Tag Archives: Straszny dwór


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Straszny dwór

„Straszny dwór”

Opinia 1

Wbrew obiegowym opiniom, stereotypom, czy wręcz złośliwym oszczerstwom cały ten tzw. High-End, któremu tyle miejsca poświęcamy na łamach SoundRebels nie jest wcale celem samym w sobie, lecz jedynie drogą do osiągnięcia czegoś, czego tak naprawdę osiągnąć się nie da. Mowa oczywiście o odwzorowaniu muzyki na żywo, spektaklu rozgrywającego się przed naszymi oczami i artystami z krwi i kości stojącymi niemalże na wyciagnięcie ręki. Sprzęt bowiem, niezależnie jak wyrafinowany, daje li tylko namiastkę tego, co tak naprawdę jest niepowtarzalne, gdyż dzieje się raz – tu i teraz, a ewentualnie dokonywana w jego trakcie rejestracja jest mniej bądź bardziej upośledzoną próbą możliwie wiernej archiwizacji. Dlatego też operujący na high-endowych pułapach wytwórcy dwoją się i troją, by owa namiastka była jak najbliższa temu, co tak naprawdę wydarzyło się przed mikrofonem, temu co dane było usłyszeć jedynie nielicznym – podczas konkretnego przedstawienia, sesji nagraniowej, czy koncertu. Uparcie dążą do stworzenia swoistego wehikułu czasu umożliwiającego przeniesienie słuchacza „tam i wtedy”, co jest zdecydowanie trudniejszym zadaniem aniżeli sprawienie, aby dane wydarzenie wpasowane zostało w nasze realia lokalowe. Krótko mówiąc to my mamy być tam a nie oni – muzycy u nas, gdyż to my mamy zbliżyć się do prawdy chwili w jakiej dane zdarzenie muzyczne miało miejsce, a nie nawet kilku – kilkunastoosobowy skład ma się zmieścić pomiędzy biblioteczką a kredensem z rodowymi skorupami okalającymi nasz system grający. Dlatego też chcąc mieć jasność jak ów cel wygląda i ileż jeszcze wspomnianemu High-Endowi do niego brakuje, warto sobie od czasu do czasu taki terapeutyczny seans sprawić i z muzyką na żywo możliwie blisko poobcować.
O ile jednak w sezonie wiosenno-letnio-jesiennym okazji ku temu jest tak naprawdę bez liku i jeśli tylko ochoty i czasu staje, to praktycznie kilka razy w tygodniu, bez większego wysiłku, można znaleźć interesujący spektakl, koncert, czy nawet niezobowiązujący, plenerowy jam, to już w porze deszczowej, niegdyś zwanej zimą, lepiej rozejrzeć się za czymś o zdecydowanie bardziej „zadaszonym” charakterze. Wychodząc z powyższego założenia i korzystając z uprzejmości Organizatorów w miniony piątek mieliśmy przyjemność uczestniczyć w próbie medialnej „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki wystawianej na deskach Polskiej Opery Królewskiej.

