Tag Archives: Szymański Audio


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

Opinia 1

Choć tematyką audio paramy się z mniejszą, bądź większą intensywnością od ponad ćwierćwiecza i tak z ręką na sercu coraz mniej sytuacji z ową niszą ludzkiej aktywności jest w stanie nas zaskoczyć, to jednak każdorazowo biorąc na redakcyjny tapet a następnie zabierając się za opis okablowania gdzieś podświadomie, z tyłu głowy, mamy scenę z Gladiatora ze znamiennym okrzykiem „Unleash Hell!”. Nie da się bowiem ukryć, iż nic tak skutecznie nie tyle podnosi temperatury dyskusji, co wręcz wywołuje jej samozapłon, co właśnie przewody, które przynajmniej wg. opinii jednostek ich działanie wykluczających „nie grają”. Jednak zamiast mając takie a nie inne przekonania przejść do porządku dziennego nad faktem istnienia grup reprezentujących opinie odmienne i iść swoją drogą, przynajmniej „nad Wisłą”, czują się w obowiązku swe niesłyszenie nie tylko obwieszczać Urbi et Orbi, co z trudnych do zrozumienia pobudek narzucać słyszącym, owej zdolności słyszenia jednocześnie im odmawiając. Czyli coś w stylu – skoro nie udało mi się wyczuć jakiś specjalnych nut i aromatów w winie za 50 PLN, to smakosze delektujący się zawartością butelek za dziesięcio- bądź stukrotność ww. kwoty z pewnością też nic nie czują, a jedynie pompują balonik snobizmu. Cóż, takiego a nie innego postrzegania świata, znaczy się przez pryzmat własnych ograniczeń, nikomu odmówić nie można, gdyż każdy żyje jak chce, byleby tylko w swe buty nie próbował wcisnąć innych. Dlatego też tym razem, mając pełną świadomość niezwykłej „łatwopalności” poruszanych kwestii z iście stoickim spokojem postanowiliśmy dokonać możliwie chłodnej analizy dwóch sąsiadujących ze sobą w katalogu brytyjskiego Tellurium Q przewodów … Ethernet, czyli modeli Ultra Silver II i Black Diamond Streaming Cable, na których test serdecznie zapraszamy.

Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć producenci okablowania dzielą się na tych, którzy spowiadają się z nawet najmniejszej nitki w oplocie i takich, którzy co najwyżej zaznaczą … kierunkowość. Do grona grających w otwarte karty pozwolę sobie zaliczyć np. japońskiego Furutecha, który każdą nowość dokumentuje pod względem anatomicznym z iście aptekarską dokładnością, więc niejako z automatu biorąc cokolwiek z ich portfolio na testy możemy w ciemno zakładać, że co jak co, ale wsad merytoryczny do części poświęconej budowie mamy niejako z głowy. Z kolei drugi obóz reprezentuje między innymi sprawca dzisiejszego zamieszania, gdyż stojący za marką Tellurium Q Geoff Merrigan z rozbrajającą szczerością stwierdza „jeśli nie wierzysz, że nasze kable mogą coś dać, nie słuchaj ich, a jeśli spróbowałeś i nie słyszysz różnicy – nie kupuj.” Trudno odmówić temu rozumowaniu logiki, choć wszelkiego rodzaju audio-bajkopisarzy (w tym nas) stawia w dość kłopotliwej sytuacji, bowiem nie od dziś wiadomo, że z próżnego, to i Salomon nie naleje a tu jakiegokolwiek punktu zaczepienia ze świecą szukać. Chociaż, skoro o starożytnych mowa, to wbrew instynktowi samozachowawczemu do Geoffa w sprawie ewentualnego uchylenia rąbka firmowej tajemnicy napisałem i co nieco wyciągnąć od Niego mi się udało. A co to ma wspólnego z zamierzchłymi czasami i głoszącymi wtenczas swe nauki myślicielami? Otóż całkiem sporo, bowiem wprawne oko na koszulce Ultra Silver II powinno wyłapać „Ducha Platona (Plato’s Ghost)”, czyli odwieczne dążenie do doskonałości/perfekcji, która choć niemożliwa do osiągnięcia rodzi praktyczne rozwiązania pozwalające podejść, zaskakująco różnymi ścieżkami, do niej możliwie blisko.
Zatem w telegraficznym skrócie i bez zbędnego rozwadniania „koncentratu”. Budowa Black Diamonda mniej więcej odpowiada klasycznemu przewodowi Ethernetowemu, z kolei Ultra Silver II jest swojego rodzaju „zmutowanym ekshumantem” (high-endowym zombie?) – projektem powstałym ze współpracy Geoffa z Benem – swoim synem, który w ramach eksploracji wygaszonych starych i zakończonych niepowodzeniem, chociażby z racji braku wtenczas możliwości i/lub wiedzy na ich kontynuowanie, projektów natrafił na pewną ideę, która po pewnych modyfikacjach założeń miała szanse spełnić pokładane w niej nadzieje. Tym oto sposobem panowie rozpoczęli mozolne, bazujące na zasadach propagacji sygnału oraz wzajemnych interakcjach przewodników eksperymenty z ekranowaniem pojedynczych żył, co nie uprzedzając faktów, doprowadziło do wielce ciekawych rezultatów plasujących finalny produkt na pułapie serii Ultra Silver.

Jedyne co pozostaje nam do dodania w kwestii aparycji tytułowego duetu, to bazowanie na czysto organoleptycznych doznaniach, czyli potraktowanie obu przewodów tzw. testem macanta. I tak, tytułowa parka przyodziana została w syntetyczne, plecione czarne koszulki i zakonfekcjonowana wysokiej klasy wtykami Telegärtnera zabezpieczonymi białymi termokurczkami z oznaczeniami modeli i logotypem producenta. Pomijając taką samą – 1m długość obu egzemplarzy na tym podobieństwa się kończą, bowiem Ultra Silver II jest jednolicie czarny i wiotki niemalże niczym sznurówka, a z kolei w Black Diamondzie coś burgundowego przez zewnętrzną plecionkę przeziera, średnica samego przewodu jest zauważalnie większa, podobnie z resztą jak sztywność i sprężystość, przez co aplikacja krótszych aniżeli wspomniany metr łączówek może okazać się dość problematyczna.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych bohaterów pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż nie znając ich przebiegu przez pierwszy tydzień pozostawiłem je wpięte w domową sieć i po ustawieniu zapewniających nieprzerwany przepływ informacji muzycznych playlist dałem im czas na wygrzanie. Po ww. ochronnym okresie akomodacji zakasałem rękawy i żonglując nimi pomiędzy switchem QSA Red a zasilanym Faradem Super3 transportem Lumïn U2 Mini oraz rezydującą u mnie na równoległych testach usieciowioną odsłoną duńskiej integry Vitus Audio RI-101 MkII DAC/Streamer (recenzja wkrótce) przystąpiłem do obserwacji serii bratobójczych pojedynków. Jak się okazało było to całkiem pasjonujące zajęcie, gdyż de facto dotyczyło wyłapywania pochodnych ewentualnych różnic budowy anatomicznej obu modeli, albowiem wtykami dysponowały takimi samymi, więc ewentualną sygnaturę zastosowanej konfekcji można było sprowadzić do wspólnego mianownika.
Nie da się jednak ukryć, że każdy z ww. przewodów, jeśli nie tyle „grał”, to „transmitował” kierowany nań strumień „muzycznych danych” na swój, własny i charakterystyczny sposób. Ultra Silver II oferował na tle mojego dyżurnego Next Level Tech NxLT Lan Flame brzmienie żywsze i bardziej rześkie, więc przy bezlitośnie smaganych blachach potrafił bezpardonowo cyknąć, choć przy tym fenomenalnie budował głębię sceny dokonując precyzyjnej gradacji poszczególnych planów. Z nim w torze odsłuch „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects oraz „Communion” Septicflesh był niczym jazda bolidem F1 po torze Silverstone. Szybkość gitarowych riffów zapierała dech w piersiach, natychmiastowość możliwości przejścia z pierwszego do ostatniego rzędu zajmowanego przez muzyków trwała mgnienie oka a każde wsparte ścianą metalowej kakofonii orkiestrowe tutti przypominało obserwację momentu, w którym można wreszcie skorzystać z dobrodziejstw DRS-u. Ot, kipiąca od adrenaliny rock’n’rollowa jazda bez trzymanki. Z kolei Black Diamond jawił się niczym pełniący rolę samochodu bezpieczeństwa 4 litrowy Aston Martin Vantage – grając pokaźniejszym wolumenem i z racji faktu, że nie musiał tak wchodzić na obroty jak 1,6l jednostki napędowe bolidów, ciemniejszym, bardziej soczystym dźwiękiem. Miał przy tym zauważalny sznyt natywnej (wagnerowskiej?) dostojności i większą energię na dole pasma – bas nie tylko było słychać, jak w przypadku Silvera, lecz również czuć.
Porównując obie łączówki 1:1 wychodzi na to, że Silver jest bardziej selektywny, idzie, jeśli nie krok, to pół w kierunku analityczności, z kolei Black Diamond operuje w nieco gęstszej i bardziej organicznej estetyce i żeby zbytnio nie przesadzić wręcz analogowej rozdzielczości. Jednak nie tej znanej z, oferowanej przez większość gramofonów, za wyjątkiem konstrukcji sygnowanych przez TechDAS-a, co raczej poczciwe „szpulaki”, przy których przywołane do tablicy gramofony brzmią zaskakująco asekuracyjnie i beznamiętnie. Pragnę również zauważyć, iż Black Diamond nie jest jednak tak gęsty i lepki, jak nasz rodzimy David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet a przy tym scenę buduje nieco bliżej od przyodzianego w czerwone wdzianko konkurenta. Nie stara się też oszołomić i sponiewierać odbiorcy swą zajebistością w stylu spektakularnego w każdym aspekcie Synergistic Research Galileo SX Ethernet operując w zdecydowanie bardziej wyważonej emocjonalności. Szukając muzycznych analogii uznałbym go za bliższego naturalnej, niewymuszonej manierze Carlosa Santany bądź Erica Claptona aniżeli wyczynowości Steve’a Vai’a, czy Joe Satrianiego.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu wynika oba tytułowe brytyjskie przewody mają na tyle wyraźnie zdefiniowane własne sygnatury, że potencjalni nabywcy bez najmniejszego problemu powinni już po kilku taktach ulubionego repertuaru wiedzieć który z nich zostanie z nimi na dłużej. O ile bowiem Tellurium Q Ultra Silver II stawia na drajw, rozdzielczość i napowietrzenie o tyle Black Diamond zachwyca dojrzałością i niewymuszeniem prezentacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem w 100% przekonany, że w swojej zabawie w dopieszczanie systemów audio wszyscy mamy trzy rodzaje znajomych. Pierwsza grupa to zatwardziali piewcy ichniejszej prawdy, jeśli chodzi o jakikolwiek wpływ okablowania na brzmienie zestawu. Są na tyle ortodoksyjni, że choćbyś pokazał im zmiany przysłowiowym palcem, nierzadko stwierdzą, że owszem słyszą, ale nie rozumieją tego i dlatego nie przyjmują do wiadomości jakichkolwiek, co istotne słyszanych prze nich działań w tym temacie. Drugą są osobnicy zdający sobie sprawę, iż temat jest ważnym elementem obcowania z muzyką w najwyższej jakości prezentacji, ale traktując go po macoszemu, jeśli nawet nie używają dostarczanych w komplecie tak zwanych „komputerówek”, stosują tanie lub pierwsze z brzegu tego typu konstrukcje. System brzmi jak brzmi, ale najważniejsze, że gra. Trzecią zaś reprezentujemy my, w pełni rozumiejący, bo wielokrotnie zweryfikowany „nausznie” ten bardzo istotny temat audiofreaki, którzy czasem w poszukiwaniu lepszej jakości brzmienia posiadanego zestawu, a czasem jedynie dla zmiany jego estetyki prezentacji sprawdzamy we własnym środowisku sprzętowym pojawiające się nowości na rynku. I właśnie dla ostatniej grupy wzięliśmy na tapet pochodzące z różnych linii produktowych dwa dla sporej grupy melomanów ekstremalnie sporne w omawianej dziś kwestii wiary i świadomego użytkowania różnej maści okablowania, przewody do stremowania muzyki. Chodzi o kable cyfrowe, a dokładnie mówiąc ich wersję LAN, o wizytę których w naszych progach zadbał łódzki dystrybutor Szymański Audio. Co wpadło w nasze ręce? Otóż produkty znakomicie znanej z naszych łamów angielskiej marki Tellurium Q w postaci okablowania LAN z serii Ultra Silver II Streaming Cable i Black Diamond Streaming Cable.

Co wiemy na temat budowy produktów Tellurium Q? Niestety nic. Naprawdę, bo co możemy wywnioskować po zdawkowej informacji od producenta, że nowe modele są bardziej zaawansowane technicznie z kilkoma nowymi rozwiązaniami w stosunku do protoplastów? Przyznacie, że niewiele. Czyżby to jawne drwiny z klientów? Bynajmniej, to dbałość o swój dorobek inżynierki, co w dobie już jawnego podrabiania wszystkiego przez wszystkich – Chińczycy podrabiają nawet chińskie produkty – jasno udowadnia, że wykładanie przysłowiowych kart na stół może skończyć się dla danego podmiotu końcem bytu na rynku. I nie do końca nawet z racji machlojek Azjatów, tylko przez osobników kupujących z premedytacją podrabiane produkty, bo to oni napędzają tę koniunkturę. Nie wiem jak Wy, ale żyjąc na własny rachunek, a nie z pensji za etat w przysłowiowej fabryce znakomicie to rozumiem.

Rozpoczynając opis brzmienia po tym co usłyszałem, nie mogę nie nawiązać do wstępniaka. Panowie obrońcy praw oszukiwanych melomanów nawet na bazie produktów z jednej stajni nie ma szans na obronę Waszej tezy, że okablowanie cyfrowe nie wprowadza zmian w finalnym brzmieniu systemu audio. I nie są to konstrukcje z dwóch stron barykady cenowej najtańszy vs najdroższy, bo różnią je jednie 3 oczka na firmowej drabince, a mimo to te dwa kable dzieli przepaść w kwestii estetyki podania muzyki. Czy to oznacza, że jeden z nich jest uszkodzony? Bynajmniej, gdyż to naturalna kolej użycia nieco innych półproduktów oraz innej konstrukcji wewnętrznej każdego z nich, co finalnie ma dać potencjalnemu nabywcy produkt odpowiadający potrzebom jego aktualnego systemu. Jak zatem wypadły opisywane tytułowe kable? Jak wspominałem, to są dwa różne światy.
Tańszy, czyli Ultra Silver II postawił na gładkość i plastykę w służbie spokoju w przekazie. Jakie były tergo skutki? Pierwsze co przychodzi mi na myśl, to ogólne tonowanie nadmiernych fajerwerków podczas obcowania z muzyką. Przekaz dostaje zastrzyk przyjemnej balsamiczności, która wygasza niepożądane piki typu nazbyt ostre kreowanie krawędzi źródeł pozornych i bolesne dla ucha przerysowanie wysokich tonów. W efekcie muzyka osiąga wyższy poziom płynności, co sprawia, że możemy przy niej spędzić długie godziny bez efektu zmęczenia. Jednak co bardzo istotne, także bez tendencji do znużenia monotonią brzmienia, gdyż przy przywołanej dawce spokoju nadal cechuje ją zawarty w każdym rodzaju twórczości pierwiastek raz nostalgii, a innym razem szaleństwa. Fakt, podanych w estetyce raczej piękna, aniżeli agresji, ale to już jest celowy zabieg producenta zrealizowany poprzez inną budowę kabla. I chyba tą ostatnią przywołaną cechą Ultra Silver II najbardziej – w pozytywnym znaczeniu – mnie zaskoczył. W pierwszej chwili pomyślałem, że to ewidentny usypiacz, gdy tymczasem po zrozumieniu efektu jego działania okazało się, iż owszem na feerię nieprzewidywalnych fajerwerków nie ma co liczyć, ale i tak bez problemu, bo nadal z dużą ekspresją bez problemu jestem w stanie znakomicie bawić się przy takich kawałkach jak produkcje rockowe spod znaku choćby AC/DC, czy Metallica. Z wyczuwalną nutką fajnie zaaplikowanej kultury, jednak umiejętnie niezabijającej drzemiącego w rockmenach ducha buntowników.
Pisząc o droższym kablu LAN dzisiejszej epistoły – mowa o Black Diamond – w dobrym znaczeniu tego słowa wszelkich potencjalnych zainteresowanych lojalnie ostrzegam, że nie bierze jeńców. Wyjaśniając sytuację natychmiast uspokajam, iż chodzi o jego świetnie wypadającą żywiołowość. Mocna kreska, solidne uderzenie basem, nasycony środek i świetlista góra pokazały, jak umiejętnie potrząsnąć słuchacza muzyką, aby przy tym nie zamęczyć go nadmierną wyrazistością przekazu. Każde żywe podanie muzyki dla mnie osobiście jest podstawowym kryterium znakomitego brzmienia systemu, jednak przerysowanie poszczególnych jej składowych sprawia, że staje się nachalny i na dłuższą metę męczący. W tym przypadku był lubiany przez mnie nieposkromiony drive, jednak na tyle unikający przekroczenia linii dobrego smaku, że nie cierpiał na tym pełen iskier blach perkusjonaliów i mocnych kontrabasowych pasaży jazz, ani szaleńczo grany, ale niestety zazwyczaj słabo zrealizowany rock. Na tle poprzednika wszystko brzmiało bardziej energicznie, szybciej, z większą wyrazistością, ale jakimś cudem tylko w służbie wstrzyknięcia w dany materiał odpowiedniej dawki adrenaliny, a nie zafundowania słuchaczowi niekontrolowanych efektów rodem ze stanu po zażyciu nieznanych przyjmującemu dopalaczy. Adrenaliny w pierwszej kolejności dla piewców mocnego grania wręcz niezbędnej nawet kosztem jakości odtworzenia marnie wydanego przez wytwórnię materiału, ale w drugiej nierzadko oczekiwanej przez melomanów zakochanych w napawaniu się ostrym rysunkiem wirtualnej sceny. To kabel, który to co ma obrobić, narysuje dość ostro, jednak nie na tyle, aby popsuć końcowy wynik brzmieniowy. Jak to robi, nie wiem. Wiem natomiast, że robi to znakomicie.

