1. Soundrebels.com
  2. >
  3. Artykuły
  4. >
  5. Recenzje
  6. >
  7. Wzmacniacze
  8. >
  9. McIntosh MSA5500

McIntosh MSA5500

Link do zapowiedzi: McIntosh MSA5500

Opinia 1

Co i rusz docierają do nas sygnały, że świat jaki znamy powoli się kończy a szeroko rozumiana branża audio konsekwentnie i nieuchronnie zmierza do samounicestwienia, gdyż pokolenie, które się nią interesuje i przy tym ma jeszcze jakąś siłę nabywczą powoli się wykrusza. W dodatku szybujące na iście stratosferycznym pułapie ceny High-Endu bynajmniej nie zachęcają młodszych generacji do eksploracji audiofilskich nisz. Bo i po co, skoro lwiej części populacji do pełni szczęści wystarczy smartfon, soundbar i dostęp do szerokopasmowego Internetu oraz serwisów streamingowych. Rozumiecie Państwo powagę sytuacji? My doskonale, gdyż rozmawiając z operującymi w interesującym nas segmencie producentami świetnie rozumiemy ich dyskomfort. Dyskomfort wynikający z faktu iż powoli stają się audio – odpowiednikiem marek motoryzacyjnych muszących mierzyć się z konkurencją działających „na aplikację” firm przewozowych i powszechnością hulajnóg elektrycznych. Dlatego też większość z nich dwoi się i troi, by jednak nie wypaść z gry i czymś do siebie nowe pokolenia przyciągnąć jednocześnie nie zdradzając dawnych ideałów a tym samym nie powodując odpływu „starej gwardii”. Do powyższego grona z pewnością wypada zaliczyć amerykańską legendę High-Endu, której nie tylko urządzenia, ale i sam logotyp znane są zarówno audiofilsko zorientowanym, jak i praktycznie zupełnie z audio niezwiązanym odbiorcom. Mowa oczywiście o McIntosh Laboratory Inc., z której to portfolio, dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu pod nasz dach trafił najmłodszy i zarazem najmniejszy, choć nieco uprzedzając fakty wypadałoby napisać najmniej duży, a przy tym wszystkomający tranzystorowy wzmacniacz zintegrowany MSA5500, na którego test serdecznie zapraszamy.