Jak sami Państwo widzicie zachwycające, z niezwykłym pietyzmem odrestaurowane, kameralne wnętrza Teatru Królewskiego w Starej Oranżerii w Łazienkach Królewskich to miejsce tyleż niezwykłe, co dość nowe na stołecznej operowej mapie. Abstrahując od działalności w czasach stanisławowskich, Polska Opera Królewska to byt powołany do życia zaledwie 1 sierpnia 2017 roku a zarazem najmłodsza, trzynasta scena operowa w Polsce. Jej zespół stanowią głównie artyści, którzy po zawirowaniach związanych z dość radykalną – o blisko150 osób, redukcją składu Warszawskiej Opery Kameralnej znaleźli nowy dom. Jednak nie o polityce personalnej będziemy rozprawiać.
Biorąc pod uwagę, iż był to prywatny teatr króla Stanisława Augusta, wspomniana przeze mnie dosłownie przed chwilą kameralność objawia się dość niewielkim metrażem. Zbliżoną kształtem do kwadratu o boku około 15 metrów i dziesięciometrowej wysokości scenę od zbliżonej rozmiarami widowni oddzielają dwie pary kolumn i kanał dla orkiestry.
Sam kanał orkiestrowy pomieścić może zaledwie 25 osób, lecz biorąc pod uwagę repertuar na jakim skupia się POK, czyli krajowe i światowe dzieła powstałe od baroku po wczesny romantyzm, ów pozornie dość niewielki skład wydaje się całkiem wystarczający. Widownię na ponad 200 osób, z rzędami amfiteatralnie ustawionych ławek na parterze i dziewięcioma lożami na piętrze, okalają podwojone korynckie pilastry. W dalszym planie są trzy, usytuowane na wprost sceny, loże przeznaczone niegdyś dla króla i jego rodziny.
Pół żartem pół serio można domniemywać, iż stali bywalcy Teatru Wielkiego po przekroczeniu progu POK mogą poczuć lekką klaustrofobię, lecz już kilka wizyt w bydgoskiej Opera Nova powinno wystarczyć, by wizyta w Starej Oranżerii nie nosiła znamion próby zamknięcia w nazbyt ciasnym do operowych celów pomieszczeniu. Warto bowiem podkreślić niewątpliwe zalety takiej kameralności – ograniczając bowiem rozbuchaną scenografię, oraz „pojemność” zarówno sceny, jak i widowni skracamy automatycznie dystans dzielący muzyków i śpiewaków od widza a tym samym intensyfikujemy doznania właściwe czynnemu uczestnictwu w danym spektaklu, czego siedząc kilkadziesiąt metrów od sceny, np. w Teatrze Wielkim, doświadczyć w żaden sposób się nie uda.

Przejdźmy do clue, czyli samej próby generalnej „Strasznego dworu”, w której to mieliśmy niewątpliwą przyjemność uczestniczyć. Z oczywistych względów samej fabuły spektaklu streszczać nie będę, gdyż po cichu liczę, iż większość naszych Czytelników ze „Strasznym Dworem” kontakt miała nie tylko w postaci streszczenia/bryku, jak to obecnie jest „w modzie”, lecz wersji pełnej – w ramach lektury szkolnej, a może również widziała na deskach operowych, bądź chociażby w TV. Jeśli natomiast ktoś jeszcze z niewiadomych mi przyczyn z twórczością Moniuszki przyjemności nie miał, bądź też w świat opery dopiero wkroczyć zamierza, to … teraz jest właśnie ku temu najlepszy moment.
Minimalistyczna, iście symboliczna, scenografia autorstwa Ryszarda Peryta (będącego również reżyserem) nie odwracała uwagi ani od właściwej akcji, ani od kostiumów, za które z kolei odpowiedzialna była Marlena Skoneczko. Prawdę jednak powiedziawszy nawet, gdyby jakimś cudem udało się na stanisławowskiej scenie ustawić dekoracje z samej La Scali, czy Metropolitan Opera, to i tak gwarantuję, że nawet osoby o śladowej wrażliwości muzycznej miałyby problem ze skupieniem się na nich, a nie na obecnych w danym momencie bohaterach opery Moniuszki. Od dawien dawna śmiem bowiem twierdzić, iż sopranami Polska stoi i piątkowy wieczór, nie umniejszając zasług i umiejętności męskiej części zespołu (o której dosłownie za chwilę), był tego najlepszym przykładem. Obsadzone w rolach Hanny i Jadwigi (córek Miecznika) Gabriela Kamińska i Monika Ledzion-Porczyńska zachwycały siłą emisji, swobodą głosów i wielce naturalnym ruchem scenicznym. Każde ich wejście było niczym misterium, krystalicznie czyste, jedwabiście gładkie i co istotne całkowicie pozbawione nad wyraz nielubianego przeze mnie tremolo – tego siłowego ratowania się „pseudo wibratem”, głosy godne były szczerej owacji.
Na wielkie uznanie zasługują też partie – barytonowa Miecznika (Adama Kruszewskiego), oraz basowe – Skołuby (Remigiusza Łukomskiego) – nieśmiertelna „aria z kurantem” i Zbigniewa (Wojciecha Gierlacha). O patiach tenorowych, choć wypadły wielce poprawnie, szczególnie Sylwester Smulczyński w roli Damazego, wypowiadać się nie będę, gdyż na nieszczęście lokalnych talentów wychowałem się na twórczości Pavarottiego i Domingo, więc … naprawdę trudno pod naszą szerokością geograficzną szukać ich następców. Niemniej jednak cały spektakl wypadł nad wyraz spójnie tak pod względem technicznym, jak i przede wszystkim artystycznym, więc opuszczając mury Starej Oranżerii i pogrążone w mroku Łazienki Królewskie ani przez moment nie czuliśmy niedosytu, bądź komplementując poszczególne role nie uważaliśmy za stosowne dodawać wielce wymownego „ale …”.

Inicjatywę Dyrekcji Polskiej Opery Królewskiej, by na próby, w tym generalne – jak niniejsza, wpuszczać przedstawicieli prasy uważam za przysłowiowy strzał w dziesiątkę i za to należą się jej w pełni zasłużone brawa. Orkiestra i wokaliści dokonują bowiem wtenczas ostatecznych poprawek, kamerzyści i fotografowie, bez większych obaw o komfort publiczności, mogą spokojnie rejestrować materiał, a dzięki temu widzowie – już podczas komercyjnych spektakli, nie muszą być raczeni klapnięciami migawek i innymi związanymi ze standardowymi reporterskimi obowiązkami niedogodnościami. Jednym słowem i wilk syty i owca cała, za co serdecznie Organizatorom całego przedsięwzięcia jeszcze raz dziękujemy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Jak mniemam, wszyscy znakomicie orientujecie się, że jesteśmy prawie na mecie jubileuszowego roku odzyskania przez Polskę niepodległości. To zaś sprawia, że ostatnie 365 dni w ramach ogólnopolskich obchodów tego święta było wręcz naszpikowane wieloma nadającymi temu wydarzeniu dostojności imprezami, spektaklami teatralnymi, czy choćby wyśmienitymi koncertami muzycznymi. Niestety czas nieubłaganie szybko mija i gdy wydawałoby się, że już nic w materii uświetniania tego historycznego wydarzenia do nadchodzącego za kilka dni sylwestra nie ma szans w życiu naszego portalu się wydarzyć, nagle otrzymaliśmy brzemienne w skutkach – w postaci dzisiejszej relacji, zaproszenie na piątkową próbę opery „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki w reżyserii Ryszarda Peryta. Tak tak, dosłownie rzutem na przysłowiową taśmę udało nam się obejrzeć przedpremierową, bo oficjalnie uznawaną za medialną próbę generalną inscenizację tego znanego wszystkim patriotycznego dzieła. Ale to nie jest jedyny smaczek tego wydarzenia, gdyż całość przedsięwzięcia zlokalizowano nie na deskach zazwyczaj przejmującego pałeczkę przy takich okazjach Teatru Narodowego lub innego tego typu kulturalnego przybytku, tylko na niegdyś niedostępnej, a od nieco ponad roku otwartej dla publiczności jako Polska Opera Królewska scenie teatralnej w Starej Pomarańczarni w warszawskich Łazienkach Królewskich. Zaskoczeni? Jeśli tak, to zapraszam na kilka krótkich akapitów na temat artystycznych wydarzeń z tego wieczoru.

Prawdopodobnie pytaniem „Co jest tematem tej opery?” zdecydowaną większość z Was śmiertelnie bym obraził. Niestety zdając sobie sprawę, że nawet w naszym, z racji obcowania z wysublimowanym audio, wyedukowanym gronie czytelników zawsze może znaleźć się osobnik swą życiową karmę kierujący w jedynie słuszną stronę odsłuchiwania wszelkiego rodzaju urządzeń i okablowania, jestem wręcz zmuszony do choćby krótkiego streszczenia tego spektaklu, co postaram się zamknąć w dwóch, no może trzech zdaniach. Dlaczego tak oszczędnie? Otóż znający dzieło czytelnik podczas kolejnej lektury tych samych informacji prawdopodobnie by się nudził, a potencjalny zainteresowany w dogłębnej analizie operowego przekazu zawsze może posiłkować się internetem, lub stosownymi opracowaniami. Ja mam jedynie, w telegraficznym skrócie, przybliżyć temat mojej relacji.
Dla zmylenia okupującej w czasach powstania „Strasznego Dworu” porozbiorową Polskę carskiej cenzury sprawa opiera się o stosunkowo przyziemne stosunki damsko męskie. Mianowicie ni mniej ni więcej, powracający z wojskowej służby zaprawieni w bojach dwaj młodzieńcy postanowili pozostać w tak fantastycznie odbieranym przez nich wolnym stanie. Tymczasem w wyniku wizyty u bardzo dobrego znajomego swojego ojca młodzieńcy w starciu z przygotowanymi do wydania za mąż pięknymi córkami owego przyjaciela, w tym przypadku gospodarza domu, w swym postanowieniu pozostania kawalerem zaczynają się łamać. Przyznacie, że historia jest banalna. Jednak jak to w życiu bywa, diabeł tkwi w szczegółach, gdyż Stanisław Moniuszko tak umiejętnie ubrał tą przygodę w ornamentykę polskości, że już po trzech przedstawieniach spektakl zdjęto z afisza, co tym bardziej uczyniło go ponadczasowym dziełem narodowym. To zaś sprawia, że niewyobrażalnym jest choćby raz nie obejrzeć tej opery na własne oczy. Ale nie przed telewizorem w adaptacji filmowej, tylko w bezpośrednim kontakcie z artystami, gdyż taka percepcja wizualizuje to dzieło w naszej świadomości w całkowicie inny sposób.

Ok. Było trochę historii, teraz o samym spektaklu. Z racji tzw. ograniczeń natury lokalowej w przypadku Polskiej Opery Królewskiej nie mamy do czynienia z przypisanymi wielkim teatrom pełną rozmachu scenografią, wielkim zespołem wokalno – instrumentalnym, tylko umiejętnym cyzelowaniem niezbędnych do przekazania zamierzeń autora aspektów muzyczno – scenicznych. To zaś oznacza okrojoną do minimum, jednak w konsekwencji wyśmienicie wypadającą orkiestrę, wydawałoby się bardzo skromną, acz pokazującą najważniejsze cechy polskości scenografię i nieco ograniczoną populację występujących na scenie artystów. Sadzę, że Marcin w swej solidności zamieści stosowne informacje na temat wszystkich mających swój udział w tej piątkowej prezentacji artystów, dlatego też z racji mojego codziennego pławienia się w muzyce dawnej moje największe uznanie kieruję w stronę roli sopranowych. Zdaję sobie sprawę, że role męskie również wzniosły się na swoje wyżyny, ale nie chcąc nikogo urazić wspominam jedynie o tym, co na podstawie dłuższego osłuchania z podobnym repertuarem mogę w miarę racjonalnie ocenić. Wracając do samego przestawienia na tle wcześniejszych kontaktów z operą „Straszny Dwór” na zdecydowanie większych scenach ze spokojem ducha mogę powiedzieć, że ani przez moment nie odczułem jakichkolwiek braków tak merytorycznego ducha, jak i oprawy wizualno – muzycznej. To był majstersztyk w najczystszej postaci. A przecież trzeba przypomnieć, że to była jeszcze próba przed oficjalnym startem, co przy wiedzy, że trening czyni mistrzem pozwala sądzić, iż w kolejnych odsłonach kurtyny artyści w swej maestrii wzniosą się o co najmniej oczko wyżej, czego z całego serca im i wszystkim zaangażowanym w to narodowe przedsięwzięcie życzę.

Nie wiem, czy tak bardzo mocno okrojoną relacją udało mi się namówić Was do obejrzenia tego spektaklu. Jednak jeśli macie w sobie ducha patriotyzmu i przy tym nawet nie kochacie, ale choćby lubicie takie wydarzenia operowe, nie wyobrażam sobie sytuacji, w której z przyczyn typu „już kiedyś to widziałem”, rezygnujecie z zapewnienia sobie fantastycznego spotkania z polską kulturą. Dlaczego? Przecież to proste, a dla wyjaśnienia posłużę się przyczynami z naszego podwórka. Każdy audiofil wie, że co urządzenie audio, to całkowicie inna prezentacja muzyki, co tak prawdą mówiąc staje się jego życiową karmą. Tymczasem w przypadku opisywanego przeze mnie artystycznego tworu mamy do czynienia ze zdecydowanie większą ilością zmiennych od goszczącej artystów sceny teatralnej, składu muzyków i samych artystów. Ato według mnie wszystkich miłośników szeroko pojętej sztuki wręcz zmusza do osobistej konfrontacji najnowszego wcielenia będącej tematem tego słowotoku opery Stanisława Moniuszki „Straszny Dwór” z oglądanymi wcześniej inkarnacjami. Toż to audiofilska propozycja w najczystszej postaci. Tak więc nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek absencji żadnego z Was. Ostrzegam, będę sprawdzał listę obecności.

Jacek Pazio