Tag Archives: Triangle


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Triangle

Triangle Esprit Australe EZ

Link do zapowiedzi: Triangle Esprit Australe EZ

Opinia 1

Znacie kolumny, które w temacie uzyskania z ich oferty brzmieniowej zjawiskowej, bo ociekającej magią soczystości, a przez to ponadprzeciętnej muzykalności przekazu od lat uważane są za bardzo wymagające? Nie odpowiadajcie, gdyż było to pytanie z gatunku retorycznych. Oczywiście chodzi o będącą bohaterem dzisiejszego testu francuską markę Triangle. Powiem więcej, to do niedawna był również mój przez lata wyrobiony różnymi odsłuchami, pogląd na osiągnięcia tego producenta. Jednak do czasu. Jakiego? Chwili opisywanego dzisiaj starcia, które niesie ze sobą taki oto przekaz: „Zapomnijcie o dawnym postrzeganiu tytułowego podmiotu znad Loary jako z natury nader odważnie rysującego krawędzie wątłych w kwestii masy dźwięków”. Nie, nie piszę tego w pandemicznym amoku. Powodem wygłoszenia takiego oświadczenia jest poniżej przelany na klawiaturę sparing przy muzyce, który mocno przewartościował moje dotychczasowe tak zwane lokowanie produktu. A w tym wszystkim najistotniejszy jest fakt odegrania głównej roli nie przez przedstawiciela szczytu oferty, tylko zaproponowany do testu przez białostockiego dystrybutora Rafko, znacznie niżej stojący w hierarchii cenowej model wolnostojących kolumn Triangle Esprit Australe EZ.

Jak dokumentują fotografie, tytułowe panny przy sporej, bo osiągającej 117 cm wysokości są przyjemnie dla oka smukłe. Ale to jest dopiero przedsmak czekających nas dobrodziejstw inwentarza, bowiem mimo aparycyjnej filigranowości w kwestii technikaliów uzbrojone są po przysłowiowe zęby. I nie chodzi jedynie o ich front. Jednak rozpoczynając głębsze przybliżanie francuskiej myśli technicznej od jego połaci, gołym okiem widać aż trzy przetworniki niskotonowe, jednego średniaka i stożkowy gwizdek, a pod nimi sporej średnicy port bass-reflex. To zaś ze sporą dozą pewności pozwala domniemać, iż z czym jak z czym, ale z oddaniem nawet najbardziej wymagającego niskiego rejestru nie powinny mieć jakiegokolwiek problemu. Idźmy dalej, czyli na przeciwległą płaszczyznę w postaci rewersu kolumn. Tam czeka nas kolejna niespodzianka, gdyż konstruktorzy mając na uwadze wymagania melomanów co do jak najwierniejszego oddania realiów głębi budowanej w naszych domach sceny muzycznej, w górnej części pleców Australi EZ zaaplikowali dodatkowy, wzmacniający jej propagację w tył tweeter. To ostatnimi czasy jest dość częsty zabieg, który bez względu na potencjalne narzekanie ortodoksyjnie nastawionych do tego typu gadżetów osobników homo sapiens bezapelacyjnie świetnie działa. Oczywiście opisując plecy naszych bohaterek nie można zapomnieć o zlokalizowanych tuż nad podłogą podwojonych terminalach przyłączeniowych. Zaś wieńcząc całość opisu dodać, iż całość konstrukcji poprzez wstawkę z płata perforowanej gumy, posadowiono na uzbrojonej w cztery kolce, nadającej designerskiej ekskluzywności kolumnom, szklanej podstawie.

Pamiętacie teorię odnośnie niskich rejestrów, jaką snułem w akapicie przybliżającym aspekty techniczne Triangli? Z pewnością tak, dlatego przyjemnością informuję, iż nic a nic się nie pomyliłem. Kolumny w trakcie testu nie miały najmniejszego problemu z oddaniem zamierzeń artystów w domenie dolnych partii pasma przenoszenia praktycznie w żadnym rodzaju muzyki z ciężkim rockiem i elektroniką włącznie. Mało tego. Owa bateria głośników basowych w najmniejszym stopniu nie wychodziła przed szereg oferując słuchaczowi niekontrolowaną lawę niskich pomruków, tylko przy dobrym osadzeniu każdej twórczości muzycznej świetnie wspierała w nasyceniu przekazu średni zakres. To natomiast jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kreowało tak poszukiwaną przez wielu miłośników dobrej jakości muzyki mocną dawkę muzykalności opiniowanych konstrukcji. Jednak na tyle solidnie i ciekawie umocowaną, że nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, by oderwać się od swoich dotychczasowych przyzwyczajeń w obcowaniu z konstrukcjami tego producenta i z przyjemnością zatopić się w obecnie bardzo bliskiej moim oczekiwaniom prezentacji. To jednak nie koniec dobrych wieści. Mianowicie chodzi mi o najwyższe tony. Te dotychczas można by powiedzieć, zawsze były nader zjawiskowe. Jednak jak to zwykle bywa, owa nadprogramowa „zjawiskowość” na dłuższą metę często staje się trudna do zaakceptowania. Dlatego też inżynierowie znad Loary idąc tropem tchnięcia w muzykę dawki magii lekko je ostudzili. Ale uspokajam. Nie zabili ich lotności i świetnego rozbłyskiwania w eterze między kolumnami, tylko lekko posłodzili. Taki zabieg we współpracy z resztą pasma spowodował, że nagle dawniej kojarzone z mocną, niestety przez niektórych uważaną za zbyt mocną krawędzią dźwięku, wespół z niedoborem jego nasycenia, kolumny, teraz stały się oazą napowietrzonego, świetnie wyważonego w domenie ciężaru instrumentów muzycznych, wydarzenia artystycznego. W efekcie po zapoznaniu się z nowym pomysłem na muzykę według Triangla, nie pozostawało mi nic innego, jak z przyjemnością przemierzać posiadane zasoby płytowe, by na koniec zdać z tego rzetelną relację. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu w znaczącej większości pozytywną, gdyż jedynym zbyt przyjemnie w stosunku do zamierzeń muzyków, wybrzmiewającym nurtem była elektronika. Nie w jakiś szczególny sposób ospałe, czy bez oddechu, tylko zbytnio kulturalnie. To naturalnie było pokłosiem policzenia zwrotnic tytułowych kolumn w estetyce spójności wokół muzykalności odtwarzanego materiału i po wzięciu tego pod uwagę okazywało się być szukanym na siłę problemem. Jednak w wartościach bezwzględnych mogłoby być nieco wyraziściej – czytaj przenikliwie, co oczywiście da się podkręcić zmianą okablowania. Ale zapewniam, to jedyna twórczość zbyt mocno dotknięta nowym wcieleniem brzmienia oferty Triangla. Reszta, a w szczególności muzyka dawna i wszelkiego rodzaju jazz czerpały z nowego sznytu grania pełnymi garściami. Powodem była konsekwentna otwartość kreowanych w eterze zapisów nutowych, teraz jedynie z przesuniętym w dół punktem jego ciężkości, co jest wręcz nieodzownym narzędziem do dobrego zaprezentowania zapisanych na płytach spotkań muzyków czy to w kubaturach kościelnych, na koncertach rockowych, a nawet dobrze zrealizowanych warunkach studyjnych. Tylko tyle i aż tyle.
Nieco odmienny aniżeli w muzyce dla duszy aspekt brzmienia okazał się być pozytywnym dla muzyki buntu. Rock i wszelkie jego odmiany również zyskiwały na witalności prezentacji, jednak w znacznej mierze największą wartością dodaną było jej nasycenie, pozwalające instrumentom i wokalistom osiągnąć nie tylko dobrą wagę, ale również w momencie odgrywania swoich solowych trzech groszy w danym wydarzeniu, ułatwiając im przebicie się przez ścianę estradowego natłoku informacji. Kiedyś przy użyciu Triangli wydawało mi się to awykonalne, a teraz po umiejętnych korektach okazało się być przyjemnie zrealizowane, za co należą się zasłużone brawa.

Jestem w stanie uwierzyć, iż większość z Was śmie snuć w stosunku do moich spostrzeżeń solidną dawkę nieufności. Przyznam szczerze, że ja w podobnej sytuacji prawdopodobnie zachowałbym się podobnie. Tymczasem w przeciwieństwie do Was, ja jestem tuż po zderzeniu z powyższą szkołą grania na własnym podwórku i pod każdym słowem podpisuję się dwoma rękami. Dlatego też bazując na wyżej wyartykułowanych obserwacjach dla praktycznie wszystkich mam dobrą wiadomość. Tytułowe Triangle Espirt Australe EZ powinny znaleźć się na liście odsłuchowej prawie każdego poszukiwacza nowej konfiguracji swojego zestawu audio. Powodem jest przekonanie, iż przy dobrym dociążeniu dźwięku i jego znakomitym otwarciu są bardzo duże szanse na wpisanie się w każdą potencjalną układankę. Czy tak się stanie? Niestety piłeczka znajduje się po Waszej stronie.

