Opinia 1
Choć stricte high-endowe zabawy flagowymi modelami bardzo szybko przyzwyczajają nas do dobrego, to doskonale zdajemy sobie sprawę, że dla statystycznego odbiorcy są to czysto abstrakcyjne propozycje, z którymi kontakt zazwyczaj rozpatrują w czysto wystawowych kategoriach. Dlatego też w drodze wyjątku i li tylko okazjonalnego odstępstwa od głównego profilu naszej radosnej twórczości postanowiliśmy na chwilę wrócić na ziemię i samodzielnie zweryfikować cóż ciekawego ma do zaoferowania rynek jednostkom dopiero stawiającym pierwsze kroki w segmencie Hi-Fi. Dlatego też, skoro to pliki grają pierwsze skrzypce w większości aktualnie kompletowanych systemów nie pozostało nam nic innego, jak właśnie eksploracja królestwa zer i jedynek, w trakcie której wyłuskaliśmy budzącego pozytywne, bazujące na naszych wcześniejszych kontaktach z jego starszym i zarazem wyższego stanu rodzeństwem, skojarzenia kandydata. Mowa o sygnowanym przez markę Silent Angel streamerze Bremen SL1 Plus, do którego z racji pewnej nomenklaturowej niekonsekwencji od razu pozwolę na wstępie się przyczepić. Otóż o ile w „sieci” permanentnie stosowanym oznaczeniem Bremen-a jest forma SL1P, to już sam producent używa SL1 Plus, co z punktu widzenia dopiero raczkujących w temacie odbiorców, do których de facto nasz gość jest przecież skierowany, może prowadzić do pewnej dezorientacji. Niemniej jednak jak zwał, tak zwał a i tak chodzi o podstawowego w „anielskim” portfolio plikograja, na którego test serdecznie zapraszamy.
Jak na załączonych zdjęciach widać Bremen SL1 Plus, to klasyczny przejaw slim-fitowego minimalizmu, gdzie cienki jak opłatek stalowy korpus spina aluminiowa opaska frontu przyozdobiona jedynie złotym oznaczeniem modelu (tym razem w formacie SL1P). Próżno szukać tu jakichkolwiek, chociażby archaicznych wyświetlaczy informujących o statusie urządzenia i parametrach przetwarzanego sygnału, czy też umożliwiającej manualną obsługę klawiszologii. Jak łatwo się domyślić, w tym pozornym szaleństwie rezygnacji ze wszystkiego co wydawać by się mogło jest do szczęścia potrzebne jest głębszy sens. Po co bowiem płacić za coś, co i tak czytelności dostępnej u boleśnie wyżej wycenionej konkurencji nie doścignie, a jednocześnie marnotrawić ograniczone środki na funkcjonalności dublowane przez konieczne do obsługi urządzenia smartfony i tablety, na które to, zarówno pracujące pod kontrolą iOSa, jak i Androida, z kolei przygotowano stosowną, zawiadującą całością nastaw i umożliwiającą nawigację/codzienną obsługę apkę VitOS Orbiter. To właśnie z jej pomocą zagregujemy wszystkie subskrybowane serwisy streamingowe, posiadane w sieci lokalnej repozytoria, czy ulubione stacje radiowe. Nie oznacza to bynajmniej, że Bremen niczym przysłowiowa cegła w żaden sposób nie daje znaku życia, gdyż w jego „podłodze” umieszczono dyskretnie świecącą w podłoże niebiesko-zieloną diodę, dzięki której wiadomo, że Silent Angel działa / ma łączność z siecią lokalną.
Rzut oka na ścianę tylną miło zaskakuje, gdyż producent był na tyle łaskaw, iż oprócz standardowego zestawu wyjść analogowych RCA dodał również parę XLR-ów. Ponadto komplet klasycznych wyjść cyfrowych w postaci koaksjala i toslinka rozbudował o port USB-Audio, oraz zestaw trzech (1x USB 2.0 + 2 x USB 3.0) portów do podpięcia pamięci masowych. Jakby tego było mało istnieje możliwość aplikacji w trzewiach naszego gościa dodatkowego max. 4TB dysku M.2 NVMe SSD. Wyliczankę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC, port USB-C firmowej magistrali SA-Link i odpowiedzialne za komunikację ze światem zewnętrznym gniazdo Ethernet oraz antena Wi-Fi.
Szybka wizja lokalna trzewi wskazuje na budowę modułową, z wyodrębnionymi sekcjami zasilania, bazującego na dwóch procesorach (Dual-core Cortex-72 1.8GHz + Quad-core Cortex-A53 1.4GHz) streamera i DAC-a, które pozamykano w dedykowanych, miedzianych sarkofagach, co biorąc pod uwagę zastosowanie impulsowego zasilacza ma jak najbardziej rację bytu. Dziwnym zbiegiem okoliczności producent nigdzie nie chwali się po jaką kość przetwornika sięgnął a i my nie czuliśmy potrzeby dokonywania samowolnej wiwisekcji.
Zabierając się za odsłuchy i dając Bremenowi kilka dni na akomodację już od pierwszych taktów jubileuszowego „Rapture of the Deep” Deep Purple jasnym stało się, że azjatycki plikograj nie przejawia najmniejszych ambicji do jakichkolwiek przejawów wyczynowości. W zamian oferuje ponadprzeciętną muzykalność i skupiającą na sobie uwagę iście analogową i organiczną średnicę. Nie oznacza to bynajmniej grania li tylko środkiem pasma, lecz nie da się ukryć, iż to właśnie na faworyzowaniu ww. podzakresu Silent Angel może najwięcej ugrać. Skoro bowiem większość wokali i pierwszoplanowego instrumentarium może zabrzmieć bardziej eufonicznie i namacalnie od nawet zauważalnie droższych konstrukcji, to pal sześć ortodoksyjną wierność oryginałowi. Skoro to, co dobiega naszych uszu jest po prostu bardziej atrakcyjne, to jak śpiewali Fleetwood Mac „Tell me lies, tell me sweet little lies …” i na takie małe, acz miłe uszom kłamstewka jesteśmy w stanie nie tylko przystać, co przyjąć je z szeroko otwartymi ramionami. Hammond i Moog Aireya swą konsystencją wręcz onieśmielają, wokal Gillana przywodzi na myśl nie wiadomo, kiedy minione lata a całość ma zaraźliwy drajw i niesie ze sobą autentyczną radość rockowego grania. Na nader często goszczącym na naszych playlistach „Monteverdi – A trace of Grace” Michela Godarda owe faworyzowanie pierwszego planu i średniotonowego podzakresu jest jeszcze bardziej zauważalne. Silent Angel kieruje naszą uwagę na to, co dzieje się bezpośrednio przed nami zazwyczaj kradnące show efekty przestrzenne sprowadzając do roli uroczych ozdobników, które nadają całości odpowiedni klimat, lecz są właśnie dodatkiem a nie równą artystom składową nagrania. Czy można tego typu sposób narracji uznać za pewne uproszczenie? Z pewnością, jednak warto również mieć uwagę, iż zbytnie epatowanie rozdzielczością i usilne staranie się by uszczęśliwić słuchacza potężnym pakietem informacji na tym poziomie cenowym, a więc urządzeniu w domyśle mającym pracować w dość budżetowych systemach może okazać się przysłowiowym strzałem w stopę, bądź wręcz w kolano, gdyż zazwyczaj na tym pułapie ilość niespecjalnie idzie w parze z jakością. A jak wspomniałem Bremen stawia na równowagę i przyjemność odbioru, więc choć różnicuje nagrania pod względem ich jakości, to niespecjalnie czuje się w obowiązku te niższych lotów dodatkowo piętnować. Dzięki temu nawet te dość anachronicznie zrealizowane (np. „William Tell Overture”) choć pod względem trójwymiarowości sceny i precyzji rozmieszczenia na niej muzyków są dość zgrubne, to nadal czarują melodyką i drzemiącym w nich ładunkiem emocjonalnym.
Choć Silent Angel Bremen SL1 Plus nie może pochwalić się nie tylko wysokorozdzielczym, co wręcz jakimkolwiek wyświetlaczem, to już pod względem brzmieniowym i dostępnej za sprawą dedykowanej aplikacji ergonomii udanie się broni. Oferuje całkiem satysfakcjonującą rozdzielczość, kojącą muzykalność i wyrozumiałość dla starszych nagrań.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF® /FI-50M NCF®
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D ® NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Choć zazwyczaj staramy się zajmować nieco bardziej ambitnymi konstrukcjami, co dla modeli z najniższych półek cennika oznacza pewnego rodzaju niezasłużoną banicję, nie oznacza to, że całkowicie zarzuciliśmy próbę poznawania tak zwanej oferty startowej. Przez lata zabawy nie raz i nie dwa mierzyliśmy się z takimi konstrukcjami i trzeba przyznać, że gro tych spotkań pokazało, iż przysłowiowe „tanio” nie oznacza złego wyniku brzmieniowego. Owszem, na tle droższych braci nie tak wyrafinowanego, ale jako „starter” przy mniejszych kosztach produkcji całkowicie akceptowalnego. A żeby być całkowicie szczerym, powiem, że często zaskakująco dobrego. A pierwszym z brzegu przykładem – nieco uprzedzając fakty – broniącym tej teorii jest będący tematem dzisiejszego spotkania, dystrybuowany przesz krakowskiego Nautilusa, pochodzący z Hong Kongu streamer Silent Angel SL1P. Streamer mający w teorii pozwolić nam na pozbawione pogoni za wyczynowością, ale za to bezpieczne jakościowo rozpoczęcie zabawy z tego rodzaju obcowaniem z muzyką.
Jak ukazują fotografie, SL1P to stosunkowo nieduża, niska, niezbyt szeroka i unikająca szaleństwa w domenie głębokości konstrukcja. Wykonana z aluminium, zaoblona na bokach skrzynka na froncie została ozdobiona jedynie zorientowanym na prawej flance złotym opisem modelu oraz na górnej powierzchni wykonanym w tym samym kolorze logo marki. Gotowość do pracy urządzenia sygnalizuje, świecąca w dół, tworząca jedynie niebieską poświatę dioda. Jeśli chodzi zestaw przyłączy, te znajdziemy na rewersie, a ich skład wchodzi zestaw wejść i wyjść tak cyfrowych, jak i analogowych – USB. LAN, OPTICAL, COAX, HDMI, RCA/XLR. Naturalnie pełen pakiet przyłączy wieńczy zintegrowany z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem terminal prądowy IEC. Jak wiać, nie mamy żadnych fajerwerków w stylu wyświetlacza, czy podświetlanych piktogramów informujących o wykorzystywanym materiale oraz innych teoretycznie zbędnych funkcji. To problem? Bynajmniej, gdyż poczynione w tym temacie oszczędności pozwoliły producentowi skupić się na najważniejszym aspekcie, jakim jest brzmienie. A to tłumaczenie jest tym bardziej ekonomicznie uzasadnione, gdyż wszystkie przywołane informacje widzimy na wykorzystywanym do obsługi streamera tablecie lub innym tego typu urządzeniu.
Jak wypadł skromny wizerunkowo, jednak wielki duchem Azjata? Nieco powielając estetykę brzmienia starszych braci, ale co ciekawe, niewiele od nich odstając zaproponował mi soczyste, dzięki temu pełne energii, ale dalekie od spowolnienia brzmienie. Przy tym dobrze osadzone w masie, co dawało dobry pakiet energii basu, w podobnym stylu wypadające, ale bez bolesnych strat w rozdzielczości w środku pasma i aby nie zaburzyć spójności prezentacji oferujące otwarte, ale unikające chadzania swoimi drogami wysokie tony. Gdybym w skrócie miał określić pomysł na muzykę według SL1P, powiedziałbym, iż całość poszukiwała raczej przyjemnej, aniżeli szaleńczej strony muzyki. I w moim odczuciu bardzo dobrze, gdyż na najniższych pułapach cenowych zbytnie podkręcanie emocji w domenie ekspresji często kończy się nieprzyjemnym jazgotem. Oczywiście jako naturalny efekt deklarowanych na samym początku oszczędności, aby dotrzeć do mniej zamożnego klienta. Dlatego lepiej upłynnić przekaz niż ryzykownie próbować na siłę ścigać się w osiągach. To ostatnie tym bardziej jest bez sensu, gdy ten proceder z już inaczej projektowanymi konstrukcjami można uprawiać nabywając coś z wyższej półki portfolio marki. Reasumując tytułowy Silent Angel brzmiał muzykalnie, co przy dobrym rozplanowaniu rozsądnej rozmiarowo wirtualnej sceny pozwalało nie tylko odprężyć się przy słuchanej muzyce, ale gdy wyłączyłem wszelkie zmysły analizujące najdrobniejsze niuanse projekcji muzyki, bez problemu przenieść się w jej wirtualny świat. Co było w tym dodatkowo fajne, ten spokojniejszy i ten ostrzejszy.
