Tag Archives: Tara Labs


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Tara Labs

Opinia 1

Choć za oknem wiosna i cytując klasyka „a w sercu ciągle maj” zamiast polować na pierwszą opaleniznę, chcąc przed majówką i zbliżającym się wielkimi krokami ostatnim monachijskim High Endem wyjść na prostą z beletrystycznymi zaległościami, dzięki uprzejmości wrocławskiej Galerii Audio kontynuujemy eksplorację katalogu Tara Labs. Dlatego też idąc za ciosem, po „wąsatym” The Master USB z zewnętrzną stacją uziemiającą EVO Ground Station, na redakcyjny tapet postanowiliśmy wziąć nieco przyjaźniejszy dla kieszeni nabywców i oszczędzający im dodatkowej plątaniny kabelków model The Artist USB.

Wzorem swego szlachetniej urodzonego pociotka również i The Artist niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, czarna plecionka zewnętrznej koszulki, zabezpieczone ozdobionymi firmowymi logotypami termokurczliwymi koszulkami złocone, wykonywane na zamówienie, wtyki i wielce pożądana w ciasnych zasprzetowych przestrzeniach wiotkość. Brak za to wspomnianych we wstępniaku „wąsów” umożliwiających podpięcie zewnętrznego uziemienia a i opakowanie w jakim tytułowe przewody docierają do końcowego odbiorcy wydaje się bardziej adekwatne swym gabarytem do chronionej zawartości. Krótko mówiąc Tara pakowana jest w klasyczne, niewielkie czerwone kartonowe pudełko.
Jeśli zaś chodzi o anatomię, to Amerykanie oba modele swych cyfrowych łączówek traktują niemalże na równi. Znaczy się nie wnikając w szczegóły przewodniki wykonano z posrebrzanej monokrystalicznej miedzi o czystości 99.999999% w izolacji z polipropylenowego polimeru o wysokiej trwałości i odporności na zgniatanie. Ww. przewodniki są z niezwykłą precyzją skręcane aby zapewnić ujednolicenie ich parametrów pojemnościowo-impedancyjnych. Nie zabrakło również potrójnego ekranowania, czyli podwójnego ekranu z posrebrzanej miedzianej plecionki uzupełnionego srebrno-mylarową folią. Coś to Państwu przypomina? Ano właśnie. Przecież to dokładnie to samo co w Masterze, więc można domniemywać, iż tak naprawdę oba modele różni możność, bądź niemożność skorzystania z dobrodziejstw uziemienia.