Jak spuentuję powyższy opis? Czy obydwa kable są godne uwagi? A jeśli tak, to z jakiego powodu? Powiem bez ogródek. Bez względu na ich ofertę brzmieniową w swojej klasie i realizacji konkretnych zadań sonicznych to bardzo ciekawe konstrukcje Każda jest kierowana do innej grupy docelowej, bo wiadomym jest, że co miłośnik muzyki, to inne problemy do rozwiązania lub różne oczekiwania spełnienia dźwiękowych preferencji. Naturalnie sporo do powiedzenia ma także pozycjonowanie w cenniku marki, co jest pokłosiem różnego zaawansowania technicznego każdego z nich zwieńczonego taką, a nie inną prezentacją. Komu bym je polecił? To chyba wynika z powyższego opisu. Jeśli ktoś szuka spokoju, znakomicie powinien sprawdzić się Tellurium Q Ultra Silver II. Natomiast w momencie chęci zderzenia się z ogólnym szaleństwem w spełnieniu marzeń bez problemu pomoże Tellurium Q Black Diamond. Jak pisałem, to są dwa światy, co sprawia, że każdy z Was ma bardzo duże szanse na znalezienie nici porozumienia z konstrukcjami tej marki. Marki, której kilku konstrukcji przez lata sam używałem i wiem, że warta jest przysłowiowego grzechu.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Szymański Audio
Producent: Tellurium Q
Ceny:
Tellurium Q Ultra Silver II: 3 600 PLN /1m
Tellurium Q Black Diamond: 4 870 PLN / 1m; 5280 PLN / 1,5m; 5 690 PLN / 2,5m; 6 100 PLN / 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

artykuł opublikowany / article published in Polish

Najwyższa pora na własne uszy przekonać się jak z bliska wygląda (i brzmi) próba przewrotu pałacowego i gry o tron w jednym, czyli bratobójczy pojedynek pomiędzy przewodami Ethernet Tellurium Q Ultra Silver II i Black Diamond …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

Opinia 1

Zakładam, że nawet jednostkom mającym choćby śladowe rozeznanie w tematyce Hi-Fi / High-End niderlandzkiej marki Van den Hul przedstawiać nie trzeba. W końcu to jeden z (naj)lepiej rozpoznawalnych, chociażby z racji stażu, producent wielce szanowanych wkładek gramofonowych oraz nieprzesadzonych pod względem cen a jednocześnie mających ugruntowaną pozycję przewodów audio maści wszelakiej. Jak się jednak okazuje w „pomarańczowym” portfolio można znaleźć nie tylko ww. asortyment, lecz również, na razie oceniając li tylko poprzez pryzmat cen, wysokich lotów … elektronikę. Zdziwieni? Cóż, przecież historia od dawien dawna zna przypadki podobnej niesubordynacji. Daleko nie szukając wystarczy wspomnieć o kojarzonym przede wszystkim z kolumnami Audiovectorze (Zero Compression Avantgarde Arreté), czy Xavianie (Mondiale), którym zdarzały się kablarskie a w przypadku German Physiks (Emperor Integrated), czy Sonus faber (Musica) elektroniczne incydenty. Podobne wycieczki w nieznane mają na swoim koncie również i producenci okablowania, jak chociażby próbujący szczęścia z kolumnami Acoustic Zen (Adagio Junior, Adagio, Crescento, Maestro, Allegro), Vermöuth Audio (Studio Monitor), czy Esprit Audio (Amelia, Lisa). Niemniej jednak elektronika VdH była dla mnie, przynajmniej do niedawna co najwyżej dość egzotyczną ciekawostką nad której obecnością przechodziłem do porządku dziennego widując i podsłuchując wystawowe systemy czy to w trakcie maratonów na monachijskich High Endach (2013, 2019), czy rodzimym AVS-ie. I właśnie niejako w następstwie stołecznego spędu wespół, zespół z Bartkiem z Szymański Audio – nowym dystrybutorem wiadomej marki, uznaliśmy za stosowne nadrobić zaległości i wziąć na redakcyjny tapet składający się przedwzmacniacza liniowego i dwóch monobloków zestaw. Tym oto sposobem w ramach niniejszego spotkania spieszymy podzielić się z Państwem stricte subiektywnymi wrażeniami i obserwacjami zebranymi podczas użytkowania Van den Hul The Emerald & The Excalibur w obu naszych redakcyjnych systemach.

Jak powyższa galeria unaocznia tytułowy tercet prezentuje się nad wyraz skromnie. Ot, trzy niemalże bliźniacze nisko-profilowe korpusy pozbawione jakichkolwiek manipulatorów plus niespecjalnie do nich pasujący wzorniczo zasilacz przedwzmacniacza. Najdelikatniej rzecz ujmując dość skromnie jak na wydatek uszczuplający nasze konto o drobne 150 kPLN. To jednak tylko pozory, bowiem wszystkie obudowy jednostek sygnałowych wykonano z masywnych 6 i 10mm płatów anodowanej na czarno stali. Z kolei boki, zamiast zwyczajowych radiatorów zdobią polakierowane na wysoki połysk drewniane klepki. W przypadku przedwzmacniacza za jedyny (okupujący lewy narożnik firmowy logotyp pozwolę sobie litościwie pominąć) element dekoracyjny możemy uznać centralnie umieszczony niewielki, acz kilkuwierszowy pomarańczowy wyświetlacz. Brak jakichkolwiek pokręteł i przycisków rekompensuje masywny, wycięty z bloku aluminium pilot zdalnego sterowania, z którego pomocą dokonamy nie tylko podstawowych nastaw, co po prostu zyskamy możliwość obsługi samego urządzenia. Rzut oka na nieco cofniętą względem obrysu korpusu ścianę tylną wyraźnie ubogaca wcześniejszy minimalizm. I tu od razu drobna uwaga natury użytkowej, bowiem choć The Emerald ma budowę symetryczną, to gniazda we/wyjściowe nie są ustawione względem wyznaczających oś gniazda zasilającego i zacisku uziemienia symetrycznie, lecz niejako ich układ jest zdublowany. Dlatego też od lewej napotkamy wyjścia liniowe XLR i RCA a następnie naprzemiennie po dwa zestawy wejść XLR/RCA i to z nieco zagmatwaną numeracją (pierwszy XLR ma nr. 2, drugi 1 a RCA odpowiednio 4 i 3), wspomniane interfejsy zasilająco/uziemiające i powtórkę z rozrywki, czyli sekcję wyjściową i wejściową. Niezbyt to logiczne i intuicyjne, więc lepiej gdzieś na podorędziu trzymać zdjęcie pleców w formie ściągawki przydatnej podczas późniejszego okablowywania systemu.
Nijakich kontrowersji nie budzą za to końcówki, których awersy zdobią jedynie centralnie zaaplikowane włączniki stand-by a z kolei plecy mogą pochwalić się pojedynczymi wejściami XLR, przelotką (również XLR) na kolejną końcówkę (przydatną przy bi—ampingu) parą terminali głośnikowych WBT i zintegrowanym z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdem zasilającym. Pewien niepokój może budzić widok dwóch kratek wentylacyjnych za którymi ukryto niewielkie, sterowane czujnikiem temperatury coolery chłodzące znajdujący się za nimi grzebień radiatora. Jednak spieszę wszystkich uspokoić, iż pomimo najszczerszych chęci i usilnych starań podczas odsłuchów nie udało mi się przyłapać Excaliburów na nawet najcichszym szumieniu ww. wiatraczkami, więc albo nawet nie wystartowały, albo zgodnie z zapewnieniami producenta rzeczywiście pracują całkowicie bezszelestnie.
Od strony technicznej przedwzmacniacz pracuje bez globalnego sprzężenia zwrotnego z kaskadowo zaprojektowanym stopniem wejściowym i MOSFET-ami na wyjściu. Sygnał prowadzony jest symetrycznie, więc nawet w 128 krokowej regulacji głośności każdy kanał ma własny układ. Z kolei końcówki dysponują mocą 100w przy 8 i 130W przy 4Ω obciążeniu.

Przechodząc do części poświęconej wrażeniom odsłuchowym pół żartem pół serio mógłbym uznać, iż serwuję sobie swoistą powtórkę z rozrywki – z minionego Audio Video Show, gdyż podczas ww. spędu tytułowy set grał z dokładnie tą samą parą majestatycznych AudioSolutions Figaro L2, która dziwnym zbiegiem okoliczności po wystawie nie dość, że wylądowała w moim dyżurnym systemie, to finalnie w nim została. Niemniej jednak, chociażby przez wzgląd na przypadkowość wystawowego odsłuchu, jak i trudną do pominięcia ilość zmiennych – jak sama nazwa wskazuje wystawa służy oglądaniu a nie słuchaniu, więc uznałem, że nie ma sensu zbytnio sugerować się zasłyszanymi wtenczas dźwiękami. Dałem zatem tercetowi Van den Hul-a carte blanche i bez niepotrzebnych, choćby podprogowych, oczekiwań wziąłem go pod lupę.
Jak bardzo szybko się okazało na tle swego, całkiem niedawno u nas goszczącego, kablarskiego rodzeństwa niderlandzka elektronika nie ma się czego wstydzić, gdyż niejako w swym DNA ma jasno sprecyzowane uwarunkowania i rolę, jaka przypada jej w firmowej układance. Ma możliwie wydajnie wzmacniać dostarczane jej sygnały i przy okazji niespecjalnie rzucać się tak w oczy, jak i uszy. I to właśnie robi, choć śmiem twierdzić, że o ile aparycyjnie rzeczywiście jest nad wyraz mało absorbująca, to brzmieniowo ma zdecydowanie więcej do zaoferowania aniżeli można byłoby po jej wyglądzie spodziewać. Otrzymujemy bowiem, z jej udziałem, niezwykle energetyczny i otwarty przekaz. Co ciekawe owo otwarcie nie opiera się na wypchnięciu, wzmocnieniu góry, lecz niezwykłej namacalności i witalności średnicy, która gra tu pierwsze skrzypce. Dzięki czemu wokale i to zarówno te jedwabiste („Songs” Plácido Domingo), jak i te chropawe („You Want It Darker” Leonard Cohen) a nawet szeleszczące („Quelqu’un m’a dit” Carla Bruni) mają taką siłę rażenia i namacalność, jakby Martin Kantola z Nordic Audio Labs na każdą z ww. sesji nagraniowych dostarczył mikrofony NU-24K. Rozumieją Państwo o co chodzi? To jest ten poziom realizmu i namacalności jakbyśmy stali/siedzieli z nimi (wokalistami, nie mikrofonami) twarzą w twarz, w związku z czym sposób wymowy, artykulacja, jakie by one nie były, są właściwe danemu interlokutorowi, więc przyjmujemy je i z automatu akceptujemy wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza bez szukania dziury w całym, dzielenia włosa na czworo i zastanawiania się, czy przypadkiem tembr nie mógłby być głębszy, sybilanty mniej/bardziej podkreślone a przypadkowe mlaśnięcia, zwilżanie warg głośniejsze/bardziej dyskretne. A tu słyszymy to, co niejako widzimy, mamy na wyciągniecie ręki i cały przekaz nie dość, że w pełni logiczny, to jest przede wszystkim niezwykle koherentny i do szpiku kości naturalny.
Dół pasma początkowo wydaje się pełnić rolę uzupełniającą, żeby nie powiedzieć służebną. Nie absorbuje, nie uzurpuje sobie praw do podzakresów jemu nieprzypisanych i nawet na dość ciemno, gęsto zrealizowanych krążkach („New Moon Daughter” Cassandra Wilson) nie czuje się w obowiązku dodatkowo owego klimatu potęgować podkreślając gabaryt kontrabasu, czy też pogrubiając jego struny. Wystarczy jednak, by na materiale źródłowym znalazł się odpowiednio treściwy energetycznie impuls, jak daleko nie szukając na „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, by na własnych trzewiach poczuć, iż pozornie mało imponujące „na papierze” 100 niderlandzkich watów to nie w kij dmuchał i potrafi zatrząść całym pokojem. Przy czym tercetowi Van den Hul-a udaje się zachować wzorową równowagę zarówno pomiędzy zróżnicowaniem i mięsistością, jak i wolumenem a kontrolą najniższych składowych, więc i tutaj zamiast analizy nasze zmysły bardzo szybko przechodzą w tryb syntezy i relaksu. Gwoli wyjaśnienia tylko wspomnę, iż również cięższy repertuar nie stanowi dla Emeralda z Excaliburami problemu, więc zarówno miłośnicy wyrafinowanych prog-metalowych wygibasów sygnowanych przez ekipy Toola i Dream Theater, jak i brutalnej młócki w stylu Whitechapel mogą z powodzeniem po swoje ulubione krążki sięgać.
No i jeszcze góra, która idealnie wpisując się w estetykę pozostałych podzakresów, w pełni zasługując na miano eleganckiej, czy wręcz wyrafinowanej, a tym samym dalekiej od zbytniej nadpobudliwości i ekspresji, o ile tylko takowe atrakcje na odsłuchiwanym materiale się nie znajdą. Dlatego też choć Roberta Mameli na „Anime Amanti” zachwycać będzie intensywnością i maestrią artykulacji podpartej krystaliczną czystością sopranu, to już drący się jakby sobie przyrodzenie suwakiem od spodni przyciął Marc „Zelli” Zellweger („CURSED” Paleface Swiss) zbliżać się będzie do granicy tolerancji większości ze słuchaczy. Jak jednak łatwo się domyślić ewentualne pretensje o serwowanie takowych ekstremów słuchacz może mieć jedynie do siebie (wybór repertuaru), jak i ewentualnie wykonawcy, jeśli owych wykrzyczanych rejestrów się po nim nie oczekiwał, a nie do tytułowej amplifikacji pełniącej w tym łańcuchu zdarzeń jedynie rolę pośrednika.