Jacek Pazio

Opinia 2

W czasach totalnej globalizacji, gdy świat po prostu się „skurczył” i to, czy zamawiamy coś ze sklepiku za rogiem, czy od producenta np. z Bali dla statystycznego konsumenta przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Spora w tym zasługa jednego z najpopularniejszych serwisów sprzedażowo-aukcyjnych, który w sposób niezwykle skuteczny udowodnił milionom nabywców, że wcale nie są zdani na lokalnego dostawcę, skoro z odległych zakątków CHRLD mniejsza, bądź większa duperelka, gadżet, bądź ciuch może przyjść nie dość, że w skończonym czasie, to jeszcze za przysłowiowe grosze. Taka dywersyfikacja źródeł dostaw dóbr wszelakich dla przeciętnego „kowalskiego” jest niewątpliwie korzystna, gdyż nic tak pozytywnie nie wpływa na ceny i jakość towarów jak właśnie konkurencja. Zmieniając jednak perspektywę i analizując powyższe zjawisko z punktu widzenia producenta jasnym staje się, że kiedy on udaje się na zasłużony odpoczynek zawsze znajdzie się ktoś, kto właśnie gdzieś, po drugiej stronie globu właśnie wchodzi na pełne obroty. Ot, swoiste przekleństwo wynikające z shakespeare’owskiego „Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś”. Jak się bowiem okazuje człowiek nie Fregata i nie dość, że spać nieco dłużej niż dwa kwadranse (znane są przypadki 12s snu) jednak musi a i z wyłączeniem na ten czas jednej półkuli i jednego oka ma pewne problemy. Czemu ma służyć powyższa dywagacja? Oczywiście możliwie niezobowiązującemu wprowadzeniu do spotkania z naszymi dzisiejszymi bohaterkami, które „oczy” mają nie tylko z przodu, lecz również z tyłu „głowy”. O kim, a raczej o czym mowa? O wyposażonych w system DPS (Dynamic Pulse System), czyli w umieszczony na tylnej ścianie dodatkowy przetwornik wysokotonowy, kolumnach Triangle Esprit Australe EZ, z którymi mieliśmy okazję spędzić kilka ostatnich tygodni.

Dziwnym zbiegiem okoliczności zamiast piąć się ku topowi cennika, wykazując się zaskakującą przewrotnością, dystrybutor francuskiej marki – białostockie Rafko, raczy nas przedstawicielami poszczególnych serii według trudnego do rozszyfrowania klucza. Recenzencką przygodę z Triangle’ami rozpoczęliśmy bowiem od modelu Alpha z serii Signature , by następnie z puli flagowych Magellanów gościć u siebie strzeliste Quatuory oraz filigranowe Duetto i gdy wydawać by się mogło, że logiczną byłaby dostawa jeśli nie Grand Concert, to przynajmniej Concerto trafiły do nas … egzystujące nie oczko a dwa niżej w firmowej hierarchii – w serii Esprit podłogówki Australe EZ. Rozczarowujące? Bynajmniej, gdyż akurat w przypadku Triangle od ładnych kilku lat obserwuję nader ciekawe zjawisko polegające na eksperymentowaniu i wdrażaniu kolejnych nowości, czy też modelowania dźwięku właśnie w niższych seriach, by po zdobyciu doświadczeń i przeanalizowaniu wszystkich spływających z rynku informacji zwrotnych najbardziej trafne i dobrze rokujące decyzje implementować w bardziej „drażliwych” obszarach własnej działalności.
Czego by jednak nie mówić Australe EZ, jako zwieńczenie linii Esprit prezentują się nad wyraz okazale. Mierzące blisko 120 cm trójdrożne, pięciogłośnikowe podłogówki wyposażono w dwa (po jednym z przodu i tyłu) autorskie uzbrojone w charakterystyczne przypominające pocisk korektory i umieszczone w elegancko wypolerowanych chromowanych tubkach 25 mm tweetery TZ2500, 6,5” celulozowy, mlecznobiały średniotonowiec i imponującą baterię trzech, również 6,5” kompozytowych basowców. Ujście układu bas refleks ulokowano tuż przy podłodze, nieco ponad eleganckim szklanym cokołem. Szkło i kolumny niezbyt się lubią? Możliwe, jednak nie w tym przypadku, gdyż w Triangle’ach do szklanej tafli bezpośrednio przymocowano jedynie odsprzęgające od podłoża eleganckie stożki, natomiast pomiędzy skrzynią kolumny a szklaną taflą umieszczono perforowany gumowy absorber. Skoro o obecności na ścianie tylnej przetwornika wysokotonowego poinformowałem już na wstępie to teraz jedynie dodam, iż Triangle posiadają solidne, umieszczone na szyldzie ze szczotkowanego aluminium, podwójne terminale głośnikowe. Jedynym detalem, do którego można byłoby się przyczepić jest zastosowanie niezbyt wyrafinowanej drewnopodobnej okleiny winylowej, zamiast naturalnego forniru, co warto brać pod uwagę przy dokonywaniu wyboru i ewentualnie zastanowić się nad białym, bądź czarnym lakierem „fortepianowym”.

Skupiając się na brzmieniu dzisiejszych bohaterek pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż doskonale pamiętam czasy, gdy zarówno Triangle, jak i inne konstrukcje znad Sekwany, jak Cabasse, czy nieco mniej u nas popularne BC Acoustique, śmiało można było zaliczyć do „francuskiej szkoły” grania, czyli estetyki w której góry nigdy, ale to przenigdy, nie brakowało. Dyplomatycznie można je było zatem uznać za dość „rześko” i „świeżo” grające, co w tzw. okamgnieniu dzieliło ich słuchaczy na gorących zwolenników, jak i tych, którzy niespecjalnie za nimi przepadali. Trzeba jednak powiedzieć wprost, że to było kiedyś i niewiele ma wspólnego z aktualną ofertą, przynajmniej Triangle’a, co z resztą nader namacalnie udowadniały zarówno ww. modele, jak i tytułowa parka.
Australe EZ oferują bowiem zaskakująco spójny a zarazem dynamiczny przekaz w którym nie sposób doszukać się ponadnormatywnej aktywności góry pasma i to pomimo wykorzystania zdublowanej baterii tweeterów. W zamian za to otrzymujemy niezwykłą swobodę i rozmach prezentacji, której zgodnie z zaleceniami producenta lepiej w mniejsze aniżeli 30 metrowe pokoje nie próbować wcisnąć. W dodatku z dawnej, zadziornej maniery pozostawiono wszystko co najlepsze, czyli spontaniczność i niezwykłą szybkość a z kolei nie wszystkim będąca w smak „lekka” ofensywność i bezpardonowość ewoluowały do fenomenalnej, wręcz rozdzielczości i wyrafinowania. Nawet nagrywany „na odległość” – pandemiczny, progrockowy koncept album „Sola Gratia” Neala Morse’a, jak i bez porównania bardziej epicki, żeby nie powiedzieć patetyczny, „01011001” Ayreon nader szczelnie wypełniły nasz blisko czterdziestometrowy OPOS gęstym i organicznym dźwiękiem o niezwykle soczystej i dojrzałej konsystencji. Bezpardonowe, elektroniczne wizgi i gitarowe riffy, nie tracąc nic a nic ze swojej struktury, przeszły na nieco cieplejszą i krągłą stronę mocy, dzięki czemu oba powyższe, niezbyt wpisujące się w audiofilskie kanony, albumy wcale nie odstręczały niezbyt wyrafinowaną realizacją. Po prostu scena nie oszałamiała taką precyzją i wieloplanowością jak np. na „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalyptici, natomiast aspekt emocjonalny i linia melodyczna nie straciły nawet odrobiny ze swojej atrakcyjności.
Patrząc na nader imponująca baterię wooferów można było by spodziewać się istnego trzęsieni ziemi. Jednak całe szczęście francuscy konstruktorzy zachowali umiar i równowagę pomiędzy ilością i jakością najniższych składowych. Nie oznacza to bynajmniej, że basu było mało, bądź, że był suchy, czy nazbyt zwarty, gdyż śmiało można uznać, iż nawet podczas najbardziej karkołomnych partii nie cierpieliśmy z powodu jego niedoboru, ale też nie próbował wedrzeć się tam, gdzie go na materiale źródłowym po prostu nie było. Niczym filmowy „Przyczajony tygrys, ukryty smok” jedynie czekał na odpowiedni moment, by z pierwotną siłą uderzyć i powalić niczego niespodziewającego się słuchacza na łopatki. Swobodę i rozmach najniższych składowych reprodukowanych przez Triangle śmiało można porównać do nad wyraz szczodrych pod tym względem Dynaudio Contour 60, z tą tylko różnicą, że nad Australami łatwiej było zapanować. Wybornie wypadł odsłuch „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, gdzie syntetyczny bas nader spontanicznie dewastował nasz oktagon, jednocześnie nie zawłaszczając pasma zarezerwowanego na bardziej naturalne instrumentarium.
Na tym, jakże solidnym, fundamencie oparto nie mniej atrakcyjną średnicę i równie intensywne, lecz przyprószone złotem wysokie tony. Począwszy od ciepłego, aksamitnego wokalu René Marie na „How Can I Keep from Singing?” po nader ekspresyjną artykulację Skin na „An Acoustic Skunk Anansie – Live in London” Skunk Anansie otrzymywaliśmy pełne spektrum informacji, jednak bez podkreślania sybilantów, z którego jeszcze kilka lat temu Triangle by z pewnością nie zrezygnowały. Jeśli dodamy do powyższej listy zalet nieosiągalne dla większości konwencjonalnych konstrukcji efekty przestrzenne oznaczające w tym przypadku nie sztuczne, pochodzące z DSP „wodotryski”, lecz raczej bliższe prawdzie oddanie akustyki pomieszczeń w jakich dokonywano nagrań otrzymamy nad wyraz atrakcyjny i bynajmniej nieprzesadzony obraz francuskich kolumn.

