Tag Archives: wzmacniacz lampowy


  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. wzmacniacz lampowy

Rogue Audio Cronus Magnum III

Opinia 1

Zacznę nieco filozoficznie od dość oczywistego stwierdzenia, że życie to sztuka ciągłych wyborów. Z jednej strony kuszą nas bowiem bezpieczne krągłości zunifikowanych brył, wszechobecna biel i „ekologiczna” cyfrowość studyjnych apartamentów, by po chwili łapać za oko steampunkowym bogactwem, bursztynową poświatą rozżarzonych lamp, szlachetną patyną i „artystycznym” klimatem tonących w półmroku loftów. Oczywiście najlepiej byłoby prowadzić żywot w dwóch równoległych czasoprzestrzeniach i w zależności od okoliczności i własnego widzimisię przeskakiwać z jednej rzeczywistości do drugiej. Jednak nie ma co się łudzić, takie cuda zapewniają jedynie wysokobudżetowe hollywoodzkie superprodukcje, bądź trafienie kumulacji w Totka, a nam pozostaje bądź to rzut monetą, bądź twarde negocjacje ze Strażniczką Domowego Ogniska odnośnie tego, czy aby nasze wymarzone kolumny nie zaburzą pieczołowicie komponowanego feng shui salonu. Nie da się też być w dwóch miejscach jednocześnie, choć pozornie ledwo odrosłe od ziemi małoletnie pociechy nader skutecznie naginają ową zasadę, i pomimo najszczerszych chęci nie da się wszystkiego, co tylko pojawia się na rynku, bądź chociażby w interesującym nas segmencie, przesłuchać, opisać a gdy tylko nam się spodoba … kupić. Takie życie. Dlatego też nawet usilnie starając się nie wypaść z obiegu co jakiś czas łapiemy się na tym, że coś nam umyka, czegoś może nie tyle nie zauważyliśmy, co w natłoku informacji i ciągłych bodźców nie zatrzymało na tyle naszej atencji, żeby trafić na redakcyjny tapet i pograć przez tydzień, dwa, bądź nawet dłużej. Tak też było w przypadku naszego dzisiejszego gościa, który pomimo świadomości o jego istnieniu krążył na tak odległej orbicie, że dopiero na skutek impulsu – pytania ze strony dystrybutora – łódzkiego Audiofastu, czy przypadkiem pomiędzy jednym a drugim ultra high-endowym uniesieniem nie mielibyśmy ochoty pochylić się nad czymś dla „zwykłych śmiertelników” uznaliśmy, że wskazane byłoby nadrobić nader poważne zaległości w tej materii. Zaległości? Jak najbardziej, gdyż będący bohaterem niniejszej epistoły zintegrowany wzmacniacz lampowy Rogue Audio Cronus Magnum III to już czwarta odsłona amerykańskiego „łobuziaka” (rogue po angielsku oznacza właśnie łobuza). Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy, wiec nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Państwa na kilka wybitnie subiektywnych refleksji o ww. konstrukcji.

Pół żartem półserio można stwierdzić, iż Cronus Magnum III swą aparycją nawiązuje do czasów gdy prawdziwi mężczyźni pachnieli koniem, whisky i cygarami, bolidy F1 oklejone były reklamami firm tytoniowych, a do naprawy samochodu wystarczył śrubokręt, młotek i … nożyce do blachy. Najwidoczniej jednak w Stanach taka estetyka ma jakieś uwarunkowania genetyczne a przy tym nie cierpi na brak zainteresowania ze strony nabywców, gdyż równie „męski” design od lat z powodzeniem kultywuje pod kierownictwem … „Tube Chick” czyli EveAnny Manley jedna z najbardziej charakterystycznych marek – Manley Laboratories. W przypadku naszego bohatera sprawa jest prosta – co z oczu, to z serca. Dość płaski, pokryty czarnym lakierem korpus zdobi solidny płat szczotkowanego aluminium na froncie. Znajdziemy na nim, patrząc od lewej, włącznik główny, dość intensywna błękitno-fioletową diodę informująca o pracy wzmacniacza, czujnik IR, centralnie umieszczone gniazdo słuchawkowe 6,3mm, i trzy toczone aluminiowe gałki – dwie mniejsze (selektora źródeł i balansu), i jedną nieco większą – regulację głośności. Oba dolne narożniki okupują nazwa producenta i oznaczenie modelu. Nad wyraz oryginalnie prezentuje się za to płyta górna, gdzie zarówno mniejsze lampy, jak i usytuowane wzdłuż tylnej krawędzi niczym nieosłonięte trafa wpuszczono w korpus. I tak pierwszą linię „okopów” zajmuje drużyna słowackiego JJ-a, czyli pracująca w stopniu wejściowym para podwójnych triod ECC803S (12AX7), w przedwzmacniaczu ECC802S (12AU7), a w stopniu sterującym ECC82(12AU7). Z kolei pracujący w trybie push-pull stopień wyjściowy to już klasyczna kwadra tetrod KT120 rosyjskiego Tung Sola. Z racji braku układu auto-bias na płycie górnej wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźny analogowy wskaźnik prądu spoczynkowego lamp mocy i intuicyjny, ukryty pod zakręcaną klapka, układ kalibracji. Ściana tylna, z racji swojej nad wyraz ograniczonej przestrzeni zawiera tylko to, co konieczne. Obie flanki okupują pojedyncze, dość blisko siebie osadzone, a przez to wymagające uwagi przy aplikacji widełek, terminale głośnikowe Cardasa, przełącznik trybu pracy lamp mocy pomiędzy ultralinearnym i triodowym, cztery pary wejść liniowych z których pierwsza dedykowana jest wkładkom gramofonowym (nie zabrakło oczywiście zacisku uziemienia), i dwie pary wyjść liniowych (stało i zmiennopoziomowe). Wyliczankę zamyka gniazdo zasilania IEC i zakręcana komora bezpiecznika.
I tutaj, korzystając z okazji, pozwolę sobie na kilka uwag natury użytkowej. Chodzi bowiem o to, iż choć producent deklaruje, i de facto zapewnia, obsługę kolumn zarówno 4, jak i 8 Ω, to wzmacniacz fabrycznie dostarczany jest w konfiguracji dedykowanej łatwiejszemu obciążeniu. Jeśli takowe posiadamy, to jesteśmy przynajmniej pół godziny do przodu, jeśli jednak postanowiliśmy Cronusa „ożenić” z 4 Ω to … chciał, nie chciał trzeba będzie dostać się do trzewi wzmacniacza usuwając „zaledwie” 14 śrub mocujących pokrywę górną i zamienić biegnące do terminali głośnikowych stosowne przewody. Nie czas i nie miejsce na dokładne przepisywanie instrukcji obsługi, gdzie cały proces jest nader skrupulatnie – krok po kroku opisany. Jednak od razu Państwa uspokoję – jeśli tylko ktoś nie posiada dwóch lewych kończyn górnych, to spokojnie da sobie z tym radę, a jeśli nie czuje się na siłach, to temat od ręki załatwi dystrybutor. Przedstawicielom pierwszej grupy w ramach podpowiedzi jedynie podam, że 8Ω przewód jest zielony i oznaczony 8-ką a dedykowany 4Ω obciążeniu żółty i oznaczony 4-ką.
Skoro mamy już potocznie mówiąc rozbebeszoną integrę na stole warto skorzystać z okazji i zweryfikować ustawienia zaimplementowanego phonostage’a. Tak, tak, ich również dokonujemy „pod maską”. Jednak tym razem obędzie się bez śrubokręta, gdyż wystarczy wybrać odpowiednią kombinację hebelków w dwóch DIP switchach (S55 i S57) zgodnie z tabelą zamieszczoną w instrukcji. Fabrycznie wzmacniacz dostarczany jest ze wzmocnieniem ustawionym na 45dB i impedancją 47 K. A właśnie, ku pamięci. Ze śrubokrętem, o ile tylko nie szukamy mocnych wrażeń, czyli nie chcemy zbyt szybko zwolnić miejsce na tym ziemskim łez padole, do Roque można podchodzić co najmniej po 30 minutach od jego wyłączenia. Po powyższej rozgrzewce śmiało możemy uznać, że z kalibracją lamp poradzimy już sobie zupełnie bezstresowo, gdyż aby tego dokonać nawet nie trzeba będzie zdejmować pokrywy górnej a jedynie odkręcić (nawet gołymi rękoma) niewielką klapkę usytuowaną tuż za a parą 120-ek obsługujących prawy kanał. Pod nią znajdziemy komorę z dedykowanymi każdej z lamp mocy przełącznikami i odpowiadającymi im potencjometrami. Aby sprawdzić i ewentualnie skorygować ustawienie, należy przestawić przełącznik w pozycję „set”, co powinno „obudzić” znajdujący się na płycie górnej wskaźnik. Zalecana wartość dla wszystkich lamp mocy to około ~ 35 mA, więc jeśli któraś z baniek miałaby inne parametry należy doprowadzić ją do porządku z użyciem schowanego za trafem zasilającym śrubokrętu Vishay. Po dokonaniu korekty przestawiamy przełącznik w pozycję „use”. Zgodnie z zaleceniami producenta powyższą operację przeprowadzamy na włączonym i dobrze rozgrzanym wzmacniaczu, co lepiej wykonywać za dnia i w skupieniu. W przeciwnym razie w powietrzu może być wyczuwalna woń pieczonego kurczaka a my przez kilka dni będziemy ćwiczyli wykonywanie większości czynności drugą, czyli nie tą co zazwyczaj, ręką. Całe szczęście opcjonalnie dostępny jest również dedykowany pilot pozwalający na regulację głośności i wyciszenie, więc nawet jedna ręka powinniśmy sobie z obsługą tytułowego wzmacniacza poradzić.