Choć na tle starszego rodzeństwa, szczególnie z racji mało imponującej wysokości, MSA5500 wydaje się dość kompaktowy i mało absorbujący pod względem gabarytowym warto mieć świadomość, iż jego głębokość wynosi 47.6 cm a po dokręceniu anten wzrasta do 56.5 cm, co niejako z automatu eliminuje go z roli „wsadu” na środkowe półki większości trójnożnych stolików. Dowiodły tego przymiarki m.in. do będącego u mnie w ramach gościnnych występów budżetowego Rogoz Audio Fras Svart, na którym McIntosha dało się ustawić „na żyletki” jedynie na górnym blacie. Całe szczęście na moim dyżurnym Solid Tech Radius DUO 3 nijakich problemów z „parkowaniem” nie odnotowałem i to na nim prowadziłem lwią część odsłuchów. Pomijając rozmiarówkę nie da się ukryć, że mamy do czynienia ze znaną od lat klasyką gatunku. Począwszy od kruczoczarnego szklanego frontu z centralnie umieszczonym zielonym logotypem, błękitnie podświetlonymi wskaźnikami wychyłowymi i charakterystycznymi retro-gałkami, poprzez finezyjnie ukształtowane pióra radiatorów na piętrowej topologii pleców skończywszy wszystko jest po staremu. Nawet czerwony włącznik główny zameldował swoją obecność.
Warto w tym momencie nieco więcej czasu poświęcić rewersowi, bowiem górne piętro przeznaczono na interfejsy cyfrowe i okupujące obie flanki solidne zakręcane terminale głośnikowe. I tu od razu drobna uwaga natury użytkowej. Otóż znajdujący się na wyposażeniu plastikowy klucz oczkowy nie jest li tylko pociesznym gadżetem w stylu firmowej szklaneczki do bursztynowych destylatów (którą bardzo sobie chwalę), bądź ekskluzywnym czasomierzem powstałym w kooperacji ze szwajcarską manufakturą Franck Muller, które McIntosh w swym portfolio również posiada, co akcesorium praktycznie z gatunku koniecznych i obowiązkowych, przynajmniej dla tych nabywców 5500, którzy posiadają przewody głośnikowe zaterminowane widłami. Mówiąc wprost bez ww. klucza, bądź podobnego narzędzia porządne dokręcenie terminali głośnikowych wydaje się jeśli nie niemożliwe, co zarezerwowane dla czołówki arm-wrestlerów.
Jeśli zaś chodzi o sekcję cyfrową to do dyspozycji otrzymujemy po dwa wejścia optyczne i koaksjalne, firmową magistralę MCT, HDMI (ARC), USB-B (obsługujące PCM/DXD do 32-bit/384kHz i DSD256) i port Ethernet uzupełniony parą trzpieni pod anteny Wi-Fi/Bluetooth oraz portami serwisowo/logicznymi. Z kolei dolny poziom, patrząc od lewej otwierają gniazdo zasilające IEC i komora bezpiecznika. Po nich w równym rządku ustawiono wyjście subwooferowe, spięte firmowymi zworkami wy/wejście z pre/na końcówkę cztery pary wejść liniowych RCA, zacisk uziemienia i parę wejść RCA phonostage’a MM i duet XLR-ów. Słowem wszystko, co do szczęścia potrzeba nawet w rozbudowanych systemach.
I czymże nasz dzisiejszy gość miałby przekonać do siebie przedstawicieli definiujących się jako „ostatnie pokolenie” nabywców. W tym, co niejako sygnalizują powyżej opisane plecy. Po pierwsze natychmiastową integracją z TV (HDM ARC) a po drugie pełnym usieciowieniem tak bez, jak i przewodowym. Przy czym zamiast „autorskiej” a tym samym kolejnej wymagającej instalacji na smartfonie/tablecie aplikacji Amerykanie zdecydowali się na rozwiązanie tyleż alternatywne, co oczywiste. Co prawda przy konfiguracji integracji z siecią bezprzewodową zalecają skorzystanie z apki McIntosh Cast Connect, to już popularne serwisy streamingowe (Qobuz, Spotify i Tidal) obsłużymy ich natywnych aplikacji poprzez funckę Connect a jeśli komuś będzie mało to do dyspozycji będzie miał funkcjonalności Google Cast, Airplay i Roon. W zestawie nie mogło zabraknąć pilota, który choć nieco odstaje swoją plastikowościa od solidności jednostki głównej, to sprawia całkiem pozytywne wrażenie zapewniając przy tym wysoce satysfakcjonująca ergonomię obsługi.
Pod względem budowy mamy do czynienia z klasyczną, pracującą w klasie AB konstrukcją tranzystorową oferującą po 100 W przy 8 i 160 W przy 4 Ω obciążeniu na kanał, w której stopień wyjściowy choć pozbawiony firmowych autotransformerów, to nadal jest monitorowany poprzez Power Guard i Sentry Monitor. Z kolei sekcję cyfrową oparto na współpracującej z procesorem Cirrus Logic CS495314 8-kanałowej kości ESS Sabre ES9028PRO.