Jak mam nadzieję z powyższych wywodów jasno wynika zestaw Van den Hul The Emerald & The Excalibur powinien sprawdzić się wszędzie tam, gdzie poszukiwana jest szeroko-rozumiana muzykalność i swoboda prezentacji. Jeśli zatem średnica jest Waszym oczkiem w głowie a posiadane przez Was zestawy głośnikowe zdolne są oddać zarówno anielskie pienia, jak potępieńcze jęki i dochodzące z piekielnych czeluści infradźwiękowe pomruki, to możecie być Państwo pewnie, że niderlandzki tercet nie tylko niczego dla siebie nie zachowa, to jeszcze, niejako w gratisie, dorzuci podnoszącej przyjemność odbioru naturalnej organiczności i wysycenia. Krótko mówiąc Van den Hul reprezentuje bardzo „ludzkie” oblicze High Endu tak pod względem wzornictwa, brzmienia, jak i cen, co w dzisiejszych czasach wcale nie jest takie oczywiste.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Zorro
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie oszukujmy się, tytułowy niderlandzki brand przez znakomitą większość populacji audiomaniaków rozpoznawany jest li tylko przez pryzmat okablowania audio. Przez jednych po zastosowaniu w pełnym komplecie bezgranicznie uwielbiane, przez innych przy punktowym użyciu w danym systemie uważane jako niezbędne do odpowiedniego strojenia jego finalnego brzmienia, ale przez symboliczną grupę właśnie ze względu na swój sznyt, o cechach którego możecie dowiedzieć się z niedawno opublikowanej recenzji na naszych łamach raczej omijane. Jednak myli się ten, kto twierdzi, że ów podmiot tylko kablami stoi. A dowodem na prawdziwość tej informacji jest dzisiejsze nasze spotkanie. Skądinąd bardzo ciekawe, bowiem będącą tematem przewodnim elektronikę, tak tak elektronikę spod znaku VDH wspierać będzie wspomniane przed momentem okablowanie z poprzedniego testu. Co zatem udało się ściągnąć na testowy sparing? Otóż miło jest mi poinformować zainteresowanych, iż po owocnych konsultacjach z łódzkim dystrybutorem Szymański Audio w nasze skromne progi zawitał zestaw sekcji wzmocnienia pochodzącej z Niderlandów marki Van den Hul w postaci przedwzmacniacza liniowego The Emerald i dwóch monofonicznych końcówek mocy The Excalibur. Naturalnie jak wspomniałem, całość okablowana została testowanymi niedawno konstrukcjami VDH.

Kreśląc kilka zdań o budowie tytułowych konstrukcji pierwszą istotną informacją jest potwierdzenie, iż tak przedwzmacniacz liniowy, jak i kocówki mocy bazują na tych samych, czyli zunifikowanych wizerunkowo i gabarytowo obudowach. To stosunkowo niskie, ale za to bardzo ciężkie, przy tym dość głębokie i osiągające typową szerokość dla tego typu urządzeń skrzynki, które różnią jedynie wyposażenie awersu i rewersu oraz ilość otworów wentylujących trzewia na ich górnej połaci – naturalnie monobloki z racji osiągania wyższych temperatur podczas pracy mają ich nieco więcej. Jeśli chodzi o fronty naszych bohaterów, pre liniowe może pochwalić się mieniącym się pomarańczową poświatą wielofunkcyjnym wyświetlaczem, zaś końcówki jedynie okrągłymi włącznikami inicjującymi ich pracę. Co tylnych paneli przyłączeniowych pre oferuje nam wielopinowy terminal dla zewnętrznego zasilacza, po dwa wejścia liniowe RCA i XLR, po jednym wyjściu liniowym RCA i XLR oraz zacisk masy, natomiast monosy po jednym wejściu i wyjściu XLR dla wzmacnianego sygnału, pojedyncze zaciski kolumnowe oraz zintegrowane z głównym włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Naturalnie w zestawie przedwzmacniacza standardowo znajdziemy również pozwalającego obsłużyć jego funkcje z miejsca odsłuchowego pilota zdalnego sterowania.

Próbując wprowadzić Was w to testowe rozdanie z udziałem produktów pochodzących z w sporej części depresyjnej części Europy przypomnę najważniejszy wniosek ze spotkania z okablowaniem spod znaku VDH. Oczywiście chodzi o pewnego rodzaju ciekawe w odbiorze uplastycznianie przekazu, które z jednej strony go ukulturalniało, ale z drugiej nie powodowało jego wizualizacji w estetyce jak po zażyciu Pavulonu. Tłumacząc z polskiego na nasze chodzi o to, że muzyka brzmiąc przyjemniej i z większą gładkością nie traciła przy tym umiejętności pokazywania zawartych w niej wszelkiej maści emocji z agresją włącznie. Dlatego we wstępniaku pisałem, że jedni to kochają, inni dozują w swoich systemach wybranym modelem kabla, a jeszcze inni hołubiący latające w eterze żyletki w celu odpowiedniego połączenia ze sobą posiadanego zestawu raczej szukają gdzie indziej. Jak zatem na tle tych trzech opcji zakończył się mariaż tak brzmiącego okablowania z sekcją wzmocnienia pochodzącą od tego samego producenta? Przyznam szczerze, że będących wynikiem tego spotkania aspektów się spodziewałem, jednak nie w aż takim stopniu. Przypuszczałem, że aby dotrzeć do jak największej grupy audiomaniaków przekaz podryfuje w stronę otwarcia w sensie wzmocnienia krawędzi dźwięku przy pozostawieniu tak ważnych dla tej marki symptomów gładkości prezentacji, jednak nie w tak bardzo dużym i dla mnie osobiście znakomicie odebranym stopniu. Mam na myśli to, że owe zmiany przy zbyt małej ofensywności korekty ogólnego odbioru przeszłyby bez ważnego dla elektroniki echa. A tak wzrosła pewnego rodzaju pozytywnie odbierana twardość energii i wyostrzył się rysunek wirtualnych bytów, co zaowocowało tchnięciem w muzykę życia przez podniesienie zawartości w niej pozytywnie definiowanej adrenaliny. Poprawiła się szybkość narastania sygnału, jego puls i dzięki temu mikro oraz makro-dynamika. Dla mnie na tle odbioru samego okablowania to było znakomite powstanie przysłowiowego Feniksa z popiołów. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, to moje osobiste odczucie, a nie autorytatywny wniosek, bo wiem, za co ludzie kochają tę markę. Oprócz dużej dawki esencjonalności lubię pozytywną agresję przekazu, dlatego gdy w moim systemie kompletny set kabli na dłuższą metę jedynie mógłbym tolerować, to już mariaż firmowych frutów z elektronicznymi zabawkami wzbudził zaskakującą chęć pożądania. Dlatego na samym początku wspominałem o wysokim poziomie pozytywnego zaskoczenia po odpaleniu firmowego konglomeratu z Niderlandów.
Na potwierdzenie takiego stanu rzeczy wspomnę choćby o najnowszej kooperacji znakomitego saksofonisty Joe Lovano z naszą formacją Marcina Wasilewskiego, Sławomira Kurkiewicza oraz Michała Miśkiewicza zatytułowanej „Homage”. To może nie jest testowy killer, ale do ciekawego odtworzenia jest dość wymagający materiał, gdyż w sporej ilości utworów mamy do czynienia z tak zwanym graniem ciszą. A jeśli tak, wiadomym jest, że bardzo istotnym jest odpowiednie pokazanie źródeł pozornych w domenie ostrości rysunku podpartego stosownie dozowana energią. I gdy same kable zrobiły to w dość łagodny, a przez to dla mnie nieco zbyt spokojny sposób, to cały zestaw VDH bardzo mocno podniósł poprzeczkę jakości odbioru. Pokazała się niezbędna nieprzewidywalność obrazowania ekspresji poszczególnych instrumentalnych popisów, co tak naprawdę jest clou dobrego zagrania tego typu twórczości. Było po prostu z drive-m i dzięki temu z życiem i wciągająco od początku do końca płyty.
W podobnym stylu oczywiście zaprezentowała się mocniejsza muzyka w stylu choćby „Paranoid” Black Sabbath. W szczególności na pełnym skompletowaniu produktów VDH zyskał kultowy „Iron Man”. Zabrzmiała z wyraźnie mocniejszym akcentowaniem drapieżności i energii, co zaowocowało podkreśleniem w pozytywnym znaczeniu swoistej „komputerowości” kultowych słów z początku utworu oraz wzmocnieniem brzmienia wyraziście podkreślających ich moc brzmienia gitarowego riffu. Bez tego nie osiągniemy niezbędnego poziomu drapieżności tej produkcji, czego w moim odczuciu nieco brakowało podczas testowania samych kabli, a co teraz bez najmniejszych problemów zabrzmiało odpowiednio mocno. Naturalnie nie był to top topów odtworzenia tego krążka, ale na tle pierwszego zderzenia po okablowaniu mojej zbieraniny Van den Hul-em, a obecnie opiniowanym firmowym składem była znaczna różnica in plus. Po prostu chciało się słuchać i to tak jak powinno, czyli głośno.

Mam nadzieję, że z powyższego opisu jasno wynika, iż niderlandzka elektronika jest w pewnym sensie czymś na kształt, w pozytywnym znaczeniu, zneutralizowaniem fajnej, ale jednak maniery umilania świata muzyki przez okablowanie. Oczywiście i jedno, i drugie w znakomitej większości zestawów nie tylko ma szansę się sprawdzić, ale bardzo dobrze sobie radzi. Jednak nie ma się co oszukiwać, testowany dzisiaj konglomerat wzmacniający to ewidentna dawka adrenaliny, co sprawia, że nadal ze sporym spokojem, ale muzyka jest w stanie wzbudzić w nas większy poziom niezbędnej do pełnego wejścia w nagranie pozytywnej adrenaliny. Dla mnie to znakomity ruch, który po posłuchaniu pełnego seta konstrukcji VDH-la dla wielu z Was może być finałem poszukiwań odpowiedniego zestawu audio na długie lata. Naprawdę coś w tym jest.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Szymański Audio \ Van den Hul Polska
Producent: Van den Hul
Ceny
Van den Hul The Emerald: 61 799 PLN
Van den Hul The Excalibur: 45 999 PLN / szt.

Dane techniczne
Van den Hul The Emerald
– Wejścia: 2 pary XLR; 2 pary RCA
– Rezystancja wejściowa: 10 kΩ
– Wyjście: para XLR; para RCA (oba wyjścia są dostępne jednocześnie jeśli impedancja wejściowa końcówki mocy > 10 kΩ)
– Impedancja wyjściowa: ok. 350 Ω
– Napięcie wyjściowe: >= 6 Vss na wyjściu zbalansowanych
– Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 20 kHz, ± 0,2 dB
– Zniekształcenia: < 0,01% (1 kHz) przy 1 V RMS na wyjściu zbalansowanym
– Potencjometr: zdalnie sterowany, drabinka rezystorowa, 128-stopniowa regulacja, 0,75 dB / krok, stała rezystancja wejściowa, maksymalne tłumienie –95,25 dB, regulacja balansu i wyciszenie dostępne z pilota
– Wymiary (S x G x W): 45 x 33,5 x 10 cm
– Waga: 19 kg (bez zewnętrznego zasilacza)

Van den Hul The Excalibur
– Moc: 100 W / 8 Ω; 130 W / 4 Ω
– Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 380 kHz
– Wejścia: XLR
– Wyjścia: XLR (do bi-ampingu)
– Impedancja wejściowa: 33 kΩ
– Zniekształcenia: < 0,1% (1 kHz, 50 W / 8 Ω)
– Wymiary (S x G x W): 45 x 33,5 x 10 cm
– Waga: 26 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

Opinia 1

Wiem, wiem. Po co cokolwiek pisać o bohaterach dzisiejszego spotkania, skoro i tak lwia część zainteresowanych już po samej „metce” doskonale będzie wiedziała czego się po nich spodziewać. Jak to możliwe? Cóż, moc stereotypów i obiegowych opinii nadal ma się dobrze, więc skoro w motoryzacji nadal pokutuje, że nie kupuje się aut na F, czyli Fiatów, Fordów i … francuskich a z naszego podwórka, że srebro gra chudo i sucho, to już mało co kogokolwiek powinno dziwić. I tak właśnie jest z niderlandzkimi przewodami, które choć obecne na rynku od lat 80-ych minionej epoki dziwnym zbiegiem okoliczności nad Wisłą muszą mierzyć się z przyklejoną im nie wiadomo przez kogo i kiedy łatką. Któż bowiem zgłębiając temat połączeń systemów audio nie spotkał się ze stwierdzeniem, że „nic tak sprzętu nie zamula jak kabelki … Van den Hula”. Stygmatyzacja? Pełną gębą. Niemniej jednak tak się jakoś dziwnie składa, że nie wypowiadamy się nt. brzmienia czegokolwiek bez wcześniejszego owego czegoś prze / po-słuchania, więc i tym razem, gdy Bartek z Szymański Audio – nowy dystrybutor ww. marki, zaproponował nam kompletny set Van den Hul-a w składzie 3T The Mountain Hybrid, 3T The Cumulus Hybrid Limited Edition i The Mainsstream Hybrid bez chwili zastanowienia poprosiliśmy o dostawę. I jak wypadła konfrontacja stereotypów ze stanem faktycznym? Cóż, odpowiedź znajdziecie Państwo poniżej.

No dobrze, na pierwszy ogień pod lupę weźmy interkonekty RCA i XLR 3T The Mountain Hybrid, które dostarczane są w poręcznych „książkowych” kartonowych pudełkach, gdzie sprytnie je ułożono w stosownych przegródkach a wraz z samymi przewodami w zestawie znajdziemy dwupłytowe wydawnictwo SACD z „Mahler: Symphony no.3” Budapest Festival Orchestra pod batutą Ivana Fishera. Uprzedzając fakty reszta niderlandzkiego rodzeństwa również takowe inserty zawiera. Same interkonekty prezentują się całkiem nieźle zarówno w wersji z rodowanymi RCA, jak i z posrebrzanymi XLR-ami Neutrika. Beżowo-złota koszulka nie budzi większych emocji, ale też nie sposób się do czegoś przyczepić, szczególnie, że całość sprawia wrażenie solidności. Wiotkość jest bardziej niż zadowalająca a przewody posłusznie dają układać się nawet w ciasnych przestrzeniach zasprzętowych. Od strony anatomicznej mamy do czynienia z konstrukcjami zbalansowanymi bazującymi na dwóch żyłach z przewodników 3T o grubości 0,9mm i indywidualnie pokryty warstwą Linear Structured Carbon® (LSC). Bardzo zaawansowane jest poczwórne ekranowanie, w którym dwie warstwy stanowią srebrzone wielożyłowe przewodniki miedziane a dwie pozostałe to Linear Structured Carbon® (LSC).
Jeśli zaś chodzi o flagowe przewody głośnikowe, czyli 3T The Cumulus Hybrid Limited Edition, to teoretycznie mamy do czynienia ze „standardowymi” Cumulusami, których złote umaszczenie HULLIFLEX® ukryto pod dodatkowym fioletowym opalizującym oplotem, ponumerowano i doposażono w stosowny certyfikat podpisany przez samego Ojca Założyciela. W zestawie znajdziemy też umożliwiające samodzielną zmianę konfekcji z wideł na banany i na odwrót zakręcane złącza BERRI Bus. I tu od razu uwaga natury użytkowej, gdyż podczas składania zamówienia warto zwrócić uwagę, czy interesuje nas wersja single, czy bi-wire a jeśli ta druga, to czy w konfiguracji 2 – 4, czy też 4 – 4. Równie szeroka oferta dotyczy dostępnych długości, które zaczynają się na 2m a kończą na 5m zestawach, choć znając życie, jeśli tylko ktoś potrzebowałby dłuższe, to i takie zostaną wykonane na indywidualne zamówienie. Sugeruję jednak poważnie przemyśleć sens każdego dodatkowego (pół)metra, gdyż Cumulusy nie dość, że są dość sztywne i charakteryzuje je słuszna, niemalże 3 cm średnica, to są przy tym pierońsko ciężkie a zarazem sprężyste, co niejako z automatu wyklucza je, bądź wykluczać powinno, z kręgu zainteresowań posiadaczu niewielkich, ustawionych na standach monitorów i D-klasowych „wydmuszek”. I nie są to żarty, bo mówimy o pi razy drzwi przynajmniej 20 kg na „stronę”. Sprawy nie ułatwiają też masywne, aluminiowe, toczone splittery, dla których również wypadałoby znaleźć miejsce.
Co do anatomii, to Cumulus jest konstrukcją czterożyłową, z których każda (AWG-5) wykonana jest z wielu żył 3T (stop objęty tajemnicą firmy) i odseparowana od pozostałych powłoką HULLIFLEX®.
Pomimo deklarowanej a więc tożsamej z poprzednikiem flagowości już na pierwszy rzut oka widać, iż zasilający The Mainsstream Hybrid reprezentuje najdelikatniej rzecz ujmując zupełnie inną bajkę aniżeli Cumulusy. Ma standardową, czy wręcz uprawniającą do zaliczenia go do grona dość cienkich przewodów 15 mm średnicę, chroni go połyskliwa bezowo-złota zewnętrzna koszulka a oprócz dostępności ze szpuli (440 PLN / 1m) jest oczywiście dostępny w firmowej konfekcji w jakiej to pojawił się w naszej redakcji. I o ile jeszcze wtyk IEC (Wattgate?) może nie oszałamia swą biżuteryjnością, to już ilekroć bym nie spojrzał na szarą, „cywilną” wtyczkę Schuko Mertena za mniej więcej 6€, tylekroć nie jestem zrozumieć idei za jej aplikacją stojącej. Producent niespecjalnie chwali się też jego budową zdradzając jedynie iż użyto 7 żył a impedancja szeregowa (reaktancja) przewodu jest nieobecna.