Tym razem, w części poświęconej brzmieniu dość niestandardowo pozwolę odwołać się na wstępie do … instrukcji obsługi, w której można natrafić na kilka dość oczywistych dla zorientowanych w temacie i zarazem bolesnych dla kablosceptyków informacji w stylu zasadności używania wysokiej klasy okablowania, które mówiąc wprost robi różnicę („Be sure to use high quality interconnect cables – they do make a difference”). Banał? W tym akurat wypadku raczej nader czytelna wskazówka dla wszystkich tych, którzy dokonując zakupu konkretnego urządzenia chcą z niego wycisnąć maksimum możliwości. Piszę o tym z pełną świadomością i w dobrej wierze, gdyż mówiąc zupełnie wprost dawno nie dane mi było używać urządzenia w tak czytelny i bezpardonowy sposób dającego mi do zrozumienia z czym będzie miało ochotę grać, a z czym będzie męczyło się i przy okazji mnie. Co ciekawe, wyszło w „praniu”, że o ile kwestię połączeń sygnałowych udało mi się załatwić praktycznie od razu za pomocą interkonektów Tellurium Q Silver Diamond i głośnikowych Vermöuth Audio Reference, choć akurat tutaj nawet śmiesznie tanie Tellurium Q Blue wypadły nadspodziewanie dobrze, to najwięcej zabawy miałem z przewodem zasilającym. Okazało się bowiem, iż moja dyżurna i z reguły w 99% sprawdzająca się z amplifikacjami najprzeróżniejszej proweniencji Gargantua II działa niczym może nie tyle kotwica, co wielka opona wykorzystywana w treningach wytrzymałościowych, nader zauważalnie spowalniająca przekaz, a z kolei Organic Audio Original odciskał na całości zbyt romantyczną sygnaturę, która może i mogła się podobać, jednak po 100W amerykańskiej lampie oczekiwałem nieco więcej adrenaliny. Finalnie skończyło się na NanoFluxie Furutecha. Kabel zasilający w cenie wzmacniacza? Zdaję sobie sprawę, że to czyste szaleństw, jednak skoro właśnie w takiej konfiguracji Rogue Audio zagrał tak, jak mi się najbardziej podobało, to nie widziałem większego sensu silenia się na „polityczną poprawność” i szukania czegoś tańszego, li tyko w celu sztuki dla sztuki, bądź spolegliwości antykablarskiemu lobby. Nie widzę jednak najmniejszego powodu do nakłaniania kogokolwiek do takich kroków, więc jak ktoś chce, to może użyć nawet odpowiednio zakonfekcjonowanego przewodu od prodiża.

Wróćmy jednak do clue, czyli do tego, jak Cronus Magnum III gra, bądź jak może zagrać. Otóż już od pierwszych taktów słychać jego amerykańskie korzenie. Tutaj nie ma miejsca na eteryczne rozmarzenie, impresjonistyczne plamy i oniryczne niezdecydowanie. Dlatego też, choć małych, kameralnych, barokowych składów, bądź niespiesznego jazzu w stylu „New York Days” dream temu w składzie: Enrico Rava, Stefano Bollani, Mark Turner, Larry Grenadier, Paul Motian, da się słuchać, szczególnie w trybie triodowym, o czym dosłownie za chwilę, to wodą na młyn amerykańskiego lampowca są wszelakie odmiany Rocka. Począwszy od zelektryfikowanych i akustycznych poczynań Whitesnake („Unzipped”), poprzez grunge’owy i szalenie eklektyczny „Superunknown (20th Anniversary)”  Soundgarden, po ekstrema w stylu „World Painted Blood” Slayera każdy riff, uderzenie perkusisty i mocniejsze zaakcentowanie partii wokalnych, dostają takiego kopa jakby jeszcze nikt nie słyszał o nurcie „emo” a za małolitrażową nadal uznawałoby się 3,5 litrową, 253-konną wersję Dodge’a Chargera. Piękne czasy, czysta radość z grania i spontanicznego wyrykiwania wszystkiego tego, co nas nazwijmy to możliwie delikatnie „wytrąca z równowagi”. Liczy się tylko tu i teraz. Emocje górują nad misternym budowaniem przestrzennych instalacji a pierwszy plan nad ewentualnymi ozdobnikami w tle. Nie oznacza to bynajmniej, że Rogue Audio spłaszcza scenę, bądź wszystko gra na jedno kopyto, lecz jedynie wskazówkę, iż jest to piec raczej dla lubiącego od czasu do czasu połomotać melomana i fana cięższych klimatów, aniżeli zmanierowanego audiofila puszczającego w kółko trzy posiadane samplery. Generalnie równowaga tonalna może nie tyle jest przesunięta nieco w dół, co właśnie na przełomie dołu i średnicy skupiona, przez co automatycznie odbieramy przekaz jako niezwykle rytmiczny, o zaraźliwej motoryce i intensywności wskazującej na dodatek substancji psychoaktywnych. W dodatku nawet zazwyczaj nieco chudsze, czy też wręcz irytujące dość natarczywą górą nagrania z amerykańskim piecem w torze dostają nawet nie drugą szanse, co drugą młodość. Zamiast cykać anorektycznymi blachami i popiskiwać chropawymi „końcówkami” riffów wolą przyłożyć średnicą i dokopać basem, co też czynią z wielką ochotą. Proszę się jednak nie martwić o górę, która cały czas jest i odzywa się kiedy trzeba, jednak z roli przewodniej i swoistego wabika w tym wydaniu bliżej jej do przysłowiowej wisienki na torcie i oczywistego zwieńczenia całości a nie dominanty.
Przy nieco spokojniejszym i wyrafinowanym repertuarze warto przestawić Cronus Magnum III w tryb triodowy, dzięki czemu zdejmiemy nieco „nogę z gazu” i oprócz wiatru we włosach (w większości przypadków co najwyżej na klacie) będziemy mieli okazję skupić się na nieco po macoszemu traktowanych do tej pory niuansach, mikro-wybrzmieniach, czy wręcz grze ciszą, więc bez większych obaw można w tym momencie wrócić do „New York Days”, „Same Girl” Youn Sun Nah, czy nawet „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda. Nasz tytułowy „łobuziak” pokaże wtedy nieco więcej ogłady i dobrych manier. Zamiast kopać słuchaczy po nerkach pozwoli w pełni wybrzmieć akustycznemu instrumentarium pod klasztornym sklepieniem, nader wiernie odda gabaryt kontrabasu z zachowaniem równowagi pomiędzy udziałem strun i pudła rezonansowego a nawet pracy ręki muzyka na jego bezprogowej podstrunnicy.

W ramach krótkiego podsumowania śmiało możemy stwierdzić, że Rogue Audio Cronus Magnum III w trybie ultralinearnym gra tak, jak wygląda. Jest mistrzem bezpośredniości i wszędzie tam, gdzie liczy się drajw i wykop odsadza większość konkurentów. Jeśli jednak w jego brzmieniu będziemy chcieli odnaleźć nieco więcej uwagi i skupienia na reprodukowanym materiale, to powinniśmy spróbować jego triodowego oblicza. Eteryczności 300B, bądź 2A3 raczej z niego nie wyciśniemy, jednak sama szansa na dopasowanie jego walorów brzmieniowych do naszego nastroju i konkretnego repertuaru wydaje się nad wyraz kusząca.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp; Musical Fidelity M6 Vinyl; RCM Audio Sensor 2 Mk II; Thrax Trajan
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli coś jest amerykańskie, to z reguły musi być duże i zazwyczaj mocarne. To oczywiście nie jest standardem, ale bardzo często przynajmniej któryś aspekt – nawet w segmencie audio – jest myślą przewodnią produktów pochodzących z tamtego landu. Podobnie sytuacja ma się w odniesieniu do punktu zapalnego dzisiejszego spotkania. Powiem więcej, bez naciągania faktów, patrząc na europejską konkurencję, tytułowy Amerykanin swobodnie prezentuje obydwa wyartykułowane przed momentem atrybuty swojego pochodzenia. Może nie w jakiś ekstremalnych wartościach, ale z pewnością mieści się w racjonalnych widełkach. O kim mowa? O pochodzącej zza wielkiej wody marce Rogue Audio, w dostępności której na naszym rynku niestety dobrze orientuje się niezbyt duża grupa melomanów. Jaki jest powód takiej sytuacji, nie mam pojęcia, ale po testowej przygodzie z jednym z jej lampowych wzmacniaczy zintegrowanych trochę się dziwię, gdyż oferując sporą moc, oczywiście jak na konstrukcję lampową, jak i adekwatne gabaryty, ów piecyk nie zagubił tak ważnych dla swojego rodowodu aspektów dźwięku. Dlatego też po kilkunastu dniach przyjemnie spędzonego czasu przy muzyce mam przyjemność zaprosić zainteresowanych na kilka akapitów o opartym o szklane bańki wzmacniaczu z funkcją obsługi słuchawek i phonostage’a Rogue Audio Cronus Magnum III, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się łódzki Audiofast.