Triangle Esprit Australe EZ to kolejny dowód na to, że nad Loarą „grupa trzymająca władzę” nieco spuściła z tonu i swoją uwagę z bezkompromisowości skierowała ku szeroko rozumianej eufonii. Dzięki temu francuskie kolumny czarują muzykalnością, barwą i dynamiką nie raniąc przy tym co wrażliwszych uszu, łaskawie dopuszczając do odsłuchu nawet nieco gorsze realizacje. Nie wiem jak w Państwa mniemaniu, jednak moim zdaniem to krok w zdecydowanie właściwym kierunku. Tym bardziej, że w kwocie, jakiej oczekuje producent za tytułowe kolumny, nader trudno będzie znaleźć im godnego sparingpartnera.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Rafko
Cena: 17 695 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana
Wykorzystane przetworniki:
Głośniki wysokotonowe: 2 x 1″ (25mm) tweeter z serii TZ2500 – tytanowa kopułka połączona z komorą kompresyjną z wykorzystaniem nowego profilu tuby rozpraszającej i zmodyfikowanego korektora fazy
Głośnik średniotonowy: 6.5” (165mm) dedykowany głośnik z wyprofilowanym stożkiem z masy celulozowej i z półzawiniętym zawieszeniem wykonanym z unikalnego połączenia gumy i pianki
Głośniki niskotonowe: 3 x 6.5” (165mm) materiał kompozytowy wykonany z masy celulozowej i włókna szklanego z układem napędowym z przewymiarowanego magnesu ferrytowego
Impedancja: 8 Ω (minimalna 3,3 Ω)
Skuteczność: 92.5dB
Moc ciągła (RMS): 150W
Moc maksymalna: 300W
Pasmo przenoszenia: 29 – 22.000Hz
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 310 / 3900Hz
Wymiary (W x S x G): 117 x 30 x 46 (z podstawkami); 113 x 20 x 37 (bez podstawek)
Waga: 38.8 kg
Dostępne warianty wykończenia: Czarny błyszczący, Biały błyszczący, Black Ash, Walnut, Golden Maple

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Triangle

Triangle Esprit Australe EZ
artykuł opublikowany / article published in Polish

Skoro od piątku w naszym systemie gości oparta dedykowany wysokoskutecznym kolumnom lampowiec, to i odpowiednich dla niego partnerek nie mogło zabraknąć. Dlatego też zaczynamy wygrzewać Triangle Esprit Australe EZ o skuteczności 92,5 dB.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Triangle

Triangle Magellan Duetto

Link do zapowiedzi: Triangle Magellan Duetto

Opinia 1

Odnoszę nieodparte wrażenie, iż tak naprawdę dla ludzkiego umysłu nie ma większego znaczenia, czy to, co zapada nam w pamięć jest smakiem, dźwiękiem, czy obrazem. Tu raczej chodzi o uchwycenie konkretnego momentu, sytuacji, zbiegu okoliczności powodującego uchwycenie owego czegoś i zapisanie w zakamarkach naszej psychiki. Pierwszy „prawdziwy” rower, smak babcinego tortu pieczonego tylko na wyjątkowe okazje, czy pierwsze nurkowanie z butlą na rafie koralowej. To wszystko gdzieś tam w nas siedzi. Stąd też biorą się m.in. przysłowiowe „smaki dzieciństwa”. Podobnie mają złotousi, którzy na swojej drodze do audiofilskiej nirwany spotykają i mniej, bądź bardziej świadomie, zapamiętują dźwięki, czyli de facto systemy, budujące zbiór ich osobistych punktów odniesienia. Tak to przynajmniej działa u mnie, więc nie widzę powodu, żeby i u Państwa takie „mechanizmy” się nie wykształciły. Weźmy na ten przykład kolumny i nieco uprzedzając fakty, na potrzeby niniejszej recenzji, skupmy się na modelach podstawkowych. Proszę sobie zatem, w ramach leniwej, niedzielnej retrospekcji, przypomnieć owe „smaki dzieciństwa”. Oczywiście samo dzieciństwo jest w tym momencie niewinną, acz nad wyraz pojemną metaforą, gdyż, co nieustannie przypomina mi Szanowna Małżonka, przynajmniej mężczyźni podobno nigdy nie dorastają. Jak jest z kobietami wole nie domniemywać, aczkolwiek z autopsji wiem, iż większość z nich, po osiągnięciu pełnoletniości, owe 18 lat rokrocznie świętuje, więc dla własnego bezpieczeństwa śmiało możemy założyć, iż i u przedstawicielek płci pięknej młodość jest nieprzemijająca. Jednak ad rem.
W moim przypadku, gdy tylko sięgam pamięcią do zamierzchłych czasów, gdy człowiek chcąc się z kimś spotkać i porozmawiać umawiał się po prostu z nim na piwo a nie włączał Messengera, swoistymi – oczywiście moimi subiektywnymi, punktami odniesienia były m.in. Acoustic Energy AE-1, „Tabletki” ProAc-a, klasyczne i stanowiące zarazem mroczny obiekt pożądania Sonus fabery, czy też rodzime ESA Furioso, Audiovave 141 i RLS Callisto. Aby powyższa lista była kompletna pozwolę sobie jeszcze dopisać dwa charakterne francuskie maluchy, czyli Triangle Comete i Titus. I to właśnie wymieniona, zamykająca peleton migawek z przeszłości, parka poniekąd stała się pretekstem do niniejszego wstępniaka, gdyż o ile same w sobie, należące do serii Esprit kolumienki wspominam niezwykle miło, a ich współczesne inkarnacje uznaję za niezwykle interesującą propozycję dla wszystkich poszukujących wyrafinowania za naprawdę rozsądne kwoty, to z racji profilu naszego periodyku, jak też i znacznego podniesienia poprzeczki własnych oczekiwań, tym razem, dzięki uprzejmości Rafko – dystrybutora marki, sięgniemy po ich najszlachetniej urodzonego pociotka, czyli należące do topowej linii Magellan podstawkowce Duetto.

Jak widać na załączonych zdjęciach szlachectwo zobowiązuje i pochodzące z królewskiej serii Magellan Duetto prezentują się wprost wybornie. To zaskakująco smukłe a zarazem zgrabne konstrukcje, których zaokrąglone boki wbrew obowiązującej modzie nie zbiegają się ku końcowi, niejako likwidując ścianę tylną, lecz jedynie powiększają objętość skrzyń do ponad 20 litrów (!), pozwalając plecom mieć taką samą szerokość jak fronty. A właśnie, ściany przednie we francuskim wydaniu łapią za oko nie tylko perfekcją wykonania, co i autorskimi rozwiązaniami. Mamy tam bowiem charakterystyczny, ukryty wewnątrz tubki kompresyjnej, calowy tytanowy przetwornik wysokotonowy TZ2900 GC z nieodłącznym, przypominającym nabój karabinowy, korektorem fazy, oraz celulozowy 16 cm nisko-średniotonowiec T16GM-MT10-GC1 z przyciętym do szerokości frontu kołnierzem kosza. Za pewien ukłon w stronę posiadaczy niewielkich, a więc niejako uniemożliwiających odstawienie kolumn od ściany, pomieszczeń można uznać umieszczenie na froncie dwóch wylotów układu bas refleks. Miłym akcentem jest też rezygnacja z jakże archaicznego, a przy tym szpecącego, sposobu montażu maskownic na ordynarne kołki na rzecz ukrytych pod lakierowanym na wysoki połysk fornirem mini magnesów. A właśnie, czujne oko z pewnością zauważy pozorny błąd natury użytkowej uchwycony na moich zdjęciach, czyli odwrotnie, znaczy się do góry nogami, założone maskownice. Cóż, może taka orientacja jest wbrew założeniom francuskich speców od projektu plastycznego, jednak osobiście, będąc ortodoksyjnym przeciwnikiem przysłaniania czymkolwiek przetworników podczas odsłuchu, musząc iść na kompromis, staram się minimalizować degradujący wpływ owych maskownic a w tym przypadku formowy logotyp zdecydowanie mniej złego robi pomiędzy wylotami kanałów bas refleks aniżeli nachodząc na tubkę wysokotonowca. Nie wierzycie? To w mirę możliwości sprawdźcie Państwo, bądź to w domu, bądź nawet w którymś z salonów audio. Gwarantuję, ze efekt może zaskoczyć niejednego niedowiarka.
Ściana tylna już nijakich kontrowersji nie budzi, za to sprawia nam miłą niespodziankę w postaci nie dość, że podwójnych, nad wyraz solidnych terminali głośnikowych, to w dodatku połączonych nie standardowymi blaszkami a „audiofilsko” zaterminowanymi widłami eleganckimi zworami. Za detal podkreślający szlachetność urodzenia uznać można również ozdobne, polerowane szyldy tabliczek znamionowych.
Aha, i jeszcze jedno. Otóż producent zaleca ustawianie Duetto na dedykowanych standach TS400, powstałych zgodnie z założeniami koncepcji SPEC (Single Point Energy Conduction), głoszącej, iż znajdujący się na ich przedzie potężny kolec będący przysłowiowym pojedynczym punktem podparcia, ma transmitować i kumulować energię wibracji powstałą w samych obudowach kolumn. Niestety, tym razem takowych podstawek wraz z kolumnami nie otrzymaliśmy, dlatego też bez najmniejszych wyrzutów sumienia wykorzystaliśmy nie mniej eleganckie podstawy T.A.D-a, jakimi dysponowaliśmy z okazji testu modelu Micro Evolution One.

