Tag Archives: streaming DAC


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. streaming DAC

Boulder 866
artykuł w przygotowaniu / work in progress

Model 865, czyli protoplasta naszego dzisiejszego gościa, był potężną, bezkompromisową i na swój sposób cudownie „surową”, przynajmniej jeśli chodzi o design konstrukcją. Z kolei Boulder 866, bo to on do nas właśnie trafił, nie dość, że „wypiękniał”, to jeszcze może pochwalić się wbudowaną sekcją DAC-a i streamera.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. streaming DAC

Brinkmann Audio Nyquist mk2

Link do zapowiedzi: Brinkmann Nyquist mk2

Opinia 1

Co się stanie kiedy specjalista od analogu w high-endowym wydaniu weźmie się za cyfrę? W dodatku, gdy będzie to osoba otwarcie głosząca, iż „płyty winylowe, mimo ich ograniczeń, są najważniejszym i najlepszym nośnikiem muzyki na świecie” i to mając świadomość ciągłych postępów w cyfrowej obróbce? Dla ułatwienia podpowiem, że opcje są dwie – albo funkcjonalno-brzmieniowy koszmarek, albo urzeczywistnienie idei mówiącej, że od pewnego pułapu tak naprawdę nie ma znaczenia, czy poruszamy się w domenie cyfrowej, czy analogowej, gdyż liczy się wyłącznie dźwięk, czyli fakt możliwie realistycznej iluzji materializacji ulubionych artystów w naszych czterech, bądź jak to w przypadku naszego redakcyjnego OPOS-a ma miejsce, ośmiu ścianach. Skoro jednak czytają Państwo te słowa, to biorąc pod uwagę, iż na buble i generalnie urządzenia ewidentnie nam niepasujące nie mamy czasu, ani nawet chęci, by go w tak bezproduktywny sposób tracić, śmiało możecie założyć, że w ramach niniejszej epistoły przyjdzie nam się zmierzyć z bezsprzecznie pozytywnym przejawem implementacji analogowych zapatrywań „twórcy” (tę kwestię pozwolę sobie rozwinąć dosłownie za moment) na niwie przysłowiowych zer i jedynek. Nad kim, a raczej nad czym będziemy zatem się pastwić? Nad przetwornikiem cyfrowo-analogowym a operując możliwie precyzyjną nomenklaturą streaming-DAC-iem Brinkmann Audio Nyquist mk2.

Jeszcze przed opisem walorów estetyczno-brzmieniowych warto wyjaśnić jeden, dość istotny z perspektywy dzisiejszej tematyki, szczegół. Otóż, choć Brinkman Audio kojarzony jest przede wszystkim z postacią założyciela – Helmuta Brinkmanna, czyli wiernego akolity czarnej płyty, to od 2015 r. za cyfrową część portfolio marki odpowiada znany naszym Czytelnikom m.in. z analogowej relacji z SoundClubu, pomysłodawca i współtwórca obiektu dzisiejszego zamieszania, a wcześniej prawdziwy psycho-fan dokonań i wierny klient pana Helmuta Brinkmanna, Matthias Lück. Wspominam o tym byście mieli Państwo jasność sytuacji, czyli, że nie jest to tzw. wypadek przy pracy i siłowa próba zaistnienia na polu, którego się ewidentnie nie czuje, jednak wypada coś na nim pokazać, lecz przykład równie bezkompromisowego podejścia, co w przypadku wcześniejszych – analogowych propozycji Brinkmanna. Jeśli ktoś w powyższe zapewnienia wątpi, to mam dla niego całkiem mocny argument, bowiem Matthias jest odpowiedzialny wyłącznie za sekcję cyfrową Nyquista a jego stopień analogowy, bazujący poniekąd na rozwiązaniach znanych z phonostage’a Edison, to dzieło Helmuta Brinkmanna.

Z elektroniką Brinkmann Audio sprawa jest prosta – widzieliście jedno urządzenie, to o ile tylko „złośliwy Niemiec” nie chowa Państwu zbyt często rzeczy, których dosłownie przed chwilą używaliście, to resztę rozpoznacie bez trudu. Pomijając bowiem nomen omen dość charakterystyczne gramofony reszta portfolio jest na tyle zunifikowana, że jeden rzut gałką oczną i wszystko wiadomo. Solidne, z reguły (wyjątek stanowią końcówki mocy) niskoprofilowe aluminiowe obudowy i charakterystyczne szklane płyty górne, plus obowiązkowe granitowe podstawy, to znak rozpoznawczy wyrobów tej niemieckiej, zatrudniającej raptem kilkanaście osób manufaktury. Podobnie jest z Nyquistem. Wykonany z solidnej szczotkowanej aluminiowej sztaby front zdobi centralnie umieszczony, niewielki niebiesko-biały wyświetlacz i tuż pod nim firmowy logotyp, z obu stron optycznie „zamknięte” bliźniaczymi gałkami – lewą odpowiedzialną za regulację wzmocnienia (od 0 do 10 dB dla wyjść liniowych i od 0 do 99 dla słuchawek), oraz prawą odpowiedzialną za wybór źródeł. Ponadto na lewej flance znajdziemy jeszcze gniazdo słuchawkowe 6,3mm ze stosownym aktywatorem a na prawej włącznik główny i przycisk wyciszenia. Ściany boczne to równolegle rozmieszczone płaty radiatorów z wydrążonymi „tunelami” dla czterech (po dwie na kanał), pracujących w stopniu wyjściowym lamp.
Niezwykle elegancko prezentują się również symetrycznie rozplanowane plecy niemieckiego DACa, gdyż zdublowane – oferujące zarówno gniazda RCA, jak i XLR wyjścia liniowe ulokowano po bokach, po lewej stronie skromnie przycupnęło wielopinowe gniazdo dedykowane zewnętrznemu, niewiele ustępującemu solidnością jednostce głównej, zasilaczowi a centrum zajęła „szuflada” – wymienny/upgrade’owalny moduł z interfejsami cyfrowymi – Ethernet, Toslink, USB, Coaxialnym i AES/EBU. Jednostkę sygnałową tradycyjnie ustawia się na płask na dołączonej granitowej płycie a zewnętrzny zasilacz gdziekolwiek tylko miejsce i zamontowany na stale przewód pozwalają.
Skoro jesteśmy przy złączach cyfrowych to pozwolę sobie wspomnieć o funkcjonalności streamingu zaimplementowanej w Nyquiście, którą da się okiełznać z pomocą wielce przydatnej appki mControl. Jej konfiguracja została dokładnie, krok po kroku opisana w instrukcji obsługi przetwornika, więc nawet nie czując się zbyt pewnie w temacie zostaniemy poprowadzeni za rączkę. Bezproblemowo działa również m.in. Bubble UPnP, bądź JRiver. Biorąc pod uwagę współczesne realia i wymagania konsumentów nie dziwi fakt możliwości całkowitego przekazania sterów Roonowi (Roon Remote). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by nawigację po zakamarkach domowych NAS-ów i bezkresach platform streamingowych scedować na oprogramowanie audiofilskich magazynów danych w stylu Melco N1Z/2EX-H60, czy transportów, jak daleko nie szukając mój dyżurny Lumin U1 Mini. Na wyposażeniu znajduje się również elegancki, aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Jeśli chodzi o trzewia, to w porównaniu z pierwszą odsłoną poprawiono zasilanie części analogowej i stopnia wyjściowego. Wykorzystując firmową topologię zastosowano sześć stabilizatorów wysokonapięciowych i sześć standardowych, czyli łącznie dwanaście – o jeden więcej niż wcześniej i właśnie ten dodatkowy dedykowano wyłącznie zegarowi taktującemu, co przyniosło korzyści zwłaszcza przy odtwarzaniu z wejść USB i LAN. Sercem urządzenia są niezmiennie ośmiokanałowe chipy ESS Technology ES9018S – po jednym na kanał, w które wybrano ze względu na możliwość pominięcia filtrowania cyfrowego i praktycznie brak stabilizatorów napięcia, co z kolei pozwoliło zastosować zewnętrzne, wyższej klasy stabilizatory. Ponadto ES9018S dysponują wyjściem prądowym, więc sygnał z nich został skierowany bezpośrednio do transformatora. Warto jednak podkreślić, iż w Nyquiście sygnały PCM i DSD dekodowane są niezależnie od siebie – natywnie, tzn. bez konwersji. Sygnał DSD poddawany jest najpierw przetaktowaniu, następnie trafia do minimalistycznego, zbudowanego z elementów dyskretnych DAC-a, przechodzi przez oparty na transformatorze Lundahla łagodny filtr analogowy, by wreszcie trafić do stopnia wyjściowego. Z kolei PCM i MQA fundowany jest ośmiokrotny upsampling w procesorze (352 kHz lub 384 kHz), w trakcie którego MQA jest dekodowane. Tak uzdatniony sygnał jest poddawany przetaktowaniu i doprowadzeniu do przetwornika (gwoli ścisłości dwóch) ESS Technology ES9018S. I tutaj kolejna mała dygresja z mojej strony, gdyż Matthias Lück jest kolejną znaną mi osobą z branży audio otwarcie przyznającą, iż sam wybór konkretnej kości przetwornika ma zdecydowanie mniejszy wpływ na finalne brzmienie DAC-a aniżeli się powszechnie uważa, gdyż przede wszystkim liczy się jej aplikacja i umiejętne dopracowanie kilku innych detali, w tym zasilania. Stopień wyjściowy oparto na czterech NOS-ach Siemensa PCF803 opracowanych w latach 60-ych do zastosowań w odbiornikach TV, w których miały pracować przez co najmniej dekadę, więc w DAC-u, ze zdecydowanie mniejszymi obciążeniami można założyć, iż ich żywotność będzie jeszcze większa. Na wyjściu nie zabrakło również transformatorów Lundahla. Tyle teorii, a jak się ona przekłada na praktykę?

