Tag Archives: Sailing Poland Yacht Club


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Sailing Poland Yacht Club

30-lecie „Disintegration” The Cure

W ramach kolejnego spotkania z cyklu „Wieczór z Czarną Płytą”, którego gospodarzem, zgodnie z comiesięczną tradycją, stał się Sailing Poland Yacht Club, przyszło nam zmierzyć się z okrągłym jubileuszem trzydziestolecia wydania albumu „Disintegration” The Cure. Pozornie niezwykle daleki od audiofilskich wzorców materiał, „powtórkowy”, czyli bliźniaczy z ubiegłomiesięcznym system i na dodatek brak „nośnego” nazwiska na zaproszeniu, summa summarum mogłyby wskazywać na powolne wyczerpywanie się idei winylowych wieczorów, bądź też tzw. zmęczenie materiału. Nic jednak bardziej mylnego, gdyż po pierwsze ustabilizowanie się clubowej konfiguracji sprzętowej pozwala regularnie pojawiającym się słuchaczom wyciągać zdecydowanie bardziej miarodajne wnioski o jakości poszczególnych nagrań, aniżeli w sytuacji, gdy za każdym razem mieliby do czynienia z zupełnie nieznanym setem. Po drugie zaś, jeśli tylko się na spokojnie zastanowić, to czy audiofilom i melomanom tak naprawdę potrzeba do szczęścia kolejnej mówiąc umownie „twarzy rajstop”, czyli celebryty? Oczywiście, o ile jest to dysponujący potężną, wynikającą z własnych zainteresowań, wiedzą prezenter radiowy, krytyk muzyczny, a jeszcze lepiej muzyk maczający palce w danym dziele, to wypada się tylko cieszyć, bo ci co mieli i tak przyjdą a rozpoznawalne nazwisko przyciągnie niezdecydowanych. Jeśli jednak prowadzący przychodzi z własną tezą, którą w dodatku próbuje zaszczepić swojemu interlokutorowi, to robi się cokolwiek dziwnie. Wystarczy bowiem wspomnieć odsłuch „Astigmatic” z udziałem Zbigniewa Namysłowskiego, który raczył był w sposób iście koncertowy „położyć” redaktor naczelny jednego z poczytnych muzycznych periodyków. Dlatego też ze swoistą ulgą odebrałem informację, iż tym razem rozmówcą Piotra Welca będzie może i niespecjalnie znany szerszemu gronu, lecz uchodzący „w branży” za klasyczny wręcz przykład psycho-fana Patryk Goller z warszawskiego salonu Nautilus. Krótko mówiąc trafiło na człowieka nie tylko znającego mnóstwo zakulisowych ciekawostek, od lat podążającego za swoja ulubioną kapelą, mającego na koncie obecność na ponad trzydzieści koncertach, lecz i doskonale orientującego się w temacie tego, na czym podczas piątkowego spotkania przyszło nam słuchać.

Gwoli przypomnienia i z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, iż w skład przygotowanej przez krakowsko-warszawskiego Nautilusa systemu weszły: dwusilnikowy gramofon Transrotor Massimo, z wkładką My Sonic Lab Signature Gold, przedwzmacniacz gramofonowy Octave Phono Module, pod którego regulowane wyjście zostały podpięte monobloki Octave MRE 220 z dziecinną łatwością radzące sobie z wysterowaniem kolumn Dynaudio Contour 60. Kwestie zasilania powierzono firmowej listwie Power Base HighEnd i okablowaniu Acrolinka 7N-PC6700 Anniversario a w roli przewodów głośnikowych pojawiły się Siltechy Classic Anniversary 550L.