I … prawdę powiedziawszy, przechodząc do części odsłuchowej wynikające z anatomicznych podobieństw przypuszczenia niejako się potwierdzają. To znana z solowych (pozbawionego peryferii) wyżej pozycjonowanego modelu nader udana kooperacja dystyngowanego (pozornego) przyciemnienia z wyśmienitą rozdzielczością pozwalająca z dowolną intensywnością eksplorować najdalsze zakamarki reprodukowanych nagrań. Tylko pozwolę sobie podkreślić – mowa o rozdzielczości a nie detaliczności, czy analityczności, których co prawda niektórzy używają w roli synonimów, lecz w audio nie sposób uznać za tożsame. A The Artist jest rozdzielczy – daje możliwość odkrycia poszczególnych niuansów i detali bez jednoczesnego nimi atakowania i epatowania, czyli bez jakże irytującej krzykliwości. Niby drobiazg a podczas odsłuchu dramatycznie zmieniający narrację. Szczególnie gdy na playliście ląduje deathcore’owy album „CURSED” Paleface Swiss, gdzie eksploatowane do granic swych możliwości instrumentarium wespół z ekstatycznymi partiami wokalnymi tworzy iście kakofoniczny Armagedon dźwięków z którymi większość dedykowanej złotouchej braci aparatury niespecjalnie sobie radzi. Jeśli jednak podejmiemy próbę złożenia systemu zdolnego prawidłowo odwzorować coś więcej aniżeli lirę korbową, czyli również, gdy wymaga tego sytuacja, bezpardonowo przyłoić, to jakiekolwiek wąskie gardło, w tym okablowanie nie ma w nim racji bytu. I Tara owej drożności nie tylko nie ogranicza, co sprawia, iż strumień danych płynie nad wyraz wartkim, niczym nieskrępowanym nurtem. Nie mniej przekonująco wypadł mocno przetworzony, chropawo syntetyczny i nieco jazgotliwy „Nu Delhi” formacji Bloodywood , gdzie niekoniecznie oczywista dla naszych zmysłów indyjska melodyka miesza się z na wskroś hi-tech-owym szaleństwem. Wystarczy bowiem wspomnieć niezwykle eklektyczny, ubogacony przez Babymetal „Bekhauf”, by uświadomić sobie iż poprzeczka stawiana przed muszącym zmierzyć się z takim wyzwaniem systemem zawieszona jest na budzącym w pełni zrozumiałe obawy pułapie. Tymczasem jedynie znanym sobie sposobem The Artist był w stanie nie tylko oddać wieloplanowość i ewidentną logikę panującego na scenie pozornego szaleństwa, lecz i zachować spójność pomiędzy naturalnym, jak i cyfrowym instrumentarium, czy groźnymi porykiwaniami i dziewczęcym szczebiotem.
Doskonale jednak rozumiem tych z Państwa, dla których odsłuch powyższego materiału testowego może przywoływać równie miłe wspomnienia, co leczenie kanałowe, więc nie przedłużając waszych katuszy sięgnę po coś zdecydowanie mniej kąsającego synapsy. Ot chociażby „Composities” Leszka Możdżera & MACV, gdzie nasz główny „eksportowy” pianista gra, w głównej mierze improwizując, na fortepianie Fazioli w obniżonym do 432 Hz stroju a tym samym zachowuje pełną koherencję z niższym strojem Orkiestry Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej. I właśnie ową nieoczywistość stroju tytułowy przewód świetnie unausznia oferując pełną paletę barw i fraz w sposób jakże bliski naszym, niemalże atawistycznym, instynktownym oczekiwaniom sonicznym. Jest zatem wyraźnie inaczej aniżeli gdyby przewodnim był współcześnie (od 1959r.) obowiązujący strój 440Hz, lecz zamiast owej inności na pierwszy plan wychodzi jego, owego stroju, niemalże „analogowa” naturalność i wspominana wcześniej równie naturalna rozdzielczość, gdzie skupienie podąża za wzrokiem obserwatora/słuchacza a nie jest siłowo aktywowane, nagabywane przez przejaskrawione i wypychane przed szereg bodźce. Mówiąc wprost Tara Labs The Artist USB był w stanie uwolnić w powyższym nagraniu to, co dotychczas można było osiągnąć m.in. za pomocą nomen omen źródła 432 EVO Master. Miło, nieprawdaż? Mamy zatem niezbity dowód wierności przekazu amerykańskiej łączówki a tylko od nas, choć de facto samej sygnatury skompletowanego przez nas systemu, zależeć będzie, czy owa naturalność i wierność zostanie odpowiednio doceniona, czy też zostanie zamaskowana mającymi zdecydowanie większe parcie na szkło i chęć odciśnięcia własnego piętna komponentami. Od siebie tylko dodam, że ww. Tary warto posłuchać chociażby dla swobody i realizmu z jaką jest w stanie oddać złożoność i piękno tak samego fortepianu, jak i naturalnego dawnego instrumentarium.

Tara Labs The Artist USB tak od strony aparycyjnej, jak i z racji swej nad wyraz niezobowiązującej fizyczności jest pozornie najzwyklejszym przewodem jakich bezlik na rynku znajdziemy. To jednak tylko pozory, bowiem wystarczy wpiąć ją w tor, by na własne uszy przekonać się ileż niuansów konkurencja maskuje, czy to transmitowanym szumem, czy to poprzez „autorską” żonglerkę poszczególnymi podzakresami. A tutaj nie dość, że kluczowe okazują się koherencja i rozdzielczość oraz nieskalana czystość przekazu, to jeszcze następuje niemalże automatyczne przestawienie się odbiorcy z analizy poszczególnych dźwięków na syntezę muzyki z nich, owych dźwięków, tworzonej. Czy można lepiej? Oczywiście. Udowodniło to w końcu starsze rodzeństwo, jeśli jednak niekoniecznie chcecie Państwo aż tak głęboko zapuszczać się w las audiofilskiego szaleństwa śmiem twierdzić, iż i z The Artist można ze spokojem ducha i pełnią szczęścia żyć przez długie lata, co w dzisiejszych, pełnych pośpiechu i nerwowości czasach wydaje się nie do przecenienia.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Co prawda w obecnie jestem na etapie finalnej konfiguracji prywatnego toru gramofonowego, ale doskonale zdaję sobie sprawę, iż w świecie audiomaniaków króluje całkowicie inny trend. Oczywiście chodzi o sferę obcowania z muzyką na bazie plików. To tak naprawdę bez dwóch zdań jest niekwestionowany numer jeden ogólnych ruchów na rynku audio, dlatego jeśli nadarza się okazja spojrzenia na ten temat od strony oceny postępu w tej materii, z przyjemnością pochylam się nad dostarczanymi do testu konstrukcjami. I nie ma znaczenia, czy będzie to elektronika, czy okablowanie, bowiem cel jest jeden, zgrubna pomoc zainteresowanym tym tematem osobnikom w przebrnięciu przez przeogromną ofertę produktową. Co tym razem trafiło na nasz tapet? Jeden produkt z tej stajni stosunkowo niedawno już u siebie gościliśmy i był nim wyposażony w moduł uziemiający kabel The Master USB & Evo Ground Station. W odniesieniu ceny do jakości wypadł znakomicie, dlatego finałem tamtego spotkania było wystosowanie prośby do wrocławskiej Galerii Audio o coś bardziej przyjaznego dla kieszeni zwykłego Kowalskiego. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, a wynikiem naszego monitu jest dzisiejsza próba oceny pozycjonowanej niżej od poprzednika sygnałówki cyfrowej w postaci pochodzącego ze Stanów Zjednoczonych kabla Tara Labs The Artist USB.