Już na wstępie opisu brzmienia naszego gościa z wcale nie ukrywaną ulgą mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż bynajmniej nie jest on tym dla McIntosha, czym dla Harley-Davidsona stał się model X350. Znaczy się rebrandowaną, li tylko przyozdobioną firmowym logotypem, plastikową wydmuszką, z której obecności w portfolio cieszą się chyba tylko i wyłącznie księgowi. O nie, to rasowy amerykański piec, który wie jak wyrwać niczego niepodejrzewającego delikwenta nie tylko z poobiedniej drzemki, co również z kapci. Od pierwszych taktów „Shout” Hardline MSA5500 grał z zaraźliwa motoryką, potęgą właściwą starszemu rodzeństwu i po prostu spontaniczną radością. Oferowany przez niego dźwięk był duży, żywiołowy i raczej nastawiony na dobrą zabawę a nie benedyktyńską dłubaninę i dzielenie włosa na czworo. Nie była to jednak nastawiona na bezrefleksyjną łupaninę monotonna młócka z wypchniętymi skrajami, lecz wciągająca w wir wydarzeń wieloplanowa prezentacja urzekająca hektarami przestrzeni, soczystymi barwami i pozbawionym jakichkolwiek limitacji zejść atomowym basem. Mówiąc wprost McIntosh od progu łapał odbiorcę za ucho i do ostatniej nuty małżowiny nie puszczał. Trudno się temu jednak dziwić, bowiem wraz ze wzrostem głośności radość odsłuchu rosła w ekspresowym tempie a im bardziej zbliżaliśmy się do iście koncertowych dawek decybeli, tym niechęć do ściszenia stawała się bardziej atawistyczna. Skoro bowiem my się świetnie bawiliśmy, to czemu na miły Bóg dobrodziejstw fabryki z Binghamton nie mieliby doświadczyć na własnych uszach i ciele nasi sąsiedzi. A tak już nieco bardziej na serio, to tytułowa integra najbardziej lubi grać na co najmniej średnich poziomach głośności, gdyż im ciszej ją ustawimy, tym spadek zaangażowania z jakim będzie prezentowany reprodukowany materiał będzie bardziej zauważalny i bolesny, więc w roli wieczorno/nocnego umilacza McIntosh sprawdzi się średnio. Można co prawda próbować w ramach panaceum na powyższą przypadłość sięgnąć po jakieś nisko-skuteczne kolumny, lecz jeśli ktoś zazwyczaj operuje na mocno niezobowiązujących głośnościach, to bez osobistej weryfikacji w docelowym systemie zalecałbym ostrożność.
Z kolei garażowe szorstkości i okazjonalna, w pełni zamierzona, jazgotliwość „Sceaduhelm” Crippled Black Phoenix zabrzmiały z udziałem naszego gościa ze zjawiskowym pazurem i swobodą sprawiając, że jeśli ktoś po takim seansie dalej by twierdził, że cytując klasyka „Rock and Roll Is Dead”, to z czystym sumieniem możemy wskazać mu drzwi i skreślić z grona znajomych.
Eksplorując bardziej cywilizowane obszary repertuarowe nie można pominąć niezwykłej intensywności i namacalności z jaką prezentowane są partie wokalne i te wygrywane z pomocą naturalnego, niezelektryfikowanego instrumentarium. Wystarczy bowiem sięgnąć po ścieżkę dźwiękową z „Sinners”, by po wielokroć doświadczyć gęsiej skórki i przyjemnego mrowienia gdy nagle jakaś postać zmaterializuje się tuż przed, bądź za nami odzywając się tuż przy naszym uchu. Niby tego typu atrakcje zarezerwowane są dla holograficznie grających SET-ów na 300B a tymczasem nasz gość nader udanie przeczący stereotypowej „tranzystorowości” gość właśnie w kwestii odwzorowywania naturalności barw, konsystencji brył i siły emisji budził mój niekłamany szacunek.

W ramach podsumowania pół żartem pół serio pozwolę sobie stwierdzić, że za sprawą McIntosh-a MSA5500 Amerykanie z udowodnili, że potrafią nie tylko w potężne 7-litrowe muscle-cary V8, ale i z pozornie skromnych 1,6l są w stanie wycisnąć moc i dynamikę godną bolidów F1. Dlatego jeśli szukacie Państwo w muzyce emocji i adrenaliny, to tytułowa wszystkomająca integra z pewnością wam je zapewni.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem więcej niż pewien, że większość z Was kojarzy tytułowego McIntosh-a z konstrukcji typu: dzielone i zintegrowane źródła cd, gramofony, przedwzmacniacze liniowe, końcówki mocy, wzmacniacze zintegrowane lub wszelkiej maści kolumny głośnikowe. Tymczasem nie jest to pełna lista urządzeń audio oferowanych przez ten amerykański brand. Oczywiście mam na myśli goszczący u mnie bardzo uniwersalny w rozumieniu funkcji oddawania i przyjmowania różnorodnych sygnałów, pracujący w tandemie ze wzmacniaczem zintegrowanym streamer plików muzycznych. Nie wiem jak Wy, ale gdy dowiedziałem się, że taka konstrukcja znajduje się w portfolio tej marki, nie było innej możliwości jak kontakt z dystrybutorem jak pozyskać ją na testy. Takim to sposobem dzięki warszawskiemu Hi-Fi Clubowi dzisiaj przyjrzymy się zintegrowanemu ze wzmacniaczem źródłu plikowemu, czyli All In One’owi, którego handlowa nazwa brzmi McIntosh MSA 5500.

