważyłem rodzimy dystrybutor posiadane stany magazynowe objął 15% promocją, więc srebrne krążki są za 89PLN a czarne za 119PLN, co jak na tego typu wydawnictwo śmiało możemy uznać za dumping.
Marcin Olszewski
Muzycy:
Benny Goodman – klarnet
Svend Asmussen – skrzypce, wibrafon
Philip Catherine – gitara
Claes Crona -fortepian
Mads Vinding – kontrabas
Bjarne Rostvold – bębny
Lista utworów
CD 1
1. After You’ve Gone
2. If I Had You
3. Avalon
4. Careless Love
5. The Days Of Wine and Roses
6. Hush-a-Bye
7. Sweet Georgia Brown
8. I Want To Be Happy
9. Here’s That Rainy Day
10. Oh, Lady Be Good
CD 2
1. Nuages
2. Airmail Special
3. On The Sunny Side Of The Street
4. Don’t Be That Way
5. Body And Soul
6. How High The Moon
7. The World Is Waiting For The Sunrise
8. Sing, Sing, Sing (With A Swing)
9. Goodbye
10. It’s Easy To Remember
Opinia 1
Zabierając się do napisania niniejszej recenzji przez dłuższy czas zastanawiałem się jak ją zacząć. Z jednej strony na klawiaturę cisnęły się setki kurtuazyjnych sloganów które zapewniały błogi komfort bezpiecznego ślizgania się po powierzchni audiofilskich odmętów a z drugiej jakoś niespecjalnie miałem ochotę na taką asekurancką miałkość. Suma summarum przez kilka dni akapit przeznaczony na wstępniak leżał odłogiem budząc tym samym moją niekłamaną irytację. W końcu powiedziałem dość, postanowiłem wziąć przysłowiowego byka za rogi i popełnić wprowadzające w temat trzy po trzy. Od razu jednak pragnę zaznaczyć, że moje dylematy, bądź jak zapewne część „życzliwych” stwierdzi tzw. niemoc twórcza, nie wynikały z konieczności zgrabnego wybrnięcia z dość kłopotliwej sytuacji opiewania ewidentnego bubla, lecz wręcz przeciwnie, gdyż problem dotyczył urządzeń co prawda bezdyskusyjnie referencyjnych, lecz o tak charakterystycznej i rozpoznawalnej aparycji, że napisanie o nich czegokolwiek nowego graniczyło z cudem a opisywanie tego, co od niemalże pół wieku a dokładnie od 45 lat widać gołym okiem i było odmieniane przez wszystkie przypadki na kilometr zalatywało nie tylko wtórnością, co wręcz autoplagiatem (kilku przedstawicieli rodziny dzisiejszych bohaterów już zdążyłem zrecenzować). Wystarczyło jednak nieco poszperać w branżowych annałach i Bingo! Jest trop, pomysł i myśl przewodnia, czyli cudowne 3w1. Dlatego nie lejąc dłużej wody zaczynamy, choć już na wstępie zaznaczę, że typowo, ani tym bardziej „normalnie” nie będzie.
Ile razy słyszeli, bądź nawet wypowiadali Państwo (tu ukłon w stronę naszych Drogich Czytelniczek) sentencję, że „mężczyźni to duże dzieci”? Po wielokroć, codziennie, częściej? Ano właśnie. To teraz kolejne pytanie, tym razem, mam nadzieję, już mniej drażliwe. Kiedy dzieciarnia ma swoje święto? Nieobeznanym w temacie przypomnę, że w Polsce, jak i pozostałych tzw. „Demoludach” od 1950 r. Międzynarodowy Dzień Dziecka obchodzony jest oczywiście 1 czerwca i proszę mi wierzyć, że ta data jest ważna nie tylko dla małoletnich przedstawicieli homo sapiens, lecz również dla ich starszych, skażonych audiophilią nervosą współplemieńców. Nie wierzycie? Oto dowód. Aby jednak wszystko trzymało się brzydko mówiąc kupy nadmienię jedynie, że w Japonii, do której nieuchronnie zmierzamy, dzieci swoje święto obchodzą 5 maja (Kodomo-no Hi), lecz skoro jesteśmy w Polsce, to obligatoryjny jest dla nas wariant czerwcowy. Jeśli zastanawiacie się Państwo co to wszystko ma wspólnego z dzisiejszą recenzję to spieszę donieść, że zaskakująco wiele, gdyż właśnie w nasz (nie japoński) dzień dziecka, czyli 1 czerwca 1972 r. bracia Nakaichi i Jiro Kasuga (dla niewtajemniczonych założyciele firmy Kenwood Electronics) powołali do życia markę Kensonic, która później zmieniła nazwę na … Accuphase. Robi się ciekawie? Mam cicha nadzieję, że tak, gdyż to dopiero nieśmiały wstęp do dalszej zabawy w łączenie pozornie archaicznych faktów. Nie zgłębiając się jednak zbytnio w kolejne modele wprowadzanych wtenczas na rynek high-endowych cudeniek przenieśmy się w nieco bardziej nam współczesne czasy, czyli do roku 1982, w którym to ww. marka zaprezentowała dzielone (a jakże) źródło cyfrowe, czyli transport DP-80 oraz przetwornik DC-81. Jednak zbliżając się ku końcowi tej swoistej wyprawy do źródeł japońskiego audio uważam, że prawdziwych protoplastów dzisiejszych bohaterów wypadałoby upatrywać we wprowadzonym na przełomie czerwca i lipca 2000-ego roku pierwszym dzielonym źródle CD/SACD Accuphase’a czyli duecie DP-100/DC-101. Zatem nad czym będziemy się tym razem z Jackiem pastwili? Nad topowym zestawem DP-950 / DC-950 będącym ostatnim słowem złotouchych mistrzów z Kraju Kwitnącej Wiśni jeśli chodzi o odtwarzanie srebrnych krążków.
Poruszając tematykę designu flagowego, dzielonego źródła Accuphase’a nie ma co się oszukiwać i łudzić. Nie jest to ani bezpieczny, ani tym bardziej neutralny pomysł na wtopienie się w tło i zniknięcie w sterylnej przestrzeni salonu. Nie znajdziemy tu pasującej do wszystkiego czerni/bieli, czy surowości naturalnego, szczotkowanego aluminium. Mamy za to coś zdecydowanie bardziej unikalnego – wypracowane przez dekady dziedzictwo japońskich klasyków pod postacią charakterystycznego, nieco oldschoolowego a dla miłośników ultra-nowoczesności wręcz anachronicznego „gabinetowego” przepychu. O ile jednak szampańsko złote fronty w przypadku Accuphase’a nie dziwią, gdyż od niepamiętnych czasów stanowią niejako znak rozpoznawczy ich wyrobów, to dodanie do nich pokrytych przepięknym transparentnym lakierem fortepianowym drewnianych obudów podnosi wartość postrzeganą na nieosiągalny dla większości konkurencji pułap. Prawdę powiedziawszy jedną z niewielu marek, która może bez skrępowania prezentować swe walory w sąsiedztwie Accu wydaje się być Dan D’Agostino tworzący stanowiące swoistą mieszankę steampunku i elegancji cudeńka. Wróćmy jednak do meritum, gdyż warto w tym momencie podkreślić iż wspomniane drewniane „otuliny” nie są li tylko cienkimi płatami forniru, lecz solidnymi a zarazem niezaprzeczalnie stylowymi „skrzynkami” nakładanymi na właściwe korpusy urządzeń.
Pochylając się nad poszczególnymi komponentami stanowiącymi składowe tytułowego źródła i idąc zgodnie z kierunkiem sygnału na pierwszy ogień i pod lupę wzięliśmy transport DP-950, którego szampańsko – złoty front zdobi centralnie umieszczona prostokątna szybka skrywająca dwa niewielkie czerwone wyświetlacze – lewy informujący o wybranej ścieżce i prawy odmierzający czas, oraz zajmujące honorowe miejsce zielone logo. Bardziej wnikliwi obserwatorzy z pewnością zauważą jeszcze trzy rubinowe diody, z których jedna informuje o odczycie warstwy SACD a dwie pozostałe o wybranym trybie zapętlenia.
Tuż pod displayem przycupnęła wąska szuflada transportu, której front elegancko wkomponowano pomiędzy przyciski wyboru odtwarzanej warstwy (przydatnym przy dyskach hybrydowych) i otwierania/zamykania. Całości klawiszologii dopełnia włącznik główny (po lewej) i standardowe – nawigacyjne guziki po prawej. O pokrytym szlachetnie wykończonym drewnem korpusie już wspominałem, więc nie będę się powtarzał i od razu przejdę na plecy, na których niewiele się dzieje, co z reszta nie powinno dziwić, gdyż to w końcu tylko transport. Dlatego też do wyboru mamy jedynie dwa wyjścia cyfrowe – klasyczne koaksjalne i autorskie HS-LINK – umożliwiające transmisję sygnału DSD pozyskanego z warstw SACD pod postacią standardowego portu RJ-45. Nie zabrakło gniazda zasilającego IEC.
Nieco więcej dzieje się na zapleczu DC-950, jednak zanim tam zajrzymy pozwolę sobie najpierw na wizję jego frontu, który … okazuje się bliźniaczo podobny do dopiero co opisanego DP-950. Mamy zatem podobnie umieszczoną szybkę chroniącą dwa czerwone wyświetlacze – lewy odpowiedzialny za częstotliwość próbkowania i rozdzielczość bitową i prawy – informujący o wzmocnieniu (o czym za chwilę), oraz centralnie usytuowany podświetlony logotyp. Różnice dotyczą jednak niuansów, czyli zastąpienia szuflady rzędem prostokątnych przycisków odpowiedzialnych za uaktywnienie konkretnego wejścia cyfrowego. Włącznik sieciowy wylądował po lewej a dwuprzyciskowa regulacja głośności (niestety cyfrowa) po prawej. Ściana tylna prezentuje się wybornie. Do dyspozycji mamy oczywiście wejście HS-LINK, AES/EBU, trzy gniazda koaksjalne i dwa optyczne. Nie zabrakło również wyjść cyfrowych, jednak jedynie w formie pojedynczego koaksjala i optyka. Sekcja wyjść analogowych nie odstaje od sekcji cyfrowej, gdyż do wyboru mamy zarówno parę RCA, jak i XLR, którym przyporządkowano przełączniki zmiany fazy.
Zaglądając do trzewi dzisiejszych gości i trzymając się wcześniej narzuconej kolejności warto nadmienić iż w DP-950 najdelikatniej rzecz biorąc … nie zapomniano o zasilaniu. Powiem nawet więcej – potraktowano je z niezwykłą wręcz atencja o czym świadczą dwa zabezpieczone iście pancernymi osłonami toroidy i bateria … dziesięciu (!) kondensatorów po 4,700 μF/35 V każdy. Jednak to, co po prostu zachwyca to autorski, wycięty z aluminiowych bloków, centralnie umieszczony mechanizm transportu spoczywający na czterech gumowych absorberach i masywnej, również aluminiowej ramie. Cała ta misterna konstrukcja waży imponujące 11,7 kg co daje wyobrażenie zarówno o jej solidności, jak i przepaści jaka dzieli mechanizm Accuphase’a od masowo stosowanych OEM-owych, „komputerowych” rozwiązań. Potwierdzają to z resztą czysto organoleptyczne testy, czyli mówiąc szczerze zwykła, sprawiająca niezwykłą frajdę, zabawa przyciskiem open/close odpowiedzialnym za pracę bezszelestnie i z niesamowitym dostojeństwem wysuwającej i chowającej się tacki napędu.