Jak pokazują fotografie Cronus Magnum, w kwestii wyglądu jest powieleniem typowego dla tego typu produktów, umieszczenia układów elektrycznych w stosunkowo płaskiej obudowie będącej zarazem platformą dla wyeksponowanych nie tylko w celach wentylacyjnych, ale przede wszystkim designerskich, lamp elektronowych i transformatorów wyjściowych. Rozpoczynając opis budowy od awersu, ten w wyniku znakomitej funkcjonalności testowego egzemplarza na stosunkowo niskiej połaci oferuje użytkownikowi patrząc od lewej strony: okrągły włącznik, mieniącą się błękitem diodę informującą o pracy urządzenia, odbiornik fal z pilota zdalnego sterowania, gniazdo słuchawkowe, selektor wejść (jedno dla przedwzmacniacza gramofonowego i trzy liniowe), gałkę regulacji balansu pomiędzy kanałami i całkiem na prawej flance pokrętło głośności. Górna płaszczyzna, w jej przedniej części jak wspomniałem, jest ostoją dla 5 lamp sterujących i czterech mocy KT120, tuż za nimi w centralnej części okrągłego wskaźnika wychyłowego dla kontroli prądów pracy lamp mocy, dalej wykończonych w czerni trzech transformatorów, zaś za nimi umocowanego w specjalnych chwytakach śrubokręta ze sztucznego tworzywa do regulacji biasu. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, mamy do dyspozycji pojedyncze terminale kolumnowe, trzy wejścia liniowe w standardzie RCA, jedno phono również RCA, zacisk uziemienia, dwie przelotki RCA, gniazdo zasilania i bezpiecznik. Tak prezentujący się wzmacniacz wyposażono w dość prosty, ale za to łatwy w obsłudze, bo spełniający podstawowe funkcje pilot zdalnego sterowania.

Jak dowodzi powyższy materiał dowodowy, nasz bohater miał dwie odsłony testowe. Pierwsza była próbą wysterowania ciężkich w tej materii, duńskich Dynaudio Consequence, a druga znacznie łatwiejszych, z pochodzenia litewskich Audiosolutions Virtuoso S. Naturalnie owe zderzenia w pełni usprawiedliwiała oddawana moc wzmacniacza na poziomie 100W, która przy dobrze zaaplikowanym zasilaniu we wzmacniaczu lampowym zazwyczaj jest w stanie zdziałać praktycznie cuda. I muszę powiedzieć, że nic a nic się nie myliłem. Owszem, na tle codziennie wykorzystywanego do karmienia Dynek sygnałem Gryphona Mephisto dźwięk był słabszej próby, ale zapewniam, wstydu nie było. Powiem więcej, byłem pod wrażeniem walki jak równy z równym bez najmniejszych oznak próby rzucenia białego ręcznika na ring. To zaś spowodowało, że gdy w tor wpiąłem błękitne Litwinki, było naprawdę zjawiskowo. Może nie z czarem królewskiej lampy 300B, ale w dźwięku cały czas słychać było sygnaturę zamkniętej w szklanym słoiku próżni. Jak to wypadło? Jak wspomniałem, to był mocny wzmacniacz, dlatego też na pierwszy ogień poszła muzyka heavymetalowa spod znaku „Killers” Iron Maiden. Oczywiście nie muszę nikogo przekonywać, iż tytułowy Rogue Audio czuł się w tym materiale jak ryba w wodzie. Ostre gitarowe riffy, mocny wokal, a wszystko bezpardonowo przecinane zajawkami bębniarza spowodowały, że na moment cofnąłem się w czasie. Niestety nie miałem wówczas długich włosów, nie byłem popersem, ani punkiem, a mimo to z podniesionym czołem mogę powiedzieć, że to jedna z kapel mojej młodości i to co wyczyniał amerykański specjalista od wzmocnienia sygnału audio, było pierwszej próby. Jednym słowem, zaliczyłem dobre, bo ostre heavymetalowe łojenie. Łojenie o tyle ciekawe, że z racji upływu czasu, a przez to rozwoju obrazującej jej elektroniki, znacznie lepiej odtworzone. Podobnie sprawy miały się z hardrockiem typu „Back In Black” AC/DC, jak również elektroniką naszego czołowego artysty lat 80-tych Marka Bilińskiego, który notabene obecnie z dużą pieczołowitością, aby nie przesadzić, odświeża swoją dyskografię na czarnej płycie. Cronus Magnum III za każdym nie miał najmniejszych problemów w oddaniu energii muzyki, jej zamierzonej przenikliwości i co istotne dobrej szybkości, co znacznie podnosiło jej realizm. To był świetny występ testowanego wzmacniacza.
Nie, żeby źle, ale nieco inaczej wypadał repertuar podszyty sporą dawką emocji związanych z uduchowieniem muzyki. Naturalnie nic strasznego się nie działo, było gładko, z fajnym smakiem i z energią, tylko czasem zbyt dosadnie. Nie zawsze żołnierskie granie, a takie właśnie było drogą do sukcesu wzmacniacza w muzyce buntu, sprawdza się w każdej sytuacji. Oczywiście powinno być zgodne z zaplanowanym przez muzyków rytmem, jednak zbyt dosłowne traktowanie natychmiastowości następowania po sobie kolejnych dźwięków minimalnie skracało wybrzmienia poprzednich i na tle bliskich prawdy wzmacniaczy ze znacznie wyższych półek cenowych, paradoksalnie było zbyt poprawnie, czyli po przetłumaczeniu na język melomana, minimalnie zbyt technicznie. Bardzo dobrze, dla tego poziomu cenowego, ale gdy w ciężkich brzmieniach w wartościach bezwzględnych praca naszego bohatera była zjawiskowa, to w muzyce dla ducha dobra plus. Najlepiej było to słychać w repertuarze nagrywanym w kubaturach kościelnych, gdzie współpracujące z instrumentami echo często jest clou całej prezentacji, a przez zbyt szybkie akcentowanie kolejnej frazy, poprzednia nie miała szans samoczynnie do końca wygasnąć gdzieś w czeluściach wysokich wież. Można było nieco upłynnić to okablowaniem lub nawet zmianą źródła i wówczas temat dla wielu miłośników tego rodzaju muzy prawdopodobnie przestanie istnieć. Jednak dla pełnego obrazu, jak wzmacniacz prezentuje się na tle różnych stylów w tej samej konfiguracji, nie mogłem o tym nie wspomnieć. To zaś. nie jest dla niego żadną ujmą, tylko pokazaniem palcem, co i jak, a dla Was w przypadku prób, już na starcie wyartykułowanym drogowskazem na co zwrócić uwagę. Ja okiełznałem temat zmianą łączówki na bardziej nasyconą. Zrobiło się soczyściej, a przez to bardziej kolorowo i nieco wolniej, co utemperowało zapędy wzmacniacza do natychmiastowego serwowania kolejnych dźwięków, pozwalając w ten sposób każdemu wisieć w eterze, ile zapragnie, co natychmiast poprawiło naturalność odbioru, budowanie głębi i namacalności. Co zrobicie Wy, zależeć będzie od posiadanego zestawu i wyniku sparowania go z Rogue Audio. Jednakże zalecam spokój, bowiem nawet owa mocna prezentacja nie obfituje w latające w eterze żyletki. Przecież mamy do czynienia z popularnie zwanym lampiakiem, a jak wspominałem we wstępniaku, przez cały czas w muzyce da się wyczuć posmak szklanych baniek, co już na starcie czyni go z założenia przyjemnym w odbiorze.