Trzeba przyznać, że tytułowy Amerykanin na tle większości swoich braci nie jest rozmiarowym gigantem. Powiedziałbym nawet, iż przy nich to mniejszy gabarytowo młodszy brat. Co prawda niewiele mniejszy, ale jednak. Na szczęcie amerykańscy inżynierowie powołując go do życia nie zapomnieli, jak powinien wyglądać popularny Mac. Mam oczywiście na myśli feerię kolorów, w skład której wchodzą: czarny szyby frontu oraz większości obudowy, błękitny wyświetlaczy wychyłowych i sekcji informującej użytkownika o stanie urządzenia, srebrny pionowo zorientowanych na bokach belek ułatwiających proces logistyki, a także obręczy gałek regulacyjnych, a całość ciekawego wizualnie szaleństwa wieńczy czerwony przycisku powołującego MSA5500 do życia, czyli włącznika. Przyznajcie, to bez dwóch zdań prawdziwy Mac. Jeśli chodzi o zorientowany na tylnym panelu zestaw przyłączy, ten w został podzielony na dwa sektory. Górny serwuje nam niekończące się bogactwo wejść cyfrowych zwieńczone na zewnętrznych flakach terminalami kolumnowymi, zaś dolny podobną ilość gniazd dla sygnałów liniowych z wejściem i wyjściem na wewnętrzny przedwzmacniacz, wyjściem na subwoofer oraz wejściem phono dla wkładek MM włącznie. Jak widać poza kolorystyką, także w przypadku funkcjonalności kolokwialnie mówiąc „nie ma lipy”. Oczyśćcie dla łatwej obsługi naszego bohatera w zestawie startowym dostajemy pilot zdanego sterowania.

Próbując zwięźle opisać, co zaoferował mi nasz bohater, w pierwszej kolejności jestem zobligowany oznajmić, iż konsekwentnie szedł ogólną drogą całej rodziny McIntosh-a. To oczywiście oznacza utrzymanie prezentacji muzyki w estetyce fajnej plastyki i gładkości, przy zachowaniu ciekawego pakietu informacji górnego zakresu. Naturalnie w sukurs takiemu postawieniu sprawy szła stosowana dbałość o zapewnienie dobrze osadzonej w masie, ale niezbyt otyłej średnicy. Zaś całość wieńczyły nieszkodzące prezentacji w utrzymaniu estetyki fajnej swobody budowania realiów szerokiej i głębokiej wirtualnej sceny, czyli bez zbytniego spowalniania ataku, ale odpowiednio mocne w brzmieniu niskie tony. Co zatem różni MSA5500 do reszty familii Jankesów? Otóż moim zdaniem przy – jak wspomniałem – powielaniu ogólnej estetyki brzmienia konstrukcji tej marki, robi to z mniejszym zacięciem w poszukiwaniu wyczynowości. To natomiast sprawia, że odtwarzana przez niego muzyka odbierana jest jako bardziej płynna, a przez to kojąca nasze dusze i przy okazji pozwalająca spędzać z nim kilka godzin bez potrzeby resetu nawet po ekstremalnie długiej sesji odsłuchowej. Efekt jest na tyle ciekawy, że ani nic nas nie nudzi, ani nie irytuje. Ot siadamy i słuchamy ulubionej muzy. Naturalnie granie z nawet najbardziej przyjemnym dla ucha spokojem ma swoje reperkusje w kwestii wyrazistości kreowania wydarzeń na scenie, jednak biorąc pod uwagę, iż testowane urządzenie swą ceną nie sięga gwiazd, pokazanymi podczas kilkunastu dni zabawy walorami sonicznymi byłem w pełni ukontentowany.
A pierwszym dowodem na fajny konsensus pomiędzy plastyką a dosadnością rysowania wirtualnej sceny przez amerykański streamer była płyta Diany Krall „The Look Of Love”. To z jednej strony nastrojowy, ale z drugiej dobrze zrealizowany krążek i dlatego niełatwy do odtworzenia, gdyż pułapki są dwie. Pierwszą jest jego melancholijny ton, który przy zbytnim ugładzeniu dźwięku plastyką górnych rejestrów i nasyceniem średnicy zwyczajnie zabije świeżość wydobywania z siebie przez artystkę hipnotyzującego wokalu. Myśląc o drugiej pułapce miałem w głowie znakomitą realizację, co w momencie nadmiaru ekspresji niesionej przez system odtwarzający tę płytę poskutkuje wzmocnieniem sybilantów i ogólną ostrością brzmienia. Na szczęście MSA5500 fajnym wypośrodkowaniem prezentacji pomiędzy ostrością i gładkością sprawił, że nie podczas wizualizowania wspomnianej divy nie było nuty nerwowości i oczywiście jej popisy były dalekie od zbytniej zachowawczości. Efekt był na tyle dobry, że poi tym krążku sięgnąłem po inną piosenkarkę z ciemnym wokalem w postaci Cassandry Wilson.
Ale ale, popularny Mac może nie jakoś wyczynowo, ale co najmniej dobrze poradził sobie także materiałem opartym o elektronikę w rozumieniu twórczości Massive Attack i płyty formacji zatytułowanej „Protection”. To jak wiadomo z założenia bardzo mocno stawiająca na wyrazistość brzmienia swoich utworów grupa. A jeśli tak, gdy zestaw zagra ją nadmiernie spokojnie lub ociężale, stracimy zawarty w niej pakiet ekspresji. I właśnie sprawdzenie tego tematu było zaczynem do wprowadzenia na listę odsłuchową tego krążka. Efekt? Owszem, wyczuwałem nutę nie do końca idealnie wpływającego na dosadność brzmienia muzyki spokoju prezentacji, jednak jakimś sposobem amerykańskie źródło plikowe kolokwialnie mówiąc nie udusiło zawartego w tej muzie pierwiastka drapieżności. Może nie było ognia na poziomie wybuchu cysterny z paliwem lotniczym, ale efektowny pożar drewnianego domu jak najbardziej. Czy to oznacza, że Jankes miał problem? Nic z tych rzeczy, gdyż ja oceniam go w stosunku do mojego codziennego zestawu, który jest kilkanaście razy droży. A oceniam tak dosadnie nie dlatego, aby go pogrążyć, tylko pokazać prawdziwe „ja”, które w moim mniemaniu będzie Wam bliższe od mojego. Skąd to wiem? Często goszczę znajomych i wielu z nich nie raz zdradziło mi, że dla nich mam nieco zbyt dosłownie brzmiący zestaw. Nie źle, tylko niedostatecznie płynnie, co rozumiem i z tego powodu twierdzę, że tytułowy Mac za swoją estetykę brzmienia może mieć sporą rzeszę fanów.

Komu poleciłbym rzeczony kombajn? Jak wynika z tekstu, wszystkim kochającym muzykalną prezentację. Bez szukania ekstremów, ale też daleką od nadmiernego spokoju. McIntosh MSA5500 zapewni nabywcy wiele miłych godzin z muzyką z pełnym pakietem radości. Ale to nie wszystkie jego atuty, gdyż dodatkowo jest wielofunkcyjny, bo oprócz bycia źródłem plikowym z własną sekcją wzmacniającą, dodatkowo oddaje i przyjmuje sygnały analogowe, co zwiększa jego możliwości konfiguracyjne w znakomitej większości potencjalnych systemów. Zbędne funkcje? Bynajmniej, o czym nie raz przekonałem się u wielu znajomych, którzy oficjalnie określając się jako ascetyczni audiofile, w zaciszu domowym potrafią takie wielofunkcyjne komponenty wykorzystywać we współpracy z telewizorem i subwooferem. I piszę to z pełną świadomością swoich czynów.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 39 500 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 100 W / 8 Ω, 2 x 160 W / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (+0, -0,5 dB), 10 Hz – 100 kHz (+0, -3 dB)
Zniekształcenia harmoniczne (THD): 0,005%
Stosunek sygnał/szum: 95 dB (wejścia liniowe), 82 dB (wejście gramofonowe MM)
Czułość wejściowa: 0.5V XLR; 0.25V RCA; 2.5mV Phono MM
Impedancja wejściowa: 20 kΩ; 47 kΩ / 50pF Phono MM
Max. napięcie wejściowe: 8V RCA; 16 V XLR; 80 mV Phono MM
Współczynnik tłumienia: >200 / 8 Ω; >100 / 4 Ω
DAC: 8-kanałowy, 32-bitowy/384 kHz PCM/DSD, Quad Balanced
Łączność: Bluetooth 5.0 (AAC, aptX HD, aptX Adaptive), WiFi 6, Ethernet
Obsługa serwisów streamingowych: Spotify Connect, Tidal Connect, Qobuz Connect, Google Cast, Airplay, Roon
Obsługiwane format audio: MP3, AAC, FLAC, ALAC, WMA, Ogg Vorbis, WAV, M4A, OGG, AIFF
Wejścia analogowe: para XLR; 4 pary RCA; Phono MM
Wejścia cyfrowe: 2 x Coaxial, 2 x Optical (24-bit/192kHz); HDMI (ARC); USB-B (32-bit/384kHz PCM, DSD256, DXD384kHz); MCT (16-bit/44.1kHz (CD), DSD64 (SACD))
Wyjścia: pre-out (RCA), subwooferowe, słuchawkowe
Pobór mocy: <0.25 W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 44.45 x 20.6 x 47.6 cm (56.5cm z antenami)
Waga: 17.2 kg

Pobierz jako PDF