Z Nyquistem, a dokładnie nawet nie z jego pierwszą, lecz wręcz prototypową wersją, której dane mi było posłuchać w 2016 r. podczas odbywającej się w ramach monachijskiego High Endu prasowej prezentacji wiążą się moje wielce przyjemne wspomnienia. Otóż to właśnie wtedy Matthias był na tyle miły, by w ramach małego „koncertu życzeń” odtworzyć na wystawowym systemie moje ulubione „Riders On the Storm” The Doors. Czy było dobrze? Nie, nie było. Było … magicznie i to na tyle, że tak jak wtedy miałem ciarki, tak po ponad czterech latach ze stereofonicznego, konwencjonalnego systemu, jeszcze nie udało mi się usłyszeć ww. nagrania odtworzonego bardziej realistycznie i namacalnie. Z premedytacją napisałem o stereo i konwencjonalności, gdyż rok później, również w Monachium, ów utwór zabrzmiał równie zjawiskowo, lecz John Herron posiłkował się wtenczas elektroniką Trinnov Audio i sześciokanałowym zestawem głośnikowym Vivid. Mniejsza jednak z prehistorią, gdyż kluczową i oczywistą kwestią było nie czy, a kiedy Nyquist się u mnie pojawi. I kiedy tylko pierwszy egzemplarz pojawił się w stołecznej siedzibie SoundClubu wydawać by się mogło, że będzie już z górki, gdyż wystarczy tylko poczekać aż demonstracyjna sztuka się wygrzeje, zaliczy kilka prezentacji i koniec końców trafi w moje ręce. Niestety przewrotny los miał nieco odmienne zdanie w tym temacie, gdyż wszystko co tylko przyszło do naszego rodzimego dystrybutora albo schodziło na pniu, albo właśnie się wygrzewało, by koniec końców opuścić salonowy pokój wraz ze szczęśliwym nabywcą. Jakby tego było mało otrzymałem pocztą pantoflową krótką, acz wielce istotną informację od samego producenta, by jednak jeszcze chwilę poczekać, gdyż właśnie kończy prace nad wersją … mk2 wygaszając jednocześnie produkcję „jedynki”. A jak Matthias coś powie, to powie, więc skoro najnowsza inkarnacja Nyquista z dopiskiem mk2 ujrzała … w 2018 r. (oczywiście podczas monachijskiego High Endu) światło dzienne, to najwyższa pora, żebyśmy i my mogli przygarnąć ją na dłuższą chwilę pod nasze skrzydła.

No to cytując klasyka „nadejszła wiekopomna chwila” – Nyquist mk2 wylądował w moim systemie i … Tak, to jest to. Wreszcie mogę odetchnąć z ulgą i spuścić powietrze z pompowanego przez ostatnie cztery lata balonika wspomnień i coraz bardziej rosnących oczekiwań. Wiecie Państwo o co chodzi? O budowanie wyimaginowanego i idealizowanego wzorca, z którym finalne i wyczekkiwane zetknięcie bardzo często wywołuje nader bolesne rozczarowanie, gdyż rzeczywistość ma się nijak do mocno podkolorowanych wspomnień. Tymczasem nasz dzisiejszy bohater po prostu spełnił pokładane w nim nadzieje a wręcz je przekroczył. Ale o tym już dosłownie za chwilę, a na razie bardzo przepraszam za brak budowania napięcia, stopniowania superlatyw i wielki finał, ale to jest brzmienie w stylu kochaj, albo rzuć.
Trudno bowiem przejść obojętnie obok wybitnej wręcz analogowości tego urządzenia. Aby jednak ów imperatyw w ujęciu „brinkmannowskim” zrozumieć trzeba na początku nieco doprecyzować samo pojęcie „analogowości”, gdyż nie chodzi mi w tym momencie o jej stereotypowe – kojarzone głównie z winylem oblicze, lecz o to o poziom wyższe – oferowane przez wysokiej klasy magnetofony szpulowe. Oblicze nie dość, że zdecydowanie bardziej dynamiczne, to w dodatku o nieporównywalnie bliższej wydarzeniom na żywo rozdzielczości. Dźwięk jest bowiem mocniejszy, ale bez ofensywności a jedynie na poziomie zgromadzonego w nim ładunku energetycznego i bardziej namacalny, realny, choć jakże daleki od sztucznego podbijania kontrastu.
Co ciekawe jest to granie bezsprzecznie inne od tego, z jakim obcuję na co dzień, gdyż o ile w moim Ayonie preferuję opcję permanentnej konwersji wszystkich sygnałów do możliwie wysoko próbkowanego DSD, o tyle Brinkmann wyraźnie różnicował sygnały PCM i DSD, grając te drugie w sposób zdecydowanie bardziej … analogowy. W dodatku operując nieco ciemniejszą estetyką prezentacji potrafił zejść jeszcze niżej, głębiej w eksploracji muzycznych odmętów. Wystarczyło tylko sięgnąć po pozornie minimalistyczny album „SulaMadiana” Mino Cinelu i naszego dyżurnego Nilsa Pettera Molværa, by zrozumieć jak precyzyjny, jednak nie w ujęciu pomiarowo-laboratoryjnym a czysto ludzko-percepcyjnym jest niemiecki przetwornik. Bogactwo blaszanych przeszkadzajek i innych „fizycznych” perkusjonaliów z łatwością materializowało się w przestrzeni międzykolumnowej a z kolei syntetyczne loopy i plamy dźwiękowe li tylko sygnalizowały swoją niematerialną bytność. Różnice pomiędzy nimi dotyczyły dosłownie wszystkiego, począwszy od definicji brył, konturów poprzez ich wypełnienie, fakturę a co najważniejsze sam rozmiar i zawieszenie, umiejscowienie w przestrzeni. Jednak owa, czysto pozorna, drobiazgowość bynajmniej nie wynikała z wręcz obsesyjnego dzielenia włosa na czworo i rozbijania każdego dźwięku na atomy, lecz była czymś całkowicie oczywistym i tożsamym z odsłuchem na żywo, gdzie chyba nikt mający choćby odrobinę słuchu nie ma problemów z odróżnieniem dźwięków generowanych przez fizyczne instrumentarium od tych kreowanych li tylko komputerowo.
Podobnie na ścieżce do kultowego „The Fifth Element / Le cinquième élément” Érica Serry przepiękna aria „Lucia di Lammermoor” / „The Diva Dance” bez trudu można wyłapać fragmenty, gdzie naturalny wokal Invy Mula-Tchako jest nieco „wspomagany” cyfrową obróbką. Czy to źle? Absolutnie nie, przynajmniej w moim skromnym mniemaniu, gdyż docierając do źródeł otrzymujemy pełniejszy, bardziej spójny obraz tego, co dany artysta, kompozytor miał na myśli poruszając się w obrębie własnego mikrokosmosu określanego nader pojemnym mianem „Licentia poetica”. O ile tylko nikt nie próbuje zaklinać rzeczywistości, że nic przy konkretnych ścieżkach nie było „majstrowane”, choć wiadomo, że było. Czy zatem należy złożyć, że wszelakiej maści syntezatory i generowane komputerowo dźwięki na Brinkmannie zagrają gorzej aniżeli ich „analogowi” pobratymcy? Też nie, a jedynie … inaczej. W końcu organy Hammonda, czy Moogi charakteryzuje tak brzmienie jak i sama „konsystencja” dźwięku diametralnie inna aniżeli tego, co oferują w pełni cyfrowe „klawisze” i jakoś nikt o to kopii nie kruszy.
Wróćmy jednak do meritum. Obecność lamp w stopniu wyjściowym naszego dzisiejszego bohatera części z Państwa może, niejako podprogowo, narzucać dość oczywistą, opartą na wysyceniu i lekkim zmiękczeniu narrację. Tymczasem, choć Brinkmann niezaprzeczalnie operuje nieco bardziej soczystą paletą barw aniżeli dCS Vivaldi DAC2 a i linie konturów rysuje nieco mocniej aniżeli swój angielki konkurent, to nie sposób zarzucić mu czy to przegrzania atmosfery, bądź przesady w kreśleniu poszczególnych brył. Proszę tylko posłuchać „Vägen” Tingvall Trio, by stwierdzić, iż delikatny chłód nagrania cały czas jest tam obecny a blachy pomimo swojej zwiewności mają odpowiednia masę i „body” . Z kolei na „Tribute to Tomasz Stańko” Piotr Schmidt Quartet & Wojciech Niedziela oczywistym staje się fakt fenomenalnego operowania przez niemiecki przetwornik mikro-dynamiką. Delikatnie muskane przez Krzysztofa Gradziuka blachy, z równą finezją wygrywane partie na werblu, czy operujący z tyłu kontrabas Macieja Garbowskiego na swój sposób uzupełniają niezwykle liryczny dialog fortepianu Niedzieli z trąbką lidera, lecz zamiast stanowić dla nich li tylko tło tworzą misternie utkany klimat, ekosystem, w którym jesteśmy świadkami prawdziwego misterium.
Proszę się jednak nie obawiać, że w skali makro napotkamy jakieś anomalie, gdyż zarówno symfonika, w tym podparta równie imponującym aparatem wokalnym, jak genialne „Mozart: Requiem in D Minor, K. 626” MusicAeterna, Teodor Currentzis, New Siberian Singers, jak i zdecydowanie mniej uduchowione, za to bezsprzecznie bardziej bezpardonowo podane ciężkie brzmienia w stylu świetnie zmasterowanego w skądinąd znanym mi z osobistej wizyty studiu Chartmakers albumu „Vredesvävd” Finntroll wypadają wybornie. Tak przez sakralno – funeralne, podniosłe misterium, jak i przez „skoczne”, folk-blackmetalowe opętańcze pląsy i iście zwierzęce porykiwania Nyquist przeszedł jak burza z iście mistrzowską precyzją operując tak ciszą, jak i kruszącą mury kakofonią i trudnymi do ogarnięcia spiętrzeniami dźwięków nie roniąc z nich nawet najmniejszych mikro-wybrzmień. Wydawać by się jednak mogło, iż na tak wysokim poziomie wyrafinowania trafienie w punkt z Mozartem dziwić nie powinno, jednak już fińscy blackmetalowcy znaleźli się w powyższym zestawieniu przez najdelikatniej mówiąc przypadek. Tymczasem ich obecność jest tutaj w pełni zamierzona, gdyż wychodząc z założenia, że o ile danego gatunku muzycznego można nie lubić, to już ocena poprawności, bądź braku jego odtworzenia nie powinna budzić absolutnie żadnych wątpliwości. I proszę mi wierzyć na słowo, a najlepiej umówić się na odsłuch ww., bądź podobnego krążka i własnousznie ocenić. Sam nie miałem się do czego przyczepić. Było piekielnie szybko, równie rozdzielczo i nad wyraz brutalnie (szczególnie jeśli chodzi o partie wokalne Mathiasa „Vreth” Lillmånsa), lecz efekt ten nie był pochodną przesterowania, bądź „wypłaszczenia” skompresowanej sceny i pójścia w stronę ogłuszającego jazgotu, lecz przy zachowaniu pełnej czytelności operowania wieloplanowo rozmieszczonymi źródłami plującymi ogniem i iście piekielnymi wyziewami, a dokładnie ich nieskrępowanym potencjałem dynamicznym. To tak, jakby jadąc 730-konnym Mercedesem AMG GT Black Series (M178 LS2) z pedałem przyspieszenia wciśniętym w podłogę mieć jeszcze świadomość, że to jeszcze nie koniec atrakcji, bo jakby nam zabrakło wrażeń zawsze możemy sięgnąć po „mokre nitro”, czyli podanie podtlenku azotu z dodatkową porcją paliwa i coś mi się wydaje, że prędzej słuchacze stracą kontrolę nad ogromem dostarczanych informacji, aniżeli pogubi się w nich Nyquist.

Wszystko co dobre niestety kiedyś się kończy, więc i moja przygoda z aktualną, oznaczoną dopiskiem mk2, inkarnacją streaming DAC-a Brinkmann Audio Nyquist dobiegła swojego finału. Finału niestety pozbawionego happy-endu, gdyż z niekłamanym żalem zmuszony byłem spakować go do firmowego kartonu i przekazać Jackowi, który z kolei po swojej turze odsłuchów zwrócił go dystrybutorowi. Boli, bardzo boli brak Nyquista w moim systemie, jednak warto pamiętać o pozytywach tego spotkania, gdyż dzieło Helmuta Brinkmanna i Matthiasa Lücka nie tylko zwycięsko wyszło ze starcia z moimi wyidealizowanymi wspomnieniami, to wręcz całkowicie rozłożyło mnie na łopatki swoją wielce uzależniającą mieszanką wyrafinowania, rozdzielczości i dynamiki sprawdzającą się zarówno przy tzw. „grze ciszą”, jak i bezpardonowej black-metalowej kakofonii. DAC idealny? Cóż, z pewnością istnieją lepsze alternatywy, jednakże na tę chwilę nie dane mi było doświadczyć ich geniuszu we własnych czterech kątach. A Nyquist się pojawił, zagrał i odszedł pozostawiając po sobie bolesną wyrwę i kiełkujące twarde postanowienie, że jeszcze, tym razem już na dobre, do mnie wróci.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + Melco N1Z/2EX-H60
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Kondycjoner: Keces BP-5000 + Shunyata Research Alpha v2 NR
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VM

Opinia 2

Być może dla wielu z Was będzie to nieco zaskakujące twierdzenie, ale granicząc ze stanem pewności jestem święcie przekonany, iż w temacie wiedzy o tytułowej marce pewna grupa miłośników dobrej jakość dźwięku jest w sporym błędzie. Chodzi mianowicie o fakt najczęstszego kojarzenia naszego bohatera – pochodzącej z Niemiec manufaktury Brinkmann Audio, jedynie z konstrukcjami analogowymi – gramofonami, dedykowanymi im przedwzmacniaczami i od jakiegoś czasu z pietyzmem przygotowywanymi sonicznie, wydawnictwami płytowymi. Tymczasem panowie ze wspomnianego teamu oprócz szerokiej palety konstrukcji poświęconych czarnej płycie w swoim portfolio oferują również produkty pozwalające obcować z muzyką zapisaną mówiąc kolokwialnie kodem zero-jedynkowym. Powiem więcej, oferta tego typu produktów jest istotnym elementem ich oferty od wielu lat, czego potwierdzeniem jest dostarczone do naszej redakcji przez warszawski SoundClub, drugie wcielenie przetwornika cyfrowo-analogowego Brinkmann Audio Nyquist Mk II. Zaskoczeni? Bez względu na powód – czy z racji dotychczasowego braku wiedzy o działalności marki na polu cyfrowym, czy też pojawienia się już kolejnej odsłony tej zbierającej świetne opinie konstrukcji, zapraszam wszystkich na kilka obfitujących w ciekawe wnioski akapitów o tytułowej, bazującej na zapisach cyfrowych niemieckiej myśli technicznej.

Jak obrazują fotografie, przetwornik Nyquist Mk II w kwestii gabarytów przy dość niedużej wysokości osiąga typowe rozmiary szerokości i głębokości dla tego typu konstrukcji. Jednak wbrew pozorom zestawiony w pełnym firmowym rynsztunku w kontrze do gabarytów może pochwalić się sporą wagą. Powodem jest dostarczana w komplecie startowym granitowa płyta, stanowiąca stabilne podłoże dla delikatnych układów elektrycznych. Naturalnie zdaję sobie sprawę, iż w materii izolowania urządzeń audio od szkodliwych drgań podłoża wielu konstruktorów może mieć inne zdanie, jednak w moim odczuciu zastosowanie granitu miało dodatkowy, w końcowym rozrachunku dźwiękowym, bardzo istotny cel – o tym później. Idąc dalej tropem budowy, a przy tym przybliżając nasz punkt zapalny, nie sposób nie zauważyć, iż konstruktor pomyślał o przyjemności obcowania ze swoim dziełem nie tylko od strony sonicznej, ale również wzrokowej, gdyż w odpowiedzi na zapotrzebowanie wielu użytkowników, jak na panujące standardy opakował swój projekt dość nietypowo. Chodzi mianowicie o dającą wgląd w elektronikę, przezroczystą górną część obudowy. Przyznam szczerze, iż wizualnie pomysł prezentuje się fenomenalnie, a oprócz tego pokazuje dbałość projektanta o każdy szczegół wykonania i uzbrojenie płytek PCB, czym nie oszukujmy się, zazwyczaj bardzo lubimy się napawać. Na wykonanym z grubego płata aluminium froncie Nyquista znajdziemy kilka manipulatorów symetrycznie rozlokowanych wokół mieniącego się błękitem dwuwierszowego wyświetlacza. Patrząc od lewej strony dostajemy do dyspozycji zorientowane w pionie: włącznik inicjujący pracę słuchawek i stosowne dla nich gniazdo. Tuż obok dużą gałkę regulacji wzmocnienia sygnału wyjściowego. Zaś po drugiej stronie niebieskiego okienka symetrycznie rozstawione: bliźniaczą do lewej flanki gałkę, tym razem wyboru wejścia i całkiem na prawej flance pionowo zaimplementowane MUTE i włącznik główny. Przerzucając wzrok na tylny panel przyłączeniowy po drodze mijamy wspomnianą połać przezroczystej pokrywy urządzenia i boczne ścianki w formie kilku pionowych plastrów aluminium jako radiatory. Natomiast rewers oferuje użytkownikowi zaaplikowany w centrum pakiet wejść cyfrowych typu: Ethernet, Toslink, AES/EBU. SPDIF i USB, a także rozlokowane na zewnętrznych rubieżach wyjścia sygnału analogowego w standardach RCA i XLR oraz wielopinowe gniazdo dla wydzielonego z głównej obudowy zasilacza. Ten ostatni jest niedużą, aluminiową skrzynką z diodą sygnalizującą jego pracę na froncie i gniazdem zasila IEC wraz z wyprowadzonym na stałe kablem do połączenia go z przetwornikiem na plecach. Wieńcząc opis budowy istotną informacją dla potencjalnego nabywcy jest fakt obsługi przez Nyquist-a Mk II praktycznie każdego dostępnego sygnału cyfrowego od MQA, do częstotliwości próbkowania 384 kHz, przez PCM do 384 kHz/32 bitów, po DSD 64/128 włącznie. Na koniec warto dodać, iż niekwestionowanie miłym dodatkiem od producenta jest dostarczany w komplecie startowym pilot zdalnego sterowania.

Rozpoczynając opis brzmienia rzeczonego DAC-a odniosę się do sygnalizowanego w poprzednim akapicie, celowym użyciu granitu jako podstawy dla całej konstrukcji. Oczywiście to są moje przypuszczenia. Jednak na bazie wielu lat zabawy w opiniowanie różnych produktów niosące ze sobą sporo zweryfikowanych racji. Otóż w moim mniemaniu konstruktor aplikując twarde podłoże pod przecież bardzo czułe na tego typu zabiegi urządzenie miał w zamyśle na ile to możliwe, precyzyjnie namalować świat muzyki. To co prawda stoi w opozycji do zazwyczaj stosowanej przez konkurencję miękkiej izolacji elektroniki od stolika. Jednak wówczas bardzo prawdopodobnym jest, iż lekkim zawoalowaniem przekazu poprzez aplikację weń dodatkowej szczypty miękkości, coś chcemy ukryć. Najczęściej powodem brak rozdzielczości, co na końcu przekłada się na sporą ilość męczących zniekształceń. Tymczasem panowie z Brinkmann Audio znakomicie zdając sobie sprawę jak dobrze poradzili sobie z obróbką sygnału, postanowili narysować wydarzenia muzyczne fenomenalną, bo z jednej strony ostrą w górnych rejestrach, ale nic a nic nieraniącą uszu nawet podczas najdłuższych odsłuchów, zaś z drugiej w dolnych partiach przyjemnie dociśniętą kreską. I według mnie to, czyli fenomenalny wgląd w nagranie, przy dobrej masie, nasyceniu i witalności przekazu, jest największą zaletą tego przetwornika.
Próbując udowodnić moją opinię, pokazując przy tym ową zaletę dosłownie palcem na początek przywołam świetnie oddany w kwestii nie tylko emocji i poczucia feelingu przez muzyków, ale również idealnego zawieszenia i bezkompromisowej wizualizacji każdego, powtarzam każdego instrumentu, projekt rodzimego zespołu RGG „Memento”. To była feeria w dobrym tego słowa znaczeniu, zaskakujących mnie każdym dotknięciem czy to zrównoważonego w domenie ilości struny i pudła rezonansowego, kontrabasu, majestatycznie, bo mocno na dole i dźwięcznie w wyższych rejestrach, wybrzmiewającego fortepianu, czy też wręcz fenomenalnie rozbłyskujących w eterze perkusjonaliów, fraz nutowych. Owa płyta wybrzmiała tak magicznie, że z racji niedawnego jej zakupu jako uzupełnienia płytoteki przesłuchałem ją dwa razy z rzędu, a zaraz po niej przypomniałem sobie nausznie projekt zatytułowany „Szymanowski” i „True Story – In Two Acts”. Jednym słowem w wyniku zjawiskowej prezentacji jednego z moich ulubionych nurtów jazzowych w estetyce tak zwanego grania ciszą, zaliczyłem całkowicie pochłaniającą moje zmysły dosłownie kilkugodzinną sesję bez oznak jakiegokolwiek zmęczenia materiału. I co ciekawe, mimo lekkiego odejścia przekazu od minimalnie większej niż mam na co dzień miękkości dźwięku, nawet przez moment nie poczułem dyskomfortu, tylko zdziwienie, że można tak wyraziście, ale również zaskakująco przyjemnie.
Po serii płyt z małymi składami przyszedł czas na wokalistykę. Specjalnie dobrze zrealizowaną, żeby w razie przerysowywania spektaklu przez opiniowany przetwornik złapać go na gorącym uczynku. Niestety misterny plan, w którym brała udział Koreanka Youn Sun Nah z nową, trącającą nieco nurtem popowym, ale również jak poprzednie dobrze zarejestrowaną płytą „Immersion”, nie zdołał podkopać pierwszych odczuć na temat Nyquista. To oczywiście była konturowa jazda bez trzymanki, jednak w przyjemnym, bo pozbawionym słyszalnych zniekształceń, pełnym najdrobniejszych niuansów mimiki twarzy artystki, wydaniu. Osobiście, już z taką prezentacją bez najmniejszych problemów mógłbym żyć, jednak na swoje potrzeby drobną roszadą kablową pewnie próbowałbym nadać jej tembrowi głosu nutkę soczystej intymności w środku pasma. Ale zaznaczam, tylko dlatego, że jestem orędownikiem lekkiego przeciągnięcia przysłowiowej struny barwy w stronę większego koloru, a nie z racji problemu odbioru testowego poziomu nasycenia.
Na koniec coś, co powinno położyć pretendenta do laurów na łopatki. Raczej mało przywiązujący uwagę do jakości, a raczej starający się oddać przez lata zbierające się w umysłach artystów emocje spod znaku Sabatona w około-wojennej kompilacji „Heroes”. Wydawałoby się, że bezpośredniość prezentacji wpłynie negatywnie na odbiór. Tymczasem nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, gdyż w wyniku czytelnego przetworzenia danych z transportu między kolumnami zawisł owszem mocno dosadny przekaz, ale pełen energii i przy tym świetnej dynamiki. I powiem szczerze, że wystarczyło w końcówce mocy Mephisto zmniejszyć poziom BIAS-u na średni – dźwięk nabiera stosownego body i lekko tłumi szaleństwo rozmachu prezentacji, by w pełni ukontentowanym zaliczyć tę pozycję płytową bez szwanku dla jakości oceny brzmienia Brinkmanna. Atak, energia minimalnie zmniejszyły wolumen, ale akurat w tym przypadku była to oczekiwana zmiana. Przecież nie samą bezpardonowością grania zestawu człowiek żyje.
Na koniec kilka zdań o elektronice mojej młodości Depeche Mode w stosunkowo nowej produkcji „Exciter”. W tym przypadku żadne ruchy osłabiające atuty testowanego przetwornika nie były potrzebne, gdyż dosłownie wszystko brzmiało w sposób, jaki prawdopodobnie planowali artyści. Gdy było trzeba szybko. Innym razem mocno na dole. A gdy dochodziło do prób zabawy z przesterem, może zabrzmi to dziwnie, ale przyjemnie boleśnie. Sam nie przypuszczałem, że przy pewnego rodzaju skrajnościach – otwartość wysokich tonów wespół z przyjemną, bo minimalną krągłością na basu, ta płyta może wypaść tak dobrze.

Jak wynika z powyższego pochwalnego słowotoku, ciekawa różnorodność – w zależności od pasma przenoszenia – w oddaniu dokładności kreski rysującej ulubioną przez nas muzykę nie musi oznaczać wypływającej z uszu krwi. Przy założeniu grania z rozmachem w domenie oddechu i bezpośredniości wystarczy dobrze zbilansować nasycenie, W tym przypadku inżynierom z Brinkmann Audio udało się nadać muzyce niezbędnego, ale niemulącego całości body w dolnych rejestrach, dlatego mimo unikania przegrzania przekazu na średnicy, DAC bez problemu sprawdził się nawet w tak lubianym przeze mnie jazzie i intymnej wokalizie. Czy to jest oferta dla każdego? Biorąc pod uwagę swobodę grania i łatwość delikatnego przeciągnięcia go na swoją czy to muzykalniejszą, czy bardziej neutralną stronę, jak najbardziej tak. Czy z każdego starcia wyjdzie z tarczą? To już będzie zależeć od zastanych warunków i oczekiwań nabywcy. Jednak jedno jest pewne, tytułowy niemiecki przetwornik jest wart każdej poświęconej na dogłębne zapoznanie się z nim, minuty.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Cena: 64 000 PLN

Dane techniczne
Wejścia: USB 2.0, SPDIF, AES-EBU, Ethernet RJ45
Obsługa formatów cyfrowych: MQA i PCM do 384kHz [DXD], DSD64 i 128 przez DoP [DSD over PCM], DSD256 natywnie
Obsługa serwisów streamingowych: DLNA, Tidal, Deezer, Qobuz, vTuner, Roon
Zniekształcenia THD/IM: < 0,01%
Odstęp sygnał/szum:> 100dBA
Regulacja wzmocnienia:-20 … +10dB
Napięcie wyjściowe: maksymalnie ± 12V, symetryczne
Impedancja wyjściowa: 10 Ω, symetryczna
Wyjście słuchawkowe: 30 – 600 Ω
Wymiary
DAC (S x W x G): 420 x 95 x 310 mm
Zasilacz (S x W x G): 120 x 80 x 160 mm
Waga: 12 kg DAC, 3.2 kg zasilacz, 12 kg granitowa podstawa
Możliwy upgrade modułu cyfrowego

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. streaming DAC

Trigon Trinity

Link do zapowiedzi: Trigon Trinity

Opinia 1

Choć swój komercyjny debiut bohater niniejszego odcinka naszych audiofilskich bajań ma już dawno za sobą, gdyż na rynku obecny jest od 2015 r., to dziwnym zbiegiem okoliczności w Polsce pojawił się dopiero teraz. Zastanawiające? Niekoniecznie, gdyż kojarzony głównie z High-Endem i analogiem dystrybutor marki – katowicki RCM, wszelakiej maści plikograje traktuje li tylko w kategoriach ciekawostek przyrodniczych. Co prawda na przestrzeni ostatniej dekady miałem okazję dwukrotnie zmierzyć się z obecnymi w jego portfolio multimedialnymi „kombajnami” umożliwiającymi m.in. odtwarzanie plików – w 2012 r. na kilka tygodni zagościł u mnie Trigon Chronolog, a w 2015 r., w ramach beta-testów, znęcałem się nad Alluxity Media One, jednak na tle obecnej powszechności serwisów streamingowych i digitalizacji zarówno na nośnikach fizycznych, jak i „w chmurze” własnych zbiorów muzycznych śmiało możemy uznać to za działania mocno incydentalne. Najwidoczniej jednak zachodzących na rynku zmian nie sposób było dłużej ignorować i chcąc mieć na przysłowiowej półce coś spełniającego multimedialne kryteria zwykłych zjadaczy chleba, czyli w nieco bardziej przystępnych cenach, trzeba było rozejrzeć się za odpowiednim kandydatem. Zamiast jednak podejmować ryzyko związane z wprowadzaniem nowej, bądź przygarnianiem jakiejś porzuconej przez innego dystrybutora marki, RCM postawił na sprawdzone źródło i po prostu zaopatrzył się w stosowne, spełniające współczesne wymogi „wszystkomania” 4w1. Mowa o uroczo kompaktowym, kuszącym niemalże lifetyle’ową aparycją Trigonie Trinity, który po wstępnej rozgrzewce w katowickiej kwaterze głównej przez kilka ostatnich tygodni gościł w naszej redakcji.

Mam cichą nadzieję, iż zarówno sam wstępniak, jak i powyższa galeria dały Państwu jasno do zrozumienia, że tym razem, oczywiście chwilowo i wybitnie okazjonalnie schodzimy z pułapu ekstremalnego High-Endu. Nie oznacza to bynajmniej, że zarówno ww. dystrybutor, jak i my rozpoczynamy eksplorację hipermarketowej masówki, lecz po prostu mówimy o rasowym, zdroworozsądkowym Hi-Fi. Dzięki temu zamiast wszechobecnych plastików możemy cieszyć oko szlachetnością szczotkowanego aluminium frontu, funkcjonalnością konwencjonalnego odtwarzacza CD, uniwersalnością wzmacniacza zintegrowanego (z wyjściami z sekcji preampu), zdolnego obsłużyć zarówno nasze lokalne pliko-zbiory, jak i serwisy streamingowe oraz internetowe rozgłośnie radiowe streamera i CD-Rippera, który za naciśnięciem jednego przycisku zdolny będzie zgrać i prawidłowo otagować (z pomocą freedb.org) srebrne krążki do postaci plików FLAC zapisanych na wskazanej pamięci masowej.
Jednak po kolei. Centrum 40 cm aluminiowego frontu zajmuje kolorowy, konwencjonalny – znaczy się „nie dotykowy”, wyświetlacz po którego lewej stronie umieszczono pięcioprzyciskowy krzyżak umożliwiający nawigację po menu i obsługę urządzenia i gniazdo USB do podłączania zewnętrznych dysków i pendrive’ów a po prawej otoczone kolorową (barwę można zdefiniować w menu) aureolką pokrętło głośności, oczko czujnika IR i gniazdo słuchawkowe. Tuż pod nim, znaczy się wyświetlaczem, skromnie przycupnął otwór napędu szczelinowego. Korpus wykonano z solidnej stalowej blachy i pozbawiono jakichkolwiek elementów wzorniczych, nie licząc kilkunastu nacięć umożliwiających cyrkulację powietrza wewnątrz obudowy.
Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, na bokach której symetrycznie umieszczono pojedyncze terminale głośnikowe, niejako zamykające w swych klamrach bogactwo udostępnionych przez producenta przyłączy. I tak, patrząc od lewej, mamy zintegrowane z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, kratkę wywietrznika i logicznie rozdzielone sekcje – cyfrową obejmującą dwa wejścia Toslink, dwa koaksjalne i aż trzy dedykowane pamięciom masowym porty USB, które uzupełnia gniazdo Ethernet, oraz analogową reprezentowaną przez wyjścia z przedwzmacniacza w standardzie RCA i XLR, wyjście na zewnętrzny rejestrator i trzy pary wejść liniowych. Nie zabrakło też gniazda triggera. Całość ustawiono na czterech podklejonych filcem nóżkach a z drobiazgów natury użytkowej warto zwrócić uwagę na fakt braku w standardowym wyposażeniu pilota zdalnego sterowania. Powód? Dość prozaiczny, gdyż Trinity z powodzeniem można i wręcz należy obsługiwać z poziomu dedykowanej … i tu niespodzianka, gdyż wcale nie aplikacji, a dostępnej po wpisaniu w przeglądarkę adresu IP pod jakim zgłasza się urządzenie w naszej domowej sieci, strony www. Oczywiście w ofercie kompatybilne piloty są dostępne, acz za stosowną opłatą.

Może i siermiężność firmowego interface’u Trigona nie zachwyca a i prędkość działania znacząco odbiega od tego, do czego zdążyła nas przez ostatnie lata przyzwyczaić konkurencja, jednak trzeba przyznać, że zyskujemy pełną swobodę co do systemu „sterownika”, jaki wybierzemy. Jak to mówią coś za coś, tym bardziej, że mamy do czynienia z urządzeniem mającym de facto już pięć lat na karku a to, przynajmniej w „cyfrze”, naprawdę sporo. Grunt, że wszystko działa i jedyne do czego tak naprawdę mógłbym się przyczepić to dwa drobiazgi dotyczące korzystania z zewnętrznych zasobów sieciowych. Pierwszym jest brak informacji o parametrach „transmisji” sygnału internetowych rozgłośni radiowych, a drugim brak możliwości sortowania ulubionych pozycji w Tidalu inaczej aniżeli alfabetycznie. Przykładowo zarówno dedykowana apka Tidala, jak i MusicCast Controller Yamahy daje możliwość wyboru widoku zgodnego z chronologią dodawania i lada moment taką funkcjonalnością będzie mógł pochwalić się również Lumin. Niemniej jednak zarówno logotypy rozgłośni radiowych, jak i okładki odtwarzanych albumów wyświetlają się prawidłowo a sama czytelność wyświetlacza określę jako wysoce satysfakcjonującą.

Uruchamianie Trinity to swoisty spektakl świateł i skojarzenia z dyskoteką, bądź lunaparkiem wydają się całkiem uzasadnione. Po prostu przez pierwszych kilkanaście sekund aureola wokół pokrętła głośności mieni się wszystkimi kolorami tęczy, by po wykonaniu pełnej procedury kontrolnej przybrać zdefiniowaną przez producenta, bądź wybraną przez użytkownika w menu, już pozbawioną pulsacji barwę. Nie ukrywam, że takie zachowanie, bądź co bądź niekoniecznie dedykowanego miłośnikom „disco z błyskiem”, urządzenia może na początku wprawiać nabywców w lekką konsternację, ale proszę mi wierzyć na słowo, że po kilku dniach po prostu przestaje się na takie drobiazgi zwracać uwagę, a jeśli chodzi o oferowane przez Trigona brzmienie, to … już po pierwszych taktach wiadomo, że żarty się skończyły. Śmiem wręcz twierdzić, iż zaskoczenie odbiorcy może być nie mniejsze niż przy startowej iluminacji, gdyż Trinity gra dźwiękiem zupełnie nieadekwatnym do swojej postury. Wolumen jest bowiem duży, podobnie z resztą jak scena, więc nie mamy wrażenia, że ktoś „nadmuchane” źródła pozorne usilnie próbuje wcisnąć w ramy wyznaczane przez rozstaw kolumn i metraż pokoju. Ponadto równowaga tonalna jest delikatnie przesunięta w dół a i samą charakterystykę barwową z powodzeniem można uznać za lekko przyciemnioną. W rezultacie otrzymujemy kawał potężnego, opartego na solidnym basowym fundamencie grania aż proszącego się, by choć przez kilka … godzin połomotać.
Zamiast jednak, jak to zwykle mam w zwyczaju, wytaczać najcięższe działa w stylu „I Loved You at Your Darkest” Behemotha uznałem, że może na początek nie będę stresował „tęczowego malucha” agonalnymi porykiwaniami Nergala i iście piekielną wrzawą, jaką czynią i w ramach niezobowiązującej rozgrzewki jego kompani, sięgnąłem po koncertowy krążek „Live In Tokyo” autorstwa G3, czyli gitarowego dream teamu w składzie Joe Satriani, Steve Vai & John Petrucci. I? W telegraficznym skrócie? Rewelacja. Nie dość, że wirtuozerskie riffy miały odpowiednią moc i przede wszystkim flow, to w dodatku pomimo „firmowego” pogrubienia konturów nie zlewały się w impresjonistyczne plamy, lecz dawały całkiem niezłe współrzędne, gdzie który z „wioślarzy” się ulokował na scenie i pozwalały bez większego problemu śledzić ich ruch po tejże. Równie przekonująco wypadała minimalistyczna konferansjerka prowadzona przez sprawców tego całego zamieszania z nader żywo reagującą publicznością.
Przesiadka na hollywoodzką symfonikę, czyi ścieżkę dźwiękową „X-Men: Dark Phoenix” Hansa Zimmera okazała się kolejnym strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Minorowe tempa przeplatane spektakularnymi tutti i wejściami chóru potrafiły wgnieść w fotel, choć atak miał słyszalnie zaokrąglone kopnięcie. Warto jednak pamiętać na jakim pułapie cenowym się znajdujemy i z jaką ilością urządzeń zamkniętych w jednej obudowie mamy do czynienia. Dlatego też jedynie wspominam o tym fakcie z czysto reporterskiego obowiązku, nie mając nawet najmniejszych podstaw do krytyki.
Na zdecydowanie bardziej audiofilskim repertuarze, jak daleko nie szukając „She Moves On” Youn Sun Nah, czy „Smash” Patricii Barber pierwsze skrzypce zaczęła grać karmelowo gęsta i sugestywnie wypchnięta do przodu średnica i choć bezdyskusyjnie było to odstępstwo od ortodoksyjnej transparentności śmiało mogę domniemywać, że większość nabywców Trigona będzie właśnie z takiej „muzykalności” szalenie zadowolona. Zamiast bowiem stawiać na wyczynowość i hiper detaliczność, które z kolumnami z pułapu 10-15 kPLN, a więc w cenie samego Trinity, spowodowałyby więcej szkód aniżeli pożytku niemiecki all’in’one woli skupiać się na warstwie emocjonalnej reprodukowanej muzyki a nie dzielić włos na cztery a dźwięki na atomy.

Wydawać by się mogło, że oscylując wokół pi razy drzwi dziesięciu – dwunastu tysięcy PLN przy odrobinie szczęścia jesteśmy w stanie upolować jeden w miarę dobrze grający komponent do kompletowanego zestawu aspirującego do miana Hi-Fi. Na upartego dwa, lecz wtedy w ramach kompromisu koniecznym może okazać się leczenie dżumy cholerą, czyli wzajemne uzupełnianie zalet i niwelowanie wad poszczególnych elementów układanki. Tymczasem potrzebujący do szczęścia jedynie kolumn Trigon Trinity nie dość, że oferuje funkcjonalność nie dwóch, nie trzech a czterech urządzeń, to w dodatku gra na poziomie nieosiągalnym da większości podobnie do niego wycenionych „wież”. Jeśli więc oczekujecie Państwo od swojego systemu odrobiny słodyczy i zwykłej przyjemności obcowania z ulubioną muzyką a przy tym niekoniecznie macie ochotę na drenaż domowego budżetu gorąco polecam odsłuch tytułowego malucha.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Śmiem twierdzić, iż z punktu widzenia ortodoksyjnego audiofila świat niestety oszalał. Na czym opieram tak dramatyczną tezę? Nie trzeba być specjalnie utalentowanym detektywem, aby zorientować się, iż praktycznie każdy, nawet kojarzony z najwyższą jakością dźwięku producent, w swej bogatej ofercie posiada tak zwane urządzenia all in one, czyli mówiąc kolokwialnie wielozadaniowe muzyczne kombajny. Czy to źle? Naturalnie nie, gdyż trzeba iść z duchem czasu i proponować klienteli oczekiwane przez nią rozwiązania. Jednak w moim mniemaniu, bardzo ważnym aspektem w tej zabawie jest ustanowienie przez dany brand punktu zero w swoim portfolio, za którym nie ma szans na pojawianie się tego typu zabawek. Powód? Oczywiście nikt tego głośno nie mówi, ale jakże elementarny. Otóż napchanie do obudowy wielu nawzajem interferujących między sobą szkodliwym promieniowaniem układów elektrycznych, w wartościach bezwzględnych musi skończyć się pogorszeniem jakości kreowanego w naszych domostwach świata muzyki. Owszem, im niżej w cenniku, a co za tym idzie z większym przymrużeniem oka potraktowanie fonii danego komponentu, tym mniej to słychać, jednak fakt jest faktem, wielozadaniowość nie jest drogą do osiągnięcia prawdy o dźwięku na żywo, tylko przy dostępności wielu ułatwiających życie potencjalnemu użytkownikowi funkcji, do uzyskania na ile to możliwe, najlepszej jego inkarnacji. Jaki cel ma powyższy wywód? Otóż jeśli utożsamiacie się z moją teorią, mam dla Was ciekawy temat. Jaki? Nie zdziwię się, gdy z zainteresowaniem zapoznacie się z kilkoma akapitami o znakomicie radzącym sobie w spełnianiu najbardziej wymyślnych potrzeb, przy zaskakująco dobrym dźwięku, ale bez siłowego kreowania się na przedstawiciela High End-u, nowego pokolenia wielbicieli muzyki wielozadaniowcu. Mowa o Trigonie Trinity, na którego pokładzie znajdziemy min. przetwornik cyfrowo/analogowy, wzmacniacz zintegrowany, odtwarzacz płyt CD i wiele innych dodatków, który w okowach OPOS-u zawitał dzięki stacjonującemu w Katowicach RCM-owi.

Analizując fotografie już od pierwszego spojrzenia wyraźnie widać, że nasz bohater podąża bardzo nowoczesną, a przez to świetnie wpisującą się w najnowsze trendy designu wielu domostw, drogą. Co mam na myśli? Otóż oprócz stonowanego wyglądu w przypadku widzimisię użytkownika potrafi prawie zniknąć z pola widzenia. Jak to osiągnąć biorąc pod uwagę widniejące na zdjęciach konotacje z mieniącą się feerią światełek bożonarodzeniową choinką? Bardzo prosto. Wystarczy użyć opcji wygaszania iluminacji, co wespół z niezbyt wielką, wykończoną w czarnym proszkowym lakierze obudową pozwoli z łatwością wtopić się Trigonowi w tło goszczącego go domostwa. A design? Głupie pytanie, to przecież gra kolorów, czyli w tym przypadku czerń obudowy i srebro manipulatorów, a wszytko okraszone wielkim wyświetlaczem. Jak to wygląda? Patrząc na front od lewej flanki producent zaaplikował ułożony w kształcie krzyża pięcioguzikowy panel do nawigacji po wszystkich dostępnych funkcjach. Tuż obok dla ułatwienia podłączania masowych pamięci znajdziemy port USB. Mniej więcej w centrum swoje miejsce znalazł wspomniany, skryty pod czernionym akrylem wyświetlacz. Pod nim usytuowano szczelinę umożliwiającą karmienie urządzenia płytami CD. Nieco na prawo przycupnęło wejście dla słuchawek. Zaś całkiem z prawej strony wielkie pokrętło głośności. Sporo tego? Może i tak, jednak całość po wygaszeniu iluminacji naprawdę wygląda dyskretnie. Inaczej, to znaczy bardziej radośnie w kwestii funkcjonalności jest na tylnej ściance. Powód? A jakże, spełnienie wielozadaniowości. Przecież mamy do czynienia z odtwarzaczem płyt kompaktowych, przyjmującym zewnętrzne sygnały DAC-em, wzmacniaczem zintegrowanym i co najistotniejsze streamerem. Dlatego też na skrajnych rubieżach konstruktorzy zaproponowali pojedynczy zestaw zacisków kolumnowych, lekko z lewej strony zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania, zaś resztę połaci tylnego panelu okupują serie wejść cyfrowych: 2 x OPTICAL, 2 x SPDIF, 3 x USB, 1 x ETHERNET, a także pojedyncze wyjście analogowe w standardzie XLR i pięć par gniazd typu RCA – 3 wejścia linowe, i po jednym wyjściu PRE/OTU, PRE/REC. Niestety pilot zdalnego sterowania jest za dopłatą. Jednak bez paniki, gdyż urządzeniem bardzo łatwo sterujemy specjalną (webową) aplikacją na telefon, spychając mus posiadania popularnego „leniucha” w tak zwany, z góry zaplanowany podążaniem elektroniki użytkowej za najnowszymi trendami, niebyt.

Analizując temat brzmienia tytułowego urządzenia, nieco w opozycji do stanowczych twierdzeń z akapitu rozbiegowego jestem zmuszony stwierdzić, iż biorąc pod uwagę ilość spełnianych funkcji, za nie oszukujmy się, bardzo przystępną dla zwykłego Kowalskiego cenę, generowany dźwięk był zaskakująco dobry. Nie wiem jakim cudem, ale oferta soniczna nosiła znamiona fajnej energii, zjawiskowego nasycenia, dużej plastyki, a przy tym tylko delikatnego stonowania w najwyższych rejestrach. To ma się nijak do twierdzenia, że podobne ustrojstwo ma grać jedynie przyzwoicie. Jednak trochę się usprawiedliwiając dodam, iż nie było to przysłowiowe dotknięcie absolutu. W przypadku Trigona Trinity dostałem pełen emocji, bo świetnie podkreślający magię wszelkich opartych o wokalizę i odbywających się w kubaturach kościelnych wydawnictw muzycznych przekaz. To oczywiście zasługa nie tylko nasycenia i gładkości dźwięku, ale również dobrego zagospodarowania wirtualnej sceny muzycznej w wektorach szerokości i głębokości. Jednak to nie wszystkie atuty dzisiejszego gościa, bowiem konsekwentnie zgłębiając jego walory dźwiękowe nie mogę przemilczeć faktu wręcz zjawiskowego oddania energii grających w środku pasma i w dolnych zakresach instrumentów. Tak tak, sam jestem zaskoczony, że na tym pułapie cenowym, tak dobrze można oddać puls słuchanej muzyki. To zazwyczaj zdarza się w znacznie bardziej zaawansowanych konstrukcjach, a nie w wielozadaniowym grajku. Jest tylko jedna uwaga. Otóż takie postawienie punktu ciężkości i energii sprawia, iż z ciemnymi kolumnami może nie będzie przysłowiowej buły, ale możecie odczuć coś na kształt przyciemnienia światła na scenie. To uczucie naturalnie po kilku minutach odchodziło w niebyt, a w przypadku połączenia TT z już neutralnymi, a co dopiero mówić lekko rozjaśnionymi zespołami głośnikowymi, będzie w ogóle niezauważalne, jednak z obowiązku mówienia prawdy i tylko prawdy nie mogę, o tym nie wspomnieć. Jednak co istotne, wspomniany aspekt w najmniejszym stopniu nie przeszkadzał, a rzekłbym nawet, że był zbawienny na materiale rockowym i temu podobnym. Za każdym razem dostawałem pełną energii, zazwyczaj wykrzyczaną – niestety rock-meni najczęściej się drą, a nie śpiewają – buntowniczą opowieść, która z racji często złej, bo mocno skompresowanej realizacji, nawet bardzo tego potrzebowała. Niemożliwe? Spróbujcie. Też tak myślałem, ale w konsekwencji tego testu okazało się, że niemiecki producent znalał lekarstwo na takie realizacyjne kwiatki. Tak wyglądał ogólny sposób prezentacji. I nie ma znaczenia, czy słuchałem z wewnętrznego CD, czy streamera, gdyż obydwa źródła miały mniej więcej taki sam sznyt brzmieniowy. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował podłączyć do znajdującego się w trzewiach naszego bohatera DAC-a swojego, dziesięciokrotnie droższego transportu CD CEC TL0 3.0. Efekt? A jakże, poprawa. Jednak sugeruję odpuścić sobie taki mariaż, bowiem przyrost jakości dźwięku ma się nijak do ewentualnie poniesionych kosztów. Trigon Trinity jest konstrukcją skończoną i moim zdaniem wiedząc co potrafi, nie ma sensu siłowo podnosić jego kwalifikacji brzmieniowych. No chyba, że mamy stojący gdzieś bezczynnie transport CD, wówczas to już na starcie fajne granie jesteśmy w stanie dodatkowo uszlachetnić.

Czy to jest produkt dla wszystkich? Jako źródło aspirujące do miana High Endu nie. Ale nie dlatego, że grał słabo. Po prostu grał na tyle, na ile pozwoliły związane z licznymi funkcjami i założonym budżetem konstrukcyjne kompromisy. Jednak jeśli patrzeć na to przez pryzmat oferującej podobne komponenty konkurencji, nie możecie przejść obok Trigona obojętnie. To energicznie, ale dzięki fajnemu nasyceniu również bardzo emocjonalnie grające urządzenie. A przecież w słuchaniu muzyki o wywoływanie podobnych stanów duchowych chodzi. A gdy do tego dodacie szeroką ofertę obsługiwania sygnału audio z jego końcowym wzmocnieniem, może okazać się, że po aplikacji Trigona Trinity w Wasz tor, konkurencja zostanie znokautowana. Czy tak rzeczywiście się stanie? Ręki pod topór nie położę, ale zapewniam, podczas prób na własnym podwórku możecie bardzo pozytywnie się zaskoczyć.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: RCM
Cena: 12 500 PLN, w opcji pilot zamawiany razem z urządzeniem 600 PLN

Dane techniczne
Funkcje: Odtwarzacz CD, wzmacniacz zintegrowany, Streamer, CD-Ripper
Moc wyjściowa: 2 x 85 W / 8Ω, 125 W / 4Ω
Obsługiwane formaty audio: wav, flac, cdda, aac do 192 kHz /24 Bit Gapless-Playback
Pasmo przenoszenia: 15 Hz – 22 kHz (-3 dB)
THD: < 0.02 %
Przesłuch między kanałami: < 80 dB (1 kHz )
SNR: < 96 dBA
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Impedancja wyjściowa: 33 Ω
Wejścia: 4 x SPDIF, 3 x LINE, 4 x USB, 1 x ETHERNET
Wyjścia: głośnikowe, 1 x słuchawkowe, 1 x Preamp Out XLR, 1 x Preamp Out RCA, 1 x Record Out, 1 x 10V Remote
Wymiary (S x W x G): 400 x 110 x 266 mm
Waga: 7 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. streaming DAC

Auralic Vega G1

Niezaprzeczalnym faktem jest, że w ludzkiej naturze niekonsekwencja zajmuje równie kluczową rolę, co ciekawość, a zgodnie z ostatnimi badaniami „amerykańskich naukowców” również lenistwo. Z jednej strony dążymy bowiem do maksymalnej integracji i ograniczania do niezbędnego minimum otaczających nas przedmiotów, a z drugiej zaskakująco łatwo ulegamy powszechnej manii zbieractwa, czy też wysokiej, ortodoksyjnej specjalizacji, głosząc wszem i wobec, że jak coś jest do wszystkiego, to albo jest do … tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, albo jest to szwajcarski scyzoryk. Trzeciej opcji nie ma. Dokładnie tak samo jest w audio, gdzie na liście oczekiwań w stosunku do tzw. „superintegr” brakuje tylko prasowania i parzenia kawy, a jednocześnie w ramach potwierdzenia własnej bezkompromisowości praktycznie każdy element toru audio rozkłada się na czynniki pierwsze separując od siebie, układy zasilania, analogowe i cyfrowe. Jednak w tej pozornej antynomii i szaleństwie jest i logika, gdyż każdy wymarzonego króliczka goni na własny sposób i zamiast zmuszać kogokolwiek do jedynej słusznej opcji, zdecydowanie rozsądniej dać mu wybór. Właśnie takie „elastyczne” podejście reprezentuje Auralic, którego cyfrowy transport – Aries G1 miałem okazję nie tak dawno recenzować. O ile jednak wspomniany plikograj był wysoce wyspecjalizowanym komponentem dedykowanym li tylko do uzdatniania zgromadzonych w otchłaniach internetowych rozgłośni radiowych, serwisów streamingowych i dyskach lokalnych, plików muzycznych do postaci strawnej dla zewnętrznych DAC-ów, o tyle nasz dzisiejszy bohater reprezentuje zgoła odmienne podejście do tematu, stawiając na daleko posuniętą integrację. W znanej z poprzedniego spotkania bryle udało się zaimplementować nie tylko streamer, przetwornik cyfrowo-analogowy i wzmacniacz słuchawkowy, lecz również przedwzmacniacz liniowy zdolny spełnić wszelkie nasze oczekiwania, o ile tylko … będziemy poruszać się w domenie cyfrowej. Jeśli zastanawiacie się Państwo o czym mowa spieszę z wyjaśnieniem, iż obiektem niniejszej wiwisekcji będzie nie kto inny tylko Auralic Vega G1.

Jak już zdążyliście Państwo z pewnością zauważyć Vegę od Ariesa na pierwszy rzut oka odróżnia jedynie kilka niewielkich detali na aluminiowej płycie frontowej. Mamy bowiem dokładnie tę samą konstrukcję korpusu wykonanego ze skręconych ze sobą grubych płatów anodowanego na satynową czerń aluminium, co jest swoistym znakiem rozpoznawczym linii G1, w odróżnieniu od monolitycznych skorup zarezerwowanych dla topowej serii G2. Wróćmy jednak do niuansów odróżniających Vegę od goszczącego u nas wcześniej rodzeństwa. Zlokalizowany po lewej stronie włącznik zastąpiony został dwoma gniazdami słuchawkowymi a rządek czterech przycisków funkcyjno nawigacyjnych okupujących prawą flankę wielofunkcyjną, zaskakująco intuicyjną gałką. Centralnie umieszczony 3,97″ ekran Retina pozostał na swoim miejscu i chwała konstruktorom za to, bo uczciwie trzeba przyznać, że grafiki okładek reprodukowanych albumów prezentują się na nim wybornie i piszę to, jako szczęśliwy posiadacz Lumina, nie bez zazdrości.
Szybka wizja lokalna ściany tylnej rozwiewa wszelkie wątpliwości co do niewątpliwej zmiany ról, gdyż tuż obok sekcji cyfrowej pojawiły się również analogowe wyjścia liniowe i to zarówno w postaci RCA, jak i XLR. Jeśli zaś chodzi o interfejsy dedykowane strumieniom zer i jedynek, to do dyspozycji mamy port Ethernet, AES/EBU, Coaxial, Toslink i USB Host Audio. Łączności bezprzewodowej brak.
Obsługa jest w pełni intuicyjna i nawet z poziomu ściany przedniej, z użyciem pojedynczego pokrętła nie sprawia najmniejszych problemów. Wciśniecie gałki powoduje wejście do czytelnego i logicznie rozplanowanego menu, po którym z dziecinną łatwością można nawigować, a dostęp do dalszych zakładek (w tym filtrów oraz upsamplingu) i zatwierdzania wybranych opcji również uzyskujemy wciskając pokrętło. Proste i logiczne. Jednak im głębiej w owym menu schodzimy, tym czcionka robi się mniejsza, więc zamiast tracić wzrok i wyginać się w nomen omen „chińskie osiem” zdecydowanie wygodniej a przy tym rozsądniej jest kompletnej konfiguracji dokonać bądź to z poziomu zalecanej, niestety dostępnej jedynie na iOSa, aplikacji DS Lightning, bądź z poziomu dowolnej przeglądarki internetowej po wpisaniu adresu IP Auralica w naszej sieci. Z obsługą multimediów już tak różowo nie jest, gdyż bez smartfonu / tabletu z nadgryzionym jabłkiem w logotypie i DS Lightning niby Vegę będziemy w stanie okiełznać, lecz np. bez dostępu do serwisów streamingowych. Jeśli jednak nie posiadamy konta HiFi na Tidalu, to spokojnie możemy powyższe zdanie uznać za niebyłe i zaoszczędzić na pilocie blisko 2 kPLN gdyż świetnie w roli aplikacji sterującej sprawdzi się m.in. Kinsky. Jako płatną alternatywę warto również rozważyć Roona, choć moje osobiste odczucia związane z tą platformą określę delikatnie mianem ambiwalentnych.
I jeszcze jeden, a raczej kilka drobiazgów. Otóż o ile modele G1 i G2 wydają się do siebie podobne, to warto mieć świadomość, iż seria G1 jest swoistym rozwinięciem poprzedniej generacji a G2 to zupełnie inne rozdanie, co z resztą potwierdzają ich ceny. Vega G1 wykorzystuje platformę Tesla pierwszej generacji i pomimo obecności w pełni fizycznej gałki regulacja głośności odbywa się w domenie cyfrowej (analogowa pojawia się w G2) i w porównaniu do swojego „lepiej urodzonego” krewniaka pozbawiona została również izolacji galwanicznej. Za to tym, co łączy Vegi obu serii, jest zgrabny toroid Pitrona w zasilaniu, oraz sekcja wzmacniacza słuchawkowego, którą sam producent określa mianem dość prostej i podstawowej dedykowanej dość łatwym do wysterowania słuchawkom, co uznaję za godną pochwały szczerość.

No i teraz najważniejsze, czyli walory soniczne. Po kilkudniowej rozgrzewce, gdy zmiany zachodzące w brzmieniu, dostarczonego przez warszawski MiP – dystrybutora marki, egzemplarza przestały być zauważalne przystąpiłem do krytycznych odsłuchów wpinając Vegę bezpośrednio w Brystona 4B³, by pod koniec testów wykorzystać ją li tylko w roli źródła/DAC-a. Dźwięk oferowany przez dzisiejszego bohatera nie tylko na pierwszy rzut oka, ale i po ponad dwutygodniowym użytkowaniu z pełną odpowiedzialnością można nazwać na wskroś dojrzałym, soczystym, czy wręcz dostojnym a nawet na swój sposób analogowym. Tak, tak , nie pomyliłem się – analogowym i to w stopniu o niebo większym aniżeli to, co można było m.in. usłyszeć z najnowszej, dedykowanej czarnym krążkom, konstrukcji J.Sikory z hORNSami na PGE Narodowym. Dziwne? Niekoniecznie, bowiem medium z jakiego korzystamy jest jedynie drogą, środkiem z pomocą którego dążymy do określonego celu, a nie celem samym w sobie. W związku z powyższym nie każda cyfra gra jak cyfra a analog, jak analog. Dlatego też Auralic gra jak gra i próżno w nim szukać czegoś, co można byłoby nazwać cyfrowym nalotem. Jest bowiem gładko, gęsto ale zarazem i rozdzielczo, czyli pół żartem, pół serio tak, jak do tej pory przyzwyczaiły nas odtwarzacze i transporty … konkurencyjnego Lumina.
Otwierający prog-rockowy „Hunt” Amaroka „Anonymous” ze szczekającym w oddali psem (taka rodzima wariacja nt. „Amused to Death” Rogera Watersa) nie pozostawił nawet cienia wątpliwości, że zarówno pod względem nasycenia barw, rozdzielczości, jak i dynamiki chińskiemu kombajnowi trudno na tym pułapie cenowym będzie cokolwiek zarzucić. Wszystko było nie tylko dokładnie takie jak trzeba, lecz do głosu doszła jedna, nad wyraz istotna, choć zarazem wcale nie taka oczywista, składowa – przyjemność słuchania. Przyjemność objawiająca się tym, że zamiast analizować zdecydowanie bardziej wolałem dobiegającym mych uszu dźwiękiem się delektować i nie szukając niepotrzebnie dziury w całym po prostu odpoczywałem przy muzyce. Skoro wspomniałem o psie, to wypadałoby zaznaczyć, że z trójwymiarowością i przestrzennością generowanej sceny nie było najmniejszych problemów i tylko od reszty toru zależeć będzie, czy potencjał, jakim dysponuje pod tym względem Vega usłyszymy i czy zostanie on w pełni wykorzystany. Dla pewności sugeruję sięgnąć po nieco bardziej wymagający repertuar w stylu „Misa Criolla / Navidad Nuestra” Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy. Wieloosobowy chór, przepiękny, silny i wysunięty głos solistki i niezwykle zaakcentowana akustyka sprawiają, że nad wyraz często sięgam po to nagranie, przez co znam je praktycznie na pamięć a tym samym jestem na jego punkcie niejako przewrażliwiony. Całe szczęście Vega próbę wody, biorąc pod uwagę tematykę albumu spokojnie można założyć, że święconej przeszła bezstresowo, choć dokonując bezpośredniego porównania z Luminem U1 Mini korzystającego z sekcji DAC-a i regulowanego stopnia wyjściowego Ayona CD-35 (Preamp + Signature) bez trudu można było zauważyć iż pod względem precyzji w ogniskowaniu źródeł pozornych, gradacji planów i ilości powietrza na scenie szala zwycięstwa przechylała się na korzyść tego drugiego zestawienia. Warto jednak zwrócić uwagę na dość bolesną różnicę w cenie sparingpartnerów i mieć to po prostu z tyłu głowy przy ewentualnej krytyce. Zawsze, no może prawie zawsze, da się lepiej, pytanie tylko za jaką kwotę i gdzie kończy się zdrowy rozsądek a zaczyna wyścig z własnym cieniem. Auralic z owym cieniem ścigać się jednak nie zamierzał, gdyż po pierwsze na jego pułapie cenowym i tak niezwykle trudno będzie mu znaleźć godnego a przy tym równie bogato wyposażonego przeciwnika, a po drugie jeśli ktoś chce lepiej to do dyspozycji ma wersję G2.
Nie marudząc jednak jak naburmuszony przedszkolak uczciwie trzeba przyznać, że Vega jest na tyle uniwersalna, że pomimo usilnych starań nie udało mi się przyłapać jej na materiale, który ewidentnie by jej nie podszedł i nawet „Believe In Nothing” Paradise Lost zabrzmiał niezwykle energetycznie a zarazem soczyście, co biorąc pod uwagę ilość „ubogacającej” materiał muzyczny elektroniki wydawać by się mogło graniczącym z cudem wyzwaniem. Tymczasem chiński streamero – DAC-o – preamp nader zgrabnie dosaturował średnicę, wysycił gitarowe riffy a całość zaprezentował z takim wykopem i werwą, że poważnie zacząłem zastanawiać się nad jego pozostawieniem w moim desktopowym systemie, który już od dłuższego czasu czeka na delikatną modernizację, tym bardziej po tym, jak podczas AVS dane mi było rzucić uchem na wyjątkowej urody aktywne MyMonitors MY5.

Najwyższa pora na małe résumé. Najnowsza wersja Vegi oznaczona jako G1 broni się nie tylko na tle, z reguły nieco skromniej wyposażonej konkurencji, co przede wszystkim swojego protoplasty, czyli „zwykłej” pozbawionej jakichkolwiek oznaczeń i sieciowych umiejętności Vegi, którą dziwnym zbiegiem okoliczności ponad cztery lata temu mieliśmy okazję testować. I wcale nie chodzi o rozszerzenie jej możliwości o moduł streamera, który jakby nie patrzeć i tak deklasuje pod względem brzmieniowym to, co oferował wtedy plastikowy, kanapkopodobny Aries, ale przede wszystkim o brzmienie. Jest ono z jednej stronie bardziej osadzone w barwie a z drugiej bardziej rozdzielcze i czystsze. Staje się zatem nad wyraz rozsądnie skonstruowanym pomostem łączącym przeszłość z wybitnie high-endową teraźniejszością spod znaku G2, przy zachowaniu całkiem rozsądnej ceny.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Dystrybucja: MIP / Auralic
Cena: 16 999 PLN

Dane techniczne
Obsługiwane formaty
Bezstratne: AIFF, ALAC, APE, DIFF, DSF, FLAC, OGG, WAV i WV
Stratne: AAC, MP3, MQA i WMA
Pasmo przenoszenia: : 20 – 20KHz, +/- 0.1dB
Zniekształcenia THD: < 0.00012% (XLR); < 0.00015% (RCA)
Dynamika: > 130dB
Obsługiwane częstotliwości
PCM: 44.1KHz – 384 kHz/32Bit
DSD: DSD64(2.8224MHz), DSD128(5.6448MHz), DSD256(11.2896MHz), DSD512(22.57892MHz)
Oprogramowanie do obsługi: AURALiC Lightning DS (iOS), AURALiC Lightning DS przez przeglądarkę (tylko do konfiguracji), kompatybilne oprogramowanie firm trzecich (BubbleUPnP, Kazoo), Roon (wymagany zewnętrzny Roon Core)
Źródła streamingu: Współdzielony folder sieciowy, Napęd USB, Serwer mediów UPnP/DLNA, TIDAL & Qobuz, Radio internetowe, Roon ready
Wejścia: AES/EBU, Coaxial, Toslink, USB Host Audio, RJ45 Gigabit Ethernet
Wyjścia: Para RCA, para XLR, dwa wyjścia słuchawkowe 6,3 mm
Platforma strumieniowa: AURALIC Tesla G1 z procesorem 800MHz, 1 GB pamięci systemowej, 4 GB pamięci masowej
Zegar wewnętrzny: Podwójny zegar Femto 72fs
Stopień wyjściowy: pracujące w klasie A moduły ORFEO
Wyświetlacz: Retina 3,97″
Pobór mocy: < 10W (w trybie uśpienia), 50W max.
Wymiary (S x G x W): 340 x 320 x 80 mm
Waga: 7,2 kg