Próbując opisać naszego bohatera w kilku żołnierskich słowach, jedno jest pewne, miałem do czynienia z piecem potrafiącym stawić czoło nawet największym wyzwaniom. To zaś sprawia, że w momencie prób na własnym organizmie to tylko od Was zależeć będzie – mam na myśli odpowiednią konfigurację, jak się zaprezentuje. U mnie wpięty w zastaną układankę preferował mocne granie. Jednak już po drobnej roszadzie kablowej potrafił z powodzeniem zmierzyć się z muzyką dawną. Jednak bez względu na wszystko w moim odczuciu Rogue Audio Cronus Magnum III nie po to oferuje moc na poziomie 100W z lampy, żeby używać go do plumkania. Owszem, po lekkim posłodzeniu jego największych zalet spokojnie się da. Jednak fakt jest faktem, iż jego środowiskiem naturalnym bez dwóch zdań jest w pełni kontrolowana, a przez to świetnie zaprezentowana rockowa i jej podobna jazda bez trzymanki. A to we wzmacniaczach lampowych jest nie do przecenienia.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Dynaudio Consequence, Audiosolutions Virtuoso S
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Audiofast
Cena: 18 540 PLN; opcjonalnie: 920 PLN pilot, 1 160 PLN osłona na lampy

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x100 W (Ultralinear), 2 x 55 W (Triode)
Pasmo przenoszenia:5Hz –30 kHz +/-1dB
ZniekształceniaTHD: < 0.1%
Przedwzmacniacz phono:
MM: 44 dB +/- 0.1 dB 20Hz – 20KHz
MC: 60 dB +/-1dB 20Hz –20KHz
Wzmacniacz słuchawkowy: 1W
Wejścia: 4 pary wejść (phono, line, 1,2,3)
Wyjścia: 4 i 8 Ω
Zastosowane lampy:2 x 12AX7, 3 x 12AU7, 4 x KT120
Wymiary (S x G x W): 45.7 cm x 43 cm x 14 cm
Waga: 25 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. wzmacniacz lampowy

Synthesis Roma 27 AC

Będąca dzisiejszym przedmiotem naszych zainteresowań, pochodząca z Półwyspu Apenińskiego, specjalizująca się w produkcji wzmacniaczy lampowych marka Synthesis z nie do końca wiadomych mi powodów nie miała jeszcze swoich pięciu minut na naszym portalu. Nie, żebym z tego powodu wyrywał sobie włosy z głowy, ale lampa i Włochy każdemu, w miarę wtajemniczonemu audiofilowi nawet przed osobistym kontaktem sugeruje, iż jest duża szansa na co najmniej bardzo ciekawy efekt soniczny i przejście obok takiej możliwości byłoby niepowetowaną stratą dla nas wszystkich. Dlatego też, na dobry początek bez wyciskania ze wspomnianego brandu ostatnich soków z dużą dozą przyjemności przyjęliśmy propozycję zmierzenia się z komponentem dla ogólnie mówiąc zwykłego Kowalskiego. Co mam na myśli? Panie i Panowie, miło mi poinformować, że w dzisiejszym odcinku przybliżymy sylwetkę wzmacniacza zintegrowanego ROMA 27 AC wspomnianej marki Synthesis, a całość opiniotwórczego przedsięwzięcia zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi EIC Sp. z o.o.

Zanim przejdę do opisu wyglądu i kompatybilności dwudziestki siódemki z resztą potencjalnego toru audio, w imieniu producenta winny jestem skreślić małe przybliżenie tematu jej oznakowania. Otóż w zdecydowanej większości wytwórców produktów audio konstruktorzy starają się, aby nazwa modelu, lub jego symbol bardzo patetycznie przypominały nazwiska znanych światowych postaci, nazw planet, czy najzwyczajniej w świecie wstępnie informowały o mocy danego komponentu. Tymczasem Włosi modelem ROMA 27 AC zapragnęli upamiętnić kawałek swojej historii, a dokładniej mówiąc początek panowania pierwszego cesarza rzymskiego Oktawiana Augusta (27 r. p.n.e.). Nie wiem, jak Wy to odbieracie, ale ja biorąc pod uwagę obecnie bardzo modne ruchy narodowościowe całkowicie to rozumiem i jeśli to nie jest zaczynem do umacniania się zbyt ortodoksyjnego podejścia do tematu osobiście popieram.

Jak prezentuje się tytułowy wzmacniacz? Przyznam szczerze, że biorąc pod uwagę bardzo popularne pośród mieszkańców europejskiego landu w kształcie buta, będące synonimami sztuki wizualne “wodotryski” Roma jest ostoją spokoju i w dobrym tego słowa znaczeniu ascetyzmu. Obudowa jest dość typową dla tego typu produktów platformą nośną dla lamp (czterech tetrod 5881/6L6WGC Sovteka w końcówce mocy i  pary podwójnych triod 12AX7 (ECC83) Electro Harmonixa w sekcji przedwzmacniacza) w przedniej i transformatorów w tylnej części górnej płaszczyzny. Naturalnie spełniając europejskie wymogi bezpieczeństwa szklane bańki w standardzie okryte są stosowną klatką, ale zapewniam, że jeśli ktoś dobro mieszkającej z nim rodziny bierze na swoje barki, po odkręceniu czterech śrubek będzie mógł w pełni napawać się pięknem tego typu konstrukcji. A ze swojego doświadczenia wiem, iż efekt wizualny żarzących się lamp bardzo często stawiany jest na równi z dźwiękiem, co w tym przypadku mają podkręcić nie bez kozery zaimplementowane wokół nich i za nimi, mieniące się połyskującym srebrem, a przez to dodatkowo rozświetlające efekt poświaty ich żarników chromowane płaskie nakładki. Przyglądając się frontowi zauważamy, że w zdecydowanej większości wykonany jest z drewna, w którego centrum zagłębiono będący miejscem aplikacji dla włącznika z lewej i kilku przełączników selektora wejść wraz z diodami sygnalizacyjnymi z prawej strony płat aluminium. Nie powiem, może fotografie tego nie oddają, ale kontakt osobisty jest bardzo pozytywny. Puentując awers naszej integry nie możemy zapomnieć o największym jego elemencie, czyli brutalnie rozpychającej się (wymusza wyoblenie ramki wokół siebie) centralnie umieszczonej, wielkiej gałce wzmocnienia. Gdy szybkim ruchem przerzucimy nasz wzrok na panel przyłączeniowy, okaże się, iż jego oferta może nie powala, ale spełniając zamierzenia jedynie wzmacniacza zintegrowanego a nie popularnego w dzisiejszych czasach centrum zarządzania sygnałami cyfrowymi (popularne, często marnej jakość przetworniki cyfrowo-analogowe) obejmuje pięć wejść liniowych, jedną przelotkę, pojedynczy zestaw terminali kolumnowych i gniazdo zasilania. Przyznacie, może na pierwszy rzut oka całość wygląda skromnie, ale dla współpracujących z nim naszych zmysłów postrzegania i co bardzo ważne docelowego systemu audio w pełni wystarczająco.

Jaką szkołę grania prezentuje chwaląca się włoskimi korzeniami Roma 27 AC? Naturalnie nie można odmówić jej sznytu grania typowego dla lampy, ale jest to na tyle świeży punkt widzenia świata, że mimo wszystko pokusiłbym się o stwierdzenie, że mamy do czynienia z dość jasnym jak na posiadacza w układach elektrycznych szklanych baniek brzmieniem. Ale nie obawiajcie się, to nadal dalekie jest od mającego swoich reprezentantów nurtu lampy grającej jak tranzystor, a ów sznyt umiejętnymi ruchami zestawiania reszty toru audio swobodnie jesteśmy w stanie przekuć na pozytywny w odbiorze zastrzyk witalności dźwięku. Co ciekawe, prezentowana w takim duchu, czyli natchniona swobodą górnej średnicy muzyka ani trochę nie traci przypisanego lampom elektronowym czaru. Przykładem tego może być tak uwielbiana przeze mnie muzyka dawna. Owszem, delikatne odchudzenie grającego w środku pasma instrumentarium dało się odczuć, ale po wzięciu pod uwagę całkowicie innego pułapu cenowego porównywanych układów wzmacniających i uwzględnieniu nieco innego podejścia do tematu temperatury grania jestem w stanie nawet stwierdzić, że z racji ograniczonej rozdzielczości była to swoista pomoc w uniknięciu zbytniego uśrednienia prezentacji. Tak tak, czasem lepiej jest podać coś znacznie zwiewniej, niż brnąć w sztuczne kolorowanie, bo w konsekwencji może to sprzymierzyć się przeciwko wspaniałym ideom uduchowionego świata. I właśnie taką, naznaczoną wyważeniem koloru i lekkości muzyki drogą idzie integra Synthesisa. W podobnej estetyce do muzyki barokowej zaprezentował się jazz spod znaku Bogdan Hołownia Trio “On The Sunny Side”. Artykułowana od początku akapitu opisującego brzmienie wzmacniacza ROMA żywa średnica dzięki dobrej współpracy z górnymi rejestrami wspomagała tak lubiane przez melomanów skrzące się w eterze między-kolumnowym blachy perkusji, a jedynym na co można było ponarzekać, był w większej mierze grający strunami niż pudłem kontrabas. Co ważne, przy całym doświetlaniu przekazu w tej kompilacji nie cierpiała stosunkowo wolna w stosunku do muzyki rockowej stopa perkusji. Fakt, z racji słabszej mocy wzmacniacza była lekko poluzowana, ale jak na oddawane przez Synthesisa drobne 25W wypadała bardzo ciekawie. Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż w sukurs świeżości dźwięku szło dobre pozycjonowanie źródeł pozornych na rozciągającej się na całej przestrzeni pomiędzy kolumnami i sporo za nimi wirtualnej scenie. A przecież nie od dzisiaj wiadomo, że bez dobrej lokalizacji poszczególnych ośrodków generowania dźwięku proces naszego integrowania się z zapisanymi pa płycie założeniami muzyków bardzo traci. Na koniec sparingu testowego w napędzie CD-ka wylądowała rockowa grupa Radiohead z materiałem “Hail To The Thief” . Efekt? Wokal bardzo dobrze zdefiniowany, a przez to czytelny. Instrumentarium za wyjątkiem gitar i bębniarza również zdawało się czerpać z oferty Romy pełnymi garściami. I co w tym wszystkim również jest bardzo istotne, mimo niewielkiej mocy i przez to mającej swoje za uszami kontroli niskich rejestrów podobała mi się szybkość narastania dźwięku. W takim razie co przeszkadzało mi w wyjętych ze zbioru instrumentów? Nic szczególnego, ale w tej, opartej o gitary i perkusję muzie masa riffów i moc stopy są wiodącym tematem przewodnim i zbyt lekkie potraktowanie ich bytu może delikatnie osłabić mający przykuć słuchacza od deski do deski płyty pierwiastek “X”. Na szczęście ta podyktowana założeniami konstruktorów witalizacja muzyki nie była tak drastyczna, ale nie mogę napisać, że masa ciężkich gitarowych pasaży i energia bębnów były trafiona w punkt. Naturalnie może być to spowodowane natychmiastową możliwością skonfrontowania wszystkiego jeden do jeden z punktem odniesienia, ale bez względu na to, jestem zobligowany o tym wspomnieć. Jednak patrząc na to przekrojowo z pozycji cennika, również ta płyta wypadła co najmniej dobrze.