Kreśląc garść zdobytych ze strony dystrybutora informacji na temat budowy naszego bohatera pospiesznie donoszę, iż w kwestii przewodnika mamy do czynienia z posrebrzaną miedzią monokrystaliczną o czystości 99.999999%. Wspomniane magistrale sygnału zostały jednolicie odizolowane i skręcone. W celach zapewnienia odporności na szkodliwe zewnętrzne warunki elektryczne ten niepozorny wizualnie kabel może pochwalić się potrójnym ekranowaniem – zastosowano dwa przebiegi plecionki z posrebrzanej miedzi oraz jeden pełny ekran srebrno-mylarowy. W jego budowie zastosowano również elastyczne dielektryki PTFE, a także polimery polipropylenowe odporne na zgniatanie. Tak skonstruowany The Artist z jednej strony finalnie terminuje się niestandardowymi – co by to nie oznaczało – pozłacanymi złączami USB 2.0 oraz z drugie do wyboru złączami USB typu A lub B. Jak widać na fotografiach od strony wizualnej, tytułowa cyfrowa sygnałówka wykonana jest bez specjalnych wodotrysków, za to z dbałością o zagadnienia techniczne, a to pozwala snuć wnioski, iż tak zwana inżynierska „para” nie poszła w przysłowiowy gwizdek w postaci designu, tylko najważniejszą z sonicznego punktu widzenia ofertę brzmieniową kabla. A jak ma się to do rzeczywistości, postaram się strawnie wyłożyć w kolejnym akapicie.

Czym jako feedback wpięcia w system odwdzięczyła mi się rzeczona magistrala zer i jedynek? Powiem szczerze, że nie wygląda jakoś szczególnie pięknie, ale ku mojemu zaskoczeniu zagrała. I to świetnie. Oferowała mocne dolne pasmo, nasyconą średnicę i fajny blask górnych rejestrów, co sprawiało, że muzyka nawet przez moment nie nudziła, tylko w dobrym znaczeniu tego sowa bez problemu pozwalała oderwać się codziennej rzeczywistości. To mniej więcej szkoła prezentacji starszego brata The Master, ale z mniejszym zaangażowaniem w oddanie mikro-dynamiki. Ale żebyśmy się dobre zrozumieli, nieco przejaskrawiam objawy, aby pokazać różnice pomiędzy nimi, bo tak naprawdę są nieduże. Na tyle, że po czasie staja się nieoczywiste, dlatego tak łatwo dawałem się rozkochać może mniej wyczynowej w domenie ostrości rysunku źródeł pozornych, ale esencjonalnej i pełnej oraz dobrze zwartej w czasie energii muzyce. Przyjemnie krągłej, jednak dzięki otwartości rozdzielczej średnicy i dźwięcznych wysokich tonów zawsze intrygującej. Powiem więcej, uzyskanym konsensusem pomiędzy ilością muzyki w muzyce i otwartością wręcz stwarzającej problemy z wyrwaniem się ze zgłębianego w moich okowach muzycznego świata na rzecz rozwiązywania wyzwań codziennego życia. Zaskakujące było to, że przekaz był daleki od wyczynowości w sposobie prezentacji, ale paradoksalnie wyczynowy w kwestii przykuwania mnie do muzyki na długie godziny. Naturalnie w każdy jej rodzaj wnosząc nutę estetyki brzmienia opisywanego kabla, ale odbierałem to jako coś dobrego, a nie problematycznego nawet w odniesieniu do ciężkiego rocka.
W przykładowym jazz-ie często lądującego u mnie podczas testów na liście odsłuchowej Gary Peacocka „Tangents” system zabrzmiał niesamowicie barwnie, ale przy okazji także z niezbędną swobodą. Owszem, z lekko zaokrągloną krawędzią rysującą źródła pozorne, jednak cały czas z dobrą szybkością narastania sygnału oraz może lekko pogrubionym, ale nadal czytelnym konturem kontrabasu. To wbrew pozorom bardzo istotne, bowiem jeśli wspomniany instrument z braku wyraźnej krawędzi – nawet luźniejszej, ale wyczuwalnej oraz konkretnego impulsu uderzenia dźwiękiem rozleje się w eterze, ta w założeniach spokojna muzyka w odbiorze będzie przypominać stan jak po spożyciu Pavulonu. A przecież nie oto chodzi. Tak, stawia na granie niewinnym wypełnianiem wirtualnej sceny soniczną niespiesznością, ale z ważnymi dla zachowania porządku w taktowaniu raz mniejszą, a raz większą impulsywnością. I w takim, duchu zagrał nasz bohater. Niby bez napinania muskułów, ale gdy wymagał tego materiał, z fajnym, bo szybkim i mocnym kopniakiem.
Z drugiej strony muzycznych doznań spod znaku rockowego buntu na bazie choćby płyty „Highway To Hell” grupy AC/DC także zaliczyłem fajny feedback wpięcia The Artist-a. Mocniejsze operowanie nasyceniem i lekkie zmniejszenie pokazywania w tym przypadku efektu kompresji materiału – czytaj zmasakrowanej przez realizatora mikrodynamiki – spowodowało znacznie przyjemniejszy odbiór tego krążka. Gitary dostały mięcha, perkusja mocniejszego tąpnięcia, a charyzmatyczna wokaliza wypełnienia, co finalnie dało efekt zwiększenia płynności prezentacji. Płynności, która z automatu pozwalała podkręcić bardzo mocno wpływający na pełne wejście w materiał podniesienie poziomu głośności. Ten pozytywny efekt słychać było od pierwszego taktu i nawet nie wiem, kiedy odruchowo sięgnąłem po pilota, aby podnieść wolumen nie tylko planowanego, ale naznaczonego wielką przyjemnością wyniszczania swojego słuchu. Zapewniam, jeśli taka muza Was kręci, po aplikacji tytułowego USB zwyczajowy poziom jej słuchania znacznie się podniesie. Wiem, bo to mój konik i właśnie w ten sposób zareagowałem.

Komu poleciłbym naszego bohatera? W pierwszej kolejności wszystkim kochającym muzykalność posiadanego systemu. Tytułowa Tara Labs The Artist tchnie weń pokłady esencji nie tracąc swobody wypełniania przez muzykę pomieszczenia odsłuchowego. W drugiej nie widzę żadnych przeciwwskazań także dla osobników kochających neutralność prezentacji. Być może posiadana układanka mimo fajnego odbioru jednak posiada pewne niedostatki barwowe, które zostaną pozytywnie skorygowane. Zaś grupą mogącą nadawać na całkowicie innych falach niż Tara Labs jest jedynie obóz piewców szybkości i wyrazistości podania muzyki ponad wszystko. Tym topem amerykańska konstrukcja niestety nie podąży. Dlatego jeśli nie utożsamiacie się z tą ostatnią bandą, w momencie poszukiwania okablowania cyfrowego w standardzie USB powinniście pochylić się nad dzisiejszym bohaterem. Nie jest drogi, za to przyjemny w brzmieniu, a przez to warty nawet niezobowiązującego rzucenia uchem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Galeria Audio
Producent: Tara Labs
Cena: 7 400 PLN / 1m + 860 PLN za dodatkowy metr

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Tara Labs

Opinia 1

Nie od dziś wiadomo, że tzw. branżę kablarską można podzielić na wytwórców pełnymi garściami czerpiących z mniej, bądź bardziej ogólnodostępnej oferty „cywilnych” (niekoniecznie audiofilsko zorientowanych)/przemysłowych producentów kabli maści wszelakiej, którzy na drodze mozolnych prób i błędów zaplatają swoja autorskie kompozycje, jak i takich, którzy na miarę posiadanych możliwości tajniki metalurgii zgłębiają na własnym podwórku i pod własnym dachem przeprowadzają większość procesów technologicznych. Jak łatwo się domyślić obie populacje dramatycznie różnią się pod względem liczebności, więc tym bardziej cieszymy się, iż wreszcie, dzięki uprzejmości wrocławskiej Galerii Audio, udało nam się pozyskać na testy reprezentanta drugiego, i mówiąc wprost, bezsprzecznie elitarnego obozu. Mowa o amerykańskiej marce Tara Labs, z której to przepastnego portfolio na redakcyjny tapet trafił wielce intrygujący przewód USB z dedykowaną mu … stacją uziemiającą. Nie przedłużając zatem wstępniaka serdecznie zapraszamy na spotkanie z Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station.