Nieco przewrotnie, niejako już na wstępie napiszę iż Triangle Magellan Duetto bynajmniej nie grają jak typowe podstawkowce, którymi przecież niezaprzeczalnie są, lecz jak niewielkie podłogówki. Tak, tak mili Państwo. O ile tylko nie przekroczymy rekomendowanych przez producenta 12-30 metrów kwadratowych powierzchni pomieszczenia odsłuchowego, to przynajmniej jeśli chodzi tak o wolumen generowanego dźwięku, jak i rozciągnięcie basu, o efekt finalny możemy być spokojni. Uważam , że jest to cenna wskazówka dla wszystkich miłośników wielkiej symfoniki i hollywoodzkich soundtracków, którzy z najprzeróżniejszych przyczyn nie mają szans na wstawienie konstrukcji podłogowych a jednocześnie zachodzą w głowę jak by tu iść na jak najmniejszy soniczny kompromis nie doprowadzając tym samym do zbytniego drenażu domowego budżetu zakupem wspomnianych, bądź nawet oczko wyższych T.A.D-ów. Dlatego też, niejako w ramach rozgrzewki, zaserwowałem Triangle’om wielce energetyczny materiał w postaci dyżurnego „Gladiatora” i nie mniej spektakularnego, gdyż podszytego syntetycznym sub-basem „300: Rise of an Empire” Junkie XL. I? Swoboda, rozmach plus oczywiste dla monitorów znikanie okazały się jedynie wstępem do wyśmienitego rysowania poszczególnych planów, czy też kreowania wrażeń przestrzennych, nie tylko w domenie szerokości i głębokości, lecz również na wysokość. Warto w tym momencie pochwalić kulturę pracy układu bas refleks, gdyż pomimo najszerszych chęci, oczywiście z dbałością o tzw. dobre stosunki międzysąsiedzkie, nie udało mi się zmusić Triangli do nawet najmniejszych oznak kompresji, bądź nawet nieznacznie słyszalnych turbulencji. Nic, zero anomalii. Po prostu czysty, cholernie nisko schodzący a przy tym świetnie kontrolowany i zróżnicowany bas, a patrząc na gabaryty reprodukujących go kolumn wręcz basiszcze. W dodatku piekielnie szybkie, więc i z odtworzeniem „The Funeral Album” Sentenced nie było najmniejszych problemów. Całe szczęście ów fundament nie zawłaszcza pozostałych podzakresów, lecz trzyma się odgórnie wyznaczonych rewirów, dzięki czemu zarówno średnica, jak i najwyższe składowe mogą swobodnie rozwinąć skrzydła.
A właśnie, zanim przejdę do tego, co dzieje się na środku pasma, pozwolę sobie zwrócić uwagę na górę, która podobnie jak bas, ani myśli brać jeńców bezpardonowo atakując słuchaczy wszystkim tym, co rzeczywiście zostało tam zapisane. Co ciekawe nawet tak syntetyczne brzmienie jak daleko nie szukając „The Racing Collection” Junkie XL niczym nie raziły, gdyż francuskie kolumny z zadziwiającą swobodą były w stanie oddać klimat albumu. Z drugiej strony równie „syntetyczne” wydawnictwo „Madame X” Madonny aż nazbyt wyraźnie uwidaczniało, że o ile warstwa instrumentalna to swoisty popowy majstersztyk, o tyle na wokalu ktoś ewidentnie poszalał próbując dość nieudolnie tuningować poczynania paszczowe „Babci Doni”. W rezultacie wyszło coś na kształt swoistej karykatury tego, co zapewne w zamyśle miało być superprodukcją sprzedającą się jak świeże bułeczki. Tzn., nie twierdzę, że na jakimś boomboxie ów album brzmi dla dedykowanych odbiorców obłędnie, ale przynajmniej Triangle dość bezpardonowo rozprawiły się z tą typowo marketingową ściemą. A wystarczyło postawić na autentyczność i naturalność, jak daleko nie szukając „Originals” Prince’a, by zachować twarz a jednocześnie oddać prawdę czasu i nagrania. Przecież u „Księcia” syntezatory brzmią bez porównania bardziej archaicznie aniżeli u Madonny, ale za to wokal nie odrzuca swą plastikowością i kompresją. Krótko mówiąc Duetto stawiają na prawdę niezależnie od tego, jaka ona jest, a nawet najmniejszą chęć „zaklinania rzeczywistości” bezpardonowo obnażają puszczając delikwenta w samych skarpetkach. Pamiętacie Państwo marsz pokutny Cersei z piątego sezonu „Gry o tron”? To mniej więcej taką ścieżkę zdrowia zafundowały Madonnie tytułowe kolumny. Czy to źle? Z mojego punktu widzenia nie, gdyż przynajmniej na tym poziomie jakościowym oczekujemy gry w otwarte karty a nie usilnego ratowania się tanimi chwytami i poniekąd grania pod publiczkę, dla poklasku tłuszczy.
A co do średnicy, to może i nie miała ona takiego wysycenia i eufonii jak moje Dynaudio, ale prawdę powiedziawszy wcale się takiej saturacji po niej nie spodziewałem, gdyż Triangle od niepamiętnych czasów były i są wierne własnej szkole brzmienia a w niej zdecydowanie więcej jest swoistego buntu aniżeli słodyczy i chwała im za zachowanie wierności starym ideałom. Weźmy na ten przykład nie tylko garażowe nomen omen „Garage Inc.” Metallicy, gdzie ziarnistości i szorstkości jest ż nadto, lecz i wybitnie pasujące do panujących za oknem upałów składankę „Bossa N’ Stones” na której wspomnianego buntu jest jak na lekarstwo, ale wszelakiej maści „miałczenia” drugo i trzecio-ligowych szansonistek aż nadto, a mimo wszystko całość nie odstręcza. Jest czysto, czytelnie i co najważniejsze miło, bo nikt się nie spina i nie próbuje udowodnić swojej potocznie mówiąc „zajebistości”. W dodatku francuskie kolumny w lot chwytają klimat i przełączają się w tryb „relax” z wyraźnie zaznaczonymi, acz nieprzesadzonymi sybilantami i rozkoszną tropikalną zmysłowością.

Może i dla ortodoksyjnych miłośników niższych modeli Triangli Magellan Duetto jawią się jako zbyt wyrafinowane i uładzone, lecz proszę mi wierzyć, że mają w sobie zaskakująco wiele cech wspólnych z „niższego stanu” rodzeństwem. Jednak zachowując spontaniczność i żywiołowość Cometek i Titusów idą zdecydowanie dalej w domenie rozdzielczości i precyzji ogniskowania źródeł pozornych. Są przy tym nieporównywalnie bardziej wierne w oddawaniu faktur i konturów reprodukowanych dźwięków a tym samym równie wymagające pod względem toru, w jakim przyjdzie im grać. Dlatego też nawet mając sentyment do niższych modeli warto na spokojnie przeanalizować charakter brzmienia własnego systemu i zastanowić się, czy przypadkiem tytułowe Triangle nie wyciągną na światło dzienne tego, co do tej pory udawało nam się maskować nieco mniej bezkompromisowymi konstrukcjami głośnikowymi. No to jak, podejmiecie Państwo takie wyzwanie?