Powoli zbliżając się ku końcowi tego, mam nadzieję dopiero rozpoczynającego nasze bliższe kontakty z osiągnięciami marki Synthesis spotkania bez naciągania faktów stwierdzam, że jak na przecież stosunkowo niedrogi wzmacniacz zintegrowany Roma 27 AC wypadł bardzo dobrze. Owszem, na tle stratosfery cenowej miał kilka potknięć, ale mierząc siły na zamiary wszystko prezentowało się w domenie może innego, ale nadal bardzo ciekawego w odbiorze sznytu grania. Zatem gdzie widzę testowany produkt? Pierwszym kryterium wydają się być stosunkowo łatwe do wysterowania kolumny. Drugim choć niekonieczna, ale według mnie bardzo pożądana ich wrodzona barwność. Zaś trzecim jest stawiająca kropkę nad i miłość do układów lampowych. Jeśli spełnicie te trzy punkty, sukces macie murowany. Ale testowanej integry nie skreślałbym nawet w momencie innego spojrzenia na choćby jeden ze wytypowanych kryteriów, gdyż to, co podoba się mnie, niekoniecznie idealnie wpisze się to, czego oczkujecie Wy. Zatem nie pozostaje nic innego, jak spotkanie z Włochem sam na sam. Innego rozwiązania nie widzę.

Jacek Pazio

Dystrybucja: E.I.C. Sp. z o.o.
Cena: 9 500 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 25W / 6 Ω
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz +/- 0,5 dB
Czułość wejściowa: 500 mV RMS
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Wejścia liniowe: 5 par RCA
Stopień wyjściowy: 4 x 5881
Sekcja przedwzmacniacza: 2 x ECC83
Regulacja Biasu: manualna
Odstęp sygnał/szum: >90 dB, średnio ważony
Pobór mocy: 250W max
Wymiary (S x W x G): 410 x 235 x 503 mm
Waga: 20 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >
  3. wzmacniacz lampowy

Fezz Audio Mira Ceti

Link do zapowiedzi: Fezz Audio Mira Ceti

Opinia 1

Dziwnym trafem za każdym razem, gdy próbujemy znaleźć urządzenie łączące ponadprzeciętną jakość brzmienia z równie atrakcyjną ceną koniec końców lądujemy z lampą w torze. Tak było w przypadku iście biżuteryjnie i bibelotowo wykończonej najnowszej inkarnacji Lebena 300F, jak i zarazem designerskiego, jak i purystycznego, rodzimego G•LAB Design Fidelity BLOCK. Prawdę powiedziawszy nawet najtańszy w tym towarzystwie Cayin CS-55A potocznie mówiąc „dawał radę”. Idąc dalej tym tropem czas na kolejnego przedstawiciela rodzimej myśli technicznej w niejako legendarnej, wyśnionej i otoczonej aureolą audiofilskiej odsłonie, czyli klasyczny układ SET oparty na lampach 300B. Zaraz, zaraz, czyż nie wspomniałem, że ma być niedrogo a „niedrogi SET na 300B” to oksymoron równie trafny jak „dobra zmiana”, czy „żywe trupy”? Teoretycznie tak, ale nadwiślańska rzeczywistość rządzi się swoimi prawami i nie takie rzeczy na przestrzeni ostatnich lat widzieliśmy i słyszeliśmy. Jednak tym razem zamiast pojawiającego się znikąd objawienia mamy do czynienia z trwającymi blisko dwa lata „podchodami” prowadzonymi zarówno przez samego producenta, jak i nas samych co jakiś czas sondujących grunt i klimat do finalnego spotkania na szczycie. O kim mowa? O Fezz Audio czyli marce, z którą nie tylko pierwszy kontakt, ale i kolejne mieliśmy jedynie w warunkach wystawowych. Żeby było ciekawiej wszystko zaczęło się wiosną 2016r. w Monachium, gdy podczas przygotowywania relacji z High Endu natrafiliśmy na ich współdzieloną z Pylon Audio ekspozycję. Jak to zwykle bywa po kilku kurtuazyjnych zdaniach przeszliśmy do konkretów, jednak gdy okazało się, iż nic z ówczesnego portfolio nie zbliża się do ustalonego przez nas dolnego pułapu 10 000 PLN chwilowo odpuściliśmy temat, tym bardziej, że warunki odsłuchowe (gips-kartonowa budka) i ścisk panujący wewnątrz nie pozwalały na wyciągnięcie żadnych konstruktywnych wniosków. Kolejna okazja nadarzyła się na zeszłorocznym AVS i tutaj już z wielką przyjemnością spędziliśmy kilka dłuższych chwil łowiąc wielce intrygujące dźwięki. Logicznym był zatem powrót do wcześniejszych rozmów i wzięcie „małego co nieco” na warsztat. Jednak tym razem postanowiliśmy niejako upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i dokonując wyboru kandydata na testy cały czas z tyłu głowy mieliśmy dochodzące do nas od lat pytania o możliwie przystępne cenowo a jednocześnie dające wstęp do ekskluzywnego klubu 300B konstrukcje. Dlatego też nie dziwi fakt, że gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność to właśnie po oparty na tejże lampie model sięgnęliśmy. Tym oto sposobem serdecznie zapraszamy do lektury naszych wrażeń zebranych podczas użytkowania integry Fezz Audio Mira Ceti.