Pisząc o spokojniejszym rodzaju muzyki myślałem o materiale kultowego trio Jarrett-a, Peacock-a i DeJohnette’a „After The Fall”. To ani szybki, ani nazbyt wolny jazz, ale równie wymagający od systemu dobrego poukładania muzyków na scenie, odpowiedniego artykułowania energii w zależności od prezentowanego instrumentu, co przekłada się na utrzymanie odpowiedniego drive’u muzyki oraz zadbania o swobodną, ale nienachalną jej ekspresję. Jak po moich wcześniejszych anonsach można się spodziewać, nasz bohater ze wspomnianej zabawy artystów nie próbował żadnych wyścigów w kwestii wyciskania ostatnich soków. Jednak nie było to też zwykłe „odbębnienie” materiału, tylko owszem, z nutą melancholii, ale na szczęście pełne werwy pokazanie pełnego spektrum ich pracy. A na szczęście dlatego, że muzykalność źródła pokazała najważniejsze cechy każdego wizualizowanego źródła, a udane unikanie przegrzania prezentacji zapewniło przyjemne, żeby nie powiedzieć na tym pułapie cenowym bardzo przyjemne zatopienie się w swobodnie podanej muzie. Jej melodyjności i dźwięczności, czyli typowo dla tego rodzaju jazzu.
A co z agresją w stylu formacji Metallica „72 Seasons”? Nie ma się co oszukiwać, przeraźliwego cięcia eteru krzykliwymi atakami pełnego składu nie było. Ale malkontentów proszę o spokój, gdyż muzyka nie zgasła, a została jedynie okraszona szczyptą esencjonalności i gładkości. Nadal uderzała odpowiednią mocą, z tą tylko różnicą, że bez ekstremalnie ostrych akcentów. Panowie dawali z siebie wszytko w podobnym tonie do estetyki starszych braci naszego bohatera, tylko jako efekt przeciwdziałania wprowadzania do przekazu szkodliwych zniekształceń jako efekt zamierzonych oszczędności konstrukcyjnych, byli przyjemniejsi w odbiorze. A polegało to na tym, że przy zachowaniu odpowiedniego pompowania powietrza przez bębny Larsa, większą soczystością mogła pochwalić się wokaliza Jamesa i delikatnie mniej kłuła w ucho góra. Ale jak pisałem, wszystko miało odpowiedni wigor, co ani trochę nie przeszkadzało tej kapeli przyjemnie dla ucha i oczywiście na własne życzenie mnie sponiewierać. A dzięki opisanemu ukulturalnieniu zrobiłem to przy większym poziomie głośności, niż robię to na co dzień, w efekcie czego byłem kopany większym udziałem energii. Było inaczej, ale równie ciekawie.
Czy rzeczony streamer jest ofertą dla każdego? Jeśli szukacie fajnego, płynnego grania, jak najbardziej. Silent Angel SL1P bez problemu potrafi pokazać wszystko, co zaplanowali artyści. A, że w duchu większej plastyki i bez wycieczek w stronę doświetlania przekazu w górnym paśmie, rockowy przykład muzyczny pokazał, że finalnie może to być zaletą. Naturalnie dla ekstremistów może to być zbytnie odstępstwo do prawdy, ale dla takich osobników tytułowa marka ma bardziej adekwatne rozwiązania. Niestety droższe, dlatego jeśli tego rodzaju klimaty są małym procentem Waszych przygód z muzyką i w głównej mierze stawiacie na tę przyjemną, za stosunkowo nieduże pieniądze przedstawiciel Hong Kongu zapewni Wam wszytko, co w takim zaprezentowaniu jej jest niezbędne.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Nautilus
Producent: Silent Angel
Cena: 3 990 PLN
Dane techniczne
System operacyjny: VitOS Orbiter
CPU: Dual-core Cortex-72 1.8GHz + Quad-core Cortex-A53 1.4GHz
RAM: 4 GB
Pamięć Flash: 32 GB
Dysk wewnętrzny (opcjonalny): M.2 NVMe SSD (22 x 80mm) max. 4TB
Łączność: Gigabit Ethernet (1000 Mbps); Wi-Fi 2.4/5GHz; USB 2.0 + 2 x USB 3.0 (obsługa pamięci masowych)
Wyjścia cyfrowe: TOSLINK, Coaxial (192KHz/24bits); USB Audio
Wyjścia analogowe: para XLR; para RCA (2 Vrms max.)
Obsługiwane formaty muzyczne: AAC, M4A, MP3, OGG, FLAC, WAV, ALAC, WAV64, AIFF, CUE, WMA, DSF, DFF (pliki SACD, natywne DSD do DSD256, oraz DoP do DSD128), MQA
Obsługiwane serwisy: Spotify Connect, Tidal, DLNA, Qobuz, MQA, Airplay 2
Wymiary (S x W x G): 439 x 50 x 250 mm
Waga: 4 kg