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini; Roon Nucleus
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Nie żebym próbował być jakąkolwiek wyrocznią, ale z moich obserwacji kuluarowych rozmów audiofilskiej braci dość jasno wynika, iż tytułowa marka Triangle ma tyleż samo zwolenników co przeciwników. Naturalnie to żadna nowość i prawdopodobnie podobną polaryzację można przypisać wielu innym brandom, jednakże bez względu na wszystko Francuzi są jednymi z najczęściej trafiających na nieoficjalny opiniotwórczy tapet. Dlaczego tak się dzieje? To akurat jest dość łatwe do wytłumaczenia. Mianowicie ów producent od wielu lat jest jedną z ważniejszych ikon stacjonującego tamże High Endu, co sprawia, że zazwyczaj jest pierwszym przychodzącym na myśl rozgrzanych głów wszechwiedzących audiofilów. To źle? Naturalnie, że nie. Przecież jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził, co teoretycznie sugeruje stwierdzenie: „Bierzesz daną ofertę soniczną z całym dobrodziejstwem inwentarza lub szukasz gdzie indziej” i temat samoczynnie się zamyka. Na szczęście inżynierowie znad Loary nie odcinają kuponów od przekonanych do siebie klientów, tylko od jakiegoś czasu próbują sprostać wyzwaniu zwiększenia grona dozgonnych wyznawców, co dość wyraźnie pokazał opublikowany na naszych łamach test Triangli Magellan Quatuor. O co chodzi? Przybliżając temat w skrócie, chodzi o nieco mniejszą ofensywność, na rzecz wyrafinowania generowanego dźwięku. W jakim celu wspominam tamto opiniotwórcze wydarzenie? Otóż tym razem przyjrzymy się kolumnom z tej samej linii, z tą tylko różnicą, że będzie to model podstawkowy Triangle Magellan Duetto, którego wizytę w naszej redakcji zawdzięczamy białostockiemu dystrybutorowi Rafko, co pozwoli przekonać się, czy przytoczony przykład był odosobnionym wybrykiem, czy zamierzoną tendencją.

Jak to zazwyczaj u tego producenta bywa, opisywane dzisiaj kolumny od strony designu są prawdziwymi divami. Począwszy od pięknie wykończonych w egzotycznym fornirze, polakierowanych na wysoki połysk i zbiegających się ku tyłowi płynnym łukiem skrzynek. Przez kolorystykę zastosowanych na froncie dwóch przetworników wraz z okalającymi ich kosze osłonami. Małe, ale za to usadowione symetrycznie obok siebie w dolnej części frontu porty bass-refleks. Po zlokalizowane na rewersie obudowy kształtki z podwojonymi terminalami dla kabli głośnikowych i wykończoną w srebrze tabliczkę znamionową. Wszystko ma jeden cel. Od pierwszego kontaktu wzrokowego chwycić potencjalnego klienta za oko. Naturalnie dotychczas wyartykułowane niuanse nie są li tylko przypadkowymi działaniami, bowiem może wykończenie w połyskującym lakierze nie ma przełożenia na tematy soniczne, jednak już wspomniany łukowaty przebieg bocznych ścianek walczy z wewnętrznymi falami stojącymi, a powielenie liczby otworów pozwala na znacznie łatwiejsze opuszczenie obudowy przez tłoczone przez membranę średno-niskotonowca podczas ruchu wstecznego sporej ilości powietrza. A gdy do tego dodamy dedykowane, dobrze stabilizujące kolumny na podłodze firmowe podstawki, okaże się, że pierwszy krok w kierunku zakochania w sobie nowego nabywcy wykonany jest w stu procentach. I gdyby w posiadaniu kolumn głośnikowych chodziło jedynie o aparycję i lekką ręką rzucane oświadczenia, że mamy do czynienia z fenomenalnym dźwiękiem, temat można by zacząć puentować. Jednak jak wiemy, celem podobnych bytów w salonach miłośników muzyki jest wygenerowana podczas często wielogodzinnych odsłuchowych mitingów bajeczna fonia. Dlatego też w dalszej części tekstu postaram się przybliżyć zainteresowanym, czy oprócz wyglądu, a co za tym idzie, dobrego przyjęcia przez organ przyswajający wizję, piękne Francuzki są w stanie sprostać wyzwaniu wprawnego ucha audiofila-melomana.

Aplikacja tak małych, z jakimi dzisiaj mamy do czynienia, kolumn w zdecydowanie za dużym dla nich pomieszczeniu bardzo często może zakończyć się spektakularną porażką. Naturalnie nie jest to regułą, ale zazwyczaj nawet w momencie jakimś sposobem dawania sobie rady, bardzo wyraźnie słychać, że konstrukcje usilnie walczą o dobry wynik. Tymczasem w przypadku modelu Magellan Duetto temat wypełnienia dobrym dźwiękiem salonu o kubaturze 100 metrów sześciennych nie był nie do udźwignięcia. Owszem, na osiągnięcie realiów najniższych rejestrów podobnie do moich ISIS-ów nie było najmniejszych szans, ale muszę przyznać, iż mierząc siły na zamiary jakiś szczególnych braków w tym zakresie również nie zanotowałem. Powiem więcej. Wszystko zależało od realizacji płyty. Raz było go zaskakująco dużo, by na innym krążku co najwyżej ledwo dać o sobie znać. A to już potrafią nieliczni, gdyż bardzo często konstruktorzy monitorów stawiają na jego wszechobecność w każdych realiach, co przekłada się na monotonię prezentacji w tym aspekcie. Osobiście wolę mniej niskich tonów, ale jak już się pojawią, powinny być wysokiej próby i tak też przez cały czas testu odbierałem prezentację maluchów Triangla. Ok., bas jest co najmniej ciekawy. A co z resztą pasma? Tutaj mam drugą dobrą informację. Chodzi mi od zjawiskowy oddech i niewymuszoną swobodę budowania wydarzeń muzycznych. Dosłownie dźwięk aż tryska witalnością wspomagany ciekawym sznytem monitorowego grania, jakim jest lokowanie muzyków na szerokiej i bardzo głębokiej wirtualnej scenie. To było na tyle zjawiskowe, że kilkukrotnie złapałem się na próbie znalezienia złotego środka do zmuszenia moich szaf gdańskich do podobnych ekwilibrystyk, czyli trochę przerysowując fakty zmiany nagrań studyjnych w koncerty na stadionach. Niestety szerokość przedniej ścianki na poziomie prawie 60 centymetrów powoduje pewne ograniczenia, dlatego też byłem bardzo rad, że przynajmniej podczas oceny kolumn konkurencji mogłem nacieszyć się taką prezentacją. A co ze średnicą? Tutaj również co najmniej ciekawie. Co prawda bez pogoni za szkołą brzmienia rodem z radia BBC, czyli nastawieniem na czarowanie słuchacza zjawiskową barwą głosów ludzkich nie było, ale o dziwo, wszystko co lądowało w napędzie CD-ka nie zdradzało anoreksji w propagacji przecież bardzo tego ważnego dla ucha ludzkiego pasma akustycznego. Ten zakres był podporządkowany uzupełnianiu zwartego basu i świeżości na górze, a nie szukaniu własnego, a przez to oderwanego od reszty częstotliwości niepodległego bytu. I wiecie co? Na bazie kilkunastodniowych doświadczeń stwierdzam, że to dobry ruch, gdyż spójność przekazu jest zdecydowanie lepszym pomysłem na brzmienie systemu, niż chadzanie każdego z podzakresów własnymi ścieżkami. A żeby to potwierdzić, postawiłem na bardzo wymagające srebrne krążki. Jeden to koncertowy materiał na cztery kontrabasy barytonowe i perkusję Bluiett Baritone Nation „Libation For The Baritone Nation”, a drugim była produkcja studyjna ze zniszczonym przez ciężkie życie bluesmana wokalem i kontrastującą z nim harmonijką ustną Jamesa Cottona „Deep In The Blues”. Efekt? Bardzo dobry, bowiem kolumny nie miały najmniejszego problemu z pokazaniem prawdziwego koncertowego rozmachu, a ich witalność fantastycznie pozwalała harmonijce przecinać mocnymi piskami zawieszone w moim pokoju powietrze. A co z tak ważnym dla tych produkcji (gęsto grające saksofony i ociekający barwą wokal Jamesa) środkiem pasma? Jak wspominałem wcześniej. Bez wycieczek w stronę wyskakiwania przed szereg, ale również bez oznak zbytniej szczupłości. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim takie, jedynie uzupełniające całość pomysłu na dźwięk, postawienie punktu ciężkości środka pasma może przypaść do gustu, ale spieszę ze stwierdzeniem, że bez dwóch zdań obecne wcielenia kolumn marki Triangle są zdecydowanie bardziej przyjazne wielbicielom dźwiękowej eufonii, aniżeli to sprzed laty. Czy na tyle znacząco, żeby zwiększyć grupę wiernych fanów, pokaże czas. Ważne, że marka nie utknęła w miejscu.

Czy po drodze Wam z testowanymi konstrukcjami, musicie przekonać się osobiście w prywatnym starciu. Ja mogę tylko po raz kolejny stwierdzić, iż w kwestii mniejszej ofensywności przekazu zanotowałem wyraźny progres. Zatem jeśli wcześniejsze kontakty z kolumnami Triangle’a były bliskie nabycia jakiegoś modelu, jednak z powodów wymienionych we wstępniaku o włos przegrały z konkurencją, powinniście podejść do tematu jeszcze raz. Oczywiście nie wiem, czy tym razem będzie to strzał w przysłowiową dychę, ale nie zaszkodzi spróbować. Zapewniam, że bez względu na wynik nie będzie to czas stracony, tylko pełna nowych wrażeń przygoda. A w całej naszej zabawie, oprócz będącego utopią dotarcia do mety, chyba właśnie o taką przygodę z różnymi komponentami audio chodzi. Nie mam racji?

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Rafko
Cena: 26 995 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, podstawkowa, wentylowna
Wykorzystane przetworniki
– Tweeter: TZ2900 GC
– Nisko-średniotonowy: T16GM-MT10-GC1
Skuteczność: 88 dB/W/m
Pasmo przenoszenia: 38 Hz – 20 KHz (+/- 3 dB)
Moc: 80 W
Impedancja znamionowa: 8 Ω
Impedancja minimalna: 4 Ω
Wymiary ( W x S x G): 460 x 253 x 350 mm
Waga: 16 kg
Standy (opcja): TS400

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Triangle

Triangle Magellan Duetto
artykuł opublikowany / article published in Polish

Francuzi udowadniają, że High-End wcale nie musi oznaczać gigantomanii i zamiast potężnych podłogowych obelisków proponują filigranowe monitory Triangle Magellan Duetto.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Triangle

Triangle Magellan Quatuor

Link do zapowiedzi: Triangle Magellan Quatuor

Opinia 1

Wiadomym jest, iż kolumny głośnikowe są najbardziej determinującą brzmienie składową, mozolnie dopieszczanego przez długie lata systemu audio. To zaś sprawia, że praktycznie każdy producent tych, mówiąc kolokwialnie mniej lub bardziej wyrazistych „megafonów” ma swoich zwolenników i przeciwników. I nie ma znaczenia, że ich liczba jest zazwyczaj zbilansowana, gdyż najsilniejsze w swym przekazie są te mniej pochlebne. Jednak nie podważające zasadność egzystencji na rynku danej marki, tylko najczęściej z powodu jasno określonej estetyki grania obciążone pewnym pakietem roszczeń. W jakim celu kreślę ten wywód? Otóż dzisiaj, po raz kolejny, postaram się może nie udowodnić, gdyż musiałbym zrobić to podczas spotkania ucho w ucho, ale pokazać, że kategoryczne przyklejanie łatki jakiemukolwiek wytwórcy bardzo często obarczone jest niefortunną konfiguracją a nie problemami samej konstrukcji. Wręcz idealnym przykładem wydaje się być francuska marka Triangle, która dzięki białostockiemu dystrybutorowi Rafko tym razem do boju o najwyższe laury wystawiła wielce urodziwe kolumny Magellan Quatuor.

Tytułowe piękności znad Loary, jak to u Francuzów od dawien dawna bywa, są wysokie i smukłe. Naturalnie opiniowane dzisiaj z racji znajdowania się bardzo blisko szczytu cennika są jednymi z najwyższych panien tej stajni, co dodatkowo czyni je bardzo eleganckimi, a za sprawą wykończenia fortepianową bielą, wpisującymi się w praktycznie każde, bez względu na stylistykę pomieszczenie. Obudowa, zachowując spójność z resztą oferty, kształtem przypomina lutnię, co nie tylko uatrakcyjnia ją wizualnie lecz również zapobiega powstawaniu fal stojących w jej wnętrzu. Jeśli chodzi o informacje na temat układu elektrycznego zastosowanych przetworników, mamy do czynienia z konstrukcją trójdrożną bazującą na firmowych głośnikach w układzie patrząc od dołu: trzy basowe, jeden średniotonowy i dwa tubowe wysokotonowe – jeden na froncie, a drugi wspomagający propagację fal w przestrzeni zakolumnowej. Analizując fotografie jasnym jest, że mamy do czynienia z kolumnami wentylowanymi a port bass-refleks usytuowany jest w dolnej części frontu. Będące zwieńczeniem zbiegających się ku tyłowi płynnym łukiem bocznych ścianek plecy Magellanów są nieco węższe od awersu i oprócz przywołanego przed momentem zlokalizowanego prawie na szczycie konstrukcji dodatkowego gwizdka, w dolnych partiach oferują użytkownikowi zagłębiony w aluminiowej kształtce osobny dla sekcji niskotonowej i średnio-wysokotonowej zestaw zacisków. Wieńcząc pakiet danych o testowanych konstrukcjach jestem zobligowany wspomnieć o ważnym dla prawie całej rodziny kolumn Triangla temacie, czyli podstawie kolumn. Otóż dla poprawienia stabilności przecież bardzo wysokich i wąskich obudów zastosowano zdecydowanie szersze od ich podstaw cokoły. Ale co jest istotne, nie jest to jedyny punkt styczności Francuzek z podłożem, gdyż owe profile przymocowane są do kolumn jedynie w ich tylnej części cedując w ten sposób frontowe podparcie na od lat wykorzystywany przez inżynierów tego brandu sporej wielkości stożek.

Jak twierdziłem w akapicie startowym, wiele kolumn ma przyklejoną często niezasłużoną, jawiącą się w odbiorze jako co najmniej kontrowersyjna metkę. Nie wiem jakie odczucie macie Wy, ale niestety z moich kuluarowych rozmów z ludźmi kochającymi muzykę wynika, że również tytułowy producent często wzbudza diametralnie przeciwstawne opinie. I gdy kiedyś, jeszcze bez osobistego kontaktu, byłem gotów iść z tym nurtem, to po obecnie przybliżanym i mającym niedawno swoje pozytywne zakończenie teście, jestem zdziwiony, oczywiście w moim odczuciu, niezasłużonymi negatywnymi reakcjami po odsłuchach współrozmówców. Dlaczego? Otóż słowem kluczem jest fraza „konfiguracja”. Uwierzcie mi, zespoły głośnikowe spod znaku Triangle’a naprawdę są dość łatwym do oswojenia zwierzęciem. Owszem, jeśli ktoś nakarmi je mocnym, a przy tym idącym drogą neutralności z naciskiem na sterylność tranzystorem, porażkę ma jak w banku. Tymczasem wystarczy zadbać o fajną lampkę lub tak jak w moim przypadku kolorowo grający tran z odpowiednio dobranym okablowaniem, aby nagle malowany francuskimi głośnikami świat stał się atrakcyjny również dla tak kochającego soczyste granie osobnika jak ja. Niemożliwe? Jeśli tak twierdzicie, nawet nie wiecie, w jakim błędzie jesteście. Naturalnie dźwięku brytyjskiej szkoły typu Harbeth, czy Spendor z tego nie zrobicie, ale z pewnością nie powiecie, że są krzykliwe czy bezduszne. Zatem jakie? Proszę bardzo. Otóż przy naprawdę odrobinie przedtestowych starań uzyskałem w domenie neutralności, dzięki unikaniu przesadnego koloryzowania przełomu środka z basem szybkie i energetyczne, ale przyjemne w odbiorze granie. Było lżej i mniej eufonicznie niż mam na co dzień (tutaj chcę przypomnieć, iż osobiście lubię nieco przerysowany dźwięk), ale trudno mieć pretensję, że kolumna gra w wykreowany przez lata produkcji, a przez to poszukiwany przez wielu zwolenników, idący raczej w stronę neutralności niż zbytniego podgrzewania wydarzeń sposób. Ważne jest, że robi to w adekwatny dla zajmowanej w cenniku pozycji jakości, która w przypadku modelu Magellan Quatuor jest na niezwykle wysokim poziomie. I chyba nikt z Was nie będzie zdziwiony, gdy jako pierwszy w procesie opiniowania francuskich panienek wystąpił krążek zespołu Metallica. Tak, to jest kompilacja z sekcją muzyków symfonicznych, ale nie oszukujmy się, gdy artyści zapragnęli nieco mocniej wyrazić swoje emocje, bez odpowiedniego rysunku, czytaj wyraźnej kreski źródeł pozornych wespół z konieczną szybkością i energią poszczególnych akordów nie uzyskalibyśmy wrażenia, że mamy do czynienia z muzyką buntu. Ukulturalnioną zestawem instrumentów klasycznych, ale jednak w swoim przekazie mającą pokazać pazur w stylu kultowego filmu „Psy” Pasikowskiego, a nie nadal mającej w sobie wiele piękna, jednak stawiającej na delikatne rozwadnianie pakietu danych powieści Elizy Orzeszkowej „Nad Niemnem”. Gdy wymagał tego materiał, perkusja z szybkością bolidów F1 nadawała rytm odgrywanych na scenie wydarzeń, a gdy muza opiewała na współpracę sekcji kontrabasów z mocnymi gitarowymi pasażami, wszyscy w domenie wyrazistości rozlokowania ich na wirtualnej scenie w wektorach szerokości i głębokości zawieszeni byli wręcz książkowo. A trzeba dodać, że dzięki smukłości kolumn, kreowany przez nie świat bez najmniejszych problemów pokazywał nawet najdalej oddalone od frontmena symfoniczne formacje. W bardzo podobnym odbiorze wypadała muzyka jazzowa z mojej ulubionej wytwórni ECM. To jest label w swoich wyborach muzycznych bardzo mocno preferujący małe składy. Ale nie dlatego, że nie potrafią poradzić sobie z nagraniem większej liczby muzyków, tylko mocną stroną jazzowego trio, lub kwartetu, jest swobodne operowanie fantastycznie wprowadzającą słuchacza w odpowiedni stan świadomości ciszą. Tak tak, umiejętnie dozowana cisza jako taka jest pełnoprawną częścią podobnych składów i gdy zrozumie się, o co w takiej twórczości chodzi, może okazać się, iż w dotychczas swych wyborach muzycznych mocno błądziliśmy. Jednak w zrozumieniu tego fenomenu niezbędny jest potrafiący pokazać go zestaw audio, w którego ideę w moim mniemaniu bez najmniejszych problemów wpisują się tytułowe kolumny. Pełna kontrola niskich rejestrów, a co za tym idzie bardzo konturowe występy mających swoje pięć minut kontrabasów i wyraziste, pokazujące najdrobniejsze muśnięcie blach perkusisty wysokie tony były idealnymi środkami do wejścia w wymagany przez muzyków stan jej odpowiedniej percepcji. Bez takich umiejętności podobne pozycje płytowe brzmią nijako, zaś Triangle ze swoimi cechami wydają się być wręcz poszukiwanymi. Ok. dotychczas muzyka wypadała niezwykle przekonywująco, ale czy ze wszystkimi gatunkami jest równie idealnie? I tutaj właśnie zaczynają wychodzić nasze preferencje, gdyż w momencie utożsamiania się z nurtem mocnego kolorowania wydarzeń na scenie możemy mieć nieco inne oczekiwania. Ale zaznaczam, po odpowiedniej konfiguracji nie będzie to problem wyboru pomiędzy złym a dobrym graniem, tylko nieco inaczej usytuowanym punktem ciężkości w zakresie wysycenia średnicy i według mnie tylko niej, bowiem reszta jest znakomita. Jaki materiał mi to pokazał? Każdy z wokalizą, choćby pochodząca z Bałkanów Amira Medunjanin ze swoim krążkiem „Damar” . Całość w materiału w kwestii rozdzielczości i lokalizacji w eterze wypadała znakomicie, a jedyną mogącą wejść nieco mocniej w estetykę gładkości i nasycenia dźwięków składową muzycznego konglomeratu była fantastyczna wokalistka. Ale zaznaczam, pani Amira nie krzyczała, tylko w moim odczuciu była zbyt zwiewna, co jak to zwykle bywa w dużym stopniu uzależnione jest od naszych oczekiwań. Jak ocenicie to Wy, musicie sprawdzić sami.