Mirka, bo tak pozwolę sobie pieszczotliwie nazywać tytułowego lampowca, już na pierwszy rzut oka zjednuje sobie potencjalnych nabywców, gdyż po pierwsze jest nieduża, po drugie niezbyt ciężka, co akurat przy konstrukcjach lampowych powinno zapalać ostrzegawczą lampkę, ale biorąc pod uwagę, że zamiast klasycznych traf mamy toroidy, to nie ma co dramatyzować, no i najważniejsze – ze względu na zaimplementowany układ autobiasu powinna być praktycznie bezobsługowa. Jest jeszcze niedroga, ale to już zaznaczyliśmy na wstępie. Posiadacze małoletnich pociech i wszelakiej maści mniej lub bardziej udomowionej zwierzyny też nie powinni skreślać jej z listy do odsłuchu, ponieważ na wyposażeniu znajduje się nad wyraz solidna, chroniąca lampy metalowa klatka, oraz fikuśny pilot pozwalający na regulację głośności a więc od biedy można ją ustawić w mało dostępnym dla małych rączek/łapek miejscu.
Front wzmacniacza zdobi centralnie umieszczone na finezyjnie wyfrezowanej aluminiowej płytce firmowe logo po którego lewej stronie ulokowano gałkę głośności a po prawej selektor źródeł. Wersja dostarczona do testu wzbogacona została o opcjonalne, bezpośrednie wejście na końcówkę, które umieszczono na lewej ściance wraz z dedykowanym przełącznikiem hebelkowym. Tuż za lampami pysznią się dwa niewielkie, wykonane z polerowanej kwasówki kubki skrywające trafa. Ściana tylna, jak na niezbyt imponującą powierzchnie została zagospodarowana całkiem rozsądnie. Nabywca do dyspozycji otrzymuje bowiem trzy pary wejść RCA, pojedyncze terminale głośnikowe z dedykowanymi odczepami dla 4 i 8 Ω, oraz zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC. Oczom wnikliwych obserwatorów nie powinny też umknąć solidne nóżki, na jakich posadowiono całą konstrukcję. Estetów pragnę jeszcze uspokoić, że oprócz białej wersji kolorystycznej dostępne są jeszcze opcje czarna, czerwona i … nazwijmy to umownie brązowo-śliwkowa, więc jest w czym wybierać.
Za to przy opisie budowy pozwolę sobie nadmienić, iż początkowa wymiana korespondencji z Panem Maciejem Lachowskim z Fezza daleka była od laurkowego cukrowania i wzajemnego spijania sobie z dziubków, jak to często osobom postronnym mogło by się zdawać, gdyż pierwszą rzeczą na jaką pozwoliłem sobie zwrócić uwagę, był już poprawiony na stronie www, jednak nadal obecny w instrukcjach i materiałach promocyjnych (niezaprzeczalna wyższość mediów cyfrowych nad papierem) błąd, lub używając poprawnej politycznie nomenklatury pewna, poniekąd wynikająca z niezbyt wnikliwego przeczesania rynku, nieścisłość dotycząca topologii tytułowego wzmacniacza. Chodzi mianowicie o to, że najwidoczniej byłem pierwszym na tyle skutecznym upierdliwcem i tetrykiem, który nie dość, że znał, to jeszcze pamiętał czasy dostępności takich specjałów, jak dajmy na to CR Developments Woodham, żeby spowodować zmianę zdania zawierającego sentencję stwierdzającą, iż Mira Ceti jest „jedynym na świecie wzmacniaczem lampowym Single Ended wyprodukowanym w oparciu o toroidalne transformatory głośnikowe” na „Jeden z niewielu na świecie wzmacniacz lampowy Single Ended wyprodukowany w oparciu o toroidalne transformatory głośnikowe.” Mała rzecz a cieszy. Skoro zatem wiemy już, że w trzewiach Mirki siedzą toroidalne trafa, nomen omen pochodzące z Toroidy.pl, warto rzucić okiem na widoczne na froncie lampy. Jak widać na załączonych zdjęciach w stopniu wyjściowym pracują popularne i stosunkowo niedrogie rosyjskie Electro-harmonixy 300 B Gold a w roli lamp sterujących użyto Tung-Soli 6SN7GTB.

Pozornie i czysto teoretycznie 8W to niezbyt dużo i na zdrowy rozsądek decydując się na tak oszczędną w mocy amplifikację warto czym prędzej rozejrzeć się za jakimiś wysokoskutecznymi a przy tym charakteryzującymi się łagodnym przebiegiem impedancji zespołami głośnikowymi. To tylko jednak czysto akademickie gdybanie, gdyż już wspomniany wcześniej, oferujący „oszałamiające” 5,5W G•LAB Design Fidelity BLOCK pokazał, że lampowe Waty warto traktować z należytym szacunkiem i czasem dopiero mające być przysłowiowym gwoździem do trumny kolumny potrafią wprowadzić wzmacniacz na właściwe obroty. Jak przebiegały testy u dysponującego zdecydowanie łatwiejszymi do wysterowania ISISami Jacka przeczytacie Państwo poniżej, jednak u mnie, gdzie uparcie rolę dyżurnych kolumn pełnią wywołujące u sporej części producentów stany lękowe Gaudery Arcona (4Ω i „wystarczająca”, przynajmniej według dr. Roland Gaudera, efektywność) sprawy nie zapowiadały się zbyt optymistycznie. Koniec końców uznaliśmy, że jeśli Mirka po prostu nie da rady i będzie się wyraźnie męczyła jej bytność w moich skromnych progach ograniczy się li tylko do sesji fotograficznej a wrażenia nauszne będę kolekcjonował w OPOSie. Całe szczęście w tzw. międzyczasie dotarły do mnie przeznaczone do „zewnętrznej” recenzji idealnie pasujące kolorem (vide również białe) Taga Harmony Coral F-120, które nie dość, że mogły pochwalić się łatwiejszą impedancją wynoszącą 6Ω, to w dodatku całkiem sensownie prezentowała się ich skuteczność, w zależności od źródła wynosząca od 90 do nawet 93 dB. Krótko mówiąc był też nie tylko plan B, ale i C. Cóż jednak z tego, skoro Mirka podpięta pod Gaudery jak gdyby nigdy nic po prostu zaczęła grać a w pełni satysfakcjonujący poziom głośności osiągnąłem zaledwie nieco przekraczając godzinę dziewiątą – dziesiątą, czyli 3-3,5 na firmowej skali Fezza. Cuda? Niekoniecznie, jednak nie chcąc zbytnio stresować tytułowego lampowego dziewczęcia na pierwszy ogień poszedł lekki i niezobowiązująco POPowy „Faith” George’a Michaela. Pierwszy utwór, drugi, kurczę, ależ „fajnie” się tego słucha. Jest drajw, niesamowite nasycenie barw i właściwa 300B homogeniczność. Nic nie „boli”, nic nie denerwuje. Nawet nieco plastikowy do tej pory bas dostaje nieco pogrubioną i misiowatą postać, ale taka transformacja działa ewidentnie in plus i nie ma co się krzywić, bo bardzo często właśnie o podobnym „robieniu” dźwięku spora część audiofilskiej populacji marzy. Zmiana repertuaru na nieco bardziej minorowy, czyli nieodżałowanego króla romantycznej depresji – ostatni album Leonarda Cohena „You Want It Darker” pokazał drugie oblicze Mirki. Głos wokalisty został z niezwykłą atencją podkreślony, zaakcentowany i nieco bardziej niż zwykle wysunięty przed szereg. W tego typu prezentacji było coś niezwykle magicznego, intymnego i zjawiskowego. Nie mówię, że towarzyszący nieodżałowanemu bardowi muzycy zostali odsunięci w cień i tylko nieśmiało brzdąkali w tle, ale tym razem jasnym było komu podporządkowany jest cały show. Na ciepłe słowa zasługiwała również przestrzeń, która nie wykazywała tendencji czy to do spłycania, czy to do skupiania się jedynie w centrum kadru. Nic z tych rzeczy. Wszystko było na swoim miejscu a jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to byłoby nim lekkie pogrubienie konturów źródeł pozornych i wierność oddania aury pogłosowej właściwej niektórym nagraniom akustycznym i jazzowym („Vägen” Tingvall Trio). Zakładam jednak, że sporo można „wyciągnąć” z Fezza zmieniając lampy – na początek sterujące na np. 6SN7 Full music Gold a jeśli brzmienie będzie ewoluowało w oczekiwanym przez nas kierunku to potem już na spokojnie zająć się 300B. Nie mówię, żeby od razu rzucać się na Sophia Electric Royal Princess, ale jest sporo ciekawych 300-ek na rynku i jest z czego wybrać.
Dalsza żonglerka płytami tylko potwierdziła uniwersalność testowanej konstrukcji i zamiast zastanawiać się, czy wzmacniacz podoła po prostu sięgałem po to, na co w danym momencie miałem ochotę aż na talerzu gramofonu wylądował album „Ray Of Light” Madonny. Chwila konsternacji przed opuszczeniem ramienia i … Może nie będę przeginał? No to pstryk, chwila przerwy, zmiana kolumn na Tagi i … jest w 2/3 dobrze, ale basu jest zdecydowanie za dużo. Po prostu ilość przysłoniła jakość a i górze pasma dostało się po tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, gdyż konwencjonalnym, niezbyt wyszukanym kopułkom daleko było do rozdzielczości i finezji zaimplementowanych w Gauderach AMT. No nic, możliwe, że dla Fezza iście subsoniczne syntetyczne pomruki okazały się ponad siły. Jednak po pierwszej stronie postanowiłem kontrolnie wrócić do swoich dyżurnych kolumn. I to była słuszna decyzja, gdyż wszystko wróciło do normy a to, co wcześniej zlewało się w bezkształtną masę teraz miało całkiem realne kontury i równie rozpoznawalną fakturę.
Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z sytuacją, gdy im gorzej (teoretycznie), tym lepiej (w praktyce)? Aby zweryfikować powyższą tezę w roli materiału testowego wykorzystałem „Hardwired…To Self-Destruct” Metallicy. Mogą mi Państwo w tym momencie nie wierzyć, ale Mirka i tym razem dała radę, oczywiście przy nieprzesadzonej – dalekiej od koncertowej, głośności, ale dała. Jeśli tylko nie korciło mnie do zbytniego połomotania, ani kompresja, ani zniekształcenia nie stanowiły najmniejszego problemu, za to soczystość i energetyka przekazu nie mogły się nie podobać. Po tym eksperymencie przestałem już kombinować i zacząłem traktować Fezza jak najzwyklejszy wzmacniacz, którego zadaniem jest amplifikacja dostarczanych sygnałów i prawidłowe wysterowanie podłączonych do niego kolumn. W dodatku przez czas, gdy Mira Ceti gościł w moim systemie ani przez chwilę nie stosowałem wobec niego taryfy ulgowej, co oznacza mniej więcej to, że pracował dzień w dzień nie po kilka a kilkanaście godzin.