Jak zarówno na powyższych, jak i wcześniej publikowanych – unboxingowych zdjęciach widać dość niepozorna, jak na high-endowe standardy, amerykańska łączówka do odbiorcy końcowego dociera w zastanawiająco przewymiarowanym, zapinanym na zamek błyskawiczny materiałowym, zawierającym piankowe wypełnienie, kolistym pokrowcu. Niby doskonale zdaję sobie sprawę, że „szlachectwo zobowiązuje” i liczy się pierwsze wrażenie, a więc tzw. „wartość postrzegana”, lecz jednocześnie mam świadomość jak ostatnimi czasy dramatycznie podrożał fracht, czy ceny magazynowania, więc takie „wożenie powietrza” wydaje się nieco sprzeczne z obowiązującą, pro-ekologiczną narracją. Tzn. żebyśmy się dobrze zrozumieli – sam pomysł na opakowanie jest świetny, gdyż po wyłuskaniu zawartości (w tym pozbyciu się wspomnianej twardej pianki) praktycznie nie zajmuje miejsca, lecz zagadką pozostaje dla mnie logika doboru gabarytu owego etui do rozmiarówki samego wsadu, który bez najmniejszych problemów zmieściłby się w pokrowcu o wymiarach w jakim niedawno dotarły do mnie kolumnowe … zworki ZenSati. Mniejsza jednak o drobiazgi, gdyż może większość „targetu” Tary jest tożsama z gronem regularnie pojawiającym się na Royal Ascot, gdzie jak wiadomo arystokratki bez iście teatralnych nakryć głowy się nie pojawiają, wiec jak coś zawsze pokrowiec po kabelku do transportu kapelusza może się przydać. Dość żartów, wracamy do meritum.
The Master odziano w skromną, czarną tekstylna koszulkę i uzbrojono w wykonywane na zamówienie złocone wtyki zabezpieczone standardowymi, również czarnymi termokurczkami z firmowymi logotypami. I tu dochodzimy do znaku rozpoznawczego, gdyż właśnie spod takiej termokurczliwej koszulki – doprecyzowując tej od strony źródła wyziera pojedynczy drucik uziemienia zakończony fikuśnym mini-wtykiem z kanarkowo-żółtą koszulką. Cóż w tym wyjątkowego, skoro nie raz i nie dwa mieliśmy do czynienia z podobnymi rozwiązaniami sygnowanymi przez m.in. Synergistic Research (np. Galileo SX Ethernet), czy też Atlas-a (Mavros Grun) ? Cóż, przede wszystkim to, że właśnie jego należy spiąć jednym ze znajdujących się w komplecie drucików a ten z kolei wpiąć w niepozorną gabarytowo, acz zaskakująco ciężką – wykonaną z aluminium i wypełnioną autorską mieszanką kompozytu ceramicznego, „stację pływającego uziemienia” (EVO Ground Station), by ją z kolei połączyć z zaciskiem uziemienia któregoś z urządzeń w naszym systemie. Jeśli zaś takowego nie posiadamy, to Amerykanie zalecają wykręcenie jednej ze śrub w obudowie i umieszczenie w jej miejsce stosownego wtyku umożliwiającego podpięcie przewodu uziemiającego. Całe szczęście zarówno samo źródło – Lumïn U2 Mini, jak i mój dyżurny wzmacniacz zintegrowany Vitus Audio RI-101 MkII takowymi terminalami dysponowały, więc obyło się bez noszących znamiona DIY „rękoczynów”.
Sam przewód, pomimo deklarowanej przez producenta złożoności i wielowarstwowości, jest przyjemnie wiotki, więc nie powinien sprawiać problemów nawet w dość ciasnych zaszafkowych przestrzeniach. Do jego budowy użyto przewodników z posrebrzanej monokrystalicznej miedzi o czystości 99.999999% w niezwykle precyzyjnie – pod kontrolą dwuosiowych laserowych mikrometrów, nanoszonej izolacji z polipropylenowego polimeru o wysokiej trwałości i odporności na zgniatanie. W rezultacie przewody cechuje perfekcyjna jednorodność grubości izolacji a tym samym ich stała pojemność i impedancja. The Master wykonywany jest ręcznie, spiralnie skręcane przewodniki są zabezpieczane antykorozyjnie i potrójnie ekranowane (podwójny ekran z posrebrzanej plecionki miedzianej plus pełny ekran srebrno-mylarowy).

Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym dzisiejszego bohatera pragnąłbym już na wstępie nadmienić i zarazem ostrzec wszelkie cierpiące na nerwice natręctw jednostki, iż decydując się na Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station otrzymujemy nie jeden, co de facto … trzy przewody. No dobrze, doprecyzowując przewód sygnałowy jest jeden, lecz w zależności od konfiguracji niczym starosłowiański Weles oferuje swoim, domniemywam, że szczęśliwym nabywcom, trzy oblicza. Co prawda koherentne w swej sygnaturze, niemniej jednak zauważalnie od siebie różne.
Jednak po kolei – zgodnie z chronologią i hitchcockowską logiką budowania napięcia. Na pierwszy ogień poszła bowiem wersja bazowa, czyli The Master „sauté” – bez dedykowanych mu peryferii. I od pierwszych taktów wielce udanej EP-ki „Amphibians”, do której niejako z automatu dokooptowałem poprzedni, już pełnowymiarowy album „Modern Primitive” greckiej formacji Septicflesh jasnym się stało, że Tara oferuje niezwykle wysokiej próby brzmienie. Gra na swój sposób, choć trafniejszym określeniem byłoby „pozornie”, ciemno, lecz szalenie rozdzielczo i z wręcz onieśmielającą odwagą wnika w głąb tkanki każdej z transmitowanych przez siebie kompozycji. Dlatego też nie bez powodu sięgnąłem po taki a nie inny materiał testowy, gdyż o ile owa rozdzielczość i głębia eksploracji na jakimś jazzowym trio nie byłaby czymś przesadnie trudnym do osiągnięcia, o tyle już oddanie death-metalowej brutalności dodatkowo spotęgowanej epicką orkiestracją (Filmharmonic Orchestra of Prague) poprzeczkę oczekiwań zawiesza na iście olimpijskim pułapie. I owym wymaganiom amerykańska łączówka sprostała z łatwością, oferując brzmienie niezwykle dojrzałe, pozbawione tak przesadnej, owocującej nerwowością nadpobudliwości, jak i „dystyngowanej nonszalancji” prowadzącej do uśrednienia przekazu. Zamiast tego „zagrała” szalenie komunikatywnie, lecz budując scenę nie przed a za linią kolumn, skrupulatnie definiując kolejne plany na sukcesywnie zwiększanym w stosunku do słuchacza dystansie. Zyskiwaliśmy dzięki temu nie tylko wspomniany wgląd w strukturę nagrań, lecz również zdolność objęcia wzrokiem oraz pozostałymi zmysłami całego, nader licznego aparatu wykonawczego. Proszę tylko uważniej rzucić uchem na „Coming Storm”, gdzie poziom złożoności i skomplikowania osiąga iście absurdalny wymiar a jednocześnie, oprócz brutalnego growlu mamy eteryczne partie chóru, czy też solową, dziecięcą wokalizę z onieśmielającym pogłosem i krystaliczną czystością, które z udziałem Mastera nabierają jeszcze intensywniejszej wymowy.
Dodanie do Mastera pracującego „luzem” – bez dalszego uziemienia EVO Ground Station powoduje pewne, pozorne obniżenie intensywności doznań. W pierwszej chwili można odnieść wrażenie jakby scena cofnęła się o metr-dwa / słuchacz przesiadł się do dalszego rzędu siedzeń, a tym samym ilość dobiegających jego uszu decybeli nieco zmalała. Efekt tyleż zaskakujący co wręcz komiczny, że kilkukrotnie sprawdzałem na wzmacniaczu nastawy. Całe szczęście Vitus regulację głośności ma krokową, więc to nie była ani moja autosugestia, ani tym bardziej techniczna niemożność osiągnięcia powtarzalności ustawień zafałszowująca prowadzone obserwacje. Im dłużej jednak porównywałem obie odsłony (bez/ z EVO Ground Station), tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, iż odpowiedzialność za to ponosi eliminacja dotychczas pomijalnego, uznawanego za w pełni naturalną „stałą składową” szumu tła. Mówiąc wprost dodanie EVO sprawia, że tzw. „gra ciszą” staje się faktem a nie pustym, bezrefleksyjnie klepanym frazesem i to nie tylko na referencyjnych realizacjach w stylu polifonicznej „Tomba Sonora” Stemmeklang z Kristin Bolstad, lecz i zbliżonych do wcześniej wykorzystywanej twórczości pozycjach w stylu prog-deathowego „Liminal Rite” amerykanów z Kardashev. Przesada? Bynajmniej. Po prostu usłyszeć znaczy uwierzyć. I tyle.
No i najwyższa pora na kulminacyjną konfigurację i wielki finał, czyli aplikację ostatniego ogniwa w postaci spięcia ww. EVO z uziemieniem urządzenia. I … bardzo mi przykro, że tyle musieliście Państwo czekać, ale przynajmniej na moje ucho, doświadczenie i osobiste, a więc wybitnie subiektywne, preferencje spokojnie można było dwie poprzednie kombinacje sobie darować, gdyż właśnie w tym, kompletnym set-upie Tara Labs The Master USB gra tak, jak to swojego czasu ujął Maestro Maksymiuk „jakby sam Pan Bóg Chicago Symphony Orchestra dyrygował”. Dopiero teraz słychać, że to jest ten moment, w którym wszystkie elementy niezwykle skomplikowanej i wydawać by się mogło, że od dawna kompletnej układanki znajdują się na swoim miejscu. Głośność i namacalność wróciły do swojej pierwotnej pozycji, lecz jednocześnie nadal pozbawiona kalającej nieprzeniknioną czerń tła mory prezentacja onieśmielała holograficznym realizmem bezpardonowo udowadniając ileż to informacji można przekazać i pokazać bez siłowego wypychania ich przed szereg. To, co „zagrała” amerykańska łączówka było kwintesencją najwyższej próby rozdzielczości, otwartości, swobody oraz naturalności niezależnie od tego czy nasze uszy pieściły wymuskane frazy „Hasse: Serpentes ignei in deserto”, czy też wlewał się płynny metal w postaci „Sleepless Empire” Lacuna Coil.