Poprzedni test kolumn matki Triangle sprawił, że aplikując w swój tor audio oceniany tym razem model Magellan Quatuor widziałem, co należy zrobić, aby bez zbędnego błądzenia od razu przejść do głębokiej analizy oferty dźwiękowej. Wystarczyło zadbać o muzykalne wzmocnienie i gęste okablowanie, aby całkowicie zdewaluować przyklejone Francuzkom opinie nazbyt ofensywnych. Naturalnie wykończone w fortepianowej bieli panny nadal wykazywały się mocnym przywiązaniem do szybkości i wyrazistości przekazu, ale to był już ich atut, a nie problem. Czy są to kolumny dla całej populacji miłośników muzyki? Szczerze? Mimo, że w opiniowanie sprzętu audio bawię się już kilka lat, jeszcze takich bez względu na cenę nie znalazłem. Dlatego też mogę powiedzieć tylko jedno, jeśli cenicie w muzyce energię, szybkość i idealne ogniskowanie muzyków na scenie, tytułowe piękności są idealnymi kandydatkami. Jednak po raz kolejny przypominam o odpowiednim dla nich towarzystwie, gdyż zlekceważenie jego składu zakończy się spektakularną porażką, a nie dźwiękiem na lata. Ja mimo codziennego celowania w bardziej podgrzaną estetykę grania mojego zestawu audio, te kilkanaście dni z divami z nad Loary wspominam bardzo przyjemnie.

Jacek Pazio

Opinia 2

Próbując zagrać w nieco zmodyfikowaną wersję, całkiem popularnego jeszcze jakiś czas temu, edukacyjnego zabijacza czasu, czyli państwa – miasta i prosząc zorientowanych w temacie interlokutorów o wymienianie znanych im marek audio z danego kraju, z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem możemy założyć, iż pytając o Francję usłyszymy jeśli nie w pierwszej, to już na pewno w drugiej kolejności nazwę Triangle. Jest to niezbity dowód na to, że ponad 35-letnie starania w dostarczaniu odbiorcom możliwie wiernego granej na żywo muzyce ładunku emocji i precyzji nie poszły na marne. Tym bardziej, że francuskie kolumny pojawiają się praktycznie w każdym przedziale cenowym i to począwszy od przystępnej „budżetówki” w postaci linii Plaisir, po reprezentowany przez topowe Magellany ekstremalny High-End. Jest zatem w czym wybierać, jednak sięgając po dowolnego przedstawiciela powstających nieopodal Soissons – w Villeneuve-Saint-Germain, kolumn możemy mieć jednocześnie pewność, że witalność i spontaniczność nie będą reglamentowane. Co prawda, o słuszności tej tezy zdążyliśmy się już przekonać przy okazji testu wieńczących linię Signature modelu Alpha, lecz jak to zwykle z ludzką naturą bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności goszczenia, środkowego pod względem gabarytów, członka najwyższej serii Magellan, czyli Triangle Magellan Quatuor.

Pomimo pozornych podobieństw do wspominanych na wstępie Alph, będące przedmiotem niniejszej recenzji Quatuory, to jednak zupełnie inna i zarazem niezaprzeczalnie wyższa liga. Pomijając bowiem zbliżone gabaryty i pulę wykorzystanych przetworników, mamy do czynienia z nieco bardziej przemyślanym, stonowanym projektem plastycznym. Oczywiście to wyłącznie moje, prywatne a tym samym wybitnie subiektywne zdanie, ale właśnie poprzez pewne niuanse, całość wydaje mi się bardziej wysmakowana i mniej ofensywna wzorniczo. O co chodzi? Między innymi o klasyczny, a zarazem spójny układ przetworników, pod którymi wygospodarowano miejsce dla eleganckiej, grawerowanej i wypolerowanej na lustro tabliczki znamionowej, a tuż przy samej podłodze wylot kanału bas – refleks. Drobiazg? Oczywiście, ale w Alphach ów szyldy zlokalizowano mniej więcej na wysokości wzroku słuchaczy, którzy chcąc nie chcąc odbijali się w nich niczym w krzywym zwierciadle, co dla części z nich mogło być nieco deprymujące i skłaniające do założenia na kolumny maskownic, co z kolei wiązało się niewielkim, bo niewielkim, ale jednak kompromisem brzmieniowym. Przy Quatuorach takie kombinacje alpejskie nie będą konieczne. W zamian za to, patrząc od góry, mamy dwie najnowszej generacji, wspomagane tubkami, kopułki TZ2900 GC (druga znajduje się na ściance tylnej) z charakterystycznymi, przypominającymi nabój karabinowy, korektorami fazy i pojedynczego średniotonowca o niezwykle łatwym do zapamiętania symbolu T16GMF100-THG06. Jego membranę wykonano z włókien celulozowych a zawieszenie oparto na impregnowanych włóknach lateksowych uformowanych w kształt dwóch połówek fali sinusoidalnej. Powyższy set otrzymał dedykowaną, zamkniętą komorę a obecność tylnego tweetera ma na celu bipolarne, symetryczne rozpraszanie dźwięku w ramach systemu DPS drugiej generacji, który z kolei wspomaga system poprawiający zgodność fazową głośników RPC. Obsługujące dół pasma trzy 16 cm basowe T16GM-MT15-GC2 mogą się z kolei pochwalić odlewanymi z aluminium koszami i kanapkowymi membranami, w których pomiędzy dwoma warstwami włókna szklanego znalazła się warstwa strukturalnej celulozy do złudzenia przypominająca plater miodu. W układzie napędowym znajdziemy 4-warstwowe cewki, które zapewniają liniową pracę nawet z dużymi, sięgającymi ± 7mm skokami.
Kilka słów wypadałoby również poświęcić samym obudowom, których lekko wypukłe ściany boczne skutecznie zapobiegają tworzeniu się wewnątrz fal stojących a gęste wzmocnienia w formie kratownic zapewniają potwierdzoną akcelerometrycznie sztywność. Gniazda głośnikowe są podwójne i niezwykle solidne, co szalenie ułatwia sprawę nawet przy opasłym okablowaniu. Dla poprawienia stabilności kolumny spoczęły na masywnych cokołach, lecz w przeciwieństwie do konkurencji, zamiast pozostać jedynie na tym jednostopniowym sposobie odsprzęgania od podłoża, Francuzi wzbogacili układ o umiejscowiony tuż pod przednią ścianką pokaźnych rozmiarów stożek. Wbrew pozorom jego zasada działania jest bardzo prosta i choć producent używa autorskiej nomenklatury (SPEC – Single Point Energy Conduction) opisującej technologię ograniczającą przenoszenie wibracji ze ścian i podłogi pomieszczenia na kolumny i w odwrotnym kierunku, to tak naprawdę chodzi o przesunięcie środka ciężkości z cokołu na ów kolec, który łączy się z podłożem tylko w jednym punkcie a tym samym nie przenosi drgań z i do kolumny.
Jakość 12 warstwowej powłoki lakierniczej nie budzi najmniejszych zastrzeżeń, choć tak po prawdzie, nie możemy doczekać się chwili, gdy w końcu dotrą do nas Triangle w naturalnej mahoniowej okleinie a nie sterylnej bieli – jak niniejsze, bądź smolistej czerni, jak to miało miejsce w przypadku Alph.