Wbrew wcześniejszym obawom Fezz Audio Mira Ceti nie tylko ma potencjał i stanowi świetny punkt wyjścia do dalszego rozwoju, to niejako prosto z pudełka reprezentuje kompletny i skończony projekt mogący dostarczyć wiele radości i muzycznych doznań. Na standardowych, dołączanych przez producenta lampach jest propozycją bezpieczną i niejako zdolną zadowolić zarówno melomanów, jak i audiofilów, lecz o ile ci pierwsi raczej nie będą kombinowali, tylko skupią się na czysto hedonistycznych aspektach odsłuchów o tyle złotoucha, skażona audiophilią nervosą brać z pewnością nie odmówi sobie przyjemności przysłowiowej żonglerki lampami wprowadzając Mirkę na zupełnie inny poziom jakościowy. A jeśli chodzi o samego Fezza, to niezmiernie cieszy mnie fakt, że z całkowicie spokojnym sumieniem mogę wpisać Mirę Ceti na listę produktów z dopiskiem „Polak potrafi!”.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz: Accuphase C-3850
– Końcówka mocy: Accuphase P-7300
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Rozpoczynając dzisiejsze spotkanie z przyjemnością chciałbym oświadczyć, że mimo dobijania naszego „soundrebelsowego” statku do liczby czterech lat intensywnej, związanej z prowadzeniem portalu o urządzeniach audio pracy, nadal bez problemu jestem w stanie stwierdzić, iż owa działalność czasem będąc wyczerpującą od strony logistycznej niesie ze sobą bardzo wiele przyjemności. I nie jest prawdą, że taki stan osiągam tylko dzięki opisywaniu bardzo drogich międzynarodowych „sław”, gdyż wbrew mogącym dominować w naszym portfolio pozorom jesteśmy żywo zainteresowani produktami rodzimymi, co znakomicie dokumentuje nasz dotychczasowy dorobek kilkunastu wprowadzonych na recenzencką wokandę polskich producentów. Owszem, abyśmy przyjrzeli się danemu wyrobowi, bohater musi dobrze rokować i jeśli tak jest, temat recenzji bywa tylko kwestią dogadania terminu przysłania owego pretendenta do laurów na adres redakcji. Aby nie być gołosłownym, wręcz  idealnym dowodem obrony powyższej tezy eksploracji krajowej oferty jest właśnie prezentowany dzisiaj producent wzmacniaczy lampowych. Ale ale, jak wspomniałem, sam status wyrobu znad Wisły nie jest wyczerpującym nasze oczekiwania czynnikiem. W tym momencie argumentując drugie założenie przed-testowe (rokowania weryfikowane odbiorem przez rynek konsumencki) bez owijania w bawełnę zdradzę, że mimo bardzo miłego zeszłorocznego spotkania na wystawie w Monachium, stojący na szczycie oferty dzisiaj prezentowanego wytwórcy wzmacniacz lampowy w królewskiej odmianie 300B SE dopiero teraz, czyli po ponad ośmiu miesiącach okraszonego sukcesami bytu na rynku zaszczycił moje skromne progi. Zatem po krótkim wprowadzeniu na rodzime podwórko, zapraszam wszystkich na kilka akapitów ze spotkania ze wzmacniaczem marki FEZZ AUDIO w postaci aspirującego do miana lampowej arystokracji modelu MIRA CETI. Dla formalnego uzupełnienia informacji dodam, iż urządzenie do testu dostarczył sam producent.

Tytułowa integra jest typowym przedstawicielem sztuki budowania konstrukcji opartych o szklane bańki. Bez sztucznego szukania opisowego piękna trzeba powiedzieć, iż jest to dość prosta w formie, będąca nośnikiem dla ważnych, tak od strony konstrukcyjnej, jak i wizualnej lamp elektronowych i ubranych w połyskujące srebrem kubki transformatorów bryła w formie platformy. Jednak myliłby się ten, kto sądzi, iż jest to oklepany, wręcz  zalatujący nudą projekt, gdyż mimo jego pewnej standaryzacji, właśnie owa, okraszona bursztynową poświatą lampek prostota jest jego najmocniejszą stroną. Bredzę? Bynajmniej. Podobnych konstrukcji gościłem u siebie już bez liku i nigdy nie zaznałem odczucia znudzenia, a przecież to były bardzo podobne do siebie urządzenia. Nie zdziwiłbym się, gdybyście tym momencie próbowali  zarzucać mi stetryczałość, ale sądzę raczej, że winę za ciągły pozytywny odbiór ponosi wymuszona warunkami aplikacji podzespołów ponadczasowość bryły. Ale zostawmy rozważania na temat piękna nastroszonej szklankami i kubkami prostopadłościennej „płaszczki” i zajmijmy się jej sprawami przyłączeniowo – manualnymi. Z racji ograniczenia tematu wykorzystania dachu Miry Ceti dla usytuowania na nim lamp i traf, na początek wspomnę o panelu frontowym. Ten bez zbytniego przeładowania, na zewnętrznych rubieżach okupują jedynie dwie karbowane gałki (lewa wzmocnienie, prawa wybór wejść) i w centrum wykonane w technice połyskującego emblematu logo marki.  Krocząc ku tylnej części wzmacniacza na jego lewym boku znajdziemy tajemniczy zestaw terminali RCA z inicjującym ich wykorzystanie przełącznikiem hebelkowym. Jest to bezpośrednie wejście na końcówkę mocy, co jak na tak prostą konstrukcję trąca pewnego rodzaju ekstrawagancją. Nie wiem, ilu klientów będzie to wykorzystywać, ale lepiej jest mieć niż nie mieć dodatkowych funkcji. Puentując akapit opisem tylnej ścianki należy dodać, iż konstruktor zaproponował nam trzy wejścia liniowe w standardzie RCA, zaciski kolumnowe dla wartości 4 i 8 Ohm i zespolone z włącznikiem głównym gniazdo zasilające. I gdy dodam, iż w komplecie otrzymamy ciekawie prezentującego się designersko, dobrze leżącego w ręce pilota, okaże się, że mimo wstępnej surowości, całość przedsięwzięcia zatytułowanego Mira Ceti okazuje się nader ciekawym wizualnie produktem.

Gdy doszliśmy do części merytorycznej tekstu, dla wszelkich zainteresowanych zakupem rzeczonego wzmacniacza parafrazując przełożonych Cezarego z kultowego filmu „Psy” mam dwie wiadomości: dobrą i dobrą. Pierwsza dobra jest taka, że Mira potrafi poradzić sobie nawet z założenia niedopasowanymi do niej pod kątem skuteczności kolumnami (pamiętajmy, że wzmacniacz generuje jedynie 8 W mocy, co na starcie wymusza na nas staranne podejście do wyboru zespołów głośnikowych), a druga dobra jest taka, że jeśli mariaż z aktualnie posiadanymi nie do końca spełni Wasze oczekiwania, za sprawą kabelkologii można „trochę” podszlifować uzyskane efekty brzmieniowe. Jak prawdopodobnie zauważyliście, słowo „trochę” wziąłem w cudzysłów. Dlaczego? Choć już kilkukrotnie słyszałem, bądź czytałem o zwalających z nóg audiofilów metamorfozach po roszadzie w połączeniach kablowych, to u siebie owe zmiany odbieram jako większą lub mniejszą kosmetykę, a nie windowanie zestawu o kilka klas wyżej. Koniec kropka. To w takim razie, gdzie jest ta druga dobra informacja? Ano jest nią właśnie fakt wyraźnego różnicowania dźwięku po wymianie wszelkiej maści odrutowania, o czym nie omieszkam wspomnieć w dalszej części naszej prelekcji.