Reasumując, to jeden z najlepszych, szczególnie pod względem relacji jakość/cena oraz brzmieniowej dojrzałości i uniwersalności, co nie zawsze idzie w parze, przewód USB jaki do tej pory gościł w moim systemie. Nie dość bowiem, że był w stanie oddać bezkompromisowość i absolut referencyjnych, audiofilskich nagrań, to nie okazywał niechęci przy bezpardonowych krzykach i wrzaskach wydzierganych szarpidrutów, z dziką radością prezentując szaloną złożoność ich pozornie kakofonicznych kompozycji. Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station udowodnił przy tym, że jednak da się (niemalże?) całkowicie wyeliminować wszelakiej maści szumy i inne pasożytnicze artefakty z transmitowanego sygnału dostarczając jedynie natywne i metaforycznie rzecz ujmując „nieskalane” dane do DAC-a. Za co należą mu się w pełni zasłużone brawa. Chapeau bas!

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Tytułowy amerykański producent okablowania jest tak rozpoznawalny w naszym hobby, że trudno jest sobie wyobrazić osobnika, który by o nim nie słyszał. Niemniej jednak, choć znam go bardzo dobrze, nawet robiąc niegdyś konfiguracyjne przymiarki do jego oferty, to moment na oficjalne testy z czymś spod tego znaku towarowego nadszedł dopiero dziś. Z jednej strony szkoda, jednak z drugiej to dobrze, że wreszcie w ogóle do tego doszło, bo marka zacna i ciekawa brzmieniowo. Co udało nam się pozyskać na pierwsze recenzenckie starcie? Otóż na dobry początek na tapet trafiła łączówka zajmująca się sygnałem cyfrowym w postaci dostarczonego przez dystrybutora marki – wrocławską Galerię Audio, kabla Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station.

Idąc za informacjami producenta w kwestii materiału przewodników mamy do czynienia wysokiej jakości posrebrzaną miedzią monokrystaliczną 99.999999%. Geometria prowadzenia wspomnianego przewodnika jest w pełni kontrolowanym, o firmowym przebiegu, jednolicie izolowanym splotem. Tak ułożone przebiegi sygnału zabezpieczono antykorozyjnie oraz potrójnie zaekranowano – dwa ekrany to siatka z posrebrzanej miedzi i jeden jako pełna otulina srebrno-mylarowa. Ale to nie jedyne działania konstruktorskie, bowiem wewnątrz konstrukcji zastosowano dodatkowo elastyczne dielektryki PTFE i stabilizujące konstrukcję, odporne na zgniatanie polipropylenowe polimery. Tak prezentujący się kabel z jednej strony zakończono pozłacanym złączem USB 2.0, zaś z drugiej na osobiste zamówienie mamy wybór pomiędzy typami złącz USB A i B. Naturalnie umożliwiając zastosowanie wspomnianej we wstępniaku stacji uziemienia The Master został wyposażony w stosowne złącza do podpięcia niezbędnego okablowania. Jeśli chodzi o Ground Station, mamy do czynienia z niedużym, czarnym prostopadłościanem z dwoma wejściami, w komplecie z którym znajdziemy dwa pozwalające jego użycie cienkie druciki. W drodze do klienta tytułowa Tara Labs The Master jest pakowana w wykonany z odpornego na zniszczenia materiału, będący wariacją koła, wyściełany gąbką kuferek i opatrzona stosowanym certyfikatem oryginalności.

