1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Źródła
  8. >
  9. Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX

Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX

Link do zapowiedzi: Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX

Opinia 1

Niestety, pomimo najszczerszych chęci życie jedynie okazjonalnie przypomina przysłowiowe „pudełko czekoladek”. Z reguły to, co pozornie łatwe i proste w praktyce okazuje się trudne i skomplikowane. Podobnie jest w audio. Nie wierzycie? A znacie takich, co idąc w zaparte twierdzą, że „cyfra to cyfra, więc wystarczy, żeby zera i jedynki na wejściu zgadzały się z tymi na wyjściu”? No właśnie. Jak jednak praktyka dowodzi nawet pomimo zgodności „sum kontrolnych” zarówno transporty, jak i przetworniki dziwnym zbiegiem okoliczności nie grają … tak samo. Dlatego też zamiast kierować się li tylko wyglądem (ach te wysoko-rozdzielcze ekrany), czy funkcjonalnością (bezlik wejść, filtrów i innych wodotrysków) koniec końców i tak kończy się, bądź kończyć powinno, na odsłuchu. A jak wszem i wobec wiadomo jest w czym wybierać, gdyż przynajmniej zgodnie z aktualnie obowiązującą narracją to właśnie domena cyfrowa nadal najdynamiczniej się rozwija, więc choć wyścig w kwestii „gęstości” tak oferowanego/dostępnego, jak i obsługiwanego materiału zdroworozsądkowo przystopował, to doskonalenie tego co za finalne brzmienie odpowiada, a więc samych układów dekodujących – zwróćcie Państwo uwagę na wzrost udziału autorskich rozwiązań R2R, opracowywanie własnych układów DAC – vide Lumin, bądź nawet magistral komunikacyjnych – optyczny interfejs Akasa Wadax-a, czy Zero Link Soulnote/Sforzato jasno i wyraźnie pokazuje, że jednak można z cyfry jeszcze wycisnąć sporo dobrego. I właśnie z grona powyższych niepokornych jednostek pochodzi bohater dzisiejszego spotkania. W dodatku bohater, który już dwukrotnie miał okazję pokazać co potrafi, jednak dopiero teraz trafił w nasze skromne progi w pełnym firmowym rynsztunku.
Jak to jednak ludowa mądrość mówi, do trzech razy sztuka, gdyż wszystko wskazuje na to, że przynajmniej, jeśli chodzi o naszą przygodę z plikograjami spod znaku zaskakująco skutecznie rozpychającej się na naszym rynku japońskiej manufaktury Sforzato, to właśnie dobiega ona końca. Bowiem po podstawowym, kompaktowym DSP-09EX i już pełnowymiarowym DSP-07EX przyszła pora na prawdziwe opus magnum tokijskich speców od transferu i odczytywania „zer i jedynek” pod postacią ich topowego, komunikującego się po ww. magistrali Zero Link, odtwarzacza plików DSP-05EX i zegara referencyjnego PMC-05EX.