A jak powyższa zgraja wypada pod względem brzmieniowym? Na odpowiedź, przyjdzie nam nieco poczekać, gdyż zanim przejdziemy do pełnego okablowania systemu niderlandzkimi specjałami pozwolę sobie skupić się na pojedynczych reprezentantach słynącej z tulipanów nacji. I tak, interkonekty 3T The Mountain Hybrid w porównaniu z moim dyżurnymi Furutechami DAS-4.1 uroczo dociążyły i wysyciły średnicę nadając im iście organicznej mięsistości, przez co gdy tylko przed mikrofonem stawała przedstawicielka płci pięknej i to niezależnie, czy w większości przypadków czarująca na „Trav’lin’ Light” karmelową jedwabistością Queen Latifah, czy też niemalże zionąca ogniem i wściekle plująca jadem na „Decivers” Arch Enemy niebieskowłosa Alissa White-Gluz za każdym razem atrakcyjność prezentacji automatycznie sięgała max-a. Góra pasma szła dokładnie w tej samej estetyce, czyli nieco bardziej skręcając ku złotemu aniżeli srebrnemu rozświetleniu nie odbierając nic a nic z natywnego blasku jedynie dyskretnie cywilizowała sybilanty. Jak łatwo się domyślić również i bas nie próbował spod ww. wzorca się wymknąć, więc zamiast obsesyjnego podążania za ostrymi jak katana konturami i laboratoryjną rozdzielczością kusi plastyką i mięsistością. Co jednak istotne, szczególnie w przypadku ostrego łojenia Holendrom udało się uniknąć oznak spowolnienia, czy też przysłowiowej buły, choć jeśli system sam z siebie przejawia tendencje do lekkiej misiowatości warto mieć się na baczności.
Nie lada zaskoczeniem okazała się aplikacja głośnikowych 3T The Cumulus Hybrid Limited Edition, po których, poniekąd z racji ich fizjonomii, spodziewałem się diametralnie odmiennych cech. Jednak po kolei, bowiem tytułowe kabliszcza zaoferowały zastanawiająco zwiewne, czy wręcz eteryczne granie potęgujące wrażenia przestrzenne i niejako otwierające prezentację na eksplorację ze strony słuchaczy. Na tle interkonektów można wręcz dojść do wniosku, iż o ile łączówki nieco dociążały przekaz, to głośnikowce zaserwowały mu nieco crossfitu i cardio, przez co wcześniejsza „pluszowość” ewaluowała w kierunku wyraźnej konkretyzacji, lecz bez jakichkolwiek oznak majstrowania z równowagą tonalną, bądź tendencjami do żylastej anorektyczności. Po prostu skoro najniższe składowe ukierunkowano na timing, zróżnicowanie i zwinność, lecz bez nerwowości, a nie obezwładniającą potęgę i utrzymywanie energii ataku aż do ostatnich Hz-ów, to jasnym jest, że Cumulus-y raczej „wietrzą” i otwierają brzmienie aniżeli je zagęszczają, bądź wręcz adekwatnie do swej „pytonowej” natury duszą. Świetnie sprawdza się to przy gęstych i zawiłych pozycjach w stylu „In the Absence of Light” The Man-Eating Tree, gdzie poprawia się czytelność i komunikatywność kompozycji a do tej pory nazbyt ze sobą „zlepione” dźwięki mają wreszcie szansę obok siebie koegzystować a nie zawzięcie walczyć o atencję. I tu kolejna niespodzianka, gdyż nawet w tak pozornie mało sprzyjających warunkach – The Man-Eating Tree to nie jest projekt słynący z melodyjnych, cukierkowych ballad, finalnie brzmienie serwowane przez Cumulus-y jest aksamitnie gładkie, czy wręcz kojące. Dzieje się tak za sprawą niezwykłej aksamitności reprodukowanych faktur, co niejako przy okazji wyraźnie podnosi komfort odsłuchu.
A co potrafi zostawione na deser holenderskie „brzydkie kaczątko”, czyli The Mainsstream Hybrid? Przewrotnie powiem, że zaskakująco wiele. Począwszy od przyjemnie rozdzielczej i dźwięcznej góry, równie ekspresyjnej wyższej średnicy i dystyngowanego spokoju reszty pasma. Co prawda na tle zdecydowanie droższych punktów odniesienia (Furutech NanoFlux-NCF) najniższe składowe mogą wypadać nieco zbyt monotonnie, jednak niespecjalnie bym tę kwestię roztrząsał, gdyż sama konfekcja NanoFlux-a (tak na dobrą sprawę nawet pojedyncza 50-ka) jest droższa od Mainsstream-a, więc po prostu warto mierzyć siły na zamiary i zamiast usilnie zaklinać rzeczywistość uznać, że to wysoce akceptowalne brzmienie za bardzo rozsądne pieniądze.
Jak się jednak okazuje siła niderlandzkiej gromadki tkwi w ponadprzeciętnej synergii i zdolności komunikacji między sobą. Krótko mówiąc Van den Hul-e wpięte wespół – zespół gdzie tylko się da zapewniają wielce udane połączenie rozdzielczości z muzykalnością i sensowną dynamiką. Może nie jest to nastawione na wyczynowość dzielenie włosa na czworo i obsesyjne poszukiwanie drajwu oraz adrenaliny tam, gdzie niekoniecznie na ich obecność można liczyć, ale jest to ten poziom jakościowy, że wręcz nie wypada kręcić nosem i szukać dziury w całym. A dzięki dość wyrównanej charakterystyce a tym samym uniwersalności śmiało można uznać, że sprawdzą się z każdym repertuarem i w większości aplikacji.

Jak mam nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika, że tytułowy zestaw Van den Hul-a zamiast szukać taniej sensacji i usilnie zabiegać o atencję odbiorców postawił na rzetelną i pozbawioną fajerwerków prezentację. Czy zgodnie ze wspomnianym we wstępniaku powiedzeniem „mulił”? Absolutnie nie, jeśli już nieco osłabiał energię i zróżnicowanie najniższych składowych, lecz aby dojść do powyższych wniosków trzeba porównać niderlandzkie kabelki do zdecydowanie wyżej wycenioną konkurencją. I w tym momencie niejako dochodzimy do sedna, czyli faktu iż przynajmniej na moje oko Van den Hul wcale nie ma ambicji ścigać się z najlepszym i zarazem najdroższym okablowaniem dostępnym na rynku, lecz oferować porządne przewody za normalne pieniądze. I czego by nie mówić przez ostatnie cztery dekady całkiem nieźle mu się to udaje.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak to się stało, że tak rozpoznawalna marka dopiero dzisiaj debiutuje na naszym portalu? Powiem bez ogródek, nie pytajcie. Po prostu życie, które często płata figle, a jednym z nich, po latach bezowocnych prób zdobycia czegokolwiek spod wiadomego znaku będzie właśnie dzisiejszy test. I to nie byle jaki, gdyż po rozmowach z od niedawna pełniącym obowiązki dystrybutora – Szymański Audio, udało nam się pozyskać pełen zestaw okablowania. A konkretnie dzięki staraniom łódzkiego przedstawiciela holenderskiej ikony – Van den Hul zawitał do nas set w postaci sieciówki The Mainsstream Hybrid, sygnałówki 3T The Mountian Hybrid oraz głosnikówki The Cumulus 3T Hybrid Limited Edition. Jak widać jak nie szło, to nie szło, ale jak zażarło to z przytupem. A co ów przytup przyniósł w kwestii doznań sonicznych, dowiecie się z lektury poniższego tekstu.

Jak to często bywa, w kwestii budowy naszych bohaterów na stronie producenta informacje są zdawkowe. Z tego co wiemy, naturalną koleją rzeczy jednym ze składników użytych do wykonania przewodników w kablach XLR i głośnikowym jest od zawsze stosowany materiał na bazie węgla. Jednak cechą szczególną tej linii produktowej, o czym informuje nas oznaczenie 3T zawarte w nazwach modeli, dzięki zastosowaniu nowego składu (stopu metali) przewodnika mamy otrzymać True Transmission Technology. Jednak wbrew potencjalnym domysłom i częstemu stosowaniu przez konkurencję producent nie posiłkuje się ani srebrem, złotem, czy platyną. W takim razie czym? To niestety jest jego słodką tajemnicą i pozostaje nam wierzyć, że temat jest dogłębnie przemyślany oraz zweryfikowany w przedprodukcyjnych odsłuchach. Jeśli chodzi o ekranowanie, mamy do czynienia z czterokrotnością tego zabiegu. Wieńcząc technikalia serii kabli 3T dodam tylko, iż dostarczony do testu głośnikowy to wersja limitowana. Sam przebieg sygnału prowadzony jest czterema oddzielnymi przewodnikami odseparowanymi od siebie powłoką Hulliflex na bazie nowego rodzaju stopu. Natomiast terminacja jest wielofunkcyjna, co w tym przypadku oznacza możliwość samodzielnego doboru wideł bądź bananów poprzez wkręcenie ich w solidne baryłki wieńczące przebieg każdego sygnału. Naturalnie z racji bycia tak zwaną „limitką” pakowany jest w solidny kuferek wyściełany profilowaną gąbką i opatrzony certyfikatem oryginalności.

Co do kabla sieciowego, mamy do czynienia z pomysłem skonstruowania czegoś na kształt filtra potencjalnych zakłóceń. Jednak nie przez zastosowanie dyskretnych układów elektrycznych lub dławików, tylko doboru odpowiednich splotów, przekrojów i ekranowania każdej z żył. Sam sygnał przekazywany jest poprzez stosunkowo grube plecionki z bardzo czystej miedzi OFC pokrywanej grubą warstwą również mogącego pochwalić się wysoką czystością srebra. Jeśli chodzi o układ wewnętrzny, kabel składa się z trzech neutralnych i gorących przewodników o sumarycznym przekroju każdej grupy 1.69 mm². Co bardzo istotne, ów kabel prądowy wyposażony jest stosunkowo gruby ekran, co w połączeniu z dość wyrazistą kolorystycznie zewnętrzną koszulką z Hulliflexu 4 sprawia, że jest bardzo solidny od strony konstrukcyjnej. Ostatnią ważną informacją jest wykorzystanie tego samego materiału do izolowania tak przewodników, jak i ekranów, co finalnie daje dużą ochronę przez działaniami chemicznymi choćby typu korozja na skutek oddziaływania czynników z powietrza.

Gdy dotarliśmy do części opisującej brzmienie tytułowego zestawu okablowania, bez owijania w bawełnę jestem zobligowany potwierdzić wygłaszane przez lata opinie o przyjemnym dla ucha uplastycznianiu prezentacji. Jednak w mojej opinii, a przynajmniej w moim systemie uplastycznianiu wypadającym nieco inaczej. A chodzi mi o to, że owszem, skraje stają się mniej drapieżne, ogólny odbiór muzyki płynniejszy, ale o dziwo nie idzie za tym często szkodzące przekazowi przegrzanie średnicy. Nie zanotowałem pogrubienia i zgaszenia jej witalności nadmiarem body, tylko odebrałem ją w jakby w estetyce po dobrze wypadającej brzmieniowo diecie. Nie dostałem monotonnego ulepku w centrum pasma otulonego dobijającym radość rozbrzmiewania wydarzeń scenicznych, uspokajającym pokaz zaokrągleniem i uplastycznieniem obydwu skrajów, tylko przy fajnym w odbiorze wygładzeniu tych ostatnich pełną życia, mniej nasyconą, ale pewnie dlatego nadal transparentną średnicę. To trochę nie zgadało się z wcześniej zasłyszanymi opiniami o tym okablowaniu, ale jak wiadomo, co system, to inna reakcja, a do tego oparta na różnych doświadczeniach i skonfrontowana z konkretnymi oczekiwaniami. Zostawiając jednak na boku wszelkie inne oceny dla mnie ogólnie efekt wpięcia zabawek spod znaku Van den Hula nosił od zawsze przypisywane marce symptomy przyjemnej łagodności, jednak z pozytywnie zaskakującym efektem unikania nadmiernego nasycania i uplastyczniania środka pasma. A to dlatego pozytywnie, gdyż przy mniejszej ostrości rysunku źródeł pozornych, ale zachowaniu ilości i uderzenia energią dolnym zakresem nazbyt krągłe centrum zabiłoby drzemiącą w muzyce radość. A tak mamy jej przyjemniejszą, ale na szczęście nieskażoną nadmiarem przysłowiowego cukru w cukrze, naturalnie zgodną z firmowym mottem, często poszukiwana przez wielu z nas wizję soniczną.
Pierwszym tytułem udowadniającym jej pozytywną stronę jest choćby interpretacja twórczości Claudio Monteverdiego przez Michela Godarda „A Trace Of Grace”. To bardzo trudny do idealnego odtworzenia materiał. Nagrany w wielkiej kubaturze, która podczas odsłuchu stawia wymogi realnego oddania przez system jej realiów, do tego znakomicie zrealizowany, co w razie potknięcia systemu pokaże jak na dłoni, gdzie popełniliśmy błąd. A chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że dotykanie gładkością skrajów pasma w tym przypadku powoduje minimalne ubytki w ekspresji odpowiedzi echa na rozgrywające się na scenie wydarzenia. Na szczęście opisany przeze mnie, skądinąd udany zabieg pozostawienia środka pasma raczej w estetyce neutralności, a nie przesycenia pozwoliło nie tylko odpowiednio, czyli z drive-m, wybrzmieć wszelkim źródłom pozornym, ale również czytelnie zaistnieć pod znajdującym się kilkanaście metrów wyżej sklepieniem. Gdyby były zbyt ciężkie w projekcji, muzyka nie byłaby w stanie wypełnić mojego pokoju aż po sufit, ale dzięki opisanej manierze nie miała z tym problemu.
Patrząc natomiast na możliwości brzmieniowe okablowania Van den Hul z innej, stricte szaleńczej beczki mocnej odmiany rocka przy popisach zespołu Korn „The Path Of Totality” spokojnie mogę powiedzieć, że także z tego starcia holenderskie druty wyszły z tarczą. Owszem, słychać było nawet pożądane ukulturalnienie przecież zmasakrowanych realizacyjnie popisów artystów. Ale uspokajam, to co robiły dzięki pewnego rodzaju lekkości średnicy nie stawało się nadmiernie polukrowanym, przez to nudnym łomotem, tylko dającym się posłuchać nieco głośniej i znacznie dłużej oraz z dużą dozą prawdopodobieństwa przez znacznie większą liczbę osobników homo sapiens pełną buntu, ale jednak muzyczną opowieścią kilku pełnych pozytywnej agresji artystów. Naturalnie nie była to projekcja dla ortodoksyjnych odbiorców tego rodzaju twórczości, ale przywołałem ją po to, aby pokazać, że mimo narzuconej przez testowane kable estetyki brzmienia mojego systemu taki rodzaj szaleństwa również się bronił. A, że wychowałem się na popisach grupy AC/DC, to wiem, o czym mówię.