Gdy wpinałem naszego bohatera w swój zestaw, mimo niegdysiejszej przygody z ofertą tego podmiotu nie miałem zielonego pojęcia, czego tak naprawdę się spodziewać. Powód wbrew pozorom był prozaiczny i w pierwszej kolejności rozbijał się o dawny kontakt z jednak na tle obecnych nowości starymi modelami, zaś w drugiej były to konstrukcje obsługujące sygnał analogowy w postaci głośnikowców i sygnałówki XLR. Zatem jak ewidentnie widać, dzisiejszy podmiot miał tak zwaną czystą kartę. Na szczęście ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu od pierwszych chwil z muzyką z Tarą The Master USB zapisywaną intrygującymi ciekawostkami. Chodzi oczywiście o sposób podania muzyki. Ten zaskakiwał dobrą energią, nienachalnym detalem i blaskiem, co dawało poczucie niewymuszenia prezentacji oraz przyjemnej witalności. Wydarzenia sceniczne były pełne drive’u i radości, co powodowało, że nawet podczas ogromu codziennych zadań ciężko było kończyć przedłużające się, bo pełne emocji sesje odsłuchowe. I to sesje spod znaku mocnego grania oraz romantycznych uniesień. Pierwszy obóz reprezentowany przez grupę Slayer z płytą „South Of Heaven” cechowała niepohamowana chęć zabicia mnie – mimo sporej kompresji materiału – szybkimi i mocnymi uderzeniami dźwiękową agresją nie tylko generowaną przez pełen skład muzyków, ale także fajnie wyeksponowane perkusyjne i gitarowe popisy. Ten materiał nie pozostawia „jeńców” i albo się go kocha, albo omija szerokim łukiem, jednak aby diagnoza bycia za lub przeciw była podjęta zgodnie z zamierzeniami artystów, musi być odtworzona z dobrym timingiem, odpowiednią wagą dźwięku i jego rozdzielczością. I taki poziom pokazu dostarczył mi testowany kabel, co naturalnie bez problemu potwierdziło moje skądinąd słuszne przyjemne powracanie to materiału tego zespołu. Wymagającego osiągnięcia odpowiedniego stanu emocjonalnego – czytaj osiągnięcie stanu jak po zażyciu Pavulonu, ale gdy zrozumie się jego przekaz, intrygującego.
W drugim muzycznym przypadku bardzo dobrze wypadła najnowsza produkcja Adama Bałdycha Quintet „Portraits”. To jest muzyka oparta o wycyzelowaną wirtuozerię gry każdego instrumentu, co od odtwarzającego ją zestawu wymaga nie tylko dobrej kontroli dolnego zakresu i szybkości narastania sygnału, co oczywiście jest bardzo ważne, ale także odpowiedniej wagi dźwięku oraz swobody wybrzmiewania w eterze. A, że wspomniane są jednymi z wielu ciekawych cech testowanego kabla, podobnie do muzyki spod znaku szaleństwa, w zapisach bardziej romantycznych tytułowy kabelek także z łatwością pokazywał ważne dla ich istnienia emocje. I te dla melomana i te stricte audiofilskie, które dla mnie – mowa o przywiązywaniu uwagi do jakości prezentacji – są równie istotne co sam podprogowy przekaz, dlatego można powiedzieć o pewnego rodzaju uniwersalności Mastera. Uniwersalności bez specjalnej maniery, czego nie da się przecenić.

Mam nadzieję, że z powyższej opowieści jasno wynika, iż Tara Labs The Master wespół z dedykowanym systemem uziemienia Ground Station ma duże szanse na zagrzanie miejsca w znakomitej większości potencjalnych systemów. Oferuje cechy raczej uniwersalne, co w przypadku chęci poprawy, a nie ratowania zbyt ospałego lub krzykliwego brzmienia posiadanej układanki bez problemu powinno się sprawdzić. Dlaczego poprawy? To wynika z tekstu, który jasno artykułuje, że głównymi zaletami Tary jest dobra kontrola i drive dźwięku, a wszystko okraszone zostało unikającą efektu nadpobudliwości swobodą prezentacji. Czyli rzeczy, bez których z wirtualnej sceny wieją zwyczajne nudy. Zatem jeśli takowe podczas obcowania z ukochanymi płytami wam doskwiera, nie pozostaje nic innego, jak kontakt z dystrybutorem. To nawet w przypadku braku konsensusu konfiguracyjnego nic nie kosztuje, a może sprawić, że zaczniecie odkrywać te same płyty na nowo.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Galeria Audio
Producent: Tara Labs
Cena: 17 100 PLN / 1m; + 1 430 PLN za dodatkowy metr

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Tara Labs

artykuł opublikowany / article published in Polish

Najwyższa pora na dalsze nadrabianie zaległości z obszaru marek znanych i lubianych, lecz jeszcze u nas – na testach, nieobecnych. Tym razem dotarły do nas przewód Tara Labs The Master USB & EVO Ground Station.

cdn. …