Jeśli ktoś decydując się na tytułowy zestaw liczy na to, że skoro to cyfra, to będzie miał nie tylko mniej gimnastyki, co zaoszczędzi nieco miejsca w porównaniu z torem analogowym, to odsyłając go do sesji unboxingowej chciałbym owe pobożne życzenia storpedować. Nie dość bowiem, że Sforzato składa się z trzech pełnowymiarowych komponentów, przynajmniej na potrzeby zdjęć tworzących całkiem zgrabną wieżę, to podczas codziennego użytkowania takową instalację szczerze odradzam. Po pierwsze o ile transport i DAC uzbrojono po trzy miękko podklejone i sensownie (pod kątem stabilności) rozstawione stopy, o tyle nie wiedzieć czemu zegar stoi również na trzech, acz niekoniecznie wspomnianą stabilność zapewniających stalowych obłych „czopkach”. A, że ani na DA-Cu, chociażby z obawy przed porysowaniem ani tym bardziej na zauważalnie nagrzewającym się transporcie zegara ustawiać nie polecam wszystko wskazuje na to, że każdy z modułów wymaga osobnej półki/platformy.
Zgodnie z tradycją korpusy to niemalże pancerna, lakierowana na czarno stalowa gięta blacha a fronty wykonano z grubych aluminiowych sztab, które wyfrezowano w finezyjne fale W przypadku DAC-a i zegara przyozdobiono je firmowymi logotypami, natomiast jak łatwo zauważyć transport zamiast ww. ekslibrisu może pochwalić się niewielkim monochromatycznym wyświetlaczem, po bojkach którego umieszczono chromowane przyciski wyboru źródła (po lewej) i odwrócenia fazy (po prawej). Zarówno czytelność, jak i przydatność owego wyświetlacza pozwalam sobie określić mianem pomijalnej, gdyż poza 5mm wskazaniach dot. wybranego źródła informuje on jedynie o wspomnianym odwróceniu fazy i parametrach sygnału przetwarzanego, więc po tak podstawowe detale jak nazwy odtwarzanych utworów, czy ich wykonawców i tak trzeba sięgać po tablet/smartfon. Chociaż z drugiej strony przynajmniej widać, że jest włączony, bo w przypadku DAC-a i zegara potwierdzenia ich pracy należy szukać zaglądając im pod „podwozie” gdzie umieszczono niewielkie diody świecące „w podłogę”. Od razu uprzedzę, że zarówno pilota, jak i trybu stand-by również nie przewidziano, więc każdorazowo chcąc włączyć/wyłączyć urządzenia, bądź nawet zmienić wejście trzeba osobiście pofatygować się do stolika i przeklikać schowane w podstawach pstryczki-elektryczki. Całe szczęście później da się jednak japońskim tercetem całkiem sensownie zawiadywać z poziomu dostępnej zarówno na Androida, jak i iOSa dedykowanej aplikacji Taktina, Roona (z którym nadal nam nie po drodze) a od niedawna również z naszej rodzimej aplikacji JPLAY (o ile tylko dysponujemy iPadem/iPhonem, gdyż użytkownicy androida takowej łaski nie dostąpili).
Rzut oka na zakrystię może wywołać u nieobeznanych z logiką tytułowego wytwórcy lekką konsternację, bowiem moduł DAC-a o ile pod względem wyjść analogowych oferuje po parze RCA i XLR, więc ma wszystko, czego potrzeba, to już wbić się nań sygnałem cyfrowym można jedynie poprzez firmową magistralę Zero Link zrealizowaną na złączach DVI. Całe szczęście dołączono stosowny przewód … Supry. I choć z pozoru wydawało mi się, że nie powinno być problemu ze znalezieniem nieco wyższej klasy łączówki w praktyce okazało się, iż poza marketową budżetówką zainteresowani takowymi eksperymentami są praktycznie całkowicie zdani na eksplorację rynku wtórnego i poszukiwanie wieki temu wycofanych z katalogów przewodów np. Kimbera lub Transparenta. Wszystko zatem wskazuje na to, że Japończycy dokonali takiego a nie innego wyboru, gdyż nikt oprócz Szwedów takowej prehistorycznej egzotyki w swym portfolio już nie miał. Wracając do meritum listę uzupełnia wejście zegarowe BNC ze stosownym terminalem zasilającym (w zestawie znajduje się znany z 7-ki „kieszonkowy” moduł) oraz zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo IEC.
Z kolei transport może, oprócz oczywistego wyjścia Zero Link pochwalić może się wejściem LAN (SFP/RJ45), oraz USB typ B. Co prawda jest jeszcze USB A, lecz pełni jedynie serwisową rolę. Nie zabrakło również gniazda zasilającego IEC.
Najskromniej prezentują się plecy zegara, gdzie znajdziemy jedynie pojedyncze wyjście BNC i dwa gwintowane trzpienie SMA, które uzupełnia gniazdo zasilające IEC.
Jak z powyższej charakterystyki dość jasno wynika przynajmniej, jeśli chodzi o combo DSP-05EX pomimo separacji obu modułów stanowi swoisty syjamski konglomerat, gdyż z nie sposób porównać jego składowych na drodze bezpośredniego zastąpienia ich urządzeniami firm trzecich, oczywiście poza Soulnote (transport Z-3 / DAC D-3 D/A, ew. odtwarzacz SACD S-3 Reference), które de facto jest współautorem Zero Linka. Czy będzie lepiej? Nie wiem, ale za pewno drożej. Oczywiście można kombinować jak koń pod górę i dokupić za drobne 25kPLN Mostek USB-ZERO LINK Soulnote B-3, tylko jest to sztuka dla sztuki, skoro taką samą rolę pełni w tytułowym zestawie moduł transportu takową przelotką dysponujący.
Co do anatomii, to w transporcie wyraźny nacisk położono na zasilanie, gdyż zaaplikowano aż trzy toroidy Triad oraz zaskakująco liczną gromadkę kondensatorów. Tor cyfrowy zbudowano w oparciu o moduły Variscite oraz Texas Instruments TMS320DSP a magistrala Zero Link izolowana jest kośćmi ADN4620. W przetworniku kontynuowana jest atencja dot. zasilania, choć liczebność toroidów zredukowano do 2 szt. Rolę obróbki sygnału powierzono parze (po jednym na kanał) przetworników ESS Sabre ES9038PRO a stopień wyjściowy oparto na OP-AMP-ach Texas Instruments LME49990. Zgodnie z logiką w zegarze toroid jest już jeden, choć bateria kondensatorów niewiele ustępuje tej z DAC-a, jednak najwięcej uwagi poświęcono zamontowanemu na osobnej płytce, zamkniętemu w szczelnym „sarkofagu” generatorowi zegara, który de facto wraz z owym laminatem „pływa” leżąc na metalowych kolcach.

No dobrze, nieco nagimnastykowaliśmy się z rozstawieniem całości, pomacaliśmy, co i jak jest zrobione, no to najwyższa pora sprawdzić, jak gra topowy zestaw Sforzato. A już od pierwszych taktów „TARTINI Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen śmiem twierdzić, że wybitnie … po japońsku. Znaczy się bynajmniej nie „jako-tako” a niesamowicie dyskretnie i elegancko. To jest wręcz przeciwieństwo jakże opacznie rozumianego High-Endu, gdzie wszystko ma oszałamiać, rozkładać na łopatki, czy po gombrowiczowsku wręcz gwałcić przez uszy. O nie, estetyka, natura brzmienia 5-ek jest niczym 茶の湯 (chanoyu)- rytuał parzenia herbaty, gdzie każdy ruch, gest a w tym przypadku dźwięk, melodia mają swój ściśle określony czas, miejsce i symbolikę. I właśnie zarówno czas, jak i miejsce w prowadzonej przez Sforzato narracji są kluczowe, gdyż na audiofilsko cyzelowanych barokowych miniaturach wszystko pasuje do siebie równie idealnie jak stolarka mistrzów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nic nie jest siłowo wypychane przed szereg, nic nie zabiega usilnie o atencję a jednak pomimo zauważalnego zwiększenia dystansu pomiędzy artystami a odbiorcami nie ma mowy o jakimś zdystansowaniu czy chowaniu się za pancerną szybą. To raczej zwrócenie uwagi, że budowanie sceny w głąb i zarazem cofnięcie pierwszego planu dodatkowo okraszone niezwykłą przestrzennością i eterycznością wcale nie musi oznaczać spadku intensywności doznań. Jest po prostu inaczej i to wyłącznie od nas zależeć będzie, jak ową zmianę zinterpretujemy. Skoro struny replik historycznego instrumentarium muskane są z większą delikatnością i wyrafinowaniem, a Jar Church zyskał nieco na pogłosie, to trudno na takie propozycje kręcić nosem i wybrzydzać, więc po prostu chłonie się w niemym zachwycie serwowane nam dźwięki i w tym stanie trwa do ostatnich zapisanych w materiale źródłowym taktów. Dopiero po fakcie przychodzi refleksja, że zamiast zwyczajowego wypełnienia dźwiękami naszego pomieszczenia odsłuchowego Sforzato otwiera je na dodatkową kubaturę, w której to dopiero rozgrywa się muzyczny spektakl. Czyli de facto każdy odsłuch powoduje może i chwilowy, ale jak to mawiał klasyk „chwilo trwaj!”, przyrost metrażu w jakim naszym audiofilskim pasjom się oddajemy.
Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że jak najbardziej, gdyż wystarczy postarać się o jakiś niewieści wokal (Alissę White-Gluz na razie zostawmy w spokoju) w stylu Stacey Kent śpiewającej utwory, do których teksty napisał sam laureat literackiej Nagrody Nobla z 2017 roku, Kazuo Ishiguro („The Summer We Crossed Europe in the Rain”) i robi się „jakby luksusowo”, lecz nie w wydaniu ociekającego złotem bizantyjskiego przepychu lecz wyrafinowanego minimalizmu, gdzie liczy się jakość i dobry smak a nie ilość, czyli zamiast bezliku zbędnych ozdobników lepiej zagrać jeden, ale ważny dla całości dźwięk, bądź nie zagrać … nic. W końcu podobno sam Miles Davis raczył był mawiać „Musisz znać 400 nut, które potrafisz zagrać, a następnie wybrać cztery odpowiednie.” I właśnie to robi Sforzato – skupia się na sensie, sednie, prawdzie takiej jaka ona jest i pokazuje bez tony makijażu, brokatu i tipsów. Nagą i piękną. Niby na scenie nie dzieje się zbyt wiele, emocje są jak na grzybobraniu, a barwy nie skwierczą od przesaturowania, ale nie sposób mówić o nudzie, gdyż cała akcja rozgrywa się na poziomie mikrodynamiki, gdzie do przekazania pełni informacji nie potrzeba nie wiadomo jakich spiętrzeń dźwięków, symfonicznych tutti i ryku waltorni a kanciastą kontrastowość zastępuje kremowa koherencja i kojąca pastelowość.
Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie spróbował choć na chwilę opuścić powyższej krainy łagodności by zweryfikować, jak Sforzato radzą sobie ze zdecydowanie częściej goszczącym na moich playlistach repertuarem i … I uczciwie musze przyznać, iż na pozornie całkowicie pozbawionym wcześniejszego wyrafinowania i kojącej zmysły melodyki, wręcz obłąkańczym „I Feel the Everblack Festering Within Me” Lorna Shore dłuższą chwilę zajęło mi oswojenie się z takim nieco teatralnym i spowolnionym o jakieś pół obrotu sposobem prezentacji. Nie przeczę, całość wypadła, przynajmniej dla niebędących fanami gatunku odbiorców, bardziej akceptowalna i mniej przerażająca, jednak trzymając się faktów, nie da się ukryć, że było to oczywiste odejście od zakładam, że w pełni zamierzonego efektu istnego Armagedonu. Zamiast ognistego walca rozjeżdżającego biegającą w obłąkańczym amoku ciżbę zdezorientowanych „muminków” pojawiła się nieoczekiwanie eteryczna lekkość i oniryczne pienia. Zdaję sobie jednak sprawę, iż odsetek zafascynowany nurtem techniczno-symfonicznego deathcore’u wśród potencjalnych nabywców topowych Sforzato jest bliski zeru, dlatego też proponuję moje powyższe uwagi potraktować jako mocno niezobowiązujące didaskalia wskazujące jedynie, że o ile z ogólnie skategoryzowaną jako muzyka wokalno-instrumentalna radosną twórczością gatunku homo sapiens Sforzato radzą sobie wprost wybornie, to już na szatańskich porykiwaniach i deathcore’owej kakofonii wychodzi ich wrodzone zamiłowanie do pełnej harmonii i piękna, z którymi owemu gatunkowi niespecjalnie po drodze.

Jak mam cichą nadzieję wynika z powyższego tekstu Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX to bezkompromisowe źródło dla wszystkich melomanów i audiofilów, dla których liczy się przede wszystkim wyrafinowana przyjemność odsłuchu nagrań, gdzie tak warstwa muzyczna, jak i realizacyjna w pełni zasługuje na miano referencyjnej. Oczywiście z niższych lotów repertuarem japoński tercet również sobie poradzi, choć jak pozwoliłem sobie nadmienić najbrutalniejsze odmiany metalu niekoniecznie są tym, na czym Sforzato mógłby pokazać pełnię swoich możliwości. Dlatego też o ile w symfonice, szeroko rozumianej klasyce, czy jazzie dla części odbiorców Sforzato mogą nie mieć sobie równych, to już miłośnicy ognistego Rocka powinni z nieco większa uwagą zweryfikować na nich swoją płyto/pliko-tekę.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Opisując dzisiejszego bohatera śmiało można powiedzieć, iż przysłowie „Do trzech razy sztuka” w tym przypadku sprawdza się znakomicie. Jednak nie należy rozumieć go jako wytykanie błędów młodszym braciom, bowiem takowych w swoich kategoriach cenowych nie mieli, tylko stwierdzenie, iż decydując się na będący tematem tego spotkania model streamera możemy wygłosić frazę „Bingo”. Oczywiście mam na myśli fakt najlepszej oferty brzmieniowej tytułowej konstrukcji z całej rodziny pochodzących z kraju kwitnącej wiśni źródeł plikowych. Jakich konkretnie? To już trzecie spotkanie z tym brandem i zapewne stali bywalcy wiedzą, że chodzi o japońską markę Sforzato. Stosunkowo nową na naszym rynku, jednak bardzo przebojową w swym zaskarbianiu serc melomanów, gdyż oprócz ciekawie wypadających kilku sesji testowych w sieci, mającą na swym koncie także udany występ podczas ostatniej wystawy AVS 2025. Co tym razem wskoczyło na tapet spotkania? Naturalną koleją rzeczy po dwóch prostszych konstrukcjach DSP-09EX oraz DSP-07EX w nasze progi trafiła dostarczona przez krakowskiego Nautilusa topowa, wzbogacona o pełnowymiarowy firmowy zegar wzorcowy i z tego powodu trzyczęściowa konstrukcja Sforzato DSP-05EX & PMC-05EX.

Będące tematem tej opowieści urządzenia w odpowiedzi na chęć uzyskania spójności wizualnej wieloczęściowej konstrukcji mają ciekawie zunifikowane obudowy. Za każdym razem są to niewysokie, za to w kwestii reszty wymiarów sporej wielkości czarne skrzynki ze srebrnym frontem wykonanym z grubych płatów aluminium. Jednak udanie przeciwdziałając nudnej monotonności awersu trzyczęściowego konglomeratu każdy z nich został ozdobiony ciekawym podfrezowaniem w wyglądzie naśladującym jakby inny wycinek morskiej fali. Zabieg prosty, acz bardzo ciekawy i moim zdaniem świetnie wyglądający. Jak zatem rozpoznać, jaką funkcję spełnia dane urządzenie? Jedno już po front-panelu, gdyż streamer z przodu został uzbrojony w sporej wielkości, pokazujący format słuchanego materiału i jego źródło wyświetlacz oraz zorientowane na bokach dwa przyciski funkcyjne, resztę zaś po tylnej ściance przyłączeniowej. Te oczywiście z racji spełniania innego zadania oprócz posiadania standardowego gniazda zasilania IEC mocno się różnią. I tak wspomniany przed momentem transport może pochwalić się wejściami cyfrowymi sygnału w wersji LAN i USB, wielopinowym terminalem połączeniowych z przetwornikiem D/A (Zero Link) oraz wejściem USB2 jako port do aktualizacji urządzenia. DAC bliźniaczym do transportu wejściem Zero Link, gniazdem do podłączenia zewnętrznego zegara wzorcowego 10 MHz i pozwalającymi zrezygnować z typowego przedwzmacniacza liniowego i podłączenie sforzato bezpośrednio pod końcówkę mocy regulowanymi wyjściami analogowymi w standardach XLR / RCA. Zewnętrzny zegar zaś jedynie trzema gniazdami wyjściowymi wysokoczęstotliwościowego sygnału taktującego proces kolokwialnie mówiąc dogadywania się ze sobą dwóch poprzednich komponentów. W dobie cedowania zapewnienia systemowi stosownego jakościowo okablowania na wymagającego użytkownika miłym dodatkiem jest oprócz obecności obsługującej magistralę Zero Link Supry w komplecie startowym również łączówki zegarowej.

Jaki był powód gloryfikowania ewentualnego zakupu tytułowego urządzenia radosnym okrzykiem Bingo? Otóż sprawa ma się następująco. Stanowiąca nierozerwalną całość tytułowa trójka plikowych muszkieterów tak jak młodsi, występujący jako pojedyncze konstrukcje bracia konsekwentnie serwowała słuchaczowi bardzo dobry pakiet nasycenia oraz naturalną barwę przekazu i dzięki temu oczekiwaną muzykalność, jednak do kompletu w odróżnieniu do poprzedników zaproponowała mi zastrzyk fajnego luzu i znaczące zwiększenie rozmachu wizualizacji wirtualnej sceny. Luzu oprócz tego, że pozwalającego pokazać każdy rodzaj muzyki w estetyce bliskiej „naturalnemu środowisku”, to dodatkowo, a myślę, że przede wszystkim powalającej słuchać jej z większym zaangażowaniem, bo nie zdradzającej najmniejszych syndromów zbytniego wysilenia. Tańsze konstrukcje brzmiały fajnie, ale na tle naszego bohatera proponowały nieco ściśnięta formę dźwięku, czego teraz szukać z przysłowiową świeczką. Nagle długa lista pozycji do przesłuchania zaczęła grać w dobrym znaczeniu stwierdzenia od pozwalającego bezkreśnie się zatopić w muzyce niechcenia. A gdy w pakiecie dostałem bardziej naturalny – czytaj szerszy, głębszy i wyższy w projekcji – obraz muzyczny, od pierwszych chwil wiedziałem, że to wyższa liga prezentacji. Naturalnie będąca wynikiem innych nakładów finansowych i dzięki temu zaangażowania technicznego w projektowanie układów wewnętrznych oraz zastosowania znacznie lepiej dopracowanego technologicznie od będącego małym dodatkiem w przypadku tańszych konstrukcji, tym razem spakowanego w pełnowymiarową obudowę zewnętrznego zegara, ale mam nadzieję, że jeśli rozprawiamy o topowym produkcie, temat innego podejścia do każdego punktu procesu powstawania urządzenia jest całkowicie zrozumiały. Ja przynajmniej dokonując podobnych wyborów podczas kompletowania swojego zestawu całkowicie to rozumiem. A tym bardziej, gdy stawiam przed sobą coś, co gra nie tylko dobrze od strony barwy i naturalności podania słuchanej muzyki, ale także jej rozplanowania w bezkresnej przestrzeni międzykolumnowej.
Znakomitym potwierdzeniem opisanego stanu rzeczy był krążek Dino Saluzziego z kompanami zatytułowany „El Viejo Caminante”. Z pewnością wiecie, iż to materiał, który kocha swobodę i rozmach kreowania sceny muzycznej, a ta w przypadku trójpaku spod znaku Sforzato jest jedną z najważniejszych cech jego sposobu na kreowanie tegoż świata. I gdy z testowo skonfigurowanego zestawu dostałem mniej nachalne, ale nadal operujące świetną barwą i odpowiednim dociążeniem brzmienia źródeł pozornych wizualizowanie tej płyty, to co wydarzyło się pomiędzy kolumnami okazało się feerią bogactwa informacji i szerokiej palety kolorów każdego z występujących w tym projekcie instrumentów. Już od pierwszego taktu słychać było, że zagrany przez artystów materiał był wręcz wodą na młyn tego urządzenia, co dobitnie potwierdziło moje pełne wejście w nagranie nie tylko od strony wsadu materiałowego, ale także jego obrazowania w kwestii prawdy o wirtualnej scenie i jakości realizacji. A czy nie było zbyt zwiewnie? W tym przypadku w żadnym razie. A co z innymi rodzajami muzyki?
W roli potencjalnego pogromcy trójgłowego japońskiego smoka wystąpiła wściekła kapela Slayer ze swoim materiałem „Reign In Blood”. Kolejny raz mniemam, że zdajecie sobie sprawę z zapisanego w binarnym kodzie tej kapeli szaleństwa muzycznego. Mocny atak, natychmiastowe zmiany tempa i ogólna rozpierducha muzyczna to jej chleb powszedni. Jak w takim repertuarze wypadł nasz konglomerat plikowy? Powiem tak. Z racji raczej delikatnego, aniżeli agresywnego podejścia do ogólnej prezentacji muzyki może nie przestawiał u mnie ścian, ale nie mogę tez powiedzieć, że zagrał z jakimś odczuwalnym problemem. Po prostu nie był aż tak nachalny, jak czasem wymagał tego materiał – przypominam o forsowaniu grania od niechcenia odbieranym przeze mnie jako duża zaleta, ale przy minimalnym złagodzeniu twardości i szorstkości ataku, opisywane źródło nadal bez problemu spełniało wymagania odnośnie wagi oraz zjawiskowego rozmachu prezentacji tego rodzaju muzy. Owszem, ortodoksyjni słuchacze takiego szaleństwa pewnie woleliby jazdę bez trzymanki na przysłowiowego max-a, ale nie oszukujmy się, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie szukał high end-owego źródła do notorycznego słuchania rockowej „rzeźni”, tylko postawi na coś mniej wyrafinowanego. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, zasłużenie broniąc przybyszów z Japonii zapewniam, że do sporadycznego obcowania z tego rodzaju uzewnętrznianiem się Sforzato we flagowej wersji jest w pełni przygotowany. Może nie skopie Wam tyłka, ale spokojnie pokaże, o co w tej zabawie chodzi.

Czy w imię zaoferowania jak najlepszego dźwięku rozbudowany do granic możliwości streamer Sforzato jest ofertą dla każdego? Jak – mam nadzieję – wynika z powyższego opisu, jedynymi osobnikami, którzy powinni przemyśleć kilka aspektów przed jego zakupem, to wielbiciele mocnego uderzenia. Ale tylko wówczas, gdy to jest jedyna forma muzyczna, jaka ich interesuje. Jeśli jednak są to tylko chwilowe przerywniki do oderwania się od monotonii codziennego wyścigu szczurów, spawa nie jest już taka oczywista, gdyż Japończyk może nie jest mistrzem świata, ale nieźle sobie w tej materii radzi. To zaś sprawia, że tak naprawdę pula potencjalnych zainteresowanych okrojona jest jedynie do marginesu błędu statystycznego, co sprawia, że dosłownie każdy z Was ma bardzo duże szanse na wieloletni ożenek z opisanym w powyższym słowotoku, japońskim źródłem plikowym. Jest tylko jedno „ale”, trzeba podnieść rękawicę, co zależy już tylko od Was.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Sforzato Corp.
Ceny
Sforzato DSP-05EX: 64 900 PLN
Sforzato PMC-05EX: 64 900 PLN

Dane techniczne
DSP-05EX
Wyjścia: RCA, XLR
Napięcie wyjściowe: 2 Vrms
Wejścia: LAN SFP/RJ45, USB typ B
Interfejs transport/DAC: Zero Link
Wejście zegara: 10 MHz
Układ przetwornika: 2 x ESS Technology ES9038PRO
Odtwarzane typy plików:
– AIFF, WAV, FLAC, ALAC → PCM: 44,1 kHz – 768 kHz 16/24/32 bity,
– dsf, diff → DSD64/128/256/512 (2,8 ⸜ 5,6 ⸜ 11,2 ⸜ 22,5 MHz), 1 bit,
Wymiary (S x G x W):
– transport – 390 × 327 × 85 mm
– DAC – 390 × 327 × 103 mm

PCM-05EX
Wyjście: fala sinusoidalna 10 MHz
Impedancja wyjściowa: 50 Ω
Gniado wyjściowe: 1 x BNC
Napięcie wyjściowe: 7 dBm
Wymiary (S x G x W): 390 × 327 × 103 mm

Pobierz jako PDF