Przechodząc do części poświęconej prezentowanemu w piątkowy wieczór materiałowi muzycznemu wypadałoby wspomnieć iż jego (znaczy się materiału, nie spotkania) przygotowania rozpoczęły się od zakupu … stołu bilardowego a efekt finalny przez grube ryby w wydawnictwie określony został mianem „komercyjnego samobójstwa”. W dodatku „Disintegration” będąc pierwszym albumem The Cure nagranym z przeznaczeniem na CD (nieśmiało tylko przypomnę, iż był to rok 1989) trwał 71 minut, przez co na winyl, w dodatku drobnorowkowy, trafiło nie 12 a jedynie dziesięć utworów – niestety nie starczyło miejsca na „Last Dance” i „Homesick”. Jakby tego mało Smith sprawił, iż współzałożyciel The Cure i zarazem klawiszowiec Laurence „Lol” Tolhurst kontynuował karierę poza strukturami zespołu – znaczy się po prostu go „wywalił, a pozostałym członkom dał jasno do zrozumienia, że albo dostosują się do jego artystycznej wizji, albo „Disintegration” będzie solowym krążkiem Smitha. Jednym słowem idealny przepis na totalną katastrofę. Tymczasem jest to najlepiej sprzedający się album w historii The Cure. Rozszedł się bowiem w ponad 3 milionach sztuk, w USA pokrył się dwukrotną platyną, a w UK złotem. Oczywiście single promujące album permanentnie okupowały szczyty list przebojów, a towarzyszące im ikoniczne wręcz wideoklipy stały się nieodłącznymi elementami ramówki MTV. Tak, tak, MTV, gdyż proszę sobie wyobrazić, że w tamtych czasach owa stacja emitowała głównie muzykę, a nie jak obecnie obraz degrengolady samolansujących się patoinfluencerów.
Jak tak ma wyglądać wspomniane „komercyjne samobójstwo”, to ja takich aktów rozpaczy szczerze życzę większości zespołów. Sytuację dość jasno obrazuje scenka, w której w jednym z odcinków „Miasteczka South Park” Kyle Broflovski z entuzjazmem oznajmia, iż „„Disintegration” to najlepszy album wszech czasów!”. Dla mnie osobiście, to najdelikatniej mówiąc, lekka przesada, ale fani Roberta Smitha i jego kompanów z pewnością się z powyższa opinią w pełni zgadzają.
Z ciekawostek, które mogą zainteresować miłośników tamtych czasów warto wspomnieć iż album zarejestrowano w Hook End Manor – znajdującym się w XVI-wiecznej elżbietańskiej posiadłości studiu nagraniowym należącym do … Davida Gilmoura (tak, to ten jegomość z Pink Floyd). Jeśli zaś chodzi o warstwę tekstową, to ekipa The Cure nigdy specjalnie nie uchodziła za wesołków a sam Smith usilnie starał się całą swoją aparycją przypominać bardziej Edwarda Nożycorękiego aniżeli jadącą na Prozacu i innych antydepresantach radosną gwiazdę rocka, choć od substancji psychoaktywnych zbytnio nie stronił. Nie dziwi zatem, że myślą przewodnią „Disintegration” jest nieuchronność przemijania oraz „destrukcyjny wpływ czasu na relacje międzyludzkie, postępującą entropia emocji, wewnętrzna dezintegracja, stracone szanse.” Nic tyko wyhuśtać się na suchej gałęzi. Jednak jeśli zajrzymy nieco głębiej okaże się iż ów depresyjno-melancholijny klimat ma też swoje nieco bardziej pogodne oblicze, gdyż od czasu do czasu do głosu dochodzi zwykła radość z życia. Dlatego też warto zastosować się do sugestii zamieszczonej przez Smitha na wewnętrznej stronie okładki – „This album was mixed to be played loud, so turn it up!” („Ten album został zmiksowany tak, aby odtwarzać go głośno, więc podkręć sprzęt”). I coś w tym jest, bo słuchany cicho i niejako przy okazji ani nie zachwyca, ani też nie pokazuje swojego bogactwa a tym samym prawdziwego oblicza.