W DC-950 zastosowano dwie 32-bitowe kości (po jednej na kanał) Advanced Hyperstream™ DAC ES9038PRO produkcji ESS Technology Inc. Użycie ośmiokanałowych układów do konwersji pojedynczych kanałów – osobno lewego i prawego, pozwoliło na równoległe połączenie ich wyjść (kanałów, nie kości) owocując nie tyle niższymi, co praktycznie niemierzalnymi zniekształceniami a w dodatku dwukrotnie wyższym prądem wyjściowym, aniżeli w swojego czasu przez nas recenzowanym DC-901. Pracują one również z sygnałem DSD, który do postaci analogowej przekształcany jest w procesie Accuphase MDSD (Multiple Double Speed DSD), czyli już po polsku, jest on upsamplowany z natywnych 2,8224 MHz/1 bit do 5,6448 MHz/1 bit, a następnie trafia do programowalnych, ultraszybkich układów FPGA i dopiero w takiej postaci konwertowany w kościach przetwornika.
Jednak po zdjęciu pokrywy największe wrażenie robi sekcja zasilania przetwornika, którą stanowią dwa zamknięte w pancernych puszkach transformatory o łącznej pojemności 80 000 μF. Cóż, podobnie bezkompromisowej sekcji zasilającej pozazdrościć by mogła niejedna, aspirująca do miana high-endu interga.
Z poprzednikami, czyli duetem DP/DC-901 mieliśmy do czynienia dwukrotnie – raz w towarzystwie C-3800 i A-klasowych monosów A200 i po raz kolejny, już z AB-klasową amplifikacją w postaci monobloków M-6000 i strzelistych kolumn Dynaudio Evidence Platinum, więc asekuracyjnie możemy stwierdzić, że jako-taki podkład merytoryczny mamy i co nieco o możliwościach dotychczasowych flagowców wiemy. Ponadto tym razem również mieliśmy do dyspozycji kompletny japoński system, lecz ze względu na wyjątkowość tak źródła, jak i wzmocnienia postanowiliśmy zamiast jednego „systemu marzeń” opisać dwa i w pierwszej kolejności uraczyliśmy Państwa recenzją Accuphase’a C-3850 z P-7300 by dopiero teraz, na spokojnie zająć się dzielonym odtwarzaczem.
Zgodnie z ogólnodostępnymi danymi i przy okazji zapewnieniami samych zainteresowanych, czyli producentów i wydawców, SACD to ultra-gesty format, dzięki któremu na jednej płycie w tym standardzie można zapisać siedem razy więcej informacji niż na krążku CD. Czy mamy zatem spodziewać się , że porównując zwykłe wydanie CD, bądź zapisaną zgodnie ze standardem Red Book warstwę CD z jej odpowiednikiem wytłoczonym w „gęstym” SACD usłyszymy siedem razy mniej? Śmiem twierdzić, że nie. W dodatku chyba nikt przy zdrowych zmysłach (wykluczamy tym samym akolitów jednego z ministrów i starszego pana z kotem) nie próbowałby nawet forsować takiej tezy. Chodzi raczej o to, że mając swoisty zapas miejsca można na finalnym nośniku umieścić zdecydowanie więcej, zarejestrowanych na taśmie matce informacji, a to już, przynajmniej na tym poziomie, na jakim w chwili obecnej w przypadku Accuphase’ów się obracamy powinno być wyraźnie słyszalne. I proszę mi wierzyć, przynajmniej na razie, jeszcze przed własnym odsłuchem, na słowo, że jest. Pomijając fakt, że master dla warstwy SACD potrafi być nieco inaczej zrobiony i to, co na CD gdzieś tam ginęło w tle nagle wyskakuje niczym królik z kapelusza, bo ma po prostu miejsce by choćby na chwilę zaistnieć, to każdorazowo, gdy teoretycznie miałem wybór której warstwy słuchać tak naprawdę wyboru nie miałem. O ile bowiem w przypadku Ayona CD-35 można warstwę PCM uszlachetnić poprzez upsampling do DSD, to już w przypadku Accuphase’ów takich trików nie znajdziemy. Trudno się z resztą temu dziwić, gdyż jak to mówią „szlachectwo zobowiązuje” i na pułapie blisko 200 000 PLN jakość staje się synonimem bezkompromisowości a co za tym idzie swoistego, ortodoksyjnego puryzmu. Nie ma więc ani wspomnianej możliwości upsamplowania tak PCMa, jak i DSD do wyższych wartości, oczywiście z wyjątkiem na sztywno zaimplementowanego MDSD, jak i dostępu do ewentualnych filtrów mogących wpłynąć na końcowe brzmienie źródła. Całe szczęście lubującym się w odciskaniu własnego piętna posiadaczom pozostawiono możliwość niewielkiej, bo niewielkiej, ale jednak modyfikacji w postaci … wymiany dołączanego w komplecie przewodu Ethernet na coś bardziej biżuteryjnego. Oczywiście nie omieszkaliśmy wykorzystać nadarzającej się okazji i czym prędzej spięliśmy Accu dostarczonym przez dystrybutora – krakowsko/warszawski Nautilus, kabelkiem Ayon Pearl.
Przejdźmy jednak do konkretów i sięgnijmy po jakieś podlegające możliwości nausznej weryfikacji przykłady płytowe, bo choć dostępność krążków SACD może nie poraża ale zawsze można znaleźć coś dla siebie, no może za wyjątkiem miłośników ciężkiego metalu, bo z takimi pozycjami niestety jeszcze nie dane mi było się zetknąć, nad czym szczerze ubolewam. Zacznijmy zatem od czegoś pozornie prostego i niezbyt wymagającego, czyli pojedynczego instrumentu, niech będzie … lutnia. Kiedy jednak DP-950 z wrodzonym wdziękiem połknął krążek Huberta Hoffmann „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” już odsłuch warstwy CD jasno dał nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z urządzeniami mogącymi uchodzić za absolutną referencję. Swoboda szła bowiem w parze z kontrolą a muzykalność z rozdzielczością w sposób tak naturalny i oczywisty, że zaczęliśmy poważnie się zastanawiać, czy aby na pewno odtwarzamy właściwą warstwę, bo przynajmniej do tej pory tak porażającą wierność i holograficzną wręcz namacalność oferowały jedynie gęste pliki w domenie cyfrowej i oczywiście najwyższej klasy źródła analogowe. Każde trącenie struny, każdy ruch palców po gryfie były nie tylko słyszalne co po prostu widoczne a dźwięk rozchodził się z taką naturalnością, jakbyśmy siedzieli wraz z muzykiem w jednym pomieszczeniu i w tym momencie nie miało znaczenia, czy to my wybralibyśmy się do belgijskiego studia Galaxy w Mol, czy też lutnista zjawiłby się w naszym oktagonalnym OPOSie. Czyżby zatem 950-ki fundowały nam niemalże spirytystyczny seans? Niemalże tak, gdyż dopiero przełączenie się na warstwę SACD pokazało pełnie możliwości i genialność flagowego źródła Accuphase’a. Co ciekawe pomimo ewidentnej poprawy praktycznie wszystkich aspektów dźwięku wcale nie odnieśliśmy wrażenia ponadnaturalności, czy typowego dla samplerów przejaskrawienia detali i irytującego epatowania przekontrastowanymi krawędziami, czy fakturą instrumentów. Po prostu wykonany został kolejny krok do absolutu, do którego od lat dążą wszyscy wyznawcy High-Endu – do muzyki granej na żywo. Mieliśmy zatem i absolutnie czarne tło, w pełni zgodne z rzeczywistością gabaryty tak muzyka, jak i używanego przez niego instrumentu a dochodzące naszych uszu dźwięki dostarczały zdecydowanie więcej informacji aniżeli zmysł wzroku mógłby dostrzec z dystansu kilku metrów dzielących nasz fotel od krzesła artysty.
Podobnie sprawy się miały na „Dixit Dominus” Jordi Savalla, gdzie sakralna polifonia została pokazana z perspektywy trzech kompozytorów – Vivaldiego, Handla oraz Mozarta a całość spięta perfekcyjnym wykonaniem i jak to u Savalla świetnym nagraniem. To właśnie na takich „rodzynkach” można docenić precyzję, z jaką Accuphase wycina poszczególne źródła pozorne z tła nie alienując ich i nie zrywając, zacierając ich interakcji z otoczeniem i pozostałymi muzykami. Czuć wszechobecny spokój i pewność własnej nieomylności. Brak tu nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy podskórnego rozedrgania najwyższych składowych.
Z nieco mniej zobowiązującego repertuaru do dyspozycji miałem jedynie hybrydowe krążki sygnowane przez Linna, nieśmiertelne „Brothers In Arms” Dire Straits i mocno komercyjną „Ask A Woman Who Knows” Natalie Cole, co z jednej strony nie pozwalało mi zbytnio, jak to Jacek mówi połomotać, a z drugiej dawało zdecydowanie pełniejszy, aniżeli bazując jedynie na klasyce obraz. Zarówno płaczliwe gitary elektryczne, jak i swingujące poczynania pani Cole zyskały nie tyko na ogładzie, lecz i na pewnej dostojności. To co w barokowych trelach podkreślało zadumę i sacrum na rocku i swingu tonizowało pewną kanciastość, granulację, czy też skrzekliwość wokalu córki właściciela najbardziej jedwabistego głosu w historii muzyki (przynajmniej moim zdaniem). Nie chodzi jednak o ordynarne wycofanie, czy zaokrąglenie najwyższych składowych i sybilantów, lecz pokazanie całości w nieco mniej jaskrawym, analogowym świetle. Chodzi bowiem o to, że o ile niektóre marki osiągają pozorną rozdzielczość poprzez chłodną analityczność i pewną sterylność, antyseptyczność przekazu Accuphase cywilizuje i jednocześnie oczyszcza z wszelakich szkodliwych artefaktów to, co słyszymy. Japoński zestaw nie podbija bowiem sztucznie kontrastu a jedynie wyrównuje ewentualne anomalie w ich wzajemnych relacjach. Uzyskujemy dzięki temu niesamowitą homogeniczność i organiczność, którymi nie tak dawno zachwycił nas również topowy duet C.E.C.-a z tą tylko drobną różnicą, że paskowy top-loader potrafił nieco dobitniej zaakcentować aspekt dynamiczny.
Na koniec, nie mając już w zanadrzu żadnego hybrydowego krążka a chcąc choćby przez chwilę posłuchać czegoś cięższego sięgnąłem po „The Astonishing” Dream Theater, które z tak wyrafinowanego źródła zagrało jak … nigdy dotąd. Podkreślona została wieloplanowość i różnorodność tego koncept albumu a monumentalne prog-metalowe gitarowe pasaże wspierane misternym szkieletem budowanym przez partie perkusji nie pozwalały oderwać się od odsłuchu. Ba, w pewnym momencie nawet najdelikatniej mówiąc nieprzepadający za podobną stylistyką Jacek uznał, że w takich „okolicznościach przyrody” Dreamy brzmią na tyle wysublimowanie i „bogato” pod względem muzycznej ornamentyki, że będzie musiał w wolnej chwili przyjrzeć się poczynaniom Johna Petrucciego i jego kompanów.
Niby przez ostatnie lata Accuphase zdążył przyzwyczaić nas do tego, że urządzenia, które z dumą prezentują na swych frontach podświetlone zielonkawe logo grają co najmniej dobrze a w przypadku najnowszej generacji wręcz bardzo dobrze, jednak kontakt z dzielonym, topowym źródłem przekroczył nasze najśmielsze oczekiwania. Accuphase DP-950 / DC-950 osiąga bowiem pułap na którym trudno już mówić o dźwięku cyfrowym, czy analogowym, gdyż tak naprawdę zaczynamy dywagować o samej muzyce i naszych własnych wyobrażeniach o niej. Trzymając się jednak faktów uczciwie trzeba przyznać, że z płyt/warstwy CD tytułowy duet „wyciska” więcej niż jego twórcy sądzili, że można wycisnąć a gdy w swe szpony dorwie warstwę SACD osiągamy poziom zadowolenia w pełni zasługujący na miano audiofilskiego Olimpu.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Choćby pobieżna próba analizy rynku audio przynosi nam pakiet marek oferujących w swoim portfolio kilka bardzo drogich urządzeń. Oczywiście sądzę, że wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż w wielu wypadkach owa cena jest typowym zagraniem marketingowym i przejawem chęci posiadania za wszelką cenę czegoś wyjątkowego, która w konfrontacji z uznanymi legendami czasem ma się nijak do rzeczywistości. Dlatego też będąc obeznanym z podobnymi przypadkami nasz portal potrafi oddzielić ziarno od plew i gdy coś nie spełnia zakładanych standardów, najzwyczajniej w świecie nie pojawia się na łamach Soundrebels. I gdyby brać pod uwagę jedynie powyższe założenia, zadanie opisywania tylko ciekawych komponentów wydawać by się mogło bardzo prostą czynnością. Tymczasem temat nie jest tak banalny, na jaki wygląda, gdyż schody zaczynają się w momencie próby oceny produktu już na pułapach kwotowych dla zwykłego Kowalskiego oferującego bardzo dobry współczynnik cena-jakość. Dlaczego? To proste. Gdy poruszamy się w dolnych rejonach cennika zwracamy uwagę na bardzo przyziemne z punktu widzenia poziomu High Endu tematy typu swoboda i naturalność dźwięku. Ja wiem, że to może kogoś zaboleć, ale gdy wkroczymy w naprawdę mający pojęcie o dobrym graniu zbiór urządzeń, przywołane niuanse prezentacji przestrzeni między-kolumnowej naszego ołtarza sprzętowego są swoistym elementarzem i tylko doświadczenie z podobnymi produktami pozwala nam spojrzeć na delikwenta od bardziej rygorystycznej strony. I właśnie to obycie jest w pewnym sensie gwarancją, że to co napiszemy na temat dzisiejszego bohatera, czyli najnowszej odsłony topowego dzielonego cyfrowego źródła, ukrywającego się pod oznaczeniami DP-950 i DC-950, japońskiego Accuphase’a będzie w miarę oddającym jego możliwości soniczne raportem. Zatem puentując ten akapit mam przyjemność zaprosić Was na małe sprawozdanie z niedawnego mitingu ze wspomnianym Japończykiem i przypomnieć, iż wizytę tytułowego duetu w naszych okowach zawdzięczamy znanemu z dystrybucji wielu ciekawych marek krakowskiemu Nautilusowi.
Temat przybliżania wyglądu produktów Accuphase jest o tyle niewdzięczny, że przy całej fantastyczności prezentacji organoleptycznej jest z drobnymi modyfikacjami kontynuowany przez większość oferty i próba jego zobrazowania musi otrzeć się o powielanie rozpoznawalnych przez każdego, choćby minimalnie zorientowanego w temacie, miłośnika dobrego brzmienia fraz. Jednak spełniając założenia kompletności testu jako takiego przypomnę, iż flagowy model ubrano w polakierowany na wysoki połysk, egzotyczny drewniany korpus, zaślepiony od przodu szampańskim odcieniem drapanego aluminium frontem. Naturalnie, to co napisałem jest tylko sygnalizacją wyniku zderzenia z rzeczywistością, gdyż śmiem twierdzić, iż kontakt bezpośredni dla wielu potencjalnych nabywców może być głównym impulsem zakupowym, bez względu na jakość prezentowanego dźwięku. Na szczęście nie mamy do czynienia z marką zaklinającą rzeczywistość tylko uznanym producentem, dlatego nawet zakup na podstawie samego wyglądu w tym przypadku nie byłby żadnym błędem. Kontynuując tę skrótową podróż po aparycji 950-tek należy wspomnieć, iż w trosce o spójność projektu wizualnego obydwa składające się na pełny zestaw komponenty są do siebie bliźniaczo podobne. Przy identycznym rozlokowaniu czarnych okienek informacyjnych o stanie urządzeń w centrum przedniej ścianki różnią się jedynie ilością podobnie zaimplementowanych pod wspomnianymi wyświetlaczami przycisków funkcyjnych i majestatycznie, bo bezszelestnie, wysuwającą się tacką na srebrne krążki. Oczywiście po zapoznaniu się z obydwoma produktami nie sposób ich pomylić, ale pierwszy rzut okiem może spłatać nam figla. Szybki research tylnego panelu napędu (DP-950) wielu użytkowników może trochę zdziwić, gdyż proponuje jedynie dwa standardy wyjść sygnału cyfrowego, w których skład wchodzą firmowy HS LINK i SPDiF bez złącza AES/EBU. Przechodząc do opisu pleców przetwornika cyfrowo-analogowego temat jego kompatybilności z potencjalną resztą toru audio jest zdecydowanie bogatszy. W tym przypadku oferta jest znacznie bardziej rozbudowana, gdyż w sekcji wejść oprócz sygnałów używanych przez napęd czyniąc przetwornik centrum dowodzenia kilkoma standardami przesyłu danych dostajemy do dyspozycji zapomniane w źródle gniazdo AES/EBU, trzy SPDIF, jedno USB i dwa OPITCAL-e. Bogactwo wyjść sygnału zaś zaspokajają pojedyncze terminale koaksjalny i optyczny. Oczywiście nie należy zapominać, iż obydwa urządzenia nie obędą się bez życiodajnych gniazd zasilających IEC.
Tak jak wspomniałem we wstępniaku pewne rzeczy, z racji naturalności ich występowania na tym pułapie cenowym sprawiają, że gdybym zaczął zagłębiać się w każdy, oczywiście z punktu widzenia dźwięku bardzo ważny jego element, dzisiejszy tekst osiągnąłby by rozmiary niestrawne nawet dla najwierniejszych czytelników. Dlatego też, dość skrótowo obrazując otrzymany efekt dźwiękowy jako clou tematu postaram się skorelować prezentowanego Japończyka z dwoma bardzo dobrze znanymi Wam jego bratankami, czyli chodzącego w lidze Accuphase dzielonego odtwarzacza CEC-a i ponad dwa razy tańszego, za to będącego moim recenzenckim punktem odniesienia kompletu Reimyo. Rozpoczynając pakiet ogólnych informacji na temat bohatera testu chyba nie zdradzę tajemnicy poliszynela, gdy potwierdzę fantastyczną zdolność kreowania przez niego sceny 3D z jej fenomenalnym oddaniem rozmiarów w zakresie szerokości, głębokości i oczywiście wysokości. To jest spektakl, po zaznaniu którego, świat nigdy nie będzie już taki sam. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wszelkie próby kopiowania na niższych pułapach cenowych jeśli nawet do niego się zbliżą, będą jedynie wyczuwalną na kilometr podróbką. Owszem, zawsze może się zdarzyć, iż dany słuchacz nie zaakceptuje sposobu prezentacji w domenie bliskiej źródła analogowego, ale wszelkie atrybuty typu budowanie swobodnego, a przy tym bardzo realistycznego spektaklu w wykonaniu kompletu 950-tek są swoistym Everestem. Analizując dalsze aspekty prezentacji fonii przez tytułowy zestawu Accu powiedziałbym, że przy całej ekspresyjności, zawartości mikro-informacji, gładkości i namacalności swoją opowieść przekazuje nam na trochę ciemniejszym niż mam na co dzień z mojego źródła ekranie. Ale natychmiast muszę dodać, iż podobnie wypada wspomniany na początku tego akapitu CEC, co wyraźnie pokazuje, że droga do naśladowania wzorcowego dla wielu miłośników dobrego brzmienia formatu analogowego wiedzie przez unikanie sztucznego rozjaśniania wirtualnej sceny, a to jest możliwe tylko w wypadku ponadprzeciętnej rozdzielczości danego urządzenia. Niestety wielu audiofilów bardzo często rozdzielczość utożsamia z rozjaśnieniem, gdy tymczasem oba określenia mają ze sobą niewiele wspólnego z pełną wiedzą osłuchanych osobników pewnej szkodliwości dla równowagi tonalnej dźwięku tego drugiego (czytaj rozjaśnionego). Innym, bardzo zbliżonym w obydwu przypadkach (Accu, CEC) aspektem brzmienia był bardzo homogeniczny, tryskający emocjami, ale za to rysowany nieco luźniejszą kreską obraz muzyczny. To oczywiście w odbiorze bardzo mocno przypominało mi dobre magnetofony i chyba taki cel leżał mu podstaw projektowania przywołanych konstrukcji, jednak w zderzeniu z moim wypracowanym przez lata, co nie oznacza, że przymuszającym kogokolwiek do naśladownictwa wzorcem (odtwarzacz Reimyo) mimo fantastyczności brzmienia minimalnie brakowało mi nieco wyraźniejszej krawędzi dźwięków. Nie, żebym narzekał, ale gdybym po osiągnięciu progu wypłacalności zdecydował się na zakup tytułowego odtwarzacza, drobnymi roszadami kablowymi próbowałbym nagiąć jego świat do moich preferencji. A czy w ogóle rzeczony Accuphase to moja bajka? Może początek odpowiedzi zabrzmi dziwnie, ale niestety z całą stanowczością i pewnego rodzaju smutkiem nieosiągalności muszę powiedzieć, że tak. Dlaczego? To postaram się objaśnić na przykładzie kilu propozycji płytowych. Na początek małe usprawiedliwienie. Mimo, iż znam szeroki wachlarz słuchanej przez naszych czytelników muzyki (od spokojnej muzyki dawnej, przez jazz, klasykę po szaleństwo rockowe, czy heavy metalowe), swój opis brzmienia testowanego zestawu przedstawię na przykładach według mnie pokazujących pełnie jego możliwości zaskarbiania serc słuchaczy romantyków, czyli szeroko rozumianej muzyki barokowej i chóralnej. Moja decyzja jest podyktowana dwoma aspektami. Jeden, to osobista fascynacja wymienionymi gatunkami, a drugi, fakt swobodnego poruszania się Marcina w gatunkach ocierających się o szaleństwo nutowe i częste wykorzystywanie ich do celów testowych. Jeśli to akceptujecie, zapraszam na kilka zdań o eteryczności przekazu dwu-pudełkowego Japończyka. Na rozgrzewkę przywołam spotkanie z niestety już nieżyjącą panią Mecredes Sosa i jej wersją “Mszy Kreolskiej”. Najbardziej znamiennym dla tego krążka jest utwór rozpoczynający całą kompilację. Słuchając go za sprawą fantastycznie oddanej monumentalnej wokalizy artystki, wielkości nadającego majestatyczności tej pieśni bębna i rozplanowanego w dalekich parcelach sceny muzycznej chóru mogłem przenieść się duchem na przecież będącą punktem zapalnym powstania tego nagrania realną mszę. Tak tak, to jest realizacja na tak zwaną setkę, gdzie nie ma miejsca na pomyłki, a kolejny, za sprawą marki Accuphase fantastyczny odsłuch potwierdził, iż takowe nie miały miejsca. Co ciekawe, w tym odtworzeniu, mimo bardzo dobrego obeznania się z prawie każdą nutą ani przez moment nie brakowało mi wytykanego kilka linijek wcześniej ataku strun gitary, czy bezkresnego wykończenia ich wybrzmiewania (tak zwane krawędzie dźwięków). Owszem, szybkie przejście na swój napęd pokazywało, gdzie tkwią różnice w tym co mam na co dzień i tym co słyszę podczas testu, ale jak sam przyznałem, to są moje preferencje, a nie jakiekolwiek braki pretendenta do laurów. Nie wiem, czy wypada mi się przyznawać, ale mimo wyimaginowanych oczekiwań otrzymałem na tyle ciekawie oddany spektakl, że mając testowanego Japończyka na stałe chyba nie zdecydowałbym się na jakiekolwiek wyostrzanie sławetnych krawędzi dźwięku. Kolejną sesją nagraniową była produkcja Christiny Pluchar zatytułowana “Via Crucis L’Apreggiata”. Muzykalność instrumentarium, zniewalający podczas śpiewania arii głos Philipe Jarousskiego i sama tematyka płyty spowodowały, że mimo założeń skrótowego potraktowania zaliczyłem ten krążek od deski doi deski. Mało tego. Dzięki fenomenalnej rozdzielczości zestawienia miałem nieodpartą ochotę kilkukrotnego pogłaśniania dobiegającej do mnie sakralnej muzy, a to ewidentnie pokazywało, iż tytułowemu Japończykowi temat zniekształceń jest całkowicie obcy, z czym wielu innych, występujących przed nim w procesie testowym zawodników często miało spore problemy. Niestety, ale to najprawdziwsza prawda. I gdyby nie fakt możliwości odtwarzania przez tytułowy tandem materiału SACD kolejne przykłady płytowe byłyby swoistą powtórką z rozrywki. Dlatego powoli zbliżając się ku końcowi skreślę kilka linijek informacji o wyniku odtwarzania krążków tłoczonych na złocie. Zanim jednak rozpocznę, muszę zaznaczyć, iż według mnie jakiekolwiek porównanie 1:1 obydwu protokołów (CD vs SACD) zarejestrowanych na jednym krążku jest trochę nieuprawnione, gdyż zwyczajnie często są to inne rejestracje tego samego wydarzenia, a w najlepszym przypadku całkowicie inne masteringi. Dlatego też, materiał nagrywany w wielkiej kubaturze kościelnej prawie zawsze lepiej wypadnie jako produkt gęsty, a wszelkie sesje studyjne jako CD. Owszem, ktoś powie, że nawet nagrywana w studiu scena dostaje wtedy rozmiarowego rozmachu, ale na podstawie moich obserwacji wynik wypada dość sztucznie, gdyż mocno zatracamy punktowość pozycjonowania źródeł pozornych z ich odczuwalnym rozmyciem. Ale proszę nie brać moich wywodów za niepodważalny aksjomat, tylko słuchajcie, jak Wam w duszy gra. Obcowanie z muzyką jest przecież pewnego rodzaju sprawianiem sobie przyjemności, dlatego tylko Wy jesteście uprawnieni do decyzji, co jest dla Was złe, a co dobre. Ale ad rem. Do penetracji możliwości zapisu wielokanałowego wykorzystałem twórczość Jordi Savalla i jego materiał zatytułowany “El Cant De La Sibil-La”. Efekt? Przyznam szczerze, gdyby oferta tego typu realizacji była tak bogata jak bardzo uwielbiany przeze mnie jazz, miałbym problem z posłuchaniem czegoś innego. Bardzo duży realizm bycia w kościele z jego zachowanymi w realnym czasie wszelkimi odbiciami od ścian i sklepienia wespół z ewidentnie niewielkimi w porównaniu z goszczącą muzyków kubaturą źródłami pozornymi według mnie wyraźnie pokazały przewagę warstwy SACD nad zwykłym CD. W tym przypadku był to nokaut soniczny, ale ku przestrodze przypominam o moim wywodzie o różnorodności wyników podobnych formatowych zderzeń. Co by jednak nie pisać, podczas analizy tego sparingu należy pamiętać, iż Jordi Savall w tej dziedzinie jest niekwestionowanym mistrzem i wynik był do przewidzenia. Dlatego też, nawet nie będąc miłośnikiem podobnych klimatów, w momencie wejścia w posiadanie testowanego dzisiaj dzielonego odtwarzacza Accuphase DP-950/DC-950, proponuję zapoznać się z tym wydawnictwem, a może okazać się, że do tej pory nie wiedzieliście jak wiele ciekawej muzy omijało was szerokim łukiem.
Opis dzisiejszego bohatera mimo swobodnego poruszania się w tych rejonach cennika był dla mnie dość ciężkim wyzwaniem. Z jednej strony w wartościach bezwzględnych wypadał fantastycznie, ale w starciu z osobistymi preferencjami miał kilka drobnych mankamentów. To oczywiście były jedynie drobne niuanse. ale chyba dzięki nim uniknąłem napisania będącego bezkrytycznym laniem wody na młyn dystrybutora poematu. Jednak bez względu na wszystko co wyartykułowałem, prezentowana dzielonka Accuphase bezsprzecznie zalicza się do ścisłej czołówki producentów audio i tylko osobiste, a rzekłbym nawet, że bardziej zastanej układanki sprzętowej oczekiwania soniczne mogą być wiarygodnymi sędziami podczas w decyzji zakupowej. Puentując ten co by nie pisać bardzo ciekawy, bo biorący pod rozwagę porównanie trzech produktów sparing powiem tylko tyle: CEC za sprawą zastosowania napędu paskowego w moim zestawieniu (pamiętajcie, że dany tor audio to bardzo ważny parametr podczas kompletowania zestawu) był minimalnie bliższy analogu i w przy materiale z płyty kompaktowej budował nieco głębszą wirtualną scenę muzyczną, za to Accuphase przy już fantastycznym odtwarzaniu materiału 16/44.1 resztę konkurencji nokautował prezentacją krążków SACD. Zatem co wybrałbym ja? Na to pytanie wolałbym nie odpowiadać, ale gdy padło zdradzę. Mimo, że od czasu zabawy z 950-ką minęło już trochę czasu, spektakl Jordi Savalla do dzisiaj nie pozostawia jakichkolwiek złudzeń.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus / Accuphase
Ceny:
DP-950: 99 000 PLN
DC-950: 99 000 PLN
Dane techniczne:
DP-950
Odtwarzane formaty: CD, SACD, DSD (DSF)
Osobne jednosoczewkowe lasery dla zapisu CD i SACD
Wyjścia cyfrowe: HS-LINK (RJ-45) (2.8224 MHz / 1 bit DSD), Coaxial (44.1 kHz / 16-bit PCM)
Pobór mocy: 16 W
Wymiary (SxWxG): 477 x 156 x 394 mm
Waga: 30,6 kg
DC-950
DAC: dwa ES9038PRO (po jednym na kanał)
Wejścia cyfrowe: HS-LINK (HS-LINK Ver. 2, RJ-45), AES/EBU, 3 x Coaxial, 2 x Optical, USB
Obsługiwane częstotliwości:
– HS-LINK Ver. 2: 32 kHz – 384 kHz/16 – 32 bit PCM, 2.8224 MHz – 5.6448 MHz /1 bit DSD
– AES/EBU, Coaxial: 32 kHz – 192 kHz / 16 – 24 bit PCM
– Optical: 32 kHz -96 kHz / 16 – 32 bit PCM
– USB: 44,1 kHz – 384 kHz/16 – 32 bit PCM, 2.8224 MHz – 11.2896 MHz /1 bit DSD
Wyjścia cyfrowe: Coaxial, Optical
Pasmo przenoszenia: 0.5 – 50,000 Hz
THD: 0.00045% (20 – 20,000 Hz)
Odstęp sygnał/szum: 122 dB
Dynamika: 119 dB
Napięcie wyjściowe: RCA 2,5 V | XLR 2,5 V
Pobór mocy: 31 W
Wymiary (SxWxG): 477 x 156 x 393 mm
Waga: 24,2 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15, Accuphase C-3850
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Accuphase P-7300
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Paradigm Persona 3F
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Siltech
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Siltech Emperess Crown, Siltech Triple Crown
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna: SOLID TECH, 2 szt. Thixar Silence Plus
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Patrząc na historię naszego magazynu a dokładnie pojawiające się na jego wirtualnych łamach recenzje bez trudu można zauważyć pewną prawidłowość. Chodzi mianowicie o nieobecność urządzeń sygnowanych przez dawnych hegemonów Hi-Fi, a przynajmniej marek, które jeszcze w latach 80-ych i 90-ych ubiegłego tysiąclecia budziły przyspieszone bicie serc rodzimych audiofilów. Jednak owa absencja nie bierze się bynajmniej z naszej złej woli, lecz jest niestety odzwierciedleniem rynkowych realiów. Przez prawie cztery lata istnienia SoundRebels niestety nie udało nam się natrafić na nic z portfolio majorsów mogącego nawiązać równorzędną walkę z ofertą małych i przez to wyspecjalizowanych audiofilskich manufaktur. Niby w tzw. międzyczasie o zaawansowanym stereo przypomniał sobie i Denon (PMA-2500NE, DCD-2500NE) i Yamaha (Seria S2100, S3000) a nawet ekshumowano legendarnego Technicsa (m.in. seria R1), to o ile w pierwszych dwóch przypadkach dystrybutorzy mając do wyboru dostarczenie topowych produktów ww. brandów i coś zdecydowanie bardziej wysublimowanego każdorazowo wybierali opcję nr. dwa, to przy Technicsie tyle razy napotykaliśmy opór materii białkowej (czyli czynnika ludzkiego), że w końcu machnęliśmy ręką. W powyższym gronie brakuje jednak jeszcze jednej marki, która niejako nierozerwalnie kojarzy się ze zmianami ustrojowymi w naszym kraju i prawdziwym boomem na nieco wyższej klasy aniżeli diorowsko – kasprzakowskie domowe zestawy audio. Mowa oczywiście o Marantzu, którego nieśmiałe próby przebicia się na naszych łamach już odnotowaliśmy pod postacią zestawu słuchawkowego Sonus faber Pryma Carbon + Marantz HD-DAC1. Niby jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale skoro udało się z DACo-słuchawkowcem to cierpliwie wyczekiwaliśmy na odpowiednią chwilę i gdy taka nastała czym prędzej przygarnęliśmy na testy gorącą nowość – topowy odtwarzacz SA-10.
Patrząc na tytułowy odtwarzacz i starając się opisać jego wzornictwo, szczególnie w wersji szampańsko – złotej, w jakiej został dostarczony do naszej redakcji, uczciwie trzeba stwierdzić, że wygląda wprost obłędnie. Już z daleka widać, ze nie jest to budżetówka aspirująca do miana High-Endu, lecz flagowiec, który temu segmentowi został przeznaczony i z myślą o nim zaprojektowany. Trzyczęściowa, masywna ściana przednia składa się z dwóch zwężających się ku krawędziom łukowatymi krzywiznami profili i nieco jaśniejszego od reszty korpusu płata centralnego mieszczącego nie tylko szufladę napędu, przyciski funkcyjne i ukryty za czarnym akrylem wyświetlacz, lecz również biegnące wzdłuż krawędzi pionowych podświetlone na fioletowo-niebiesko listwy led. Uwagę zwraca gniazdo słuchawkowe z dedykowanym potencjometrem głośności.
Tył odtwarzacza aż bije po oczach naturalną „rudością” miedzianej blachy na której umieszczono zdublowane (RCA/XLR) wyjścia analogowe, standardowe wyjścia cyfrowe (Optical/Coaxial) i zdecydowanie bardziej imponującą baterię cyfrowych wejść w skład których wchodzą gniazda optyczne, koaksjalne i para terminali USB (typu A i B). Całości dopełniają we/wyjścia na zewnętrzne sterowanie i dwubolcowe (?) gniazdo IEC.
Od strony technicznej SA-10 jawi się niczym kamień milowy nie tylko w katalogu Marantza ale i wyznaczający, wskazujący kierunek w jakim powinna podążać branża, bowiem zamiast zdać się na łaskę i niełaskę tanich i na wskroś plastikowych napędów DVD-ROM zastosowano w nim zupełnie nowy i właśnie jemu dedykowany transport SACD-M3. Pozwala on na odtwarzanie nie tylko płyt CD/ SACD, ale również plików audio zapisanych na krążkach CD-R/RW i DVD-R/RW, jednak to dopiero początek atrakcji. Prawdziwy potencjał 10-ki drzemie bowiem w technologii Marantz Musical Mastering – Stream odpowiedzialnej za upsampling danych zarówno pozyskanych z napędu, jak i zewnętrznych źródeł cyfrowych do postaci DSD256 (11,29MHz) a następnie jego przetwarzanie i przesył do wyjść analogowych na drodze Marantz Musical Mastering – Conversion. Jakby tego było mało nad całością pieczę sprawują dwa dedykowane zegary (Dual Crystal Clock). Nie zabrakło również układów HDAM, w tym dedykowanych słuchawkom i zamkniętego w miedzianym sarkofagu transformatora toroidalnego.
Zanim przejdziemy do sekcji poświęconej brzmieniu pozwolę sobie jeszcze na kilka uwag natury użytkowej. Po pierwsze spieszę donieść, że błękitną iluminacje można oczywiście wyłączyć, co powinno ucieszyć spore grono naszych czytelników, którym ta kwestia spędzała sen z powiek. Niestety jest też zła wiadomość, gdyż wraz z gencjanową poświatą wygaszamy również wyświetlacz. Po drugie warto się przyzwyczaić, że Marantz na komendy wydawane czy to z pilota, czy z samego frontu reaguje z nazwijmy to dostojeństwem, czyli od naciśnięcia przycisku do momentu reakcji mija dłuższa chwila.
No i wreszcie najważniejsze, czyli jak SA-10 gra, bo nie da się ukryć, że gra i robi to z niewymuszonym dźwiękiem. Od razu zaznaczę, że pomimo tego, że mamy do czynienia z naszpikowanym najnowocześniejszymi technologiami flagowcem, przy projektowaniu którego korporacyjna księgowość została wysłana na team building na jakimś odludziu, próżno doszukiwać się w jego brzmieniu jakichkolwiek znamion wyczynowości. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć, gdyż wszystko jest na swoim miejscu i wszystko się zgadza, ale w momencie pojawienia się SA-10 w naszych recenzenckich zapowiedziach zaobserwowaliśmy pewne dość niepokojące objawy euforii i ewidentnego „pompowania” oczekiwań w stosunku do tytułowego odtwarzacza. Z biegiem czasu można było odnieść wręcz wrażenie, że oto na rynku pojawiło się coś, co rozniesie w perzynę jeśli nie wszystko, to przynajmniej większość z tego, co ludzkość do tej pory słyszała. Otóż drodzy Państwo proponuję czym prędzej spuścić z balonika powietrze i zejść na ziemię, bo może i na tle pozostałych członków rodziny Marantza SA-10 jawi się niczym Święty Graal, to czy tego chce, czy nie w świecie realnym będzie musiał się z mierzyć z konkurencją używają języka ringu „chodzącą w zdecydowanie cięższej wadze”. Mówiąc wprost i nie owijając w bawełnę oferta Marantza kończy się tam, gdzie co poniektórych nawet się nie zaczyna. Wszystko to piszę jednak nie po to, by 10-kę zdeprecjonować, co raczej urealnić pokładane wobec niej oczekiwania a tym samym zaoszczędzić ewentualnych rozczarowań.
Zacznijmy zatem od wspomnianego braku wyczynowości, gdyż zarówno w pierwszej, jak i w kolejnych chwilach odsłuchu trudno znaleźć w brzmieniu Marantza jakikolwiek aspekt wybijający się przed szereg i niejako zachęcający do skupieniu na sobie uwagi. Liczy się bowiem całość i spektakl jako taki a nie wyrwane z kontekstu dźwięki, czy partie pojedynczych instrumentów. Góra jest gładka i detaliczna, z odpowiednią ilością szczegółów i napowietrzenia. Informacje o akustyce pomieszczeń, w jakich dokonywano nagrań są czytelne, lecz zarazem nieprzesadzone. Nie przypominają znanych z samplerów hangarów i dworcowych poczekalń niekończących się pogłosów, szmerów i innych bliżej nieokreślonych atrakcji. Tutaj wszystko jest konkretne, precyzyjnie kreślone dość cienką i pewnie prowadzoną kreską płynnie przechodzącą w równie wyważoną średnicę i konturowy, nieźle zróżnicowany bas. Do głosu dochodzi też zaimplementowana w trzewiach technologia i upsampling wszystkich strumieni do postaci DSD256 i pewne może niezbyt oczywiste, lecz na dłuższą metę zauważalne uśrednienie przekazu. Niby różnice między CD a SACD i wysokorozdzielczymi plikami dsf / dff są słyszalne, to jednak różnica ani nie poraża, ani tym bardziej nie jest kolosalna. Ot, jest lepiej, ale wszystko w granicach rozsądku. Dla porównania tylko dodam, że odnotowane podczas odsłuchów Marantza zmiany nie miały intensywności i skali tych, jakie mogę na co dzień wyłapywać przy użyciu mojego dyżurnego Ayona CD-35. Japończyk w porównaniu z Austriakiem wypadał w sposób zdecydowanie bardziej stonowany i zachowawczy. Nie był ani tak dynamiczny, nasycony, czy rozdzielczy, ale w spokoju i zrównoważeniu zaobserwować można było ewidentną konsekwencję – pomysł na muzykę.
W takiej właśnie konwencji stoickiego spokoju wybornie prezentowała się np. klasyka. Album „Mozart: Violin Concertos Nos 1, 5 & Sinfonia concertante” Vilde Frang czarował nieco obniżonym środkiem ciężkości a przez to skupiał uwagę słuchaczy na wydarzeniach w środku pasma i przyjemnie masował trzewia basowymi pomrukami. Rozdzielczość przy tak wieloplanowej realizacji była na zadowalającym poziomie i trudno byłoby się do czegoś przyczepić, gdyby nie bezpośrednie porównanie z droższą konkurencją jasno pokazujące, że w tej materii można osiągnąć „nieco” więcej. Pytanie tylko, czy do takiego porównania w przypadku Marantza w większości przypadków dojdzie, bo na tle niżej urodzonego rodzeństwa prezentuje się niczym Pendolino przy kolejce Piko, za to w przypadku również znajdującego się w dystrybucji Horna dyskofonu Audio Research CD6 perspektywa konieczności dołożenia kolejnych 20 tys. PLN nader skutecznie ostudzi zapał odwiedzających firmowe salony klientów.
Na nieco bardziej spontanicznym a zarazem ograniczonym do niewielkiego składu jazzie SA-10 stawiał na możliwie homogeniczny i spójny przekaz z delikatnie zawoalowaną górą tonizującą poczynania dęciaków i przyjemnie zaokrąglonymi najniższymi tonami dającymi sekcji rytmicznej spore pole do popisu. „Change Of The Century” Ornette Colemana wypadło na tyle dystyngowanie i rzekłbym nawet bezpiecznie, że z Marantzem w torze z powodzeniem nadawało się jako „podkład” do rodzinnego, niedzielnego obiadu. Wystarczyło tylko nieco zejść z głośnością i całość stworzyła niebanalne, lecz dalekie od wymagającego skupienia tło muzyczne. Przestrzeń mieszkalną wypełniała wtenczas muzyka stanowiąca coś na kształt jednego z elementów wystroju, klimatu tamże panującego.
Marantz SA-10 to bez wątpienia najbardziej zaawansowany technologicznie i najlepszy pod względem brzmieniowym odtwarzacz japońskiego producenta. Nie dość, że jest w stanie zagrać praktycznie wszystko, co tylko zapiszemy na srebrnych krążkach, to z dziecinną łatwością poradzi sobie również z dostarczonymi do jednego z wielu cyfrowych wejść jakimi dysponuje strumieniami danych. W dodatku za każdym razem odczytanym bitom zafunduje kurację upsamplingu do postaci DSD, którą dodatkowo możemy wedle własnego widzimisię modelować udostępnionymi przez producenta filtrami. Wygląda przy tym tak, że gdyby nie dość mało wysublimowane błękitne podświetlenie (czyżby ukłon w stronę miłośników Shanlinga) spokojnie można byłoby go stawiać np. obok podstawowych modeli Accuphase’a i wybór między nimi wcale nie byłby taki oczywisty. Dlatego też chociażby z czystej ciekawości warto wziąć SA-10 na weekend do domu i na spokojnie zweryfikować, czy spokój i liniowość prezentacji jakie reprezentuje nie są właśnie tym, czego w muzyce szukamy.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35; Musical Fidelity Nu-Vista CD
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Lumin U1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC: Cayin iDAC-6
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audio Analogue Maestro Anniversary
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Patrząc na bohatera dzisiejszej recenzji gołym okiem widać iż ni mniej ni więcej, ale będziemy dywagować o swojego rodzaju ikonie audiofilizmu. Ktoś jest przeciw? Mam nadzieję, że nie. Jednak jeśli jakiś osobnik w swojej nieomylności twierdzi, iż takie określenie zarezerwowane jest tylko dla segmentu High End-u, według mnie nie za bardzo wie, o czym mówi i nie mam zamiaru krzyżować z nim szpad. Zatem pomijając tych niezorientowanych gdybym zapytał Was, co wspólnego ze światem motoryzacji – dla przykładu weźmy marki Mercedes i Volkswagen – ma będący naszym hobby świat audio, po ostatnimi czasy modnych wspólnych projektach obydwu działów gospodarki nasuwa się jedna, bardzo prosta odpowiedź. Oczywiście temat nagłośnienia przez kwiat marek High Endu topowych wersji czterokołowych bolidów zwanych samochodami. Jednak gdy po tak banalnej odpowiedzi jeszcze raz zapytam: „To wszystko?”, kolejna odpowiedź wydaje się być wielkim znakiem zapytania. Tymczasem, jeśli ktoś choćby minimalnie orientuje się w osiągnięciach tytułowej marki, z łatwością odpowie, że chodzi o nic innego, jak o jej przysłowiowy „Palec Boży”. Nadal nie wiecie o czym prawię? Już wyjaśniam. To nie są moje urojenia, gdyż podobnie jak w przypadku marek motoryzacyjnych proces doszlifowania pojazdów pod kątem osiągów przejmują wyspecjalizowane stajnie typu AMG i Carmann, tak japońskiego Marantza natychmiast łączymy z Kenem Ishiwatą. I choć prezentowana dzisiaj nowość Japończyków nie nosi stosownej końcówki „KI” w oznaczeniu modelu, z doniesień prasowych wiadomo, iż wspomniany sensei jest ojcem wielu rozwiązań układów wewnętrznych tego przedsięwzięcia. Zatem gdy trochę na około, ale temat dzisiejszej rozprawki został znacznie przybliżony, mam przyjemność zaprosić wszystkich na kilka akapitów o najnowszym dziele marki Marantz w postaci odtwarzacza CD/SACD o symbolu SA-10, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się warszawski Horn.
Tytułowe źródło, jak przystało na przykładającego duże znaczenie do fantastycznej prezentacji Japończyka jest typowym przykładem udanego połączenia ognia z wodą. Jak to możliwe? Poroszę spojrzeć na załączone fotografie a Waszym oczom z jednej strony ukaże się emanujący bogactwem odcień szampańskiego złota obudowy, a z drugiej mimo dostępności większości funkcji z poziomu przedniego panelu dostajemy bardzo spokojny projekt wizualny. Począwszy od frontu zauważamy, iż przy podziale na trzy płaszczyzny do celów użytkowo-informacyjnych wykorzystano jedynie jego centralną część. Zewnętrzne zaś łamiąc potencjalną monotonność płynnym łukiem odchylają się ku tyłowi. Ale to nie koniec zabiegów wizualnych, gdyż wykonany techniką frezowania wyraźny podział na trzy parcele postanowiono podświetlić na ekstrawagancki błękit. Trochę odważnie, nie sądzicie? Ale zawczasu uspokajam, mimo dużych obaw, w bezpośrednim kontakcie pomysł prezentuje się bardzo korzystnie. Uzupełniając pakiet danych o centralnym panelu obsługi należy wspomnieć jeszcze o zaimplementowanym w jego centrum, uzbrojonym w cztery przyciski okienku informacyjnym, znajdującej się tuż nad nim szufladzie dla srebrnych krążków i kilku okrągłych włącznikach wespół z gniazdem słuchawkowym tuż pod nim. Gdy przeniesiemy wzrok na awers urządzenia, naszym oczom ukaże się znana z wszystkich namaszczanych przez Kena I. urządzeń, bogato wyposażona miedziana płaszczyzna pleców. Znajdziemy tam zestaw wejść i wyjść cyfrowych w standardzie COAXIAL, OPTICAL i dwóch rodzajach USB, terminale wyjścia analogowego w odmianie RCA/XLR i gniazdo zasilania. Jak widać, niby minimalizm, ale w pełni satysfakcjonujący nawet najbardziej wymagającego audiofila.
Jak wspominałem we wstępniaku, prezentowany dzisiaj model Marantza mimo, że w nazewnictwie nie posiada stosownego exlibrisu Kena Ischiwaty, jest jego najnowszym dzieckiem. To zaś już na starcie sprawia, iż porzeczka oczekiwań przez wielu fanów zostaje zawieszona bardzo wysoko. Oczywiście poziom na jakiej się znajduje w dużej mierze zależy od wtajemniczenia konkretnego odbiorcy, jednak jakby na to nie patrzeć, oczekiwania świata audio sprecyzowane są w domenie dużych. Na szczęście mój poziom odniesienia jest na tyle wyrafinowany, że bez najmniejszej emocjonalnej zadyszki pozwolił patrzeć na poczynania pretendenta do laurów, a to sprawiło, iż w każdej minucie testu byłem w stanie zachować zimną krew. Zatem, jak wypadła SA- dziesiątka? Rozpocznę od oceny na wyjeździe, czyli wizycie w Warszawskim Klubie Audiofila i Melomana. To jest mój zwyczajowy ruch, gdyż pozwala mi spojrzeć na opiniowany komponent przez pryzmat tak tańszych, jak i droższych konkurentów. Rozpoczynając miting od walorów szampańsko-złotego Japończyka na starcie zwracam uwagę na przemyślany dobór współpracującej z nim elektroniki. I nie jest to podyktowane li tylko jej jakością – oczywiście to również jest bardzo istotne, ale także osadzeniem w masie i barwie. Dlaczego? Ano dlatego, że gdy w KAIM-ie Marantz wypadł nieco zbyt zwiewnie i jasno, co musieliśmy korygować stosownym okablowaniem, to w starciu domowym zdawał się być trochę zbyt ciemny. Oczywiście specjalnie przejaskrawiam obydwa przypadki, ale tylko w celu wyraźnego pokazania jego prawdziwego „ja”, a nie rytualnego punktowania niedociągnięć sonicznych. Nie będę rozpisywał się na temat przygody klubowej, tylko w telegraficznym skrócie powiem, że po próbie kablowej synergizacji z zastanym systemem przekaz nabrał duży pakiet oznak przyjazności w odbiorze, ale kosztem odczucia pewnej matowości. Niestety, tak już jest, że jeśli dostrajaniem systemu walczymy o barwę i masę, w konsekwencji tracimy na jego wyrazistości. Tak już jest i należy się z tym pogodzić. Ale jak wiemy, regułę zawsze potwierdza wyjątek, a ten spełniając wszelkie założenia miał miejsce podczas mojej odsłony recenzji. O co chodzi? To może wydać się niedorzeczne, ale kluczowym słowem jest rozdzielczość. Ale nie często określane jako rozdzielczość rozjaśnienie, tylko zwiększenie witalności dźwięku poprzez dodanie do niego dodatkowego pakietu informacji. I taki właśnie przypadek miał miejsce podczas oceniania dzisiaj opisywanego Marantza w rozgrzewkowej kompilacji z prawie szczytowymi kablami amerykańskiej marki Transparent OPUS. To było co prawda trochę trącające mezaliansem, ale prawdziwe pięć minut tytułowej japońskiej SA – dziesiątki. Bez najmniejszego rozjaśnienia, czy przyciemnienia tylko świeżość, muzykalność i energia do grania sprawiły, że po raz kolejny od dechy do dechy z dużym zainteresowaniem przesłuchałem kilka do znudzenia ogranych płyt. I co ważne, byłem tym odsłuchem bardzo pozytywnie zaskoczony, żeby nie powiedzieć w pełni ukontentowany. Ale zejdźmy na ziemię i skupmy się na tym, jak na tle kilku przykładów płytowych testowany odtwarzacz płyt kompaktowych wypadł w mojej konfiguracji kablowej. Jak zaznaczyłem kilka strof wcześniej, w domowym starciu ciężar muzyki przesunął się o pół tonu niżej. To w przypadku osobistego stawiania na ciężar i mocne osadzenie w barwie słuchanej muzyki nie rodziło większych problemów, jednak dla pełnej satysfakcji podmieniłem set drutów sygnałowych z japońskich Hijiri na angielskie Tellurium Q. W efekcie dostałem zastrzyk światła na scenie, nieco szybkości i za sprawą gładkich anglików szczyptę homogeniczności. Jednego, czego na tym pułapie cenowym przywołanego okablowania nie udało się całkowicie wyeliminować, to podobnie do wizyty w klubie uczucie ograniczenia otwartości. Na szczęście po szybkiej akomodacji ów niuans odchodził w niepamięć, ale będąc rzetelnym nie mogę o tym nie wspomnieć. Na pierwszy ogień poszły realizacje CD, których godnie reprezentowała Christina Pluhar z krążkiem ”Via Circus”. Miłośnicy tego rodzaju muzyki wiedzą, że w tym dziele główną rolę odgrywa kontratenor w osobie Philippe’a Jaroussky’ego. I wiecie co, może ze względu na minimalne ograniczenia blasku nie był to idealnie dorównujący mojemu źródłu pokaz, ale przy pełnych ekspresji, śpiewanych całym zasobem płuc frazach wokalnych Philippe’a kilkukrotnie udało mi się osiągnąć bardzo ciekawy stan emocjonalny, a to po przywołaniu codziennego wzorca nie jest łatwym zadaniem. Przyglądając się sonicznemu rysowi tego krążka wspomnę jeszcze o instrumentarium, które mimo kablowej kalibracji nadal zdradzało oznaki większego ciężaru i odczuwalnego lekkiego chłodu. To zaś powodowało, że gdzieś w ferworze walki z przeciwnościami losu typu „ograniczona otwartość grania” trochę gubiłem końcówki wybrzmień poszczególnych źródeł dźwięku. Ale przypominam, konfrontujemy urządzenia, które dzieli trzykrotność ceny, dlatego analizując mój opis proszę dobrać odpowiednie filtry. No dobrze, muzyka dawna w dobrej realizacji dla wielu jest ciężkim orzechem do zgryzienia, dlatego na kolejną potyczkę wybrałem coś z lekkiego rocka, czyli grupę Coldplay z kompilacją „Parachutes”. I proszę. Nagle okazało się, że ten rodzaj muzyki wspomniane wcześniejsze bolączki omijał szerokim łukiem i tandem Marantz/Reimyo czerpał ze sznytu grania tego pierwszego pełną soniczną piersią. Cięższe gitary i stopa spychając na bok wrażenie krótszego wydźwięku ewidentnie pokazywały, że nie są jedynie chwilowo pojawiającymi się generatorami fal akustycznych, tylko pełnoprawnymi uczestnikami tego muzycznego przedsięwzięcia. Owszem, wnikliwe porównanie jeden do jedngo z moją dzielonką nadal pokazało pewien jakościowy dystans pomiędzy sparingpartnerami, ale w tym przypadku było to zdecydowanie mniej odczuwalne. Po kilku podobnie wypadających pytach z materiałem 44.1 kHz. przyszedł czas na słuchanie muzyki z protokołu SACD. To podejście rozpoczął Jordi Savall i jego aranżacja pieśni do Sybilli w oryginalnej pisowni zatytułowana „El Cant De-La Sibil-La” . To, jak zdajecie sobie sprawę, po raz kolejny była wymagająca wyrafinowania od sprzętu muzyka dawna, jednak w tym przypadku za sprawą sposobu zapisu i odczytu materiału muzycznego (SACD) otrzymałem zdecydowanie większy realizm bycia w kubaturze sakralnej. Tak prezentowany świat zdawał się mówić, że projekt muzyczny Jordiego dzieje się tu i teraz , a nie jest sztucznie odgrzewanym kotletem. Co więcej, dotychczas nie opisywane przeze mnie tematy budowania wirtualnej sceny tak w głąb, jak i w szerz teraz bardzo mocno zbliżyły się do tego co potrafi mój cedek. Ale fani formatu SACD wiedzą, że taki bonus jest tutaj standardem, dlatego też bez względu na osobisty, nie do końca sprecyzowany do niego stosunek sądzę, iż z takimi gratisami ma przed sobą świetlaną przyszłość, co wydaje się wróżyć powrót potrafiących rozkodować gęste pliki źródeł, których przedstawicielem jest testowany dzisiaj Marantz SA-10.
To był bardzo owocny w kilka zaskakujących spostrzeżeń test. Mam nadzieję, że przytoczone wnioski pozwolą trafnie określić, czy to jest temat dla Was, czy należy próbować gdzie indziej. Co wydaje się być determinującym, to odpowiednie sprecyzowanie walorów brzmieniowych potencjalnej układanki, gdyż Marantz jak kameleon bardzo łatwo potrafi zmieniać ubarwienie swoich szat. Gdy w założeniach przed-testowych wydawało się, że tak w klubie, jak i u mnie wyniki powinny się pokrywać (oba zestawienia są bardzo muzykalne), w konsekwencji dążenia obydwu układanek do barwy z całkowicie innego bieguna SA-10 raz wypadł zbyt szczupło, a raz nieco ciemno. To oczywiście nie przeszkodziło w dostrojeniu dźwięku do mieszczącego się w ramach oczekiwań kanonu barwowego, ale jak zawsze okraszone zostało pewnymi przywarami. Dlatego po raz kolejny zwracam uwagę na potraktowanie sprawy bardzo poważnie, a wówczas już na starcie dźwięk będzie na tyle ciekawy, że ostateczny drobny szlif okablowaniem nie spowoduje niechcianych artefaktów. A gdy tak się stanie, już format CD pozwoli na pełną asymilację z prezentowanym światem muzycznym, a tak hołubiony przez wielu melomanów protokół SACD z pewnością będzie w stanie Was tam przenieść.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Horn
Cena: 29 995 PLN
Dane techniczne:
Obsługiwane częstotliwości:
– USB-B: DSD 2.8 – 11.2 MHz /1 bit; PCM 44.1 – 384 kHz / 16 – 32 bit
– Coaxial/Optical: 44.1 – 192 kHz / 16 – 24 bi
Obsługiwane formaty audio (USB-A): dsf / dff (2.8-5.6 MHz), WAV (44.1 – 192 kHz), FLAC (44.1 – 192 kHz), ALAC (44.1 – 96 kHz), AIFF (
44.1 – 192 kHz), MP3, WMA, AAC (44.1 – 48 kHz/32 – 320 kbps)
Pasmo przemnoszenia:
– SACD: 2 Hz ~ 60 kHz (-3 dB)
– CD: 2 Hz ~ 20 kHz (±1 dB)
Odstęp sygnał/szum (S/N Ratio):
– SACD: 112 d B
– CD: 104 dB
Dynamika:
– SACD: 109 dB
– CD: 98 dB
Całkowite zniekształcenia harmoniczne(THD):
– SACD: 0.0008 % (1 kHz)
– CD: 0.0015 % (1 kHz)
Separacja między kanałami:
– SACD: 105 dB
– CD: 100 dB
Wejścia cyfrowe: Optical, Coaxial, USB-A, USB-B
Wyjścia cyfrowe: Optical, Coaxial
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
Wyjście słuchawkowe: 140 mW @ 600 Ω / 330 mW @ 250 Ω / 710 mW @ 100 Ω
Pobór mocy: 50 W (0.3 W w trybie Standby)
Wymiary (S x W x G): 440 x 419 x 127 mmm
Waga: 18.4 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ, Transparent OPUS
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowszy odtwarzacz Ayona oznaczono symbolem CD-35. Nazwa sugeruje, że jest to „kolejny ayonowy odtwarzacz CD z górnej półki”, ale rzut oka do instrukcji ujawnia, że nie tylko. Po raz pierwszy w swojej historii austriacki producent proponuje bowiem urządzenie czytające także płyty SACD. W dodatku mózg firmy, Gerhard Hirt, z właściwym sobie poczuciem humoru twierdzi, że „odczyt SACD jest tu niejako produktem ubocznym, wynikającym z konwersji standardowych płyt do postaci DSD, co i tak wymagało zastosowania modułów przetwarzających dane tego typu”. W dodatku jest to urządzenie zaprojektowane całkowicie od nowa, a więc bez rozwiązań z ostatnich modeli: 3sx i 5x, co na pierwszy rzut oka mogłaby sugerować nazwa. Budowa CD-35 jest modułowa, dzięki czemu będzie można go zamówić w różnych wersjach (Standard, Preamp oraz Signature) a także łatwo zmodyfikować w przypadku konieczności dokonania upgrade’u w przyszłości. Wersja Preamp wyposażona jest w poczwórny analogowy regulator głośności i 3 dodatkowe wejścia liniowe, a Signature – w ultra-szybkie moduły konwertujące nagrania PCM (do 24 bit / 192 kHz włącznie) do DSD 128x lub 256x – czyli identycznie jak w przypadku najnowszego streamera S-10 – oraz w high-endowe kondensatory Mundorf Silver/Gold. Sam producent przyznaje, że udało mu się skonstruować urządzenie znacznie lepsze od każdego poprzedniego odtwarzacza ze swojej oferty, i to nie tylko pod względem zastosowanych komponentów oraz brzmienia (przedpremierowe odsłuchy i opinie mówią o „wyciąganiu niesamowitej głębi z krążków CD” oraz „referencji niezależnie od odtwarzanego formatu”), ale także biorąc pod uwagę finanse. W Polsce oferowane będą dwie opcje: Standard (32 900 zł), oraz Signature (39 900 zł), a za opcję upgrade’u wersji podstawowej do Preamp trzeba dopłacić 2 200 PLN.
Pomimo dochodzących od dłuższego czasu do naszych uszu pogłosek o śmierci formatu CD srebrna płyta jakoś niespecjalnie się nimi przejmuje i ma się całkiem dobrze. Co prawda sprzedaż powoli spada, ale o ile nowe wydania zdecydowanie lepiej „schodzą” na winylach i w formie plików, bądź coraz powszechniejszego streamingu, to nie ma co zaklinać rzeczywistości i twierdzić, że zalegających w naszych domach setek a czasem i tysięcy zgodnych ze specyfikacją Red Book dysków dajmy na to od najbliższego poniedziałku ruszać i słuchać nie będziemy. Biorąc zatem pod uwagę, że może w najbliższych kilku latach nasze płytoteki nie będą zwiększały swojej objętości z taką dynamiką jak dotychczas, to jednak cały czas będziemy chcieli z już zgromadzonych zbiorów wycisnąć jak najwięcej się da. Można oczywiście wylewać dziecko z kąpielą i tak jak Linn strzelić przysłowiowego focha zaprzestając produkcji odtwarzaczy nośników fizycznych (pomijając gramofony) a przy tym wykazywać się swoistą niekonsekwencją i nadal takowe nośniki oferować. Drugim i niewątpliwie nieco mniej kontrowersyjnym pomysłem na to, by jeszcze coś w tym segmencie rynku zdziałać jest gra na emocjach nabywców i podświadome sugerowanie, że jeśli kupować odtwarzacz CD to teraz jest już ostatni dzwonek, a później będzie na taki ruch za późno … wprowadzając do sprzedaży (ostatniego) Mohikanina, jak to zrobił norweski Hegel ze swoim Mohicanem.
Są też jednak i tacy, którzy niczego nie skreślają, nie wieszczą końca znanego nam do tej pory świata i nie ogłaszają cyfrowej apokalipsy a jedynie starają się, by ich najnowsze produkty nie tylko łączyły przeszłość z teraźniejszością, ale i śmiało wybiegały w przyszłość. Do tego grona z pewnością można zaliczyć austriacką markę Ayon, której właściciel – Gerhard Hirt uważnie obserwuje zmieniającą się rzeczywistość w jakiej przyszło nam żyć, wyciąga z poczynionych obserwacji wnioski i co jakiś czas wbija przysłowiowy kij w mrowisko pokazując światu swoje nowe dzieło. I z takim przejawem kreatywności mamy właśnie do czynienia właśnie teraz. Panie i Panowie, oto Ayon CD-35, czyli „wszystkomający”, inaugurujący czwartą generację urządzeń odtwarzacz CD/SACD, DAC i przedwzmacniacz w jednym.
Skupiając się na szacie wzorniczej CD-35 trudno dodać cokolwiek do tego, co zostało już powiedziane, napisane i zobaczone przy okazji testów, odsłuchów i macania poprzednich modeli. Po co bowiem zmieniać coś, co nie dość, że poprzez swoją charakterystyczną bryłę zdążyło już zdobyć rozpoznawalność na światowych rynkach a dzięki iście pancernej budowie sympatię nabywców. Dlatego też po raz kolejny mamy do czynienia z zaokrąglonymi na rogach i świetnie dopasowanymi na wszystkich powierzchniach masywnymi profilami ze szczotkowanego aluminium stanowiącymi korpus majestatycznego top-loadera zwieńczonego masywną, akrylową pokrywą.
Ponieważ w jego trzewiach znajdziemy lampy i to nie tylko pracujące w stopniu wyjściowym (po jednej 5687 i 6H30 na kanał), ale również w zasilaniu (prostownicza GZ30) nie dziwi obecność zarówno na płycie górnej, jak i ścianach bocznych zabezpieczonych eleganckimi, chromowanymi siatkami otworów wentylacyjnych poprawiających cyrkulację powietrza i termiczny komfort pracy urządzenia. Skoro już jesteśmy przy trzewiach to wspomnę jeszcze, że tym razem w roli przetwornika użyto kości AKM „VERITA” AK4490EQ oferującej nie tylko obsługę sygnałów PCM 768kHz/32-bit, ale i DSD256(11.2MHz). Za zasilanie odpowiadają dwa transformatory R-Core, z czego jeden dedykowany jest wyłącznie układom analogowym a drugi cyfrowym. Ponadto
wersja Signature, czyli taka jaka dotarła do nas na testy może się pochwalić kondensatorami Mundorf Silver/Gold. Jednak najwięcej pracy i czasu (prawie trzy lata) pochłonęło napisanie, okiełznanie i zaimplementowanie stworzonego przez StreamUnlimited dedykowanego CD-35 oprogramowania.
Wychodząc na powierzchnię warto wspomnieć, że oprócz ww. akrylowego wieka płytę na napędzie utrzymuje niewielki i lekki magnetyczny docisk ozdobiony emblematem SACD. Odwołanie do tego formatu znajdziemy również wśród otoczonych rubinowymi aureolkami przyciskach funkcyjno-nawigacyjnych, które tradycyjnie znalazły się na płycie górnej.
Ściana przednia, jak to zwykle w przypadku austriackich top-loaderach bywa może pochwalić się jedynie centralnie umieszczonym krwistoczerwonym wyświetlaczem, firmowym logotypem po lewej i oznaczeniem modelu po prawej stronie. Słowem pełen minimalizm, którego nie zaburza nawet główny włącznik sieciowy umiejscowiony od spodu, w okolicy lewej przedniej nóżki. Wszelkie ograniczenia nie dotyczą za to panelu tylnego, który po prostu oszałamia bogactwem dostępnych funkcji i możliwości. Mamy zatem wyjścia analogowe w wersji RCA i XLR, sekcję wejść analogowych, gdzie w przeciwieństwie do trzech par RCA obecnych w CD-3sx znalazły się dwie pary RCA i para XLRów. Wyjście cyfrowe jest pojedyncze – coaxial, za to wejścia przyprawiają o zawrót głowy. Do wyboru jest bowiem koaksjalne, AES/EBU, BNC, I2S, USB i dedykowane DSD potrójne BNC. Nie zabrakło również charakterystycznych dla Ayona hebelkowych przełączników umożliwiających wybór wzmocnienia (High/Low), trybu pracy stopnia wyjściowego (Normal/Direct Amp) i wyboru wyjść analogowych (RCA, XLR XLR/RCA). Na tym jednak kończą się dobre wiadomości, gdyż moją uwagę zwróciła nieobecność szalenie przydatnego podczas nieraz spontanicznych rekonfiguracji i przepięć czujnika poprawności polaryzacji, czyli charakterystycznej czerwonej diody. Indagowany w tej sprawie producent ze smutkiem poinformował mnie, że musieli z niej zrezygnować ze względu na … prawo unijne a dokładnie wymagania CE. Choć zakrawa to na absurd okazało się bowiem, że unijni biurokraci uznali, że ów czujnik, przez który przepływał prąd o napięciu 230V stanowi zagrożenie podczas użytkowania. No w dziuplę go i nożem! Co trzeba mieć między uszami, żeby wymyślić coś tak kretyńskiego? Naprawdę nie wiem co biurokraci odpowiedzialni za ww. certyfikację biorą, ale moim zdaniem powinni jak najszybciej zmienić pigularza, bo jeszcze chwila a uznają, że kręcąca się w napędzie płyta również stanowi śmiertelne zagrożenie.
Niejako na otarcie łez dostajemy jednak kilka innych wielce użytecznych funkcji wśród nich należy wyróżnić dokonywaną w domenie analogowej sześćdziesięcio-krokową regulację głośności, którą oczywiście można z pomocą pilota jednym kliknięciem obejść trybem bypass, wybór dwóch filtrów – o łagodnym (Filter 1) i stromym (Filter 2) spadku a przede wszystkim upsampling odtwarzanych sygnałów do DSD128 lub DSD256. Przed wzrokiem ciekawskich, bo na spodzie odtwarzacza, ukryto jeszcze dwa przełączniki umożliwiające obniżenie sygnału wyjściowego o -6dB, co z wdzięcznością przyjmą wszyscy Ci, którzy do tej pory kręcili nosem na zbyt wysoką na tle konkurencji głośność Ayona.
Zanim jednak przejdziemy do części poświęconej dźwiękowi chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na pewien drobiazg. Otóż odblokowanie możliwości odczytu krążków SACD spowodowało zauważalny wzrost głośności pracy samego napędu. Nie ma się jednak temu zjawisku co dziwić, gdyż o ile zwykłe napędy CD kręcą srebrnymi krążkami w zakresie 200 – 500 RPM, o tyle przy SACD prędkość wzrasta w kulminacyjnym momencie do oszałamiających 1 500 obrotów i to po prostu słychać. Co ciekawe pracę niedawno przez nas testowanego na wskroś konwencjonalnego transportu C.E.C. TL 0 3.0 słychać było jeszcze wyraźniej a za to hybrydowe odtwarzacze Accuphase’a pracują całkowicie bezszelestnie. Z drugiej jednak strony nikt nie siedzi z uchem przyklejonym do napędu, bo po pierwsze takie działanie jest mało rozsądne a po drugie w przypadku Ayona mógłby sobie co nieco przypiec, bo przez chronione chromowanymi kratkami otwory wentylacyjne ciepełko wydobywa się w dość znacznych ilościach.
Tym razem już na wstępie zaznaczę, iż niniejsza recenzja nie dość, że będzie do bólu subiektywna (jakby poprzednie takie nie były), to w dodatku obciążona bagażem doświadczeń zdobytych podczas ponad sześcioletniego „małżeństwa” z odtwarzaczami tytułowej marki. Myliliby się jednak ci, który sądziliby, że od razu celowałem w górną półkę. Nic z tych rzeczy, bowiem gdy w 2011 r. rozpoczynałem swój romans z dyskofonami Ayona to mając do wyboru podstawowy CD-07s i stojącą oczko wyżej pierwszą inkarnację CD-1sc świadomie wybrałem siódemkę, gdyż najzwyczajniej w świecie bardziej mi się podobała. Jedynka grała lepiej, ale to siódemka urzekła mnie niesamowitą, jak na swoją cenę muzykalnością. Stan taki nie trwał jednak długo, gdyż już na przełomie 2012 i 2013 r. nowa odsłona 1sc uwiodła mnie na tyle skutecznie, że bez chwili wahania zastąpiłem nią swoje dotychczasowe źródło. Przez kolejne dwa lata trwał w naszym związku względny spokój, aż tu w lutym 2015 r. w moim systemie zagościł CD-1sx i trwał sobie w nim niewzruszenie do czasu aż na testach wylądował u mnie topowy wtenczas (styczeń 2016) 3sx. Sparring ten okazał się wielce intrygujący, gdyż oba egzemplarze pochodziły z 3-ciej – ostatniej generacji, więc zaobserwowane ewentualne różnice miały wyznaczyć kierunek dalszej ewolucji, bądź też zaleczyć bakcyla audiofilii nervosy jasnym przekazem, że to raczej krok w bok a nie w górę. Kiedy jednak zauroczony nieosiągalnym dla mojego dyżurnego playera wolumenem, rozdzielczością i szlachetnością dźwięku powoli skłaniałem się ku kolejnej roszadzie usłyszałem, żebym był cierpliwy. Nie muszę chyba dodawać, że owa cierpliwość została nagrodzona, choć moje początki z tytułową 35-ką trudno określić mianem standardowych i łatwych.
Najpierw miałem z nią bowiem kontakt jedynie podczas otwarcia nowej warszawskiej siedziby Nautilusa, ale jak wiadomo odsłuch w takich warunkach mija się z celem. Druga szansa nadarzyła się na AVS, jednak uroki towarzyskich spotkań dość skutecznie stłumiły ewentualne obserwacje natury nausznej. Całe szczęście co się odwlecze, to nie uciecze i tuż po wystawie prawie cały (bez gramofonu) system z Tulipa wylądował u nas i wtedy się zaczęło.
Pierwsze odsłuchy skończyliśmy z Gerhardem Hirtem, który był tak miły i zawitał do nas z wizytą, coś koło 2-ej w nocy a kolejne sesje coraz bardziej utwierdzały mnie w przekonaniu, że 35-ka gra niepokojąco dobrze. Porównania nie tylko z firmowym streamerem S-10, ale i naszym dzielonym źródłem Reimyo tylko to potwierdziły, więc po kilku dniach wypożyczenia CD-35 konkurencji wpiąłem go w swój system i … przepadłem do reszty. CD-1sx był dobry i go lubiłem, tym bardziej, że był to mój czwarty (bodajże 07-ki miałem dwie) odtwarzacz Ayona pod rząd, jednak musiał uznać wyższość CD-35, tak jak wcześniej uległ CD-3sx i o ile przy 3-ce mocno się nad przesiadką zastanawiałem, to przy 35-ce zastanawiać się nie trzeba było wcale.
Dość jednak żartów – najwyższy czas przejść do sedna. Po wpięciu w tor CD-35 od razu słychać, że dźwięku jest więcej, jest lepszy a w porównaniu z 1sx i 3sx różnica in plus jest zauważalna już na podstawowych ustawieniach, czyli bez włączonych polepszaczy a wybór upsamplingu do … DSD256 powoduje metaforyczne „włączenie nitro” i przeskok do zupełnie innej, nieosiągalnej do tej pory na większości pułapów cenowych, muzycznej galaktyki. Co ciekawe progres dotyczy nie tylko krążków SACD, co wydaje się oczywiste, lecz również standardowych płyt CD i … dostarczanych dowolnym wejściem cyfrowym zapisanych w zerach i jedynkach muzycznych plików. Przy czym, szczególnie w ostatnim z wymienionych przypadków zauważyć można jeszcze jedną prawidłowość. Otóż Ayon niejako ciągnie za uszy podpinane pod niego transporty plików i streamery w dość bezpardonowy sposób starając się minimalizować ich wpływ na finalną jakość dźwięku, co w 99,9% przypadków okazuje się zbawienne, gdyż pozwala ograniczyć dalsze wydatki do niezbędnego minimum, czyli oferty Bluesounda, Auralica, Lumina o niejako dedykowanym NW-T / DSD nawet nie wspominając.
Zacznijmy jednak od srebrnych i zarazem „gęstych” krążków, bo to, co 35-ka wyciągnęła z płyt SACD wywoływało niedowierzanie u większości osób mających styczność z najnowszym dziełem Gerharda Hirta. Niestety ze względu na brak we własnych zbiorach tak szlachetnie wydanego metalowego łomotu ograniczyłem się na początek do dostępnych w katalogach Linna i Alia Vox folku oraz klasyki. Skoro pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz to i tym razem postawiłem wszystko na jedną kartę i pod wiekiem austriackiej „cukiernicy” wylądował „Dixit Dominus” Jordi Savalla. To pozornie dość mało „przebojowe” nagranie potrafi jednak pokazać prawdę o odtwarzającym je urządzeniu a ze względu na użycie naturalnych instrumentów i obecność nieprzetworzonych komputerowo wokali od razu ostrzec o nawet najmniejszych próbach majstrowaniu w sygnale. Przekaz był ciemny, ale świetnie napowietrzony i przepełniony wewnętrznym spokojem, co niejako zadaje kłam obiegowej opinii o tym, że austriackie CD-ki grają wyżyłowanym, będący nawet nie tyle na granicy nerwowości, co wręcz poza nią dźwiękiem. Nic z tych rzeczy drodzy Państwo. Co innego ordynarne przejaskrawienie i za przeproszeniem walenie konturami po oczach a co innego natywna dla 35-ki rozdzielczość dająca w pełni naturalny i mniej-więcej zgodny z rzeczywistością wgląd w nagranie. Czemu jedynie mniej-więcej? Cóż … aspekt ten podczas ostatniego spotkania w U22 wyjaśnił sam Maestro Maksymiuk. Otóż na „komercyjnych” nagraniach wszystko słychać lepiej aniżeli na żywo i pomimo tego, że właśnie brzmienie „live” jest niedoścignionym wzorcem, to już rozdzielczość i lepszy – bardziej precyzyjny wgląd w aparat wykonawczy zapewnia odsłuch w domowym zaciszu. Oczywiście uwzględniając fakt posiadania do tego stosownej „aparatury”.
Podobne doznania zapewnił „The Devil’s Trill” Palladians, co niejako utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeśli chodzi o umiejętność kreowania klimatu i oddanie możliwie wiernej barwy instrumentarium trudno będzie znaleźć jakiś powód, żeby dokonać nawet symbolicznej krytyki Ayona. Mówi się trudno i szuka dalej. Dlatego też sięgnąłem po bardzo miło kojarzący się z wysokoprocentowymi szkockimi destylatami album „Notes From A Hebridean Island” Williama Jacksona i sióstr Mackenzie, który pozwolił mi zweryfikować zdolność przedmiotu testu do radzenia sobie z momentami dość jazgotliwą muzyką, której wtóruje warstwa wokalna o estetyce dalekiej od włoskiej melodyki i płynności dająca całkiem niezłe wyobrażenie o sybilantach. Jednak i w tym przypadku wszystko było w jak najlepszym porządku, przez co zamiast szukać dziury w całym z niekłamaną przyjemnością oddałem się odsłuchowi odkładając na bok tablet, w którym zazwyczaj zapisuję wstępnie obserwacje.
Przesiadka na płyty CD i pliki powinna być, jak to zwykle przecież bywa, nad wyraz bolesnym, wręcz traumatycznym przeżyciem. Tymczasem o ile z wyłączonym upsamplingiem DSD różnica była zauważalna i będąca jednoznacznym downgradem, ale emocje związane z takim pogorszeniem dalekie były od histerii i darcia szat. Dźwięk był po prostu bardziej skupiony w centrum i pozbawiony wcześniejszej swobody. Jednak zarówno nasycenie barw, jak i motoryka nie powodowały grymasu niezadowolenia. Ot oczywiste ograniczenia samego formatu chciałoby się powiedzieć. Jednak czy aby na pewno? Ano niezupełnie, bo wystarczyło wcisnąć na pilocie przycisk PCM-DSD odpowiedzialny za aktywację upsamplingu, by zaliczyć przysłowiowy opad szczęki. Przepraszam za kolokwializm, ale różnica in plus była po prostu kolosalna i nie ograniczała się do jednego, czy dwóch aspektów, lecz miała charakter dogłębny i globalny, czyli krótko mówiąc konwersja do DSD robiła dobrze.
Największą poprawę zaobserwować można było w domenie przestrzeni, szczególnie w głębi sceny i rozdzielczości. Przy czym wzrost tego ostatniego parametru nie powodował nadmiernej analityczności znanej z cyfrowych samplerów a wręcz coś zupełnie odwrotnego – zbliżanie się ku znanej z analogu, właśnie analogowej faktury i adekwatnej do niej dynamiki. Jeśli kiedykolwiek mieli Państwo możliwość posłuchania profesjonalnego szpulowca i dobrze zachowanych taśm (najlepiej jednych z pierwszych kopii taśm matek) to proszę mi wierzyć, a najlepiej samemu nausznie to zweryfikować, że właśnie w tym kierunku brzmienie zaimplementowanego w austriackim odtwarzaczu konwertera zmierza. Aby tego doświadczyć wcale nie trzeba było jednak sięgać po referencyjne „TARTINI secondo natura”, gdyż w zupełności wystarczyły dalekie od audiofilskiej perfekcji „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy, czy „Dystopia” Megadeth. Niby dla nastawionej na mniej kakofoniczne dźwięki części populacji taki repertuar to nic innego jak przypominający odgłosy pracującego pełną parą złomowiska łomot, ale właśnie sztuką jest tenże łomot odpowiednio pokazać i dać słuchaczowi możliwość odkrycia ukrytego w nim piękna. A Ayon taką możliwość nie tylko daje, co podaje wyekstrahowane piękno na złotej tacy. Robi to jednak bez zaokrąglania, upiększania, łagodzenia i dosładzania, lecz właśnie poprzez wspomnianą wcześniej „analogowość” sprawia, że nawet surowe gitarowe riffy zachwycają soczystością i potęgą a uderzenia basu z jednej strony wgniatają w fotel a jednocześnie nie pozwalają w nim spokojnie, czyli bez podrygiwania wysiedzieć.
Choć ze względu na swoją wielozadaniowość Ayon CD-35 zgodnie z wszelkimi znakami na niebie i ziemi powinien każdą z zaimplementowanych umiejętności wykonywać pi razy dobrze i na tle konkurencji wypadać korzystnie właśnie poprzez pryzmat bogactwa funkcji, czyli generalnie rzecz ujmując uniwersalność, to rzeczywistość zdaje się temu wszystkiemu przeczyć. Okazuje się bowiem, że Gerhard Hirt tworząc inaugurujący czwartą generację austriackich odtwarzaczy CD-35 miał najwidoczniej wystarczająco dużo czasu, by każdą z dostępnych w nim opcji doprowadzić do … perfekcji. Cóż to oznacza? Nie wiem jak w Państwa przypadku, ale mówiąc za siebie śmiem twierdzić, że dzięki Ayonowi możemy stać się nie tylko świadkami, ale i głównymi uczestnikami swoistej ekshumacji pogrzebanej przez co poniektórych płyty CD. Nie wierzycie? To posłuchajcie sami, tylko potem nie miejcie do mnie pretensji, że plany ograniczenia wydatków na audio-zabawki wzięły w łeb.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus / Ayon
Cena: 39 900 PLN w wersji dostarczonej do testu (Preamp + Signature)
Dane techniczne:
Obsługiwane częstotliwości próbkowania: 768kHz / 32 bit & DSD 256
Konfiguracja układu przetwornika: W pełni zbalansowany – AKM-Japan
Układ DSP (opcjonalny): PCM→DSD & DSD→DSD
Zastosowane lampy: 6H30 & 5687
Dynamika: > 120dB
Napięcie wyjściowe tryb Low: 2.5V stałe lub 0 – 2.5 V rms regulowane
Napięcie wyjściowe tryb High: 5V stałe lub 0 – 5V rms regulowane
Impedancja wyjściowa: ~ 300 Ω (zarówno n RCA jak i XLR)
Wyjście cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA)
Wejścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA), USB, I2S, BNC, AES/EBU,3 x BNC dedykowane DSD
Odstęp S/N: > 119 dB
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 50kHz +/- 0.3dB
Zniekształcenia THD (na 1kHz): < 0.001%
Wyjścia: RCA & XLR
Wymiary (S x G x W): 48 x 39 x 12 cm
Waga: 17 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx; Accuphase DP-410
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Constellation Audio Inspiration INTEGRATED 1.0
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Najnowsze komentarze