Tytułowa „Mirka” prawie zwyczajowo dla moich starć z testowanymi produktami miała dwie odsłony. Jednak tym razem z racji niedużej mocy i jeszcze mniej skutecznych niż moje kolumn w klubie KAIM musiałem sprawdzić najpierw, czy jest jakikolwiek sens występów wyjazdowych. Nie powiem, na przestrzeni kilku lat bywało różnie, jednak zdecydowana większość doświadczeń pozytywnych z tak małymi mocami pozwoliła mi na bezstresowe wpięcie jej w mój tor. Efekt? Trochę zaskakujący. Dlaczego? To bardzo ciekawe, ale moje – jeśli już występowały – obawy raczej kierowały się ku niepanowaniu pieca nad wielkimi bo prawie 40-to centymetrowymi głośnikami basowymi pochodzących z Austrii kolumn, gdy tymczasem generowany bas był zaskakująco twardy z dobrą kontrolą. Co więcej, byłem przygotowany na częste skutki użycia lamp 300B, jakim jest zbyt obficie miodem płynący przekaz muzyczny. I szczerze mówiąc nawet nie widziałbym w tym nic złego, gdyby nie  skutki w postaci zabijania witalności dźwięku. Ale o dziwo idąc tropem grania skrajami pasma – przynajmniej w moim zestawieniu – generowana przez wzmacniany polskim lampiakiem set muzyka była nader świeża w obiorze. To delikatnie chłodziło przekaz, ale jawiło się jako ciekawe stawiające pytania typu: „czy to do końca mój dźwięk” doświadczenie. Nie było to granie na poziomie duńskiego Gryphona, choć przyznam, że to również w jakimś stopniu mnie pociąga, ale od pierwszych chwil zdałem sobie sprawę, że bohater dzisiejszego testu przeciera nieco inne niźli mam zakodowane gdzieś w pamięci szlaki barwowe. Owszem, po zastosowaniu interkonektów HIJIRI  w całym torze sprawy koloru muzyki nabrały nieco  rumieńców, ale wpinając wzmacniacz w japońską układankę liczyłem się raczej z odchudzaniem, a nie podbarwianiem całości. Suma summarum po okiełznaniu docelowej konfiguracji sprawy malowania świata przez polski produkt wyglądała na tyle ciekawie, że efekt zaprezentuję na kilku przykładach płytowych. Przegląd srebrnych krążków rozpocznę od Diany Krall i jej produkcji „All For You”. Tutaj mam nie do końca sprecyzowane odczucia. Z jednej niestety głos artystki stracił nieco na intymności, ale za to drugiej dostałem dodatkowe wzmocnienie wielu informacji o jej mimice twarzy podczas wydawania dźwięków gardłowych. Nie wiem, jak to odbierzecie, ale każdy słuchacz i jego zestawienie audio lubią co innego, dlatego sądzę, iż linia podziału pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami takiego sznytu grania przebiegać będzie w okolicach zera absolutnego. Dlatego decyzja w sprawie dobrze, czy źle należy do Was. Oczywistym efektem ostrej kreski w kreowaniu spektaklu muzycznego była dobra definicja źródeł pozornych, jednak wspomniane przeniesienie masy dźwięku o oczko wyżej powodowało wyraźnie spłycenie się wirtualnej sceny muzycznej. Na szczęście nie w domenie utraty wglądu w jej tylne parcele, tylko zbliżenie się do siebie poszczególnych formacji. W podobnym tonie odbioru wypadła muzyka dawna. Niestety, z racji utraty masy przez bardzo ważny ośrodek dźwięku, jakim jest często pojedynczy wokalista, brakowało mi trochę energii w jego głosie. Idąc dalej tym tropem również opierające się o wysycenie w tym nurcie muzycznym instrumentarium podobnie do wokalisty pokazywało się raczej z chłodniejszej niż oczekiwałbym od lampki strony. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przy całym moim punktowaniu maniery grania trzeba jednak pamiętać o grupie docelowej dla tego wzmacniacza. Tutaj zderzył się z „Palcem Bożym”, a przecież jego środowisko bardzo często cierpi na braki w rozdzielczości. Owszem, powiew świeżości wnoszony przez Mirę jest raczej doświetleniem dźwięku niż dawką czystych informacji, jednak w konsekwencji takiego potraktowania zbyt ciemnego zestawienia meloman otrzyma pewnego rodzaju zwiększenie swobody na scenie, a to może być krokiem milowym w kierunku pozytywnego postrzegania tego co dotychczas  jego bolączką. Na koniec zmagań z polską myślą techniczną przywołam jeszcze jej czysto wytrzymałościowy w zakresie panowania nad kolumnami podczas głośnych odsłuchów sparing z grupą Percival Schuttenbach. Wiadomo, folk-metal nie wróżył sielanki, jednak test na wytrzymałość zasilania musiał się odbyć. Efekt? Przyznam szczerze, w moim odbiorze pozytywnie zaskakujący. Wzmacniacz dzielnie walczył do sporego wychylenia gałki wzmocnienia, ale oczywistym jest, że około godziny 11-tej zaczynał zgłaszać lekką zadyszkę. Jednak w najmniejszym stopniu nie będę go potępiał, gdyż mimo, iż nie grał w optymalnym zestawieniu, do naprawdę wysokich, jak dla 8W, na co dzień nie osiąganych przeze mnie poziomów głośności bardzo czytelnie realizował poczynania artystów włącznie z pełnym zrozumieniem wykrzyczanego przez front mena tekstów. Jedynym, idącym tropem maniery grania i dlatego pozwalającym ponarzekać niuansem podczas słuchania tego krążka było spowodowane utrata masy wycofanie się riffów gitarowych. Owszem byli na scenie, ale wykonali zdecydowany krok do tyłu. Ale o dziwo, wspomniana na wstępie kontrola i twardość basu ku mojemu zaskoczeniu tutaj sprawiła mi wiele radości.

Na koniec przygody z polskim wzmocnieniem przywołam kilka wyjazdowych zdarzeń z klubu. Jak zaznaczałem na początku, piec potrafi czynić cuda. Ale nie z racji prowadzenia kolumn na smyczy bez względu na ich skuteczność, tylko czasem nieoczekiwanego zgłoszenia problemu z łatwymi, a dogadania się z teoretycznie bardzo trudnymi. Nie wiedzieć czemu, z założenia dedykowanymi do lampy, posiadającymi uczciwe 88dB skuteczności grał jak przysłowiowy przytłoczony życiem tetryk, by z paczkami mogącymi pochwalić się jedynie 84 decybelami zagrać na tyle żywo i dźwięcznie, że resztę wieczoru spędziliśmy na dostrajaniu jego brzmienia przywiezionymi przeze mnie kabelkami, w których zbiorze znalazły się osiągające stratosferę cenowa Siltechy Triple Crown. Ja wiem, że to był mezalians, ale bez względu na poziom cenowy kompilowanych komponentów dostaliśmy jasny przekaz, że w razie drobnych problemów mamy pewien margines dostrajania wzmacniacza do swoich preferencji.

Jak to bywa ze słabymi mocowo wzmacniaczami, sprawa ich wpisania się w dane środowisko nie jest taka oczywista. Jeśli ktoś uważa inaczej, powinien jeszcze raz prześledzić, co napisałem. To naprawdę są zaistniałe fakty, a nie pisane na potrzeby pomocy producentowi wyimaginowane w wyobraźni wydarzenia. Dlatego biorąc pod uwagę przytoczone koleje losu w sprawie dobrego zgrania się wzmacniacza Mira Ceti z zastanym systemem słowo „na pewno” mogę powiedzieć tylko w jednym przypadku: – to jest idealna propozycja tchnięcia życia w nazbyt zgaszone i ociężałe układanki. Reszta spraw związanych z synergią całości w dużym stopniu będzie zależeć od skuteczności kolumn. Ale tutaj małe zaskoczenie, gdyż gdy od 90-ciu decybeli wzwyż naprawdę nie widzę najmniejszych problemów, to przywołując opisaną historię klubową w walce o posiadanie „Mirki” nie skreślałbym również zespołów nieco trudniejszych. Zbliżając się do końca opowieści i patrząc z perspektywy mojego zestawienia trzeba jasno zaznaczyć, iż testowana integra nie jest audiofilskim Olimpem. Ale spoglądając na jej cenę nigdy do tego nie aspirowała, dlatego bez problemów wewnętrznego spokoju ducha mogę powiedzieć, że mimo innego niż ogólnie panujący wzorzec grania, jest bardzo ciekawą za te pieniądze propozycją. I według mnie od zaproszenia testowanej konstrukcji do siebie nie dzieli Was łatwość napędzenia Waszych paczek, a jedynie decyzja, czy lampa w torze jest czymś, z czym chcecie pobyć na dłużej.

Jacek Pazio

Producent: Fezz Audio
Cena: 8 900 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa : 2 x 8W
Typ układu : Single Ended klasa A
Lampy : 300b x 2 (stopień wyjściowy), 6N8S x 2 (przedwzmacniacz & sterujące)
Impedancja wyjściowa : 4Ω / 8Ω
Wejścia : 3 x RCA
Zniekształcenia THD : < 0,4%
Pasmo przenoszenia : 20Hz-45kHz (-3dB)
Pobór mocy : 80W
Bezpiecznik : 3,15A T
Waga : 14 kg
Wymiary : 340x360x215mm
Sposób ustawiania biasu: automatyczny
Wyposażenie opcjonalne: pilot, HT (pre-in) input

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA