Opinia 1
Zakładam, iż nikogo, posiadającego chociażby śladową wiedzę nt. mechanizmów rządzących gospodarką nie trzeba uświadamiać odnośnie faktu istnienia niezwykle gęstej sieci zależności pomiędzy poszczególnymi jej obszarami. Mówiąc wprost nawet pozornie odległe od siebie dziedziny nie są bytami odrębnymi, lecz zdecydowanie bliżej im do misternie utkanej, skomplikowanej instalacji naczyń połączonych, gdzie kondycja jednego z elementów ma wyraźny wpływ na całą resztę. Tak też jest również na rynku Hi-Fi i High-End, czyli poniekąd w tzw. obszarze dóbr luksusowych a więc niespecjalnie do zwykłej egzystencji koniecznych, acz wyraźnie samopoczucie konsumentów poprawiających. I czy tego chcemy, czy nie, to właśnie ów obszar jest zaskakująco silnie związany m.in. z tzw. budowlanką i lansowanymi tamże trendami. Jeśli zastanawiacie się Państwo gdzie szukać tu jakiejś logiki i ciągów przyczynowo skutkowych, to sugeruję choćby przelotnie zerknąć na pojawiające się od dłuższego czasu na rynku pierwotnym lokale mieszkalne. I? Coś się rzuciło Wam w oczy? Jeśli nie, to podpowiem, iż chodzi o trudną do zignorowania przewagę projektów, gdzie zamiast wydzielonej kuchni mamy do czynienia z ideą „salonu z aneksem kuchennym”, co przekładając z polskiego na nasze oznacza de facto przeniesienie kuchni do części wypoczynkowej. Cytując klasyka, z „plusów dodatnich” zyskujemy dzięki temu jedno pomieszczenie na np. sypialnię/gabinet a sam lokal „awansuje” np. z poziomu kawalerki/garsoniery (pokoju z kuchnią) do statusu mieszkania dwupokojowego. Jest jednak i druga strona medalu, czyli konieczność pogodzenia się z faktem, iż tam gdzie chcielibyśmy wypoczywać gdzieś ww. tle będzie brzęczeć lodówka, szumieć wyciąg, bulgotać zmywarka. o rozchodzących się aromatach przyrządzanych potraw nawet nie wspominając. Oczywiście jednostek traktujących kuchnię jako li tylko ozdobę i „kulinarnie niepraktykujących” owe mankamenty mogą dotyczyć w nieco mniejszym stopniu. Dobijając powoli do brzegu w powyższym wywodzie chodzi jedynie o to, by mieć świadomość, iż granica pomiędzy strefą przygotowawczo-konsumpcyjną a właśnie wypoczynkową niejednokrotnie albo jest czysto umowna, albo wręcz całkowicie zatarta, przez co wyposażenie AGD płynnie przechodzi w domenę RTV, gdzie kuchenka mikrofalowa sąsiaduje z telewizorem a zmywarka z wciśniętym w róg pokoju subwooferem. Cóż, proza życia dotykająca nie tylko „cywili”, lecz jak można czasem na zdjęciach zauważyć również i część jednostek mniej, bądź bardziej na serio audio-publicystyką się parających. Mając zatem świadomość istnienia powyższego zjawiska nie powinien dziwić fakt pojawiania się na rynku urządzeń swą aparycją chcących nie tyle na siłę się wyróżniać, co raczej dążących do możliwie daleko posuniętej harmonii i pewnego, przynajmniej optycznego zespolenia owych dwóch zazębiających się obszarów. I właśnie z owego grona, dzięki uprzejmości stołecznego Audiotite udało nam się pozyskać na testy … przetwornik cyfrowo-analogowy ADMD Audio line dac.
Zaraz, zaraz, ale co wspólnego ma DAC z „kuchennymi rewolucjami”. Co? Może z lekkim przymrużeniem oka, jednak przynajmniej moim skromnym zdaniem aparycja naszego dzisiejszego gościa, przynajmniej w udostępnionym do testów wykończeniu, nader sugestywnie nawiązuje do szklanych tafli ozdabiających ściany wzdłuż blatów, zlewozmywaków i płyt grzewczych współczesnych kuchni/aneksów kuchennych. A tak już całkiem na serio trudno nie zauważyć, iż proponowany przez niemiecką manufakturę ADMD Audio design jest dość … odważny. Front wykonano z grubego płata transparentnego fioletowo-błękitnego akrylu pod którym umieszczono „kuchenną” grafikę z falistymi motywami. W pobliżu lewego skraju zaaplikowano podświetlane „oczko” włącznika swą iluminacją informującego o pracy urządzenia a po prawej firmowy logotyp. I to by było na tyle jeśli chodzi o jakąkolwiek komunikację z użytkownikiem, więc zarówno aktywnego wejścia, jak i parametrów przetwarzanego sygnału można się co najwyżej domyślić. Korpus wykonano z jednego kawałka giętej szczotkowanej blachy i zamknięto plecami z podobnej grubości co front, choć tym razem mlecznobiałego akrylu. Uwagę zwraca sposób zespolenia awersu i rewersu z korpusem, gdyż producent zamiast mniej, bądź bardziej widocznych śrub postawił na białe elastyczne opaski.
Wizja lokalna pleców tytułowego przetwornika przynosi kolejne niespodzianki, bowiem to właśnie tutaj, oprócz standardowych wyjść – niestety wyłącznie w postaci pary RCA (XLR-y pojawiają się dopiero w topowym ArcEdge DAC-u) i obsługujących sygnały jedynie do 192 kHz/24 bit wejść (USB, AES/EBU i Toslink) do dyspozycji otrzymujemy dwa przełączniki – jeden odpowiedzialny za wybór cyfrowej filtracji (Flat, Vintage) i drugi pełniący rolę selektora wejść. Listę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające, przy którym pozwolę sobie na jedną uwagę natury użytkowej. O ile bowiem przy przewodzie zasilającym zakończonym zwykłym – „komputerowym” wtykiem dostęp do owego włącznika jest bez zastrzeżeń, to aplikacja czegokolwiek bardziej masywnego znacząco sytuację komplikuje. Krótko mówiąc ergonomia naszego gościa niespecjalnie spina się z wręcz przysłowiowym niemieckim pragmatyzmem i funkcjonalnością powstających za naszą zachodnią granicą wyrobów. Najwidoczniej jednak akurat w tym przypadku projekt plastyczny potraktowany został priorytetowo a aspekty natury funkcjonalnej musiały mu się podporządkować.
Pod względem budowy wiadomo o samym przetworniku niezbyt wiele. Ot producent raczył był jedynie wspomnieć, iż oparto go na podwójnej drabince rezystorowej R2R obsługującej sygnały PCM do 192 kHz/24 bit i to by było na tyle.
Jednak niezależnie od futurystycznej aparycji, dyskusyjnej ergonomii i autorskiego układu przetwornika brzmienie ADMD Audio line dac-a okazało się może nie tyle anachroniczne, gdyż określenie to niesie ze sobą zupełnie niepotrzebny pejoratywny wydźwięk, co nieco oldschoolowe – przywodzące w pierwszej chwili na myśl „analogową” muzykalność z jaką zazwyczaj kojarzone są przetworniki bazujące na kościach TDA1541. Pierwsze skrzypce grała organiczna średnica a skraje pasma wydawały się analogicznym, acz jednak li tylko jej uzupełnieniem. Szybki rzut oka na zaplecze i sprawa stała się jasna – tryb Vintage. Niby przy odsłuchu „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby, czy nawet „Wish You Were Here 50” Pink Floyd było całkiem przyjemnie i spójnie, to już próby z zauważalnie cięższym i bardziej brutalnym repertuarem, w tym z „Ascension” Paradise Lost wykazały nazbyt przymilną sygnaturę pracującego w tym trybie przetwornika. Brakowało nieco pazura i brudnej chropowatości na górze oraz niszczycielskiej energii w dole pasma. Od razu jednak zaznaczę, iż jednostki nieobeznane z ekstremalnymi odmianami metalu taki sposób prezentacji uznawały za zdecydowanie może nie tyle bliższy, co mniej odległy od granic ich tolerancji, więc o ile ortodoksi mogą nieco kręcić nosem, to śmiem domniemywać, iż większość odbiorców może po ów filtr sięgać z zaskakującą regularnością. Skoro bowiem wzrasta przyjemność odbioru i nawet ciężkostrawny repertuar zaczyna wykazywać symptomy eufonii, to zgodnie z ludzką naturą właśnie takimi walorami brzmieniowymi ADMD ma szansę uwieść potencjalnych nabywców.
Z kolei zmiana filtracji na „Flat” wyraźnie zlinearyzowała charakterystykę brzmieniową niemieckiego przetwornika dodatkowo utwardzając dotychczas lekko wycofane skraje. Nie oznaczało to bynajmniej skierowania dźwięku w stronę beznamiętnej techniczności a jedynie pokazanie, że każdy z ww. podzakresów ma takie samo prawo głosu i tyle samo czasu antenowego. Na „GONZALO Plays PINO” Gonzalo Rubacalby kontury kreowanych na scenie instrumentów były kreślone cieńszą i zarazem twardszą aniżeli poprzednio kreską. Ponadto pojawił się wyraźny akcent postawiony na perkusjonalia, które każdym swoim wejściem zaczęły może nie tyle kraść cały show, co nader skutecznie łapać za ucho i skupiać na sobie atencję odbiorców.
Nie mniej atrakcyjnie wypadła mroczna i niepokojąca ścieżka dźwiękowa do pierwszego sezonu „Mayor of Kingston” autorstwa Andrew Lockingtona, która miała właściwą wagę i kluczową dla finalnego efektu odpowiednio gęstą konsystencję. Co istotne niemiecki przetwornik nie tylko był w stanie oddać ciężar gatunkowy soundtracku, lecz również pozwalał z łatwością wniknąć w złożona strukturę kompozycji – zarówno w iście epickie orkiestracje, jak i skutecznie trzęsące umeblowaniem syntetyczne pomruki. I to przy pełnej ich namacalności i precyzyjnym definiowaniu a nie jedynie zgrubnym zarysie impresjonistycznych plam dźwiękowych. Warto jednak mieć na uwadze, iż w trybie Flat ADMD staje się dość oszczędny pod względem emocjonalno-barwowym i dąży raczej do realizmu, studyjnej prawdy aniżeli niemalże lampowego przesaturowania i podkręcania temperatury reprodukowanego materiału. Oczywiście z łatwością można ową neutralność we własnym zakresie skorygować pozostałymi elementami toru, jednak wspominam o tym, by ktoś nieopatrznie nie próbował z jego pomocą podkolorować już stojący po chłodniejszej, analitycznej stronie system.
Jak mam nadzieję z powyższego tekstu wynika ADMD Audio line dac na tle konkurencji nie tylko wyróżnia się wzornictwem i „autorskim” podejściem do ergonomii, lecz również brzmieniowym dualizmem. W zależności od wybranego profilu filtracji potrafi bowiem zarówno pokazać utrzymaną w nieco oldschoolowej estetyce muzykalność, jak i niezwykle liniową neutralność sprawiającą jego umowną dematerializację w torze reprodukowanych przez nas system sygnałów.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Z uwagi na wszechobecne pliki również i rynek przetworników oberwał przysłowiowym rykoszetem popularności. Chodzi oczywiście o rosnącą wykładniczo, próbującą zaspokoić potrzeby nawet najbardziej wymagającego osobnika homo sapiens ofertę tego typu urządzeń. Dla jednych prostych konstrukcyjnie, dla innych mocno rozbudowanych technicznie, jednak fakt jest faktem, że każdy szanujący się wielbiciel muzyki nawet nie to, że chce, ale powinien podobną konstrukcję mieć w zestawie. Co prawda oferta na naszym rynku jest już dość mocno rozbudowana, jednak nie wiem jak Was, ale mnie cieszy fakt, że nadal się powiększa. A cieszy dlatego, gdyż po pierwsze zwiększa szansę na szybkie znalezienie idealnego urządzenia dla siebie, a po drugie większa ilość towaru na rynku automatycznie przekłada się na mniejsze ceny tego typu konstrukcji. Jak cel ma powyższy wywód? Naturalnie to wprowadzenie do dzisiejszego spotkania. A będzie nim test przetwornika D/A. Przetwornika, który debiut na naszym rynku zaliczył na ostatniej jesiennej wystawie AVS 2025 w Warszawie. Czyli? Otóż w tym testowym rozdaniu przyjrzymy się konstrukcji zza naszej zachodniej granicy, czyli dostarczonemu przez podwarszawskie Audiotite przetwornikowi niemieckiej marki ADMD Audio line dac.
Jak obrazują fotografie, nasz bohater swą aparycją celuje raczej w poszukującego nowoczesnego wyglądu odbiorcę. A to dlatego, że nie wykorzystuje dla wielu nudnej, zazwyczaj prostopadłościennej obudowy z wyeksponowanymi na froncie manipulatorami, tylko jego obłą z wolnym od fajerwerków frontem wariację. Jednak, aby unowocześnić jej postrzeganie poza zastosowaniem finalnego szczotkowania płynnie okalającego trzewia od dołu, góry i z boków aluminium, producent zastosował przezroczysty front i mleczne plecy oraz nałożył w ich styku z resztą skrzynki białe opaski z tworzywa sztucznego. Efekt jest taki, że całość wygląda nie tylko nowocześnie, ale myślę, że w dobie standaryzacji ubierania tego typu produktów w opatrzone kaniaste skrzynki będzie dla wielu potencjalnych klientów dodatkowym bodźcem do zainteresowania się tym produktem. Jeśli chodzi o kwestię wyposażenia, aby nie burzyć wizerunkowego spokoju ozdobiony jedynie motywem fali front Line Dac-a wyposażono li tylko we włącznik inicjujący jego pracę, zaś tematy związane z podłączeniem i ustawieniem znajdziemy na rewersie. A mamy na nim wejścia cyfrowe USB, AES/EBU i TOSLINK, wyjście analogowe RCA, dwa przełączniki wyboru pracy urządzenia – jedno to selektor wejść cyfrowych, a drugie ustala sposób finalnego brzmienia urządzenia Flat i Vintage oraz zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilania IEC. Jak widać, wszystko wygląda estetycznie i nowocześnie.
Jak zabrzmiał opisywany przetwornik? Oczywiście z uwagi na dwa rodzaje pracy miał dwie odsłony. Wersja Vintage oferowała płynne, raczej w estetyce mocnego poszukiwania piękna słuchanej muzyki granie, natomiast Flat to szybkość, krawędź i rozmach prezentacji. Jeśli chodzi o pierwszą wspomnianą wersję dźwięku, naturalnie z jednej strony miała swoje reperkusje w domenie szybkości narastania sygnału, za to z drugiej muzyka aż kipiała od przyjemnej dla ucha homogeniczności, co sprawiało, że ciężko było zakończyć nawet planowany jako kilkunastominutowy odsłuch. Opcja Flat zaś pokazywała prawdziwy pazur słuchanego materiału. Z naturalnych względów ze wszystkimi jego niedociągnięciami realizacyjnymi, ale przecież nie można mieć pretensji do urządzenia, gdy pokazuje nie do końca poprawnie wykonaną pracę masteringowca. Która była bliższa mojemu obecnemu sercu? Pewnie nikogo nie zdziwi fakt postawienia na wersję Flat. Wyrosłem ze zbytniego umilania brzmienia słuchanej muzyki i zazwyczaj wolę jej pełną nieoczekiwanych zdarzeń wersję. I taką dostawałem przez cały czas testu. To zawsze było pokazanie mocnego uderzenia dźwiękiem, co w moim odczuciu dodatkowo podkręcało wyraźne rysowanie źródeł pozornych i tym samym czytelne usadowienie jej na bardzo dobrze obrazowanej wirtualnej scenie.
Gdy rockowa kapela AC/DC z płytą „Back In Black” miała mnie w dobrym znaczeniu słowa zmęczyć, tak bez dwóch zadań było. I to na tyle ekspresyjnie, że po zakończeniu owej płyty zmianą repertuaru na coś spokojnego musiałem koić na własne życzenie sponiewierane uszy. Ale zaznaczam, na własne życzenie, gdyż na niej się wychowałem i lubię wracać do tak surowego brzmienia. Mocne gitarowe popisy – w tym jakiś czas temu zajmujący miejsce na pudle najbardziej znany riff tej kapeli z tytułowego utworu – wspierane krzykiem wokalisty oraz pracą wciekłego bębniarza bez najmniejszych problemów pozwoliły wrócić mi duchem do tamtych czasów. Czasów obcowania z tego typu muzą bez jakichkolwiek ograniczeń. Czy w idealnym postrzeganiu? Otóż gdybym miał poszukać tak zwanej dziury w całym, dla mnie osobiście w rozumieniu ogólnym nieco dociążyłbym prezentację. Nie nadmiernie zamulał, tylko delikatnie podniósł poziom wagi dźwięku. Ale raz – można to zrobić stosownym okablowaniem, a dwa – to moje bardzo subiektywne spojrzenie na ten temat, dlatego nie bierzcie tego jako wyrocznię. Ale żeby nie było, mimo krótkiej próby w innej opcji ustawienia dac-a panowie od prądu mimo chęci pokolorowania ich występu dla mnie byli prawdziwsi w wersji ascetycznej w rozumieniu nadmiernego upiękniania ich poczynań.
A co w takim razie ziało się w przypadku muzyki wymagającej większej uwagi w kwestii nasycenia i dociążenia? Proszę o spokój, jeśli dla kogoś wersja Flat będzie zbyt ochocza do przysłowiowego pokazywania wszystkiego palcem, wówczas jednym ruchem na tylnym panelu przełączamy się na wersję Vintage i dostajemy to co brylujące w zapisach nutowych spod znaku Jordi Savalla interpretującego dokonania G.F. Handela „Messiah” tygrysy lubią najbardziej. Naturalną barwę, nasycenie i słodycz, co daje wielkie poczucie namacalności słuchanego dzieła sakralnego. W tym przypadku mam kolejny raz nadzieję, że nie zdziwicie się, gdy przyznam, iż z premedytacją dokonałem wspomnianego czynu i przełącznik powędrował w kierunku Vintage. W efekcie do zatracenia duszy zatopiłem się w tym nawet na czasie materiale – przypominam, że mamy okres około-świąteczny. Czar wokalizy, instrumentów w wielu wypadkach z epoki, a także realizacja materiału w kubaturze klasztornej nie pozwalały na nic innego, jak może nie śpiewanie, bo nie znam tekstu, ale śledzenie każdej kolejnej strofy z wymaganym zaangażowaniem ducha. Szczerze powiedziawszy na samym początku testu myślałem, że ta wersja pracy mi się nie przyda, a tutaj taki pozytywny Zonk.
Komu zarekomendowałbym naszego bohatera? Jak można się domyślić, z uwagi na dwa tryby pracy nie ma jakiś przeciwwskazań dla nikogo. Jedynym kryterium jakie może dla kogoś być istotnym, to wygląd. Chodzi oczywiście o design ADMD Audio Line-a, który komuś może nie przypaść do gustu. Jeśli jednak w tej kwestii nic Wam nie przeszkadza, powinniście skrzyżować z nim szpady. Potrafi zagrać dwojako, a najlepsze jest to, że w zależności od Waszego widzimisię przy użyciu jednego przełącznika. Czegóż chcieć więcej?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Urządzenie dostarczone na testy przez: Audiotite
Producent: ADMD Audio
Cena: 12 000 €
Dane techniczne
Przetwornik: Dual R-2R
Obsługiwane sygnały cyfrowe: 24 bit/192 kHz
Wejścia cyfrowe: SPDIF Toslink, AES/EBU, USB
Przesłuch między kanałami: > -112 dB
Szum: > -92 dB (16 bit); > -110 dB (24 bit)
Wyjścia analogowe: Para RCA
Napięcie wyjściowe: 2V
Impedancja wyjściowa: 100 Ω
Pobór mocy: 30 W max.; 10 W standard
Wymiary (S x G x W): 450 x 360 x 100 mm
Waga: 12 kg