Co na koniec powiem o naszych bohaterach? Nie ma się co oszukiwać, jak wynika z powyższego opisu, zderzyłem się ze znaną wielu z Was szkołą rasowego Van den Hul-a, czyli gładko i plastycznie, ale z zachowaniem wyrazistości. Jednak dla mnie największą pozytywną cechą tego zestawu było nieprzegrzanie średnicy, co przy całej estetyce grania holenderskich kabli pozwoliło im obronić się w zderzeniu z nawet najtrudniejszym materiałem. A trzeba zaznaczyć, że mój zestaw raczej tego nie potrzebuje, dlatego tym bardziej pozytywnie zaskoczył mnie fakt uniknięcia efektu zabicia drzemiącego w nim potencjału do pokazywania wszystkich cech w danym momencie słuchanego materiału. Czy to produkt dla każdego? Szczerze? Nie ma takiego. Ale myślę, że po tym co pokazał podczas testu, jeśli szukacie czegoś grającego w tej estetyce, warto go u siebie wypróbować.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Szymański Audio \ Van den Hul Polska
Producent: Van den Hul
Ceny
Van den Hul 3T The Mountain Hybrid XLR lub RCA: 4 750 PLN / para 0,8m; 4 950 PLN / para 1m; 5 650 PLN / para 1,2m; 6 750 PLN/ para 1,5 m
Van den Hul 3T The Cumulus Hybrid Limited Edition: 24 300 PLN/ 2 x 2m; 26 100 PLN / 2 x 2,5m; 27 900 PLN/ 2 x 3m
Van den Hul The Mainsstream Hybrid
IEC: 1 690 PLN / 1,5 m; 1 920 PLN / 2 m; 2 140 PLN / 2,5 m
IEC C19 20A: 2 250 PLN / 1,5 m; 2 480 PLN / 2 m; 2 700 PLN / 2,5 m

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

artykuł opublikowany / article published in Polish

Choć Van den Hul większości zainteresowanych kojarzy się przede wszystkim z okablowaniem, oraz wkładkami gramofonowymi, to jak widać na poniższych zdjęciach para się również elektroniką. W związku z powyższym nie pozostało nam na własne uszy przekonać się co potrafi niderlandzki przedwzmacniacz liniowy The Emerald z monoblokami The Excalibur.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

artykuł opublikowany / article published in Polish

Od dawien dawna wiemy, że co się odwlecze, to nie uciecze, więc zamiast się szarpać czasem lepiej usiąść i spokojnie poczekać na bardziej sprzyjająca koniunkturę, bądź po prostu zmianę dystrybucji. A skoro takowa zmiana nastąpiła nie pozostaje nam nic innego, jak tylko przygarnąć pod swe skrzydła na wnikliwe testy wielce intrygujący zestaw okablowania debiutującej na naszych łamach, acz doskonale znanej ogółowi złotouchej braci marki  Van den Hul w składzie –  3T The Mountain Hybrid, The Cumulus 3T Hybrid Limited Edition & The Mainsstream Hybrid.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

Link do zapowiedzi: Tellurium Q Statement II USB

Opinia 1

Może i monarchia nie jest najbardziej demokratycznym ustrojem, jednak czego jak czego, ale logiki trudno jej odmówić. Władza zazwyczaj jest dożywotnia, stanowisko nieusuwalne i co kluczowe, szczególnie dla progenitury na tronie zasiadającego, dziedziczne. Oczywiście jak historia pokazuje od powyższych zasad są wyjątki dotyczące zarówno wakatu, jak i mniej, bądź bardziej pokojowego/krwawego (niepotrzebne skreślić) zaburzenia naturalnej sukcesji. I właśnie z pierwszym z ww. przypadków przyjdzie w ramach niniejszej epistoły się zmierzyć, gdyż o ile królewska seria Statement brytyjskich przewodów Tellurium Q miała swoją premierę, o ile pamięć mnie nie myli, w 2018 r., to dopiero odświeżenie jej do wersji II stało się przyczynkiem do powołania do życia brakującego w portfolio bytu – przewodu USB. A skoro ów byt światło dzienne ujrzał, to dzięki uprzejmości dystrybutora marki – Szymański Audio w trybie ekspresowym postanowiliśmy na nim (bycie, nie Bartku) położyć łapy i zgarnąć na testy. Krótko mówiąc serdecznie zapraszamy na spotkanie z przewodem Tellurium Q Statement II USB.

Już podczas unboxingu, patrząc na zawartość firmowo zunifikowanego, podłużnego kartonowego pudełka, szczególnie na tle ostatnio goszczącej u nas konkurencji (vide ZenSati sILENzIO USB) można srodze się zawieść, o ile tylko kupujemy oczami, bądź jedynie ze stoickim spokojem stwierdzić fakt, iż Tellurium Q Statement II USB prezentuje się nad wyraz … normalnie i wręcz skromnie. Ot, nieodbiegająca od ogólnie przyjętych standardów średnica, zabezpieczone klasyczną termokurczką zupełnie niebiżuteryjne wtyki i czarno-brązowa plecionka ochronnego peszla z dyskretną banderolką z ww. termokurczki ozdobiona firmowym logotypem i oznaczeniem … kierunkowości (konia z rzędem temu, kto podepnie „na odwrót” łączówkę USB). Powiem szczerze, że gdyby jedynie na podstawie aparycji zgadywać „rangę” i cenę tytułowego przewodu, to coś czuję w kościach, że ani producent, ani jego dystrybutorzy nie byliby zbyt zadowoleni z uzyskanego feedbacku. Całe szczęście Hi-Fi i High-End rządzą się własnymi prawami a wygląd jest jednym z wielu i bynajmniej wcale nie najważniejszym kryterium decyzyjnym, tym bardziej, że o ile przewody głośnikowe, bądź po części i zasilające mają szansę znaleźć się na widoku, to już interkonekty szans na taką ekspozycję raczej nie mają.
Jak to zwykle Geoff ma w zwyczaju chociażby śladowych informacji o budowie naszego bohatera próżno szukać na stronie producenta. Jedyne, co można wygrzebać w odmętach Internetu, to lakoniczne wzmianki, że prace nad jego powstaniem trwały ponad sześć lat, czyli niemalże od czasów pojawienia się protoplastów aktualnego wypustu, lecz efekty były na tyle mało satysfakcjonujące, znaczy się nieprzystające do flagowców, że ciągnęły się może nie tyle w nieskończoność, co do chwili obecnej, czyli stadium, które najdelikatniej rzecz ujmując wstydu rodzeństwu nie przyniosą. Nie wiadomo zatem, czy wewnątrz siedzą przewodniki miedziane, srebrzone, srebrne, złote, czy sięgnięto po sezonowane w beczkach po Ardbegu Traigh Bhan „amelinium” w izolacji z teflonu, egipskiej bawełny, czy konopi, więc próby zgadywania sygnatury brzmieniowej na podstawie li tylko użytego budulca śmiało możemy sobie darować.

Skoro nieco pomarudziłem nt. wyglądu i braku oczekiwanej dokumentacji technicznej najwyższa pora na część poświęconą walorom sonicznym naszego niepozornego bohatera. Zanim jednak to nastąpi pozwolę sobie zwrócić Państwa uwagę na kluczowość odpowiednio sumiennego wygrzania, gdyż bez tego wyjęty prosto z pudełka, fabrycznie nowy Statement może nawiązać równorzędną walkę co najwyżej ze standardową „drukarkową” konkurencją ustępując pola nawet tak budżetowym audiofilsko zorientowanym przewodom jak Wireworld Starlight, czy nawet Ultraviolet. Bas ma zupełnie niezdefiniowaną, gąbczastą postać, średnica jest wyprana z emocji a góra beznamiętnie cyka. Słowem tragedia. Całe szczęście mając już wcześniej do czynienia z Tellurium Q co nieco wiedziałem, kolejne trzy grosze dołożył dystrybutor i summa summarum wyszło, że 200 godzin grania to takie zdroworozsądkowe minimum. I praktycznie dopiero po takiej rozgrzewce należałoby w ogóle rozpoczynać przygodę z tytułową łączówką. Dzięki czemu nie dość, że zaoszczędzimy sobie bolesnych rozczarowań, to od razu poznamy jeśli nie pełnię to jakieś 95% możliwości Statementa. W dodatku w porównaniu z pierwszą inkarnacją brytyjskich flagowców konstruktorom udało się wyeliminować składową odpowiedzialną za nieprzewidywalną chimeryczność i bezkompromisowość w kwestii towarzyszącej im elektroniki. O ile bowiem poprzednia odsłona bez przesadnej empatii rozprawiała się ewentualnymi niedoskonałościami zarówno systemowymi, jak i realizacyjnymi, to tym razem już od pierwszych taktów „God of War Ragnarök” autorstwa Beara McCreary’ego słychać było, że jego (znaczy się przewodu) chęć współpracy, a co za tym idzie uniwersalność jest na zdecydowanie wyższym poziomie. Co prawda nie oznacza to zbytniej spolegliwości, czy też wręcz prób tuszowania ewidentnych niedociągnięć i asekuracyjnego uśredniania przekazu, niemniej jednak wpięcie II-ki obarczone jest zdecydowanie mniejszym, aniżeli w przypadku protoplastów ryzykiem. Czemu akurat sięgnąłem po ścieżkę dźwiękową z gry? Cóż, choć akurat jeśli chodzi o gry, to od niepamiętnych czasów jestem nimi zupełnie niezainteresowany, to już soundtracki im towarzyszące traktuję na równi z „normalnymi” – pozbawionymi gamingowego wsparcia wydaniami. A na „God of War Ragnarök” mamy praktycznie wszystko, na czym testowane urządzenie, czy też inna składowa systemu, może się iście koncertowo wyłożyć. Na blisko dwugodzinnym albumie zawarto potężne chóry, mniej, bądź bardziej rozbudowane orkiestracje, intrygujące partie tradycyjnych nordyckich instrumentów ludowych (nyckleharpy – harfy klawiszowej, 8-9 strunowych skrzypiec Hardengera, irlandzkiego bębna ramowego Bodhrán, czy cymbałów młotkowych) i równie nieoczywistych w symfonice jak dulcimer, czy mandolina. Krótko mówiąc od Sasa do Lasa i to wszystko w ramach teoretycznie czysto ilustracyjnego podkładu muzycznego. Czyli z jednej strony składowej odpowiedzialnej za budowanie nastroju a z drugiej nieodciągającej uwagi gracza od samej akcji, w którą jakby nie patrzeć powinien być maksymalnie zaangażowany. I o ile swojego czasu użytkowana przeze mnie, bezsprzecznie świetna w swej klasie, Fidata HFU2 nadawała całości kremowo-podniosłego sznytu, to szalenie cieszę się, że udało mi się przesiąść na ZenSati Zorro, bo w trakcie niniejszego testu mógłbym przeżyć klasyczny szok poznawczy, czyli zaliczyć przypadek odkrywania wydawać by się mogło doskonale znanych nagrań na nowo. A tak miałem wyborną okazję obserwacji niezwykle wyrównanego pojedynku, w którym zamiast wygranych i przegranych, czyli kategoryzacji na zasadzie lepiej/gorzej przepięcie pomiędzy duńskim a brytyjskim przewodem oznaczało jedynie inny punkt widzenia. Całe szczęście Lumin U2 Mini dysponuje parą gniazd USB, więc zmian dokonywałem jedynie po stronie odbiorników – pełniących w tym momencie rolę przetworników dyżurnego Ayona CD-35 i równolegle testowanego Vitusa SCD-025mkII. I na tym etapie wszystko stało się jasne i klarowne, o ile bowiem Zorro akcentował żywiołowość i rozmach, to Statement II zachowując rozdzielczość sparingpartnera, przynajmniej początkowo (o czym dosłownie za chwilę), uwagę słuchaczy kierował w stronę aspektu barwowo – emocjonalnego. Tellurium podchodzi do transmitowanego materiału w niezwykle holistyczny i kompletny – szeroki sposób. Zaczyna od całości i dopiero po uznaniu przez odbiorcę jej kluczowości oraz nadrzędności daje wgląd w jej kolejne warstwy, plany i niuanse. Co ciekawe, dla części słuchaczy nawet obserwacja w pełni transparentnej powłoki zewnętrznej może okazać się w zupełności satysfakcjonująca i wystarczająca, gdyż nie dość, że widać przez nią, to co siedzi w środku, to nie pozostawia niedosytu czy to pod względem gradacji planów, czy też rozdzielczości a jedynie kondensuje je do bardziej zwartej, skończonej formy. Tymczasem spełniając ww. warunek akceptacji i uzyskując uprawniający do podróży w głąb muzycznej otchłani paszport (niekoniecznie jednego z popularnych nadawców TV) wkraczamy na wyższy stopień intensywności i zaawansowania mogący pochwalić się wielce pożądaną immersyjnością, czyli nie tylko możnością obserwacji wydarzeń z bezpiecznego dystansu, lecz również wejścia, wgryzienia się w tkankę, o ile tylko sama realizacja taką interakcję dopuszcza. I nie, nie chodzi mi w tym momencie o kuglarskie sztuczki i rollercoaster po dopalaczach, jakie serwuje Dolby Atmos a możliwość realizmu porównywalnego z fizycznym uczestnictwem w danym nagraniu / koncercie.
Równie atrakcyjnie i angażująco wypadły mniej cywilizowane gatunku muzyczne z szorstką elektroniką („The Fat of the Land” The Prodigy i „Untrue” Burial) i iście apokaliptyczną kakofonią suto okraszoną opętańczymi rykami stanowiącymi podstawę twórczości Septicflesh („Modern Primitive”) czy Arch Enemy („Deceivers”). Było szorstko, gdy miało być szorstko, ostro, gdy miało być ostro i ciężko, gdy taki wsad znalazł się na reprodukowanym materiale. Kluczowym jednak był fakt, że Tellurium ani razu nie próbował natywnego brudu czyścić i polerować a ognistych riffów i ekstatycznych growli tonizować, czy wręcz cywilizować. Dzięki temu, choć klasy, swobody i chwilami wręcz wyrafinowania (jak się okazuje Alissa White-Gluz potrafi czysto zaśpiewać) odmówić im nie można było, to oszczędzono nam zarówno iście komicznego efektu usztywniającego „wykrochmalenia” i usilnego wpychania muzycznych buntowników na zmanierowane mainstreamowe salony, bądź nie mniej ostentacyjnego piętnowania siermiężności poprzez postawienie pod pręgierzem małomiasteczkowej zaściankowości.

W ramach podsumowania pozwolę sobie z wrodzoną przewrotnością stwierdzić, że choć Tellurium Q Statement II USB na High-End nie wygląda, to do owego elitarnego grona z pewnością zasłużenie należy. Nie dość bowiem, że na tle poprzedniej generacji prezentuje zdecydowanie większą uniwersalność i praktycznie trudno będzie znaleźć systemy, w których jego obecność byłaby niepożądana, to nader udanie łączy świetną rozdzielczość z dynamiką i muzykalnością sprawiając, że rzetelnie zrealizowany materiał brzmi wysoce satysfakcjonująco a ten nagrany i zgrany z odpowiednia atencją wciąga bardziej aniżeli chodzenie po bagnach. A, i jeszcze jedno. Jeśli ktoś z Państwa odniesie wrażenie, iż powyższy opis jest zbyt zachowawczy i brakuje w nim jakiś ponadnormatywnych uniesień, to … proszę mi wierzyć na słowo, a jeszcze lepiej przekonać się na własne uszy, że wszelakiej maści „sztuczki-magiczki” i innego rodzaju wodotryski zarezerwowane są dla zdecydowanie niżej urodzonej konkurencji, która jakoś musi o atencję odbiorców zabiegać. A Statement II USB niczego nie musi a jedynie wszystko może, więc jeśli szukacie muzyki a nie taniej ekscytacji i możliwości błyśnięcia w nie do końca zorientowanym w temacie towarzystwie, to po prostu posłuchajcie topowej łączówki Tellurium Q. Jeśli przypadnie Wam do gustu, to zostawcie ją wpiętą w system i zapomnijcie o temacie. Wpiętą dla Was. Dla Was i nikogo innego.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact; Vitus SCD-025mkII
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Znacie tytułową markę? Spokojnie, to pytanie retoryczne, bowiem swego czasu ubrałem się w nią od przysłowiowych stóp do głów, zatem choćby zdawkowo, ale z pewnością poza testem kabli głośnikowych w pierwszej odsłonie serii Statement zderzyliście się z nią jako punktem odniesienia podczas sesji testowych. Co prawda mam na myśli obecnie postrzeganą jako niższa linię produktową Silver Diamond, ale z racji znakomitego brzmienia miałem z niej u siebie przez długi czas zestaw kabli kolumnowych i sygnałowych. To był fajny okres, dlatego jestem rad, że wreszcie przyszedł moment na opiniotwórczą próbę produktu z drugiej odsłony flagowej serii. Jednak tym razem nie będzie to nic z sekcji analogowej, tylko ostatnio bardzo mocno eksploatowanej przez nas cyfrowej. Co konkretnie? Otóż sprawiając nam niekłamaną niespodziankę łódzki dystrybutor Szymański Audio zaproponował przyjrzenie się przybyłemu z Wysp Brytyjskich kablowi cyfrowemu Tellurium Q Statement II USB. Temat bardzo na czasie, zatem zainteresowanych zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Niestety akapit o budowie tytułowego kabelka nie będzie nawet zdawkowy, tylko symboliczny, gdyż możemy wypowiedzieć się jedynie o jego wyglądzie. Powód jest chyba jasny, czyli obawa o kopiowanie, aby potem radosna twórczość żerujących na tego typu informacjach podrabiaczy nie zasiliła swoimi wariacjami znanej z tego typu oferty azjatyckiej platformy sprzedażowej. Dlatego też wiemy jedynie, iż tak jak linia Statement całej serii okablowania rzeczony USB ubrany jest w bordowo-czarną opalizującą plecionkę. Mniej więcej na środku przebiegu kabla zlokalizowano czarną koszulkę z nazwą matki oraz kierunkiem instalacji naszego bohatera w tor. Co prawda z racji odmienności wtyków od strony źródła i odbiornika wygląda to dziwnie, jednak nie mnie rozstrzygać zasadność takiego działania i zwyczajnie o tym informuję. Jak widać, kabelek wygląda schludnie, a żeby podnieść rangę zajmowania pozycji w portfolio marki na samym szczycie, w drodze do klienta pakowany jest w aksamitny woreczek, owijany w czarny pergamin i finalnie wkładany do ekskluzywnie wyglądającego, połyskującego czarnego pudełka i wzbogacony o ogólną odezwę od producenta.

Jak wypadł rzeczony przedstawiciel przesyłu zer i jedynek? Bez kozery powiem, w moim odczuciu jest bardziej uniwersalny od poprzedniej serii. Powód? Bardzo istotny. Chodzi mianowicie o to, że poprzednik swoim działaniem wspierał mocno jedynie nasycenie przekazu, a tym samym jego namacalność i ogólną przyjemność słuchania. Na pierwszy rzut ucha ruch znakomity, jednakże po bliższym przyjrzeniu się można było podnieść tezę, iż w krytycznych przypadkach mogłoby to spowodować przegrzanie odgrywających się pomiędzy kolumnami wydarzeń muzycznych. Owszem, mocne nasycenie dźwięku jest przyjazne dla naszego ucha i w pakiecie pomaga sporej ilości słabo zrealizowanych produkcji płytowych, jednak suma summarum może okazać się to zbyt nostalgiczne, a dla wielu na dłuższą metę nawet nudne. I tutaj właśnie widzę wielki postęp II-ej wersji Statementa w stosunku do protoplasty. Po prostu przy zachowaniu muzykalności nie zapomina o otworzeniu się dźwięku na górze i poprawie rozdzielczości na dole. Naturalnie nie idzie to w stronę niebezpiecznego ekstremum, tylko na zasadzie odpowiedniego napowietrzenia sceny i pokazania znacznie większej ilości odcieni poniżej środka pasma. Muzyka swobodniej oddycha i bardziej kontrolowanie, ale nadal z dobrym wypełnieniem pulsuje, co natychmiast przekłada się na poprawę rytmiki i ogólnego drive’u. Dzięki temu przekaz zachowuje wszystkie pozytywne cechy pierwszej wersji, które pozwalały słuchać nawet najbardziej brutalnych kawałków typu Black Sabbath „Never Say Die!” z pełną ekspresją, a dodatkowo za sprawą zmian konstrukcyjnych w tytułowym modelu napawać się kolorytem dolnego zakresu i rozwibrowaniem wysokich tonów. Tak, tak, rozwibrowaniem, bowiem gitary nie zawsze tylko mocno ryczą, ale czasem wręcz śpiewają, dlatego tak ważny jest konsensus pomiędzy wagą, zejściem i otwartością. I to właśnie oferuje nasz bohater. Co ciekawe, robi to na tyle uniwersalnie, że podobnie do rocka wypada jazz i wszelkiego rodzaju muzyka stawiająca na smaganie uczuciami naszej duszy. Czy to Bobo Stenson Trio na płycie „Cantando”, czy Cristina Pluhar z interpretacją twórczości Claudio Monteverdiego „Teatro d’Amore” , w każdym przypadku Tellurium Q Statement II USB powoduje jedynie pozytywne otwarcie się dźwięku, co pozwala spojrzeć na dany materiał z nowej perspektywy, zachowując przy tym odpowiednią wagę przekazu. Wszystko brzmi bez uczucia odchudzenia, a jest jakby zwiewniejsze. Zapewniam piewców prawd objawionych, to nie jest takie proste. Ale jaki widać na załączonym obrazku, da się w drożyć w życie. Dla mnie to znakomity, na tle poprzedniej wersji nawet bardzo oczekiwany pomysł na nowy sound.

Reasumując powyższy opis jestem Wam winny odpowiedź na samoczynnie nasuwające się pytanie – czy opisane przed momentem działanie nowej wersji flagowego kabla USB Tellurium Q ma szansę obronić się w każdym systemie? Otóż w każdym pewnie nie, ale w zdecydowanej większości jak najbardziej tak. Powód jest jasny. Jak poprzednik oferuje dobą wagę dźwięku, a przy tym pokazuje, co dzieje się na górze i w dole pasma. Tylko tyle i aż tyle. Jednak życzę całej konkurencji powołania do życia tak dobrze przemyślanego progresu jakościowego. Bez wywracania dotychczasowego brzmienia do góry nogami, tylko podkręcenie najistotniejszych dla pokazania większej ilości muzyki w muzyce cech. Ktoś raczy wątpić? Cóż, bez prób na żywym organizmie się nie obejdzie. Ale ruch jest już po Waszej stronie. Jedno jednak jest pewne – muzyka w wydaniu wyspiarza będzie tryskać emocjami. Zatem do dzieła.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Szymański Audio
Producent: Tellurium Q
Cena: 11 250 PLN/1 m + 1 370 PLN za każde dodatkowe 0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

artykuł opublikowany / article published in Polish

Właśnie do nas dotarł – jeszcze ciepły, pachnący fabryką i pod każdym względem referencyjny przewód … Tellurium Q Statement II USB.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

Opinia 1

Skoro jednym z najbardziej nośnych tematów ostatnich miesięcy stały się ceny energii elektrycznej a dokładnie planowane / prognozowane i oczywiście stanowiące element minionej kampanii wyborczej mniej, bądź bardziej nieuchronne jej podwyżki, niejako czując pismo nosem postanowiliśmy z większą aniżeli zazwyczaj uwagą śledzić sytuację na rynku audio. Skoro bowiem dla „gospodarstw domowych” ewentualne podwyżki przynajmniej do końca roku są zamrożone, to zrozumiałym jest, iż dostawcy w realiach drastycznego wzrostu kosztów własnych (wzrost cen uprawnień emisji CO2) muszą ratować się innymi metodami, czyli m.in. cenami przesyłu. I w tym momencie wkraczamy na nasze podwórko, a dokładnie na medium, którym ów przesył jest realizowany, czyli … dobrze się Państwo domyślacie – chodzi o okablowanie prąd do naszych drogocennych urządzeń dostarczające. Oczywiście na powyższy wywód proszę patrzeć jeśli nie z przymrużeniem oka, to chociaż przez palce, ale pół żartem, pół serio obserwując to, co dzieje się w High-Endzie można dojść do wniosku, że tanio to już niestety było. Wystarczy tylko wspomnieć Siltecha i jego flagowy model Triple Crown Power za bagatela 13 000 € za 1,5m. Szaleństwo? Bez wątpienia. Skoro jednak jest popyt na tego typu „biżuterię” to szczęśliwcom, którzy mogą sobie na nią pozwolić wypada tylko szczerze pogratulować a nam pozostają wyjazdowe, czy też redakcyjne odsłuchy i mając świadomość istnienia takich referencji dwoić się i troić, by znaleźć coś, co zdoła spełnić nasze coraz wyższe wymagania, zarazem nie rujnując domowego budżetu. Dlatego też w ramach wzmożonej eksploracji znajdującego się w kręgu naszych zainteresowań segmentu rynku, wzięliśmy pod lupę ofertę producenta, który choć w świadomości złotouchej braci ma ugruntowaną pozycję, to jednak niekoniecznie z przewodami zasilającymi jest kojarzony. Mowa o Tellurium Q, który niedawno, a dokładnie na początku maja, właśnie o takowy asortyment wzbogacił swoje portfolio a my, dzięki uprzejmości dystrybutora – Szymański Audio, mogliśmy przez ponad miesiąc znęcać się nad całkiem rozsądnie, jak na audiofilskie standardy, wycenionym modelem Silver Power.

O prowadzonej od lat przez Geoffa Merrigana walce ze zniekształceniami fazowymi pisaliśmy już wielokrotnie, więc zainteresowanych tematem odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń. Tym razem zajmiemy się bowiem innym, poruszonym niejako przy okazji naszego ostatniego testu flagowych Statementów a dokładnie zasilającego Statement Power zagadnieniem, czyli konfekcją. Po prostu spokoju nie dawał nam fakt, iż na „sieciówkę” za drobne 22 kPLN założono li tylko podstawowe, rodowane 11-ki Furutecha. Okazało się jednak, że wcale nie chodziło o „optymalizację kosztów własnych”, lecz o fakt, iż Geoff do ww. tematu podchodzi, przynajmniej z naszego (niewątpliwie spaczonego) punktu widzenia zaskakująco … niekonwencjonalnie, uznając konfekcję za element istotny, acz niekoniecznie mający fundamentalny i krytyczny wpływ na finalne brzmienie danego przewodu. Ekipa Tellurium Q dąży do uzyskania jak największej synergii w konkretnym, układzie za jaki można uznać gotowy przewód, co nie zawsze oznacza konieczność stosowania topowych – „biżuteryjnych” wtyków. Zamiast bowiem przeznaczać środki na łapiące za oko kolokwialnie mówiąc „wtyczki” Brytyjczycy wolą kierować je do działu R&D. Dlatego też przyjmujemy do wiadomości taką argumentację i przestajemy marudzić na widok, tym razem złoconych, 11-ek ww. Furutecha.
Sam przewód dociera do użytkownika w eleganckim, acz nieprzesadzonym pod względem ornamentyki kartonowym, zunifikowanym w obrębie całego portfolio pudełku wyściełanym cienką bibułą. Skoro temat konfekcji możemy uznać za wyczerpany to pozostaje tylko dodać, iż przewód pokrywa czarny, estetyczny nylonowy peszel zakończony przy wtykach białymi termokurczkami z nazwą modelu i firmowym logotypem. W porównaniu z moim dyżurnym Furutechem Nanoflux NCF i Acoustic Zen Gargantua II angielski zawodnik reprezentuje zdecydowanie niższą kategorię wagową, co z jednej strony przekłada się na jego dość niepozorną średnicę i całkiem rozsądną ergonomię pozwalającą na bezproblemowe umieszczenie go za systemem audio.

No i najważniejsze, czyli brzmienie. W tym momencie pewnie narażę się zarówno dystrybutorowi, jak i ortodoksyjnym akolitom High-Endu wyznającym zasadę, że jakość „musi” kosztować (w domyśle krocie). Chodzi bowiem o to, że przynajmniej dla mnie, na moje ucho i w moim systemie Tellurium Q Silver Power wypadł relatywnie … może nie tyle lepiej od szlachetniej urodzonego Statementa, co w mojej subiektywnej ocenie ciekawiej. Bowiem Statement, choć niezaprzeczalnie bardziej wyrafinowany, rozdzielczy, muzykalny i nasycony, miał w sobie pewną dostojność, czy wręcz delikatną zachowawczość przed spontanicznym wyrażaniem emocji. Tymczasem Silver, nie musząc wbijać się w sztywny szablon królewskich konwenansów i etykiety, z wrodzoną beztroską może iść, i idzie, na przysłowiowy żywioł. Oferowana przez niego góra jest odważna, otwarta i lśniąca, acz całkowicie pozbawiona ofensywności i ziarnistości. Może nie jest to ten poziom rozdzielczości, co w „landrynce” Furutecha, ale to nadal zaskakująco wysoki, na tym pułapie cenowym poziom. W każdym bądź razie ilość powietrza, czy też zdolność odwzorowania akustyki pomieszczeń w jakich dokonano nagrań powinna usatysfakcjonować nawet najbardziej wybredne uszy. Wystarczy bowiem posłuchać monumentalnego wykonania „J.S. Bach: Organ Works” Masaaki’ego Suzuki, gdzie z jednej strony mamy w pełni kontrolowany pogłos i otwartość góry a z drugiej najniższe rejestry zdolne dotrzeć do najniższych kondygnacji piekieł. Jeszcze ciekawiej przedstawiała się sytuacja na „Śto-krzyska Epopeja” DesOrient i Józefa Skrzeka, gdzie niepozbawione sybilantów i nieco „kanciaste” deklamacje Marka Piekarczyka wypadły nad wyraz realistycznie. Nijakich kanciastości natomiast nie odnotowałem na baśniowej i eterycznej, wydanej przez stricte audiofilskie 2L, „Ljos” Fauna Vokalkvintett. Dopieszczone, iście referencyjne wokalizy uchwycone we wnętrzu norweskiego Bryn Church doskonale pokazywały zalety natywnych plików hi-res. Warto mieć bowiem świadomość, iż całą sesję zarejestrowano w DXD 352.8kHz/24bit i to po prostu słychać. Fenomenalnie zabrzmiał również nie mniej klimatyczny i nastrojowy, jednak utrzymany w diametralnie innej estetyce album „Sounds of Mirrors” Dhafera Youssefa. To swoista podróż po środkowo-wschodnio-jazzowych klimatach, gdzie nadrzędnymi wartościami jest wewnętrzny spokój i brak jakichkolwiek gwiazdorskich ciągot. To raczej przyjacielski dialog, w którym zamiast słów muzycy używają swoich instrumentów. Mamy rozmarzoną lutnię oud Dhafera Youssefa, niesamowicie plastyczną tablę Zakira Hussaina, klarnet Husnu Senlendirici i gitarę Eivinda Aarseta. W ramach ciekawostki jedynie wspomnę, iż choć nagrań dokonano w Bombaju i Istambule, to całość została zmiksowana w szwedzkim studiu Nilento Göteborg, więc mamy do czynienia z istnym tyglem estetyczno-kulturowym.
Opuszczając strefę wysublimowania i szeroko rozumianego komfortu sięgnąłem po krążek nad wyraz rzadko pojawiający się wśród recenzenckiego repertuaru, czyli „I Loved You at Your Darkest” Behemotha, gdzie agonalny growl Nergala wspiera pozornie kakofoniczna i siejąca totalną destrukcję w umysłach niewinnych małoletnich prawdziwa ściana dźwięku złożona z perkusyjnych blastów i ciężkich jak dowcip posła Suskiego, chłoszczących nasze zmysły gitarowych riffów. I to właśnie w tak ekstremalnych klimatach Tellurium Q pokazuje swój pełen potencjał, bowiem zamiast iść na skróty stwierdzając, że skoro klient chce łomotu to takowy, przypominający odgłosy wiadra śrub i gwoździ wsypanych do pralki i ustawionych na wirowanie przy 1200 obrotach dostanie, potrafi zachować nie tylko pełną kontrolę co wgląd w najdalsze plany. Co dzięki temu zyskujemy? Coś, czego śmiem twierdzić raczej się Państwo po takiej muzyce nie spodziewacie – złożoność, logikę i mroczne, bo mroczne, ale jednak piękno. Bowiem za tą klasyczną, odstręczająca co wrażliwsze jednostki, blackmetalową fasadą mamy przecież iście wagnerowskie, lub jak kto woli hollywoodzkie partie symfoniczne z udziałem 17-osobowej orkiestry pod batutą Jana Stokłosy, gregoriańskie zaśpiewy, czy nawet delikatne akustyczne gitarowe solo, o dziecięcym chórze nawet nie wspominając. Łącząc powyższe elementy w spójną całość z łatwością powinniśmy zauważyć analogię do wzorowanej, inspirowanej dziełami średniowiecznych mistrzów, nad wyraz bogatej poligrafii obfitującej w zdjęcia Sylwii Makris.

Nie da się ukryć, że w dobie tendencji do szaleńczego pędu ku cenowej stratosferze, gdzie „sky is the limit” Tellurium Q Silver Power jest nie lada zaskoczeniem. W dodatku zaskoczeniem w 100% miłym a więc tak naprawdę niespodzianką pozwalającą ziścić audiofilskie marzenia o wyrafinowanym, lecz niepozbawionym żywiołowości dźwięku w całkiem rozsądnej cenie. Nurtuje mnie tylko jedno pytanie – Co pocznie Geoff Merrigan z topowymi Statementami, skoro już Silvery niespecjalnie skłaniają do dalszych poszukiwań. Ale to już Jego problem, a konsumentom wypada mi tylko szczerze polecić tytułowe przewody.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Pochodząca z Wysp Brytyjskich kablarska marka Tellurium Q od jakiegoś czasu jest bardzo dobrze rozpoznawalnym bytem na naszym rynku audio. Co ważne, dla wielu miłośników dobrej jakości dźwięku, jej oferta jest dość mocno zróżnicowana. To zaś oznacza, że wspomniane portfolio jest w stanie zaoferować coś ciekawego dla tak zwanego zwykłego Kowalskiego, jak i prawdziwego wyjadacza segmentu High End. Jednak bogata paleta produktowa bez względu na jej popularność pośród potencjalnych zainteresowanych nie może oznaczać spoczęcia na laurach, nie tylko będącego zarzewiem naszego spotkania przy ekranie komputera, ale żadnego innego producenta. Dlatego też bohater tego testowego mitingu Geoff Merigan nie odcina przysłowiowych kuponów od dotychczas dobrze sprzedających się komponentów, tylko konsekwentnie opracowuje nowe projekty. Jakie? Choćby dostarczony do testu najnowszy kabel sieciowy Tellurium Q Silver, którego wizytę w naszych systemach zawdzięczamy łódzkiemu dystrybutorowi Szymański Audio. Zainteresowani? Zatem zapraszam do lektury moich kilkunastodniowych przygód z ową nowością.

Jak to zazwyczaj bywa, kable zasilające Geoffa nie mamią klienta wymyślnymi koszulkami w stylu wężowych, lub wykorzystującymi bizantyjskie wzory, plecionek. W zdecydowanej większości przypadków mamy do czynienia ze stosunkowo cienkimi, a przez to dającymi łatwo się formować za szafkami ze sprzętem audio, ubranymi w opalizującą czarną otulinę „sznurówkami”. Jednak zalecam spokój. Te niepozorne druty dzięki odpowiednim splotom i różnym średnicom każdej z żył realizują konkretne cele dźwiękowe. Szkoda? Nic z tych rzeczy. Przecież nie o zewnętrzny blichtr współpracujących z naszymi zestawami akcesoriów, a o ich dobry wynik dźwiękowy w końcowym rozrachunku zabawy w audio chodzi. I tę teorię Tellurium Q z powodzeniem od lat realizuje. Coś o technikaliach opisywanego dostarczyciela życiodajnej energii? Niestety, oprócz informacji natury estetycznej, które właśnie Wam przekazałem, jak dokładnie wygląda wewnątrz, nie mam nawet śladowej wiedzy. Jednak po kontakcie organoleptycznym jedno jestem w stanie potwierdzić. Anglicy kontynuując decyzje w kwestii wcześniejszych modeli, również w tym przypadku wykorzystali wtyki znanego chyba wszystkim z niekwestionowanej jakości wykonania i świetnego wpływu na efekt dźwiękowy każdego konglomeratu audio Japońskiego Furutecha. Tak zakonfekcjonowane kable trafiają do nadającego wyjątkowości produktu, pokrytego połyskującą czarną folią i wyściełanego czarnym pergaminem, uzbrojonego w certyfikat o oryginalności produktu pudełka.

Co mogę powiedzieć o rzeczonym kablu? Znając nasz rynek audio z najbardziej wiarygodnych źródeł, jakimi są odbywające się podczas wszelkich prezentacji rozmowy kuluarowe, po zapoznaniu się z wpływem sieciówki TQ na dźwięk mojego zestawu w ciemno mogę stwierdzić, iż idzie bardzo poszukiwaną przez sporą popuklację audiofilów drogą. To znaczy? Nic nadzwyczajnego. Samo życie. Po prostu jest dobrze osadzony w barwie, a przy tym nie stawia tego jako celu samego w sobie szkodliwie zmieniając ten zakres w jedną zwartą lawę, tylko oferuje ciekawy zastrzyk wysycenia przekazu przy jednoczesnej dbałości o energię i zwarcie odnajdujących się w tym pasmie instrumentów muzycznych. Naturalnie aby całość miała sens, pozostałe podzakresy częstotliwościowe nie są oderwanymi od całości bytami typu zbyt mocno wykonturowany bas i skwiercząca nadmiarem częstotliwościowych pików góra. Otóż ku mojemu miłemu zaskoczeniu owszem na dole jest czytelnie, ale na potrzeby dobrego zespolenia ze środkiem również masywnie, zaś na górze bez zbędnych ekwilibrystyk, jednak z dobrym pakietem informacji. Ale to nie wszystko. W tej układance bardzo istotnym jest wyważenie dochodzących do głosu podczas aplikacji w tor wyartykułowanych akcentów brzmienia. To zaś sprawia, że bez względu na zastaną konfigurację TQ Sliver bez problemu powinien sobie z nią poradzić. Naciągam fakty? Bynajmniej. Przecież mój set sam w sobie jest orędownikiem kolorowania świata muzyki, a mimo to współpraca z Anglikiem nie skierowała wyniku sonicznego w stronę niebezpiecznego dla swobody wybrzmiewania słuchanej muzyki przegrzania prezentacji, tylko nieco bardziej soczystego, ale nadal pełnego wigoru spojrzenia na te same nuty. I nie było znaczenia, czy słuchałem free jazzu spod znaku Kena Vandenmarka – szaleńczo szybko rozmawiające ze sobą licznie zgromadzone na scenie dęciaki, czy wokalizy okresu Baroku, bowiem za każdym razem wspomniana, nienachalna praca naszego bohatera w domenie wysycenia powodowała, że muzyka raczej na tym zyskiwała niż traciła. To była feeria pozytywnych zastrzyków dla wszelkiego rodzaju partii wokalnych i instrumentów bazujących na energii średnicy. Tak, było nieco ciemniej i gęściej, niż mam na co dzień, ale w moim odczuciu nadal bardzo przyjemnie. A dodam, iż testowy gość lądował zamiennie z topowym kablem Furutech NanoFlux NCF, co powinno być Palcem Bożym dla pretendenta do laurów, a okazało się być nieco mniej wyrafinowaną – ponad trzykrotna różnica w cenie, jednak bardzo podobną drogą do serca audiofila. Jakieś potknięcia? Nie, na taką ocenę nie zasługuje nic. Jednak jeśli miałbym na siłę coś wskazać, to nieco zbyt spokojne blachy w repertuarze hard rockowego szaleństwa zespołu AC/DC. Ale zaznaczam, nie bierzecie tego jako problem, a jedynie będący konsekwencją realizacji planów skonstruowania energetycznego w środku, ale przy tym spójnego w całym pasmie kabla zasilającego, dźwiękowy niuans. Nic więcej. Ta kapela jest moją muzyczną podstawówką i wiem, kiedy coś ma problemy z oddaniem jej karmy. W tym przypadku niczego co zasługiwałoby na pokiwanie palcem, nie zanotowałem.

Jak wynika z powyższego słowotoku, wpinając TQ Silver w posiadany zestaw ani razu nie dostałem niechcianym rykoszetem sonicznym. Naturalnie muzyka nieco ewaluowała w stronę większego spokoju na skrajach pasma, ale przypominam, że naszego bohatera brutalnie zderzałem z kilkukrotnie droższą konkurencją. Myślicie, że złośliwie? Nic z tych rzeczy. Przecież musiałem sprawdzić wynik na podstawie porównania do lepszego produktu, a i tak w konsekwencji okazało się, że obydwaj sparingpartnerzy podążają podobna drogą. Drogą, która tylko w przypadku zbyt ociężałych docelowych systemów może sprawić potencjalnemu zainteresowanemu niemiłą niespodziankę. Wszelkie inne konfiguracje zaś, będą co najmniej dobre, jeśli nie docelowe. Jednak o tym możecie przekonać się jedynie wypożyczając opisywany kabel na prywatne odsłuchy. Innej drogi nie ma.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, dCS Vivaldi DAC 2.0
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Szymański Audio
Cena: 5790 PLN / 1,5m , + 1000 PLN za każde dodatkowe 0,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Szymański Audio

Link do zapowiedzi: Tellurium Q Statement

Opinia 1

Kiedy tuż przed zeszłorocznym Audio Video Show – w czwartkowy wieczór, gdy większość wystawców z obłędem w oczach biegała po hotelowych korytarzach próbując, zazwyczaj bezskutecznie, zlokalizować swoich współpracowników, bądź własny sprzęt, ucięliśmy sobie niezobowiązującą pogawędkę z Geoffem Merriganem, przybyły z UK gość ni stąd ni zowąd, z wręcz konspiracyjną miną z przewieszonej przez ramię torby wyciągnął próbki przewodów mających mieć swoją oficjalną premierę dopiero za jakiś czas. Oczywiście z zainteresowaniem pomacaliśmy prototypowe kabelki i korzystając z okazji od razu spróbowaliśmy ustalić cóż to takiego, tym bardziej, iż mając na co dzień kontakt z Silver Diamondami wiedzieliśmy, że akurat na audiofilskiej metalurgii Geoff zna się jak mało kto. Odpowiedź jaką usłyszeliśmy była tyleż lakoniczna, co intrygująca, gdyż były to „sample” najnowszej, dopiero powoływanej do życia, serii Statement mającej dość poważnie zredefiniować pojęcie kablowej referencji. Dla osób postronnych taka deklaracja mogłaby zabrzmieć nieco buńczucznie, ale tak jak wspomniałem dosłownie przed chwilą, nasze dotychczasowe doświadczenia z przewodami Tellurium Q dawały ku temu naszemu rozmówcy pełne prawo. Zanim jednak cytując klasyka, słowo ciałem się stało, i tytułowe przewody dotarły do naszej redakcji sporo wody musiało w Wiśle upłynąć. Jednak niespecjalnie się tym faktem przejmowaliśmy, gdyż doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, iż akurat w przypadku Telluriumów pośpiech (oczywisty, czy wręcz wymuszony, gdy dowolna nowość trafia do sprzedaży a za tobą ustawia się długa kolejka zniecierpliwionych chętnych) jest najgorszym z możliwych doradców a odsłuch niewygrzanych drutów czyni więcej szkód aniżeli pożytku. Dlatego też wespół z Bartkiem z Szymański Audio – dystrybutorem marki, jednogłośnie uznaliśmy, iż jeśli ktoś chce wykonać za nas niewdzięczny obowiązek wygrzania recenzenckiego zestawu okablowania, to będziemy mu szalenie wdzięczni. Pech jednak chciał, że ze względu na bliżej nieokreślone okoliczności przyrody w połowie września dotarł do nas … fabrycznie nowy set Tellurium Q Statement w składzie interkonekt RCA, przewód głośnikowy i zasilający, a po dłuższej chwili również firmowe zworki. Suma summarum ze Statementami mieliśmy okazję przez ostatnie trzy miesiące oswoić się na tyle, że nie dość, że spokojnie możemy pominąć kwestię początkowej ekscytacji to i ilość konfiguracji w jakich przyszło im występować wyklucza jakąkolwiek przypadkowość. Krótko mówiąc zdążyliśmy poznać je na tyle dobrze, by ze spokojnym sumieniem móc się z Państwem podzielić własnymi obserwacjami, co też niniejszym czynimy.

Jak sami Państwo widzicie Statementy, pomimo całej swoje topowości, prezentują się nad wyraz normalnie – z wrodzoną, skromną elegancją. Nie da się też ukryć, że wzornicze analogie i podobieństwa do Silver Diamondów są nad wyraz oczywiste. Nadal mamy do czynienia z ponadczasową czernią i solidną, acz nieprzesadzoną pod względem biżuteryjności konfekcją, choć warto nadmienić, iż w przypadku przewodu zasilającego, do głosu doszła również burgundowa dominanta przebijająca spod opalizującego, czarnego peszelka. Skoro poruszyłem kwestię sieciówki, to z pewnym zdziwieniem odnotowałem fakt, iż użyto w niej podstawowych, rodowanych Furutechów z serii 11, co przy jakby nie patrzeć flagowcu wygląda cokolwiek dziwnie. Niby to i tak lepiej niż jakieś wynalazki w stylu SonarQuestów, bądź FirstTechów, ale przy przewodzie za 22 kPLN spodziewałbym się raczej 50-ek NCF, lub topowych Oyaide. W przypadku łączówki i głośnikowca takich uwag już nie miałem, gdyż srebrzone wtyki prezentowały się całkiem zacnie i nie wywoływały poczucia niedosytu. Jeśli zaś chodzi o ich aparycję, to jest ona bliźniaczo podobna do Silver Diamondów, z tą tylko różnicą, że interkonekt ma nieco większą średnicę a w głośnikowcu przebija czerwień wewnętrznej izolacji a przy tym oba wydają się nieco sztywniejsze od swojego starszego, oczko niżej usytuowanego w firmowej hierarchii rodzeństwa. Oczywiście, podobnie jak w pozostałych seriach, zadbano o możliwie skuteczną likwidację zniekształceń fazowych, co jest jednoznaczne z redukcją ich pojemności. Przewody sygnałowe są kierunkowe, o czym informują stosowne piktogramy na termokurczliwych koszulkach je zdobiących.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu mam dla Państwa dość niejednoznaczną informację, a czy odbierzecie ją jako pozytywną, czy też nie, zależeć będzie wyłącznie od Was i Waszych systemów. Chodzi mianowicie o to, że okablowanie Tellurium Q Statement jest jednym z najbardziej high-endowych z jakim przyszło mi mieć w dotychczasowej „karierze” do czynienia. Oznacza to między innymi to, że jeśli za punkt wyjścia uznamy pojęcie „high fidelity”, czyli wysoką wierność, to Statementy w owym dążeniu do prawdy są po wielokroć bardziej bezkompromisowe, a czasem wręcz bezwzględne. W dodatku, aby pokazać co tak naprawdę potrafią należy je stosować w komplecie, dlatego też z publikacją testu czekaliśmy aż do Jacka dotrą stosowne zworki, by móc powiedzieć, że nie przegapiliśmy żadnego elementu tej misternej układanki. Piszę o tym na samym wstępie, gdyż dopiero „rodzinnie” Telluriumy oferują przekaz … kompletny i skończony – zgodny z założeniami ich twórcy. Co prawda solo też wypadają świetnie, ale z perspektywy czasu uważam, że akurat w ich przypadku największy potencjał drzemie w ich „wspólnocie”. O ile bowiem interkonekt stawia na bezkompromisową rozdzielczość i laserową wręcz precyzję ogniskowania źródeł pozornych, to już głośnikowy uzupełnia go potęgą świetnie kontrolowanego, najniższego basu a całość w ramach firmowej homogeniczności zamyka przewód zasilający. Wróćmy jednak do przewodów niejako bezpośrednio pracujących z sygnałami audio. Łączówka RCA, pomimo swojego analitycznego podejścia do tematu wcale nie jest bezduszna, czy też osuszona, lecz po prostu niczego nie koloryzuje i nie podbarwia. Nie czaruje zatem i nie próbuje zachwycić od pierwszych dźwięków, lecz jedynie przekazuje nam prawdę nie tylko o nagraniach, ale i o systemie w jaki została wpięta, więc o ile z pierwszą z prawd niewiele jesteśmy w stanie zrobić, to już druga zależy wyłącznie od naszych umiejętności i poniekąd … zasobności portfela. I właśnie w tym momencie objawia się wspomniany high-endowy charakter, czyli bezkompromisowość w dążeniu do jasno określonego celu. Skoro zatem sam przewód ową bezkompromisowość wyznaje, to i tego samego oczekuje od urządzeń pomiędzy które zostaje wpięty, a jeśli decydując się na nie, na jakieś kompromisy brzmieniowe poszliście, to możecie być Państwo pewni, że topowa łączówka Tellurium Q nie omieszka Wam o tym przypomnieć. W ramach weryfikacji gorąco polecam uważny odsłuch albumu „Same Girl” Youn Sun Nah, na którym to ww. wokalistka nad wyraz płynnie przechodzi od zmysłowego szeptu do niemalże zwierzęcego ryku a dynamikę i natychmiastowość owej metamorfozy Statementy oddają z pełnym, niczym nieograniczonym realizmem.
Podobne podejście do tematu reprezentują przewody głośnikowe, z tą tylko różnicą, że zamiast pewne niuanse wypunktowywać, one część swoich umiejętności zachowują dla siebie – reglamentując je i ze stoickim spokojem czekając na lepsze czasy. Stąd też można natrafić na obecne w obiegu dość sprzeczne o nich opinie twierdzące, że są dość „szczupłe na basie”, bądź też mówiące o „niezwykłej obfitości” najniższych składowych. Tymczasem prawda, jak to zwykle bywa, leży mniej więcej po środku, co znaczy mniej więcej tyle, że Statementy grają dokładnie tak, jak amplifikacja i kolumny nimi spięte na to pozwalają. Nie oznacza to bynajmniej, że poniżej Dynaudio Evidence Master, bądź Gauderów Berlina RC9 nie ma co po brytyjskie topowe przewody sięgać, bo jak najbardziej warto, lecz warunkiem koniecznym do uwolnienia drzemiącego w nich potencjału jest bezdyskusyjna pełnopasmowość, który to warunek spełniały np. ostatnio przez nas recenzowane Triangle Magellan Quatuor i odpowiednio wydajny a zarazem wyrafinowany wzmacniacz. Dopiero wtedy usłyszycie Państwo całe bogactwo niuansów drzemiących w najniższych oktawach i to bez nawet najmniejszego podbijania przełomu średnicy z wyższym basem, czy też samego wyższego basu, co z reguły owocuje czymś co można nazwać „pseudo spektakularnością”, czyli sprawianiem, że dane konstrukcje pozornie udają większe i bardziej dynamiczne aniżeli są w rzeczywistości. Statementy na takie zagrywki sobie nie pozwalają i nie zniżając się do tego poziomu, dają słuchaczom nad wyraz jasno do zrozumienia, że jak chcą doświadczyć najniższego basu, to niech lepiej nie kombinują, tylko poszukają kolumn owe częstotliwości reprodukujących. Co istotne, próżno doszukiwać się w nich maniery czajenia się, wyczekiwania na moment, gdy będą mogły wreszcie w pełni zaprezentować swoją niszczycielską siłę. O nie, gdy na materiale muzycznym niskiego basu nie ma (vide „Vivaldi: Nisi Dominus, Stabat Mater”), to i Telluriumy nawet nie będą próbowały go sygnalizować. Wystarczy jednak nieopatrznie włączyć „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, lub „BBNG2” formacji BadBadNotGood, by zamiast grzecznie zastukać do bram niebios zasadzić z kopniaka we wrota samego Belzebuba.
Jeśli zaś chodzi o przewód zasilający, to … może Państwa w tym momencie zaskoczę, ale nie jest on tak rozdzielczo – holograficzny, jak Furutech NanoFlux-NCF i nie generuje aż tak nieprzeniknionego tła, jak dopiero co przez nas testowane AudioQuesty Hurricane High-Current, lecz nie sposób odmówić mu wyrafinowania i prawdomówności występującego wespół z nim rodzeństwa. Jego obecność rozpatrywać bowiem należy, przynajmniej moim zdaniem, w ramach dopełnienia, postawienia symbolicznej kropki nad „i”, jeśli po wpięciu głośnikowców i interkonektów chcielibyśmy pójść jeszcze krok, dwa dalej w kierunku przez nie wyznaczanym.