To wszystko jednak w pewnym stopniu niezbyt istotne technikalia, które choć leżą u podstaw finalnego brzmienia, to podczas podejmowania decyzji o zakupie konkretnego modelu są co najwyżej ciekawostką, o której uczynny sprzedawca nie omieszka nas poinformować a my kurtuazyjnie wykażemy umiarkowane zainteresowanie. W końcu nie od dziś wiadomo, że w przypadku nieumiejętnej aplikacji nawet najlepsze przetworniki nie mają prawa zagrać na miarę swoich możliwości. A jak jest w Trianglach?
Cóż, mając na uwadze fakt, iż w Quatuorach zastosowano wyłącznie autorskie drajwery, czyli takie, których ze świecą szukać u konkurencji, szans na jakiekolwiek porównania nie ma, no chyba, że w obrębie samych Magellanów. Całe jednak szczęście, wcale nie musieliśmy szukać nijakich wymówek i tłumaczeń, gdyż po około tygodniowej rozgrzewce (w przypadku Triangli proces ten ma równie fundamentalne znaczenie, co w przypadku konstrukcji opartych na Accutonach) pomimo usilnych prób, nie za bardzo mieliśmy się do czego przyczepić. Oczywiście dla osób postronnych taka informacja może spowodować, iż zaczną nas postrzegać jako dwóch roszczeniowych szukających przysłowiowej dziury w całym tetryków, lecz proszę wziąć od uwagę, że ostatnimi czasy mieliśmy prawdziwą „klęskę urodzaju” konstrukcji głośnikowych z przedziału 200 – 400 kPLN i przesiadka z takich cudeniek na coś zdecydowanie bardziej przystępnego cenowo może, choć w cale nie musi, wywoływać pewien niedosyt. Istotny przekaz powyższego wywodu jest zatem taki, że Triangle owego niedosytu nie powodowały. Powiem nawet więcej – ich odsłuch okazał się nader przyjemny, gdyż natywna zadziorność i „charakterność”, z jaką utożsamiane są zazwyczaj francuskie kolumny, wzbogacono odpowiednim wyrafinowaniem i klasą. Iście wybuchowy album „Flamenco” Pepe Romero został oddany z właściwą dynamiką i impetem. Uderzenia obcasów o posadzkę brzmiały jak wystrzały i pół żartem pół serio można byłoby uznać, iż widać było kurz unoszący się po każdym tupnięciu. Triangle bowiem okazały się piekielnie szybkimi kolumnami niemającymi najmniejszych problemów zarówno z oddaniem wirtuozerskich partii gitarowych, jak i właśnie nieodzownego we flamenco wybijania rytmu nogami. Co istotne, wbrew naszym obawom, czy aby bateria trzech basowców równoważona parą tweeterów, nie spowoduje podkreślania skrajów reprodukowanego pasma, całość prezentowana była nad wyraz liniowo a pracująca na ścianie tylnej tytanowa kopułka czuwała jedynie nad głębią sceny i stabilnością planów na niej obecnych, bez tendencji do podkreślania sybilantów, bądź też wyciągania na pierwszy plan detali tam ewidentnie niepasujących.
W roli kolejnej pozycji testowej wykorzystałem „audiofilską”, wydana przez Linna, płytę „Notes From A Hebridean Island” będącą swoistym papierkiem lakmusowym pod względem kultury pracy wspomnianej sekcji wysokotonowej. Bowiem o ile wykorzystane instrumentarium może nie należy do najłagodniejszych (piskliwe dudy), to już rejestry, na jakich operują siostry Mackenzie, potrafią w niezbyt zrównoważonych systemach, nie tylko zdjąć kamień nazębny, ale i porysować szkła okularów. Tymczasem na Quatuor-ach słychać było dosłownie wszystko, lecz bez nawet najmniejszych oznak wyostrzenia, czy też ziarnistości. Rozdzielczość szła w parze z gładkością a całość przyprószona została drobinkami złota, przez co od czasu do czasu można było wyłowić o słodkich refleksach.
Gęsta i wymagająca klasyka również zabrzmiała wybornie. Nagrane dość daleko „Symphonien No. 5 & No. 7” Ludwiga van Beethovena (Carlos Kleiber / Wiener Philharmoniker) zyskały na namacalności i realizmie. Zniknęła delikatna mgiełka oddzielająca słuchaczy od orkiestry a gradacja planów nabrała klarowności. O prawidłowym rozciągnięciu pasma, czy oddaniu potęgi wielkiego aparatu wykonawczego nie ma nawet co pisać, gdyż w tym przypadku wszystko jest na tip – top. Nawet włączone dla ostatecznego podsumowania „Rhapsodies” Leopolda Stokowskiego nie były w stanie wprawić Triangli w zakłopotanie i to na iście koncertowych poziomach głośności. Jednak nie tu należy upatrywać potencjału francuskich podłogówek, bo głośno większość konstrukcji gra zdecydowanie lepiej niż cicho, o ile oczywiście dostaną do dyspozycji odpowiednią amplifikację. Triangle natomiast fenomenalnie sprawdzały się również przy cichych wieczorno-nocnych nasiadówkach, gdy zamiast ilości decybeli, liczyła się przede wszystkim ich jakość. Nie tracąc nic a nic z rozdzielczości uparcie dostarczały tę samą dawkę informacji, więc nie trzeba było uciekać się do poszukiwania pokrętła contur/loudness o ile takowe posiadamy. Wystarczy bowiem sięgnąć po coś w stylu „Pavane For A Dead Princess” Steve Kuhn Trio by momentalnie się zorientować, że jeśli tylko jesteśmy „nocnymi Markami”, to obok tytułowych Triangli nie powinniśmy przejść obojętnie. Blask fortepianu, skrzenie się blach i gęste a zarazem świetnie zróżnicowane brzmienie kontrabasu nie zmieniają się nawet jotę, a my mamy spokojne sumienie, że nie pobudzimy smacznie śpiących za ścianą domowników.

Triangle Magellan Quatuor może nie są tanie, lecz biorąc pod uwagę, iż spokojnie można je uznać za spełnienie większości audiofilskich marzeń a jednocześnie zaprzeczenie większości stereotypowych opinii o nieco łobuzerskim charakterze wysokich tonów oferowanych przez francuskiego wytwórcę. Tutaj perfekcja pod względem komunikatywności idzie w parze z gładkością i homogenicznością przekazu, więc jeśli tylko nasz system nie ma tendencji do szeleszczenia powinniśmy być z Quatuorami w torze co najmniej zachwyceni.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Rafko
Cena: 75 995 PLN

Dane techniczne:
Konstrukcja: 3-drożna, 6-głośnikowa
Głośniki wysokotonowe: 2 x TZ2900 GC
Głośniki średniotonowe: T16GMF100-THG06
Głośniki niskotonowe: 3 x T16GM-MT15-GC2
Skuteczność: 90 dB/W/m
Pasmo przenoszenia: 33 Hz – 20 KHz (+/- 3 dB)
Moc ciągła (RMS): 260 W
Moc szczytowa: 500 W
Maksymalne ciśnienie akustyczne (SPL Max): 113 dB
Impedancja nominalna: 8 Ω (min 3 Ω)
Częstotliwości podziału : 400 Hz (12 dB/Oct), 2800 Hz (24 dB/Oct)
Wymiary (W x S x G): 1338 x 423 x 371 mm
Waga: 45 kg/szt

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Triangle

Triangle Magellan Quatuor
artykuł opublikowany / article published in Polish

Po nad wyraz miłym spotkaniu  z przedstawicielkami francuskiej wyższej klasy średniej, czyli Trianglach Signature Alpha , przyszła pora na prawdziwą arystokrację, czyli Magellany Quatuor.

cdn. …