A jak „Disintegration” zabrzmiał w wytwornych wnętrzach Sailing Poland Yacht Club? Mając to szczęście, że w Al. Szucha pojawiłem się z ponad godzinnym wyprzedzeniem, mogłem uczestniczyć w ostatnim dopieszczaniu systemu i wyborze finalnej wersji do wieczornego odtworzenia. I tak, z pierwszego, drobnorowkowego wydania The Cure po prostu zagrali … koszmarnie. Płasko, krzykliwie, bez jakiejkolwiek przestrzeni, za to z kotłującym się basem i całkowicie nieczytelną średnicą, czyli równie atrakcyjnie, co drapanie paznokciami po szkolnej tablicy. Jednym słowem rozpacz. Po przesiadce na współczesny remaster sytuacja uległa znacznej poprawie. Wreszcie można było mówić o czymś na kształt wieloplanowości, oraz przestrzeni w której z odrobiną dobrej woli można było zlokalizować poszczególne źródła pozorne. Jak widać „prawda epoki” w tym przypadku niespecjalnie wytrzymała próbę czasu i czasem warto w takim momencie nieco zdradzić własne, ortodoksyjne ideały i sięgnąć po współczesne tłoczenia.

Serdecznie dziękując za zaproszenie z niecierpliwością czekam na kolejne spotkanie, gdyż patrząc na chronologię prezentowanych wydawnictw lada moment obijemy do końcówki XX w. a tam, przynajmniej w Rocku i to tym cięższym, działo się, oj działo.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Sailing Poland Yacht Club

„Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles

Nasi starzy (chodzi oczywiście o staż a nie wiek) i wierni (znaczy się od czasu do czasu zaglądający na nasza stronę), a przy tym szczęśliwie dysponujący iście słoniową pamięcią, czytelnicy widząc tytuł niniejszej relacji z pewnością kojarzą podobną publikację z 2015. Jednak tym razem, zamiast wkomponowanego w większy – audioshowowy format „panelu”  spotkanie przy ósmym studyjnym albumie legendarnej „Czwórki z Liverpoolu” miało zdecydowanie bardziej niezależny format. Znaczy dedykowany „event” odbywający się w ramach organizowanego przez Studio U22 w Sailing Poland Yacht Club cyklu „Wieczorów z czarna płytą”.

Ponieważ jest to już trzeci „wieczorek” a przy okazji poprzednich, podczas których mieliśmy okazję dotknąć absolutu muzycznych kamieni milowych pod postacią „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd  i „Kind of Blue” Milesa Davisa  zdążyłem już, wydaje mi się, w satysfakcjonującym stopniu przybliżyć tak samo miejsce spotkań, jak i ich ideę, tym razem od razu przejdę do rzeczy.

Skoro mowa o The Beatles trudno byłoby się spodziewać, by w roli eksperta pojawił się ktokolwiek inny aniżeli ich największy „psychofan” – sam Piotr Metz. I tutaj znów warto cofnąć się do wspomnianego we wstępie odsłuchu albumu „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” z taśmy matki, gdyż o ile wtedy datowane na 1 czerwca 1967 (to się nazywa odpowiednia celebracja Dnia Dziecka) wydawnictwo, z racji wykorzystywanego nośnika, zaprezentowane zostało w możliwie najbliższej studyjnym realiom formie, to tym razem na Alei Szucha pojawiły się dwa prezentowane wtenczas jedynie jako ciekawostki rarytasy. Pierwszym był czerwony first-press Toshiby a drugim limitowana i wydana jedynie w ilości 5000 ręcznie numerowanych egzemplarzy reedycja Mobile Fidelity Sound Lab, której właśnie użyliśmy do czwartkowego odsłuchu.
Zanim jednak pochylimy nad tym jak i na czym owa audiofilska limitacja zagrała, chciałbym rzucić nieco światła na okoliczności w jakich ww. album powstawał. Warto bowiem mieć świadomość, że w drugiej połowie lat 60-ch Beatlesi mieli status niekwestionowanej super gwiazdy i mogli pozwolić sobie praktycznie na wszystko i patrząc z perspektywy czasu śmiało możemy powiedzieć, że skwapliwie z tego przywileju korzystali. Jako przykład niech posłuży słynny, opublikowany w magazynie „London Evening Standard”, wywiad z 4 marca 1966, jaki z Johnem Lennonem przeprowadziła Maureen Cleave, w którym padło sławetne stwierdzenie: „Chrześcijaństwo zaniknie. będzie się kurczyć i zniknie. Nie trzeba się o to spierać – wiem, że mam rację i czas to potwierdzi. Jesteśmy teraz bardziej popularni niż Jezus. Nie wiem, co się skończy pierwsze – rock and roll czy chrześcijaństwo. Jezus był w porządku, ale jego uczniowie byli tępi i zwyczajni. To przez ich przekręty jest to (chrześcijaństwo – red.) dla mnie zrujnowane”. Nie muszę chyba dodawać, jakie zamieszanie, w tamtych czasach, ta wypowiedź spowodowała. Choć po prawdzie, na święte oburzenie „konserwatywnej Ameryki” trzeba było czekać blisko pół roku – gdy wywiad został przedrukowany w tamtejszej prasie.
Do tego doszła decyzja, by po prostu skupić się na tworzeniu muzyki a tym samym … nie grać koncertów i było to ze wszech miar słuszne posunięcie. Zamiast bowiem nagrywać niejako w biegu – w przerwach między trasami, Panowie mogli wreszcie „poszerzać horyzonty” – vide ubogacająca podróż Harrisona do Indii, której piętno słychać w „Within You Without You”, czy też eksperymenty Lenona z substancjami psychoaktywnymi mające swe odzwierciedlenie w niewinnym „Lucy In The Sky With Diamonds”, zamknąć się na ponad pół roku (prace nad nowym materiałem rozpoczęto w listopadzie 1966r.) w Abbey Road pod czujnym okiem George’a Martina i stworzyć prawdziwe arcydzieło. Arcydzieło będące jeśli nie pierwszym, to na pewno jednym z pierwszych koncept-albumów a nie jedynie zlepkiem niekoniecznie związanych ze sobą pod względem tematycznym i muzycznym pochodzących z singli utworów.
Podobnie sprawy miały się z chyba najlepiej rozpoznawalną okładkę Beatlesów przedstawiającą zespół ubrany w groteskowe mundury, w otoczeniu ponad 60 tekturowych podobizn słynnych postaci popkultury (m.in. Bob Dylan, Marilyn Monroe, Marlon Brando, Flip i Flap, Oskar Wilde, Edgar Allan Poe, Albert Einstein i Karol Marks). Widoczna fotografia została wykonana przez Michaela Coopera 30 marca 1967 w Photo Studios w Chelsea (dla niewtajemniczonych to dzielnica Londynu), a za cały projekt okładki odpowiadał artysta Peter Blake.
A teraz najlepsze. Otóż sam George Martin miał niegdyś powiedzieć iż „Nigdy naprawdę nie słyszałeś „Sierżanta”, jeżeli nie słyszałeś go w mono”. Jakiż był tego powód? Całkiem prozaiczny, bowiem nad miksem mono spędzono znacznie więcej czasu aniżeli nad wydaniem stereo, nad którym „nie czuwali” nawet sami Beatlesi, pracujący w tym czasie nad następnymi nagraniami. O ile bowiem stereo w końcówce lat 60-ych było już w rozkwicie, to jednak mono wciąż pełniło rolę formatu dominującego. Jednak piszę to bynajmniej nie po to, by zdeprecjonować miks stereofoniczny, a jedynie oddać klimat epoki. Warto bowiem podkreślić, że zaplecze jakim dysponowali Beatlesi i George Martin w Abbey Road (m.in. czterościeżkowe magnetofony) był sennym marzeniem większości ówczesnych gwiazd. Ponadto George Martin wraz z ekipą współpracujących z nim inżynierów ciężko się napracowali również nad miksem stereofonicznym, dokonując najprzeróżniejszych zabiegów od łączenia różnych śladów, przenoszenia ich pomiędzy kanałami, czy zwalniania i przyspieszania. Oczywiście zgodnie z dzisiejszymi standardami i przede wszystkim możliwościami technicznymi, całość może wydawać się mocno anachroniczna. Sztywne „upakowanie” – przyporządkowanie poszczególnych sekcji instrumentów do lewego, bądź prawego kanału, czy dość szczątkowa, symboliczna gradacja planów wraz ze śladowym ogniskowaniem źródeł pozornych na środku sceny, to niewątpliwa sznyt tamtych lat, ale miejmy świadomość, że jak na lata 60-te, to był prawdziwy majstersztyk! I jeszcze jedno – powyższy sposób prezentacji na słuchawkach może okazać się nawet lekko traumatycznym przeżyciem, jednak już na stacjonarnym systemie Hi-Fi na pewno będzie inaczej niż współcześnie, ale co najmniej równie ciekawie.
Jeśli jednak ktoś chciałby posłuchać uwspółcześnionej wersji, to w pierwszej kolejności powinien sięgnąć po jubileuszowe remastery wykonane pod okiem syna George’a Martina – Gilesa. W telegraficznym skrócie zdecydowanie lepiej zagospodarowano w nich centrum panoramy stereofonicznej, głos prowadzący jest pośrodku a chórki wreszcie słychać w obydwu kanałach. Ponadto nie mi osądzać, czy tylko przywrócono, czy też na nowo wykreowano iście trójwymiarową przestrzeń – obszerną, naturalną, z adekwatnym do londyńskich warunków, a więc nieprzesadzonym pogłosem, ale efekt jednoznacznie jest in plus. Nie zapomniano też o odpowiednim dociążeniu dołu pasma.

Jak sami Państwo widzicie od ostatniego spotkania w Sailing Poland Yacht Club zaszły dość radykalne zmiany, czyli de facto całkowita wymiana dotychczasowego systemu grającego, którego konfiguracją zajęła się ekipa stołeczno – krakowskiego Nautilusa. Pokrótce w skład prezentowanego w czwartkowy wieczór zestawu weszły – gramofon Transrotor Massimo z wkładką My Sonic Lab, przedwzmacniacz Octave Phono Module, monofonicznych końcówkach mocy Octave MRE-220 i zjawiskowych kolumn Dynaudio Confidence C4 a okablowanie pochodziło od Acrolinka, Siltecha i Vovoxa. Warto również wspomnieć, iż całość spoczęła na firmowym – rodzimej produkcji stoliku Base Audio.
O brzmieniu, jakie owa misterna układanka zaoferowała nie będę się zbytnio rozwodził, gdyż zarówno klubowo-barowa przestrzeń, w jakiej przypadło jej występować, jak i dość „archiwalny” materiał nie pozwalają na formułowanie jakichkolwiek konstruktywnych wniosków. Mając jednak w pamięci wcześniejsze spotkania, przyznam się, iż osobiście jestem orędownikiem polityki trzymania sprzętu studyjnego w studiu a Hi-Fi i High-End „na salonach”, co obu ww. obszarom (o słuchaczach nie wspominając) w większości przypadków wychodzi na zdrowie. Oczywiście od powyższej definicji, jak to zwykle w życiu bywa, są odstępstwa, jednak w 99,9% przypadków o ile z elektroniką jeszcze można, i to z sukcesem, eksperymentować (daleko nie szukając Bryston 4B³), to już z kolumnami tak różowo nie jest.

Serdecznie dziękując na zaproszenie i patrząc na ewolucję, jaka ze spotkania na spotkanie dokonuje się w organizowanych w Sailing Poland Yacht Club spotkaniach, z nieukrywaną ekscytacją czekam na kolejne, które z tego, co mi wiadomo zaplanowano na 24/04 i 23/05. Do zobaczenia.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Sailing Poland Yacht Club

Wieczór z Pink Floyd w Sailing Poland Yacht Club

Opinia 1

W minioną środę, w siedzibie Sailing Poland Yacht Club zainaugurowany został przez Studio U22 nowy cykl spotkań mający na celu przybliżenie szerszemu gronu kultowych pozycji płytowych i jak na inaugurację przystało na talerzu zjawiskowego gramofonu wylądował album wszech czasów – „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd. Zanim jednak przejdziemy do detali natury technicznej warto byłoby rzucić okiem na nowe okoliczności przyrody, czyli wielce eleganckie wnętrza Pałacyku Szucha.
O ile pięknie odrestaurowana neorenesansowa willa z 1895 r., zwana dawniej Pałacykiem Generałowej Marii Agapijew i w tzw. międzyczasie mająca na swoim koncie perturbacje związane ze sławetnym Dekretem Bieruta, czy też użytkowanie przez ambasadę ZSRR (w pałacyku znajdowało się przedszkole dla dzieci rosyjskich dyplomatów), dyskretnie schowana w zieleni (z racji pory roku mocno symbolicznej), z zewnątrz prezentuje się nad wyraz klasycznie, to jej wnętrza łączą w sobie tradycję (przepiękne posadzki) z industrialną nowoczesnością podsufitowych instalacji. Przestronną klubowo – konferencyjną salę umownie podzielono na część prezentacyjną – z ustawionym na krótszej ścianie systemem i „konsumpcyjną” ze zlokalizowanym na przeciwległym końcu nader imponującym barem. Nastrojowe oświetlenie i powoli zamierający ruch za oknami sprawiały, że perspektywa miłego spędzenia kilku kwadransów przy muzyce wydawała się wielce atrakcyjna.

Zastanawiająca okazała się jednak sama idea spotkania inauguracyjnego, gdyż zarówno wybór, zakładam, że w pełni świadomy, tłoczenia (japoński first press), jak i prezentowany system (o którym dosłownie za chwilę) dość jasno wskazywały na audiofilskie zacięcie pomysłodawców, to już sama organizacja nad wyraz boleśnie temu zaprzeczyła. Trudno bowiem w logiczny sposób wytłumaczyć oczywiste sprzeczności w postępowaniu Gospodarzy, z jednej strony kierujących całkiem zrozumiałe prośby do przedstawicieli mediów o nieużywanie lamp błyskowych i ograniczenie do minimum zdjęć w trakcie właściwego odsłuchu, przy jednoczesnym ignorowaniu pracującego non stop, pełną parą baru serwującego nie tylko drinki, lecz i napoje gorące, co wiązało się z istną kakofonią związaną z mieleniem ziaren kawy, czy też opróżnianiem dozowników tejże. Odniosłem też czysto subiektywne, acz nieodparte wrażenie, iż część z zaproszonych i przybyłych gości pojawiła się w środowy wieczór jeśli nie przez czysty przypadek, to najwidoczniej omyłkowo. Jakże inaczej można bowiem ocenić sytuację, gdy podczas z założenia unikalnego, chociażby z racji samego nośnika, odtworzenia DSOTM, owa część rozsiadłszy się w pierwszych rzędach zapamiętale rozprawiała o zupełnie niezwiązanych z tematyką eventu dyrdymałach. Najwidoczniej przeniesienie się z części odsłuchowej do kuluarów nawet nie przemknęła im przez myśl.
Pytanie zatem, czy krótkie i przekazywane możliwie prostym, przystępnym dla ogółu odbiorców językiem wypowiedzi (chronologicznie) Arka Szwedy ze Sveda Audio, Michała Gogólskiego z Intrady, Mieczysława Stocha z Art Reco, czy Leszka Adamczyka – współprowadzącego trójkową audycję MiniMax naprawdę musiały być okraszone barowo – kawiarnianym gwarem? Jeśli organizatorzy chcieli, niejako w ramach spontanicznego performance’u, odtworzyć klimat kultowych w audiofilskich kręgach nagrań z serii „Jazz at the Pawnshop”, to OK. W przeciwnym razie bardzo mi przykro, ale nie rozumiem takiej nonszalancji, tym bardziej, że z tego co mi wiadomo wstępnie zakładano okresowe zawieszanie wydawania napojów.

Podobna, bezrefleksyjna postawa cechowała obsługę baru serwującą (nomen omen odpłatnie) m.in. Primitivo Salento, a więc całkiem obiecujące wino, nie dość, że bez choćby śladowej dekantacji, to o zabijającej jakiekolwiek walory smakowe temperaturze. Jak sobie radzili z bardziej wymagającymi zamówieniami wolałem już nie sprawdzać. Niby to tylko drobiazgi, na które można byłoby przymknąć oko i ucho, lecz uważam, iż tego typu „niuanse”, zamiast powielać w przyszłości i świadomie, bądź nie torpedować potencjał prezentowanych systemów, lepiej skorygować już na wstępie.

Całe szczęście zarówno w trakcie kilkunastominutowej przerwy, jak i po głównej części spotkania obecni na sali przedstawiciele prezentowanych urządzeń starali się zaspokoić ciekawość i rozwiać ewentualne wątpliwości co bardziej zainteresowanych audiofilską tematyką gości.

A właśnie – system. W środowy wieczór organizatorzy przygotowali autorski mix w skład którego weszły gramofon Avid Reference SP z tytanowym, nieobecnym jeszcze na stronie producenta, ramieniem Zavfino i wkładką EMT, firmowy phonostage, przedwzmacniacz liniowy Nagry i aktywne zestawy Blipo home + Chupacabra Sveda Audio. Zasilanie powierzono Isotekowi (filtr Evo 3 Aquarius + przewody) a o wkład merytoryczny zadbał nieoceniony Mieczysław Stoch pojawiając się w Alei Szucha z przepięknie zachowanym japońskim first pressem „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd.

O walorach brzmieniowych powyższego zestawu na chwilę obecną, z racji powyższych uwag natury organizacyjnej, wypowiem się dość zachowawczo, choć uczciwie trzeba przyznać, iż zmiana proporcji i metrażu pomieszczenia z dyżurnej lokalizacji Studia U22 na zdecydowanie dłuższe a przy tym większe Sailing Poland Yacht Clubu posłużyło Svedom. Podobnie, jak pojawienie się referencyjnego, analogowego źródła, z którym co prawda do tej pory mieliśmy do czynienia jedynie w nieco niższej specyfikacji (Acutus SP), lecz jak dobrze kojarzę to podobnej klasy gramofon w Alejach Jerozolimskich jeszcze nie gościł.

Z naszej strony, serdecznie dziękując za zaproszenie, możemy jedynie obiecać, iż pilnie będziemy śledzić rozwój wypadków i z iście stoickim spokojem czekać na decyzję Gospodarzy odnośnie tego, jak finalnie będą wyglądały przyszłe spotkania cyklu. Czyli, czy mają mieć charakter spełniający oczekiwania melomanów i audiofilów, oraz przebieg adekwatny do klasy prezentowanych systemów/repertuaru, czy też przybiorą formę niezobowiązującego plumkania w tle tzw. konsumpcji i ploteczek, czyli możliwie obrazowo sprawę ujmując „grania do kotleta”.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Każdy chcący z przytupem wejść na rynek podmiot gospodarczy stara się, aby seria promujących jego byt w świadomości, czy to przyjaciół, współklubowiczów, czy nawet potencjalnych klientów eventów, była okraszona jakimś nietuzinkowym smaczkiem. Co ciekawe, w takim przypadku wspomniane imprezy nie muszą być specjalnie ukierunkowywanie pod kątem specyfiki działalności nowego realnego bytu w przestrzeni społecznej, gdyż nader często bardziej chodzi o zainteresowanie pewnej grupy ludzi, niż strzał w docelowego osobnika. Takie też podłoże miała zorganizowana 23.01.2019r impreza, w wydawałoby się bardzo odległym tematycznie dla audiofilów, powołanym do życia jesienią ubiegłego roku klubie Sailing Poland Yacht Club przy Alei Szucha 17/19 w Warszawie. W teorii była to próba zderzenia dwóch odległych światów morza i muzyki. Jednak gdy bliżej się im przyjrzeć, łączy je pewnego rodzaju kultywowanie osobistych pasji. Ale sam pomysł to jednio, a jego ranga to drugie. Dlatego też spełniając założenia ekskluzywności daniem głównym zorganizowanego we wspomnianym Yacht Clubie wydarzenia okazała się być prezentacja pierwszego tłoczenia płyty winylowej „Dark Side Of The Moon” znanej chyba wszystkim grupy Pink Floyd. Tak tak, to był oryginalny japoński first press w stanie mint, o którego pojawienie się wraz z ciekawym systemem audio (o tym w dalszej części relacji) zadbał zapraszający nas na to wydarzenie Digital Open Group.

Jak zdradza powyższa seria fotografii, na wieczorne występy w mekce żeglarzy przygotowano bardzo ciekawy zestaw audio. Począwszy od źródła, jakim był topowy gramofon angielskiej marki AVID, przez również pochodzący z tej stajni phonostage, dalej przedwzmacniacz liniowy NAGRY, kolumny Sveda Audio i zasilanie Isoteka, spokojnie możemy mówić o rasowym High Endzie. Naturalnie z racji sporej kubatury mocno ubranego w połacie szkła pomieszczenia, ilości gości i o zgrozo przez cały czas „delikatnie” przeszkadzającego w odsłuchu cieszącego się sporym powodzeniem baru, owoc w postaci prezentowanego dźwięku nie był idealny, ale mogę powiedzieć, że było całkiem nieźle. Według mnie trochę za głośno, co natychmiast kwitowały szalejące po odbiciu się od szyb wysokie tony, ale myślę, że dla wielu gości najważniejsza była muzyka sama w sobie, a nie jej perfekcyjne odtworzenie, co w takich realiach jest prawie niemożliwe. I to muzyka przez duże “M”, gdyż jak wspominałem, słuchaliśmy pierwszego japońskiego tłoczenia, co dla nas audiofilów jest pewnego rodzaju relikwią, którą na ten wieczór udostępnił do prezentacji często przewijający się w naszych relacjach, wielki miłośnik winylu Pan Mieczysław Stoch. Ale, ale, organizujący całe przedsięwzięcie Piotr Welc nie byłby sobą, gdyby nie zadbał o odpowiednią oprawę prezentacji w tak zwanej części mówionej zapraszając do tego celu raczej znanego wszystkim ze słuchu, aniżeli z wizji, popularnego radiowca Trójki. O kim mowa? Naturalnie o współgospodarzu programu MiniMax Leszku Adamczyku. Czy spełnił pokładane oczekiwania? Naturalnie, że tak, bo kto jak nie prezenter muzyczny może lepiej, czyli uzupełniając swoje słowne pasaże ciekawymi anegdotami na temat słuchanej płyty, nam ją przybliżyć. Sama muza owszem, ale w pakiecie ze związaną z nią historią powstawania, to już jest inny poziom obcowania z kulturą.

Kreśląc zakończenie tej relacji chciałbym podziękować gospodarzom Sailing Poland Yacht Club i organizatorowi Digital Open Group za zaproszenie na zjawiskową imprezę, a przybyłym w osobach Panów Leszka Adamczyka i Mieczysława Stocha specjalnym gościom pogratulować umiejętności w zapewnianiu ludziom miłych wrażeń. Ten wieczór miał pozostać w naszej pamięci na długo. Czy tak się stanie? W moim przypadku tak i to z dwóch powodów. Pierwszy, to słuchany materiał (tak, jestem opętanym analogowcem) w postaci będącej obiektem westchnień wielu audiofilów płyty winylowej. Zaś drugi tyczyć się będzie ogólnego odbioru imprezy z punktu zaawansowanego audiofila. To miała być promocja poważnego biznesowego przedsięwzięcia. Dlatego też według mnie, jeśli już bar podczas z założenia ekskluzywnego wieczoru przy wyszukanej muzyce cały czas był otwarty, a przez to nad wyraz skutecznie przeszkadzał wszystkim w odsłuchu, to choćby kawę mógłby oferować bez opłaty. I nie ma w tym ani krzty złośliwości, tylko delikatne zdziwienie sposobem budowania dobrego wizerunku.

Jacek Pazio