Jak sami Państwo widzicie High End to nie rurki z kremem i jeśli do tej pory sądziliście, że na pewnym pułapie cenowym prawdopodobieństwo kolokwialnie mówiąc „wtopy” jest nad wyraz znikome, bądź z pomocą kabli będziecie w stanie wywindować Wasz system na niespodziewanie wysoką półkę, to muszę Was zmartwić. Tzn. szczerze Wam kibicuję, ale w ramach wielce orzeźwiającego eksperymentu polecam odsłuch tytułowego okablowania Tellurium Q Statement. Z jego pomocą bowiem powinniście usłyszeć zdecydowanie więcej, jeśli nawet początkowo wydawać Wam się będzie, że słyszycie mniej. Usłyszycie bowiem jak gra Wasz system – ze wszystkimi jego zaletami i wadami, bez upiększeń, bez ściemniania, bez zaklinania rzeczywistości a co z tym faktem zrobicie, to już zupełnie inna para kaloszy. Jedno jest pewne – z pomocą Statementów przyszłe upgrade’y powinny być czystą przyjemnością, gdyż bez cienia wątpliwości będziecie w stanie ocenić, czy dana zmiana przybliża Was do upragnionego absolutu, czy też jedynie stara się sprowadzić na manowce.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Lumin U1 Mini
– Przedwzmacniacz/DAC/Streamer: Auralic Vega G1
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; AudioQuest Hurricane High-Current
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Mam nieodparte wrażenie, że zdecydowana większość z Was znakomicie pamięta zakończony bardzo dobrymi wynikami test topowego okablowania angielskiej marki Tellurium Q czyli modeli Silver Diamond. Był to brzemienny w skutkach opiniotwórczy epizod, gdyż po jego zakończeniu zapadła decyzja uzbrojenia systemu odniesienia w owe druty w zakresie kabli sygnałowych i kolumnowych. I gdy wydawało się, że będące wówczas szczytem portfolio konstrukcje, za sprawą swojego świetnego brzmienia nie tylko u mnie, ale również u innych melomanów są nie do pobicia, nagle w brutalny sposób zostały zdetronizowana. Przez co? Otóż po kilku latach badań nad różnymi splotami i izolatorami producent – Pan Geoff Merrigan wypracował na tyle fantastycznie brzmiącą, oczywiście według niego, nową linię produktową, że bez najmniejszych obaw o dobry odbiór rynku postanowił ustanowić ją jako nowy flagowiec swojej oferty. O czym mowa? Otóż dzięki stacjonującemu w Łodzi dystrybutorowi Szymański Audio do naszej redakcji dotarł komplet okablowania TQ Statement, w skład którego wchodziły: jeden sygnałowy RCA, głośnikowy, komplet zworek kolumnowych i jedna sieciówka. Zainteresowani, co wydarzyło się po zmianie warty na szczytach władzy? Jeśli tak, w takim razie z przyjemnością zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Najnowsze dziecko angielskiego producenta w kontakcie organoleptycznym jest trochę podobne do modelu Silver Diamond. Kabel kolumnowy, idąc drogą poprzednika, przypomina coś na kształt szerokiej taśmy. Ale w obydwu przypadkach to tylko złudzenie, gdyż mamy do czynienia z dwoma żyłami, które dla utrzymania zawsze stałej ich odległości od siebie połączono szerokim separatorem. Niestety wspomniane podobieństwa na tym się kończą, gdyż nowe kable są zdecydowanie sztywniejsze i dla łatwiejszego odróżnienia z czym mamy do czynienia ubrane w mieniącą się kompilacją kolorów czerni i bugrunda, opalizującą plecionkę. Przybliżając aparycję reszty przewodów (sieć, sygnał) nie będę zbyt wylewny, gdyż również są zdecydowanie sztywniejsze od wersji SD, a ich umaszczenie w przypadku sieciowego powiela nową barwę głośnikówek czerni z burgundem i proponuje kruczą czerń dla łączówki. Jeśli chodzi o zastosowaną biżuterię, czyli wtyki RCA, widły i banany, producent wykorzystuje własne projekty, a jedyne zapożyczone od konkurencji elementy dostarczonego do testu zestawu to pochodzące do japońskiego Furutech’a wtyki kabli sieciowych. Jak to jest w zwyczaju, każdy produkt Tellurium Q trafia do klienta w zgrabnym, wyściełanym czarnym pergaminem pudełku, które w pakiecie startowym zawsze wyposażone jest w przygotowaną przez producenta płytę ułatwiającą wygrzanie zakupionego drutu i stosowny certyfikat jego oryginalności.

Jak zdradzają załączone fotografie, zabawa z tytułowym konglomeratem kablowym miała kilka odsłon. Mianowicie chodzi o opiniowanie z różnymi zespołami głośnikowymi, w skład których wchodzą jubileuszowe monitory Dynaudio i pełno-pasmowe Triangle Magellan Quatuor. Jednak żeby delikatnie podgrzać atmosferę dodam, iż kilka płyt udało mi się posłuchać podczas końcowej fazy testu flagowych Dynaudio Master Evidence . Czy ostatnia pozycja coś zmienia? Naturalnie, gdyż dzięki tym, przesłuchanym w towarzystwie duńskiego absolutu krążkom, już na wstępie jestem wręcz zmuszony postawić tezę, że aby usłyszeć, co naprawdę ma do powiedzenia konstruktor Statementów, trzeba dysponować bardzo dobrym zestawem audio od źródła przez wzmocnienie, aż po kolumny. Dlaczego? Otóż obecny top oferty TQ bardzo ingeruje w parafrazując klasyka „ilość dźwięku w dźwięku”. I nie chodzi mi w tym momencie o wytwarzanie bliżej nieokreślonej ściany muzycznej, tylko pierwsze co po wpięciu kompletu kabli daje się odczuć, to zdecydowanie większa energia przekazu, bogatszy pakiet danych i uczucie wyższego poziomu głośności. Dlatego też, jeśli nie zaoferujecie Anglikom rozdzielczego seta, końcowy efekt wspomnianych składowych okaże się męczącą pulpą, a nie pełnym napięcia oczekiwaniem na każdą następną nutę. Tylko od razu zaznaczam, rozdzielczość to nie to samo co rozjaśnienie. To ma być bezkres informacji na każdym pułapie pasma akustycznego, co wyśmienicie prezentowały z pozoru bardzo różniące się od siebie nie tylko gabarytami, ale również sposobem podziału pasma akustycznego przywołane zespoły głośnikowe. Gdybym miał w miarę punktowo pokazać, gdzie tytułowy zestaw wnosi najwięcej, powiedziałbym, że fantastycznie energetyzuje zakres basu i wysyca jego przełom ze środkiem nie zapominając przy tym o zapewnieniu świeżości, a przez to fantastycznej dźwięczności górnego zakresu. Tak jak napisałem, dostajemy dodatkowy zastrzyk energii w pełnym pasmie z mieniącymi się milionem informacji wysokimi tonami. Dlatego też każda włożona do transportu płyta wzbogacona wspomnianymi akcentami sonicznymi była słuchana od deski do deski bez jakichkolwiek przerw. Czy to plumkający jazz spod znaku naszego niestety już świętej pamięci mistrza Tomasza Stańki „Lontano” , gdzie na tle bezkresnej ciszy zarejestrowani na płycie artyści wzmocnieni ofertą większej energii i długości wybrzmiewania swoich instrumentów nieco inaczej niż dotychczas, ale zaskakująco zjawiskowo snuli swoje opowieści. Czy pełen szaleństwa folk-metal zespołu Percival Schuttenbach z urozmaiconym damsko-męską wokalizą pełnym nienawiści mocnym w moim odczuciu ciekawym, ale jednak łomotem bezkompromisowo masakrował moje biedne szare komórki. Czy na koniec wygenerowane przez maszyny (czytaj syntezatory) najniższe i najwyższe sztuczne dźwięki zespołu Acid z płyty „Liminal”. Wszystko pokazane było z nieco innej, w tej wersji sprawiającej wrażenie bardziej witalnej, strony. Ale co wydaje się być ciekawe, mimo uczucia większego oddechu dobiegającej do moich organów słuchu muzyki, przekaz wydawał się być nieco ciemniejszy. Wiem, że teoretycznie jedno przeczy drugiemu, ale tak to odbierałem. Soczyście, ale rozdzielczo. Lekko, ale ciemnawo. Nie wiem, jak udało się połączyć tak przeciwstawne sobie światy, ale bez mrugnięcia okiem chylę czoła konstruktorowi. Jakieś choćby minimalne minusy? Nie wiem, czy można nazwać to minusem, ale raz i tylko raz miałem dziwne uczucie delikatnego uprzywilejowania wyższego basu i jego przełomu ze średnicą nad jego najniższymi składowymi. Taki efekt zanotowałem wówczas, gdy na końcu układanki audio znalazły się topowe Dynki Master Evidence. Dlaczego? Chcąc to wyjaśnić musicie wiedzieć, że tak nisko schodzących konstrukcji nie miałem u siebie nigdy. No może przesadzam, bo sądząc po informacjach producentów jednak miałem, ale żadne tak dobrze jak wspomniane Dunki nie wpisały się w mój zestaw i pewnie dlatego dopiero z nimi tak łatwo było mi wyłapać wszelkie najdrobniejsze niuanse opiniowanych kabli nawet w ocierającym się o subsoniczne konotacje zakresie basowym. Ale zaznaczam, to nie jest wytknięcie problemu jako takiego. Dlaczego? Sporo czasu analizowałem zaistniałą sytuację i myślę, iż taki efekt mógł być pokłosiem zastrzyku energii w zakresie wyższego basu, a ten zwiększając krągłość swoich górnych partii spowodował uczucie mniejszej wyrazistości jego najniższego podzakresu. Ale fakt jest faktem, w tym aspekcie przy użyciu bezkompromisowych zespołów głośnikowych zostałem zmuszony do próby oceny co jest lepsze a co może nie gorsze, ale już nie idealne. Jednak przypominam, podobny występek zaliczyłem tylko raz i doda, iż w momencie położenia głowy na pieńku zastanawiałbym się, czy w ogóle określić to jako jakikolwiek problem, czy naturalną kolej rzeczy po całościowym wysyceniu przekazu. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w powyższym monologu ani razu nie wspominałem o takich aspektach brzmienia jak rozmach wirtualnej sceny muzycznej, czy jej prezentację w trójwymiarze. Dlaczego? Litości. O takich sprawach można rozprawiać o drutach z poziomu budżetowego, a nie na poziomie High Endu, jednak aby dopełnić formalności dodam, iż dzięki znakomitej rozdzielczości i muzykalności wspomaganego tytułowym zestawem kabli przekazu, realia sceniczne nie tylko w kwestii wymiarów, ale również umiejętności wciągania w wir wydarzeń były na zarezerwowanym dla najlepszych konstrukcji poziomie.

Gdy padła propozycja zmierzenia się z najnowszą odsłoną topowych kabli marki Tellurium Q, czyli serią Statement, po już dwuletnim okresie użytkowania Silver Diamondów w głębi ducha zastanawiałem się, co nowe druty wprowadzą do już przecież bardzo satysfakcjonującego mnie dźwięku. I gdy na początku odsłuchów obawiałem się delikatnego przegrzania przekazu, po elektrycznym ustabilizowaniu się testowej konfiguracji zasłyszane mówiąc kolokwialnie dopalenie fonii okazało się być bardzo przyjemne w odbiorze. Oczywiście w tym przypadku fraza „przyjemne w odbiorze” nie jest oceną typu „kable mają potencjał”, tylko niesie za sobą takie artefakty jak: rzadko spotykana muzykalność, energia i co najważniejsze znakomity oddech generowanych zapisów nutowych. Czy okablowanie Statement jest uniwersalne? Dla zdecydowanej większości populacji audiofilów tak. Jednak jak wspominałem, pełnię jego możliwości pokaże jedynie oferujący dobrą rozdzielczość zestaw docelowy. Ale proszę o spokój. Jeśli nawet z jakiś powodów nie wszystkie wypisane przeze mnie zalety uda się Wam z nich wycisnąć, z pewnością angielskie węże w żadnym wypadku nikomu nie zaszkodzą, gdyż przy całym dobrodziejstwie umuzykalniania wydarzeń na scenie robią to bardzo wyrafinowanie. Nie ma siłowego pompowania wszystkiego co się da pod płaszczykiem szukania większej eufonii, tylko stosując punktowe piki energii otrzymujemy owszem zjawiskowo nasycony, ale również pełen werwy dźwięk. A to to w tej zabawie chyba chodzi.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Szymański Audio
Ceny:
Statement RCA: 19 999 PLN / 1 m (stereo)
Statement speaker cable: 7 999 PLN / m (mono)
Statement jumper: 4 999 PLN (30 cm)
Statement Power cable: 21 999 PLN / 1,5 m